Pierwsza gwiazdka za długo świeci na niebie

Święta, święta, święta. Słowa te słychać w społeczeństwie wokół nas dużo wcześniej niż człowiek w ogóle pomyśli o Świętach Bożego Narodzenia. Szał świąteczny, który ogarnia całą Polskę zaczyna się zaraz po zakończeniu innego ważnego święta, czyli Wszystkich Świętych. Kiedy ze sklepowych półek znikają znicze i kwiaty, na ich miejscu pojawiają się świąteczne ozdoby, dekoracje, no i oczywiście najważniejsze dla dzieci zabawki. Ale czy to trochę nie za szybko? Czy czas tak pędzi, że musimy mieć prawie dwa miesiące na myślenie o świętach? Czy nie zapominamy o tym, co w Wigilię Bożego Narodzenia jest najbardziej istotne? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w poniższym artykule.

Święta Bożego Narodzenia, jak sama nazwa mówi, są uczczeniem najważniejszych narodzin dziecka w historii świata chrześcijańskiego. Oczywiście chodzi o narodzenie Jezusa Chrystusa, który został przysłany na Ziemię przez Pana Boga. W związku z tym w Wigilię tego cudownego wydarzenia obchodzone są co roku święta. Niestety, media, sklepy, supermarkety i tym podobne jednostki starają się już od bardzo dawna zrzucić obchodzenie narodzin Jezusa na dalszy plan, a na przód wyciągają ozdoby, dekoracje i przede wszystkim prezenty, bez których większość współczesnego społeczeństwa nie wyobraża sobie Świąt Bożego Narodzenia.

Dwadzieścia lat temu, kiedy byłem mały, zawsze czekałem na ten cudowny okres świąt. Jako dziecko lubiłem oglądać gazetki z zabawkami i marzyć co chciałbym dostać od Świętego Mikołaja pod choinkę. Uwielbiałem też spędzać dużo czasu w dziale z zabawkami w supermarketach, który w tym czasie był trzykrotnie większy niż w pozostałej części roku. Jednak dwadzieścia lat później moje myślenie oczywiście się zmieniło i teraz współczesne święta są według mnie za długie. Dla mnie okres świąteczny zawsze kojarzył się z grudniem i białym puchem otaczającym świat. Oczywiście z powodu ocieplania się klimatu ciężko jest już zobaczyć śnieg w okolicach świąt, ale grudzień pozostał i ma on w sobie taką atmosferę Świąt Bożego Narodzenia. Kiedy słyszę w listopadzie reklamy pełne świątecznych dzwonków i melodyjek, to jak nadchodzi czas Wigilii nie mam ochoty nawet słuchać żadnych świątecznych piosenek. Dla mnie po prostu trwa to wszystko za długo. Ale w tym całym szale nie to jest niestety najgorsze. Najgorsze jest to, że większość osób zapomina o świątecznych tradycjach, które są najważniejsze w tym czasie. Z mojego dzieciństwa pamiętam Wigilijną wizytówkę, kiedy to w jednym pokoju stała duża, udekorowana choinka, obok której przy dużym stole zastawionym różnymi potrawami siedziała cała rodzina, a w drugim pokoju przy zgaszonym świetle stała mała choinka, drewniana składana szopka, do której włożona była świecąca lampka z choinki i radio, z którego grały kolędy. To właśnie ten pokój dawał wspaniały nastrój świąteczny, a razem z całą rodziną przy dużym stole tworzył niezapomnianą wizytówkę Świąt Bożego Narodzenia. Pamiętam też jak przy naszym Kościele stała piękna żywa szopka, w której było dużo zwierząt tworzących wspaniałą atmosferę. Niestety, po tych niezapomnianych chwilach pozostały tylko wspomnienia, ponieważ czasy się zmieniają i biegną w zawrotnym tempie. Z tego powodu – jeśli można – trzeba święta obchodzić z tradycjami i całą naszą rodziną.

Ważnym elementem jest choinka, która powinna być ładnie, ale skromnie udekorowana. Na jej gałęziach na początku musimy założyć świecące lampki, a potem możemy zawiesić kolorowe bombki, albo własnoręcznie zrobione ozdoby. Na czubie choinki najlepiej zawiesić gwiazdę, a całą choinkę przykryć łańcuchami. W tym pokoju warto też postawić szopkę, która przypomina o tym ważnym wydarzeniu, jakim jest narodzenie Jezusa Chrystusa. W dniu Wigilii trzeba pamiętać, że obowiązuje post i nie można spożywać potraw mięsnych. Na stół Wigilijny powinno się przygotować dwanaście różnych dań, których liczba związana jest z liczbą apostołów Jezusa Chrystusa. Dania, tak jak pisałem wyżej, muszą być bezmięsne, ale na pewno nie zabraknie pomysłów na wspaniałe potrawy. Oczywiście w różnych częściach Polski są inne tradycyjne dania, ale u mnie, w centralnej Polsce, zawsze były pierogi z kapustą i grzybami, zupa pieczarkowa, postny bigos, śledzie, ryby w różnych postaciach, sałatki, jajka faszerowane, no i na deser kilka ciast. Przygotowując świąteczny stół nie można zapomnieć o położeniu siana pod obrus, zawieszenia jemioły na żyrandolu i przede wszystkim o postawieniu jednego dodatkowego talerza dla tak zwanego wędrowca, co oznacza chrześcijańską gościnność. Zanim zacznie się jeść ze świątecznego stołu, należy z każdym podzielić się poświęconym wcześniej opłatkiem, składając życzenia świąteczne. Jeśli z kimś z rodziny byliśmy pokłóceni, to zwyczaj nakazuje, aby w ten wspaniały dzień wybaczyć każdemu wszystkie zwady i zasiąść z nim do wspólnego posiłku. Na pewno we współczesnych czasach tradycją jest dawanie sobie nawzajem prezentów. Każde dziecko czeka na pierwszą gwiazdkę na niebie, która to zwiastuje przyjście Świętego Mikołaja. Oczywiście nie jest to zły zwyczaj pod warunkiem, że nie dajemy bardzo drogich, bogatych prezentów naszym dzieciom. Powinny to być raczej upominki zarówno dla dzieci, jak i dorosłych mówiące o tym, że pamiętamy o drugiej osobie. Podczas Wigilii ważne jest, aby być razem z rodziną przy świątecznym stole, a nie na przykład patrzeć we włączony telewizor i oglądać któryś tam odcinek telenoweli. Dobrego nastroju mogą dodać kolędy grające z radia. W noc Wigilijną nie zapomnijmy o pójściu na Pasterkę, zaczynającą się o północy.

Odpowiadając na trzy pytania, a tym samym pisząc podsumowanie tego artykułu uważam, że za szybko zaczyna się dzisiaj myślenie o świętach, co może spowodować u niektórych wypaleniem na ten najważniejszy dzień. Racją jest, że dla wszystkich czas pędzi i ciężko zrobić to, co zaplanowaliśmy, ale z pewnością trzy tygodnie grudnia wystarczą każdemu na przygotowanie się do Świąt Bożego Narodzenia. Co do tradycji świątecznych, to niestety część osób zapomina o tych zwyczajach zastępując je albo dużymi i drogimi prezentami, albo jakimiś samotnymi wyjazdami na święta, aby odpocząć od życia codziennego. Oczywiście takie wyjazdy są też każdemu człowiekowi potrzebne, ale podczas Świąt Bożego Narodzenia powinno się być razem z całą rodziną w świątecznym nastroju, a wyjechać możemy chociażby na Sylwestra, który jest zaraz po świętach. Kończąc już rozważania na powyższy temat życzę wszystkim Czytelnikom wesołych, rodzinnych i ciepłych Świąt Bożego Narodzenia spędzonych w gronie najbliższych i spełnienia najskrytszych marzeń w nadchodzącym Nowym Roku.

Pierniki toruńskie nie tylko od święta

Gdańska wódeczka,

Krakowska dzieweczka,

Warszawski trzewiczek,

Toruński pierniczek!

Fryderyk Hoffmann, poeta elbląski, 1627-1673

Pierniki

Piernik to twarde, ciemnobrązowe ciasto, robione z mieszaniny mąki pszennej i żytniej, mleka, jajek, karmelizowanego cukru, miodu, mocno przyprawione cynamonem, imbirem, a czasem także goździkami, kardamonem, gałką muszkatołową, anyżem i lawendą.

Pierniki występują zwykle w formie mniejszych i większych ciastek, często polewanych po wierzchu czekoladą, lukrem, a w środku przekładanych marmoladą, masą orzechową lub marcepanem. Wypieka się również większe bloki piernika, zwykle przekładane warstwami marmolady. Po wymieszaniu ciasta należy zostawić je w chłodnym miejscu, aby sfermentowało. W produkcji przemysłowej leżakowanie ciasta może trwać kilka tygodni, a ciasto na domowe pierniki wigilijne zaleca się zarabiać miesiąc wcześniej. Wypiekać można duże, prostokątne „arkusze” przekładane masą – albo fantazyjnie powycinane w różne kształty figurki.

Historia piernika

Polska nazwa piernik pochodzi od starodawnego słowa „pierny” (pieprzny) i odnosiła się właśnie do intensywnych przypraw w nim zawartych. Zamożniejsi obywatele chętnie używali go jako zakąski do wódki, damy zaś z lubością raczyły się nim podczas podwieczorków. Najstarszy zachowany polski przepis na wypiek piernika pochodzi z 1725 r. i zanotowany został nie w książce kucharskiej, ale w poradniku medycznym. Początkowo bowiem ciasto to było nie tylko przysmakiem, ale i lekarstwem, które zalecano w razie niestrawności oraz w czasie przeziębienia. Jak wiele wyrobów kulinarnych, także piernik doczekał się kilku legend na temat swojego powstania. Jedna z wersji głosi, że wymyślił go przez przypadek pewien czeladnik, który w wyniku pomyłki dodał do ciasta korzenne przyprawy. Efekt tak przypadł mu do gustu, że postanowił nowy produkt niezwłocznie wprowadzić do swej cukierni. Wyjątkowy smak podbił serca jego klientów, a piernik na stałe wpisał się w kulinarne menu miłośników słodyczy.

Piernik toruński

Piernik to typowy specyfik kojarzony z Toruniem i jeden z najważniejszych symboli Torunia, wypiekany od czasów średniowiecza. Na skalę masową produkowany w pierwszej nowoczesnej fabryce regionu, zbudowanej przez Jana Weesego w 1751 r.

Tradycja wypieku ciastek z miodem i przyprawami przybyła do Torunia z miast niemieckich, wraz z pierwszymi osadnikami. Pierwsze wzmianki o toruńskich piernikach pochodzą z około 1380 roku i mówią o piekarzu Mikołaju Czanie, który prawdopodobnie, obok chleba, trudnił się wypiekiem korzennych ciastek. Nie wiemy tego na pewno, ale wiadomo, że sprzedawał on wosk Zakonowi Krzyżackiemu, czym zajmowali się otrzymujący go z plastrów miodowych piernikarze. Na pojawienie się nazwy „piernikarz” czekać trzeba było prawie dwa kolejne wieki: w 1564 r. źródła toruńskie podają informację o śmierci piernikarza Symeona Neissera.

Dlaczego to właśnie Toruń stał się „pierniczanym miastem”? Z pewnością wielkie znaczenie miało korzystne położenie grodu Kopernika. Żyzna Ziemia Chełmińska i Kujawy zapewniały stały dopływ dobrej mąki. Podobnie było z miodem, wysoko rozwinięta hodowla pszczół dostarczała duże ilości dobrej jakości składnika. O korzenne przyprawy było łatwo z racji położenia na szlaku handlowym łączącym Lwów z Gdańskiem.

Święto Piernika w Toruniu

Święto Piernika obchodzone było w okresie dwudziestolecia międzywojennego do dnia dzisiejszego, pomijając czasy PRL-u. Impreza odbywa się w czerwcu i trwa 1-2 dni. W ramach Święta Piernika można prześledzić szczegółowo proces produkcji pierników – obróbkę ziaren zbóż, wyrób mąki, pokazy młocki cepami, przy żarnach i młocarni. Ukazane są wagi i sposoby ważenia, pokazy przenoszenia worków, ładowanie worków na wóz konny, pokazy obrotów wiatraka, demonstracja pracy urządzeń, wciąganie worków windą, przygotowanie ciasta na pierniki. Święto uzupełniają gawędy młynarzy o pracy w wiatraku i pokazy ostrzenia kamieni młyńskich, wystawa pierników ludowych oraz ekspozycja wiatraków. W czasie Święta Piernika obecni są: kataryniarz, szczudlarze, żonglerzy, postać Kopernika, kupcy ze Wschodu, żywe marionetki. Usłyszeć można legendy o pierniku. Święto kończy koncert na Bulwarze Filadelfijskim.

Żywe Muzeum Piernika w Toruniu

Żywe Muzeum Piernika to interaktywna placówka muzealna, pierwsza tego typu w Europie, założona przez Elżbietę i Andrzeja Olszewskich w 2006 r., w której odbywają się pokazy połączone z warsztatami historycznego wypieku piernika.

Muzeum Piernika znajduje się w zrekonstruowanej XVI-wiecznej piekarni, gdzie odbywa się produkcja pierników według starych receptur i przy użyciu tradycyjnych narzędzi. Goście odwiedzający muzeum nie tylko mogą obejrzeć sposób wyrobu korzennych wypieków, ale przede wszystkim sami wziąć udział w procesie jego powstawania – samodzielnie przesiać mąkę, utłuc przyprawy czy wyrobić ciasto. Pieczenie odbywa się w tradycyjnych drewnianych formach. Przewodnikiem po muzeum jest mistrz piernikarski oraz Wiedźma Korzenna.

Od 2014 r. muzeum powiększyło swój program o nową wystawę przedstawiającą manufakturę z przełomu XIX i XX wieku. Każdy odwiedzający może zobaczyć m.in. oryginalne niemieckie maszyny służące do wypieku piernika (i samodzielnie wprawić je w ruch), zabytkowy piec i największą w Europie kolekcję woskowych form. Niewątpliwą atrakcją tego pokazu jest warsztat dekorowania pierników lukrem.

Cechą charakterystyczną Muzeum Piernika jest niekonwencjonalny sposób prowadzenia pokazów, do których angażowana jest duża liczba gości, a historia piernika opowiadana jest językiem stylizowanym na staropolski, ze swadą i z humorem.

W 2016 r. Żywe Muzeum Piernika ustanowiło Rekord Polski w wypieku największego serca z piernika. Miało 12 metrów kwadratowych i ważyło 238 kilogramów. W biciu rekordu uczestniczyli także mieszkańcy Torunia, którzy wypiekali ciasto, oblewali je czekoladą, a na końcu pomogli skonsumować ten ogromny korzenny wypiek.

Tradycja piernika świątecznego

Obecnie pierniki wtopiły się w polską tradycję bożonarodzeniową i stały się jednym z najważniejszych symboli tych świąt. Różnokształtnych i różnokolorowych pierniczków nie może zabraknąć nie tylko na świątecznym stole, lecz także na choince – nawet jeśli w natłoku obowiązków, zabiegani i zapracowani nie mamy czasu, by zgodnie z tradycyjną recepturą przygotować je własnoręcznie.

Jak widać, toruński piernik jest nie tylko przeszłością Torunia, obrastającą legendami i owianą nostalgią – a wręcz przeciwnie: wciąż stanowi ważny element codzienności torunian, którzy z dumą mówią o swoim rodzinnym mieście, nieodłącznie z piernikiem kojarzonym. Bo czyż można się oprzeć drażniącemu nozdrza korzennemu zapachowi i smakowi, w którym zawarte są wieki historii? Zaprawdę – nie można.

Materiał opracowany na podstawie informacji zawartych na stronie muzeumpiernika.pl oraz „W świecie baśni i legend. Toruńskie pierniki”.

Felieton skrajnie subiektywny. Moje Boże Narodzenia

Święta Bożego Narodzenia i czas przygotowań do nich sprzyjają nostalgicznym wspomnieniom. Im jesteśmy starsi, tym bardziej są one nostalgiczne. Siłą rzeczy porównujemy swoje dziecięce odczucia związane z Wigilią, choinką, sianem pod obrusem, żłóbkiem, Pasterką, do tych dorosłych odczuć, poszukujących klimatu dzieciństwa i coraz częściej go nie znajdujących.

Dziś okres przedświąteczny rozpoczyna się niemal miesiąc przed Bożym Narodzeniem. Galerie handlowe rozbrzmiewają bożonarodzeniowymi evergreenami, sklepy błyszczą od choinek, uliczne kiermasze są pełne świątecznych ozdób. Zewsząd jesteśmy epatowani nastrojem Bożego Narodzenia w wersji komercyjnej. Nie można powiedzieć, by było to niemiłe, wszyscy mamy w sobie pewien pierwiastek dziecięcości i cieszy nas cały ten błyszczący blichtr i lukier. Zaliczam się do grona tych malkontentów, którzy uważają, że komercjalizacja Bożego Narodzenia odziera święta z tego co najważniejsze, przynajmniej dla wierzących – z mistycznej tajemnicy narodzin Boga Człowieka.

Z przyjemnością porzucam politykę na rzecz osobistych wspomnień. Moich Świąt Bożego Narodzenia było już bardzo wiele. Były one i różne, i w pewnym sensie podobne. Towarzyszył im zawsze nastrój tajemnicy i podniecającego oczekiwania, do pewnego czasu było to oczekiwanie odczuwane z wielką siłą, z biegiem lat ta siła nieco osłabła, bowiem czas dzieciństwa i młodości bezpowrotnie minął.

Spośród świątecznych dni Wigilia zawsze była dla mnie dniem szczególnym. Ta pierwsza, którą dobrze pamiętam, choć miałam wówczas niespełna cztery lata, to Wigilia spędzona z moją nowonarodzoną siostrą, w której błękitnych, zachwyconych oczach odbijały się choinkowe bombki i lampki. I Wigilia, kiedy pod choinkę dostałam ukochaną książkę dzieciństwa. Była to „Mała księżniczka”. Tę książkę czytałam z wypiekami na twarzy całą niemal noc wigilijną. Następna spośród zapamiętanych to Wigilia „wyjazdowa”, spędzana z rodziną z innego miasta. Nie przepadałam za świętowaniem poza domem i pewnie tamto Boże Narodzenie nie zostałoby w mojej pamięci, gdyby nie pewne wydarzenia. W wigilijny poranek wszyscy zgromadzili się wokół pięknej, pachnącej choinki, która stanęła na środku salonu, w mieszkaniu mojej ciotki. Ubieranie drzewka rozpoczęliśmy jak zwykle od mocowania lampek. Na choince stopniowo pojawiały się łańcuchy, bombki, słomiane ozdoby i włosy anielskie. Po włączeniu lampek wszyscy wykonali parę kroków w tył, by podziwiać wspólnie stworzone dzieło. Nagle rozległ się suchy trzask, światełka zgasły, pojawił się dym i drzewko dosłownie w okamgnieniu stanęło w płomieniach. Wuj pobiegł po jakieś naczynie z wodą, ale w panice nic nie znalazł. Ciotka rzuciła się na choinkę z kocem. Koc szybko zajął się ogniem, a ten zaczął się przenosić na zasłony. Niewiele myśląc podbiegłam do drzwi balkonowych, otworzyłam je szeroko, narzuciłam na siebie mokry ręcznik kąpielowy, chwyciłam choinkę od dołu, w miejscu gdzie nie sięgał ogień i szybkim ruchem wyrzuciłam ją przez balkon. Spadła w głęboki, świeży śnieg, języki ognia stopniowo przygasały, aż zgasły zupełnie. Gremialnie udaliśmy się na dół, by komisyjnie ocenić szkody. Okazało się, że nie były wcale takie wielkie, jak początkowo się wydawało. Odbierałam gratulacje od całej rodziny i nie ukrywam, że byłam bardzo dumna. Wszyscy podziwiali moją przytomność umysłu i podkreślali, że jest wyjątkowa, zważywszy na młody wiek, a miałam wówczas 12 lat.

Kolejna zapamiętana Wigilia to ta, której właściwie miało nie być – pierwsza Wigilia stanu wojennego. W sklepach pustki, choinki dowożone o bliżej nieokreślonych godzinach do nielicznych punktów w Warszawie, godzina milicyjna uniemożliwiająca wyjście do kościoła na Pasterkę i całe mnóstwo innych, uprzykrzających życie niedogodności. Rodzice perswadowali mi wyjazd po choinkę, ale uparłam się, bo świąt bez choinki nie mogłam sobie wyobrazić. W przeddzień Wigilii ruszyłam więc rankiem po drzewko. Dostawa miała być o 10:00. Ustawiłam się w gigantycznej kolejce i czekałam. Minęła 10:00, minęła 11:00. Wśród tłumu rozeszła się pogłoska, że transport choinek został zatrzymany przez wojsko na rogatkach stolicy. Stałam cierpliwie, choć minęła 12:00, potem 13:00. Marzłam, byłam głodna, zrezygnowana, ale wciąż stałam. Minęła 14:00, potem 15:00. Zrobiło się ciemno, nogi miałam zdrętwiałe z zimna, martwiłam się, że rodzice będą się niepokoić moim zniknięciem. Zadzwonić do domu nie mogłam – telefony przecież nie działały. O 16:00 przez tłum przepłynęła podawana z ust do ust wiadomość – są choinki, dojechały! W tym momencie tłum zafalował i rzucił się do przodu, porywając mnie swoją siłą. Czułam jak mnie za sobą unosi do góry, popycha do przodu, po czym nagle zaczyna przygniatać. Nogi ugięły się pode mną i z przerażeniem stwierdziłam, że leżę na ziemi, a nade mną kłębią się ciała rodaków. Poczułam, że duszę się z braku powietrza. Z całych sił zaczęłam odpychać od siebie leżące na mnie ciała, rozgarniać rękami przestrzeń wokół i jakimś cudem udało mi się wydostać spod żywego stosu. Zerwałam się i popędziłam w kierunku choinki, której prawie nie widziałam w ciemnościach. Chwyciłam ją z całych sił, ale chwyciły ją także dwie pary innych rąk. Przez chwilę szarpaliśmy nieszczęsne drzewko, obdzierając je z gałęzi. Zwyciężyłam! Udało mi się wyrwać choinkę z kleszczy. Odbiegłam na bok, przyjrzałam się zdobyczy i stwierdziłam, że w rękach trzymam praktycznie całkowicie ogołocony pień. Mimo wszystko zdecydowałam, że zapłacę za choinkę i zabiorę ją do domu. Sprzedawca machnął ręką i powiedział, że nic się nie należy. Kiedy stanęłam w progu mieszkania z nieszczęsnym drzewkiem, rozpłakałam się. Pocieszeniom nie było końca, rodzice byli szczęśliwi, że nic mi się nie stało. Siostra drutem dowiązała do ogołoconego pnia świerkowe gałązki i ów pień przeistoczył się w piękną choinkę, pod którą zasiadłam z rodziną do wigilijnej wieczerzy.

Kiedy siadam do świątecznego stołu, myślę o tym jak nie umiemy docenić dzisiejszego dobrobytu, sklepów pełnych smakowitości i łatwości, z jaką kupujemy prezenty dla najbliższych. Z pewnością warto o tym pomyśleć, choć raz w roku.

Propozycje na prezenty świąteczne

Wielkimi krokami zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, a więc wspaniała okazja do obdarowywania swoich bliskich prezentami. No ale co wybrać? To może nie być łatwe zadanie, dlatego postaramy się pomóc. Przedstawimy ciekawe gadżety dla całej rodziny, dla młodzieży i seniorów, dla słabowidzących i tych z dobrym wzrokiem.

Zaczynamy z najniższej półki, czyli do stówki. Jak wiadomo kobiety i kabelki niespecjalnie się lubią, szczególnie jeśli chodzi o przewody do ładowarek. Zazwyczaj gdzieś się zapodziewają i często panie zabierają je nam, facetom. A gdyby kabelek był jednocześnie bransoletką? Cena z przesyłką to kilkanaście złotych. Wiadomo, że to nic specjalnego, ale odpowiednio wręczone może być zabawne. Gdy jesteśmy już w temacie ładowania telefonów, można postarać się pominąć kable i pomyśleć o ładowarce bezprzewodowej. Ceny najtańszych zaczynają się poniżej stu złotych. Ważne, aby komórka obdarowywanej osoby posiadała funkcję ładowania indukcyjnego. Taka ładowarka to najczęściej estetyczna podstawka, którą podłączamy do fabrycznej ładowarki, kładziemy na biurku czy komodzie i od tej pory wystarczy, że odłożymy na nią telefon, aby rozpocząć ładowanie. Jest to rozwiązanie wygodne i estetyczne. Idąc dalej tropem komórek, w tej kwocie możemy kupić różnej maści futerały czy etui. Mogą być otwierane jak notes, kolorowe, w śmieszne wzory z tworzywa lub skórzane. Tu ogranicza nas właściwie tylko nasza wyobraźnia. Można również zakupić tak zwane plecki w komplecie ze szkłem. Taki prezent z pewnością wydłuży życie niejednego wyświetlacza. W tej kwocie zmieszczą się również najtańsze słuchawki bezprzewodowe. Najczęściej jednak jakość jest wystarczająca jedynie do słuchania audiobooków. Ciekawą propozycją w tej kategorii mogą okazać się słuchawki Xiaomi Airdots. Kosztują około 50 dolarów. Z pewnością niebawem pojawią się również na polskich portalach aukcyjnych. Dla porównania słuchawki Apple AirPods to wydatek ponad sześciuset złotych.

Pozostając w świecie audio, nie sposób pominąć tematu głośników przenośnych. Tu rozpiętość kwoty, jaką można na nie wydać, jest ogromna. Startujemy od kilkudziesięciu złotych, a kończymy na kilku tysiącach. Wybór urządzeń jest równie wielki, zarówno w produktach znanych firm, jak i z wytwórni dalekowschodnich. W najtańszych głośniczkach trudno znaleźć wyszukane brzmienie, jednak jak na swoje gabaryty i cenę, zaskakują możliwościami. JBL GO 2, właściwie miniaturowe urządzenie nieco większe od paczki papierosów, zagra znacznie lepiej i głośniej niż większość smartfonów. Jest odporny na wilgoć i kurz. Wbudowany akumulator umożliwi pięć godzin pracy. Cena 120 zł. Kolejny produkt z tej rodziny JBL, to kosztujący 370 zł Flip 4. To nieco większe urządzenie, które będzie lepiej brzmiało, a przy tym fajnie wygląda. Na jednym ładowaniu może grać do dwunastu godzin, a wykorzystując aplikację JBL Connect mamy możliwość połączenia wielu głośników z jednym telefonem. Idąc dalej, dochodzimy do dość mocnego JBL Charge 3. Ten model to poważny zawodnik. Może pływać w basenie, nie boi się małych upadków, mocy starcza mu na 24 godziny, można go użyć jako powerbank, a naprawdę przyzwoitego dźwięku wystarczy na plenerowe biesiadowanie, albo spontaniczną domówkę. Zarówno ten głośnik, jak tańsze modele, mogą służyć jako zestaw głośnomówiący. Koszt zakupu to już ponad 500 zł. Dla tych, którym zależy na naprawdę dobrym brzmieniu, można zaproponować model Harman Kardon Go+Play Black. Ten model lepiej sprawdzi się w domu czy w biurze. Wypełni pomieszczenie dźwiękiem wysokiej jakości, choć cena, jaką za niego trzeba zapłacić, jest dość wysoka, bo wynosi około 1400 zł. Jak na prezent to dość duży wydatek, ale jeśli ktoś ceni wysoką jakość, warto zrobić rodzinną zrzutkę, gdyż ten model gra wyjątkowo dobrze, jak na kategorie przenośnych głośników bluetooth.

Gadżeciarski sprzęt domowy to kopalnia pomysłów na ciekawe prezenty. Niestety często są to kosztowne zabawki, ale czy radość bliskich nie jest bezcenna?

Thermomix jest wszechstronnym urządzeniem kuchennym, które łączy w sobie funkcję wielu niezbędnych w kuchni przyrządów i urządzeń. Gwarantuje profesjonalne gotowanie w każdym domu. Urządzenie to zostało wyprodukowane przez firmę Vorwerk, a nazwa pochodzi od kombinacji „thermo” (ogrzewanie) i „mix” (mieszanie). Thermomix ma element grzejny, wagę oraz silnik do szybkiego lub wolnego mieszania i miksowania. Przygotowywanie potraw w tym urządzeniu jest proste i przyjemne, a uzyskane posiłki są smaczne i zdrowe, bez względu na to, czy przygotowywał je początkujący adept sztuki kulinarnej, czy też kucharz z wieloletnim stażem.

Kuchnia już ogarnięta, wszyscy najedzeni, więc pozostaje do rozwiązania jeszcze jedna nielubiana sprawa, czyli sprzątanie. Kto by nie marzył o tym, aby wymigać się od sprzątania? Prawie nikt tego nie lubi, więc dlatego powstały roboty sprzątające. Ich zadaniem jest samoczynne sprzątanie podłogi. Zamiatają, a niektóre modele potrafią również mopować. Na rynku jest wiele modeli do wyboru. Liderem na rynku jest Roomba od iRobot, choć mocną konkurencją stają się urządzenia od Xiaomi. Ceny zaczynają się od około półtora tysiąca złotych, górna granica to niemal 4 000 zł. Robot sprzątający dobrze się sprawdzi pod warunkiem, że w mieszkaniu na podłodze nie ma wysokich progów, a meble nie przeszkadzają w dostępie. Co istotne, obsługa sprowadza się właściwie tylko do wysypania raz na jakiś czas śmieci ze zbiornika. Robot po zaprogramowaniu sam się włączy, wykona swoje zadanie, a na koniec wróci na bazę, aby naładować akumulator. My dzięki temu zyskujemy czas i czysty dom.

Mówiąc o czasie można płynnie przejść do zegarków. Ale nie takich zwykłych, klasycznych, tylko oczywiście gadżeciarskich. Smartwatch można kupić już za niecałe sto złotych. Chińscy producenci oferują wiele modeli o różnej jakości wykonania, ale właściwie podobnych funkcjach. Standardowo mamy zegarek, budzik, krokomierz, powiadomienia, wiadomości tekstowe, spis połączeń oraz odbieranie rozmów, odbiornik GPS, a nawet pulsometr. Możemy znaleźć wersje dla dzieci, dzięki której rodzice mogą monitorować lokalizację swojej pociechy, w razie potrzeby również się skontaktować. Górna półka to między innymi Samsung Galaxy Watch. Tegoroczny model ma ekran OLED o przekątnej 46 mm. Dzięki temu jest czytelny nawet w jasnym słońcu czy w ruchu. Doskonale nadaje się do rejestrowania aktywności fizycznej. Jest wodoszczelny, koperta wykonana jest ze stali i charakteryzuje się zwiększoną odpornością na uderzenia. Bateria w praktyce wytrzyma od dwóch do sześciu dni. Zegarek łączy się z telefonem poprzez Bluetooth, a kiedy to połączenie zostanie zerwane, przełącza się na zapamiętane sieci Wi-Fi. Współpracuje ze smartfonami z systemem Android oraz iOS. Miłośnicy Apple z pewnością bardziej ucieszą się z czwartej generacji smartwatch’a z nadgryzionym jabłkiem. Ekran w tym zegarku to również wyświetlacz OLED o maksymalnej przekątnej 44 mm. Tu mamy nadal do czynienia z klasycznym prostokątnym kształtem – Samsung ma okrągłą tarczę. Apple Watch Series 4 poza pomiarem tętna potrafi również monitorować pracę serca, a co najważniejsze można go obsługiwać bezwzrokowo. VoiceOver działa tu tak jak w iPhone. Szczęśliwi podobno czasu nie liczą, ale gdyby chcieli kupić taki zegarek muszą odliczyć dwa tysiące złotych. Pozostając w temacie Apple, nie można nie wspomnieć o pozostałych produktach, które niedawno miały swoją premierę. W tym roku pojawiły się aż trzy nowe iPhone’y: XS, XS Max oraz XR. XS to delikatnie odświeżony model zeszłorocznej dziesiątki. Ma poprawiony aparat, 1 Gb pamięcią RAM więcej oraz jeszcze wydajniejszy procesor. MAX pod względem parametrów jest właściwie identyczny, jednak zdecydowanie większy. Ma genialny wyświetlacz o przekątnej 6,5 cala zamiast 5,8 jak w podstawowym modelu. XR to nie tania, choć odrobinę tańsza opcja. Wymiarami plasuje się pomiędzy wspomnianymi modelami, ale pomimo dumnej nazwy Liquid Retina HD, jego wyświetlacz to zwykły ekran LCD o rozdzielczości 1792 na 828 pikseli. Pozostaje jeszcze wspomnieć o nowych iPad’ach oraz MacBook’ach. Cen w przypadku Apple nie można nazwać okazyjnymi, więc dyskretnie przemilczymy ten temat. Gdyby jednak ktoś dostał gorączki przeglądając cennik, polecamy mówiący termometr MesMed za jedyne 119 zł. Zmierzy temperaturę ciała, powierzchni, np. cieczy oraz temperaturę pokojową. Wskazania wyświetla na małym ekraniku i oznajmia naturalnym głosem.

Fajnie jest dostawać prezenty, ale chyba jeszcze lepsze jest uczucie kiedy wiemy, że sprawiliśmy radość swoim bliskim. Jeśli na dodatek bliscy choć odrobinę lubią gadżety, to nawet znaczne nadwyrężenie domowego budżetu zostanie przyjęte ze zrozumieniem. Nam pozostanie tylko czekać na kolejną okazję, aby znów móc kupić coś fajnego, co w codzienność wniesie dodatkową porcję pozytywnej energii.

Tyflopedagogika w oczach tyflopedagoga

Pedagogika, jako kierunek naukowy, od lat cieszy się dużym zainteresowaniem przyszłych studentów. Czym kierują się podczas wyboru swojej zawodowej ścieżki życiowej? Czy wyobrażenia kierunku pedagogicznego pokrywają się z zastaną rzeczywistością? Jakie zadania czekają w pracy zawodowej tyflopedagoga? Czy obowiązuje kodeks etyczny?

Pedagogika jest to wszechstronna nauka o wychowaniu, której istotę stanowi całożyciowy rozwój człowieka oraz wszelkie tak dodatnie, jak i ujemne wpływy jednych ludzi na drugich oraz wpływy środowiska. nauka o wychowaniu.

Nazwa dyscypliny pochodzi od dwóch słów: 1. pais – chłopak, 2. ago – prowadzę, wiodę; co daje nam słowo paidagogos – prowadzący chłopca.

Pedagogikę możemy podzielić na kilka subdyscyplin, m.in. ze względu na zadania, których się podejmuje. Jest to: pedagogika społeczno – opiekuńcza, pedagogika zdrowotna, pedagogika rodziny, pedagogika resocjalizacyjna, pedagogika wojskowa, pedagogika pracy oraz pedagogika specjalna.

Z racji omawianego tematu tyflopedagogiki przybliżmy na wstępie pojęcie pedagogiki specjalnej. Pedagogika specjalna to dział pedagogiki, którego podstawowym obiektem zainteresowania jest człowiek wymagający wsparcia i pomocy w przekraczaniu różnorakich trudności, utrudniających mu rozwój i funkcjonowanie społeczne. Zajmuje się osobami w każdym wieku, starając się odpowiadać na ich szczególne potrzeby: rozwojowe w wieku niemowlęcym, edukacyjne i wychowawcze w wieku przedszkolnym, szkolnym oraz dorastania, a także socjalizacyjne i zawodowe w wieku dojrzałym.

Główne działy pedagogiki specjalnej to: pedagogika rewalidacyjna, rehabilitacyjna, np. oligofrenopedagogika, surdopedagogika, tyflopedagogika; pedagogika lecznicza lub inaczej pedagogika terapeutyczna; pedagogika zdolnych i uzdolnionych; pedagogika korekcyjna; pedagogika resocjalizacyjna.

Tyflopedagogika (z greckiego typhlos – niewidomy) to dział pedagogiki specjalnej zajmujący się wychowaniem, edukacją, terapią i rehabilitacją osób niewidomych i niedowidzących w placówkach oświatowych (w tym integracyjnych) oraz poradniach specjalistycznych.

W ramach podejmowanego tematu tyflopedagogiki rozmawiałam z Panią Eweliną Czerwińską, tyflopedagogiem oraz pracownikiem Centrum Terapii Zmysłów w Bydgoszczy.

Roksana Król: Pani Ewelino, jakie zadania ma do wykonania tyflopedagog?

Ewelina Czerwińska: Zasadniczym zadaniem tyflopedagoga jest wspomaganie procesu uczenia się dzieci niewidomych i słabowidzących. W przypadku tych drugich rolą tyflopedagoga jest mobilizowanie uczniów do korzystania z posiadanych przez nich możliwości wzrokowych we wszystkich możliwych dla nich sytuacjach, jak również niesienie im w tym zakresie pomocy. Polega ona między innymi na udostępnieniu pacjentom pomocy optycznych, elektronicznych i innych, ułatwiających korzystanie z osłabionego wzroku w procesie edukacji, podczas spędzania wolnego czasu, poruszania się, a także wykonywania rozmaitych zadań.

RK: W jaki sposób w swojej pracy zawodowej pomaga Pani w kształtowaniu prawidłowej samooceny osoby niewidomej?

ECZ: Praca tyflopedagoga polega w głównej mierze na rozwijaniu kompetencji miękkich poprzez modelowanie pozytywnego nastawienia do siebie, wytrwałości, współpracy, odpowiedzialności, zachęcanie do samooceny przez porównywanie aktualnych i poprzednich osiągnięć, udzielanie adekwatnego wsparcia oraz bycie otwartym na informacje płynące od pacjenta, wspieranie kreatywności, spontaniczności, pomysłowości. Tyflopedagog jest otwarty na pomoc specjalistyczną i współpracę z innymi osobami wspierającymi rozwój pacjenta. Poprzez zajęcia przyzwalamy na popełnianie błędów (tzw. bezpieczna porażka), uczymy czerpania korzyści z popełnianych błędów, towarzyszymy zamiast wyręczania oraz podkreślamy mocne strony. Ważne dla naszych pacjentów jest również tworzenie warunków do ujawniania i rozwijania zainteresowań, a także dawanie okazji do realizowania się w różnych rolach społecznych.

RK: Jakimi zasadami kieruje się tyflopedagog w pracy ze swoimi pacjentami?

ECZ: Tych zasad jest kilka.

Zasada indywidualizacji – maksymalna indywidualizacja pracy uwzględniająca możliwości wzrokowe i intelektualne ucznia, jego wolniejsze tempo spostrzegania, poznawania zjawiska, pracy (czytania, pisania), dostosowanie sposobów poznawania rzeczywistości do możliwości ucznia.

Zasada stopniowania trudności, czyli dostosowanie do poziomu sprawności i umiejętności (przechodzi się od zadań prostych do bardziej złożonych).

Zasada korekcji i kompensacji polegająca na tworzeniu mechanizmów kompensacyjnych, czyli zastępowaniu wzroku innymi zmysłami, wspieraniu zaburzonej funkcji przez sprawną lub mniej zaburzoną. Ćwiczenia powinny być układane tak, aby w ciągu jednostki lekcyjnej były usprawniane wszystkie funkcje).

Zasada kształtowania u pacjenta pozytywnej motywacji do nauki, kształtowania wiary we własne siły i umiejętności przezwyciężania trudności (krok po kroku).

Zasada optymizmu pedagogicznego polega na wierze we własne możliwości pacjenta, dostrzeganiu najdrobniejszych sukcesów, atmosferze sympatii, pozytywnym oddziaływaniu.

RK: Co według Pani jest najważniejsze w pracy z osobą niewidomą?

ECZ: Liczni badacze podkreślają, iż dobre nastawienie pacjenta do pracy wzmaga jego procesy zarówno intelektualne, jak i biologiczne, co korzystnie wpływa na efekty jego postępów. Pacjenci posiadający dysfunkcję wzrokową bardzo często przejawiają onieśmielenie, lęk przed nowymi sytuacjami i należy temu właśnie przeciwdziałać, rozwijając ich zainteresowania, ułatwiając zrozumienie przerabianych treści nauczania.

RK: Jaki cel widzi Pani w swojej pracy? Czy jest on wymierny?

ECZ: Podstawowym celem pracy tyflopedagoga jest rehabilitacja, która ma na celu wydobycie potencjału pacjenta oraz wskazanie mu możliwości wykorzystania w pełni swoich zdolności oraz dalszego rozwoju. Najważniejsze jest pokonywanie ograniczeń życiowych oraz mentalnych pacjenta. W związku z tym, iż katalog oddziaływań specjalistycznych tyflopedagoga jest bogaty, to i sam proces terapeutyczny i edukacyjny jest bardzo dynamiczny i zróżnicowany. Jednym zdaniem: na monotonność zajęć tyflopedagog nie narzeka.

Słowem podsumowania, tyflopedagog to specjalista, którego zawodową rolą jest wieloaspektowa pomoc osobom z dysfunkcją wzroku. W kwestii rehabilitacji tyflopedagog będzie terapeutą widzenia i nauczycielem orientacji przestrzennej, a pod pojęciem edukacji kryje się zarówno nauczanie samo w sobie (na wszystkich szczeblach), jak też adaptacja materiałów edukacyjnych i modyfikacja niektórych treści zawartych w programach nauczania. Tyflopedagog jest w stanie zapewnić wsparcie (samodzielne, bądź we współpracy z innymi specjalistami) w każdej kluczowej dziedzinie życia osoby z dysfunkcją wzroku.

Smaczna Wigilia

Głównym akcentem kulinarnym Świąt Bożego Narodzenia zawsze była i pozostała nadal wieczerza wigilijna. W następne dni jadało się i jada suto i mięśnie, ale potrawy nie różnią się za bardzo od tych podawanych przy innych świątecznych okazjach. Słodkie ciasta wypiekane na Boże Narodzenie były mniej urozmaicone od ciast wielkanocnych. Pierwsze miejsce od zawsze zajmowały pierniki i makowce oraz inne korzenne ciasteczka. Wieczerza wigilijna składała się i składa po dziś dzień z dwunastu dań, tylu „ilu było apostołów”. Dominowały głównie dania rybne przygotowane na najróżniejsze sposoby. Wieczerzę jednak otwierała jedna z tradycyjnych zup wigilijnych: barszcz czerwony z uszkami lub zupa grzybowa. Oprócz dań rybnych podawano również groch z kapustą, potrawy z suszonych grzybów, kompoty z suszonych owoców, głównie śliwek oraz we wschodnich częściach Polski słynną kutię, a także świąteczne ciasta.

Dziś takie wieczerze wigilijne należą do bezpowrotnej przeszłości. Ale Wigilie urządzamy dalej, jest w nich bowiem nie tylko tradycja, lecz i atmosfera rodzinnego ciepła. A smak i ceremonia tradycyjnych potraw wigilijnych posiadają dar ich wywoływania, pozwalając sięgnąć wspomnieniami w przeszłość. Rodzinne biesiadowanie należy do najmilszych chwil podczas świąt. A ponieważ nic tak nie łączy pokoleń, jak wspólne posiłki, można nawet tradycyjne potrawy podać w nieco odmłodzonej i unowocześnionej wersji.

Poniżej przedstawiam kilka moich propozycji dań wigilijnych. Myślę, że warto w menu wigilijnym wprowadzić trochę nowości. Mam nadzieję, że moje propozycje kulinarne spotkają się z Państwa zainteresowaniem i że będą smakować biesiadnikom przy wigilijnym stole.

Tatar śledziowy

Składniki

1 kg matiasów

5 jajek ugotowanych na twardo

1 cebula

4 ogórki konserwowe

strąk czerwonej konserwowej papryki

12 grzybków marynowanych

1 kajzerka, najlepiej czerstwa lub 2 kromki razowego chleba na zakwasie

3 łyżki oliwy z oliwek

2 łyżki musztardy kremskiej horcice

1 szklanka mleka

pieprz do smaku

Wykonanie

Matiasy namaczamy w wodzie, zazwyczaj wystarczy ok. 3 godz. (ja zmieniam wodę kilkakrotnie). Przez ostatnią godzinę moczę śledzie w wodzie i mleku (ok. 1/2 szklanki mleka plus woda).

W maszynce mielimy: wymoczone filety śledziowe, 4 jajka ugotowane na twardo, odciśniętą kajzerkę (wcześniej namoczoną w mleku) lub 2 kromki chleba razowego na zakwasie. Zmielone składniki mieszamy, dodajemy 3 łyżki oliwy, 2 łyżki musztardy i doprawiamy pieprzem (sól zazwyczaj jest niepotrzebna).

Cebulę, 3 ogórki konserwowe, 8 grzybków, pół strąka konserwowej czerwonej papryki siekamy drobno.

Jeśli chcemy serwować pojedyncze porcje: układamy pojedynczą porcję tatara (możemy użyć jako foremki filiżanki), polewamy małą ilością oliwy. Wierzch posypujemy posiekanym jajkiem, po bokach układamy posiekaną cebulę, ogórki i grzybki (ilość zależna od upodobań). Jeśli chcemy podać w salaterce: całość tatara układamy w naczyniu, wyrównujemy górę. Polewamy oliwą z oliwek 1-2 łyżki. Na środku układamy posiekane jajko, późnej krąg z ogórka, na końcu krąg z cebuli, papryki i grzybków.

Pasztet rybny

Składniki

80 dag filetów rybnych

1 litr wywaru z warzyw

2 czerstwe kajzerki

1 szklanka mleka

2 łyżki masła

1 łyżka mąki

2 jajka

1 czubata łyżka posiekanego koperku

2 łyżeczki przyprawy do ryb

1 łyżeczka słodkiej sproszkowanej papryki

2 łyżeczki gałki muszkatołowej

1 łyżeczka sproszkowanego imbiru

pieprz, sól

Wykonanie

Filety umyć, włożyć do wrzącego wywaru i gotować na małym ogniu, aż będą miękkie (15 minut), po czym wyjąć łyżką cedzakową i lekko przestudzić.

Bułkę namoczyć w mleku. Rybę i odciśniętą bułkę zemleć w maszynce do mięsa. W rondelku zrobić z masła i mąki jasną zasmażkę, rozprowadzić ją zimnym mlekiem i chwilę gotować, mieszając. Gdy sos zgęstnieje zdjąć z ognia, lekko przestudzić, doprawić solą i pieprzem.

Żółtka chwilę ubijać w garnuszku, wymieszać z odrobiną gorącego sosu i wlać do rondelka, energicznie mieszając. Następnie porcjami dodawać sos do masy rybnej, mieszając. Doprawić wszystko do smaku przyprawami, wymieszać z zieleniną, a na końcu – ze sztywną pianą ubitą z białek.

Przełożyć masę do wysmarowanej masłem podłużnej formy do pieczenia, wstawić do gorącego (190 st.) piekarnika i piec, aż pasztet ładnie się zrumieni. Podawać na gorąco lub na zimno z pieczywem, piklami i sosem chrzanowym.

Tuszanina

Bardzo smaczne danie, pochodzące z Kresów. Znam jego smak z domu rodzinnego. Zawsze przyrządzała je moja babcia, a teraz ja je przygotowuję i uwielbia je cała moja rodzina. Spróbujcie, zachęcam.

Składniki

1,5 kg ziemniaków

70 dag filetów śledziowych a’la matias

1,5 szklanki mleka

0,5 szklanki śmietany

1 łyżka mąki pszennej

3 cebule

sól, pieprz

0,5 kostki masła

1 szklanka grzybowego rosołu z kostki

50 dag świeżych pieczarek

5 dag suszonych grzybów

3 łyżki siekanej natki pietruszki

1 łyżeczka ziół prowansalskich

2 łyżeczki przyprawy do ryb

Wykonanie

Filety śledziowe namoczyć w wodzie na 2 godziny, następnie zlać wodę i dalej moczyć je w mleku.

Ziemniaki obrać i po zagotowaniu gotować jeszcze tylko 5 min.

Grzyby namoczyć na pół godziny, następnie ugotować w tej samej wodzie, po ugotowaniu odcedzić na sicie, ale wody nie wylewać. Grzyby posiekać, pieczarki oczyścić, drobno posiekać. Cebulę zeszklić na 2 łyżkach masła. Dodać siekane, ugotowane grzyby i pieczarki oraz dusić do miękkości pod przykryciem. Następnie zdjąć pokrywkę i odparować nadmiar wody.

Śledzie pokroić w dzwonka. Duże, żaroodporne naczynie lub brytfannę natłuścić i warstwami układać w nim ziemniaki, śledzie i cebulę z pieczarkami i grzybami. Każdą warstwę lekko oprószyć przyprawami oraz posypać siekaną natką pietruszki. Ostatnią warstwą powinny być ziemniaki.

W wywarze grzybowym rozpuścić kostkę grzybową, schłodzić i dodać śmietanę. Następnie dobrze wymieszać z przesianą mąką, zalać potrawę. Resztę masła pokroić w plasterki i obłożyć ziemniakami.

Przykryć pokrywą, włożyć do piekarnika i zapiekać, aż ziemniaki się zarumienią, około 1,5 godziny.

Gołąbki z dorszem

Składniki

1 włoska kapusta

0,5 kg filetów ze świeżego dorsza

150 g kaszy jęczmiennej

4 białe cebule

1 litr rosołu

sok z 1 cytryny

2 łyżeczki przyprawy do ryb

łyżeczka Vegety

1 łyżeczka słodkiej sproszkowanej papryki

1 łyżeczka bazylii

sól, pieprz

Wykonanie

Zaczynamy od kapusty. Po wycięciu głąba parzymy ją w dużym garnku z osoloną, wrzącą wodą. Rybę dokładnie czyścimy, myjemy i mielimy (można usunąć skórę).

Cebulę kroimy w drobną kosteczkę, solimy, wkładamy do lnianej ściereczki i odsączamy sok. Dzięki temu usuniemy nadmiar goryczy. Cebulę dodajemy do ryby.

Kaszę jęczmienną do gołąbków gotujemy we wrzącej wodzie z łyżeczką Vegety i ziołami. Schładzamy i dodajemy do farszu. Całość doprawiamy pieprzem, solą i przyprawą do ryb.

Wszystko mieszamy aż do połączenia składników. Na sparzone wcześniej liście kapusty układamy farsz i zawijamy podobnie jak krokiety. Gołąbki z dorszem obsmażamy na dużej patelni, tak by zarumieniły się z każdej strony. Następnie układamy je w żaroodpornym naczyniu, zalewamy bulionem i wkładamy do nagrzanego do 180 st. piekarnika. Zapiekamy ok 40 min.

Karp pieczony w płatkach migdałowych

Składniki

1 sprawiony karp

2 cytryny

3 łyżki masła

150 gramów płatków migdałowych

1 łyżeczka suszonej szałwii

sól, pieprz

Wykonanie

Karpia dokładnie opłukać i osuszyć papierowym ręcznikiem.

Z jednej cytryny wycisnąć sok. Drugą sparzyć i pokroić w cząstki.

Rybę skropić od środka i na zewnątrz sokiem z cytryny, natrzeć solą i wstawić na 1-2 godziny do lodówki.

Po wyjęciu pokroić w dzwonka i przełożyć do naczynia żaroodpornego. Polać stopionym masłem. Obłożyć listkami szałwii i piec 20 minut w piekarniku nagrzanym do 180 st.

Na mocno rozgrzanej patelni bez tłuszczu zrumienić płatki migdałowe. Posypać nimi rybę. Przed podaniem obłożyć ją cząstkami cytryny.

Moja rada

Ryba będzie lepsza, jeśli do jej pieczenia lub smażenia użyjemy tak zwanego klarowanego masła, które można kupić lub zrobić samemu: 4 kostki zwykłego masła kroimy, wkładamy do garnka, zalewamy 3/4 litra wody i gotujemy na małym ogniu około 45 minut. W trakcie gotowania zbieramy pianę z wierzchu. Tłuszcz po przestygnięciu przelewamy przez gazę i pozostawiamy do stężenia. Przechowujemy w lodówce nawet przez rok.

Poncz w śniegowej czapie

Składniki (8 porcji)

1 litr gorącej gorzkiej herbaty

miód

sok wyciśnięty z 2 cytryn

sok wyciśnięty z 2 pomarańczy

300 mililitrów likieru pomarańczowego

łyżeczka mielonego cynamonu

szklanka śmietany kremówki

Wykonanie

W herbacie rozpuścić miód, aby była bardzo słodka.

Dodać oba soki, likier i cynamon. Podgrzać, mieszając (nie gotować).

Śmietanę kremówkę ubić na sztywno.

Napój rozlać do szklaneczek. Udekorować bitą śmietaną.

Orzechowiec z krakersami

Składniki na biszkopt orzechowy

6 jajek

1 szklanka zmielonych orzechów włoskich

4 łyżki bułki tartej

1/2 szklanki cukru

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1 łyżka mąki tortowej

1 łyżka ciemnego kakao

szczypta soli

Składniki na krem

2 łyżki mąki tortowej

2 łyżki mąki ziemniaczanej

4 żółtka

500 ml mleka

1/2 szklanki cukru

250 g masła

120 g kawy cappuccino orzechowej

1-2 opakowania krakersów

Składniki na poncz

1/4 szklanki wody

2 łyżki białego rumu

1 łyżeczka cukru pudru

kilka kropel soku z cytryny

Wykonanie

Zmielone orzechy mieszamy z bułką tartą, kakao, mąką oraz proszkiem. Białka oddzielamy od żółtek i ubijamy ze szczyptą soli na sztywną pianę. Pod koniec dodajemy stopniowo cukier i miksujemy, aż masa stanie się gęsta i lśniąca. Następnie dodajemy po jednym żółtku, cały czas miksując na niskich obrotach. W kilku partiach dodajemy mieszankę z orzechami, mieszając dużą łyżką, aby jak najmniej ciasto straciło na puszystości. Przekładamy do 2 foremek o wymiarach 20×30 cm wyłożonych pergaminem. Pieczemy w temperaturze 170 st. przez około 30 minut, do tak zwanego suchego patyczka.

Żółtka mieszamy z cukrem. W 1/2 szklanki mleka rozpuszczamy mąkę oraz mąkę ziemniaczaną i mieszamy z żółtkami. Pozostałe mleko doprowadzamy do wrzenia. Zdejmujemy z ognia i stopniowo łączymy z masą żółtkową oraz przesianą kawą cappuccino, cały czas mieszając. Ponownie podgrzewamy, aż powstanie gęsty budyń. Owijamy folią i zostawiamy do wystudzenia. Później miksujemy masło na puch. Następnie stopniowo dodajemy masę budyniową.

Jeden biszkopt nasączamy połową ponczu i wykładamy 1/4 masy. Na masie układamy krakersy jeden obok drugiego i znów masę, tak na przemian. Na wierzchu układamy nasączony biszkopt i jeszcze raz wykładamy ostatnią część masy. Na koniec posypujemy pokruszonymi krakersami. Wkładamy do lodówki na kilka godzin.

Ciasto chałwowe bez pieczenia

Składniki na krem

600 ml mleka

1/2 szklanki cukru

2 x 40 g budyniu waniliowego

200 g masła

300 g chałwy waniliowej

szczypta soli

Składniki na polewę

80 ml śmietanki kremówki 30%

80 g gorzkiej czekolady

Dodatkowo

2 x 250 g herbatników kakaowych

1 słoiczek powideł śliwkowych

Wykonanie

500 ml mleka zagotowujemy ze szczyptą soli oraz cukrem. W pozostałym mleku rozpuszczamy przesiany proszek budyniowy i cały czas mieszając dodajemy do gorącego mleka. Gotujemy, aż budyń będzie gęsty. Zdejmujemy z ognia, przykrywamy folią i zostawiamy do wystudzenia.

Miękkie masło miksujemy na tzw. puch, następnie dodajemy po łyżce budyniu. Chałwę kruszymy i dodajemy do kremu.

Formę o wym. 24×24 wykładamy folią lub papierem do pieczenia. Na dnie układamy herbatniki i smarujemy niewielką ilością powideł oraz 1/3 kremu. Ponownie herbatniki, powidła i krem, następnie ponownie powtarzamy, kończąc herbatnikami. Śmietankę mocno podgrzewamy i dodajemy kawałki czekolady, mieszamy do połączenia. Wylewamy na wierzch ciasta.

Życzę smacznych, zdrowych Świąt Bożego Narodzenia i pomyślnego nowego 2019 roku.

Zmysły kontra rzeczy, czyli o wystawie Dizajn_po_omacku

Miasto otwarte – jakie jest? Dla każdego czymś innym – przestrzenią kreatywną, zróżnicowaną kulturowo, dobrze skomunikowaną, zieloną. Może mieć wszystkie wymienione cechy. Ale jeśli miasto zapomina o osobach z niepełnosprawnością – nie będzie otwarte.

Łatwo nam ignorować kwestie dostępności – dopóki jesteśmy zdrowi, udajemy, że niepełnosprawność nie istnieje. A jeśli nawet uznamy jej istnienie, uważamy, że dotyka wszystkich innych, ale na pewno nie NAS.

Tak powstają nowoczesne, innowacyjne miasta: pękające w szwach od nowoczesnych technologii, drapaczy chmur, inteligentnych rozwiązań, ale jednocześnie doskonale opancerzone twierdze, chroniące się przed osobami z niepełnosprawnością. To ogromny problem. Z czego to wynika?

Największy mankament to chyba niski poziom edukacji przyszłych architektów – mała ilość godzin poświęconych projektowaniu uniwersalnemu odbija się na nas każdego dnia. Bez chwili zastanowienia mogłabym zacząć wymieniać nowopowstałe budynki w wielkich i mniejszych miastach czy duże przedsięwzięcia architektoniczne, które jednocześnie są skrajnie niedostępne dla osób z niepełnosprawnościami. Wierzę, że nie wynika to z braku chęci, ale raczej braku odpowiedniej wiedzy i niskiej świadomości społecznej.

Właśnie dlatego Województwo Małopolskie postanowiło mówić o projektowaniu uniwersalnym. W ramach projektu Miasto kreatywne Urząd Marszałkowski Województwa Małopolskiego popularyzuje tematykę przemysłów kreatywnych: sektora opartego na kreatywnych i innowacyjnych działaniach twórców szeroko pojętej sztuki, mediów i projektowania.

Tegoroczne wydarzenie nosiło nazwę zmysły vs. rzeczy. Pomysł był prosty: uświadomić osobom zdrowym jakie problemy i przeszkody w funkcjonowaniu w przestrzeni miejskiej mają osoby niewidome. Chcieliśmy pokazać ten ignorowany, nieco zapomniany, pozawizualny wymiar życia codziennego, obcowania ze sztuką, dizajnem, miastem.

Konferencja skupiała wybitnych ekspertów i panelistów z branży designu i projektowania dla osób z niepełnosprawnościami. Ale oprócz konferencji, uczestnicy mieli też okazję spróbować czegoś wyjątkowego.

29 listopada w przestrzeni Małopolskiego Ogrodu Sztuki odbyły się szczególne, jednodniowe warsztaty pt. „Dizajn po omacku”. Kiedy dostaliśmy propozycję stworzenia takiego warsztatu, od razu wiedzieliśmy, że nie może być inaczej – warsztaty musiały odbywać się w całkowitej ciemności, a prowadzącymi nie mógł być nikt inny, jak właśnie osoby niewidome. Dlatego też lubimy mówić, że warsztat miał charakter „uwrażliwiający” – był skierowany do osób, które nie miały nigdy kontaktu z osobami niewidomymi czy słabowidzącymi i mógł stać się pierwszym przyczynkiem do zwiększenia ich wrażliwości i empatii, ale także (wiemy jak przekornie to brzmi) miał otworzyć oczy na potrzeby osób z dysfunkcjami wzroku.

Nikt dokładnie nie wiedział co kryło za drzwiami sali konferencyjnej Małopolskiego Ogrodu Sztuki – o to właśnie chodziło, by uczestnicy nie mieli bladego pojęcia co ich spotka „po ciemnej stronie”. Uczestników prosiliśmy, by przed wejściem na salę zdjęli buty – wystawa sensoryczna miała pobudzać jak największą liczbę receptorów, a więc także te, które znajdują się na stopach.

Zadanie pierwsze, to oswoić nieco mrok, rozbujać pozostałe zmysły i stoczyć prawdziwy bój poznawczy. Co wygra? Zmysły czy rzeczy?

Po wystawie oprowadzała Natalia Kaczor i Przemysław Rogalski – fantastyczni niewidomi przewodnicy, którzy przestrzeń wystawy znali jak własną kieszeń. Wystawa składała się z dwóch części: pierwszej części – sensorycznej, służącej, jak wspominałam, do oswojenia mroku i rozkręcenia pozostałych zmysłów. Było tutaj coś dla stóp, dłoni, ucha, nosa, a także języka – ścieżka sensoryczna pobudzała receptory na stopach, stół sensoryczny z miskami pełnymi śliskich i zimnych kulek hydrożelowych, piasku kinetycznego i innych pobudzał czucie w dłoniach. W tej części znalazło się także miejsce dla łączenia wrażeń słuchowych z obiektem – uczestnicy mieli za zadanie rozpoznać np. dźwięk nalewania wody do filiżanki, ale także rozpoznawali, który dźwięk wydaje ciepła woda, a który zimna. Wśród przedmiotów musieli odnaleźć też element kojarzony z dźwiękiem (np. muszla – dźwięki szumu morza, samochodzik – dźwięk ryczącego silnika). Poświęciliśmy także chwilę dla węchu: rozpoznawaliśmy jedynie po zapachu przyprawy lub olejki eteryczne, a także rozpoznawaliśmy po smaku cukierki. Ostatnim elementem tej części była krótka partyjka w grę dotykową – taką, która pomaga niewidomym dzieciom i wprowadza je do świata czytania dotykiem.

Druga część była już częścią stricte wystawową: uczestnicy mieli okazję, by – można chyba tak powiedzieć – poznać dotykową historię „dizajnu”. Podróż rozpoczynała się jeszcze w pradziejach: uczestnicy mogli oglądać repliki starożytnych naczyń, biżuterii oraz narzędzi powstałych z najprostszych materiałów: rzemieni, gliny, brązu i drewna. Kolejny punkt: średniowiecze. Na dwóch krawieckich manekinach zawisły obiekty: damska suknia oraz męskie odzienie: obydwa pełne zdobnych koralików, różnych faktur, posiadające bufki i fantazyjne zwieńczenia rękawów. Ze średniowiecza przenosiliśmy się na prowincję, przyszedł więc czas na kulturę ludową i cepelię: drewniane krosno tkackie, zdobiona góralskimi ornamentami drewniana ciupaga, (podobno) czerwone, również drewniane korale, a także fletnia, na której Natalia wygrywała melodię.

Ostatnie dwa obiekty to przestrzenne przedstawienia budowli, obydwie związane ściśle z Krakowem i jego historią, ale znacznie się od siebie różniące. Pierwsza, posiadająca ogrom dekoracji, zdobień, drobnych elementów – Szopka Krakowska z zasobów Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. Drugi obiekt, surowy w formie, minimalistyczny, ale sporych rozmiarów, to makieta budynku Ośrodka Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora CRICOTEKA (o wymiarach 140 cm długości, 76 cm szerokości oraz wysoka na około 45 cm). To ostatnie już, kontrastowe zestawienie tych dwóch, skrajnie różnych od siebie wizji projektujących, było wieńczącym wystawę elementem.

Intencją całej tej instalacji w ciemności było przede wszystkim wzbudzenie ciekawości: ukazanie, w jaki sposób osoby niewidome poznają świat, jak funkcjonują na co dzień, z jakich elementów powinniśmy tworzyć przestrzeń, by osoby z dysfunkcjami wzroku mogły pełniej w niej uczestniczyć i z niej czerpać. Ten pozawizualny wymiar projektowania był dla nas szczególnie ważny: pokazał to, o czym zapominamy na co dzień. A przecież wszystko, co istnieje, posiada więcej niż wygląd: strukturę, konsystencję, temperaturę, kształt. Oto przestrzeń, w której naprawdę żyjemy.

Duch teatru, czyli zwiedzanie dla niewidomych

Niewidomi i niedowidzący korzystają z wielu dóbr kultury – filmów z audiodeskrypcją, książki mówionej, telewizji, publikacji brajlowskich, muzyki odtwarzanej na różnego rodzaju nośnikach. Tego typu źródła rozrywki, czy też przyjemności, zapewniają powtarzalność – zawsze można wrócić do nagrania, konkretnego rozdziału czy fragmentu filmu, albo dotykiem odczytać książkę jeszcze raz. Co jednak zrobić z tak ulotną sztuką, jaką jest teatr?

Oczywiście, możliwe jest nagranie spektaklu z wielu miejsc – widowni, kulis, czy nawet sceny. Niestety, nawet najlepszy zapis kamery nie zastąpi udziału w spektaklu. Ale słowo „teatr“ ma wiele znaczeń – jedno z nich to budynek, w którym odbywają się przedstawienia. Prawdą jest, że w biegu historii również on się zmienia – pod panowaniem różnych władców, historii teatru, technologii czy zwyczajnie pieniędzy, ale też na przykład mody. Na szczęście wiele z budynków teatrów można oglądać do tej pory. Poznański tyflopunkt Fundacji miał możliwość zwiedzenia Teatru Polskiego w Poznaniu.

Teatr działa w Poznaniu od 1875 roku. Jego historia jest niezwykle ciekawa, głównie ze względu na fakt, że powstał w zaborze pruskim, ufundowany dzięki zbiórce pieniędzy. Na początku swojego istnienia znajdował się w Ogrodzie Potockiego – z każdej strony był otoczony kamienicami. Obecnie jest odsłonięty i można do niego wejść bezpośrednio z ulicy 27 Grudnia. Nad wejściem można zauważyć napis „Naród Sobie”. Jest on znaczący w kontekście historii budowy teatru, ale można go odczytywać na różne sposoby.

Pod tym napisem czekała na zwiedzających grupa interesująco ubranych postaci. Osoby niewidome mogły dotknąć kostiumów, zostały one też dokładnie dla nich opisane. Poza tym skądś wydobywała się mroczna muzyka – sugerowała, że będzie to zwiedzanie z duchem… Postaci przeprowadzały grupę przez mnóstwo zakamarków, normalnie niedostępnych dla widzów. Czasem trzeba było przeciskać się przez wąskie przejścia, wchodzić lub schodzić z wielu schodów. Dawało to wyobrażenie o codziennym życiu teatru. Grupa przeszła budynek od piwnic, w których odbywa się jeden ze spektakli (i gdzie na końcu można było przymierzyć niektóre kostiumy), poprzez scenę, widownię, sale prób i garderoby. Udało się też wyjść na taras, z którego mimo niskiej temperatury można było podziwiać okoliczne budynki Dzielnicy Cesarskiej.

Zwiedzanie budynków teatralnych przez osoby na co dzień nie związane ze sztuką teatralną może wydawać się nudne. Jednak łatwo można sobie wyobrazić, w jaki sposób na wszystkie zmysły oddziałuje faktura i ciężar kurtyny, dźwięk niosących się ze sceny rozmów, różnorodna forma rekwizytów, zapach unoszący się w foyer, czy wreszcie historie opowiadane przez przewodników. Poza tym jest to moment wejścia w ukryte miejsca, które pomagają w tworzeniu magii teatru.

Spotkanie z IDOLEM STULECIA

W poprzednim numerze Helpa zamieściliśmy wyniki tegorocznego konkursu na fundacyjnych IDOLI. Jest ich mnóstwo, gdyż, jak już poinformowaliśmy, od ubiegłego roku REHA ma dwa etapy: wojewódzki i centralny. O ile IDOLI w poszczególnych województwach mogą wskazywać i wybierać wszyscy, osobom bardziej zaangażowanym w naszej działalności zależy na tym, by mieć możliwość wskazania innych osób i instytucji, które mają taką utrudniającą cechę, że nie mogą podlegać głosowaniu. Zwycięzcami w głosowaniach bowiem mogą być jedynie osoby i instytucje bardzo popularne. Są jednak inni, zasłużeni i wybitni, którzy nie są powszechnie znani. W końcu nie każdy dba o popularność, a nawet nie lubi rozgłosu. Właśnie z tego powodu Fundacja wybiera także IDOLI SPECJALNYCH.

Wśród nich znaleźli się w tym roku IDOLE STULECIA. Trudno się dziwić. Obchodzimy setną rocznicę odzyskania niepodległości, podsumowujemy ten okres i wyróżniamy osoby, które mają wielki wkład w rozwój naszej ojczyzny. Skoro tak, chcieliśmy i my jako środowisko niewidomych, słabowidzących i naszych bliskich wskazać, kogo najbardziej cenimy. Jednym z nich został wspaniały sportowiec, piłkarz – Włodzimierz Lubański.

Nie mógł przybyć na Konferencję REHA FOR THE BLIND IN POLAND. Mieszka w Belgii i mimo, że często przyjeżdża do kraju, akurat w połowie października nie mógł. Przyjechał za to na Śląsk w połowie grudnia, z okazji 70-lecia klubu, w którym grał – Górnika Zabrze. Skorzystaliśmy z tej okazji i spotkaliśmy się z nim w Filii Miejskiej Biblioteki Publicznej w Katowicach, znajdującej się przy ulicy Wajdy 21. Gdy dowiedzieliśmy się, że Pan Włodzimierz chce się z nami spotkać, ogromnie się ucieszyliśmy. On także. Zaskoczyliśmy go, a właśnie na tym nam zależało, że wśród Jego kibiców byli także niewidomi. Byli – i to masowo. W związku z tym, że cała sprawa miała i nadal ma charakter wyjątkowy, wybraliśmy się na to spotkanie i my – przedstawiciele Fundacji z Warszawy. Wśród nich byłem i ja.

Spotkanie było naprawdę przemiłe. Znakomity piłkarz nas nie zaskoczył. Od niemal 50 lat wiemy, że potrafił nie tylko świetnie grać i strzelać gole dla Polski, ale także jest świetnym znawcą tej dyscypliny, znakomitym mówcą i komentatorem. Warto przypomnieć, że wiele razy pomagał naszym sprawozdawcom podczas transmisji meczów polskiej reprezentacji. Jego komentarze wyróżniają się jakością spośród innych. Często żałowałem, że Dariuszowi Szpakowskiemu nie pomaga przed mikrofonami telewizji TVP właśnie Lubański.

Podczas spotkania przekazaliśmy Mu tyflograficzny dyplom, który spodobał Mu się. „Jeszcze takiego odznaczenia nie miałem” – powiedział Pan Włodzimierz. Dyplom charakteryzuje się tym, że przedstawia wypukłe podobieństwo statuetki IDOLA oraz zawiera informacje przedstawione w brajlu. Właśnie w taki sposób chcieliśmy uhonorować wybranych przez nas IDOLI STULECIA.

Włodzimierz Lubański opowiadał o swojej karierze, sukcesach sportowych, kontuzji doznanej podczas meczu z Anglią w Chorzowie, kiedy to Bob McFarland Go sfaulował, a ponad sto tysięcy ludzi na stadionie zamarło z przerażenia. Potem nie mógł grać przez dwa lata i nie uczestniczył w cudownych mistrzostwach świata w Niemczech w roku 1974, kiedy to Polska zdobyła brązowy medal. Po rekonwalescencji Lubański nigdy nie doszedł do takiej samej sprawności jak przedtem. Grał jednak w kolejnych mistrzostwach, kiedy to w Argentynie zajęliśmy niesamowite, jak pokazują następne lata – piąte miejsce.

Spotkanie z Włodzimierzem Lubańskim jest dostępne na fundacyjnym profilu Facebooka. Proszę go obejrzeć i podzielić się swoimi refleksjami. Może powinniśmy wyróżnić kolejne wybitne osoby? W każdym razie niebawem odbędą się kolejne spotkania z naszymi IDOLAMI. Zapraszamy!