HELPowe refleksje

Szkoda, że to już lipiec. Gdyby było wcześniej, moglibyśmy pozostawać w miłym planowaniu wakacji, a tak plany są już ustalone, a nawet realizowane. Jeszcze „chwila”, a będzie po wakacjach. Jasne, na początku lipca nie należy tak pisać, ale z drugiej strony mamy tę przykrość, że cokolwiek chcemy robić, za każdym razem ledwie o tym pomyślimy, a już przechodzi to do przeszłości. Szkoda, że wszystko tak szybko „leci”, a my nie mamy czasu na to, co uważamy za ważne. Owszem, zdążamy zrobić to czy tamto, ale gdy dookoła jest tak wiele do zrobienia, mamy świadomość, że robimy tylko troszkę z tego, co byśmy chcieli.

Fundacja Szansa dla Niewidomych jest w trakcie kolejnego roku rozwoju. Po raz kolejny zdołaliśmy przekonać do siebie i do swoich projektów decydujące gremia. Realizujemy więc porady w naszych tyflopunktach. Prowadzimy też projekt prozawodowy, który w skrócie tytułujemy „Kwalifikacje drogą do pracy”. Te dwa projekty dają nam szansę na rozwijanie naszej sieci. Teraz utrwalamy naszą obecność w województwach, w każdym mamy dwóch współpracowników, jednego pełnosprawnego, a drugiego niepełnosprawnego, najczęściej niewidomego lub słabowidzącego. Centrala zawiaduje realizacją tych dużych projektów i ma „na głowie” dwa kolejne: XI edycję konferencji REHA FOR THE BLIND IN POLAND oraz wydawanie niniejszego kwartalnika HELP. Wszystko to razem stanowi o naszej sytuacji. Jesteśmy najwyraźniej potrzebni i skuteczni. Cztery wymienione projekty nas nobilitują. Jesteśmy z nich dumni. Oby nam się udały, to znaczy oby beneficjenci z nich jak najwięcej skorzystali. Zależy nam na tym, by skorzystali z naszej pomocy i nas pochwalili. Od tego zależy nasze poczucie wykonanego obowiązku. Obowiązkowość, zaangażowanie społeczne, wrażliwość, to cechy, które są przez nas wymagane, gdy zatrudniamy pracowników. Bez tego nie udaje się działalność w naszej dziedzinie.

Poza tymi czterema kluczowymi projektami wygrywamy kolejne konkursy. W tamtym roku realizowaliśmy 30 projektów, a w tym roku na ten moment już przekraczamy 15. Wygląda na to, że w poszczególnych województwach i dużych miastach też nas cenią.

Będziemy mieli kolejnych 500 egzemplarzy czarnodrukowych w wydaniu albumowym oraz 150 egzemplarzy brajlowskich książki „Smak na koniuszkach palców”, którą napisałem dwa lata temu z Piotrem Adamczewskim. W drugim wydaniu znajdzie się około 10 nowych przepisów kulinarnych, więcej komentarzy jak wykonać poszczególne czynności przy przygotowywaniu omawianych potraw, dodatkowe opowieści z naszych podróży po Mazowszu i nowe, dodatkowe zdjęcia. Niech mi będzie wolno pochwalić się, że ta książka została uznana jako najlepsze wykorzystanie środków Marszałka Województwa Mazowieckiego w roku 2011. Teraz, gdy wydamy jeszcze ładniejszą książkę, zobaczymy, co nam się uda „ugrać”!

Fundacja wyda kilka kolejnych pozycji z tyflografikami zabytków. To bardzo ciekawa praca. Dotykamy kwestii, które są interesujące dla każdego – dla autorów i czytelników. Omawiamy kulturę poszczególnych regionów i miast, a przy okazji jako pierwsi w kraju pokazujemy niewidomym, jak wyglądają tamtejsze zabytki.

Trudno w to uwierzyć, ale niewidomi nie wiedzą jak wyglądają najsławniejsze zabytki w ich okolicach, albo najważniejszych turystycznie regionach czy miastach. Dzięki temu nasza fundacja może się pochwalić, że różne rzeczy pokazuje w formie wypukłej jako pierwsza.

Dla nas to zaszczyt, jednak jest w tym również coś pesymistycznego: dlaczego nikt do tej pory tego nie wykonał? Dlaczego tak trudno zdobyć na to środki? Teraz Fundacja zdołała przekonać gremia decyzyjne, że to takie ważne. Być może zawdzięczamy to temu, że rysunki tyflograficzne znacznie potaniały. Być może do tej pory ktoś, kto potrafił je wykonać proponował zbyt wysokie ceny, a jak wiadomo, samorządy nie dysponują wielkimi środkami. W każdym razie teraz stało się to możliwe i zachęcamy wszystkich do zainteresowania się tą dziedziną.

Podobne działania wykonujemy dla miejsc, które odwiedza mnóstwo osób. Każde zoo powinno być dostosowane do potrzeb niewidomych. Szkoda, że zazwyczaj jest tak, że muszą oni odwiedzać zoo z pomocą przewodnika, a na dodatek nie mają pojęcia w którym punkcie się znajdują. Niezbędne są plany i mapki terenu. Gdyby przy wejściu do zoo były zainstalowane tyflograficzne terminale, niewidomi mogliby wiedzieć jaki obszar zajmuje zoo, gdzie mogą znaleźć te zwierzęta, które najbardziej lubią, gdzie jest dodatkowy plac zabaw, a gdzie bar z zapiekankami. Jakby było mało kłopotów, niewidomi nie mogą oglądać zwierząt. Nie można ich dotykać – z niewielkimi wyjątkami. Widzący podchodzą do ogrodzenia i widzą. Obserwują zachowanie zwierząt, a niewidomi nie mają nawet pojęcia o ich wizerunku. Niezbędne są ich tyflograficzne ryciny oraz zorganizowanie zoo w taki sposób, by niewidomi mogli dotknąć, pogłaskać te zwierzątka, które w gruncie rzeczy można dotykać.

Podobnie należy dostosować do potrzeb zwiedzających niewidomych muzea. Jest nie do pomyślenia, że wszystkie eksponaty znajdują się w gablotach. Rozumiemy, że w większości przypadków tak musi być, jednak nie zawsze, a często ulokowanie ich w gablotach jest podyktowane głównie modą. Gdy jednak musi już tak być, co stoi na przeszkodzie udźwiękowieniu i ubrajlowieniu muzeum? Można wypożyczyć naszym beneficjentom audioprzewodniki, zamieścić obok gablot informacje w brajlu oraz rozmieścić na terenie muzeum stosowne tyflografiki. Widzący mogą patrzeć na cudowny wazon z siedemnastego wieku, a niewidomi mogliby wtedy obejrzeć palcami jego kształt. Owszem, to nie to samo, ale lepszy rydz niż nic!

Wreszcie lubimy realizować szeroką gamę szkoleń. Można powiedzieć, że to esencja naszej pracy. Szkolimy innych w tym, co sami już umiemy. Wśród naszych kursantów są zarówno niewidomi, jak i widzący. Tematyka szkoleń jest bardzo różnorodna. Fundacja dysponuje dużym zespołem instruktorów. Uważamy, że są najlepsi w kraju. Czy to prawda, należy się przekonać.

Na koniec kilka słów o naszej akcji partnerstwa na rzecz świata otwartego dla niewidomych. Akcja się znakomicie rozwija. Fundacja Szansa dla Niewidomych ma już około 250 partnerów, a każdy z nich deklaruje poparcie dla naszych idei. Co to właściwie oznacza?

Chodzi o otwarcie się na każdego niewidomego lub niedowidzącego. Z tego otwarcia może w następnej kolejności wyniknąć doprecyzowanie ustawowe dotyczące wszelkich obiektów budowlanych. Są one dostosowane albo dostosowywane do potrzeb inwalidów ruchu, ale nikt nie pamięta o niewidomych. O ile z podjazdami mamy do czynienia już niemal wszędzie, to udźwiękowienia i ubrajlowienia otoczenia jakoś nie widać. Dlaczego?

Wszyscy tłumaczą, że opierają się na zapisie ustawowym, gdy my uważamy, że jest przeciwnie. Czytamy, że obiekty mają być dostosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych, w szczególności inwalidów ruchu, ale przecież nie oznacza to wymogu zainteresowania się wyłącznie inwalidami ruchu, lecz wszystkimi. Ustawodawca miał na myśli być może jedynie tyle, że inwalidzi ruchu mają pierwszeństwo w tej sprawie, ale z pewnością nie miał na myśli pominięcia faktu, że bez udźwiękowienia i ubrajlowienia niewidomi nigdzie sami nie trafią! W tym kierunku idą przecież ustawodawcy europejscy oraz „ONZtowcy”. Idźmy i my! W każdym razie nasza Fundacja pracuje nad tym i osiąga sukcesy na naszą miarę. Szkoda, że jesteśmy jednak organizacją niewielką i nawet ogromna nasza praca nie wystarczy, by przekonać i nauczyć wszystkich.

Indie. Pamiętnik z podróży

Wraz z wejściem na pokład samolotu lecącego z Kuonmingu do Kalkuty moja przygoda z Chinami dobiegła końca. Dwa tygodnie, które tam spędziłam, to zdecydowanie zbyt krótko, aby poznać Państwo Środka, niemniej jednak ten wyjazd był bardzo intensywny i na długo pozostanie żywy w mojej pamięci. Lecąc samolotem nie miałam jednak żalu, że opuszczam Chiny, gdyż kolejna przygoda czekała na mnie – Indie.

Muszę przyznać, że mój wyjazd na półroczne studia do Indii był wyjątkowo przypadkowy. Marzeniem mojego partnera było odwiedzenie tego kraju. Gdy się dowiedziałam, że dostał się tam na studia i pół roku spędzimy w rozłące, to nie zastanawiałam się długo, tylko pojechałam z nim. Nigdy wcześniej nie interesowałam się tym krajem ani jego kulturą. Po przyjeździe do Kalkuty zostaliśmy odebrani z lotniska i odstawieni do naszych mieszkań przez pracowników University of Calcutta. Przejeżdżając w nocy przez miasto, muszę przyznać, że nie zrobiło ono na mnie pozytywnego wrażenia. Chciałam jednak wstrzymać się z oceną Kalkuty na później, gdy już lepiej poznam miasto.

Wartym osobnego opisu jest miejsce, w którym przyszło mi mieszkać przez pół roku. Salt Lake – jedna z dzielnic Kalkuty, ma renomę zadbanego i eleganckiego miejsca. Faktycznie, muszę przyznać, że po jakimś czasie doszłam do wniosku, że w porównaniu do reszty miasta Salt Lake pozytywnie się wyróżnia, ale w żadnym wypadku nie odniosłam takiego wrażenia na samym początku. Wtedy widziałam jedynie brudne, nieoświetlone uliczki, ludzi śpiących na chodnikach i poboczach, mnóstwo bezdomnych psów szwendających się bez celu, (których podczas samej drogi z lotniska do mieszkania naliczyłam trzydzieści jeden).

Mieszkanie pasowało do otoczenia – brudne, źle zaprojektowane, pełne sprzecznych i pozbawionych sensu rozwiązań. Ciężko jest mi sobie wyobrazić, aby osoba niewidoma mogła normalnie w nim funkcjonować. Przykładem jest dwoje drzwi wejściowych, z których jedno pozbawione jest klamki, albo skomplikowany system rur i pokręteł w łazience, z czego i tak z jednej tylko rury leciała woda i to zimna, niezależnie od tego jak bym kręciła wszystkimi czterema pokrętłami. Najbardziej irytowały mnie jednak przełączniki. W każdym pokoju było ich co najmniej dwanaście, z których kilka było do żarówek, kilka do włączenia kontaktów, jedno do wiatraka, a pozostała większość była pozbawiona celu. Przez cały mój pobyt nie udało mi się zapamiętać, który był do czego. Tak samo irytujący był brak klamek w naszym tego słowa rozumieniu. W całych Indiach oraz w moim mieszkaniu popularne były zasuwy w pokojach – mogłam zamknąć się w swoim pokoju i jednocześnie być zamknięta od zewnątrz. Jeśli chciałam być pewna, że nikt nie wejdzie do pokoju, to na zasuwę musiałam założyć kłódkę.

Do mieszkania został przydzielony służący – młody, ok. 19-letni Hindus, który znał jedynie kilka podstawowych zwrotów po angielsku. Z początku chcieliśmy zrezygnować z niego tłumacząc, że nie przywykliśmy do takich fanaberii jak posiadanie służącego. Gdy jednak stało się jasne, że jeśli z niego zrezygnujemy to zostanie on najzwyczajniej w świecie zwolniony i wróci na ulicę, to porzuciliśmy ten pomysł. Gdy dowiedzieliśmy się, że Subu – takie miał imię – jest analfabetą, to za punkt honoru obraliśmy sobie nauczyć go czytać.

Następnego dnia po przyjeździe miałam okazję wyjść i poznać bliżej Kalkutę. W sierpniu pogoda w tym miejscu była dla mnie nie do zniesienia. Lejący się z nieba żar nie dawał mi wytchnienia. Najgorsza jednak nie była temperatura, ale wilgotność wynosząca około 90%. Naszym pierwszym celem był ambitnie Burrabazar – mieszczący się w samym centrum Kalkuty bazar będący jednym z największych w całych Indiach. Sama podróż do niego była dla mnie niezwykłym doświadczeniem. Jechałam odrapanym autobusem w nieznośnym upale, pośród Hindusów, z których praktycznie każdy zerkał dyskretnie lub też ostentacyjnie gapił się przez całą podróż na mnie i na moich towarzyszy. Europejczyk w Kalkucie – jak się później boleśnie przekonałam – to niezwykle rzadki widok budzący sensację na skalę lokalną. Szczególnie tacy jak my – studenci, podróżujący najtańszymi środkami lokomocji zarezerwowanymi praktycznie dla najuboższych.

Po dojechaniu na bazar to, co zobaczyłam można określić jako kwintesencję Indii. Nieprzebrana masa ludzi, poruszająca się z jednej strony jak rój mrówek – zwarta i jednolita, ale z drugiej strony każdy mijany człowiek wygląda inaczej. Kobiety ubrane są przeważnie w sari – długie pasy materiału, których się nie zszywa, a jedynie w skomplikowany sposób owija wokół ciała, z końcem zwisającym zazwyczaj przez ramię. Sari, które widzieliśmy, miały chyba wszystkie możliwe kolory, dominującymi jednak są kolory jasne – żółte, pomarańczowe, czerwone, różowe. Mężczyźni ubrani są zazwyczaj w jasne koszule, długie spodnie i sandały. W Indiach, w o wiele większym stopniu niż w Europie, ubiór świadczy o osobie. Po tym w co ktoś jest ubrany można łatwo wywnioskować, czy jest majętny, jaką religię wyznaje, do jakiej kasty przynależy oraz czy kobieta jest zamężna. Najsmutniejszy widok przedstawiają sobą jednak najubożsi i żebracy, odziani w szmaty bądź też same biodrówki, bardzo często makabrycznie okaleczeni i zdeformowani, często celowo – budzą oni większą litość i mają większe szanse uzyskania jałmużny.

Przechodzący ludzie przez panujący ścisk co chwila się dotykają i przekrzykują. Naszym pierwszym celem był zakup pościeli. Sprzedawcy widząc Twoje zainteresowanie oferowanym przez nich towarem toczą istną walkę by zatrzymać Cię jak najdłużej. Na samym początku zostaliśmy zaproszeni do środka sklepu, gdzie poczęstowano nas czajem – indyjską herbatą z dodatkiem masali i mleka. Sama byłam zaskoczona jak bardzo mi ten napój smakował – w Polsce nie jestem w stanie wypić herbaty z mlekiem. Po początkowej, czysto grzecznościowej rozmowie, następuje pora na interesy. Sprzedawca dowiedziawszy się, że chcemy kupić pościel, zaczął bombardować nas luksusowymi materiałami, których cena była dla nas astronomiczna. Gdy dowiedział się, że wolimy towar ze zdecydowanie niższej półki, zawód na jego twarzy był oczywisty. Targowanie się z nim na temat ceny zostawiłam partnerowi, któremu udało się wynegocjować zejście z 800 do 300 rupii (ok 16 zł). Wtedy wydawało nam się, że dokonaliśmy udanego zakupu, aby dopiero później dojść do wniosku, że i tak przepłaciliśmy prawie podwójnie.

Indyjski bazar jest ucztą dla oczu, ale również festiwalem doznań dla pozostałych zmysłów. O ile nie potrafię sobie wyobrazić osoby niewidomej poruszającej się w takim miejscu, to nie wątpię, że pozostałoby to na długo w jej pamięci. Wszędzie daje się wyczuć zapach najróżniejszych przypraw z dominacją masali i curry, a także zapach owoców, warzyw i niestety moczu. Intensywny jest również zapach przygotowywanego jedzenia – najczęściej są to popularne samosy, czyli trójkątne pierożki, smażone na głębokim oleju z nadzieniem z ostro przyprawionych warzyw oraz biryani – smażonego bądź gotowanego ryżu z dodatkiem przypraw i jajkiem w wersji wegetariańskiej lub różnego rodzaju mięs. Idąc wąskimi uliczkami bazaru, czując te wszystkie zapachy i dźwięki, odczuwałam całą sobą, że jestem w zupełnie innym świecie, tak bardzo dla mnie orientalnym.

Opowieść z odległego lądu. Jak powstawała biblioteka dla niewidomych w RPA

Gdy wybierałam kierunek studiów – bibliotekoznawstwo na UW, nie spodziewałam się, że dwa lata później uczelnia wyśle mnie i dwójkę innych studentów do Republiki Południowej Afryki. Wyjazd do ośrodka dla dzieci niewidomych i niedowidzących zmienił moje życie i podejście do świata.

Zakład w Siloe został założony w północnej, ubogiej części RPA w latach 50 przez belgijskie zakonnice. Od 2007 roku jest prowadzony przez Siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża. W 2009 roku ośrodek prowadziły trzy wspaniałe kobiety: Siostra Fides, Siostra Angelika i Siostra Bogumiła, które ściągnęły tam trójkę studentów bibliotekoznawstwa, by zorganizowali od podstaw bibliotekę dla mieszkańców zakładu.

W Siloe było wtedy prawie 200 dzieci z wadami wzroku oraz około 400 dzieci widzących – mieszkańców pobliskich wiosek. Inwalidzi wzroku mieszkali w ośrodku na stałe, wracając (często dość niechętnie) do swoich domów na ferie i wakacje.

Starano się zapewnić dzieciom ten sam poziom nauki, co w szkołach dla osób widzących, wykorzystując dostępny w ośrodku sprzęt. Bardzo szybko i sprawnie pisały na starych, zielonych perkinsach, dobrze posługiwały się systemem brajla i korzystały z brajlowskich książek. Nie miały, niestety, dostępu do linijek brajlowskich, więc często nosiły ze sobą te wielkie tomy. Ze względu na wiek książek i ich częste użytkowanie, jakość wydruków nie była zbyt dobra. Jednym z naszych zadań podczas tego wyjazdu, było przygotowanie podwalin pod drukarnię brajlowską.

Jednak – wracając do naszego celu wyprawy – pojechaliśmy tam zorganizować bibliotekę, w dawnym budynku kościoła, dlatego śmialiśmy się, że jedna świątynia zmieniła się w drugą. Zaczęliśmy od przeglądania księgozbioru – tutaj bardzo przydała nam się pomoc niewidomej nauczycielki historii, która zajęła się selekcją starych książek historycznych. Ze względu na trudną historię tamtego regionu, w tym apartheid, stare książki zawierały wiele rasistowskich i krzywdzących kwestii. Były tam również książki zupełnie zbędne – np. drugi tom nieaktualnego już rozporządzenia ministra sprzed 20 lat w 20 egzemplarzach. Albo książki, w których większość kartek wyjadły szkodniki. Na marginesie dodam, że szkodników, pająków i owadów było tam dużo, więc jak ktoś się ich boi, to nie polecam takich wyjazdów.

Zakupiliśmy wiele nowych książek, głównie czarnodrukowych lub z drukiem powiększonym, bo tylko takie można było kupić w najbliższym mieście Polokwane, odległym od Siloe o 40 km. Książki brajlowskie zamówiliśmy z katalogu, niestety nie wszystkie zdążyły dotrzeć do biblioteki przed naszym wyjazdem – bo w RPA, jak pewnie w całej Afryce, życie toczy się spokojnym, powolnym, wręcz odrębnym tempem.

Kupiliśmy również komputery z dużymi ekranami oraz gry i encyklopedie. Ale ponieważ największą rolę w tamtejszym regionie odgrywa kultura mówiona, wyposażyliśmy bibliotekę w odtwarzacze CD i kaset magnetofonowych. I to właśnie audiobooki cieszyły się największą popularnością.

Dla najmłodszych stworzyliśmy kącik dziecięcy z najprostszymi książeczkami w brajlu i z tyflografiką, by maluchy mogły odkrywać świat książek już od najwcześniejszych lat życia. Do tego kilka zabawek i gier edukacyjnych. Duże powodzenie zdobył brajlowski chińczyk i puzzle brajlowskie z alfabetem. Przestrzeń zorganizowaliśmy tak, by Boni – przyszły bibliotekarz – miał wszystkich na oku. Staraliśmy się również nie rezygnować z wolnego dostępu do książek – przynajmniej tych najpopularniejszych, by również niewidomi mogli samodzielnie, bez pytania o pomoc, wybrać sobie interesującą książkę. Wymagało to od nas sporo wysiłku, by odpowiednio oznaczyć przestrzeń, półki i książki.

Mogliśmy liczyć na pomoc różnych osób. Najchętniej przychodzili do nas nastoletni chłopcy – praktycznie codziennie po szkole. I właściwie robili więcej zamieszania niż faktycznie pomagali, ale przecież to miejsce miało być również dla nich, dlatego chcieliśmy, by aktywnie uczestniczyli w jego tworzeniu.

Dzieci cieszyły się z naszego przyjazdu, choć na początku dziewczynki były bardzo nieśmiałe. Chłopcy dużo szybciej się przełamali. Rozmawialiśmy z nimi po angielsku – był to język wykładowy w szkole. Z młodszymi dziećmi mieliśmy większy problem – nie znaliśmy lokalnego języka sepedi, one jeszcze nie znały angielskiego, a przecież ciężko jest porozumieć się z niewidomym na migi. Nauczyliśmy się więc kilku zdań w lokalnym języku, np. „jestem przyjacielem”, „nie bój się”, „nie znam twojego języka”. Nad najmłodszymi użytkownikami bibliotek opiekę od samego początku przejął Boni – nasz następca.

Ponieważ dzieci nigdy wcześniej nie miały kontaktu z biblioteką, wszystko było dla nich nowe i musieliśmy im wiele pokazać. Dlatego przychodziły do nas na lekcje biblioteczne i uczyły się zasad dbania o książki, przeznaczenia słowników i encyklopedii, a także organizacji przestrzeni i zasad wypożyczania książek. Największym zaskoczeniem dla nich było to, że książki można czytać również dla przyjemności. Dzieciom kojarzyły się one wyłącznie z nauką, bo tylko do takich zasobów miały do tej pory dostęp.

W wolnych chwilach, poza pomaganiem nam w bibliotece, dziewczynki bawiły się lalkami, a chłopcy chętnie grali w piłkę – robili je ze starych torebek foliowych i sznurka. Taka piłka była świetnym rozwiązaniem – była lekka, więc nie mogła nikomu zrobić krzywdy, szeleściła, więc można ją było zlokalizować, była łatwa do zrobienia, więc gdy zaginęła, chłopcy szybko robili następną. Dzieci były bardzo muzykalne, więc razem śpiewały i uczyły się grać na różnych instrumentach. Bardzo chętnie ćwiczyły grę na „udawanych” bębnach tj. odwróconych koszach na śmieci, najlepiej o szóstej rano. Dla mnie była to niesamowita, choć dość głośna pobudka.

Przyjeżdżając tam, już pierwszego dnia siostry obiecały nam, że jeśli będziemy przykładać się do naszej pracy, one zabiorą nas w nagrodę na kilka wycieczek. I tak faktycznie było, ale to już treść innych, długich historii…

I w ten sposób, pracując przez półtora miesiąca zorganizowaliśmy bibliotekę, salę kinową i podwaliny pod drukarnię brajlowską. Było to niesamowite doświadczenie. Pobyt w tym odległym kraju, w zupełnie innej kulturze, sprawił, że zaczęłam inaczej patrzeć na świat: z większym szacunkiem dla odmienności

i z większą pokorą. Stałam się bardziej otwarta i ciekawa świata. Zapragnęłam kolejnych takich wyjazdów, które – jak wierzę – jeszcze kiedyś nastąpią.

Helen Keller idzie do urzędu… Osoby niewidome a obiekty budowlane

Napięcie między sferą prywatną a publiczną, konflikt wolności, subsydiarności oraz równości są niwelowane w każdym państwie zupełnie inaczej. To, co jest wspólne w całym świecie demokratycznym, to wiara w postępujący proces upodmiotowienia obywateli. Każdy człowiek zyskuje dostęp do sfery publicznej, może w niej w pełni uczestniczyć bez abstrahowania od wyglądu, płci, wyznawanej religii, jak również stanu majątkowego. Życie publiczne staje się po prostu otwarte dla wszystkich. Demokratyzm idzie nawet dalej stanowiąc, że można pozwolić sobie jedynie na takie nierówności społeczne i ekonomiczne, które są z korzyścią dla grup najbardziej zmarginalizowanych.

Współczesnym imperatywem stało się więc niwelowanie istniejącego i przeciwdziałanie potencjalnemu wykluczeniu społecznemu. Nie do zaakceptowania jest sytuacja, w której jednostka będąca członkiem społeczeństwa nie może normalnie uczestniczyć w działaniach obywateli tego społeczeństwa z uwagi na brak dostępu do infrastruktury publicznej.

Dlatego też należy zapewnić każdemu miejsce w przestrzeni publicznej, a w szczególności zaprojektować ją w ten sposób, by mogły poruszać się w niej jednostki dysfunkcyjne komunikacyjnie – niepełnosprawne, rodzice korzystające z wózków dziecięcych, osoby starsze, rowerzyści, turyści, obcokrajowcy. Podstawowym celem tych działań powinno być niwelowanie barier, czyli „trudności i przeszkód występujących przy korzystaniu z obiektów budowlanych, a także wszelkich innych utrudnień uniemożliwiających poruszanie się w przestrzeni” (Encyklopedia PWN).

Truizmem jest stwierdzenie, że w czasach nam współczesnych człowiek stał się więc miarą przestrzeni, lecz obiekty użyteczności publicznej nie zostały zhumanizowane. Organizacja Europejska Koncepcja Dostępności (European Concept for Accessibility), do której – co symptomatyczne – nie należy żaden podmiot z Polski, zaproponowała cztery zasady, którymi należy kierować się projektując obiekty użyteczności publicznej w aspekcie inwalidów wzroku.

Każdy z nas jest inny, każdy się zmienia

Każda grupa komunikacyjnie dysfunkcyjna ma więc inne, zmieniające się wraz z upływem czasu potrzeby. Inwalidzi wzroku napotykają, jak zauważa Fundacja Szansa dla Niewidomych, przede wszystkim na następujące utrudnienia: brak dotykowych oznaczeń przy przejściach, brak jednolitych rozwiązań (np. w przypadku przycisków przy przejściach dla pieszych), wiszące przeszkody, ukośne słupy itp., trudne do wykrycia przy pomocy białej laski obiekty, chaotyczny układ przestrzeni, brak kontrastów, oślepiające, zbyt słabe lub nierównomierne oświetlenie, materiały o bardzo dużym połysku, ekrany dotykowe bez właściwego oprogramowania. Zatem do głównych potrzeb tej grupy można zaliczyć: oznaczenia w alfabecie brajla i inne oznaczenia dotykowe, ścieżki dotykowe, mapy dotykowe, komunikaty głosowe, dokumenty przygotowane w formie umożliwiającej ich odczytanie i wypełnienie przy pomocy komputera wyposażonego w program czytający, audiodeskrypcja (muzea, kina, teatry).

Planowanie dostępności to tworzenie przestrzeni z myślą o wszystkich

Każdy element zwiększający dostępność musi być dostosowany do jak najszerszego grona odbiorców. Mapy dotykowe mogą służyć nie tylko osobom z wadą wzroku, ale również turystom, obcokrajowcom, a komunikaty głosowe dzieciom oraz ludziom starszym.

Dostępność powinna być niewidoczna

Rozwiązania tworzone zgodnie z ideą dostępności powinny być reakcją na program funkcjonalny obiektu i założenia ideowe, a kompozycja całości powinna być spójna i czytelna, tworząc nową, interesującą i przyciągającą ludzi przestrzeń. Dlatego też próba dostosowania budynków istniejących nigdy nie pozwoli na osiągnięcie tak wysokiego stopnia dostępności, jak w przypadku obiektów, w których stała się ona częścią procesu budowlanego. Trzeba i warto dostosowywać obiekty już funkcjonujące, jednak modelową sytuacją jest planowanie dostępności już na etapie projektowania budynków.

Przestrzeń dostępna powinna być odbierana wieloma zmysłami

Wielozmysłowy sposób odbierania przestrzeni to możliwość zapoznania się z nią nie tylko słuchem, ale również wzrokiem i dotykiem. Nie stworzymy przestrzeni otwartej bez dywersyfikacji źródła informacji. Przy okazji zyskamy sojuszników w postaci osób głuchoniewidomych i niesłyszących, a także inwalidów ruchu.

Polskie prawo, próbując przeciwdziałać wykluczeniu, stara się poświęcić więcej atencji osobom niepełnosprawnym. Helen Keller stanowiąca egzemplifikację osoby niewidomej nie znalazłaby jednakże dużo zapisów adresowanych do niej w aspekcie dostępności przestrzeni publicznej, czy też obiektów budowlanych. W obowiązującej ustawie zasadniczej o osobach niepełnosprawnych wspomina się dwukrotnie w art. 68 ustęp 3 – „Władze publiczne są obowiązane do zapewnienia szczególnej opieki zdrowotnej dzieciom, kobietom ciężarnym, osobom niepełnosprawnym i osobom w podeszłym wieku” oraz cały art. 69 suponujący, że „Osobom niepełnosprawnym władze publiczne udzielają, zgodnie z ustawą, pomocy w zabezpieczaniu egzystencji, przysposobieniu do pracy oraz komunikacji społecznej”.

Te passusy zdaniem badaczy mają wartość symboliczną. Art. 68 ust. 3 bowiem implikuje szczególną opiekę medyczną w zakresie wspomnianych grup ludności, dla których z tego zapisu nie można wyprowadzać żadnych praw podmiotowych. Art. 69 pozornie nakłada na aparat państwowy obowiązki. Pierwszym z nich jest zabezpieczanie egzystencji oznaczające istnienie niezbędnych gwarancji finansowych i rzeczowych. Drugim jest przysposobienie do pracy, które należy rozumieć jako umożliwienie podjęcia normalnej pracy zawodowej poprzez m.in. tworzenie specjalnie przygotowanych miejsc pracy oraz zapewnienie osobie niepełnosprawnej możliwości korzystania z kursów i szkoleń służących zmianie jej dotychczasowych kwalifikacji. Po trzecie władze publiczne obowiązane są zapewnić niepełnosprawnym pomoc w komunikacji społecznej – tzn. w poruszaniu się poprzez np. likwidację barier architektonicznych, odpowiednie urządzenia w środkach transportu publicznego itp. Zakres przedmiotowy obowiązywania niniejszych zapisów ograniczony jest przedmiotowo, a ustali go ustawa.

Tak więc, mimo realizacji postulatów organizacji osób niepełnosprawnych, oba artykuły nie mogą być stosowane bezpośrednio, a obywatelom nie przysługuje skarga konstytucyjna na aparat władzy nieprzestrzegający art. 68 ustęp 3, czy też art. 69.

Przyjrzyjmy się więc przez chwilę w jaki sposób ustawa zwykła – Prawo budowlane (rok uchwalenia 1994) doprecyzowała art. 69 Konstytucji RP z 1997 r. Szczególnie interesować będzie mnie zaaplikowanie do systemu prawnego fragmentu tegoż artykułu mówiącego o komunikacji społecznej w zakresie dostępów do budynków użyteczności publicznej (m.in. urzędy), czyli to, czy osoby niewidome mogą się po nich samodzielnie poruszać. Art 5 ust. 1 pkt 4 Prawa budowlanego stanowi, że: „Obiekt budowlany wraz ze związanymi z nim urządzeniami budowlanymi należy, biorąc pod uwagę przewidywany okres użytkowania, projektować i budować w sposób określony w przepisach, w tym techniczno-budowlanych oraz zgodnie z zasadami wiedzy technicznej, zapewniając (m.in., przyp. autora): niezbędne warunki do korzystania z obiektów użyteczności publicznej i mieszkaniowego budownictwa wielorodzinnego przez osoby niepełnosprawne, w szczególności poruszające się na wózkach inwalidzkich”. Przepis ten według doktryny zabezpiecza interes osób niepełnosprawnych w dostępie do budynków użyteczności publicznej w szczególności biorąc pod uwagę te jednostki posiadające dysfunkcję ruchową. W razie gdyby przytoczony zapis nie został zrealizowany, Państwowy Powiatowy Inspektor Nadzoru Budowlanego nie wyda zgody na użytkowanie obiektu. Niestety, pragmatyka PINB bierze pod uwagę tylko jeden wspomniany rodzaj niepełnosprawności pomijając w swoich kontrolach inne zakresy ograniczeń funkcjonowania jednostek milczeniem.

Ilustracją dostępności obiektów użyteczności publicznej niech będzie „Raport z badania na temat dostępności budynków administracji rządowej i urzędów centralnych dla osób niepełnosprawnych” opracowany przez Biuro Pełnomocnika Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych. Stwierdzono w nim, że najbardziej popularną formę dostosowania budynku do potrzeb osoby niewidomej lub niedowidzącej stanowi osobista pomoc pracownika w przemieszczaniu się w otoczeniu budynku i w wejściu na jego teren (71% budynków użyteczności publicznej). Żaden z badanych podmiotów nie wprowadził w swojej instytucji głosowych czy też tonowych komunikatów i informacji dotyczących przemieszczania się. W zbliżonym stopniu stosowane są następujące formy dostosowania: brak schodów (44% badanych budynków), sygnalizacja przywoławcza (37% budynków) oraz wejście do budynków o zróżnicowanej fakturze powierzchni (34% budynków). Gdy jednak schody pozostają nadal barierą, urzędy oznaczają schody kontaktowymi kolorami, czy też modyfikują fakturę schodów (17% wskazań), a także montują poręcze przy schodach (60% budynków).

Wyniki te z jednej strony mogą cieszyć, bowiem dostrzeżono kwestię dostępności urzędów dla inwalidów wzroku. Smutne jest jednakże to, że w ponad 71 % przypadków osoba niewidoma lub niedowidząca musi korzystać z pomocy urzędnika. Asysta ta stoi w sprzeczności z wyrażoną w preambule naszej ustawy zasadniczej zasadą pomocniczości stanowiącej, że państwo powinno pomagać bezpośrednio, ale tylko w sprawach, z którymi poszczególne jednostki są w stanie poradzić sobie same i jedynie tam, gdzie wsparcie to jest niezbędne. Ponadto praktyka ta stoi w sprzeczności z zakazem dyskryminacji, który również stanowi zasadę konstytucyjną naszego państwa. Wszak nie znajduje uzasadnienia sytuacja, w której niewidomy lub niedowidzący petent nie może skorzystać z usług danego urzędu samodzielnie i jest zobligowany do skorzystania z pomocy pracownika danej instytucji.

Ponadto na uwadze należy mieć Konwencję ONZ o Prawach Osób Niepełnosprawnych, która została ratyfikowana przez Polskę w 2012 r. kiedy to stała się częścią porządku prawnego Rzeczypospolitej. Ergo można stosować ją bezpośrednio i w swoim zakresie przedmiotowym nie różni się niczym od ustaw zwykłych. Stanowi ona m.in., że wszystkim osobom niepełnosprawnym umożliwia się samodzielne funkcjonowanie i pełny udział we wszystkich sferach życia. Nadto państwo zobligowane jest w myśl art. 9 Konwencji do eliminacji przeszkód i barier w zakresie ich dostępności.

Warto byłoby więc wyeliminować nieszczęśliwą redakcję Art 5 ust. 1 pkt 4 prawa budowlanego nie wspominając o pragmatyce nadzoru budowlanego, gdyż pozostają one w sprzeczności z art. 9 Konwencji ONZ o Prawach Osób Niepełnosprawnych. Urzędnik pomagający każdej potencjalnej Helen Keller, która przyszła do urzędu, jest miłym gestem. Świadczy jednakże o tymczasowości rozwiązań maskujących niedostępność przestrzeni publicznej.

* Helen Adams Keller (ur. 27 czerwca 1880 w Tuscumbia, Alabama, zm. 1 czerwca 1968 w Westport, Connecticut) – amerykańska głuchoniewidoma pisarka, pedagog i działaczka społeczna. Mając 19 miesięcy przeszła chorobę, która pozbawiła ją wzroku, słuchu i częściowo możności mówienia. Kiedy miała 6 lat, jej rodzice poprosili o konsultację Aleksandra Grahama Bella. Ten skontaktował ich z Anną Mansfield Sullivan (później A.M. Macy), która zaczęła kształcić Helen. Pod opieką Sullivan Helen robiła ogromne postępy. Nauczyła się alfabetu Braille’a i studiowała w Horace Mann School for the Deaf (w Bostonie). Uzyskała bakalaureat, zdobyła znajomość kilku języków. Prowadziła działalność naukową i społeczną. Poświęciła życie innym osobom upośledzonym. Napisała wiele książek, z których najsławniejsza to The Story of My Life (1902), wydana po polsku w 1904 pt. Historia mego życia. Keller angażowała się w wiele inicjatyw społeczno-politycznych. Była członkinią amerykańskiej Partii Socjalistycznej i związku zawodowego Industrial Workers of the World. Działała na rzecz równouprawnienia kobiet. (źródło: http://pl.wikipedia.org/wiki/Helen_Keller)

REHA in Romania 2013

Polskę z Rumunią łączą stosunki na wielu poziomach. Polityczne, gospodarcze oraz kulturalne. Ze względu na trudną przeszłość, kraj niezwykle popularnego Hrabiego Drakuli jest przez resztę świata cały czas nieodkryty. A szkoda, bo jest piękny, kolorowy, otwarty na turystów, bezpieczny i przede wszystkim naturalny – w wielu miejscach taki jak przed dziesiątkami lat.

Fundacja Szansa dla Niewidomych, organizator corocznej konferencji REHA FOR THE BLIND IN POLAND®, nawiązała kontakty z niewidomymi i niewidzącymi w Rumuni już kilka lat temu. Reprezentanci Rumuńskiego Związku Niewidomych byli uczestnikami REHA w Polsce. Wspólna wymiana wiedzy i doświadczeń zaowocowała kilkoma przedsięwzięciami, dzięki którym niewidomi i niedowidzący w Rumunii być może będą mieli choć trochę łatwiej. Warto nadmienić, że w Rumunii nie ma żadnych zorganizowanych programów mających na celu finansowanie lub dofinansowanie nowoczesnej rehabilitacji. Niepełnosprawni są zdani na siebie, co jest tym trudniejsze, że jest to kraj, w którym zwykli ludzie są biedniejsi od Polaków mimo, że największe miasta całkiem udanie pokazują, że w Rumunii drzemie spory potencjał gospodarczy. W Bukareszcie, spacerując po starówce lub po bulwarach w centrum miasta w okolicy Parlamentu (jednego z największych budynków w Europie), można się poczuć jak w europejskiej stolicy. Kafejki i restauracje, odnowione zabytki, uśmiechnięci ludzie. Niestety, wystarczy przejechać trochę dalej, do biedniejszych dzielnic lub wyjechać za miasto, żeby zobaczyć domy z gliny czy studnie z żurawiami. W takiej rzeczywistości nie jest niewidomemu łatwo samemu kupić sobie sprzęt niezbędny do skutecznej edukacji czy wykonywania pracy tak, jak osoby sprawne.

13 maja 2013 roku, w jednej z dwóch szkół dla niewidomych w Bukareszcie, odbyła się pierwsza edycja konferencji REHA FOR THE BLIND IN ROMANIA. Wydarzenie wyjątkowe, bo pierwsze tego typu w tym kraju. Po kilku miesiącach przygotowań udało się, wspólnie z Rumuńskim Związkiem Niewidomych, zorganizować to, czego nie udało się nikomu w tym kraju przez tyle lat. Podobnie jak na REHA w Warszawie odbyła się wystawa nowoczesnego sprzętu dla osób niewidomych i niedowidzących, poprzedzona merytoryczną konferencją. Po wysłuchaniu oficjalnych powitań, w tym wystąpienia prezesa Rumuńskiego Związku Niewidomych oraz przedstawiciela Rumuńskiego Ministerstwa Edukacji goście i uczestnicy wysłuchali referatów na tematy dotyczące sytuacji niewidomych i niedowidzących w Rumunii, czym zajmuje się Fundacja Szansa dla Niewidomych i jakie ma plany związane ze współpracą z rumuńskimi niepełnosprawnymi, o udźwiękowieniu i ubrajlowieniu otoczenia. Swoje wystąpienie wygłosił również przedstawiciel szkoły w Aradzie, opowiadając o swoich dokonaniach i o samej szkole oraz niewidomy menadżer, który tworzy strony internetowe dostępne dla niewidomych. Wielkie poruszenie i zainteresowanie wywołał pokaz tenisa stołowego dla niewidomych. W Rumunii jeszcze nikt o tym nie słyszał i goście nie mogli się nadziwić. Jak to możliwe, że niewidomy może grać na zwykłym stole tenisowym, normalnymi paletkami i zwykłymi piłeczkami? No właśnie możliwe i dlatego zostało to przyjęte z ogromnym entuzjazmem. Po raz kolejny, poprzez gry z chętnymi potwierdziło się, że nawet grając po raz pierwszy można mieć z tego wielką frajdę. Po sportowych zmaganiach wystąpili przedstawiciele firm obecnych na wystawie: Freedom Scientific, Optelec, Index, Shinano Kenshi, Altix Polska, Altix Vision, Anjo oraz Baum, który swojego stoiska nie miał. Opowiadali o tym, co można zobaczyć na ich stoiskach oraz o firmach, w których pracują.

Wystawa w porównaniu do warszawskiej była skromna, ale zważywszy, że to pierwsza jej edycja – trzeba ją uznać za duży sukces. Zagraniczni goście, tak jak my, byli zaskoczeni organizacją i frekwencją. Spodziewali się małej prezentacji, a wyszło naprawdę spore wydarzenie, które odwiedziło ponad 150 osób w jeden dzień. Można było zobaczyć najnowsze technologie, niektóre po raz pierwszy w Rumunii, a nawet takie, których jeszcze nie było w Polsce. Wydarzenie zakończyło się prezentacją filmu z audiodeskrypcją dla dzieci.

Co ciekawe, całe wydarzenie cieszyło się dużym zainteresowaniem mediów. Odwiedziły nas trzy telewizje oraz kilka gazet. Zostaliśmy nawet zaproszeni do programu na żywo, producenci zostali nagrani podczas prezentowania sprzętu wychowankom szkoły dla niewidomych. Środowisko niewidomych i niedowidzących w Rumunii czekało na takie wydarzenie w nadziei, że będzie to początek zmian na lepsze. Przyszłość pokaże czy tak się stanie. Miejmy nadzieję, że za rok uda się zorganizować drugą edycję: większą, bardziej widoczną i mającą większe oddziaływanie.

Odbiegając od samej konferencji, warto wspomnieć o podróży z Polski do Rumunii. Z dwóch powodów: wspaniałej przygody oraz wątku edukacyjnego. Do Bukaresztu wyruszyliśmy z Warszawy samochodem w pięć osób. Podróżowaliśmy przez Słowację, Węgry i prawie całą Rumunię. 1350 kilometrów w dwa dni. Kto nie przejechał takiej trasy, niech żałuje. O ile Słowacja i Węgry nie są specjalnie zaskakujące (Słowacja jest znana i podobna do Polski, na Węgrzech są albo autostrady albo równiny), to Rumunia jest niesamowita poprzez naturalność i różnorodność. Mijaliśmy miasta, miasteczka i wioski zupełnie inne od tych w naszej części Europy. Jechaliśmy wzdłuż Dunaju, przy wysokich Karpatach, nie zdecydowaliśmy się na przebycie trasy Transfogarskiej (2000 m n. p. m.) ze względu na brak czasu. Takich widoków nie uświadczy się lecąc samolotem i lądując w jednym z nadmorskich kurortów. Warto pamiętać, że jadąc do Rumunii, która jest w Unii Europejskiej, trzeba zabrać dowód osobisty lub paszport. Jego brak niechybnie doprowadzi do zawrócenia z granicy.

Podróżować i zamknąć oczy

Albert Einstein uważał, że „wyobraźnia jest wszystkim, pokazuje jakie atrakcje czekają nas w życiu”. Podpisuję się pod tym stwierdzeniem dwiema rękami. Po podjęciu decyzji odbycia jakiejkolwiek podróży wyobrażamy sobie jak tam będzie. Czy miejsce, do którego jadę nie rozczaruje mnie? Czy obrazy miejsc, które oglądam i za kilka dni odwiedzę będą równie piękne jak na zdjęciach, które widziałam? Czy to wszystko na co się nastawiam spełni moje oczekiwania? Te pytania nie były mi obce, kiedy wylatywałam na wyspę Rodos w Grecji. Nie mogłam doczekać się momentu, kiedy tam będę – to była moja pierwsza wyprawa w takie miejsce. Długo oczekiwany urlop zapowiadał się wspaniale. Kiedy znalazłam się w miejscu przeznaczenia zaczęła się moja tygodniowa przygoda, której każdego dnia odkrywałam nowe miejsca, smaki i zapachy.

Ponad roczna praca w Fundacji Szansa dla Niewidomych wywarła wielki wpływ na postrzeganie przeze mnie otaczającego świata. Pracuję w bydgoskim tyflopunkcie Fundacji od początku jego powstania, na co dzień poznaję ludzi z dysfunkcją wzroku, którzy inaczej ,,patrzą na otaczający ich świat”. Wsłuchuję się wnikliwe w ich obserwacje, analizuję poglądy i doświadczenia życiowe. Pewnego dnia naszła mnie pewna refleksja, która całkowicie zmieniła mój pogląd na spędzanie tegorocznych wakacji.

A co będzie jeżeli przez kilka minut zamknę oczy i zacznę ,,patrzeć inaczej” na otaczającą mnie wakacyjną rzeczywistość? Pytanie to kołatało się w moich myślach. Postanowiłam poznać na nie odpowiedź i podzielić się z Państwem moimi wrażeniami z pobytu na Wyspie Słońca. Chyba nie przesadzę pisząc, że na Rodos zawsze świeci słońce. Ponad 300 dni słonecznych w roku mówi samo za siebie. Przez siedem dni mojego pobytu na niebie nie było ani jednej chmury! Wygrzewając się w słońcu mogliśmy z przyjaciółmi obserwować jedynie pojedyncze obłoki pojawiające się nad Turcją. Natomiast tylko jednego dnia pojawiły się pasma chmur, jednak szybko wiejący wiatr w mig się z nimi rozprawił.

Pobyt na Rodos w czerwcu był magiczny pod względem unoszących się zapachów: kwitło wszystko, co tylko mogło – hibiskusy, pnącza, pelargonie i cała masa innych roślin, których identyfikacji nazw nie jestem w stanie się podjąć. No i te cykady wieczorami… po prostu niezwykły, prywatny, niekończący się koncert.Hotel ulokowany był bezpośrednio przy długiej, żwirowo-kamienistej plaży w północno-wschodniej części wyspy. Warto wiedzieć, że większość plaż na Rodos, jeśli nie wszystkie, to plaże publiczne i za znajdujące się na nich parasole i leżaki trzeba płacić. Na szczęście opłata jest pobierana jednorazowo.

Plaże i zatoki są piękne, każda jest naprawdę niepowtarzalna. Leżąc na plaży często zamykałam oczy i odcinałam się od problemów, trosk dnia codziennego. Czułam na skórze promienie słoneczne, przyjemną bryzę morza i muskający moją skórę watr… cisza, spokój potęgowały odprężenie i błogi stan jaki czułam. Przyjemna ochłoda w falującym morzu była przyjemnością, której nigdy nie miałam dosyć. Na wschodnim wybrzeżu wiatr nie wieje tak bardzo, fale są niewielkie, a morze jest przez długi czas płytkie.

Gwar ludzkich rozmów, smak greckich potraw, muzykę i śpiew odnalazłam w mieście Faliraki. Tam bowiem kwitnie życie towarzyskie, a imprezy trwają cały czas. Warto dodać, że życie turystyczne, poza nielicznymi wyjątkami, koncentruje się na północy wyspy (szczególnie jeśli chodzi o zachodnie wybrzeże) i w centrum.

Wyspa jest na tyle niewielka, że w 2-3 dni można zjeździć ją praktycznie całą. Nie zawiodą się miłośnicy starożytnych ruin, które można dotknąć dłońmi. Cieszyć się też będą chcący podziwiać widoki i przyrodę. Polecam wypożyczenie samochodu, jeżeli są Państwo większą grupą osób to świetna zabawa. Koszt jednodniowego wypożyczenia to ok. 25 euro. Mimo że po całej wyspie kursują autobusy, samochód to najwygodniejszy i najszybszy środek podróżowania, szczególnie jeśli chcemy zatrzymać się w różnych odludnych miejscach.

Oczywiście będąc na Rodos nie można pominąć stolicy wyspy. Jest naprawdę urocza! Wprost trzeba się zgubić w wąskich zaułkach Starego Miasta. Koniecznie trzeba zobaczyć mury obronne, bramy, ulicę Rycerską i Pałac Wielkich Mistrzów (wstęp płatny). Jeśli ktoś lubi zagłębiać się w historię, dowie się, że różnorodność zabudowy stolicy, jak i całej wyspy, związana jest z podbijaniem Rodos przez różne kraje. Widać tu elementy bizantyjskie, tureckie, greckie. Po zwiedzeniu Starego Miasta warto pospacerować ulicami Nowego Miasta. Znajdujący się tam port Mandraki z malowniczymi wiatrakami i fortem św. Mikołaja również wart jest zwiedzenia. W zwiedzaniu wyspy towarzyszyć będą Państwu licznie zgromadzone koty. Trzeba uważać, bo potrafią spać na maskach samochodów czy nawet pod autami.

Przy wiatrakach i forcie woda jest krystaliczna i przejrzysta, rybacy łowią ryby, a my nie mogliśmy się oprzeć, żeby chociaż na chwilę zanurzyć stopy w wodzie. Cudowne uczucie. Gwar miasta, rozmowy ludzi, zapachy smażonych ryb, greckich potraw nadają niepowtarzalny klimat temu miejscu. Ludzie też wydają się być tu bardziej szczęśliwi niż u nas. Często wtedy zamykałam oczy i chciałam innymi zmysłami chłonąć magię tego miejsca.

W okolicach stolicy warte obejrzenia jest Monte Smith. Na wzgórzu znajdują się nieliczne pozostałości po zabudowaniach antycznych – odnowiony stadion, amfiteatr z marmurowymi stopniami i ruiny świątyni Apolla. Część osób może być zawiedziona, że zostało tego tak mało, ale nawet w tym miejscu da się poczuć atmosferę starożytności. Wszystko jest otoczone drzewami oliwnymi. Wstęp jest bezpłatny. Niedaleko znajduje się miejsce, skąd widać zarówno Morze Egejskie, oblewające zachodni brzeg wyspy, jak i Morze Śródziemne, znajdujące się po wschodniej stronie.

Kolejnego dnia udaliśmy się na dłuższą wyprawę wzdłuż wschodniego wybrzeża wyspy, aż do jej południowego krańca, przylądka Prasonisi, który okresowo zimą staje się wyspą. Droga była cudowna. Widoki zapierały dech, ale to nic w porównaniu z tym, co czekało nas u celu. Przylądek zadziwia przede wszystkim ogromem. Woda w Morzu Śródziemnym była tak przejrzysta, że nie mogliśmy oprzeć się kąpieli. Wiejące tam silne wiatry sprzyjają uprawianiu sportów wodnych, szczególnie kite- i windsurfingu. To jest raj dla amatorów sportów wodnych. Z Prasonisi udaliśmy się w drogę powrotną na północ, przez Lindos i Kolimbię. Lindos to bez wątpienia jedno z najładniejszych miejsc na wyspie. Oprócz tradycyjnej białej greckiej wioski, mamy tutaj duży Akropol i przecudowny widok zarówno na morze, zatokę Lindos i Św. Pawła, jak i na wioskę. Obecnie cała miejscowość jest pod ochroną – ruch kołowy w wiosce jest zakazany. Warto zostawić samochód nieco dalej, by uniknąć opłaty za parking.

Przez dłuższą chwilę pozwoliliśmy sobie błądzić w bardzo ciasnych uliczkach wioski. Potem udaliśmy się na Akropol. Można się wspiąć pieszo lub wjechać inną drogą na osiołku. My wybraliśmy tę pierwszą możliwość. Po drodze miejscowe kobiety sprzedają przepiękne, ręcznie wykonane obrusy i serwety. Niestety, część ruin była w remoncie, ale i tak warto tu wejść. Przy wejściu koniecznie trzeba zobaczyć wykuty w skale statek!

Po wyjeździe z Lindos udaliśmy się na plażę w Kolimbii. To jedna z nielicznych piaszczystych plaż na Rodos. Malowniczo położona, w otoczeniu wzgórz, niezbyt zatłoczona w tamtym momencie. Niedaleko znajduje się plaża Tsambika z klasztorem na górze – wspaniałe miejsce.

Okazuje się, że podróżując i mając zamknięte oczy również można chłonąć piękno zwiedzanych miejsc w inny sposób. Było to dla mnie doświadczenie wyjątkowe. Ludzie, kiedy uświadomią sobie, że jeden ze zmysłów, które posiadają mogą utracić, zmienia się wiele. Brak wzroku nie jest żadną przeszkodą w podróżowaniu. Widzenie pozwala nam ciągle porównywać i oceniać. Wtedy jednak nie możemy dotknąć esencji tego, co nas otacza. Nie możemy widzieć sercem. Aby moje słowa miały poparcie w życiu podam przykład wspaniałej kobiety Sophie Massieu francuskiej dziennikarki-podróżniczki, która przemierza świat w towarzystwie swojego psa Pongo. Jest niewidoma, ale to nie przeszkadza jej odkrywać nowych miejsc. Jak sama przekonuje, świat jest piękny i chce go obejrzeć… oczami innych ludzi.

Sophie Massieu pochodzi z Normandii. W ciągu dziesięciu miesięcy dokonała nie lada wyczynu, odwiedzając dwadzieścia trzy kraje na pięciu kontynentach. Podróżowała od Brazylii po Jordanię, od Irlandii po Indie, od Kanady po Etiopię, od Madagaskaru po Chiny. Wszędzie towarzyszył jej wierny dalmatyńczyk Pongo. Relacje z niektórych tych fascynujących wypraw zostały zawarte w serii filmów dokumentalnych pt. „Świat w waszych oczach”.

Jazda skuterem po uliczkach Neapolu, miasta, w którym nawet hałas brzmi melodyjnie, a pizza pachnie jak nigdzie indziej, zgiełk Manhattanu i muzyka scen Broadwayu, smaki, dźwięki i zapachy portowego Hamburga, pełen historii Kraków i postindustrialna Nowa Huta… To tylko wybrane odcinki niniejszego cyklu. Massieu, choć niewidoma, stara się chłonąć nowe miejsca wszystkimi zmysłami. To pozwala jej zachwycić się magią Marrakeszu, zadumać nad zderzeniem tradycji z nowoczesnością w Jerozolimie i wczuć się w rytm życia Wenecji, odmierzany pluśnięciami fal. Udaje się też i do Etiopii, do wioski ludu Gurage, gdzie niewidomi skazani są na bezczynność.

Pisząc ten artykuł chciałam wszystkie osoby z dysfunkcją wzroku wprowadzić w stan podróży, aby nie ruszając się z fotela domowego zacisza poczuły magię wyspy Rodos. Mam nadzieję, że mi się to choć trochę udało. Warto żyć pełnią życia, podróżować, poznawać nowe miejsca bez względu na ograniczenia jakie mamy, bo nie robiąc tego możemy stracić tak wiele… jak mawiał Ryszard Kapuściński:

,,Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej…”

Z całego serca życzę Państwu takiej podróżniczej infekcji, bo naprawdę warto ją przeżyć.

Bawić się i zwyciężać. Relacja uczestniczki II Toruńskiej Olimpiady Osób Niepełnosprawnych

Miałam ogromną przyjemność uczestniczyć w II Toruńskiej Olimpiadzie Osób Niepełnosprawnych, która odbyła się 18 maja bieżącego roku na obiektach sportowo-rekreacyjnych Miejskiego Ośrodka Sportu i Rekreacji. Był to dla mnie dzień szczególny, gdyż kocham sport i uwielbiam brać czynny udział we wszystkich wydarzeniach sportowych. Mimo swojej dysfunkcji wzroku jestem osobą bardzo aktywną. Pływanie jest moją pasją, która daje mi dużo szczęścia. Nie ukrywam, że lubię ten dreszczyk emocji, który odczuwam w czasie zawodów, natomiast znalezienie się na podium daje mi osobistą satysfakcję i poczucie spełnienia.

Otwarcie spartakiady nastąpiło w piękny słoneczny dzień na Stadionie Miejskim w Toruniu. Po inauguracji od godz. 10.30 do 16.00 miały miejsce rywalizacje sportowe w ramach dyscyplin wybranych wcześniej przez każdego z uczestników. Ideą II Toruńskiej Olimpiady Osób Niepełnosprawnych była aktywizacja środowisk osób niepełnosprawnych oraz popularyzowanie terapii ruchem. Jest to wielkie święto sportu, tolerancji, zdrowia.

Dodatkowymi atrakcjami było biesiadowanie przy muzyce, konkursy z nagrodami i całe mnóstwo zabawy dla dorosłych i najmłodszych w ogródkach rekreacyjnych, które odbyły się po zakończonych konkurencjach. Nastąpiło uroczyste wręczenie dyplomów i medali, które szczególnie dla mnie było wzruszającym i wyjątkowym momentem, ponieważ stałam na najwyższym stopniu podium jako zwyciężczyni w swojej kategorii wiekowej kobiet w pływaniu. Widziałam startujących pływaków wśród których były osoby całkowicie niewidome, a jednak dające sobie bez problemów radę z przepłynięciem na swoim torze dystansu wyścigu. Na podium znalazłam się razem z niewidomym zwycięzcą w kategorii mężczyzn – Martinem Szulcem, co też było wzruszającym przeżyciem.

Rozgrywki sportowe prowadzone były w następujących dyscyplinach: LEKKOATLETYKA, SZÓSTKI PIŁKARSKIE (drużynowe), STREETBALL, czyli mini koszykówka (drużynowe), SIATKÓWKA (drużynowe), TENIS STOŁOWY, TENIS ZIEMNY, KONKURENCJE SIŁOWE, KONKURENCJE STRZELECKIE, WSPINACZKA, KRĘGLE, PŁYWANIE, BILARD, NORDIC WALKING, WIOŚLARSTWO STACJONARNE, ROWERY STACJONARNE, MINI GOLF oraz BOULE.

Z myślą o osobach z niepełnosprawnością o bardzo szerokim zakresie zarówno intelektualną jak i fizyczną przygotowane były specjalne zestawy piętnastu konkurencji tzw. „Dostosowanej Aktywności Ruchowej”: OGRÓDKI REKREACYJNE TKKF, JEŹDZIECTWO, PIŁKA WODNA.

W II Toruńskiej Olimpiadzie Osób Niepełnosprawnych prawo startu miały osoby niepełnosprawne bez względu na wiek, płeć, stopień i rodzaj niepełnosprawności. W konkretnych konkurencjach rozgrywki prowadzone były z podziałem na rodzaj niepełnosprawności zgodnie z orzeczeniem lekarskim o stopniu niepełnosprawności. Startować można było indywidualnie, drużynowo, bądź w Stowarzyszeniach, Fundacjach, Zakładach Pracy. W zależności od konkurencji i ilości zgłoszeń prowadzone były odrębne klasyfikacje z podziałem na kobiety i mężczyzn, dziewczęta i chłopców według określonych kategorii wiekowych.

Uważam, że organizowanie takich inicjatyw jest bardzo potrzebne. Dlaczego? Daje dużo szczęścia oraz satysfakcji ze zwycięstwa, ale przede wszystkim motywuje do dalszego uprawiania sportu. Jest to bardzo ważne dla osób z dysfunkcją wzroku. Czego sama osobiście jestem doskonałym przykładem.

Fundacja Szansa dla Niewidomych szansą nie tylko dla nich!

Nasza Fundacja zajmuje się mnóstwem rzeczy. Czasem trudno uwierzyć, że jest tego aż tak wiele. Mamy projekty, które realizujemy, a było ich w roku 2012 aż 30, wnioski z kolejnymi projektami, które chcemy realizować, biorą udział w konkursach na dofinansowanie. Mamy też wiele działań naszych, które wiążą się z pracą wolontariacką i naszym własnym dofinansowaniem. Można by zapytać, dlaczego tych działań jest tak dużo i czy jest możliwe dobre ich realizowanie. Zapewne jest ich zbyt wiele, tyle że my, jako działacze Fundacji, nie mamy w zasadzie wyboru. Spraw i problemów jest tak wiele, że my wszyscy nie wiemy „za co się łapać”. Jesteśmy więc w stałej i nieuchronnej pułapce. Nie robimy więcej – to ktoś nie może liczyć na naszą pomoc. Robimy to, o co nas proszą – mamy za dużo pracy. Nasz zespół jest zmęczony i wraz ze wzrostem aktywności popełnia coraz więcej błędów. Wtedy przestaje pomagać sensownie, bo po co pomoc i rada ofiarowywane w niewłaściwy sposób?

Od lat trwa u nas, a pewnie i gdzie indziej, dyskusja, jak znaleźć złoty środek. Szukamy go nieustannie, ale przecież nie znajdujemy. To trudna kwestia. Nie ma idealnego świata, wobec czego zadowalamy się oscylowaniem blisko tego środka. To akurat mniej więcej nam się udaje i tak mijają miesiące, a potem lata. W naszych dyskusjach raz wychodzi na to, że podejmujemy się realizacji obietnic w zbyt wielu tematach, dziedzinach. Potem odwrotnie – pewnej sprawy nie załatwiliśmy, a była ona konieczna.

W ramach pomocy niewidomym i niedowidzącym wiele czasu i pracy poświęcamy dla widzących. Uważamy, że świat nie zdoła się otworzyć, gdy oni nie zrozumieją, jak należy pomagać inwalidom wzorku, co oni potrafią, a co jest dla nich trudne. W tej sprawie dzielimy ludzi na poszczególne kategorie i specjalnie dla nich szykujemy nasze materiały. Innej rady wymagają urzędnicy, a innej bliscy osób niewidomych. Inaczej prezentuje się inwalidztwo wzroku nauczycielom, a inaczej posłom. Czy nam się to udaje? Nie narzekamy. Na tyle, ile jesteśmy w stanie zrobić w małym fundacyjnym gronie, efekty naszej pracy są satysfakcjonujące. Nasz zespół potrafi działać w godzinach pracy i poza nimi. Są to ludzie bardzo zaangażowani, dla których sprawa nowoczesnej rehabilitacji oraz budowania świata otwartego dla niewidomych jest po prostu ważna.

Czy idea ta może być zrealizowana w sposób konwencjonalny? Od lat tłumaczymy osobom widzącym na czym polega inwalidztwo wzroku i – powiedzmy sobie szczerze – rezultaty mogłyby być lepsze. Krótko mówiąc, wiele osób słucha z uwagą, inni jednak omijają temat. Sądzą, że ich nie dotyczy, albo mają nadzieję, że mogą się tym zająć, gdy przyjdzie taka potrzeba. My uważamy jednak inaczej. Wszystko, co tylko się da, należy umieć i wiedzieć wcześniej. Polak nie musi być mądry tylko po szkodzie, jak powiada nasze sławne przysłowie.

Świat nie otworzy się dla niewidomych w taki sposób, jak jest konieczne, gdy tonie w innych problemach i sprawach. Aby dokonać rewolucyjnej zmiany w tej dziedzinie, musimy projektować coraz bardziej chwytliwe i nowatorskie akcje. I tak robimy.

Z jednej strony rehabilitujemy niewidomych i niedowidzących, wyjaśniamy widzącym nasze uwarunkowania, a z drugiej w sposób jak najogólniejszy działamy na rzecz poszerzenia horyzontów wszystkich, z którymi się spotykamy. Stąd wynikają nasze akcje specjalne!

Pierwszą akcją był konkurs, w którym poszukiwaliśmy specjalisty do spraw uśmiechu. Miał to być etatowy pracownik Fundacji, którego zadaniem miało być prezentowanie naszych spraw w sposób lekki (z uśmiechem). Uważamy bowiem, że inwalidztwo wzroku nie jest ostatecznym wyrokiem, od którego zależy wszystko. Owszem, jest ciężko, czasem smutno, ale wielu niewidomych pokazuje, że można żyć satysfakcjonująco. Osiągają cele, które sobie postawili, chodzą do szkół, uczęszczają na uczelnie, znajdują pracę, zakładają rodziny, zarabiają własne pieniądze. Trudno to określać mianem tragedii. Fundacja Szansa dla Niewidomych znalazła takiego specjalistę, a mówiąc dokładniej specjalistkę. Justyna Rogowska jest niewidomą, która nie lituje się nad sobą. Skończyła studia, ma pracę, męża i jest zadowolona z życia. W ramach naszej Fundacji opowiada innym o naszym świecie i przekonuje do idei otwarcia się na niewidomych.

W tamtej akcji wzięły udział tysiące osób. Wiele z nich zgłosiło nam swoje CV i listy motywacyjne. Wybraliśmy jedną osobę, ale wiele innych zostało naszymi przyjaciółmi. Autorem tamtej akcji był Janusz Mirowski, a pomagała mu Paulina Biernat. Po osiągnięciu tak wielkiego sukcesu, nie pozostawało nic innego, jak powtórzyć tego typu działanie. Ogłosiliśmy niedawno nową akcję. Tym razem autorem byłem ja. Owszem, skorzystałem z pomysłu Janusza. Wzorowałem się na nim.

Tym razem Fundacja ogłosiła konkurs na specjalistę do spraw absurdu oraz związany z tym konkurs na najciekawszy przykład absurdu, z jakim mieli do czynienia nasi sympatycy. Zainteresowanie tą akcją przerosło nasze oczekiwania i pobiło rekord z akcji poprzedniej. Teraz ogłoszenie o pracę odczytało około 72 tysiące osób, a w konkursie na najciekawszy absurd, albo absurd najbardziej absurdalny, wzięło udział 84 tysiące osób. Fundacja zdobyła wielu sympatyków, którzy obserwują nas na Facebooku.

O samej akcji pisze w niniejszym numerze Dariusz Grzędziński, nie będę więc powtarzał zawartych w jego artykule informacji. Chcę jedynie pochwalić się, że takie zainteresowanie to wielki sukces naszej fundacji. 84 tysiące osób to duże miasto. Wszyscy oni mają rodziny: rodziców, dzieci, rodzeństwo, przyjaciół. Zasięg akcji może być więc jeszcze rozleglejszy.

Czemu tak się z tego cieszymy? O naszych sprawach, o świecie, który ma się otworzyć na niewidomych, słyszy właśnie tylu ludzi. Przecież wystarczy raz porządnie posłuchać, by wiedzieć, że niewidomi potrafią oraz w ramach swoich możliwości i niemożności oczekują na sensowną pomoc. W ramach idei prezentowania absurdów poruszyliśmy sedno: nie ma lepszego zrozumienia nas bez zmiany podejścia do wielu kwestii. Trudno przyjąć do swojego grona niewidomą osobę, gdy ma się niewłaściwe podejście do innych spraw: ważne są tylko pieniądze, ważne są tylko moje sprawy, mam swoje grono przyjaciół i mi wystarczy, dbam jedynie o swoją rodzinę, a inni muszą sobie radzić sami, wykonuję w pracy swoje obowiązki i nie interesuje mnie nic dookoła, chcę odpocząć przy serialu w telewizji i nie mam czasu dla innych, jestem zmęczony i nie mam głowy do rozważań, jak mam postępować z niepełnosprawnymi. Tak właśnie toniemy w tego typu absurdach. Gdyby na nich poprzestać, niemal nikt nie pomagałby nikomu, a przecież można i trzeba inaczej.

W wyniku tej akcji Fundacja nagrodziła trzy osoby za przykłady absurdów, które zdobyły najwięcej głosów. Pierwsza nagroda to aż 1000 złotych. Nie koniec naszego zaangażowania! W sprawie pracy jako specjalista do spraw absurdu zgłosiło się do nas kilkaset osób, spośród których znaleźliśmy pracę dla ośmiu osób!

W tych dniach Fundacja ogłasza kolejną akcję pod hasłem „Dzieci mają pomysły, dorośli również!”. Mogą w nim brać udział wszyscy, bo wszyscy jesteśmy jak dzieci, ale w odróżnieniu od innych konkursów, tutaj dzieci mają specjalne preferencje. Główną nagrodą będzie zrealizowanie najciekawszego pomysłu. Fundacja postara się zdobyć na to środki lub inne możliwości realizacji.

Każdy pomysł musi polegać na pomocy niewidomym lub słabowidzącym. Mamy nadzieję, że nasze konto na Facebooku odwiedzi jeszcze więcej osób oraz że wśród tysięcy pomysłów znajdą się też naprawdę ciekawe i wartościowe. Z wielkim zainteresowaniem będziemy obserwowali, czy ostatecznie konkurs wygra jakieś dziecko, czy dorosły oraz która grupa będzie miała więcej ciekawych pomysłów.

Zapraszamy do nas, do naszych biur, naszych specjalistów, doradców i rehabilitantów oraz na naszą stronę internetową i konto na facebooku!

MUSI BYĆ INACZEJ! Niezwykła akcja Fundacji Szansa dla Niewidomych

W kwietniu i maju przeprowadziliśmy akcję, jakiej w historii Fundacji Szansa dla Niewidomych nie było. Przez 3 tygodnie w serwisie społecznościowym facebook zbieraliśmy głosy na temat tego, co Państwa irytuje, co jest złe, co MUSI BYĆ INACZEJ. Zainteresowanie i odzew zaskoczyły nas i śmiało można powiedzieć, że przerosły nasze najśmielsze oczekiwania.

Informacja o naszym przedsięwzięciu dotarła do prawie 85 tys. osób, a blisko 400 z nich postanowiło odpowiedzieć na nasz apel i opisać, co ich denerwuje i co powinno być inaczej. Lista bolączek była bardzo zróżnicowana i co najmniej zaskakująca. Uczestników interesowało m.in. dlaczego bramek w reprezentacji nie zdobywa Robert Lewandowski, dlaczego podróż z Białegostoku do Słupska trwa dłużej niż z Londynu do Słupska, dlaczego kuleje u nas segregacja śmieci, dlaczego celebryci są wynagradzani lepiej od reszty społeczeństwa itd. Nie brakowało też na szczęście głosów pozytywnych, mówiących o braku większych zmartwień i doceniających proste rzeczy, przynoszące najwięcej radości na co dzień.

Przed rozpoczęciem akcji obiecaliśmy, że autorzy najciekawszych wypowiedzi zostaną nagrodzeni finansowo, a łączna pula nagród wyniosła 10 000 tys. zł. Wybór zwycięzców pozostawiliśmy fanom naszego fanpage’a, którzy poprzez polubienia komentarzy oddawali swoje głosy, wskazując tym samym zwycięzcę.

W dniu zakończenia konkursu, 17 maja, okazało się, że najbardziej podobały się komentarze dziewcząt:

  • Kingi Burdy, która skarżyła się na wiecznie spóźniony autobus 139
  • Mariki Cios, która skarżyła się na ludzką obojętność pisząc – „To co denerwuje mnie najbardziej to NIE politycy, ich chore ustawy, brak pracy, to NIE Smoleńsk, matka Madzi, ACTA, zakłamane media i tysiące innych rzeczy, z których obywatele są niezadowoleni. Mnie najbardziej denerwuje ludzka obojętność, że ludzie na wszystko się godzą jak maszyny kierowane przez innych, jak lemingi idą za tłumem nie zatrzymując się i nie patrząc na tych, którzy ich potrzebują, a czasami wystarczy tak niewiele by pomóc. Bo to te małe gesty czynią ludzi wielkimi…”
  • Oli Boruch, która napisała – „W Polsce absurdów mamy całe miliony. Dlaczego np. osoby, które zabijają często są łagodniej sądzone niż człowiek, który kradnie, bo nie stać go na utrzymanie rodziny? Dlaczego politycy propagują system prorodzinny, a utrudniają życie i utrzymanie tych rodzin przez coraz wyższe podatki i zabieranie pieniędzy obywatelom na różne sposoby? Dlaczego firmom bardziej opłaca się wyrzucać produkowaną nadwyżkę jedzenia, niż oddać ją potrzebującym? Wiele z takich sytuacji występuje tylko w Polsce, co potwierdza tezę, że wcale tak być nie musi.”

Bardzo ważnym atutem przedsięwzięcia było to, że mogliśmy utwierdzić się w przekonaniu, że nie jesteśmy sami i zewsząd możemy liczyć na ogromną pomoc. Informację o tym, co robimy pomagali rozpowszechniać nasi przyjaciele, osoby prywatne, inne fundacje i organizacje, a także artyści, m.in. finalistka The Voice of Poland – Dorota Osińska.

Poza nagradzaniem autorów najciekawszych komentarzy, równolegle przeprowadziliśmy rekrutację na stanowisko Specjalisty ds. absurdu. Ogłoszenie objęło zasięgiem ponad 72 tys. osób, z których ponad 300 postanowiło aplikować i wyrazić chęć dołączenia do zespołu Fundacji Szansa dla Niewidomych lub u innych pracodawców, którzy z nami współpracują.

Pełna lista nagrodzonych w konkursie:

  1. Kinga Burda
  2. Marika Cios
  3. Ola Boruch
  4. Martyna Kowalczyk
  5. Joanna Zbruk

Niewidomi widzowie są wśród nas!Mecze i koncerty z audiodeskrypcją

Audiodeskrypcja to technika, dzięki której niewidomi i słabowidzący mogą uczestniczyć w wydarzeniach kulturalnych. Specjalnie przeszkolone osoby opowiadają to, co dzieje się na ekranie, podczas emisji filmu, na scenie podczas przedstawienia teatralnego, na boisku podczas meczu piłki nożnej, czego osoba niewidoma nie jest w stanie samodzielnie wywnioskować z akcji filmu czy sztuki. Coraz częściej audiodeskrypcja odnosi się także do opisów wystaw, słynnych dzieł malarskich, czy architektonicznych, co znacząco wzbogaca odbiór świata przez tych, którzy go nie mogą zobaczyć.

W roku 1999 w Polsce były tworzone tzw. tyflofilmy. Stosowano w nich stop-klatkę, w związku z czym nigdy nie były one stosowane podczas publicznych pokazów kinowych. Technika audiodeskrypcji umożliwiłaby ten sam seans, w tym samym miejscu i czasie mogłyby go oglądać osoby widzące i niewidome.

Kolebką audiodeskrypcji w Polsce jest Fundacja Audiodeskrypcja – organizacja pozarządowa z Białegostoku. To tu w 2006 roku po raz pierwszy niewidomi i słabowidzący mogli obejrzeć film Michała Kwiecińskiego „Statyści”, emisja tego filmu odbyła się w Białostockim Kinie Pokój.

Nie można zapomnieć w tym miejscu o działalności Fundacji Szansa dla Niewidomych, która intensywnie propaguje i rozwija audiodeskrypcję. Fundacja założona przez niewidomych i ich przyjaciół jest organizatorem największej na świecie konferencji dla środowiska osób z dysfunkcjami wzroku – REHA FOR THE BLIND IN POLAND. Filmy z audiodeskrypcją pojawiły się pierwszy raz na VII edycji konferencji REHA FOR THE BLIND IN POLAND w roku 2009. W Bibliotece Narodowej został wyświetlony „Dzień świra”. Liczba filmów uległa podwojeniu, z podziałem na produkcję dla dzieci i młodzieży oraz dorosłych. Szacuje się, że do tej pory na konferencji filmy z audiodeskrypcją obejrzało łącznie około 1700 osób – członków tego środowiska. Wcześniej kierownictwo Fundacji pomagało osobom działającym w tej dziedzinie w innych organizacjach, dzięki czemu mieli zapewnione środki na życie i możliwość prowadzenia tej bardzo interesującej działalności społecznej. W tamtych latach nie było w Polsce dofinansowań na audiodeskrypcję. Ważne więc było zapewnić tym osobom środki utrzymania.

Po tych wydarzeniach audiodeskrypcja zaczęła pojawiać się w mediach ogólnopolskich i stawała się coraz bardziej rozpoznawalną inicjatywą. W ślad za inicjatywą białostocką ruszyły kolejne miasta, gdzie powstały kolejne organizacje propagujące audiodeskrypcję. Był to Kraków, gdzie powstała Fundacja Siódmy Zmysł, Warszawa z Fundacją Kultura bez Barier i Wrocław, gdzie powstała Fundacja Katarynka.

Dzięki wrocławskiej organizacji możliwe jest oglądanie meczów piłki nożnej przez niewidomych kibiców. Niewidomy Marcin, zapalony kibic piłki nożnej, miłośnik Legii Warszawa, nie opuszcza żadnego meczu, który rozgrywany jest na stadionie przy Łazienkowskiej w Warszawie.

– Jestem niewidomy – mówi Marcin – do tej pory chodząc na mecze piłki nożnej nie wiedziałem, co dzieje się na boisku, mogłem się tylko domyślać po zachowaniu innych kibiców. Czasem ktoś był tak miły, że opowiadał mi rozgrywane w danej chwili akcje.

Od 11.04.2012 Marcin chodząc na wydarzenia sportowe odbywające się na stadionie Legii może samodzielnie oglądać mecze. Pytamy Marcina jak wygląda taki wzbogacony o audiodeskrypcję mecz.

– Idąc na taki mecz trzeba posiadać jakiś odtwarzacz z radiem, może to być telefon komórkowy lub inny mini odtwarzacz. W radiu musimy odszukać częstotliwość 95,0 MHZ, gdy to ustawimy usłyszymy głos komentatora, który wszystko dokładnie opowiada: co dzieje się na boisku, kto gra, w jakiej koszulce. Są też komentarze, co dzieje się na trybunach, jak reagują kibice. Uważam, że audiodeskrypcja, która jest na stadionie przy Łazienkowskiej w Warszawie, zrobiona jest profesjonalnie.

Marcin ubolewa nad tym, że nie na wszystkich stadionach jest audiodeskrypcja, choćby podczas meczów wyjazdowych Legii nie może z niej korzystać. Ma jednak nadzieję, że nadejdzie taki dzień, że na wszystkich polskich boiskach piłkarskich ekstraklasy audiodeskrypcja będzie dostępna i że stanie się ona priorytetem, by kibice innych drużyn mogli samodzielnie oglądać mecze piłki nożnej.

Dziękując za rozmowę dołączamy się do marzeń Marcina, miejmy nadzieję, że już niebawem audiodeskrypcja będzie ogólnodostępna w każdym miejscu kulturalnym i że niewidomi będą mogli być w tych miejscach samodzielni.

Prezes Fundacji Szansa dla Niewidomych był na koncercie Paula McCartneya na Stadionie Narodowym w Warszawie w czerwcu.

– Byłem tam razem z synami. To pierwszy występ tego artysty w naszym kraju. Zawsze o tym marzyłem, bo uważam, że Beatlesi byli nie tylko rozrywkową albo rockową kapelą, ale twórcami prawdziwej współczesnej muzyki. Paul zresztą udowodnił to komponując utwory z dziedziny muzyki poważnej. Tak czy inaczej miałem okazję tego posłuchać wreszcie na żywo. Koncert był znakomity. Szkoda, że było tak drogo, bo to spowodowało, że wielu widzów musiało zasiąść na nie najlepszych miejscach za na przykład 165 złotych. Bilety w dobrych miejscach kosztowały aż 400, 600, a nawet 1100 złotych. Paul spisał się na medal, a jego koncert będę wspominał chyba do śmierci. Mimo to jeszcze inna rzecz mnie tam zaszokowała. Dostroiliśmy komórkowe radio FM do stosownej częstotliwości i włączyliśmy stadionową radiostację. I co? Włożyłem na uszy słuchawki i usłyszałem komentarz jak na meczu w radiu. Niesamowite. Może komentarz ten nie był zbyt klarowny i poprawny językowo, ale było to dla mnie kolejne święto. Oto słyszałem co się dzieje na scenie i dookoła: Paul odłożył jedną gitarę i wziął inną – małą, w kolorach… i tak dalej. Niesamowite.

– Byłem dumny, bo w organizacji audiodeskrypcji na tym stadionie wzięła udział nasza Fundacja. Informacja o tym jest zapisana na stronie stadionu: „Audiodeskrypcja na stadionach jest wciąż unikatową usługą. Oprócz Stadionu Narodowego, w Polsce udostępniają ją zaledwie trzy stadiony: Legia Warszawa, Stadion Miejski w Krakowie, Stadion Miejski we Wrocławiu. Obok obiektów sportowych w Wielkiej Brytanii i Austrii to nieliczne stadiony w Europie, które posiadają takie udogodnienie. Audiodeskrypcja na Stadionie Narodowym jest dostępna dzięki współpracy z Fundacją na Rzecz Rozwoju Audiodeskrypcji KATARYNKA.

Dodatkowe podziękowania dla Fundacji Szansa dla Niewidomych za zainicjowanie rozmów, pomoc w procesie związanym z wdrożeniem pomysłu oraz wsparcie komunikacyjne.”.

Trudno nie być dumnym. Dwóch facetów opowiada na zmianę co się dzieje. Każdy pracuje po kilka minut – i zmiana. Już nie trzeba pytać przewodnika jak wygląda muzyk, co się dzieje na scenie, ile jest ludzi na widowni itd. Namawiam, skorzystajcie przy kolejnych okazjach i wy!