Helpowe refleksje.

Czy mają już Państwo wakacyjny nastrój? Rozpoczęło się przecież lato, czas odpoczynku, wyjazdów, innych niż zwykle przeżyć i przygód. Przez cały rok uczniowie chodzą do szkoły, a dorośli realizują cele zawodowe w zakładach pracy. Przychodzi moment, że to wszystko się nudzi, czas się dłuży i już niewiele można zrobić. W czerwcu czujemy się wyczerpani. Nie wiadomo, czy jest to obiektywne zjawisko, czy raczej subiektywne. Może tak być, że rzeczywiście nasz umysł i ciało są zmęczone codziennym powtarzaniem mniej więcej takich samych zadań, zachowań, procedur, a może nie miałoby to tak dużego znaczenia, gdyby nie fakt, że mamy świadomość, że już za kilka dni lub tygodni czeka nas coś, o czym marzymy od dawna. W związku z tym, że nie zapoznałem się z merytorycznymi materiałami na ten temat, nie mogę rozstrzygnąć tego dylematu i pozostawię to naszym Czytelnikom. Dla mnie ważniejsze jest zupełnie co innego. Jako redaktor naczelny tego kwartalnika odpowiadam za to, by ten wakacyjny numer Helpa był tak samo inny od pozostałych, jak okres letni od pozostałych dziesięciu miesięcy.

Właśnie z wakacjami i wakacyjnymi wyjazdami zdecydowaliśmy się na zainicjowanie nowego działu – „Co wiecie o świecie?”. Zamierzamy publikować w nim informacje z różnych dziedzin. Jasne, że informacje turystyczne będą wiodły tutaj prym, ale wiedza o świecie nie ogranicza się do turystyki i krajoznawstwa. Już w tym numerze artykułowi o Indiach towarzyszy informacja o największej europejskiej wystawie produktów stworzonych z myślą o niewidomych SightCity, która co roku odbywa się we Frankfurcie nad Menem. Artykuł Anny Kurakiny, która pochodzi z Ukrainy, mieszka w Polsce, a teraz pracuje w polskiej firmie w Indiach, opowiada o tamtym kraju. Jako że Ania zna nasze środowisko, omawia warunki życia w Indiach zwracając uwagę na egzystencję niewidomych i słabowidzących. Z kolei artykuł Janusza Mirowskiego informuje o nowych produktach, które są zaprojektowane i produkowane z myślą o jak największym zniwelowaniu skutków inwalidztwa wzroku.

Wakacyjne i turystyczne klimaty są realizowane również w innych arytykułach tego numeru Helpa. Nie omawiam ich, bo w zasadzie nie chodzi o to, bym ja je czytał i streszczał, lecz by Państwo je odczytali. Niniejszy numer jest jednak o wiele bogatszy niż jedno zamierzenie. Gdy opowiadamy o świecie, a czynimy to z główną myślą o niewidomych, musimy zastanowić się nad tym, jak opowiadać. Dziedzina, która zajmuje się sposobami relacjonowania tego, co widać, a czego niewidomi nie widzą, przyjęła nazwę audiodeskrypcji. Gdy planujemy wakacyjny odpoczynek połączony z wyjazdami, zwiedzaniem, oglądaniem krajobrazów, poznawaniem nowych miejsc, nieznanych nam dotąd zwyczajów, strojów, architektury itd., musimy zadbać o to, byśmy jako niewidomi skorzystali z tego jak najwięcej. Kto nam opowie o tym, co widać dookoła? Jak to zrobi? Czy wyjedziemy z kimś, kto ma naturę milczka, czy odwrotnie – z osobą gadatliwą, która chętnie wszystko nam opowie? Czy w tej opowieści będzie jakiś porządek, sens, urok, czy też raczej nieskoordyniowane słowa i wrażenia, z których niewiele zrozumiemy? Warto zapoznać się z zasadami audiodeskrypcji, by te relacje były jak najbardziej wartościowe. Jasne, że nie każdy zdoła wykonać je profesjonalnie, każdy jednak może to zrobić lepiej niż do tej pory. Każdy, nawet minimalny postęp, jest wielkim dobrem dla odbiorców. Właśnie z takim zamysłem zamieszczamy dwa artykuły o tej dziedzinie. Może przydadzą się Państwu podczas najbliższych tygodni. Może niewidomi dowiedzą się więcej niż zwykle, a widzący zrozumieją, jak im pomagać. Audiodeskrypcja jest niezbędna zarówno w kinie, przed telewizorem, w teatrze, na stadionie, w sali koncertowej, jak i na placu, na którym znajduje się katedra i ratusz, albo w muzeum wśród tysięcy eksponatów zamkniętych w gabloty, albo w ogrodzie zoologicznym lub botanicznym. Krótko mówiąc – wszędzie.

Czy te dwa główne tematy wystarczą, by zainteresować naszym kwartalnikiem aktualnych i przyszłych Czytelników? Sądząc, że to za mało, dokładamy do nich kilka innych interesujących artykułów. Staramy się, by były tworzone przez różnych autorów. Ich różnorodność stwarza szansę na urozmaicenie treści. Za każdym więc razem zapraszamy Państwa do współpracy. Piszcie do nas i dla nas. Chcemy czytać o waszych doświadczeniach. Autorami artykułów mogą być osoby niewidome czy niedowidzące, które relacjonują swoje przeżycia i refleksje, ale także osoby widzące, które mogą przedstawić swoje przeżycia związane z naszym środowiskiem. W dziale „Jestem…” zamieszczamy artykuły z cyklu „Jestem urzędnikiem”, „Jestem nauczycielem”, „Jestem rodzicem” albo „Jestem twórcą”. To nasze „Jestem…” może wiele oznaczać, ma otwartą formułę dla umożliwienia zróżnicowanych relacji.

Na koniec, już na tylnej okładce, przekazujemy garść najnowszych informacji o grudniowej konferencji REHA FOR THE BLIND IN POLAND. To najważniejsze dla środowiska spotkanie musi w tym roku być ogromne. Tylko wtedy nasze sprawy zainteresują społeczeństwo i władze. W innym przypadku niewidomi ugrzęzną w izolacji i marazmie. Nowoczesna technologia daje nam niespotykane dotąd szanse. Skorzystajmy z nich, ale aby to było możliwe, musimy domagać się pomocy oraz faktycznie ją otrzymać.

SightCity 2016 – kryzysu nie widać!

Od kilku lat zwykło się mówić, że na największych wystawach takich jak CSUN czy SightCity jest mniej wystawców, mniej zwiedzających, a co najbardziej znamienne – mało innowacji. Jak było w tym roku?

SightCity to bez wątpienia największa wystawa na świecie. W 2016 roku było na niej 130 wystawców oraz 3800 odwiedzających. To dobre statystyki, od kilku lat są na podobnym poziomie i nie widać powodu, aby miały się pogorszyć. W porównaniu do innych wystaw są to najlepsze dane, co prawda na japońską Sight World przychodzi ok. 5 000 osób, ale wystawców jest zdecydowanie mniej, bo ok. 50. Na CSUN mamy około 2000-3000 gości, którzy jednak w większości przyjeżdżają na konferencje, a nie na wystawę. Dla kontrastu konferencję na SightCity odwiedza ok. 150 osób i jest to nieznaczący jej dodatek. Czwarta w kolejności jest nasza polska REHA FOR THE BLIND IN POLAND, na którą przychodzi ok. 2500 gości, a wystawia się ok. 50 wystawców. Co ciekawe REHA ma zdecydowanie najwięcej atrakcji, nie jest tylko wystawą czy konferencją, ale jest wydarzeniem, na którym są koncerty, bezwzrokowe dyscypliny sportowe, filmy z audiodeskrypcją i inne – to taki polski ewenement.

Wracając do SightCity, w tym roku widać było pewne ożywienie, jeżeli chodzi o produkty i związane z nimi innowacje. Oczywiście 70% wystawców to producenci różnego rodzaju powiększalników elektronicznych, gdzie trzy najciekawsze stoiska miały połączone niedawno ze sobą firmy Freedom i Optelec oraz firma HumanWare. Duże stoisko miał także BAUM i Reinecker, które na rodzimym rynku mają silną pozycję. Nic w tym dziwnego, w samych Niemczech statystyki mówią, że niewidomych jest tam ok. 150 000, a słabowidzących 500 000 – widać, która grupa docelowa jest większa.

Widzieliśmy wiele nowych produktów poświęconych niewidomym. Myślę, że dobrze podsumowuje to hasło: BRAJL WRACA! Po kilku latach odwrotu do technologii mobilnych takich jak iPhone, rynek wraca do podstaw, czyli brajla, notatników i innych klasycznie specjalistycznych rozwiązań ułatwiających niewidomym dostęp do informacji.

Poniżej kilka najciekawszych produktów:

Zegarek DOT firmy DOT

Pierwszy na świecie smartwatch dla niewidomych. Charakteryzował się estetycznym wyglądem, możliwością synchronizacji bluetooth ze smartphone’m, pięciopozycyjnym monitorem brajlowskim pokazującym nie tylko czas, ale także wiadomości sms i e-mail.

NeoBraille firmy Neo Access

Nowa firma na rynku i z nowym świetnym notatnikiem opartym na systemie android. Bardzo mocna specyfikacja urządzenia pozwala myśleć o nim bardziej jak komputerze (8 rdzeniowy procesor 2.1 GHz, 3Gb RAM, 64 GB pamięci flash, posiada wyjście HDMI na monitor), który ma wszystkie zalety notatnika: waży poniżej 1 kg, włącza się w kilka sekund, bateria wytrzymuje wiele godzin, piszemy na wygodnej klawiaturze brajlowskiej w stylu Perkins, czytamy z wbudowanego 32-znakowego monitora brajlowskiego z dotykowym sensorem śledzącym nasze ruchy palców i przewijających tekst automatycznie.

BrailleNote Touch firmy Humanware to również ciekawy notatnik oparty na systemie android, jest nieco słabszym urządzeniem z gorszym monitorem brajlowskim, posiada jednak ciekawą funkcję – pod zdejmowalną klawiaturą brajlowską ukryty jest dotykowy monitor, na którym można pisać jak na iPhone lub po brajlowsku, monitor może służyć także jako podgląd dla nauczyciela.

Elbraille Notaker firmy Elita Group

To stacja dokująca dla popularnych w Polsce monitorów Focus 14, która sprawa, że stają się one pełnowartościowymi notatnikami. Parametry notatnika są wysokie. To 4-rdzeniowy procesor firmy Intel, 2GB RAM, modem 3G, głośniki stereo oraz ponad 20 godzin pracy na baterii. Zaletą, w odróżnieniu od wszystkich innych notatników, jest system operacyjny Windows 10 i JAWS, mamy więc w pełni funkcjonalny komputer o rozmiarach notatnika, z niezrównaną technologią brajlowską Freedom Scientific.

Monitor graficzny Inventivio

Widzieliśmy prototyp – to urządzenie na pierwszy rzut oka podobne do uznanych monitorów DOT VIEW 2. Ma jednak dużo większy monitor, zbudowany w innej filozofii. Nie jest tak szybki jak DV-2, ale ma dużo większą rozdzielczość, nie da się więc na nim śledzić co dzieje się na ekranie monitora, ale można oglądać całe obrazy, ponieważ jego rozdzielczość to zapierające dech ponad 10 000 punktów.

Na koniec warto wspomnieć o polskich akcentach. Od lat na wystawie swoje produkty prezentuje firma Altix oraz Harpo. Firma Altix wyspecjalizowała się w produktach tyflograficznych oraz rozwiązaniach udostępniających przestrzeń publiczną osobom niewidomym. Na stoisku można było zobaczyć pierwszą na świecie mówiącą mapę świata, mówiące i brajlowskie terminale informacyjne, plany i mapy dotykowe, tabliczki brajlowskie na drzwi. Natomiast firma HARPO prezentowała swoje produkty technologiczne takie jak BraillePen, MoutBatten czy Autolektor. A więc w tym roku było we Frankfurcie interesująco. Spotkajmy się tam więc także za rok.

Indie – czy jest to dobre miejsce dla niewidomych

Jakiś czas temu miałam przyjemność relacjonować Państwu swoje przygody podróżnicze. Wtedy byłam jeszcze studentką. Pierwszą moją dużą wyprawą był wyjazd do Chin, a następnie miałam okazję przez pół roku studiować w Indiach w ramach wymiany studenckiej. Niedługo po powrocie do Polski czekała mnie kolejna wymiana studencka – tym razem do Turcji. Jak mogą Państwo zauważyć, podróżowanie do nowych, dalekich krajów jest moją pasją. Dlatego też od zawsze wiedziałam, że chciałabym związać z tym moją przyszłość. I tak się właśnie stało. Broniąc pracy magisterskiej w lipcu 2015 roku wiedziałam, że już za miesiąc wyjadę do pracy do… Indii! Tak, polubiłam ten kraj podczas pierwszego mojego pobytu – pomimo faktu, że jest bardzo, ale to bardzo specyficzny. Bardzo się ucieszyłam, kiedy dostałam propozycję pracy dla polskiej firmy w Indiach.

Kiedy byłam tu na wymianie studenckiej, mieszkałam w 5-milionowym mieście Kolkata lub Kalkuta. Wiele miast indyjskich ma dwie nazwy. Są to jedne z wielu pozostałości po kolonii brytyjskiej. Kalkuta jest miastem położonym na wschodzie kraju, nad słynną i świętą dla wyznawców hinduizmu rzeką Ganges. Ze względu właśnie na jej świętość, aktualne jest wrzucanie prochów zmarłych do tej rzeki. Jest to dużym problemem dla kraju z ekologicznego punktu widzenia. Obecnie mieszkam w 9-milionowym mieście Bangalore, położonym na południu kraju i uważanym za Dolinę Krzemową Indii.

Doskonale pamiętam moje pierwsze wrażenia z Indii. Upiorne gorąco, dające się we znaki tak silnie przez niemalże 80% wilgotność powietrza i przytłaczający ogrom pojazdów. Gdziekolwiek nie spojrzeć nieprzebrana masa ludzi zajętych własnymi sprawami. Miałam uczucie, że trafiłam do jednego wielkiego mrowiska! Pierwszym problemem, z którym się wtedy spotkałam, ale który mam do tej pory, była tak prosta na pierwszy rzut oka czynność, jak przejście przez ulicę. Wyobraźcie sobie drogę, która nie ma żadnych pasów ruchu i innych regulacji drogowych, na której jakimś cudem mieszczą się pojazdy różnej wielkości i konfiguracji. Najniżej w „drogowym układzie pokarmowym” stoją kierowcy rowerów. Ale to nie są takie rowery, do których jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Na tych indyjskich mieści się czasami cały majątek i dobytek kierowcy. Rower przerobiony jest więc na sklepik, w którym można kupić rzeczy typu papierosy lub przekąski. Innymi uczestnikami ruchu drogowego w Indiach są skutery, motocykle, autobusy, ciężarówki i oczywiście samochody, których zdecydowana większość nie ma lusterek, bo, jak później się dowiedziałam, zostały pourywane przez inne pojazdy w trakcie większego ruchu. Na szczególną uwagę zasługuje środek transportu, który można spotkać jedynie w Azji. Mam na myśli riksze. To coś pomiędzy motocyklem a samochodem. Przypominają malutki domek na kółkach, w którym jest tylko dach i tylna ściana. Z przodu siedzi kierowca, a z tyłu jest siedzenie dla pasażerów – teoretycznie tylko trzech, ale praktycznie jedzie tam o wiele więcej osób. Kiedyś widziałam aż 9 osób w jednej rikszy. Czasami riksze są napędzane nie przez motor, lecz przez siłę mięśni nóg kierowcy. W czasie, kiedy mieszkałam w Kalkucie, były również dostępne ręczne riksze. Kierowca musiał ręcznie ciągnąć siedzenie, w którym siedzieli pasażerowie. Obecnie taki rodzaj transportu jest zakazany.

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak dobiegająca z ruchu ulicznego i niedająca się opisać kakofonia klaksonów, trąbek i dzwonków. Mieszkańcy Indii mają zupełnie inne niż Polacy wyobrażenia, do czego służą sygnały dźwiękowe na drodze. Używają ich dosłownie do wszystkiego – wyrażenia złości, aby kogoś pośpieszyć, ostrzec, pozdrowić, pożegnać i wiele innych powodów. Niestety, nie potrafię sobie wyobrazić w tej sytuacji osób niewidomych, które, z tego, co wiem, posiadają zazwyczaj wyjątkowo wyostrzony zmysł słuchu.

Kolejnym problemem jest to, że absolutna większość kierowców porusza się chaotycznie, nie przestrzegając żadnych zasad drogowych, w tym zasad pierwszeństwa. Bardzo trudno jest przewidzieć możliwe zachowania kierowców, żeby móc odpowiednio na nie zareagować. Ogromnym utrudnieniem jest też to, że w zasadzie nie ma tam oznaczonych przejść dla pieszych. Podobnie z sygnalizacją świetlną, której, gdy jest, prawie nigdy się nie przestrzega. Szokuje fakt, że dla zdecydowanej większości kierowców pieszy jest najniżej spośród wszystkich uczestników ruchu, a to znaczy, że pieszych się nie przepuszcza. Muszę przyznać, że w sumie mieszkam w Indiach prawie półtora roku, ale chyba nigdy mi się nie zdarzyło, żeby kierowca ustąpił mi drogi. Pierwszeństwo należy po prostu wymusić. Zazwyczaj ma to miejsce gdziekolwiek, a więc gdzie pieszy sobie zażyczy. Hindusi wyciągają rękę do przodu i takim oto gestem próbują wymusić na kierowcach zatrzymanie się. Bardzo trudno jest przejść przez całą ulicę za jednym razem. Zwykle idzie się do połowy drogi i czeka się tam na odpowiedni moment, by przekroczyć drugą połowę. Powiem szczerze, że ja cały czas boję się przechodzić przez te ruchliwe ulice, szczególnie w ciemniejszej porze dnia. Wielu kierowców nie włącza, albo nawet po prostu nie ma świateł. Moją taktyką jest schowanie się za hindusem i przejście z nim w odpowiednim momencie. Niestety, dla osoby niewidomej niemożliwe jest samodzielne przejście przez ruchliwą ulicę w Indiach. Przypuszczam, że równie ciężko zrobić to z opiekunem. Indie, a przynajmniej te miejsca, które odwiedziłam, po prostu nie są przystosowane do potrzeb osób niewidomych. Podobnie z inwalidami ruchu. Nigdy nie spotkałam się z windą w środkach transportu. Nawet gdy są dostępne w instytucjach rządowych, nie ma jak do nich podjechać. Dostać się do autobusu jest również trudno. Nigdy nie widziałam tam niskopodłogowych autobusów czy innych środków transportu. Te autobusy, które miałam okazję przetestować, mają pierwszy schodek mniej więcej na wysokości kolana. Dodatkowym problemem jest to, że w Indiach nie ma specjalnych zatoczek autobusowych, a przystanki są rozlokowane bardzo rzadko, co powoduje, że kierowcy zatrzymują się tam, gdzie uważają za stosowne. Zazwyczaj są to bardzo, ale to bardzo krótkie postoje, niekiedy pasażerowie muszą wyskakiwać z autobusu w biegu. Przyznam, że ja nie jeżdżę środkami komunikacji miejskiej między innymi dlatego, że dla osoby zza granicy jest bardzo trudne zorientować się, jaką trasę mają poszczególne autobusy. Wszystkie informacje są napisane w lokalnym języku. Autobusy podzielone są według kolorów, a każdy kolor ma określoną trasę. Osobiście poruszam się wyłącznie taksówkami bądź wspomnianymi rikszami. Na szczęście jest to w Indiach bardzo tanie.

Myślę, że gdyby osoba niewidoma chciała odwiedzić Indie, w grę wchodziłoby jedynie poruszanie się specjalnie arendowanym autobusem bądź samochodem od miejsca do miejsca. Problemem jest też totalny brak chodników. Trudno jest zorganizować trasę tak, żeby móc się poruszać chodnikiem. Albo nie ma ich wcale, albo są zajęte przez handlarzy. Często są tak zniszczone, że wygodniej jest iść skrajem drogi.

Prawdopodobnie, czytając to, zastanawiają się Państwo, jak niewidomi radzą sobie w Indiach. Powiem szczerze – nie wiem. Przez cały czas pobytu w Indiach nie widziałam na ulicy osoby z białą laską. Jako, że pracuję w sferze związanej z opieką m.in. nad osobami starszymi, mogę podzielić się z Państwem opowieściami, które słyszałam od innych opiekunek. Otóż poziom życia osób niewidomych zależy od stanu finansowego rodziny. Mogą Państwo pomyśleć, że tak jest wszędzie, ale jednak w Indiach jest inaczej. Prawie nie ma tu klasy średniej. Ludzie są albo bardzo bogaci, albo biedni. Ci pierwsi mieszkają we własnych domach i mają cały sztab obsługi, która m.in. opiekuje się też osobą niewidomą. Często zatrudniają specjalną pielęgniarkę do takich celów. Gdy muszą wyjechać poza rezydencję, przemieszczają się własnym pojazdem wraz z obsługą. Biedni mają niestety o wiele gorzej. Zazwyczaj są skazani na pomoc różnego rodzaju organizacji dobroczynnych i charytatywnych. Państwowa opieka zdrowotna prawie nie funkcjonuje, aczkolwiek nowy premier kraju zapowiada zmianę tego stanu rzeczy.

Pisząc ten artykuł chciałam jedynie nieco przybliżyć Państwu sytuację osób niewidomych w Indiach. W żadnym stopniu nie miałam zamiaru zniechęcać do odwiedzenia tego kraju. Jest bardzo ciekawy. Na pewno podróż do Indii byłaby jedną z największych przygód w Waszym życiu!

Happening Blady w Rudawach

W dniu 4 czerwca br. w Łodzi na ulicy Piotrkowskiej odbył się happening zorganizowany przez łódzki Oddział Fundacji Szansa dla Niewidomych i pomysłodawców projektu Blady w Rudawach. W ramach imprezy mieliśmy możliwość wysłuchania koncertu młodych muzyków z Ogólnokształcącej Szkoły Muzycznej I i II stopnia im. H. Wieniawskiego w Łodzi. Harfiści koncertowali pod dyrekcją mgr Doroty Szyszkowskiej-Janiak, a orkiestra instrumentów dętych wystąpiła pod batutą mgr Dariusza Dudka. Całą imprezę wspomagał sztab wolontariuszy fundacji, harcerzy oraz absolwentów I LO w Łodzi. W trakcie wydarzenia promowaliśmy idee „Świata otwartego dla niewidomych” uświadamiając społeczeństwo o potrzebach osób z dysfunkcją wzroku. Happening miał na celu zebranie brakujących środków na budowę pierwszej w Polsce ścieżki dydaktycznej im. hm. Janusza Boisse w Rudawach Janowickich dostosowanej do potrzeb osób niewidomych i niedowidzących. Dzięki aplikacji mobilnej inwalidzi wzroku będą mogli samodzielnie pokonać szlak górski i zapoznać się z pięknem otaczającej przyrody. Nowoczesna technologia pozwoli przy wykorzystaniu audiodeskrypcji niewidomym i niedowidzącym zobaczyć to, co do tej pory było dla nich niedostępne. Dzięki aplikacji usłyszymy opisy stanowisk, zdjęć oraz atrakcji znajdujących się na ścieżce. Dodatkowo użytkownicy usłyszą powiadomienie o ciekawym punkcie na trasie w momencie zbliżania się do niego oraz przydatne wskazówki nawigacyjne jak podążać dalej.

Podczas eventu namawialiśmy widzących przechodniów do wcielenia się w role osoby niewidomej i podjęcia próby pokonania toru z przeszkodami z zasłoniętymi oczami przy pomocy białej laski. Każdy z uczestników stwierdził, że było to trudne doświadczenie. Byli pełni podziwu dla osób z dysfunkcją wzroku, które na co dzień muszą sprostać tak trudnym wyzwaniom.

W ramach happeningu dzięki uprzejmości organizatorów Basketmanii, osoby z dysfunkcją wzroku mogły sprawdzić swoje siły w grze w koszykówkę. Ku zdumieniu zawodowych graczy słabowidząca tyflospecjalistka z łódzkiego oddziału doskonale sobie poradziła z wyzwaniem i bardzo celnie rzucała do kosza. W trakcie akcji prowadziliśmy kwestę, z której zebrane środki zasilą budżet projektu Blady w Rudawach.

Mamy nadzieję, że takie przedsięwzięcia w znacznym stopniu zwiększą świadomość społeczeństwa i coraz częściej potrzeby osób niewidomych i niedowidzących będą dostrzegane, co sprawi, że barier do pokonania będzie znaczniej mniej.

Sport, rehabilitacja, pasja i aktywny wypoczynek

Częściowa utrata wzroku, bądź całkowity jego brak nie eliminuje z aktywnego stylu życia. Kto raz zasmakował w sportowej rywalizacji niełatwo z niej zrezygnuje – trudno jest wyzbyć się aktywnej formy wypoczynku, rehabilitacji i integracji. Osoby niewidome i słabowidzące stanowią poważny odsetek społeczeństwa pozbawionego prawidłowo funkcjonującego dalekosiężnego zmysłu wzroku. Wzrok jest podstawą poznania otaczającego nas świata, orientowania się w otoczeniu oraz warunkującego prawie każdą ludzką działalność.

Warunki, które umożliwiają i ułatwiają niewidomym i słabowidzącym osiągnięcie najwszechstronniejszego rozwoju to wczesna rewalidacja, edukacja, rehabilitacja, a także zapewnienie skutecznych, specyficznych metod i środków pozwalających na prawidłowe poznawanie otaczającego nas świata i właściwe funkcjonowanie w środowisku społecznym. Wiele dyscyplin sportowych zostało stworzonych dla potrzeb osób niewidomych i niedowidzących, wiele z nich zostało dostosowanych do ich możliwości i ograniczeń.

Sport jest bardzo ważny, gdyż promuje zdrowie, ponadto pomaga w kształtowaniu umiejętności samodzielnego poruszania się, co ma decydujące znaczenie w codziennym życiu. Osoby z wadą wzroku mogą uprawiać wiele dyscyplin sportowych według zasad i reguł, które obowiązują osoby widzące, np. sporty walki, takie jak judo i zapasy, które są nieznacznie zmodyfikowane, krykiet i lekkoatletyka oraz wiele innych, o których wspomnę pokrótce.

Krykiet – stosuje się skórzaną piłkę z dzwoneczkiem. Serwujemy piłkę od dołu i musi się ona odbić chociaż raz, aż osiągnie cel, aby osoba grająca po wydawanym przez nią dźwięku oceniła, w którym kierunku piłka leci.

Biegi dłuższe niż 100 m – biegnący powinien mieć obok siebie przewodnika, który udziela mu rad i słownych instrukcji. Stosuje się też dla zachowania kierunku biegu linę /bieg na uwięzi/. Niewidomy biegacz musi pierwszy przekroczyć linię mety.

Piłka bramkowa /goalball/ – ta dyscyplina została stworzona specjalnie dla osób niewidomych. W roku 1982 w Lublinie rozegrano pierwszy turniej o randze imprezy międzynarodowej.

Sztuki walki może uprawiać każdy, niezależnie od wieku i poziomu wytrenowania. To doskonała forma rozwoju ciała, umysłu i charakteru.

Judo – walki rozgrywają się na macie w kształcie kwadratu. Judo niewidomych różni się tym, że zawodnicy przed komendą sędziego rozpoczynającego walkę są już w kontakcie dotykowym. Walka trwa 5 minut. W tym czasie niewidomi judocy zdobywają punkty za pomocą chwytów i rzutów.

Szczególny wpływ na psychofizyczną rewalidację osób z uszkodzonym wzrokiem mają gry zespołowe z piłką. Wyzwalają dużo emocji związanych z rywalizacją, uczą pokonywania barier psychicznych, doskonalą nie zawsze będącą na odpowiednim poziomie sprawność fizyczną, a także kształtują orientację przestrzenną. Do takich gier zespołowych możemy zaliczyć wspomnianą wcześniej grę goalball, futsal, torball.

Futsal – rywalizują dwie drużyny składające się z pięciu graczy. Wszyscy mają zasłonięte oczy specjalnymi opaskami, nie dotyczy to jednak bramkarzy, którzy mogą podpowiadać zawodnikom pełniąc rolę przewodników.

Pole gry otacza miękka ściana, a piłka wydaje z siebie dźwięki – wszystko po to, by podnieść poziom bezpieczeństwa i ułatwić zawodnikom niezwykle trudną rywalizację. Mecz trwa 50 minut.

Torball – zawodnicy zakładają nieprzezroczyste gogle. Podczas gry polega się jedynie na słuchaniu i orientacji w przestrzeni. Mecz składa się z dwóch 5-minutowych części.

Godną uwagi dyscypliną sportową jest tenis stołowy dla niewidomych – Showdown. Rozgrywka toczy się na specjalnym stole obramowanym listwami. Gra się metalową piłką z dzwoneczkiem w środku. Odbija się ją drewnianymi wiosełkami. Ręce graczy są chronione przez rękawice.

Niewidomi i niedowidzący uprawiają też Kolarstwo Tandemowe. Osoba z wadą wzroku wprawdzie nie widzi pokonywanej trasy, ale odczuwa szybkość, wysiłek wspinania się na wzniesienie, zmęczenie z pokonania dystansu i radość z wygranej.

Pływanie – jest dyscypliną bardzo popularną wśród osób z wadą wzroku. Zawodników niewidomych i słabowidzących dotyka się tyczką – w zależności od stylu płynącego – w głowę, klatkę piersiową, plecy, w celu określenia odległości od końca basenu. W treningach pływackich konieczna jest obecność wolontariuszy.

Trudno dociec, kiedy po raz pierwszy przy szachownicy zasiadła para osób niewidomych. Modyfikacja gry w szachy polega na tym, że osoba niewidoma gra na szachownicy brajlowskiej. W polach są wywiercone otwory, tak aby mogły się na niej trzymać figury. Czarne pola na szachownicy położone są o kilka milimetrów wyżej od białych. Aby odróżnić figury białe od czarnych, te ostatnie mają bardziej ostre zakończenia. Zawodnik musi poinformować przeciwnika o wykonanym ruchu. Dyscyplina sportowa właściwie dobrana, uwzględniająca ograniczenia wynikające z niepełnosprawności, może pozytywnie wpłynąć nie tylko na zdrowie fizyczne i wspomóc zabiegi rehabilitacyjne. Znacznie bardziej liczy się aspekt psychologiczny: przełamywanie swoich ograniczeń i świadomość, że pomimo ich istnienia można żyć aktywnie i mieć pasje.

Tandem – poradnik kupującego

„Rower jaki jest każdy widzi” – można by w ten sposób parafrazować klasyka. Ale co jeśli ktoś nie widzi, a jednak chciałby od czasu do czasu  pojeździć jednośladem napędzanym siłą własnych mięśni? Od kilkudziesięciu już lat nie stanowi to większego problemu. Wystarczy kupić tandem i zwerbować kierowcę. Ale czy wybór roweru, a w szczególności tandemu to taka łatwa sprawa?

Gdy już podejmiemy decyzję, że kupujemy  tandem, należy po pierwsze zastanowić się czy znajdziemy miejsce do przechowywania wcale nie małego pojazdu. Tandem przeciętnie ma około 2,5 metra długości, więc może nie zmieścić się do małej piwnicy. Jeśli przechowywanie roweru nie stanowi problemu, to można by sądzić, że mamy już „z górki”.

Kiedy zaczniemy sprawdzać oferty sklepów i producentów okaże się, iż dostępnych jest wiele ofert w przedziale od kilku do nawet kilkudziesięciu tysięcy złotych. Znajdziemy modele miejskie, turystyczne, górskie, a nawet wyścigowe – analogiczne do rowerów jednoosobowych. Gdy trochę bardziej zagłębimy się w szczegóły, dostrzeżemy iż nawet sama konstrukcja ram ma kilka wariantów. Znajdziemy rowery z ramą składaną i stałą. Konstrukcja składana zazwyczaj pozwala na transport rozmontowanego roweru w bagażniku przeciętnego samochodu. To niewątpliwa zaleta w przypadku, gdy planujemy, że będziemy zabierali swój rower np. na wyjazdy urlopowe. Taki system ma też swoje minusy. Należy mieć na uwadze, iż rama w tandemie musi wytrzymać duże obciążenia. Jednolita spawana rama z pewnością będzie miała większą wytrzymałość i nie wymaga prawie żadnych czynności serwisowych. Wybierając ramę z obniżonym przekrokiem znacząco ułatwimy sobie wsiadanie czy zatrzymywanie się. To dopiero początek opcji, więc co wybrać? Nie ma na to pytanie jednej obiektywnej odpowiedzi. Do sprawy trzeba podejść  indywidualnie.

Do rekreacyjnej jazdy w mieście sprawdzi się zupełnie inny sprzęt niż na przełajowe wycieczki nieutwardzonymi ścieżkami. No tak, ale mało kto może pozwolić sobie na posiadanie kilku rowerów, a tym bardziej kilku tandemów. Jeśli zależy nam na sprzęcie możliwie najbardziej uniwersalnym, najtrafniejszym wyborem będzie rower z rodziny MTB. Taki jednoślad wyposażony jest w szersze opony o grubszym bieżniku i wzmocnione koła, które dzielnie zniosą miejskie krawężniki oraz luźne szutry. Niestety, taka konfiguracja będzie miała nieco większy opór toczenia na równym asfalcie. Pamiętajmy, że koła, jak i inne podzespoły tandemu są poddawane dwukrotnie większym obciążeniom niż w przypadku zwykłego roweru. Jeśli zamierzamy aktywnie i dynamicznie użytkować nasz rower, to musimy wybierać komponenty o dużej wytrzymałości i wysokiej jakości. Kupując nowy rower z pewnością należy zadbać, by był wyposażony w wydajne hamulce. Na rynku mamy dostępne typowe V-brake z linką stalową, hamulce hydrauliczne oraz tarczowe. Pierwsze mają najniższą cenę i są lekkie oraz mają prostą budowę. Hydrauliczne nie wymagają dużej siły nacisku na dźwignie, zaś tarczowe to najwydajniejszy system jednocześnie najbardziej skomplikowany oraz kosztowny. Jeśli zdecydujemy się na hamulec  tarczowy zaleca się, aby średnica tarczy była nie mniejsza niż 200 mm.

Skoro już mamy czym hamować, to pora pomyśleć o napędzie. Tu do wyboru mamy klasyczne przerzutki lub piastę wielobiegową. Przekładnia w piaście charakteryzuje się cichą i praktycznie bezobsługową eksploatacją. Ten rodzaj napędu można całkowicie osłonić, więc nie ma obawy o pobrudzenie odzieży. W porównaniu do klasycznych przerzutek taka zabudowana przekładnia ma mniejszą rozpiętość przełożeń, więc energiczni rowerzyści powinni wybrać zwykłe przerzutki. Do pełni szczęścia brakuje nam jeszcze wygodnych siodełek i kierownic, amortyzowanego przedniego widelca i kilku niezbędnych drobiazgów. Wąskie siodełka stosujemy kiedy pozycja rowerzysty jest pochylona, szersze kiedy rowerzysta jeździ wyprostowany. Dobrze jeśli kierownice mają regulowane mostki – pozwoli to optymalnie je ustawić. Przedni amortyzator czy amortyzowana sztyca siodełka podniosą komfort podróży, ale równocześnie spowodują, iż część energii z jaką naciskamy na pedały, zostanie zużyta na pracę elementów resorujących. Na koniec nasz jednoślad powinniśmy wyposażyć w stopkę – najlepiej podwójną, sygnał dźwiękowy oraz oświetlenie przednie i tylne. Dla nocnych marków warto polecić mocne diodowe przednie lampy, które pozwolą na bezpieczną jazdę. Oświetlenie może być  zasilane bateryjnie lub z prądnicy umieszczonej w przedniej piaście.

Podsumowując temat zakupu tandemu nie sposób pominąć kwestii finansowych. Więc: ile to kosztuje? Najtańsze nowe tandemy można kupić za nieco ponad dwa tysiące złotych. W tym przypadku nie ma co liczyć na osprzęt wysokiej jakości czy choćby aluminiową, lekką ramę. Trochę lepiej wypadają pojazdy w przedziale powyżej trzech tysięcy. Można by je zakwalifikować jako sprzęt wystarczający do niedzielnej rekreacji. Tandem dla wymagającego, energicznego użytkownika to wydatek ponad pięciu tysięcy. Za taką kwotę skonfigurujemy lub kupimy rower, który spełni pokładane w nim oczekiwania. Będzie miał lekką, solidną ramę, wysoki model przerzutek, wydajne, mocne hamulce, solidne korby, pedały oraz wzmacniane obręcze kół i dobrej klasy opony. Tak skonfigurowany pojazd z pewnością będzie odwdzięczał się frajdą z każdego przejechanego kilometra. Domowy budżet można nieco poratować, starając się o uzyskanie dofinansowania ze środków PFRON do zakupu sprzętu rehabilitacyjnego. Dofinansowanie może wynieść nawet do 95 procent ceny zakupu. Niestety, czas oczekiwania na dotację zazwyczaj liczony jest w latach, a nie tygodniach. Sezon rowerowy mamy już w pełni, więc jeśli nie możemy pozwolić sobie na zakup z własnych środków, można wykorzystać tandemy z miejskich wypożyczalni lub prywatnych punktów, które również w swojej ofercie mają tandemy.

Jak niemożliwe staje się możliwe. Niewidomi na szlaku górskim

W sobotę 25 czerwca br. w Strużnicy, położonej w Rudawach Janowickich, uroczyście otwarto „Przyrodniczą ścieżkę dydaktyczną im. hm. Janusza Boissé”. Jest to najnowocześniejsza trasa turystyczna w Polsce. Po raz pierwszy w historii rodzimej turystyki została wdrożona elektroniczna wersja trasy wyposażona w nadajniki beacon oparte na technologii Bluetooth Low Energy. Dzięki temu każdy turysta, nawet z dysfunkcją wzroku, posługujący się smartfonem z systemem Android lub iOS może obejrzeć wirtualne stanowiska stanowiące dopełnienie stanowisk tradycyjnych, a więc tablic i pulpitów.

Trasa jest nowo powstałą atrakcją turystyczną, dostępną także dla osób z niepełnosprawnością wzrokową. Biegnie przez fragment regla dolnego Rudaw Janowickich, łącząc dwa szlaki PTTK: żółty, prowadzący ze Strużnicy na Łopatę oraz czerwony – prowadzący z Przełęczy pod Średnicą na Skalnik (945 m n.p.m.). Aplikacja mobilna „Leśne Latarnie” stworzona przez łódzką spółkę beFOGG zawiera opis ścieżki i wirtualnych stanowisk wraz z mapą w skali 1:25 000. Posłuży turystom jako mobilny przewodnik.

Ścieżka przyrodnicza nosi imię legendarnego harcmistrza i pedagoga Janusza Boissé, który z Rudawami związał kilkadziesiąt lat swojej działalności harcerskiej i pedagogicznej.

Janusz Boissé „Blady”, urodził się 9 stycznia 1932 roku w Tarnopolu. Był geografem (geomorfologiem), absolwentem Uniwersytetu Łódzkiego, legendarnym nauczycielem geografii w I Liceum Ogólnokształcącym im. M. Kopernika w Łodzi – jednej z najlepszych szkół średnich w Polsce. Jako wieloletni charyzmatyczny komendant Szczepu ZHP im. Romualda Traugutta w Łodzi przy Hufcu Łódź-Polesie wychował blisko trzy tysiące harcerzy i instruktorów – przedstawicieli trzech pokoleń łodzian. Na pomysł trasy wpadli absolwenci I LO – wychowankowie Janusza Boissé.

Trasa ma charakter dydaktyczny: turyści spotkają na niej nie tylko wspaniałe panoramy, niezapomniane widoki dolin, szczytów, potoków i scenerii skalnych, ale też różnorodny, barwny i fascynujący świat roślin i zwierząt Rudaw Janowickich. Na trasie ścieżki turysta będzie mógł zapoznać się z informacjami zamieszczonymi na tradycyjnych stanowiskach informacyjnych (tablice i pulpity).

Projekt powstawał we współpracy z łódzkim Oddziałem Fundacji Szansa dla Niewidomych. Aplikacja zawiera udogodnienia dla osób z dysfunkcją wzroku, które będą z czasem rozbudowywane. Dzięki nowej technologii – audiodeskrypcji – można usłyszeć opisy stanowisk i atrakcji znajdujących się na ścieżce oraz opisy licznych zdjęć. Dodatkowo użytkownicy usłyszą powiadomienie o ciekawym punkcie na trasie w momencie zbliżania się do niego oraz przydatne wskazówki nawigacyjne jak podążać dalej. Podpowiedzi te zastępują osobom niewidomym znaki namalowane na drzewach i kamieniach. Mamy nadzieję, że to innowacyjne rozwiązanie dedykowane osobom z dysfunkcją wzroku zwiększy aktywność turystyczną tej grupy.

Autorem wszystkich tu zawartych zdjęć jest Michał Tracz.

Więcej o projekcie można przeczytać na stronie: www.bladywrudawach.pl oraz www.facebook.com/bladywrudawach/

Podróże małe i duże. Majowa wyprawa w góry z punktu widzenia osoby słabowidzącej

Chciałabym podzielić się swoimi wrażeniami z wyjazdu ze znajomymi w weekend majowy do małej miejscowości Brzegi, znajdującej się w pobliżu granicy polsko-słowackiej. Jest to wieś niezwykle malownicza, świetna baza wypadowa na wędrówki górskie.

Majówka ta niewątpliwie zapadnie mi w pamięć na bardzo długo, nie tylko ze względu na to, że pokonując szlaki górskie przezwyciężyłam własne bariery, ale również poznałam wspaniałych, wartościowych ludzi. Przechodząc do meritum, chciałabym napisać o swoich odczuciach, emocjach, jakie towarzyszyły mi podczas zwiedzania Słowackiego Raju oraz doliny Kieżmarskiej. Są to niezwykłe miejsca warte zobaczenia. Na wstępie muszę dodać, że pokonanie szlaków górskich wymagało ode mnie dużej koncentracji, gdyż choćby najmniejszy źle postawiony krok mógłby spowodować tragedię. Podejmując wyzwanie wędrowania po górach miałam wiele obaw związanych z moim niedowidzeniem. Pojawiły się pytania: Czy dam radę? Czy trasa nie będzie za trudna? Wszyscy towarzysze podróży byli pełnosprawni. Wiem, że podobnie jak ja mieli wiele obaw czy podołam wyzwaniu. Bardzo lubię chodzić po górach, jednak doskonale zdaję sobie sprawę ze swojej dysfunkcji wzroku i z niebezpieczeństw jakie mogą mnie spotkać. Trasy wyżej wymienionych szlaków górskich wymagają przeciętnej kondycji fizycznej, jednak uważam, że dla osób niewidomych są bardzo niebezpieczne.

Pierwszego dnia pobytu w Brzegach udało nam się zwiedzić okolicę. Wędrówka była bardzo przyjemna, krajobrazy przepiękne, pogoda wymarzona. W pamięci utkwił mi moment, kiedy siedzieliśmy na polanie z pięknym widokiem na Tatry i zjadaliśmy przygotowane wcześniej kanapki żartując przy tym i opowiadając różne ciekawe historie.

Kolejnego dnia postanowiliśmy wybrać się żółtym szlakiem Doliny Kieżmarskiej. Jest to jedna z dolin najczęściej odwiedzana przez turystów, znajdująca się w słowackich Tatrach. Szczyty wznoszące się nad doliną są jednym z ważniejszych rejonów taternictwa sportowego. Wędrówkę rozpoczęliśmy przy parkingu Biała Woda przy Drodze Wolności, następnie dotarliśmy do Rzeżuchowej polany i szliśmy wzdłuż Białej Wody Kieżmarskiej, aż dotarliśmy do schroniska nad Zielonym Stawem. W schronisku zwieńczeniem naszych trudów była gorąca herbata, która smakowała jak nigdy wcześniej. Mnie najbardziej podobały się krajobrazy gór, które były częściowo ośnieżone oraz zamarznięty staw. Na większości pokonywanej trasy leżał śnieg, który nie ułatwiał wędrowania. Dobrze, że każdy z nas miał wygodne buty przystosowane do wędrówek górskich. Zdecydowanie trudniejsza była trasa powrotna, ponieważ śnieg sprawiał, że łatwo można było się poślizgnąć i złamać nogę. Na szczęście obyło się bez takich przygód. To, że leżał śnieg miało jednak jedną zaletę. Idąc za osobą mogłam podążać jej śladami i mieć większą pewność, że w dobrym miejscu stawiam stopy. Były jednak miejsca, w których potrzebowałam pomocnej dłoni aby bezpiecznie pokonać przeszkody.

Z mojego punktu widzenia najbardziej ciekawym miejscem, które udało mi się zobaczyć podczas pobytu w górach, był Słowacki Raj. Podążaliśmy szlakiem przełomem Hornadu. Tego, co tam zobaczyłam i jaką ciekawą drogę przebyłam, nie da się opisać w kilku zdaniach. Trasa, którą pokonaliśmy, miała ok. 15 km. Była urozmaicona licznymi atrakcjami: przechodzenie po kładkach, nad przepaścią, wspinanie po drabinkach, asekuracja łańcuchami oraz przekraczanie kolejnych kładek nad rzeką Hornad. I tutaj uważam, że trasa ta jest zbyt niebezpieczna dla osoby niewidomej bez profesjonalnego przygotowania do wspinania się po górach oraz dla tych, którzy mają lęk wysokości. Tam, gdzie były łańcuchy, było zdecydowanie łatwiej, ale były również miejsca niebezpieczne, gdzie nie było łańcuchów i tutaj musiałam naprawdę uważać. Krajobraz, jaki zobaczyłam w Słowackim Raju, znacząco różnił się od tego, który był w Dolinie Kieżmarskiej. Podstawowa różnica to brak śniegu oraz widoczne ślady wszechobecnej wiosny w przyrodzie. Zapachy, roślinność, wywarła na mnie ogromne wrażenie. Poczułam się jak w raju.

Po bardzo wyczerpującym podejściu zobaczyłam widok, który był tak zachwycający, że warto było pokonać te trudy. Był to skalny Tomaszowski Widok, który wzbudził we mnie wiele różnych emocji. Z jednej strony zachwyt i podziw, z drugiej zaś strach i respekt wobec przyrody.

W Słowackim Raju było miejsce, które wprowadziło mnie w stan melancholii. Znajduje się tu tablica upamiętniająca katastrofę lotniczą słowackich służb medycznych w 2015 roku, podczas której zginęła cała czteroosobowa załoga śmigłowca ratowniczego, która leciała z pomocą dla dziesięcioletniego turysty z Niemiec. Uświadomiłam sobie wówczas małość i kruchość ludzkiego życia.

Zachęcam wszystkich do wędrówek górskich, gdyż jest to aktywność, którą niewątpliwie mogą z powodzeniem uprawiać osoby z dysfunkcją wzroku. Ważne jest jednak odpowiednie przygotowanie i ludzie, z którymi decydujemy się zdobywać szczyty. Trzeba mieć do nich zaufanie, aby nie bać się powiedzieć, że coś jest dla nas za trudne. Zawsze przecież można zawrócić ze szlaku jeśli uznamy, że przekracza on nasze możliwości.

Dobry słuch i szybki refleks to… Showdown!

Jedni mówią, że to ping pong dla niewidomych, inni, że to szczególna wersja „cymbergaja”. I wszyscy mają rację. Z obu tych gier bowiem Kanadyjczyk Joe Lewis wybrał to, co najlepsze i stworzył dyscyplinę dedykowaną dla osób z dysfunkcją wzroku. Czyli właśnie Showdown.

Po raz pierwszy spotkałem się z tym sportem we Wrocławiu, w Dolnośląskim Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym nr 13 dla Niewidomych i Słabowidzących. Na korytarzu znalazłem dziwny stół otoczony bandami, z dwiema łuzami oraz płytą przechodzącą w poprzek mebla. Pomyślałem od razu o jakiejś wersji bilardu czy tenisa stołowego. Wtedy obok mnie zatrzymał się Adrian Słoninka i powiedział: „Jak chcesz spróbować, to wpadnij do nas na trening”.

Showdown wymyślono w latach 60. ubiegłego stulecia, początkowo jako formę rozrywki, która obecnie aspiruje do bycia pełnoprawną dyscypliną paraolimpijską. Gra ta zdobyła rozgłos i międzynarodowy sukces podczas olimpiady w Arnhem w 1980 r., gdzie grano w nią rekreacyjnie. Zasady są dość proste. Wygrywa ten zawodnik, który zgromadzi więcej punktów. Można je zdobyć albo strzelając bramkę (za to otrzymuje się 2 punkty) albo uzyskać poprzez błąd techniczny przeciwnika, gdy ten np. wyrzuci piłkę poza stół lub trafi w ekran, czyli przedziałkę umiejscowioną w poprzek stołu (1 punkt). Zwycięzcą zostaje osoba, która zdobędzie jako pierwsza 11 punktów, przy zachowaniu zasady 2 punktów przewagi. Set musi skończyć się przed upływem 15 minut. Gracze serwują po dwa razy naprzemiennie. Piłka jest wykonana z cienkiej stali, w której umieszczono dzwoneczki.

Ważną zasadą jest to, że musi ona toczyć się, aby przeciwnik miał szansę ją zlokalizować. Mecz kończy się gdy jeden z uczestników wygra 2 albo 3 sety, w zależności od rangi zawodów. W Showdown mogą grać zarówno osoby niepełnosprawne, jak też te bez dysfunkcji wzroku, ponieważ zawodnicy noszą nieprzezroczyste gogle. Dzięki temu dyscyplina sprawdza się jako znakomita forma integracji.

Jesteśmy w jednym z pokojów internatu w Ośrodku. Zdziwienie budzą od progu porozkładane materace, którymi zabezpieczono okna, drzwi i inne rzeczy, które mogą się zniszczyć. „Piłka czasami wyleci poza stół, a że gramy dość szybko, może się coś stłuc” – wyjaśnia Adrian. Pokazuje mi swój sprzęt do gry: rękawice, rakietkę i gogle. Tylko tyle wystarczy aby stanąć za stołem i rozpocząć rozgrywkę. Nie mogę jednak wypróbować swoich sił. Trwa właśnie mecz. Mam okazję obserwować Ewę Mielczarek, obecnie najlepszą polską zawodniczkę w showdownie, która jednocześnie pozostaje w światowej czołówce. Z zachwytem patrzę jak operuje rakietką, jak uderza piłki „podkręcone”, „płaskie” czy „ósemki”. Niesamowicie radzi sobie w rywalizacji z mężczyznami, wygrywając prawie ze wszystkimi wśród obecnych. „To nie jest trudna gra, ale dość głośna” – opisuje Ewa.

W Polsce głównymi ośrodkami, w których trenuje się Showdown, są: Wrocław, Bydgoszcz, Olsztyn, Lublin i Słupsk. Dyscyplinę w środowisku osób niewidomych i słabowidzących stara się popularyzować i rozwinąć Stowarzyszenie „Cross”. Na świecie największe sukcesy odnoszą Holendrzy, Finowie, Szwedzi czy Słoweńcy. Polska kadra narodowa, licząca obecnie 8 mężczyzn i 6 kobiet, uczestniczy od lat w zawodach Mistrzostw Świata Europy oraz w turniejach międzynarodowych. W kraju organizowane są m.in. Mistrzostwa Polski oraz imprezy regionalne. Główne zawody rozgrywa się w kategoriach indywidualnych i drużynowych (w składzie trzyosobowym). Poziom sportowy jest bardzo wysoki, nasi zawodnicy znajdują się na szczycie rankingów światowych. W 2015 roku na liście światowej Ewa była liderką, a Adrian zajmował drugie miejsce. Oboje reprezentowali Polskę podczas ubiegłorocznych zawodów IBSA World Games w Seulu. Od lat prowadzone są, mocno już zaawansowane, rozmowy, aby dyscyplina została wpisana na listę gier paraolimpijskich. Niestety, w Rio jeszcze naszych showdownistów nie zobaczymy.

Kiedy stanąłem za stołem z zasłoniętymi oczami, poczułem, jak trudno zlokalizować piłkę, która tak szybko leci. Jednak po krótkiej chwili człowiek przyzwyczaja się do zmienionych warunków i zaczyna bronić oraz atakować. Wspaniałe uczucie, gdy zdobywasz pierwszą bramkę już po kilku uderzeniach. Miałem świadomość, że Adrian, najlepszy polski gracz, daje mi duże fory, jednak małe sukcesy na początku każdej gry są bardzo mobilizujące. Z zacięciem próbowałem coraz to nowych uderzeń, aby piłka znalazła miejsce w bramce przeciwnika. Po kilku minutach gry wynik 11 do 5 dla Adriana. Świetna zabawa i kolejna lekcja nowej dyscypliny dedykowanej niewidomym i niedowidzącym za mną. Następuje krótka przerwa. Jest to czas, żeby porozmawiać z trenerem wrocławian – Lubomirem Praskiem. Z wielkim profesjonalizmem opowiada mi o „European of twelve” – bardzo wymagających zawodach organizowanych w Polsce. Jest na nich dużo trudniej niż np. na Mistrzostwa Świata, ponieważ tutaj uczestnicy grają w systemie każdy z każdym. Po kilkugodzinnych zmaganiach wygrywa ta osoba, która pokona największą liczbę przeciwników. Trener jednocześnie zachęca, aby w naszym mieście – Szczecinie – również stworzyć sekcję Showdownu. Dosyć sporym problemem jest jednak koszt sprzętu, a w szczególności zakup stołu. To wydatek rzędu kilkunastu tysięcy złotych. Dzięki temu jednak, że istnieje możliwość jego wypożyczenia, można wcześniej sprawdzić swoje umiejętności.

Showdown to gra intuicyjna, zręcznościowa i wymagająca dobrego przygotowania kondycyjnego od profesjonalnych zawodników. Jednak i dla amatorów sprawdzi się jako świetna zabawa, dzięki której uczestnicy poznają niewielki wycinek świata osób niewidomych od podszewki.

Zachęcam wszystkich do uprawiania tego sportu, bo bez względu na wiek, płeć, czy predyspozycje fizyczne, każdy może spróbować stanąć za stołem i odbić piłkę.

Rozrywka na telefonach od Apple, część 6

Formą spędzania wolnego czasu dla niektórych jest czytanie książek, czasopism oraz słuchanie muzyki. Muzyki możemy słuchać wbudowaną w telefon aplikacją Muzyka. Program ten moim zdaniem ma kilka wad i osobiście go nie polecam. Aplikacja jest darmowa i czy chcemy czy nie, mamy ją na pokładzie naszego telefonu, dlatego zachęcam wszystkich do przetestowania programu Muzyka – może komuś przypadnie do gustu. Zasadnicze wady aplikacji: Muzykę musimy albo zakupić w Appstore, albo wgrać do urządzenia przez iTunes. Jeśli nawet już się z tym uporamy, to program segreguje muzykę nie według naszych folderów, tylko wedle swojego uznania, a ściślej mówiąc według tagów.

Jest dużo innych programów do odtwarzania muzyki. Ja osobiście korzystam z Voice Dream Reader. Program ten jest płatny, ale występuje jego darmowa wersja z ograniczeniami. Voice Dream obsługuje wszystkie popularne formaty. Bez problemu radzi sobie np. z: PDF, EPUB, DAISY, MP3, RTF, TXT, DOCX, HTML.

Aplikacja ta zasadniczo służy do czytania, czy może lepiej słuchania książek, ale przy odrobinie sprytu bez problemu można ją wykorzystać do słuchania muzyki. Należy pamiętać tylko, że jeśli chcemy, by muzyka była odtwarzana folderami, to musimy te foldery spakować do ZIPa, a następnie dodać do Voice Dream.

Do aplikacji można dodawać pliki na kilka sposobów. Można dodawać np. przez iTunes, różnego rodzaju chmury, a także bezpośrednio ze strony internetowej. Najłatwiej, moim zdaniem, jest dodawać przez Dropbox. Tę metodę pokrótce opiszę. Jeżeli mamy w telefonie działający Dropbox, to najlepiej za pomocą komputera umieszczamy w Dropbox interesujący nas plik. Otwieramy Voice Dream, klikamy przycisk „dodaj”, który znajduje się w lewym dolnym rogu, następnie wybieramy Dropbox, klikamy odpowiedni plik i po za ładowaniu mamy komunikat, że plik został załadowany, klikamy OK, później „Gotowe” i wracamy do Voice Dream z załadowanym plikiem. By pozbyć się niechcianego pliku dotykamy go, a następnie ruchem palca w górę wybieramy usuń, wówczas stosujemy dwuklik i pliku już nie mamy. Voice Dream ma wiele zaawansowanych funkcji służących do importu, iPhone prócz wymienionych metod pisania pozwala na włączenie klawiatury brajlowskiej. Wówczas dotykamy ekranu sześcioma palcami tak jak na zwykłej maszynie do pisania pismem punktowym. Aby włączyć taką wirtualną klawiaturę, najpierw trzeba ją dodać do pokrętła w ustawieniach Voice Over, a potem w polu edycji wybrać ją z pokrętła.

Inną alternatywą jest dyktowanie tekstu. Funkcję tą włączamy w ustawieniach klawiatura. Po włączeniu funkcji, gdy pojawi się klawiatura, na dole mamy przycisk dyktuj. Gdy go uaktywnimy, mówimy do telefonu. Po skończeniu wyłączamy funkcję, a telefon zamienia na tekst to, co powiedzieliśmy. Gdy jesteśmy w polu edycji, to aktywować i dezaktywować funkcję możemy także dwuklikiem dwoma palcami.

Jeśli mowa o edycji, to iPhone prócz standardowych metod pisania pozwala na włączenie klawiatury brajlowskiej. Wówczas dotykamy ekranu sześcioma palcami tak jak na zwykłej maszynie do pisania pismem punktowym. Aby włączyć taką wirtualną klawiaturę najpierw trzeba ją dodać do pokrętła w ustawieniach Voice Over, a potem w polu edycji wybrać ją z pokrętła.

Dla początkującego użytkownika aplikacji ważny jest przycisk „Ustawienia”, znajdujący się na dole ekranu głównego, nieco po prawej stronie. Są tam liczne ustawienia, ale nas będzie interesować przycisk „Zarządzaj Głosami”. Po jego kliknięciu pojawi się menager, za pośrednictwem którego możemy dokupić głosy obco lub polskojęzyczne. Przy każdym jest możliwość odsłuchania syntezy. Nie musimy jednak niczego kupować. Ja korzystam z wbudowanego głosu iOS, który jest darmowy, ale to jak zwykle kwestia gustu. W tym miejscu możemy także przywrócić zakupione wcześniej głosy, a także usunąć te, które już nam się przestały podobać.

Opiszę teraz kilka sposobów nawigacji. Dotyczą one wszystkich formatów z tą tylko różnicą, że na przykład gdy słuchamy MP3, to nie będzie przycisku szukaj, bo szukaj dotyczy tylko tekstu. By rozpocząć odtwarzanie wystarczy na ekranie głównym, który mamy po otwarciu aplikacji wybrać plik, a następnie u dołu aplikacji pośrodku kliknąć odtwarzaj. Klikając ponownie ten sam przycisk zatrzymujemy odtwarzanie. Skrót na start i pauzę to dwuklik dwoma palcami. Jeśli dana pozycja nas znudzi, albo chcemy posłuchać czegoś innego, zawsze możemy wrócić do widoku głównego aplikacji klikając przycisk „Ekran Główny” znajdujący się w lewym górnym rogu ekranu. Aplikacja zawsze zaczyna odtwarzać w tym miejscu, w którym skończyliśmy słuchanie. Kolejny suwak, który nas interesuje, to „Ustawienia Audio”. Za jego pomocą regulujemy prędkość odtwarzania. Regulacji dokonujemy przesunięciem palca w górę lub w dół.

Po prawej od przycisku „Odtwarzaj” mamy suwak jednostka nawigacji. Regulujemy tu ruchem palca w dół i w górę o jaką jednostkę ma się przesunąć odtwarzany plik. Nawigacji tej dokonujemy przesunięciem palca w dół (do przodu) i w górę (do tyłu), znajdując się na przycisku odtwarzaj lub pause. Na prawo od przycisku „Jednostka nawigacji” znajduje się przycisk szukaj, po jego uaktywnieniu możemy wyszukać interesujące nas słowo w całej pozycji. Na koniec opisu tej aplikacji należy wspomnieć o tym, że jeśli już ustawimy parametry i zaczniemy słuchać, to możemy bez obaw zablokować telefon, podłączyć słuchawki i w międzyczasie robić inne rzeczy. Gdy przyjdzie połączenie, to książka się spauzuje, a my będziemy mogli przeprowadzić rozmowę. Po zakończeniu rozmowy pliki zaczną się odtwarzać.

Sądzę, że dla niektórych użytkowników takie słuchanie może być bardzo wygodne, bo nie trzeba nosić ze sobą dodatkowego sprzętu i ładowarki. Innym będzie przeszkadzało, że telefon szybciej wykorzysta baterie, ale jak zawsze coś kosztem czegoś.

Dla kolejnej grupy osób rozrywką może być słuchanie radia. Można słuchać aktywnie, czyli całą uwagę skupiać na słuchaniu, albo biernie, czyli wykonując inne czynności. Niezależnie jak słuchamy, ja polecam aplikację TuneIn Radio. Program występuje w wersji darmowej z reklamami i płatnej bez nich umożliwiającej dodatkowo nagrywanie audycji.

Program jest nie do końca dobrze przetłumaczony, tzn. pojawiają się niekiedy słowa angielskojęzyczne. Nie traktujmy tego jednak jako barierę. Na rozgłośnię każdy potrafi kliknąć, a w sumie do tego po skonfigurowaniu sprowadza się obsługa.

By efektywnie korzystać z programu, należy dodać ulubione stacje radiowe, które później pojawią się w karcie profile. Dodawać można na kilka sposobów. Jeden z nich to wybranie u dołu po prawej zakładki „search”, następnie wpisujemy dokładną nazwę rozgłośni i z listy wybieramy odpowiednią i potwierdzamy jeszcze raz wybór, a wtedy zaczyna się odtwarzanie. Jeśli natomiast nie znamy dokładnej nazwy, to wybieramy u dołu ekranu kartę „przeglądaj”, stamtąd odpowiednią kategorię i wchodzimy do tego, co nas interesuje. Jeśli znajdziemy rozgłośnię, to otworzy nam się stronka z informacjami, tam jeszcze raz potwierdzamy wybór i zaczyna się odtwarzanie. Myślę jednak, że najlepiej szukać po języku, czy po lokalizacji. Jeżeli natrafimy na stację, która nas interesuje i chcemy ją dodać do ulubionych, to korzystamy z przycisku „Dodaj do Zapisanych Programów”, który znajduje się w prawym górnym rogu. Jeśli mamy kilka zapisanych stacji, to aby je zobaczyć wybieramy z menu głównego zakładkę „Profile”, klikamy to, co nas interesuje i zaczyna się odtwarzanie. Aby spauzować odtwarzanie, robimy dwuklik podwójny. Aby wznowić, powtarzamy ten gest. W celu oszczędności baterii, gdy załączymy odtwarzanie możemy bez obaw zablokować telefon. I na koniec, aby powrócić do wyświetlanych zapisanych wcześniej stacji uaktywniamy przycisk znajdujący się w lewym górnym rogu aplikacji.

Starałem się dość szczegółowo opisać każdą z przedstawianych aplikacji, ale Gdyby jednak mimo to pojawiły się jakieś pytania czy niejasności to zachęcam do kontaktu. Proszę pisać na maila:

matip82@wp.pl

lub dzwonić 504038177

Mateusz Przybysławski