Świat otwarty dla niewidomych – Rozmowa z Markiem Kalbarczykiem, menadżerem naszej firmy i społecznym prezesem Fundacji Szansa dla Niewidomych.

Pytamy naszego szefa, jak sobie radzi, a on wydaje się nie wiedzieć. Jak niewidomy może być szefem firmy i fundacji? Jak do tego wszystkiego umie jeszcze znaleźć czas na pisanie książek? Udało się nam namówić go na dłuższą rozmowę i zadać kilkanaście pytań. Odpowiedzi pokazują na czym polega jego działalność i sposób na osiąganie wyznaczonych celów. Nasze pytania są oczywiste i łatwe do rozszyfrowania na podstawie zamieszczonych tu odpowiedzi, toteż pomijamy je bez obaw, że czytelnicy coś stracą.

Jak więc żyć, by inwalidztwo wzroku nie przeszkadzało? Odpowiedź na to i inne pytania znajdujemy nie tylko w tej rozmowie, ale i w książkach, które napisał nasz rozmówca. Prezes nazywa je „nieporadnymi” poradnikami. Dlaczego „nieporadnymi”? Dla autora to proste – poradniki mają swoją specyfikę, wiemy jak są skonstruowane, jakie są w powszechnym mniemaniu. Niełatwo jest przekazać trudną wiedzę w taki sposób, by zawarta tam treść dotarła do czytelnika, a jej odczytanie było przyjemnością. Właśnie dlatego jego poradniki są inne – Pan Marek nie lubi sztampy. Skoro jego i naszym zdaniem poradniki zwyczajne nie dają się czytać, odczuł, że musiał wymyślić inną, przystępną formułę. Tę inność nazwał nieporadną, bo podkreśla, że w tej dziedzinie, a być może i we wszystkich dziedzinach, w których działa, jest amatorem. Jako amator nie spodziewa się więc braw od innych autorów. On chce opowiadać o świecie niewidomych w taki sposób, by móc wpłynąć na wyobrażenie o nim osób widzących, które go nie znają. Gdyby były to poradniki „konwencjonalne”, być może wielu ludzi nie sięgnęłoby po nie wcale. Nadal zastanawialiby się, czy można niewidomych pytać: „Czy oglądałeś wczoraj mecz?”. Można, bo niewidomi też oglądają, chociażby tzw. „trzecim okiem”, albo po prostu słuchając i wyobrażając sobie co się dzieje na boisku. Żeby to wiedzieć trzeba się z nimi spotkać, albo o nich poczytać. Na początek można spotkać się z naszym szefem, na przykład w niniejszym wywiadzie. Najpierw krótka notka biograficzna Pana Marka, a potem jego wypowiedzi o świecie otwartym dla niewidomych. Chodzi zapewne o świat otwarty dla wszystkich, bo czym w tej kwestii się różnimy?

Marek Kalbarczyk – niewidomy założyciel Fundacji Unia Pomocy Niepełnosprawnym – Szansa, aktualnie społeczny prezes Fundacji Szansa dla Niewidomych. Prezes firmy tyfloinformatycznej Altix, którą wraz ze współpracownikami stworzył od podstaw. Poprzez kontakty z zagranicznymi producentami, jako pierwszy wprowadził sprzęt tyfloinformatyczny na polski rynek. Współtwórca pierwszego polskiego syntezatora mowy. Autor podręczników do nauki matematyki, w tym najnowszej, rozszerzonej brajlowskiej notacji matematycznej, książki „Świat otwarty dla niewidomych” oraz wielu poradników dla tych osób, m.in. „Czas na własną firmę. Poradnik dla niewidomych i słabowidzących”, czy pierwszej w Europie książki kucharskiej dla niewidomych „Smak na koniuszkach palców”. Twórca przewodników turystycznych po Polsce, napisanych specjalnie dla tego środowiska. Absolwent Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Na co dzień pracuje nad wykorzystaniem informatyki dla rehabilitacji niewidomych i słabowidzących.

W 2010 roku otrzymał tytuł „Człowieka bez barier” oraz „Superlodołamacza”, a w 2012 roku został uhonorowany przez ministra Jarosława Dudę odznaczeniem specjalnym za 20 lat szerzenia idei pomocy niepełnosprawnym. Swoim życiem wytycza nowe szlaki w rehabilitacji inwalidów wzroku i inspiruje do działania na rzecz tego środowiska. Za swoją działalność został wybrany Dobroczyńcą roku 2010, Prezesem Wolontariuszem, wreszcie odznaczono go Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Przez wiele lat działał bez rozgłosu, a w latach ostatnich wyróżnienia pojawiły się jak grzyby po deszczu.

– Trudno się dziwić, że gdy sam dostałem tak wiele prezentów, lubię dawać je innym. Największym prezentem może być przekazanie innym swojego doświadczenia. Prezenty materialne są przemijające i zawsze bardzo ograniczone. Wiedza i doświadczenie ułatwiają życie dzień po dniu, a rady o ogólnej naturze nie dezaktualizują się przez wiele lat. Czasem dobra rada decyduje o całym życiu. Ludzie nie mają innego sposobu na naukę, jak posłuchać rad innych i skorzystać z tej pomocy. W jaki sposób młody człowiek ma wiedzieć jak uniknąć niebezpiecznego miejsca na szosie, gdy nigdy tam nie był, a inni stracili tam życie? Może się o tym dowiedzieć z relacji świadków. Dojeżdżając do tego miejsca jest ostrożny i hamuje. Nie wypada z trasy i nie jest ranny. Kto inny, gdy niczego się nie dowiedział, pędzi fajniutko i nie wyrabia się na zakręcie. Potem cierpi. Ile jest więc warta relacja o wypadkach w tym miejscu? Nie da się jej przecenić. Tak samo ze wszystkimi innymi radami. One budują nasz świat. Organizujemy sobie procedury postępowania i zauważamy, że idzie nam coraz lepiej. W ten sposób uczymy się jak się uczyć łatwiej i przyjemniej, jak sprytnie i mądrze zdawać egzaminy, kierować samochodem, wreszcie jak niwelować skutki inwalidztwa, na przykład wzroku. Mądre rady są więc znakomitymi prezentami.

Owszem, nie wszyscy lubią doradzać. Pewna grupa ludzi sądzi, że to wyłącznie ich know how. Wolą się nią nie dzielić. Są zazdrośni i boją się, że ktoś ich wyprzedzi, będzie lepszy. Ja tak nie sądzę. Każdy jest lepszy od innych na tyle, że wystarczy. Każdy jest bowiem lepszy w tym, na czym mu zależy. A wcale nie musimy być lepsi we wszystkim. Zdobywcy złotych medali na olimpiadzie nie martwią się, że na przykład nie potrafią szyć, budować domów, albo pisać programów komputerowych. Każdy jest inny i przez to ciekawy. Dzielenie się wiedzą i doświadczeniem w niczym więc nie przeszkadza. Przeciwnie, dzieląc się z innymi dbamy też o siebie, bo wtedy i oni się dzielą. W ten sposób radzimy my, a następnie dostajemy rady od nich. To taka normalna wymiana prezentów, jak na imieninach albo na gwiazdkę – przynosimy my i oni! Nasze otoczenie rośnie w wiedzę i doświadczenie. Wszyscy z tego korzystamy i zauważamy, że jest lepiej.

– Co ja radzę innym niewidomym? Otworzyć się i korzystać z tego, co się ma. Niewidomi dobrze słyszą, mają znakomite inne zmysły i rozmaite zdolności. Wystarczy tego na ważne dla nas okazje. To prawda, nie będziemy mieli radości z oglądania krajobrazów, obrazu twarzy swoich bliskich, estetycznych przeżyć przed obrazami wybitnych malarzy, ale nie musi to nas martwić. Możemy nauczyć się słyszeć więcej od innych ludzi. Okaże się, że w muzyce jest tak wiele barw, że do końca życia ich nie wysłuchamy. Nagle gitara brzmi inaczej, niż odbieraliśmy wcześniej, a co dopiero fortepian i saksofon? Potem nauczymy się rozumieć tony innych ludzi i okaże się, że mówią do nas dwoma językami. Jeden to zwykły język mowy, a drugi to język brzmień, modulacji, gry tonów itd. W tym drugim nie ma treści werbalnej, ale jest ogromna wiedza psychologiczna. Dowiadujemy się na przykład z kim mamy do czynienia, czy relacjonując swoje przeżycia jest wystraszony, czy jest dzielny albo raczej udaje bohatera. Nie czas wymienić tu wszystko, jasne jest chyba, że niewidomi mają co robić i czym żyć.

– A co bym radził osobom widzącym? Otworzyć się na innych. Często im tego brakuje. Są zamknięci tak bardzo, że zapędzają się w tzw. kozi róg. Nie wiedzą co robić, nie znajdują sensu życia i marnieją z dnia na dzień. Tymczasem gdyby chcieli, widzieliby wokół siebie tyle ciekawego i fajnego świata, że nie dopadałaby ich depresja i nuda.

– W swoich książkach opowiadam o różnych rzeczach, ale wszystkie mają kilka wspólnych mianowników. Jednym z nich jest jak najsilniejsze namawianie do otwarcia się na innych. Świat ma być otwarty dla niewidomych, bo bez tego nikt tutaj nie może czuć się dobrze. Kiedyś właśnie niewidomi byli wyrzutem świata. Skazano ich na żebranie pod kościołami i nikt nie mógł mieć humoru, gdy to widział. Potem dano niewidomym nowe szanse, ale jednak w daleko posuniętej izolacji: hej niewidomi, weźcie swoje szanse, żyjcie sobie fajniej, ale w izolacji i nam się nie pokazujcie. Wreszcie przyszły zmiany związane z koniecznością zrekompensowania nieszczęść niewidomym ofiarom wojny i rozwojem technologii. Teraz niewidomi mogą żyć i pracować razem z ludźmi widzącymi. Chodzi więc już tylko o to, by ci drudzy chcieli ich do siebie przyjąć.

Moje „nieporadne” poradniki są opracowane tak, by chciało się je czytać. Czy mi się to udało? Żaden autor nie wie tego do końca, ale chyba tak. Ja w każdym razie jestem zadowolony, tym bardziej, gdy podchodzą do mnie różni ludzie i proszą o egzemplarze, a też o autograf.

– Owszem, piszę zwykłym drukiem. Biorę do ręki długopis i piszę jakbym widział. Bardzo to lubię. To takie pocieszne, gdy niewidomy pisze długopisem. Gdybym miał więcej czasu, bawiłbym się tym do wyczerpania pomysłów.

– Bez przesady, to nic trudnego. Kiedyś widziałem i pisałem zwyczajnie – linijka po linijce. Utrzymanie poziomu, czyli nie zjeżdżanie drastycznie w dół lub wjeżdżanie w górę może być kontrolowane dzięki sprawdzaniu równoległości zapisywanych słów do krawędzi kartki. Nie umiem pisać idealnie poziomo, ale jest to widocznie do przyjęcia. Kształty liter nie sprawiają mi trudności, bo kiedyś je poznałem i pamiętam do tej pory. Gdybym zapomniał, włączyłbym genialne urządzenie Optacon, dzięki któremu mogę czytać zwykłe książki. Ma dwa niesamowite elementy: kamerkę i ekran dotykowy (dektail). Ekran jest zbudowany w taki sposób, że ma 6 kolumn bardzo niewielkich otworków, a w każdej kolumnie po 24 dziurki. Przy wyłączonym urządzeniu ekran wygląda jak nieco łódkowata i gładka powierzchnia. Gdy ma się coś na niej pojawić, przez te drobniutkie otworki wychylają się do góry małe szpileczki. Drżą i drażnią opuszek wskazującego palca, który należy ułożyć płasko na ekranie. Nie wszystkie szpileczki „rosną” i drżą, tylko te, które odpowiadają światłoczułym detektorom w kamerce, które rejestrują ciemniejsze punkty na papierze. Gdy więc kamerka odczytuje literki, jedne punkty pozostają w spoczynku, inne ”rosną” i drgają. Pod palcem pojawia się uwypuklony i wibrujący kształt grafiki. W ten sposób niewidomy ogląda literki, czyta kolejne słowa i zdania. Trudno więc zapomnieć jak wygląda „t” albo „g”.

– Na czym polega inność moich poradników? Wymyśliłem, że aby chciało się je czytać, należy zawrzeć w nich treść rehabilitacyjną, na której mi zależy, w jakimś beletrystycznym opowiadaniu. Czasem jest to fikcja, kiedy indziej opowiadam o sobie i mojej rodzinie. Wszystko razem jest autentyczne. Są to, jak ja to określam, uczciwe relacje. Opowiadam na przykład o moich podróżach. W ten sposób pouczam, co jest dla nas (niewidomych) ciekawe, czego nam brakuje, jak powinny być przystosowane do naszych potrzeb obiekty, miejsca, otaczająca je przestrzeń. Staram się nie przesadzać i nie piszę o wszystkim. Byłoby tego za dużo, a przecież zależy mi, by moje „książeczki” dawały się czytać. Nie są to przecież podręczniki czy kompendia wiedzy.

– Pierwsza książka miała właśnie taki tytuł – „Świat otwarty dla niewidomych” i tak to zostało. Ten tytuł stał się główną ideą przedstawianą w tych poradnikach. Niewidomi mogą umieć wszystko, a i tak ich życie się nie zmieni bez pomocy innych. Potrzebne jest zrozumienie i akceptacja dla braku wzroku oraz konsekwencji z tym związanych. Rehabilitacja nie polega tu jedynie na wyćwiczeniu pewnych podstawowych umiejętności. Teraz niezbędne są skomplikowane szkolenia oraz urządzenia. Bez tego niewidomi nadal żyliby jak w XIX wieku. Czym bowiem różnimy się od tamtych ludzi? Tym, że możemy czytać książki czarnodrukowe, czyli zwykłe. Mamy do dyspozycji brajlowskie urządzenia elektroniczne i syntezatory mowy. Sami zmieniliśmy się nieznacznie, natomiast nasze oprzyrządowanie jest rewelacyjne. Problem polega jednak na tym, by to oprzyrządowanie mieć. Jest drogie i wymaga szkoleń. Potrzebne są na nie pieniądze, a to zależy od zrozumienia i poparcia. Niestety, w Polsce nie jest z tym najlepiej. Programy dofinansowań są w naszym kraju dziwaczne. Nagle się okazuje, że niewidomy musi zapłacić ileś tam procent ceny urządzenia lektorskiego, by móc czytać jak widzący. Nie bardzo rozumiem na jakiej zasadzie jest to skonstruowane. Wygląda to na jakiś podatek od nieszczęścia. Jak niewidomy student ma zapłacić na przykład 10% ceny brajlowskiego monitora, który potrafi kosztować kilkanaście tysięcy złotych? Poza tym, dlaczego w ogóle ma płacić? Czy to jego wina, że nie widzi? A więc moje namawianie do otwarcia się na niewidomych polega też na wyjaśnianiu o co tu chodzi. Sprawę rehabilitacji niewidomych poprzez ich oprzyrządowanie oraz ułatwień w dostępie do obiektów, na przykład użyteczności publicznej, stawiam w moich poradnikach na równi. Są to oczywiście różne kwestie, ale dla niewidomych mają tak samo wielkie znaczenie. Nie możemy decydować, że niewidomy ma co prawda uczęszczać do szkoły, zdawać egzaminy, być dzielny i pracowity, a nie może pojechać do Gdańska i zwiedzać tamtejszych zabytków. Piszę o tym w swoim ostatnim przewodniku turystycznym. Staram się korzystać z każdej nadarzającej się okazji, by zwiedzać, poznawać, dowiadywać się. Chcę być doinformowany i móc opowiadać o czymś ciekawym.

– Jestem jakoś tam zrehabilitowany, ale przede wszystkim mam możliwość wyjazdu, uczenia się, poznawania, czytania i pisania. To wszystko jest możliwe, bo jestem dobrze oprzyrządowany oraz mam wielu bliskich i przyjaciół. Dzięki temu moje życie jako niewidomego nie jest ograniczone. Gdybym jednak nie miał brajlowskiego monitora tekstowego i graficznego, syntezatora mowy, dyktafonu, odtwarzacza książek, fajnej białej laski sygnalizacyjnej i innej – solidnej – do codziennego używania, samochodu do dyspozycji i pomocy żony, synów, czy przyjaciół, to musiałbym żyć jak niewidomi w poprzednich wiekach.

– Chciałbym zakończyć cykl przewodników po kraju i to nie w tym sensie, by mieć już je z głowy, lecz by napisać o wszystkich regionach Polski. Chciałbym też napisać coś większego o naszym losie w ujęciu jak najogólniejszym. Niewidomi stanowią ciekawy przykład dla wszystkich. Mamy tu do czynienia z bolączkami i osiągnięciami naszej cywilizacji. Na przykładzie niewidomych łatwiej jest pokazać co to jest prawdziwa miłość, przyjaźń, zrozumienie, tolerancja, jak łatwo jest spaść na dno albo wybić się ponad przeciętność. Jak łatwo jest przejść od jednej skrajności do drugiej, albo przyzwyczaić się do życia na huśtawce, gdzie raz się jest na wozie, a kiedy indziej pod.

Redakcja pragnie podziękować

Panu Markowi Kalbarczykowi za rozmowę.

Janusz Skowron – notka biograficzna

Janusz Skowron, urodzony w Warszawie 23.05.1957 roku, wybitny pianista jazzowy, kompozytor i aranżer.

Ukończył Szkołę Muzyczną II stopnia im. Józefa Elsnera w Warszawie, w klasie organów. Już w trakcie nauki rozpoczął współpracę z zespołem perkusisty Kazimierza Jonkisza – wystąpił na festiwalu Jazz Jamboree ‘80 i uczestniczył w nagraniu pierwszego krążka zespołu, płyty Tiri Taka. W 1981 roku został zaproszony do zespołu String Connection, założonego przez skrzypka Krzesimira Dębskiego. Grupa String Connection wywarła wielki wpływ na ówczesną muzykę jazzową, zespół bił rekordy popularności, występował wielokrotnie na festiwalach Jazz Jamboree i na wszystkich większych festiwalach jazzowych na świecie. Zespół koncertował w Szwecji, Szwajcarii, Niemczech, w Rosji, Danii, Norwegii, Kanadzie i nagrał kilka płyt (Workoholic, New Romantic Expectation, String Connection Live), które niemal zawsze były jazzowymi płytami roku. Zespół reaktywował się kilka lat temu, niedawno ukazała się nowa płyta String Connection.

W latach 80. Janusz Skowron nagrywał również z Marylą Rodowicz, Hanną Banaszak, Łucją Prus, Majką Jeżowską, Ewą Bem, Grażyną Łobaszewską i rockowymi grupami Lady Punk i Perfect.

W 1985 roku rozpoczął współpracę z zespołem Free Electronic trębacza Tomasza Stańki, z którym występował na festiwalach w Grecji, Niemczech, Francji, Szwajcarii i na rodzimym Jazz Jamboree. Współpraca została zwieńczona nagraniem kilku płyt – Chameleon, Freelectronic, Switzerland, Witkacy- Peyotl, Tales For A Girl.

W roku 1989 Janusz Skowron otrzymał nagrodę Fundacji Kultury Polskiej im. Krzysztofa Komedy i Państwową Nagrodę Artystyczną Młodych im. Stanisława Wyspiańskiego za osiągnięcia w sztuce estradowej, zaś w roku 2008 nagrodę Idol przyznawaną przez Fundację Szansa. Niemal nieprzerwanie od 1982 jest corocznym laureatem Jazz Top – ankiety czytelników pisma Jazz Forum, w jednej z kategorii – fortepian akustyczny, elektryczny, bądź syntezator.

W 1990 rozpoczął współpracę z innym znanym muzykiem jazzowym, saksofonistą Zbigniewem Namysłowskim, z którym koncertował w Polsce i za granicą m.in. w Izraelu, Niemczech, Czechach. Z Kwartetem Zbigniewa Namysłowskiego nagrał dwa krążki CD – Without A Talk i The Last Concert.

Z kolejnym, bardzo popularnym zespołem jazzowym Walk Away perkusisty Krzysztofa Zawadzkiego, zaczął współpracować w 1997 roku. W zespole miał możliwość zagrania z wybitnymi amerykańskimi muzykami jazzowymi – Erickiem Marienthalem, Billem Evansem, Deanem Brownem, Randy Breckerem, Davidem Gilmorem. Również ten okres twórczości został przypieczętowany nagraniem m.in. płyt Changes i Night Life.

Janusz Skowron współpracował również m.in. z gitarzystą basowym Krzysztofem Ścierańskim, skrzypkiem Maciejem Strzelczykiem, saksofonistą Zbigniewem Jaremką, uczestniczył w nagraniu jego autorskiej płyty Dedications. Współpracował z nieżyjącym kontrabasistą Zbigniewem Wegehauptem, uczestniczył w nagraniu jego autorskiej płyty Sake. Ma w swoim dorobku wiele własnych kompozycji i aranżacji, uczestniczył w nagraniu kilkudziesięciu płyt.

„Olimpijska osobowość”

Rozmowa z Marcinem Wróblem, reprezentantem Polski w koszykówce na wózkach na Igrzyskach Parolimpijskich 2012 w Londynie.

Jak długo trenujesz grę w koszykówkę?

W kosza gram w zasadzie odkąd pamiętam. Poważne treningi drużynowe zacząłem w wieku 17 lat, ale w kadrze narodowej gram od poziomu juniora. W 2005 roku na Mistrzostwach Europy w Turcji zauważyli mnie przedstawiciele włoskiego klubu Santo Stefano Sport i zaprosili na testy do siebie. Po nich zaproponowano mi kontrakt: we włoskim klubie grałem przez 2 lata w sezonach 2006/2007 i 2007/2008. Moim trenerem był Ben Ettridge – Australijczyk, trener późniejszych złotych medalistów Paraolimpiady w 2008 r. w Pekinie. Do Polski wróciłem w zasadzie na rok – chciałem skończyć studia licencjackie z Zarządzania Sportem na katowickim AWF. Taki był plan.

A jednak mamy rok 2012 i spotykamy się w bocheńskiej hali sportowo – widowiskowej. Jesteś tu „przelotem”?

W sumie zupełnym przypadkiem po powrocie trafiłem do pracy w jednej z firm ubezpieczeniowych i… tak zostało (śmiech). Polubiłem to zajęcie, skończyłem licencjat, a potem zmieniłem plany: m.in. rozpocząłem kolejne studia – tym razem magisterskie z Psychologii Zarządzania na jednej z warszawskich uczelni. Oczywiście wciąż też gram w kosza.

Mieszkasz w Katowicach, studiujesz w Warszawie, a trenujesz w Krakowie – ciągle w rozjazdach?

Tak, ale ja to po prostu lubię (śmiech).

Opowiedz pokrótce o Paraolimpiadzie w Londynie.

Nasza reprezentacyjna ekipa koszykówki na wózkach składała się z 12 zawodników, drugiego trenera (pierwszy trener równocześnie był zawodnikiem – przyp. red.), mechanika, fizjoterapeuty i psychologa. W Londynie spędziliśmy 13 fantastycznych dni. Największe wrażenie robiły tłumy na trybunach – hale były pełne na każdym meczu. Trzeba też powiedzieć o samych kibicach – ich życzliwość i zaangażowanie było ogromne. Często podchodzili, robili sobie z nami pamiątkowe zdjęcia, życzyli powodzenia. W Polsce jesteśmy anonimowi – tam byliśmy traktowani przez widzów „po olimpijsku”. Perfekcyjna była strona organizacyjna przedsięwzięcia – wszystko było zaplanowane i realizowane zgodnie z planem. Niesamowite wrażenie zrobiła na wszystkich Ceremonia Otwarcia i Zakończenia Paraolimpiady.

Jeśli zaś chodzi o samą grę i nasz wynik, to niestety nie był najlepszy: odpadliśmy w ćwierćfinale po meczu z drużyną Australii, której trenerem był… Ben Ettridge – ten sam, który uwierzył we mnie we Włoszech i któremu zawdzięczam naprawdę wiele.

Mimo porażki Igrzyska wspominam bardzo dobrze. Ta atmosfera, spotkania z kibicami, ich doping – szczególnie podczas meczu z Niemcami (śmiech) – tego nie da się opisać.

A jak wyglądają Igrzyska Paraolimpijskie „od kuchni”? Czy coś Cię zdziwiło, zaskoczyło?

Na początku dość uciążliwe były kontrole antyterrorystyczne: nasz autobus był sprawdzany przez antyterrorystów, a bagaże prześwietlane przy każdym wjeździe na teren wioski olimpijskiej. Nad wioską często krążył też policyjny helikopter. Oczywiście te środki bezpieczeństwa były dla nas zupełnie zrozumiałe, niemniej ich intensywność dość zaskakująca. Potem się przyzwyczailiśmy.

Duże wrażenie zrobiła na mnie… stołówka w wiosce olimpijskiej. Otwarta 24 godziny na dobę, zajmowała powierzchnię kilkuset metrów kwadratowych i można było w niej spróbować kuchni każdego kraju, który przysłał na Igrzyska swoich przedstawicieli. Niektórzy „próbowali” tak intensywnie, że potrzebne były upomnienia lekarza kadry (śmiech). Ja z kolei uwielbiam sushi, korzystałem więc z okazji i żywiłem się nim prawie codziennie.

Jak wyglądają Twoje plany sportowe na najbliższy rok?

Cały czas gram z AZS AGH: za kilka dni odbędzie się Puchar Polski (23-25.11.2012 – przyp. red.). W grudniu czeka mnie operacja, po której planuję szybką rehabilitację i powrót do treningów w kadrze Polski wiosną 2013 r., ponieważ w czerwcu czekają nas Mistrzostwa Europy we Frankfurcie. W poprzednich dwóch edycjach w tureckiej Adanie, a potem w izraelskim Nazarecie zdobyliśmy czwarte miejsca. Czas przywieźć medale do Polski!

W takim razie właśnie miejsca na podium we Frankfurcie Tobie i Twoim kolegom z drużyny życzę. Bardzo dziękuję za rozmowę.

Z Marcinem Wróblem rozmawiała Bernadetta Waligóra

GARŚĆ PRZYDATNYCH INFORMACJI

Koszykówka na wózkach – zespołowy sport dla niepełnosprawnych i sport integracyjny.

Reguły gry są zbliżone do reguł koszykówki. Celem każdej z drużyn jest zdobywanie punktów za celne rzuty do kosza przeciwnika. Boisko ma wymiary 28 na 15 metrów. Czas gry wynosi 4 razy 10 minut. Drużyna składa się z pięciu zawodników.

Rozgrywki międzynarodowe rozgrywane są pod patronatem International Wheelchair Basketball Federation, natomiast w USA, gdzie sport ten jest najbardziej rozwinięty podlega National Wheelchair Basketball Association.

Od 1973 odbywają się mistrzostwa świata mężczyzn, a od 1990 kobiet. Od 1997 rozgrywane są mistrzostwa świata juniorów. Koszykówka na wózkach jest też sportem paraolimpijskim.

W kilku krajach (Anglia, Kanada, Australia) osoby sprawne mogą grać w zawodach koszykówki na wózkach w zespołach mieszanych. Gracze w koszykówce na wózkach są podzieleni na klasy w zależności od sprawności funkcjonalnej i rodzaju schorzenia*. Najlepsze na świecie drużyny w koszykówce na wózkach to: Kanada, USA, Australia, Holandia, Wielka Brytania, Japonia i Włochy.

źródło: http://pl.wikipedia.org

*szczegóły w artykule „Integracja w Bochni…” (przyp. red.)

Czas i przypadek decyduje o wszystkim – wywiad z Mateuszem Ciborowskim

Redakcja (Red.): Czy mógłbyś opowiedzieć naszym czytelnikom o swojej niepełnosprawności?

Mateusz Ciborowski (MC): Od dziecka jestem osobą szczątkowo widzącą. Widzę bardzo słabo, ale dzięki nowoczesnej technologii w moim życiu codziennym i pracy zawodowej mam możliwość posługiwać się i pracować za pomocą udźwiękowionego komputera. Komputerem zacząłem posługiwać się na studiach, natomiast wcześniej korzystałem z maszyny brajlowskiej.

Red.: Kim jesteś z wykształcenia?

MC: Z wykształcenia jestem historykiem, dyplom otrzymałem na Akademii Podlaskiej w Siedlcach.

Red.: Bardzo ciekawe. Możesz opowiedzieć coś więcej o zdobytym wykształceniu?

MC: Dla mnie to faktycznie ogromnie ciekawa i inspirująca dziedzina. Pracę magisterską pisałem z pogranicza historii i filozofii, o poglądach politycznych Arystotelesa, a tematem mojej pracy była: „Arystotelesowska koncepcja państwa na tle jego nauki o człowieku”.

Red.: Udało mi się dowiedzieć, że publikowałeś też artykuły na temat prasy podlaskiej.

MC: Tak, to prawda. Zajmowałem się prasą podlaską z okresu międzywojnia, a zwłaszcza takimi tytułami, jak: „Podlasiak” i „Podlaska Rózga”.

Red.: Czy miałeś kiedyś okazję pracować jako historyk?

MC: W ścisłym tego słowa znaczeniu nie. Pracowałem jako bibliotekarz, a następnie jako Zastępca Dyrektora w Bibliotece Centralnej PZN w Warszawie, co było interesującym doświadczeniem. Wówczas moje wykształcenie historyczne bywało przydatne.

Red.: Jednak już w bibliotece miałeś do czynienia z technologią informacyjną, bowiem stworzyłeś innowacyjny system do wypożyczania książek on – line dla niewidomych.

MC: Nie napisałem samodzielnie oprogramowania, ponieważ nie jestem programistą, jednak zdobyłem środki na stworzenie tego systemu oraz brałem czynny udział w zarządzaniu podczas jego powstawania. Tak więc logistycznie byłem za niego odpowiedzialny i wdrożone tam rozwiązania były moim pomysłem. Mogę powiedzieć, że jestem z tego osiągnięcia naprawdę dumny.

Red.: Czy to prawda, że był to pierwszy tego rodzaju system na świecie?

MC: Zgadza się. Pomysł może nie był odkrywczy, ale my jako pierwsi go wdrożyliśmy. Nawet dzisiaj, gdy nie pracuję już w bibliotece, wiele osób identyfikuje mnie z wypożyczalnią on – line. Doceniają mój wkład i uważają, że był to świetny pomysł.

Red.: Czy był to jeden z Twoich największych sukcesów?

MC: No cóż, każdy sukces ma wielu ojców… Ale cieszę się, że udało się zrobić coś użytecznego dla środowiska.

Red.: Przyznaj jednak, że nie był to Twój jedyny innowatorski pomysł.

MC: Każesz mi się dalej chwalić… Zdobyłem również środki i zarządzałem jeszcze kilkoma innowacjami w Polsce. Stworzyłem pierwsze w Polce tyflologiczne muzeum wirtualne. Zarządzałem pierwszym w naszym kraju projektem digitalizacji zbiorów brajlowskich. Byłem także bardzo zaangażowany w popularyzację pisma brajla w ramach 200. rocznicy urodzin Luisa Braille’a. W firmie Altix stworzyłem dział telemarketingu. Obecnie intensywnie pracuję przy projekcie, który jako pierwszy w Polsce na tak szeroką skalę bada dostępność stron internetowych dla osób z dysfunkcją wzroku.

Red.: Czy w obliczu tak wielu dokonań i wielu udanych projektów możesz nazwać siebie człowiekiem sukcesu?

MC: Co to, to nie. O wielu rzeczach w życiu decyduje przypadek. Najlepiej obrazuje go cytat:

„A dalej widziałem pod słońcem, że to nie chyżym bieg się udaje i nie waleczni w walce zwyciężają. Tak samo nie mędrcom chleb się dostaje w udziale ani rozumnym bogactwo, ani też nie uczeni cieszą się względami. To czas i przypadek rządzi wszystkim.” Koch 9,11.

Red.: Jakie są Twoje zainteresowania poza historią i technologią informacyjną?

MC: Interesuję się także filozofią starożytną i uwielbiam słuchać muzyki jazzowej. Z postaci historycznych jest mi natomiast bliski francuski myśliciel nowożytny Alexis De Tocqueville.

Red.: Czy możesz zdradzić w takim razie, jakie jest Twoje największe marzenie?

MC: Najbardziej chciałbym, by moje dzieci wyrosły na dobrych i porządnych ludzi. Wiem, że bez pracy z mojej strony tak się nie stanie, dlatego też rodzina jest dla mnie w życiu najważniejsza. Ponadto marzy mi się dokończenie pracy doktorskiej. Z powodu wielu zajęć wciąż nie mam okazji jej skończyć. Mam już nawet ciekawy temat: „O wykształceniu politycznym szlachty w szkołach jezuickich w XVII w. ”

Red.: Tego właśnie serdecznie Ci życzę. Bardzo dziękuję za tak interesującą rozmowę.

Igor Busłowicz

WYWIAD CZ. II

Druga i ostatnia część wywiadu z Igorem Busłowiczem – wybitnym informatykiem, dla którego niepełnosprawność nie stała się przeszkodą w osiąganiu sukcesów. W tym numerze przeczytamy o tym, w jaki sposób jego praca przyczynia się do szerzenia idei rehabilitacji na rzecz niewidomych oraz jakie są jego marzenia i plany – również te całkiem prywatne.

Redakcja: Jesteś jednym z najbardziej znanych szkoleniowców z zakresu obsługi komputera przez osoby niewidome. Masz w całym kraju wielu uczniów. Co jest najważniejsze, by osoba z dysfunkcją wzroku biegle posługiwała się komputerem?

IB: Zdaję sobie sprawę, że dla niewidomych wejście do krainy technologii informacyjnych nie zawsze jest łatwe. Na studiach co roku były tak zwane wykłady humanizujące. Na piątym roku była filozofia z profesorem Wolniewiczem. Pan profesor wygłosił tezę, że komputer jest pierwszą maszyną w historii techniki, z której wyglądu nie można wywnioskować, do czego służy. Widzący mają dużo łatwiej niż niewidomi, gdy chcą go opanować. Widzą klawiaturę, ekran i choćby intuicyjnie mogą próbować coś robić. Przed niewidomymi droga takiej eksploracji jest zamknięta. Komputer jest dla nich urządzeniem dużo bardziej abstrakcyjnym i dlatego potrzebują specjalistycznych szkoleń. Moje doświadczenia wskazują na to, że szkolenia udają się, gdy uczniowie nie zrażają się trudnościami, jakie czasami występują pierwszego dnia, wykazują determinację w dążeniu do opanowania komputera i przykładają się solidnie do szkolenia.

Redakcja: Jesteś jednym z założycieli firmy Altix i pracujesz w niej od początku. Czym jest dla Ciebie ta firma – oczywiście poza tym, że „Twoim”dzieckiem?

IB: To dobre określenie, że nasza firma jest również moim dzieckiem. Cały czas okazuję jej tak samo dużo serca, chociaż niektórym może wydawać się, że moje zaangażowanie w sprawy firmowe jest teraz mniejsze niż wcześniej. Mam świadomość, że najlepsze co potrafię, to wnieść wkład w dziedzinie informatyki dla niewidomych. Nie przejawiam zdolności menedżerskich, więc tę działkę oddaję tym, którzy te sprawy prowadzą dużo lepiej ode mnie. Naturalne jest więc, że gdy firma była mniejsza, mój wkład w nią był bardziej widoczny. Teraz, gdy firma ma więcej działów, jest rozproszona po całym kraju i zatrudnia dużo więcej osób, mój wkład jest mniejszy, ale chcę, by dalej był istotny. Oczywiście w życiu dziecka rodzice są najważniejsi, ale jego los nie tylko od nich zależy. Ważną rolę odgrywają również nauczyciele i wychowawcy. Podobnie w firmie, ważną rolę pełnią długoletni pracownicy, którzy, będąc zatrudnieni na ważnych stanowiskach, pomagają ją prowadzić.

Redakcja: Jesteś wolontariuszem Fundacji Szansa dla Niewidomych. Dlaczego warto angażować się w pracę społeczną? Czym jest dla Ciebie praca w Fundacji?

IB: Udzielam się w Fundacji, bo lubię pomagać. O działalności społecznej, w szczególności tej w Fundacji myślę tak: w toku działalności firmowej tworzy się różne produkty i zarabia się na ich sprzedaży. Za jakiś czas zauważa się, że są ludzie, którzy potrzebują naszych produktów, a jednocześnie nie mogą sobie na nie pozwolić. Przychodzi pragnienie podjęcia decyzji, by podzielić się z takimi ludźmi osiągniętym zyskiem i umożliwić zakup potrzebnych im produktów. Taką postawę zauważają inni i również chcą stać się sponsorami fundacji. Dzięki temu fundacja zyskuje więcej środków i może skuteczniej pomagać większej liczbie beneficjentów. Z czasem pomaganie innym staje się na tyle widoczne w całym kraju, że taka postawa zostaje nagrodzona przyznaniem statusu Organizacji Pożytku Publicznego. Właśnie to stało się udziałem naszej Fundacji w bieżącym roku, z czego bardzo się cieszę.

Redakcja: W 2009 roku obchodziliśmy dwusetną rocznicę urodzin Louisa Braille’a. Z tej okazji Fundacja Szansa dla Niewidomych wydała książkę o twórcy pisma punktowego dla niewidomych pt. „Dotyk geniuszu”. Brałeś udział w pracach nad polską wersją tej książki. Jak ważne jest pismo brajla dla niewidomych? Jakie miejsce odgrywa to pismo w Twoim życiu?

IB: Zupełnie nie wyobrażam sobie funkcjonowania niewidomych, gdyby Louis Braille nie dokonał tego wspaniałego wynalazku. Bez pisma brajla niewidomi nieuchronnie znajdowaliby się poza nawiasem społeczeństwa, bez szans na edukację, wymianę informacji z innymi, bez możliwości uczestnictwa w życiu społecznym. Jest bardzo ważne, by niewidomi nie dali się ograniczyć do korzystania tylko z mowy syntetycznej. Powinni domagać się od państwa dofinansowania zakupu urządzeń brajlowskich. Bez możliwości czytania brajlem nie nauczą się ortografii i nie będą w stanie poprawnie pisać, co wykluczy ich ponownie poza nawias społeczeństwa. Jeśli chodzi o mnie, znam pismo czarnodrukowe i uzbrojony odpowiednie powiększalniki potrafię czytać, choć nie bardzo szybko. Pismo brajla znam i używam go od początku podstawówki, a podczas podróży pociągiem, albo samolotem chętnie korzystam z osiągnięć najnowszej technologii pozwalającej na czytanie tekstów zapisanych w urządzeniach elektronicznych.

Redakcja: Czy możesz nam uchylić rąbka tajemnicy, nad czym teraz pracujesz? Czym za kilka miesięcy zaskoczy nas Igor Busłowicz?

IB: Proszę pozwolić mi pozostać tajemniczym. Gdybym teraz uchylał rąbka tajemnicy, w przyszłości nie można byłoby mówić o zaskoczeniu. Jedno jest pewne. Nie wyobrażam sobie, bym jednoosobowo tworzył oprogramowanie jeszcze bardziej złożone niż Translator, czy Homer. Skończyła się już epoka, w której pojedynczy informatycy tworzyli poważne programy. Zdecydowanie nadszedł czas na działalność programistyczną w zespole.

Redakcja: Za wybitne osiągnięcia zawodowe i społeczne otrzymałeś od Prezydenta RP bardzo zaszczytne odznaczenie. Czy oznacza to, że można trochę odpocząć, czy jeszcze ciężej pracować?

IB: Rzeczywiście, Prezydent przyznał mi Srebrny Krzyż Zasługi. Wyznam, że przyznanie orderu było dla mnie bardzo miłą niespodzianką. Z drugiej jednak strony byłem tym faktem zupełnie zaskoczony. Nie ma mowy o osiadaniu na laurach, tym bardziej, że tata życzył mi „Orła Białego”. Mam jednak świadomość, że życie zawodowe jest podobne raczej do biegu długodystansowego niż do sprintu, a przede mną jest jeszcze prawie 20 lat do osiągnięcia wieku emerytalnego. By przez te wszystkie lata efektywnie pracować, muszę pomyśleć również o dokształcaniu się. Może więc w pewnym okresie czasu nie będę dawał z siebie tyle, co poprzednio. Nie oznacza to jednak leniuchowania, lecz zwieranie szyków i ładowanie akumulatorów na przyszłość.

Redakcja: Jakie jest Twoje marzenie zawodowe? O napisaniu jakiego oprogramowania marzysz? Co jeszcze chciałbyś „dać” Polskim niewidomym?

IB: Przez tyle lat rozwoju informatyki stworzono już wiele wartościowych programów i trudno jest mi teraz określić, co jeszcze przełomowego chciałbym stworzyć. Gdyby jednak kontynuować wysiłki mające na celu ułatwianie wymiany informacji między niewidomymi a widzącymi, w szczególności w dziedzinie matematyki, to bardzo bym się ucieszył, gdyby powstało programowanie skanujące teksty czarnodrukowe zawierające matematykę. Zdaję sobie sprawę, że problem jest bardzo trudny, bo w odróżnieniu od zwykłego tekstu, który jest liniowy, zapisy matematyczne są dwuwymiarowe. Nie myślę o udziale w takim projekcie, bo po prostu brakuje mi wiedzy potrzebnej do tworzenia takiego oprogramowania. Wskazuję tylko na potrzebę jego napisania. Powstało już dużo wartościowego sprzętu i oprogramowania, dlatego najbardziej chciałbym przyczyniać się do jego popularyzacji wśród polskich niewidomych.

Na zakończenie chcemy zapytać, jeśli nie uznasz tego oczywiście za niegrzeczność – o czym marzy prywatnie Igor Busłowicz?

IB: Mam kilka marzeń zarówno osobistych, jak i tych natury ogólnej. Jednym z ważniejszych jest, aby doczekać Polski gruntownie przemienionej przez Boga. Już słyszę zasadne pytanie, o co tu chodzi. Pod względem choćby przestępczości, łamania prawa w Polsce jest źle, ale może być znacznie lepiej. Osobiście oglądałem filmy dokumentalne o tym, jak Bóg zmieniał sytuację w wybranych miastach, a nawet całych regionach. Zawsze zaczynało się od przestępczości, kryzysu gospodarczego i tego typu złych zjawisk. Chrześcijanie modlili się, a Bóg powodował, że ludzie odwracali się od swoich grzechów. Bywało, że zamykano więzienia, bo puste nie były już potrzebne. Zamiast kryzysu gospodarczego pojawiał się rozkwit. Najbardziej niesamowitym i wyraźnym dowodem na to, że to Bóg przyczyniał się do zmian, jakie zachodziły w sercach ludzi, są dla mnie zmiany, jakie następowały w rolnictwie – niesamowity urodzaj płodów rolnych, zarówno jeśli chodzi o ich ilość, jak i jakość. Pamiętam filmy opisujące takie przemiany w Ameryce Środkowej, Afryce i Kanadzie. Wierzę, że Polska nie będzie pominięta również pod tym względem.

Dziękuję za rozmowę,

Igor Busłowicz

IGOR BUSŁOWICZ – prawie niewidomy informatyk. Absolwent wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Od roku 1987 zaangażowany w tworzenie specjalistycznego oprogramowania dla niewidomych. Współzałożyciel firmy Altix. Na co dzień można go spotkać w siedzibie firmy przy ul. Konwiktorskiej 9 w Warszawie.

„Przez dwa pierwsze dni życia byłem zupełnie zdrowy. Najprawdopodobniej, gdyby to było możliwe, przekonałbym się, że całkowicie dobrze widzę. Niestety, takie małe dzieci niezależnie od okoliczności i tak jeszcze nie widzą. Trzeciego dnia mama dowiedziała się od lekarzy, że dostałem wylewu krwi do mózgu i nie dożyję do wieczora. Pewnie tak by się stało, gdyby nie pewna położna, która zrobiła wszystko, by mnie uratować. Jakoś jej się to cudem udało. Lekarze wyrokowali, że nie będę widział ani słyszał, a co gorsza będę sparaliżowany. Żyłem nadal, a oni przedłużali mi życie i przekładali terminy ewentualnego końca. Trwało to zdecydowanie długo, bo ostatni wyrok usłyszałem, gdy miałem aż dwanaście lat. Rzeczywiście byłem niewidomy i prawostronnie sparaliżowany do dziesiątego miesiąca życia, ale po trepanacji czaszki zacząłem trochę widzieć, a paraliż cofnął się w dużym stopniu. W związku z tym, że musiałem uczęszczać do szkoły dla niewidomych, rodzice przeprowadzili się do Warszawy. Chodziłem do szkoły w Laskac h, a potem do masowego liceum imienia „Lotnictwa Polskiego.” (cyt. „Świat otwarty dla niewidomych. Szanse i możliwości”. Marek Kalbarczyk, WSiP 2004r.)

Tak zaczyna się historia opowiedziana przez jednego z najlepszych dziś specjalistów w dziedzinie informatyki dla niewidomych.

Redakcja: Urodziłeś się zdrowy. Wylew w kilkadziesiąt godzin po urodzeniu sprawił, że jesteś niepełnosprawny. Dzięki determinacji położnej, lekarzy, a przede wszystkim rodziców możesz normalnie funkcjonować. Dzięki swojej ciężkiej pracy jesteś wybitnym informatykiem. Czym jest dla Ciebie niepełnosprawność?

IB: Tak, jestem bardzo wdzięczny przede wszystkim rodzicom, ale i wielu innym osobom za pomoc, jaką od nich otrzymałem. Bez niej nie byłbym w życiu w tym miejscu, w którym jestem. W tym co napiszę, proszę nie doszukiwać się narzekania, ale niepełnosprawność jest dużym utrudnieniem. Tak, ludzie pomagają i technologie też, jednakże cały czas są różne sfery życia, w których doświadczam trudności. Wspomnę tu o kilku.

Po pierwsze robienie zakupów. Nie ma problemu w sklepikach osiedlowych, w których sprzedawcy chętnie powiedzą, co akurat jest na półkach. Pamiętam, jak niedługo po tym, jak rozpocząłem samodzielnie mieszkać, zaprzyjaźniłem się z jednym sklepikarzem. Któregoś dnia po godzinach pracy sklepu zamknęliśmy się w środku i pan Krzysztof zrobił mi prezentację tego, co można u niego kupić. Od tej pory dużo bardziej świadomie robię u niego różnorodne zakupy. Trudniej bywa w sklepach samoobsługowych. Stoję na przykład przy stoisku z pieczywem, bo tam jest i kasa i ktoś z obsługi i proszę o podanie czegoś z nabiału. Pewnie pod presją kolejki usłyszałem kiedyś, że to sklep samoobsługowy i towar wybiera się z półki samemu. Nie zraziłem się tą odpowiedzią, wytłumaczyłem, że mało widzę i dostałem to, co chciałem. Najtrudniej jest w supermarketach.

Tu, w dżungli ogromnej ilości produktów niewidomy, czy resztkowiec jak ja, zupełnie nie ma szans na samodzielne dokonanie wyboru. Do marketu wybieram się najczęściej wtedy, gdy konkretnie wiem, co chcę kupić. Zgłaszam się do kasy lub stanowiska obsługi klienta i otrzymuję do pomocy kogoś, z kim mogę zrobić zakupy. Jeśli chcę trochę bardziej powybierać wśród produktów, umawiam się z kimś z rodziny lub znajomych. Ostatnio byłem z tatą w Tesco i dowiedziałem się od niego, że jest coś takiego jak kefir truskawkowy. Sam, czy w asyście pracownika sklepu prawdopodobnie nie wypatrzyłbym tego kefiru, bo trudno wymagać od tej osoby, by szczegółowo opowiadała mi co znajduje się właśnie przed nami na regale.

Nie ma niestety jeszcze technologii informacyjnej, która dawałaby niewidomym dostatecznie szybki dostęp do informacji w sytuacjach opisanych powyżej. Wydaje mi się jednak, że w tych sytuacjach rozwiązaniem jest jedynie przywracanie wzroku.

Wielu czytelników tego wywiadu zapewne doświadcza trudności podobnych do tych, które opisałem. By uzupełnić obraz zasygnalizuję jeszcze, jakie trudności mogą wynikać z niedowładu prawej dłoni, na który cierpię. Kiedyś na komisji wojskowej lekarz chciał, żebym ścisnął jego dłoń. Zrobiłem to, ale uświadomiłem mu, że to nie tu leży problem. Gdy byłem małym dzieckiem, nie potrafiłem na przykład rozpinać, ani zapinać guzików na lewym mankiecie koszuli. Drogą żmudnych ćwiczeń nauczyłem się jednak jakoś to robić. Jednakże nawet jeszcze dzisiaj z tym bywa różnie. Czasami wszystko idzie gładko. Innym razem wszystko jest już zapięte i został tylko guzik na lewym mankiecie, a tu właśnie palce prawej dłoni zacięły się. Czytelnicy domyślają się zapewne, że nie ma mowy o takich czynnościach jak przyszywanie guzików, czy ogólnie posługiwanie się igłą i nitką. Na szczęście zawsze znajdzie się ktoś pomocny.

Redakcja: W czasach, gdy chodziłeś do liceum ze swoimi widzącymi rówieśnikami nie było jeszcze prawie w ogóle sprzętu i pomocy naukowych/ tyfloinformatycznych dla niewidomych. Mimo to Twoja średnia na maturze to prawie 5, a na studiach 4,57 – jedna z najwyższych do dziś dnia na wydziale Matematyki i Informatyki Uniwersytetu Warszawskiego. Czemu zawdzięczasz swój sukces, naturalnie oprócz ciężkiej pracy? A może to ona i determinacja sprawiają, że jest się tak dobrym uczniem?

IB: Wytężona praca i determinacja są niezbędne, ale kluczowe w osiągnięciu tych sukcesów okazało się to, że moja praca i determinacja znów spotkały się z pomocą kolegów. Pamiętam, jak w liceum organizowali się, by odciążyć moich rodziców i czytali mi podręczniki do przedmiotów humanistycznych. Ja natomiast pomagałem im w matematyce i językach obcych, bo w tym byłem dobry.

Przy nauce przedmiotów ścisłych i języków obcych bardzo pomocny był mi dość toporny rosyjski powiększalnik optyczny. Zdobyła go dla mnie pewna niewidoma Rosjanka, którą wcześniej, zupełnie przypadkowo rodzice poznali w Warszawie i której również pomogli. Opiszę go pokrótce. Wyobraźcie sobie deskę przykrytą przezroczystym giętkim plastikiem. Pod ten plastik wkładało się książkę lub inny tekst do czytania. Wzdłuż lewej krawędzi deski była pionowa metalowa prowadnica, na której była zamontowana plastikowa gałka. Od gałki odchodziła pozioma metalowa prowadnica, na którą nakładało się główną część aparatu w postaci solidnej wieży, na szczycie której znajdowała się matowa szybka. Na niej pojawiał się powiększony obraz. Przesuwając tę „wieżę” wzdłuż poziomej prowadnicy, można było czytać wybraną linijkę, a pokręcając gałką na pionowej prowadnicy, zmieniać linijki. Gdy nabrałem wprawy, nie korzystałem już z deski z prowadnicami. „Wieżę” stawiałem bezpośrednio na tekście i przesuwałem ją po nim umiejętnie. Dzięki takiemu aparatowi mogłem na przykład w II klasie uczyć się angielskiego, bo akurat nie było podręcznika w brajlu. Mogłem też czytać różne zaawansowane podręczniki do matematyki i realizować program indywidualny. Ten aparat do czytania przydał się również na studiach. Na pierwszych dwóch latach pisaliśmy programy na kartach dziurkowanych, po czym otrzymywaliśmy wydruki. Mieliśmy duży przedpokój, więc na podłodze rozkładałem wydruk, stawiałem na nim aparat i na kolanach analizowałem, dlaczego program działa błędnie. Gdy Promień, bo taka jest nazwa aparatu, zakończył służbę, oddałem go do Muzeum Techniki (przyp. red., Muzeum Techniki w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, pl. Defilad 1). Być może można go jeszcze tam zobaczyć.

Myślę, że sukces na studiach zaczął się od tego, że na początku podchodziłem do jeszcze nieznanych sobie studentów i prosiłem, by siedząc obok mnie, mówili, co dzieje się na tablicy, gdy wykładowca nic nie mówi. Stworzyliśmy grupę, która chodziła na te same ćwiczenia i wspólnie odrabialiśmy zadania. Czasami spotykaliśmy się u mnie na Chomiczówce na północy Warszawy, a innym razem jeszcze gdzieś indziej na Żoliborzu. Były również dalekie podróże na Sadybę na Dolny Mokotów, a nawet do Konstancina. Nie tylko ja korzystałem na tej współpracy. Ponieważ byłem dobry w dziedzinie informatyki i matematyki, też mogłem wnieść coś cennego do naszych spotkań, więc wszyscy chcieliśmy się razem uczyć.

Redakcja: Co powiedziałbyś rodzicom dziecka, którzy właśnie dowiedzieli się o jego ciężkiej niepełnosprawności? Co byś doradził?

IB: To najtrudniejsze pytanie w tym wywiadzie, wymagające ode mnie szczególnej odpowiedzialności przy udzielaniu odpowiedzi, bo to przecież nie tak miało być. Rodzice planowali mieć dziecko i oczywiście myśleli, że będzie zdrowe, a tu jak grom z jasnego nieba spada na nich wieść o jego niepełnosprawności. Po pierwsze, chcę z całą mocą zaznaczyć rzecz najważniejszą: chociaż z jakichś powodów Bóg dopuszcza takie tragedie w życiu rodzin, to nie jest ich inicjatorem, czy sprawcą. Nie mam odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się czasami dzieje. Nie wszystkie rzeczy są dla nas jawne. Odnosząc tę myśl do mojego przypadku, mam głębokie przekonanie, że to, co się ze mną stało, nie było Bożą wolą. To nie On przyłożył swojej wszechmogącej ręki do tego, żebym miał pod wieloma względami trudniej w porównaniu z innymi. Owszem stało się, ale i tak wiem, że On cały czas prowadzi mnie przez życie trudną, ale ciekawą drogą i sam jestem ciekaw, co będzie dalej.

Tu chcę napisać o czymś ciekawym, co mi się przydarzyło w pewnym momencie życia. Do tego momentu w żaden sposób nie potrafiłem rozpoznać, jaki autobus, czy tramwaj przyjechał właśnie na przystanek. Zawsze musiałem kogoś zapytać. Ten moment życia, który mam na myśli, to pewna ewangelizacja, podczas której modlono się również o mój wzrok. Wracając z ewangelizacji, stałem na przystanku i po raz pierwszy w życiu przeżyłem coś radośnie zaskakującego. Podjechał tramwaj, czy autobus (już nie pamiętam, co to było), do którego wsiadłem „o własnych oczach”. Zatrzymał się i po raz pierwszy sam mogłem się przekonać, jaki to numer autobusu! Co więcej: odkryłem, że gdy przyjrzę się z bliska tekstowi wyświetlonemu nawet na 14-calowym monitorze, mogę go przeczytać! Od tej pory, gdy ktoś z pracowników PZN-u na Konwiktorskiej prosił mnie o pomoc przy komputerze, nie musiałem brać ze sobą lupy!

Piszę o tym po to, by dać rodzicom niepełnosprawnych dzieci pewną nadzieję i wiarę. Oczywiście, nie można zagwarantować, że każdy człowiek niepełnosprawny doświadczy całkowitego, czy choćby częściowego cofnięcia się niepełnosprawności. Wiem, że to może być trudne, ale w takiej sytuacji najlepsze, co mogą zrobić zarówno rodzice, jak i niepełnosprawne dziecko, to nie załamywać się, lecz każdego dnia brać od Boga siły na przechodzenie przez życie. Z drugiej strony mój przykład jest dowodem na to, że niepełnosprawność to nie wyrok na całe życie. Gdy medycyna bezradnie załamuje ręce, Bóg może zesłać swoją łaskę i w nadprzyrodzony sposób spowodować poprawę stanu zdrowia. Dlaczego? Bo jak głosi List do Hebrajczyków, Jezus jest dzisiaj taki sam, jaki był, gdy chodził po Ziemi.

Najważniejsze jest to, by rodzice w tej bardzo trudnej sytuacji nie panikowali, a właśnie zaufali Bogu. Z doświadczenia moich rodziców wiem też, że warto konsultować się nie tylko z jednym, lecz z kilkoma lekarzami. Od jednych lekarzy moi rodzice słyszeli, że nie dożyję takiego, albo innego momentu, a przed trepanacją czaszki, że w oku mam coś białego i na pewno nie będę widział. Potem zajął się mną pewien profesor okulista, który powiedział, że „to” nie jest białe, tylko białawe i że jestem na razie brzydkim kaczątkiem, które przemieni się w pięknego łabędzia. A w ogóle nazywał mnie królem! Rodzice słyszeli więc dwie sprzeczne diagnozy. Dobrze jest wiedzieć, która jest prawdziwa, a która fałszywa, i pójść za prawdziwą, ale ważna jest też wiara i zaufanie. Bo wiara czyni cuda. Mój tata uwierzył w opinię profesora okulisty i przełamywał mój opór, na siłę otwierając mi buzię, by mnie nakarmić. Na pewno również dzięki tak wyrażającej się jego wierze przeżyłem i mogłem osiągnąć taki sukces w życiu.

Redakcja: Po ukończeniu studiów podjąłeś pracę w Polskim Związku Niewidomych, gdzie z ojcem polskiej tyfloinformatyki dr Stanisławem Jakubowskim komputeryzowałeś drukarnię brajlowską PZN. Były to jeszcze lata 80-te. W latach 90-tych komputeryzowałeś Bibliotekę Centralną PZN i tworzyłeś oprogramowanie umożliwiające obsługę czytelniczą przez niewidomych bibliotekarzy. Oba rozwiązania funkcjonują do dziś dnia. Oba były nowatorskie i stanowiły ogromne wyzwanie. Czy nie bałeś się takich wyzwań? Opowiedz nam o tej pracy. Co w niej było najciekawsze, a co najtrudniejsze?

IB: Obaw było sporo. Przecież komputeryzacja drukarni brajlowskiej była moim pierwszym zadaniem zawodowym i od razu tak poważnym. Od tego jak je wykonam, zależała jakość książek brajlowskich drukowanych w Polsce. Poza tym, na samym początku do drukarki brajlowskiej podchodziłem trochę jak przysłowiowy „pies do jeża”. Bałem się, że jest to jakieś niestandardowe urządzenie peryferyjne, dla którego będzie trzeba pisać DOS-owe sterowniki. Odetchnąłem z ulgą, gdy okazało się, że z programistycznego punktu widzenia działa ono tak samo jak drukarka czarnodrukowa. Mogłem więc skoncentrować się po prostu na składaniu algorytmu programu i zapisywaniu go w Pascalu.

Komputeryzacja biblioteki była jeszcze trudniejszym zadaniem, bo dużo bardziej złożonym. Trzeba było bardzo dobrze poznać skomplikowany sposób działania Biblioteki. W Bibliotece wiele czynności związanych z tymi samymi obiektami dzieje się równolegle i procedury programów pakietu bibliotecznego musiały to uwzględniać. Kluczowe w realizacji tego zadania było to, że udało się znaleźć na rynku pakiet programistyczny służący do tworzenia i dostępu do baz danych. Bez tego pakietu trzeba byłoby wszystkie operacje związane z dostępem do danych, siecią Novell i równoległością działań programować samemu, co oznaczałoby niewyobrażalne trudności w komputeryzacji Biblioteki.

Trudne, a zarazem ciekawe było samo wdrożenie systemu informatycznego w Bibliotece. Udało się mianowicie znaleźć taki sposób wdrażania systemu, przy którym nie trzeba było zatrzymywać pracy Biblioteki, by przejść na system komputerowy. Po prostu, z każdym wypożyczeniem i zwrotem dokonanym komputerowo coraz więcej danych przechodziło z kart na serwer systemu komputerowego.

Bardzo cieszę się, że oba zadania zostały zakończone sukcesem, który funkcjonuje do dzisiaj. Dzięki nim pewna liczba niewidomych zyskała znacznie zmodernizowane stanowiska pracy. Widzę w tym coś jeszcze ważniejszego. Dzięki mojej pracy otworzyły się przed nimi drzwi do krainy technologii informacyjnych.

Redakcja: Miałeś swój wkład w tworzenie pierwszego polskiego syntezatora mowy o nazwie Readboard. Jak ważny był to produkt na przełomie lat 80-tych i 90-tych dla polskich niewidomych?

IB: Głównym autorem Readboarda jest oczywiście mój szef, Marek Kalbarczyk. On wymyślił algorytm mowy i funkcjonalność tzw. trybu czytania. Ja natomiast dbałem o dobrą współpracę programu z systemem operacyjnym, czyli przede wszystkim tzw. rezydencję pod DOS-em i nakładki. Uważam, że Readboard był nie tyle ważny, co wręcz przełomowy dla środowiska polskich niewidomych. Chcąc odnieść się porównania: drzwi do krainy technologii informacyjnych, Readboard to znacznie szerzej otwarte drzwi niż moje prace, o których wspomniałem wcześniej. Dzięki moim pracom pewna nieduża grupa niewidomych mogła posmakować tych technologii. Natomiast dzięki Readboardowi bardzo wielu niewidomych zasiadło przed komputerem i rzeczywiście mogło na nim pracować. Co więcej, nie byłoby dostępnej dla niewidomych komputeryzacji Biblioteki, gdyby wcześniej nie pojawił się Readboard. Mowa w nim zastosowana była bowiem użyta do udźwiękowienia programów pakietu bibliotecznego.

Redakcja: Tworzyłeś też oprogramowanie dla niewidomych matematyków. Opowiedz o tym.

IB: Tak, to największe, najtrudniejsze i najbardziej złożone przedsięwzięcie programistyczne, w jakim uczestniczyłem do tej pory. Program, jaki stworzyłem dla drukarni brajlowskiej, sprawdził się przy redagowaniu i drukowaniu zwykłych tekstów. Później zostałem zaproszony do współpracy w ramach grantów przyznawanych przez Komitet Badań Naukowych oraz Ministerstwo Nauki i Informatyzacji. Właśnie w ich ramach tworzyłem oprogramowanie, które umożliwiło niewidomym zrobienie następnego ważnego kroku w dziedzinie wymiany informacji. Pakiet Euler, o który tu chodzi, a na który składają się dwa programy: Translator i Homer, daje dwie znakomite możliwości. W programie Translator osoba widząca może napisać i przetłumaczyć na postać brajlowską tekst zawierający nawet złożoną matematykę. I przekazać go niewidomemu. Taki tekst można przetłumaczyć również na tak zwaną postać lektorską. Gdy na tak przygotowanym tekście uruchomimy komendę ciągłego czytania, usłyszymy, jak syntezator mowy odczytuje nam wzory matematyczne, zupełnie jak gdyby robił to człowiek znający się na matematyce. Z kolei program Homer pozwoli niewidomemu napisać tekst zawierający matematykę. Można go przełożyć na postać czarnodrukową i wyświetlić na ekranie lub wydrukować na drukarce. Ta para programów bardzo dobrze nadaje się do zastosowań w szkole lub na uczelni.

Redakcja: Nad jakim oprogramowaniem lub nad spolszczeniem jakich produktów jeszcze pracowałeś?

IB: Pracowałem również nad oprogramowaniem powiększającym tekst na ekranie. Po wciśnięciu gorącego klawisza program wyświetlał w pięciokrotnym albo ośmiokrotnym powiększeniu tekst na ekranie. Później ktoś inny rozwinął go do pełnej funkcjonalności, gdzie powiększenie było uzyskiwane również w pracy „na żywo”.

Stworzyłem też przeglądarkę plików tekstowych w różnych formatach, która wyświetlała pewien fragment tekstu w powiększeniu.

Jeśli chodzi o sprzęt, to chyba powszechnie wiadomo, że najbardziej sobie cenię ten z firmy Freedom Scientific, a w szczególności znakomity notatnik PAC Mate. Pamiętam, jak nagle pojawiła się okazja ekspresowego wprowadzenia go do sprzedaży. By zainicjować proces spolszczenia umówiłem się na rozmowę telefoniczną z dyrektorem do spraw lokalizacji we Freedomie. Zadzwonił do mnie dokładnie w moje urodziny i to w porze, gdy miała rozpocząć się rodzinna uroczystość. Rodzinę przeprosiłem za wystawienie na wielką próbę cierpliwości, bo rozmowa z tłumaczeniem wszystkich spraw trwała półtorej godziny. Wszystko skończyło się bardzo dobrze, bo i uroczystość urodzinowa była miła i wkrótce pojawiła się pierwsza wersja spolszczenia PAC Mate. Jestem uczestnikiem list dyskusyjnych beta testerów różnych produktów Freedomu, staram się śledzić ich rozwój i próbuję forsować potrzebne poprawki. Inną dziedziną moich zainteresowań sprzętowych są drukarki brajlowskie.

Dziękuję za rozmowę. M.C.

Kontakt z Igorem Busłowiczem:

e-mail: igor.buslowicz@altix.pl

Skype: igorbus63

Na drugą część wywiadu zapraszamy do kolejnego numeru biuletynu „Help – Wiedzieć Więcej”. Dowiedzą się Państwo z niego o kolejnych osiągnięciach Igora Busłowicza, jego planach zawodowych, nowych projektach, a także o marzeniach – również tych całkiem prywatnych.

Zapraszamy do lektury!