O nieudanym opolskim fotelu

Na długo przed konferencją w Opolu zdecydowałem, że muszę tam pojechać. Przekonywało mnie do tego wiele argumentów. 25 kwietnia miała się odbyć pierwsza konferencja w ramach kampanii informacyjnej naszej fundacji. Mieliśmy właśnie w Opolu jako pierwszym mieście sprawdzić, czy plan dotyczący naszych starań o zmianę postrzegania osób niewidomych i słabowidzących w społeczeństwie jest dobry. Mieliśmy też sprawdzić, czy nasz zespół dobrze go zrealizuje, czy to, co przygotowaliśmy będzie ciekawe dla naszego środowiska oraz innych gości. Impreza miała też stanowić jeden z elementów obchodów 25-lecia naszej organizacji. To poważne argumenty merytoryczne związane z naszą dziedziną. Były również inne, także ważne, ale nie dotyczące rehabilitacji osób niepełnosprawnych wzrokowo.

Lubię Opole. Byłem tam kilkanaście razy i zawsze było tam fajnie, gościnnie, miło, ciekawie, a także smacznie. Czy lubicie śląskie kluski, zrazy z mięska wołowego z ogórkiem kiszonym w środku, we wspaniałym sosie rozlanym na te kluski? A kapusta, którą tam nazywa się modrą, choć nie mam pojęcia czy naprawdę jest tego koloru oraz w ogóle jaki to właściwie kolor. Gdy piszę te słowa przypomina mi się, że kolor modry to chyba mniej więcej niebieski, ale czy kapusta może taka być? To Wy, Czytelnicy, musicie rozstrzygnąć. Można do mnie napisać i mnie pouczyć co to jest ten modry kolor: marek.kalbarczyk@szansadlaniewidomych.org.

Nie koniec argumentów na rzecz wyjazdu do Opola. Mam tam wielu przyjaciół. Sam także stałem się ich przyjacielem. Dostałem od tamtejszego środowiska odznaczenie „Przyjaciel niewidomych”. Prawda, że to cudowne? A zabytki i historia Opola? A jedna z najlepszych fundacyjnych placówek w tym mieście?

25 kwietnia rano wyruszyliśmy na trasę. Jechało się fajnie. Nowa trasa z Warszawy najpierw w stronę Poznania, gdy się jest na warszawskim odcinku S8, potem w stronę Wrocławia i Katowic, jest naprawdę bardzo wygodna. Mknęliśmy szybciutko pogadując o tym i owym. Zanim się obejrzeliśmy, już zjeżdżaliśmy z S8 w stronę Kluczborka. Od tej pory zrobiło się nudniej. Szosa zbyt wąska, by móc bezpiecznie wyprzedzać i jechać szybko. Jak zapewne wiecie, jazda za ociężałymi ciężarówkami to trudne wyzwanie dla takich jak my. Nawet nie chciało się rozmawiać. Wreszcie dojechaliśmy do Opola, minęliśmy ileś tam ulic i zaparkowaliśmy obok skrzyżowania Katowickiej i Kościuszki. Właśnie tam odbywało się spotkanie niewidomych i słabowidzących z mieszkańcami tego miasta.

Konferencja była bardzo dobrze zorganizowana. Zaproszono między innymi mnie do wygłoszenia jednego z referatów, co uczyniłem z przyjemnością. Po pierwsze jestem – i owszem – gadatliwy, a po drugie przekonywanie do nowoczesnej rehabilitacji, jak najbardziej urozmaiconego rozwoju rehabilitacyjnego, intelektualnego i duchowego, a także budowy mądrego społeczeństwa i państwa, to moje hobby. Wysłuchałem jedynie pewnych fragmentów innych referatów, bo przeszkodzili mi w tym przedstawiciele mediów, którym jak wiadomo nie można odmówić. Ledwo zaczęła się ta konferencja, już się skończyła i przeszliśmy na plac po drugiej stronie skrzyżowania, tuż obok kościoła parafialnego. Na tym placu miał się odbyć piknik integracyjny. Jako, że było to pierwsze spotkanie z cyklu ośmiu zaplanowanych w fundacyjnym projekcie „My nie widzimy nic, a Wy – czy widzicie nas?”, przyjechało do Opola wielu naszych przedstawicieli. Chcieliśmy wszystkiego dopilnować i zdobyć niezbędne doświadczenie, które potem miało się przydać w innych miastach.

25 kwietnia było w Opolu ciepło. W tych dobrych warunkach można było skorzystać z przygotowanych przez Fundację atrakcji: bezwzrokowe strzelanie z broni laserowej, gdzie nie patrzy się na tarczę, lecz zakłada słuchawki i słucha dźwięków – im wyższy ton, tym laserowy promień jest bliżej dziesiątki, a ton basowy gwarantuje porażkę, ping-pong dla niewidomych, gdzie słucha się piłeczki odbijającej się od stołu, a nie patrzy na nią, komputerowe stoisko z grami dźwiękowymi i smaczny poczęstunek. O innych atrakcjach już nie wspomnę, bo chcę skupić uwagę na tym poczęstunku. Nie dość, że był wspaniały, wsławił się prześmiesznym incydentem, którego bohaterem byłem ja sam.

Obejrzałem wymienione stanowiska i atrakcje, troszkę się pobawiłem, zagrałem w ping-pong, nie postrzelałem, bo było tam za wielu chętnych i skierowałem w stronę dobrodzieja kucharza. Postanowił ugotować dla nas i naszych gości cudowną zupę bogracz. Podszedłem bliżej, a on zapytał, czy chcę spróbować tej zupy. Nie trzeba było pytać – jak można odmówić, gdy nie dość, że sam bogracz to wymusza, po tylu godzinach naprawdę chciało mi się jeść. Szef kuchni zabrał się do nalewania zupy. Stanąłem bliziutko niego, on zwrócił uwagę, że muszę usiąść, a nie jeść na stojąco z miską w ręku. Ktoś tam podsunął mi ogrodowy fotel – taki zwyczajny z plastiku, z szerokim oparciem, czterema nogami i dwoma podłokietnikami. Ja odmówiłem, bo gdy inni jedli na stojąco, ja też potrafię, ale oni uznali, że to absurd.

Dostałem w rękę kajzerkę, którą wziąłem do prawej ręki. W lewej ręce trzymałem teczkę – taką lekką, nie stanowiącą większego problemu. Owszem, warto by było gdzieś ją położyć, ale tam, na tym placu, nie było odpowiedniego miejsca. Przełożyłem teczkę do prawej ręki, do której wziąłem też kajzerkę, by mieć wolną lewą rękę. Musiałem ocenić położenie podstawionego mi fotela, by prawidłowo usiąść. Pomacałem fotel wolną lewą ręką, odpowiednio się ustawiłem i spokojnie, powoli zasiadałem. Teczka wisiała na dwóch małych palcach prawej ręki, a kajzerkę trzymałem w trzech pozostałych palcach. Siadałem powoli, już dotykałem siedziska, pilnowałem kajzerki, by niczego nią nie dotknąć i jej nie zabrudzić. Wzmacniam nacisk na fotel i doprowadzam do załamania. Podłokietniki fotela najwyraźniej wcześniej uszkodzone, pod moim ciężarem stopniowo się rozchylają. Czuję to i jeszcze próbuję się unieść, ale środek ciężkości mojego ciała jest już za nisko i nie daję rady. Fotel jak na zwolnionym filmie psuje się stopniowo i powoli, obie jego strony rozchylają się coraz bardziej, siedzisko obniża, aż składa się całkiem. Ląduję na plecach. Pod nimi mam fotelowe oparcie, które jest teraz raczej plastikowym dywanikiem. Podłokietniki gdzieś znikły, najwyżej są moje kolana i ta nieszczęsna kajzerka, która miała się nie zabrudzić. I tak tkwię przez moment, a dookoła kompletnie zacichło. Jeszcze sekundę temu panował gwar, bo ktoś strzelał, inni grali w ping-ponga, jeszcze inni rozmawiali, a teraz zamilkli jakby na rozkaz. I właśnie ta cisza mnie do cna rozbawiła. Zdążyłem pomyśleć, o czym oni myślą, że tak się wyciszyli. Pewnie, że oto prezes fundacji dostał zepsuty fotel i doszło do kompromitacji. Pewnie zaraz się wkurzy i obrazi. I właśnie myśl o tym, jak oni są sparaliżowani obawą przed awanturą doprowadziła mnie do odlotowego śmiechu. Ja tutaj, w Opolu, z kajzerką w górze, teczką zwisającą pod nią, na plecach, z kolanami ku górze, a oni wystraszeni: „co teraz będzie?”. Już sobie wyobraziłem ich miny, gdy tak zamilkli i jak tu się nie śmiać?

Wstałem raz dwa i dalej się śmiałem. Oni wreszcie się odprężyli i także zaczęli się śmiać. Przecież to niczyja wina. To tylko śmieszny przypadek. Kto by mógł przewidzieć, że jakiś fotel jest pęknięty? Tego nawet nie widać, a jedynie gdy się go obciąży, rozlatuje się na lewo i prawo. Byłem zdecydowany jeść tę zupę jednak na stojąco, ale po raz drugi przekonano mnie, że to absurd. Zasiadłem tym razem na ławie obok Adama, z którym pojechaliśmy na to spotkanie i w rozkosznym nastroju zjadłem dwa talerze znakomitej zupy. A w niej wszystko, co lubię – mięsko, papryka, smak pomidorowy, ogóreczki kiszone i sam już nie wiem, co jeszcze.

Opole, pozdrawiam Was! Dziękuję za zupę, inne przekąski, za przemiłe spotkania i temat dla mojego artykułu. Od dawna chciałem napisać o tej przygodzie, ale nie było dobrej okazji. Teraz przypomniał mi to najmłodszy syn, który ma za zadanie pamiętać, co śmiesznego spotkało mnie albo innych niewidomych.

Gdyby ktoś spotkał się z kolejnymi śmiesznostkami, zapraszamy do napisania artykułu z cyklu „Ślepy los na wesoło”. Śmiechu i pozytywnego nastawienia do życia nigdy za dużo.

Na wakacjach ma prawo być śmiesznie

Co roku jest mniej więcej tak samo, toteż i w tym roku tak było. Wakacje to najpierw oczekiwanie na wolny moment, by siąść do wspólnego planowania, potem rozmowa gdzie jechać i jak spędzić czas, wreszcie wyjazd. Od momentu pierwszego wspomnienia o konieczności zastanowienia się do wyjazdu mija sporo czasu. Do skomplikowany temat. Każdy w rodzinie może chcieć jechać gdzie indziej. Gdy już się dogadamy, możemy natknąć się na problem związany z rezerwacją miejsc. Przecież tam, gdzie chcemy jechać, niekoniecznie są wolne miejsca albo nie są dostępne cenowo i tak dalej. Im lepiej przebiegnie proces planowania, tym większe prawdopodobieństwo uniknięcia problemów z hotelami lub ośrodkami wypoczynkowymi.

Samo planowanie przebiega u nas przy stole z rozłożonymi nań mapami i przewodnikami turystycznymi. Nasza rodzina lubi mapy i książki z tej dziedziny. Chodzi nie tylko o znajdowanie ciekawych miejsc i atrakcji, ale także o dogodne trasy samochodowe. W coraz większym stopniu planowanie wakacji związane jest z internetem. Wszyscy się tam reklamują, trudno więc to ominąć. My jednak nie ograniczamy się do oglądania mapek na małym ekraniku smartfonu. To przecież nie to samo co obszerna, rozkładana mapa zajmująca pół stołu.

Po dłuższych debatach wybraliśmy na ten rok wyjazd do Ziemi Kłodzkiej i na początku lipca tam ruszyliśmy. Jak zwykle wyjechaliśmy nieco później niż planowaliśmy, toteż wizyta we wrocławskim punkcie Fundacji Szansa dla Niewidomych i biurze firmy Altix wypadła na godzinę 16.30, gdy obie załogi kończyły już pracę. Na szczęście poczekali na nas, a sama wizyta była bardzo sympatyczna.

Zarówno Fundacja, jak i Altix mają nową siedzibę. Obejrzeliśmy pokoje, troszkę porozmawialiśmy i mieliśmy wychodzić, gdy pan Marek poinformował, że właśnie zaczął padać deszcz. Nasza parasolka została w samochodzie, toteż pan Marek użyczył nam swojej. Deszcz zrobił się okropny. Pan Marek odprowadzał nas jedno po drugim – żonę, syna wreszcie i mnie. Dzięki temu parasolowi specjalnie nie zmokliśmy, ale był to dopiero początek mokrych przygód tego dnia. Biuro Fundacji i Firmy jest niedaleko wrocławskiego Rynku, ale nie na tyle blisko, by nie warto było podjechać doń nieco bliżej. Zrobiliśmy tak. Zaparkowaliśmy na wielopiętrowym parkingu, wysiedliśmy, wzięliśmy bilet i zapytaliśmy którędy najbliżej dojść do Rynku. Mieliśmy właśnie tam zjeść obiad. Poszliśmy tak, jak nam wskazano, jednak nie była to najkrótsza droga. Tymczasem zrobiła się wielka ulewa, może nawet tak zwane oberwanie chmury. Lało strasznie, a my brnęliśmy na obiadek, najpierw z wiarą, że to niedaleko, potem że deszcz zmaleje, wreszcie że i tak już nic nam nie pomoże. Taki wielki deszcz przeżyłem może ze dwa czy trzy razy w życiu. Po 500 metrach mieliśmy wszystkiego dosyć i nie dotarliśmy do fajnej wrocławskiej restauracji, lecz weszliśmy do tej, którą właśnie mijaliśmy. Gdy jest się tak mokrym, nie można już szukać i wybrzydzać. Brnięcie w takiej ulewie po dziesiątkach ogromnych kałuż, gdy trzymam się łokcia żony tak, jak niewidomy trzyma się swojego przewodnika, gdy na dodatek nasz syn jest niedowidzący, nie jest łatwe.

Był to zwykły steak bar. Na szczęście żeberka, które zamówiłem okazały się cudowne. Całe szczęście, bo gdyby nie one, wpadłbym chyba w depresję. Miałem głowę jakbym ją wyjął z wanny. Z koszulki ciekła woda. Gorzej było z nogawkami spodni i butami, które nie zmieściły się pod parasolką żony. Z nogawek zrobił się wodospad, a z butów jeziora. Mimo bytności w restauracji zdjąłem skrycie te buty i wylałem z nich wodę. Otrzepałem spodnie dopełniając dzieła tworzenia stawu na restauracyjnej posadzce. Żona była zdegustowana moim zachowaniem, ale nie byłbym taki bezczelny, gdyby nie fakt, że sama mnie poinformowała, iż cała podłoga stoi w wodzie.

Czekałem na te żeberka i nie miałem tęgiej miny. Trwało to ze dwadzieścia minut, podczas których rozważałem jak jechać dalej, gdy nie można liczyć na suche obuwie i ubranie. Martwiłem się też o nich, bo przecież i oni nie mieli suchych rzeczy. Przyszły żeberka w rękach miłej dziewczyny i zacząłem odtajać. Zawsze poprawia mi się humor, gdy słyszę ładny i miły głos. Tak samo mają widzący, tyle że gdy coś ładnego zobaczą, to znaczy wzrokiem. Rzadko kiedy zwracają tak jak ja uwagę na dźwięki. Jadłem to danie i czułem, jak schnę, to znaczy schnie moje ubranie. Pomyślałem, że nie ma tego złego… To fajna przygoda, o której będę mógł opowiadać, a jako autor książek i artykułów muszę mieć o czym pisać.

Pojechaliśmy dalej. Atmosfera nie była najlepsza, ale co tam – wakacje to wakacje. Dojechaliśmy do hotelu, zarejestrowaliśmy się, wzięliśmy klucz, weszliśmy do pokoju i rozpakowaliśmy się. Mokre rzeczy „poszły” do suszenia, ubraliśmy suche ubrania i poszliśmy na kolację. Wyglądało na to, że woda tam, gdzie nie jest potrzebna, już nam nie groziła. Myliłem się.

Wieczór, czas spać. Poszedłem pod prysznic. Przygotowałem ręczniki i wszystko, co niezbędne. Do łazienki wszedłem w kapciach, ale zaraz je zdjąłem, by wejść w klapki – takie basenowe. Pierwszy dzień w nowym hotelu; jakoś nie spodobał mi się brodzik – nie miałem pewności, czy jest czysty. Hotel wystarczająco dobrej klasy, by wszystko było czyste, ale brodzik wydał mi się jakiś śliski. Nic to, zdjąłem kapcie, założyłem klapki i wszedłem pod wodę. Milutko się wykąpałem i jeszcze w kabinie zacząłem się wycierać. Nie całkiem suchy wydostałem się z niej zostawiając w środku klapki. Stanąłem na ręczniku na podłodze i wytarłem do końca. Przyszedł czas na założenie pierwszego kapcia. Wysunąłem do przodu lewą nogę, trafiłem na kapeć, który stał przed ręcznikiem i – co to? Coś się nie zgadzało. Sprawdziłem go – pomyślałem, że lewy kapeć jest może na prawo, a prawy na lewo. Nic z tego. Na miejscu lewego kapcia stał owszem prawy, ale nie kapeć, lecz klapek. Przeraziłem się. Sprawdziłem więc, co zostawiłem w brodziku i – niestety – klęska. Leżał tam prawy klapek i lewy kapeć – totalnie mokry, jak wyjęty z wanny. No, przecież już dosyć mieliśmy wody we Wrocławiu! Co miałem sobie pomyśleć? Nietrudno się domyślić.

Może inni by się załamali – taka wpadka, jednak ja mam inaczej. Tak się uśmiałem i ucieszyłem, że hej! Dlaczego? Od razu pomyślałem, że będę miał o czym opowiadać, a głównie z cyklu ślepy los na wesoło. Chcę opowiadać o takich przygodach wszystkim, komu się tylko da. To ważne, by ludzie widzący wiedzieli, że nie widzieć może oznaczać trudności, ale z kolei one mogą być brane na wesoło, a nie jedynie poważnie. Kapeć sechł dwie i pół doby, tyle samo co buty wykąpane we Wrocławiu. Miałem jednak inne obuwie i nic mi się nie stało. W trzecim dniu po tamtych przygodach kapcie i buty były jak nowe. Nie zepsuły się, a na pewno były czyste – jak po wielkim praniu!

W czasie pobytu na Ziemi Kłodzkiej dużo zwiedziliśmy, odpoczęliśmy i sporo spraw załatwiłem przy okazji. Zwiedziliśmy Muzeum Papiernictwa w Dusznikach Zdroju. Firma Altix wyposażyła to muzeum w wypukłe tablice informacyjne i ścieżki naprowadzające dla niewidomych. Było tam interesująco, nie mogę więc narzekać na połączenie odpoczynku z pracą. Oby tak dalej.

Pożartować nie zaszkodzi!

Niepełnosprawni to nie tylko niewidomi, inni inwalidzi też miewają śmiesznie.

U okulisty

– Jaką literę teraz pokazuję?

– A gdzie pan jest?

Cud

Siedzi facet cały dzień w knajpie i pije. Zamroczony poleguje na stole z twarzą w kotlecie. Wieczorkiem, gdy się ocknął, próbuje wstać, ale nogi odmawiają mu posłuszeństwa. Podchodzi kelner i pyta:

– Podać kawę?

Przynosi, facet wypija i znowu próbuje wstać. Znowu nie może.

Kelner: – Jeszcze kawy? Przynosi drugą, facet wypija, z trudem wstaje na chwiejnych nogach i z trudem wraca do domu. Wali się na łóżko i zasypia. Rano budzi go telefon:

– Czego?

– Tu mówi kelner z baru. Czy będzie pan dzisiaj u nas?

– A bo co?

– Bo nie wiem, co mam zrobić z pana wózkiem inwalidzkim.

Anegdotka

To był czas, kiedy punkty naszej fundacji dostawały do rozdania książki napisane przez redaktora naczelnego Helpa – pana Marka Kalbarczyka.

Zadzwoniła do naszego punktu jakaś pani i zapytała:

– Czy są „Labirynty Marka”?

Nasza współpracowniczka, mając na myśli te publikacje, odpowiedziała pytaniem:

– Kalbarczyka?

– Chodzi mi o grę dla dzieci.

Życie jak „kino drogi”

Mam na imię Ola, całe życie mam problem z oczami, ale jestem krecikiem od 3 lat. Tak właśnie lubię określać się odkąd 3 lata temu straciłam wzrok w takim stopniu, że pozostało mi jedynie poczucie światła. Moja wrodzona wstydliwość skłania mnie ku temu, aby niniejszego artykułu nie podpisywać swoim nazwiskiem, jednak zapewniam że jestem osobą z krwi i kości, a historie tu zawarte przydarzyły się mi naprawdę. Z wykształcenia jestem magistrem rewalidacji, jak również oligofrenopedagogiem, socjoterapeutą i – o ironio! – tyflopedagogiem. Na ten moment dokształcam się i wkrótce będę technikiem masażystą oraz rehabilitantem narządu ruchu.

Pomimo tego, że nie do końca zaakceptowałam swoje problemy ze wzrokiem, staram się iść przez życie z uśmiechem i przymrużeniem (nomen omen) oka. Nie zniechęcam się trudnościami, a z każdej sytuacji umiem wyciągnąć zabawne wnioski. Odkąd jestem krecikiem przydarzyło się mi naprawdę sporo zabawnych sytuacji. Przedstawię tutaj serię moich motoryzacyjno-komunikacyjnych epizodów i gaf. Jak mawia do mnie moja przyjaciółka – W twoim przypadku dzień bez „przypału” dniem straconym!

W pośpiechu

Tego dnia byłam już całkiem nieźle spóźniona. Chciałam jak najszybciej dostać się na uczelnię, zamówiłam więc taksówkę. Rozmawiając żywo przez telefon z koleżanką, pędem udałam się w stronę już czekającego na mnie samochodu. Z impetem otworzyłam drzwi i zaczęłam gramolić się do auta. Ku mojemu zaskoczeniu, ale jeszcze większemu zaskoczeniu pana taksówkarza, okazało się, że… próbuję usiąść mu na kolanach! A ja już miałam komentować fakt, że to chyba bardzo ciasna taksówka…

Wypad do sklepu

Wraz ze znajomymi podróżowaliśmy samochodem. W pewnym momencie postanowiliśmy zatrzymać się na chwilę w sklepie. Byliśmy już całkiem blisko celu, dlatego stwierdziłam, że pozostanę w aucie, a mój mąż pójdzie zrobić zakupy. Po chwili oczekiwania drzwi obok mnie otworzyły się i samochód zaczął się zapełniać. Ucieszona, że mąż już wrócił, skłoniłam twarz w stronę postaci po lewej i radośnie powiedziałam – Daj buziaka! Buziak jednak nie nastąpił… A spoza samochodu usłyszałam głos ukochanego – Czy jesteś pewna, że to on ma dać ci buziaka? Dopiero wtedy zorientowałam się, że siedzi obok mnie kolega, a mój mąż zanosi się śmiechem oparty o drzwi auta.

Sterowana

To były początki większych problemów z widzeniem, wtedy jeszcze nie byłam gotowa tego zaakceptować i ukrywałam ten fakt. Przed sąsiadami udało się mi maskować przez 3 lata! Jak tego dokonałam? Z pomocą mojej mamy i pomysłu rodem z gry komputerowej. Mieszkam niedaleko swojego miejsca pracy, praktycznie wystarczy tylko przejść przez ulicę. Jednak po utracie widzenia nawet taki dystans był samodzielnie nie do pokonania.

Jednak chcąc zachować pozory autonomicznego docierania do pracy, obmyśliłam taki oto patent. Wychodziłam z domu z telefonem przy uchu, po drugiej stronie słuchawki była moja mama, która wyglądając przez okno i śledząc moją postać, na bieżąco korygowała trasę, jaką miałam do pokonania. Sprawdzało się to znakomicie! Oczywiście oprócz sytuacji, kiedy na przeszkodzie stawały, nazwijmy to, kobiece problemy nawigacyjne. Instrukcje nie zawsze były jasne i spójne. Kiedy mama mówiła mi – idź w prawo – okazywało się, że nagle musiała reagować i zaczynała krzyczeć – nie to prawo! Nie to prawo! No cóż, my kobiety chyba tak czasem mamy, prawda?

Uśmiech i do przodu

Tak jak pisałam na początku, staram się iść przez życie z uśmiechem i nie poddawać się codziennym trudnościom. Jest to o tyle łatwiejsze, że mam przy sobie cudowne, wspaniałe, bliskie osoby, które wspierają mnie oraz uczą tak potrzebnego i zdrowego dystansu do własnych ułomności. Umiejętność śmiania się z nich to najlepsza terapia! Moja przyjaciółka często mówi do mnie:

– Wiesz? Jesteś najlepszą psiapsiułą na świecie, bo zawsze mi mówisz, że pięknie wyglądam!

Z kolei z moim mężem lubimy się przekomarzać słowami:

Ja – Widziały gały co brały.

On – Czuły rączki co macały!

I tak wesoło jest u nas zawsze! Pozdrawiam czytelników kwartalnika HELP i życzę wszystkim uśmiechu, szczęścia i zabawnych zbiegów okoliczności, aby rubryka „Ślepy los na wesoło” pełna była niesamowitych opowieści z tyfloświata.

Moje zwykłe-niezwykłe życie

Pewnego razu, będąc na zakupach, podeszłam do stoiska z rajstopami. Od sprzedawcy dzieliła mnie dość szeroka, około trzymetrowa lada, na której znajdowała się ekspozycja rajstop, a za nią stał dodatkowy kosz z towarem, przy którym stała ekspedientka.

– W jakiej cenie są rajstopy z lycry? – zapytałam.

Nie otrzymałam odpowiedzi, więc zadałam pytanie po raz drugi i trzeci. Brak reakcji.

– Czy pani źle się czuje, czy ja zadałam trudne pytanie?

Nagle poczułam, jak ktoś łapie mnie za rękę i odciąga do tyłu. Była to moja siostra, która zanosiła się śmiechem i nie była w stanie przekazać mi informacji, że pani, z którą tak usilnie próbowałam nawiązać dialog, to manekin, a nie sprzedawca.

Podobną sytuację miałam w innej galerii handlowej, gdzie pytałam konika na biegunach czy nie orientuje się, od której godziny jest czynny supermarket. Myślałam, że to człowiek odpoczywający na wysepce.

Pewnego razu zostałam zaproszona na koncert do nowo wybudowanej filharmonii. Obiekt charakteryzuje nowoczesny styl, który z mojego punktu widzenia przekłada się na brak kontrastu, szarość, przepych szklanych ścian, w których wycięte otwory pełnią funkcję drzwi. Wejście tam graniczyło dla mnie z cudem. Owa „nowoczesność” utrudnia mi poruszanie się w nieznanych obiektach.

Na event nie poszłam jednak sama. Byli ze mną znajomi, więc udało mi się dotrzeć do sali koncertowej. Problem pojawił się, gdy musiałam wyjść wcześniej. Czułam się jak zagubione dziecko we mgle. Z odrobiną szczęścia dotarłam do szatni, w której zastałam osobę dyżurującą.

„Wreszcie dowiem się którędy mogę wyjść!” – pomyślałam.

– Przepraszam, gdzie jest wyjście? – zapytałam.

– Tam – odpowiedziała Pani szatniarka i wskazała kierunek ręką.

Pewnym krokiem poszłam w wyznaczonym kierunku. Nagle poczułam opór i uderzyłam głową w coś twardego. Okazało się, że to szklana ściana. Miałam wrażenie, że poruszyłam całą konstrukcję. Zrozumiałam że „tam” nie było tam, gdzie szłam.

Z natury jestem osobą aktywnie spędzającą czas wolny. Dlatego też ekspresję wyrażam między innymi poprzez taniec. Pewnego razu po ciężkim tygodniu pracy wybrałam się ze znajomymi do klubu. Impreza była jak zwykle udana. I nie miały na to wpływu napoje procentowe. Moje niedowidzenie jak zwykle spowodowało dodatkowe zabawne sytuacje. Tak też było tym razem, kiedy to pomyliłam toaletę. Zamiast do damskiej, zupełnie nieświadomie, weszłam do męskiej. Po reakcji otoczenia zorientowałam się o swoim położeniu. Mimo wszystko nie wycofałam się, a wręcz przeciwnie, pewnie poszłam w kierunku umywalek. Nagle usłyszałam głos chłopaka, który wyraźnie był skonfundowany.

– To jest męska toaleta! – wykrzyczał mężczyzna stojący przy pisuarze.

– Proszę sobie nie przeszkadzać. Ja i tak nie widzę – odpowiedziałam i udałam się w kierunku umywalki, by umyć dłonie.

Jakież musiało być zaskoczenie mężczyzny, gdy usłyszał moją odpowiedź.

Gdybym nie miała problemów ze wzrokiem, to zapewne nie miałabym okazji umyć dłoni w męskiej toalecie.

Kolejna historia z cyklu impreza na wesoło. Tym razem nie pomyliłam toalet. Pewnego razu wybrałam się ze znajomymi na imprezę. Po zakończeniu mieliśmy się spotkać o umówionej godzinie przy samochodzie. Po udanej zabawie nadszedł czas powrotu. Zgodnie z umową poszłam do auta i bez wahania wsiadłam. Zorientowałam się, że wszyscy już są. Kompletnie nie wiedziałam na co jeszcze czekamy. Zwracając się do kierowcy zapytałam:

– Dlaczego nie jedziesz?

Chwila ciszy, zmieszanie…

– Gdzie mamy jechać? Znamy się? – odpowiedział kierowca.

Na co ja odpowiedziałam:

– A nie?

Nagle wszyscy zaczęli się śmiać i to był ten moment kiedy zorientowałam się, że auto, w którym siedzę nie należy do moich znajomych.

Mieszkam na wsi, która jest znacznie oddalona od większych miast. Najbliższe powiatowe miasto znajduje się w odległości około 10 km od mojego miejsca zamieszkania. Z tego też powodu wszelkie zakupy wymagają zaangażowania osób posiadających prawo jazdy. Pewnego razu w odwiedziny do rodzinnego domu przyjechała siostra, która mieszka w województwie śląskim. Ma czarny, duży samochód (Toyota Hilux – informacja dla tych, którzy znają się na motoryzacji). Postanowiłam wykorzystać okazję i poprosiłam, by pojechała ze mną na zakupy. Ze względu na to, że nie lubię robić czegoś w pośpiechu, umówiłyśmy się, że po zakupach przyjedzie na umówione miejsce parkingowe. Czekając na nią zobaczyłam przejeżdżający duży, czarny samochód, który wbrew moim oczekiwaniom nie zatrzymał się.

„Że ja jestem ślepa to rozumiem, ale że ona mnie nie widzi?” – pomyślałam.

Zaczęłam krzyczeć i gonić ten samochód. Kierowca zauważył mnie i zatrzymał się. Wysiadł pan w stroju grabarza.

– Czy coś się stało, a może mogę w czymś pomóc?- zapytał.

– Chyba jednak nie, dziękuję – odpowiedziałam kompletnie zmieszana.

Okazało się, że goniłam karawan, a moja siostra za kilka minut przyjechała i zatrzymała się tuż przede mną. Tym razem nie reagowałam, by nie skompromitować się po raz kolejny. Siostra wysiadła i zapytała:

– Dlaczego nie wsiadasz?

Gdy usłyszałam znajomy głos i zobaczyłam, że jest to moja siostra, odpowiedziałam:

– Teraz już mogę.

Brajlowska kierownica

Często bywamy w telewizji albo w radiu. Emancypacja niewidomych i niedowidzących, walka o nasze prawa, dyskusje o naszym losie oraz o traktowaniu nas przez resztę społeczeństwa, są dla mediów interesujące. Stanowimy, co by nie rzec, grupę nie tyle trudną dla innych, ile specyficzną. Najprostsze tematy w zderzeniu z brakiem wzroku stają się skomplikowane, bo nieznane i niewyjaśnione. Narzekamy, że media zbyt rzadko o nas mówią, ale z drugiej strony jesteśmy w nich obecni i tak częściej, niż wiele innych grup obywateli. Obecność w mediach daje szansę na wyjaśnienie jak to jest, gdy się nie widzi wcale lub widzi się tylko troszkę. Dosyć niedawno zrozumiałem, że niewidomy niewidzący od urodzenia nie ma w wyobraźni telewizora jako ekranu, na którym toczy się jakaś akcja, jak mają widzący, lecz jako telewizyjną „objętość” wyczuwalną, gdy się telewizor obejmie dwiema rękami, a więc przede wszystkim jako jego tylną stronę z podłączonym kablem elektrycznym i antenowym. Właśnie tak poznaje to urządzenie niewidomy, gdy do niego podchodzi i go ogląda. Obejmuje go ramionami i rzeczywiście ma w dłoniach jako pierwszy tył jego obudowy. Trudno się dziwić, że media chętnie o tym rozmawiają. Podobnie z wieloma innymi kwestiami związanymi z życiem bez obrazów.

Zaproszono więc nas do telewizji po raz kolejny. Nie pamiętam, jaki to był program, może Jedynka, albo Dwójka, w każdym razie na pewno chodziło o ulicę Woronicza w Warszawie. Mieliśmy porozmawiać o szansach niewidomych w szkołach, na uczelniach i na rynku pracy. Mieliśmy tam dotrzeć w dosyć dużym gronie. Prowadzący audycję chciał porozmawiać z różnymi osobami i to nie tylko w sensie personalnym, ale przede wszystkim w kwestii zróżnicowania zajmowanych stanowisk i realizowanych ról. Mieliśmy dojechać do telewizji każdy z innej strony. Jedni z Mokotowa (mieli niedaleko), inni z Żoliborza, a my z Białołęki (mieliśmy najdalej). Dziennikarz czekał w poczekalni, która znajduje się na parterze gmachu telewizji. To tam zbierają się goście biorący udział w programach. Nasi docierali tam jeden po drugim. Niektórzy lubią przybyć wcześniej. Nie spieszą się, lecz wyjeżdżają z domu wystarczająco wcześnie, by dojechać bez nerwów. Inni denerwują się na samą myśl o występie i przedłużają wyjazd z domu. Potem spieszą się na trasie i wpadają do telewizji w ostatniej chwili. Nie wiadomo, która metoda jest lepsza – czy jechać spokojnie i przygotowywać się razem z prowadzącym audycję, czy lecieć na skrzydłach, by wpaść zadyszanym, jak najdłużej nie myśleć o programie i swojej w nim roli zgodnie z zasadą: im mniej czasu na myślenie, tym mniej stresu. Ja nie opowiadam się za żadną z tych metod, lecz po prostu mam tyle zajęć, że zazwyczaj dojeżdżam w ostatnim momencie, albo się spóźniam. Tak też było i wtedy.

Wyglądało na to, że zdążymy na czas, chociaż i owszem – moglibyśmy ruszyć wcześniej. Znowu mnie coś zajęło. Mijaliśmy kolejne skrzyżowania i światła, czas nieubłaganie leciał, a ja obserwowałem, jak urzeczywistnia się wizja spóźnienia. Zamiast jechać w spokoju i szykować się z innymi merytorycznie, byłem coraz bardziej zdenerwowany. Inni też się niepokoili.

Mój przyjaciel był już w gmachu telewizji. Przyjechał jako pierwszy i witał kolejnych gości. W holu pojawił się dziennikarz prowadzący program i zaczął aranżować audycję. Obok przyjaciela usiadła przy stoliku znajoma niewidoma studentka, która też brała udział w programie. On był spokojny. Nie pamiętam, by kiedyś się denerwował. Facet nie miał chyba nerwów, a stres był mu obcy. Co innego ona. Miała być w telewizji po raz pierwszy. Dopytywała się, kto już przyjechał, na kogo jeszcze czekamy i zaproponowała, by już iść do studia. Pewnie chodziło o to, by jak najszybciej się to odbyło i skończyło. Z coraz większym niepokojem odnotowywała fakt, że mnie jeszcze nie ma. Naciskała, by przyjaciel sprawdził, gdzie jestem i kiedy dojadę. Chyba mu za bardzo marudziła, bo uruchomiła jego sławny, nieokiełznany i złośliwy dowcip.

– Nie denerwuj się, on zawsze dociera na ostatnią chwilę.

– No, ale już powinniśmy przejść do studia i nagrywać.

– Spokojnie, studio jest zarezerwowane od konkretnej godziny. Wcześniej nawet nas tam nie wpuszczą.

– No, ale właśnie już jest ten czas.

– Naprawdę?

– Spójrz na zegarek!

– Faktycznie – spojrzał, sprawdził i potwierdził.

– No dobrze. To tylko tyle znaczy, że Marek na pewno jest nieopodal.

– No, ale mógłby jechać szybciej!

– No wiesz! A jak on ma jechać szybciej?

– A w czym problem?

– Czy uważasz, że niewidomy może jeździć szybciej niż Marek?

– Jak to: Marek? To on sam kieruje?

– Nie wiesz, że jest kierowcą i jako pierwszy na świecie ma specjalny samochód dla niewidomych z brajlowską kierownicą?

Niewidoma studentka najwyraźniej nie była zorientowana, że nie istnieje taka kierownica i taki samochód, i uwierzyła. Nie mogła się nadziwić, ale już snuła marzenia, że ona też będzie miała auto z taką przedziwną brajlowską kierownicą. Gdy dojechałem do telewizji i wyjaśniliśmy jej, że to tylko żart, obraziła się na nas i chyba do tej pory nas nie lubi.

Program się udał. Nasza grupa spisała się na medal. Zarówno widzący, jak i niewidomi goście byli w dobrej formie i humorze. Opowiadali o problemach naszego środowiska i możliwych rozwiązaniach. Nie poruszyliśmy tematu produkowania samochodów dla niewidomych, czy to wyposażonych w kamery i systemy komputerowe analizujące obrazy i sterujące ruchem ulicznym, czy polegające na brajlowskich kierownicach. Niewidoma studentka nie odzyskała humoru, bo też mój przyjaciel po prostu przesadził. Nie z każdym można żartować w taki sposób, jak on lubi.

Mimo braku specjalnej kierownicy, lubię kierować samochodem. Wsiadam za zupełnie normalną kierownicą, a obok sadzam kogoś widzącego. To on kontroluje wydarzenia i jedziemy. Mój rekord prędkości wynosi 30 kilometrów na godzinę i został ustanowiony na ulicy Dewajtis w Warszawie. Był wieczór i nikt wtedy nie przechadzał się tą ulicą. Nie minęliśmy żadnego samochodu, ani pieszego, więc mogłem się rozpędzić do „niebotycznej” prędkości. Wiem, że w ogóle nie powinienem jechać, ale przyjemność była bardzo duża.

Ach, te smażone rybki…

Było to dawno temu. Zanim opowiem coś wesołego z ostatnich lat, muszę spisać relacje z wydarzeń, które są powoli zacierane przez czas. Było to na tzw. obozie sportowo-rehabilitacyjnym, który co roku organizował kiedyś Polski Związek Niewidomych. Lubiliśmy jeździć na te obozy. Zbierało się tam około stu osób. Najpierw lubiliśmy tam być, bo byliśmy młodzi, chodziliśmy do liceów, a razem z nami byli starsi od nas studenci. Dla chłopaków szesnasto- czy siedemnastoletnich możliwość spędzania czasu ze studentami, podpatrywanie ich zachowań, przysłuchiwanie się rozmowom było interesujące. Potem dobrze się bawiliśmy jako studenci, bo podobało się nam z kolei to, że jeżdżą z nami młodsi, dla których byliśmy idolami. Tak czy inaczej wiele pokoleń niewidomych i niedowidzących przeszło dobrą szkołę życia na tych obozach.

Co my tam robiliśmy? Wszystko! Były zajęcia rehabilitacyjne, sportowe, rozmaite zabawy i grandy. Tak samo dobrze bawiliśmy się podczas gry w tzw. piłkę dźwiękową, jak podczas ognisk z kiełbaskami i kartofelkami. Najfajniej jednak było podczas tzw. dnia obozowicza, kiedy to my rządziliśmy, a kadra się ukrywała, byśmy jej nie dopadli i nie kazali myć talerzy, albo sprzątać pokojów. Na takich obozach były też organizowane wycieczki. Kiedyś pojechaliśmy do Trójmiasta. Zwiedzaliśmy różne zabytki i atrakcje, ale mieliśmy też trochę wolnego czasu. I gdzie poszliśmy wtedy w Gdyni? Oczywiście na smażone rybki. W tamtych czasach Polacy nie należeli do specjalnie dobrze najedzonych, toteż marzyło się o smacznej świeżej rybce jak nie wiem co.

Siedliśmy przy stoliku (znaczy ja z moim przyjacielem Andrzejem) i poczekaliśmy na dziewczynę, która przyjmowała zamówienia. Podeszła, zamówiliśmy po kargulence i butelce coli oczywiście, bo ona wiodła w tamtych czasach prym. Była nadal nowością i szlagierem, gdy przed jej epoką mogliśmy zadowalać się jedynie jakąś nieokreśloną oranżadką. Czasem ten polski napój był naprawdę smaczny, a czasem pożal się Boże.

Po jakimś czasie dziewczyna przyniosła nam rybki i zabraliśmy się do jedzenia. Obok naszego stolika były inne, wszystkie zajęte, a najbliżej siedział jakiś facet z towarzyszką. Słyszeliśmy, że rozmawiają, ale nie wiedzieliśmy o czym. Nie słuchaliśmy, bo sami byliśmy nad wyraz gadatliwi. Niedużo czasu zajęło nam zjedzenie naszych porcji i czekaliśmy na rachunek. Co jakiś czas pojawiały się mocne powiewy wiatru. Morze nie było daleko, więc zapewne była to bryza. W Gdyni często wieje wiatr niedaleko brzegu, a właśnie tam byliśmy. Nie znaczy to jednak, jakoby można było zgadnąć, czy przewidzieć, co się mogło stać. Pojawił się więc jakiś mocniejszy powiew, coś przed moim nosem szurnęło i zaraz się uciszyło. Niczego podejrzanego nie zauważyłem. Pomyślałem, że co najwyżej przesunął się lekko mój talerzyk z resztkami ryby. Siedzę sobie spokojnie, minę mam roześmianą, bo ten Andrzej nieustannie gaworzył. Miał taki talent do bajdurzenia, że trzeba było trzymać się za brzuch raczej ze śmiechu, niż głodu lub przejedzenia. Jakoś zrobiło się cicho i po pewnym czasie facet siedzący najbliżej nas odezwał się dziwnym głosem: „Czy może pan to zabrać?” Skąd miałem wiedzieć do kogo to mówi oraz z jakiego powodu ktoś miał coś zabierać? Mój przyjaciel już zaczął pękać ze śmiechu, ale się powstrzymywał. A ja nic! Mam myśli zupełnie gdzie indziej, czemu pewnie towarzyszyła idiotycznie spokojna i głupkowata mina.

Facet obok powtórzył swoje żądanie, ale teraz nie było to grzeczne – raczej zaczepne. Wtedy zaczęło do mnie docierać, że jest obrócony w moją stronę, co być może oznacza, że mówi do mnie. Mój przyjaciel zaniemówił i chyba chciał się śmiać, ale tego nie robił. Za to towarzyszka faceta szemrała coś po cichu, a ten coraz bardziej się wkurzał. Coś tam psioczył, a ja nadal nic.

Jakież było moje zdziwienie, gdy Andrzej powiedział mi, gdy oni już wstali i się oddalili, że mocno narozrabiałem. Wiatr, który przemknął mi przed nosem, zgarnął ze stolika mój tekturowy talerzyk z resztkami rybki: ogonek, skórka, małe płetwy, może był tam też łepek, uniósł to do góry i przeniósł w stronę tegoż faceta. Tam lot tego „samolociku” się zakończył na jego piersiach. Trudno się dziwić, że się wściekał, ale potem, gdy obaj z Andrzejem wyobrażaliśmy sobie tę scenę: faceta z talerzykiem przyklejonym do koszulki jak medal z wychylającymi się w dół resztkami mojej rybki, jego towarzyszkę szepczącą mu do ucha zapewne o tym, że nie ma co się awanturować, bo ja jestem niewidomy, Andrzeja, który ledwo powstrzymywał się od parsknięcia śmiechem i wreszcie mnie z idiotyczną miną wyglądającą prowokacyjnie, nie mogliśmy powstrzymać się od śmiechu. Och, jak dobrze, że ten gość nie był przy stoliku sam, bo bez tej towarzyszki dałby mi zapewne w twarz, a dopiero potem dowiedziałby się, że nie mogłem mieć innej miny, gdy nie wiedziałem, co wylądowało na jego koszulce. Niech mi ten gość choć teraz wybaczy.

Zdumienie

Zjawisko, o którym opowiem, zauważyłem wiele lat temu. Nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że jestem niedorozwinięty, czy w jakiś sposób upośledzony umysłowo tylko dlatego, że nie widzę. Zaczęło się wszystko od nieszczęsnej rozmowy na dworcu. Czekaliśmy na pociąg. Żona, opowiadała mi jak bardzo brudno jest w poczekalni i dworcowym holu. Poczułem, że stanął przy mnie obcy mężczyzna. Ni stąd, ni zowąd ryknął w moje ucho:

– Pani, a mąż od dawna nie widzi?

Zdrętwiałem. Potraktował mnie jak powietrze. Małżonka wykazała się roztropnością, odpowiadając:

– Niech pan męża zapyta, bo chociaż nie widzi, to mówić potrafi.

Nie mogłem przypuszczać, że ten przypadek to wierzchołek góry lodowej, epizod pierwszy z wielu.

Na przykład: wychodzimy z poczty i ktoś głośno zwraca się do mojej żony:

– Pani, a mąż ma rozwiązany but!

Kryjąc śmiech zaczęliśmy gubić się w domysłach. Znowu ktoś pomyślał, że skoro nie widzę, to pewnie też nie słyszę, albo nie rozumiem co się do mnie mówi, czy może zwyczajnie nie umiem wiązać butów i ktoś najbliższy musi to za mnie robić. To zdarzenie było jeszcze stosunkowo niewinne, ale jak tu się nie zdenerwować, kiedy pewnego razu, w drzwiach mojego mieszkania stanął sąsiad i zapytał, o której żona wraca z pracy. Odpowiedziałem, że powinna być za godzinę. Stwierdził, że przyjdzie później. Byłem pewien, że czegoś potrzebuje i tylko ona może mu pomóc. Jakież było moje zdziwienie, gdy po godzinie przyniósł pismo ze Spółdzielni Mieszkaniowej, które obwieszczało nową wysokość czynszu. Podszedłem do niego i nadmieniłem, że mógł spokojnie mi tę kartkę zostawić, wtedy nie musiałby fatygować się ponownie. W odpowiedzi usłyszałem:

– No pewnie, ale wie pan…

Zacząłem się zastanawiać co może znaczyć takie tajemnicze „wie pan”, ile obaw może w sobie zawierać. Pewnie wymyślił sobie, że w rodzinie niewidomego widząca żona załatwia wszystkie sprawy, a ja nie mam o niczym pojęcia i że mogę zgubić ten papierowy świstek, albo go zjeść. Oczywiście zawsze możliwe, że takie zachowanie powoduje jeszcze coś innego, tylko że moja wyobraźnia nie sięga tak daleko. Przytoczone sytuacje być może są zabawne, ale mnie osobiście irytują i nigdy nie zdołam przywyknąć do takiego traktowania.

Ach te czekoladki!

Owszem, było to dosyć dawno. Może wolelibyście, bym napisał coś bardziej aktualnego. Przyjdzie na to czas. Jako autorowi wydało mi się za lepsze trzymać się chronologii i opowiadać przygody po kolei.

W latach 80. naprawdę w sklepach nie było nic, no, prawie nic. Robienie zakupów polegało na dowiadywaniu się, gdzie rzucą towar, ustawianiu się w kolejce i pilnowaniu swojego miejsca. Powstały nowe, niespotykane wcześniej oraz gdzie indziej zajęcia. Można było wynająć sobie gościa, który łapał miejsce w nocy, albo nawet wieczorem i stał w kolejce. Zleceniodawca przychodził w ostatniej chwili, dziękował za pomoc i wkraczał do kolejki. Duże kolejki organizowały się. Powstawały listy kolejkowe, na które wpisywali się czekający. Ktoś, kogo na niej nie było, nie mógł dostać towaru. Powstawały też komitety kolejkowe, które pilnowały porządku. Było to ważne w sprawach większej wagi, na przykład gdy chodziło o przydział mieszkania, samochodu itp. W kolejkach ludzie uczyli się rozmawiać. Naśladowali medialnych bohaterów. Z jednej strony w skeczach aktorzy powtarzali to, co i jak się gadało w kolejkach, a z drugiej kolejkowicze mówili językiem tamtych. W tamtych czasach powstało mnóstwo kawałów o kolejkach, które warto przeczytać, bo do dzisiaj są naprawdę śmieszne.

Do sklepu mięsnego przychodzi starsza pani w kapeluszu i pyta:

– Przepraszam bardzo, czy jest taka szyneczka wędzona do gotowania?

– Nie ma.

– A ozorki w galarecie?

– Nie ma.

– A polędwica?

– Nie ma.

– A kiełbasa jałowcowa?

– Nie ma.

– A boczek chudy, podwędzany?

– Nie ma.

– A baleron?

– Nie ma.

Starsza pani wychodzi. Na to mówi jedna ekspedientka do drugiej:

– Popatrz, Kryśka, taka stara, a jaką ma pamięć!

Sytuacja niewidomych w kolejkach była specyficzna. Zawsze mamy prawo skorzystać z zakupu towaru lub zamówienia usługi bez kolejki. Teraz jednak ma to mniejsze znaczenie i często rezygnujemy z tego prawa. Wtedy jednak prawo to miało znaczenie ogromne. Gdy w domach nie było ani deka wędliny i mięsa, w butach pojawiła się dziura, a nie było następnych, robienie zakupów w pierwszej kolejności miało znaczenie zasadnicze.

Czy wiecie co było na kartki? Wyobraźcie sobie, że bez nich nie można było kupić mięsa, wędliny, cukru, obuwia, alkoholu, benzyny itd. Bez talonów, które trudno się załatwiało, nie można było kupić dywanu, telewizora, radia, magnetofonu, mieszkania, samochodu itd. Braki na rynku były tak poważne, że kiedy w roku 1979 pojechaliśmy na obóz organizowany przez PZN, nie mieliśmy co jeść. Przez kilka dni jedliśmy po trochu marny bigos na obiad, nie wspominając o cienkich śniadankach i kolacjach. Żeby było lepiej, trzeba było mieć lepszego i sprytniejszego kierownika obozu, który potrafiłby dogadać się z władzą, tzn. z jakimś jej reprezentantem na danym terenie.

– Towarzyszu Sekretarzu (mowa o sekretarzu gminy), czy moglibyśmy liczyć na Waszą pomoc? Mamy tutaj obóz niewidomej młodzieży, w którym uczestniczą studenci i uczniowie liceów z całego kraju. Wiecie Towarzyszu, rehabilitujemy ich. Organizujemy dla nich różne zajęcia. Wcześniej rozmawialiśmy z Towarzyszem „X” z Komitetu Centralnego i Towarzyszem „Y” z Komitetu Wojewódzkiego, do którego nas odesłał. Z ich pełnym poparciem napisaliśmy do Was w maju pismo, żebyście wiedzieli, że będziemy gościli w waszym pięknym ośrodku nad jeziorem.

– Tak, tak, pamiętam. Wiecie, bardzo się ucieszyliśmy, że przyjedziecie tutaj do nas i to młodzi z całego kraju. Wiemy, jakie znaczenie mają dla kraju studenci. To oni będą potem na nas pracowali. No, ale co Was do nas sprowadza? Chyba wszystko macie tam w porządku?

– Tak Towarzyszu Sekretarzu, jest wspaniale. Wszyscy tu o nas dbają, bardzo miło nas goszczą.

– No, to dobrze. Jak Wam niczego nie brakuje, to ładnie. Wpadnijcie do mnie pod koniec obozu, to zorganizujemy małe spotkanko. Znajdziemy jakąś małą buteleczkę. A w Warszawie powiedzcie Towarzyszom, że trzeba odpoczywać u nas, bo dbamy o gości jak należy.

I tutaj wychodziły na jaw zdolności organizatora. Albo potrafił powiedzieć, że brakuje mu jedzenia, albo się bał i wolał nic nie mówić. Kierownik, którego tutaj pokrótce wspominam, wolał nie wykłócać się o nasze jedzenie. Lepiej dla niego, gdy my kłóciliśmy się o to z nim samym. To przynajmniej niczym mu nie groziło.

Wracam jednak do mojej kolejkowej przygody. Na rynku brakowało też słodyczy. Na tamtym obozie nie było ich w ogóle. Trudno było je tam sobie wyobrazić. Gdy nie było porządnych obiadów, nie do pomyślenia były też czekoladki! Co jakiś czas „rzucali” na rynek słodycze. W Wedlu zdarzało się to raz czy dwa razy na tydzień. Od rana, albo nawet jeszcze przed świtem, przed tymi sklepami gromadziły się tłumy. Warszawiacy i tak byli wyróżnieni, bo co by nie rzec, nam coś rzucano. W innych miastach, a tym bardziej miasteczkach i wioskach nie dawano niczego.

Podjechaliśmy przed ten sklep. Zaparkowaliśmy dosyć daleko. Wysiadłem i przeszedłem kilkadziesiąt metrów w stronę sklepu. Od dłuższego czasu słyszałem odgłosy kolejki. Była tak duża, że trafienie tam nie było trudne. Widzicie jak to jest. Teraz niewidomi nie wiedzą, gdzie są drzwi wejściowe do sklepów, a wtedy wiedzieli. Kolejkowicze hałasowali i wskazywali drogę. Podszedłem blisko i straciłem humor. Kolejka była tak duża, że nie wyglądało na to, że zdołam coś kupić. Owszem, brałem pod uwagę, że mnie wpuszczą bez kolejki, ale gdy był aż taki tłum, realizacja tego prawa była ryzykowna. Przecież nie chodziło o to, by się przepchnąć, lecz skorzystać z czyjejś pomocy i móc kupić choć troszkę.

Udało się, ale jak! Stanąłem na lewo od drzwi, ze dwa metry od ściany. Dalej był już tłok. Stanąłem po cichu, bo realizowanie zakupów bez kolejki nie mogło i nie może polegać na domaganiu się, lecz na czekaniu na reakcję i pomoc innych. Przed drzwiami tłum się kłócił. W takich warunkach szanse dla mnie były nikłe. Powoli nabierałem ochoty do powrotu, ale jeszcze chwilkę poczekałem. W końcu nigdy nie wiadomo, co się wydarzy. Miałem rację.

Kolejkowicze kłócili się z jednym facetem. Był nieco podpity. Uważał, że zabrali mu jego miejsce, że stał już niedaleko drzwi, a oni go wyrzucili. Domagał się wpuszczenia do sklepu. A tam wpuszczali po 10 osób. Gdy otworzyły się drzwi, komitet kolejkowy wpuścił następnych 10 osób. On chciał się wepchnąć, ale siłą go zatrzymali. Awantura rosła. Tym bardziej chciałem się wycofać, gdy nagle on na mnie spojrzał i się ucieszył:

– Panowie, tu jest niewidomy, a ja jestem jego PRZODOWNIKIEM!

Chyba sobie wyobrażacie, jakim śmiechem wybuchnęła kolejka. Była ogromna, może na 150 osób i oni wszyscy, to znaczy ci, którzy zdołali usłyszeć jego donośny głos, wpadli w trans i śmiali się do rozpuku. Mnie też się chciało śmiać, ale nie wiedziałem czy mi wypada. Wtedy tego nieco podpitego gościa wyrzucili ostatecznie, a mnie siłą wepchnęli do sklepu. Oh, jakie dobre były wtedy te Warszawskie Przysmaki Wedla, a cukierki bajeczne i pierroty?

W taksówce

Dzisiaj opowiem Państwu, jakie myśli znajdują miejsce w głowie starzejącego się taksówkarza. Bodajże trzy lata temu jechałem z nim do pracy, przez większość czasu rozmawiając przez telefon. Kiedy skończyłem, kierowca taksówki odwrócił się do mnie i spytał:

– Pan ma jakieś kłopoty ze wzrokiem?

Kiwnąłem głową twierdząco.

– To znaczy pan niedowidzi?

Sytuacja zaczynała mnie bawić. Spokojnie odpowiedziałem:

– Nic nie widzę, nawet światła.

– Zupełnie nic? To ma pan przerąbane!

– Gorzej było i chwalili – powiedziałem, zdecydowanie mniej rozbawiony.

– Nie rozumiem pana, różne są kalectwa, ale nie widzieć to jest chyba najgorsze.

– To zależy od człowieka, od tego czym się zajmuje i jak o sobie myśli.

– Co mi pan chce powiedzieć? – wyjąkał zakłopotany.

– Ja na przykład mam swoją pracę, rodzinę i mnóstwo dodatkowych zajęć. W sumie uważam siebie za wyjątkowego szczęściarza.

– Nie może pan być szczęśliwy, skoro nie ma pan tego najważniejszego!

– O czym pan teraz mówi? – zapytałem.

– No, przecież o widzeniu właśnie!

Kurs dobiegł końca. Wręczając kierowcy zapłatę, podjąłem pojednawczo:

– Naprawdę znam wielu szczęśliwych niewidomych.

Nagle usłyszałem coś podobnego do warknięcia.

– Niech mi pan tu bzdur nie opowiada!

Jestem człowiekiem zrównoważonym i nie jest łatwo mnie zdenerwować, a tu nagle poczułem, że robi mi się gorąco, a w skroniach zaczyna dudnić. Wysiadając z taksówki stwierdziłem lekko nerwowym tonem:

– Jestem niewidomy od czterdziestu pięciu lat i jakoś sobie radzę.

Od tego czasu ten człowiek nie może mi wyjść z głowy.

Najwyraźniej wiedział lepiej, co powinienem odczuwać.

Niestety, dla wielu, najważniejsze są te opinie, które sami wygłaszają, często nie zważając na to, że o danym zagadnieniu nie mają zielonego pojęcia.