Indie. Pamiętnik z podróży (cz.2)

W grudniu moja przygoda z Indiami zaczęła zbliżać się ku końcowi. Wszystkie egzaminy na Uniwersytecie zdane, a sama Kalkuta poznana niemalże w każdym centymetrze. Mimo, że święta Bożego Narodzenia nie są w Indiach obchodzone, to świąteczna atmosfera wewnątrz mnie sięgała zenitu. Może to była tęsknota za rodziną czy też polskim jedzeniem, nie wiem. Wiedziałam jednak, że na sam koniec mojego pobytu została mi przysłowiowa wisienka na torcie – New Delhi, Agra ze słynnym Taj Mahalem oraz Rajasthan. Zostawiłam sobie to na koniec, bo lot powrotny do Polski miałam z New Delhi, a że podróż z Kalkuty do stolicy nie należy do najkrótszych, to chciałam połączyć zwiedzanie tych rejonów z moim powrotem.

W podróż udałam się wraz ze swoim chłopakiem Kubą oraz przyjaciółką Mariolą. Ze stacji kolejowej w New Delhi zostaliśmy odebrani przez naszych przyjaciół – Sagara oraz Anuraga, których poznaliśmy trzy miesiące wcześniej podczas naszego pobytu na Goa. Zadbali oni, aby niczego nam nie zabrakło oraz uczynili nasz pobyt w tym mieście o wiele przyjemniejszym. New Delhi jest olbrzymim miastem tętniącym życiem, jednak nie miałam wystarczająco dużo czasu aby poznać je do końca. Miejsca, które dane mi było ujrzeć, były dlatego starannie wybrane. Zobaczyłam m.in. Grobowiec Humajana, wzniosły minaret Qutub Minar oraz Bramę Indii, zbudowaną na cześć poległych żołnierzy indyjskich w I wojnie światowej. Jednak największe wrażenie w samym New Delhi wywarł na mnie Red Fort – olbrzymia forteca wykonana w całości z czerwono–pomarańczowego kamienia. Położona na wzniesieniu, idealnie symetryczna, z majestatycznie powiewającą na wietrze pomarańczowo–biało–zieloną flagą.

Na osobną uwagę zasługuje również Lotos Temple – miejsce o unikatowym charakterze, którego wygląd idealnie opisuje sama nazwa. Imponujących rozmiarów świątynia, kształtem przypominająca rozkwitający biały kwiat lotosu, otoczona lazurowymi basenami. Zarówno w środku jak i na zewnątrz w oczy uderzał brak jakichkolwiek symboli religijnych – to miejsce poświęcone zostało wszystkim, bez żadnych wyjątków, religiom świata. Każdy człowiek może przyjść tutaj, aby oddać cześć swojemu Bogu lub bogom.

Choć czułam, że nie nasyciłam się New Delhi, nasz napięty harmonogram nie znał litości – musieliśmy udać się w dalszą podróż. Na dworcu kolejowym spotkaliśmy się z niemiłym doświadczeniem – spiesząc się późnym wieczorem na pociąg zostaliśmy zatrzymani przez Hindusa, który podając się za pracownika kolei, poprosił nas o okazanie biletów, oznajmiając następnie, że nasz pociąg został niestety odwołany z powodu wypadku. Widząc nasze rozgoryczenie, przekonująco okazał empatię i zaproponował zorganizowanie transportu zastępczego za rzekomo niewielką opłatą. Na szczęście ponad czteromiesięczne doświadczenie zobligowało nas, aby uważać w takich sytuacjach – woleliśmy na wszelki wypadek poczekać na peronie na nasz pociąg, który przyjechał na czas. Leżąc już na swoim łóżku w pociągu zastanawiałam się ilu turystów jest oszukiwanych codziennie przez takich ludzi. Niestety, osoba niewidoma, która natrafiłaby na podobną sytuację, nie byłaby w stanie sprawdzić wiarygodności tej informacji i na pewno zostałaby oszukana.

Stacja kolejowa Agra Fort, na której mieliśmy wysiąść, również była ciekawym doświadczeniem – przespawszy postój, zostaliśmy obudzeni przez Hindusa, który chciał usiąść na swoim miejscu – w przerażeniu wyskakiwaliśmy z nabierającego prędkości pociągu. Jednak główny cel naszego przyjazdu był tego wart. Taj Mahal – najtłumniej odwiedzane przez turystów miejsce w całych Indiach. Stojąca na kwadratowym piedestale, idealnie symetryczna Świątynia Miłości, wykonana z białego marmuru, uwieńczona ogromną kopułą, która kształtem przypomina mi serce. W każdym rogu piedestału znajdują się wysokie i smukłe wieżyczki. Bardzo długo czekałam na moment, w którym go zobaczę i muszę przyznać – nie zawiodłam się. Po przejściu zewnętrznej bramy, w końcu ukazał się moim oczom: stojący w oddali, subtelny, biały, bajeczny. Smukła kopuła zalana zachodzącym już słońcem. Z oddali ma się mylne wrażenie jakoby zewnętrzne wieże były większe od wewnętrznych, ale to jedynie efekt perspektywy – wszystkie są identyczne. Ścieżka prowadząca do niego ciągnie się wzdłuż długiego basenu z fontannami i przyciętymi drzewami. Z bliska widać, że budynek jest pokryty misternymi rzeźbami pnączy kwiatów, które przeplatają się ze sobą. Taj Mahal jest niezwykle pięknym i romantycznym monumentem, ale tym bardziej wzruszająca jest jego historia. Zbudowany został na początku XVII wieku przez władcę, który chciał upamiętnić swoją ukochaną małżonkę – Mahal. Zmarła ona próbując przynieść na świat jego dziecko.

Z Agry udaliśmy się prosto do Jaipuru – różowego miasta. Zwane tak, bo – jak łatwo się domyślić – zabytkowe centrum miasta zbudowane jest niemalże wyłącznie z różowego kamienia. Targując się na dworcu z kierowcami riksz o cenę dojazdu do hotelu, zostaliśmy otoczeni przez żebrzące dzieci. Taki widok był już nam doskonale znany i spotykany zarówno w Kalkucie jak i Mumbaju czy Chennai, jednak tutaj dzieci były wyjątkowo napastliwe i nie dające się przegonić. Przedstawiały sobą żałosny i wzruszający widok – brudne, w większości bose, odziane jedynie w pozostałości ubrań. Najstarsze miały może 12 lat, najmniejsze – aż bałam się myśleć. Z determinacją w głosie musieliśmy krzyczeć „nie” i uwalniać się z uścisku małych rączek, chwytających za ubranie. Choć robiłam to z kamiennym wyrazem twarzy, w głębi serca nienawidziłam się za to, że odmawiam im pomocy. Nikt w mojej opinii nie zasługuje bardziej na pomoc jak właśnie te dzieci, jednak danie im pieniędzy nie rozwiąże ich problemu – i tak trafią one najprawdopodobniej do rąk ich dorosłych opiekunów, którzy zdają sobie sprawę, że dzieci są bardziej skuteczne w żebraniu niż dorośli i dopuszczają się nawet okaleczania ich, aby zbudzały większy żal i tym samym więcej zbierały pieniędzy z jałmużny.

Negocjując cenę z taksówkarzami w Indiach trzeba uważać na jedną rzecz: gdy zgadza się zabrać pasażerów za niższą cenę niż oferują konkurenci – to najprawdopodobniej będzie próbował zabrać Cię po drodze do konkretnego sklepu, z którego otrzymuje prowizję za każdego klienta, którego przywiezie. Może to się okazać przykrym doświadczeniem, bo z reguły właściciele takich sklepów są bardzo zdeterminowani, aby sprzedać Ci swoje towary, rzadko się poddają i źle przyjmują odmowę. Jednak nauczeni już podstaw asertywności często zgadzaliśmy się na takie warunki przejazdu – płaciliśmy mniej za przejazd, a koniec końców nie jesteśmy zobligowani do kupowania czegokolwiek. Dlatego zgodziliśmy się na taką wycieczkę również w Jaipurze. Jednak ku naszemu zdziwieniu sklep z tekstyliami, do którego zostaliśmy zawiezieni przez rikszę, okazał się dla nas bardzo ciekawym punktem naszej wycieczki. Mieliśmy okazję zobaczyć jak wygląda proces barwienia materiałów i nadawania im najprzeróżniejszych wzorów. Osobiście przykładałam do tkaniny stempel z wyciosanym obrysem słonia, który był zanurzony w czerwonym barwniku. Właściciel szybko przekonał się, że jesteśmy studentami, którym nie uda się niczego sprzedać, jednak cały czas był do końca uprzejmy, a zabarwione przez nas kawałki tkanin pozwolił zabrać ze sobą, co teraz stanowi dla mnie miłą pamiątkę.

Ostatnimi punktami naszej podróży był Pushkar oraz Udaipur – stosunkowo małe miasteczka położone w Rajasthanie. Pushkar urzekł nas swoją niebieską zabudową i malowniczym położeniem na brzegu jeziora. Mogliśmy podziwiać dużą liczbę ghatów – świętych dla Hindusów szerokich schodów prowadzących do tafli wody, na których stopniach dokonują często różnego rodzaju ceremonii religijnych. W Pushkarze również wybraliśmy się na kilkugodzinną przejażdżkę na wielbłądach po pustyni Thar. Jadąc na wysokim, o wiele wyższym od końskiego, grzbiecie Rambo – tak nazywał się mój wielbłąd, mogłam podziwiać surowe piękno pustynnego krajobrazu. Udaipur natomiast jest słynny z pięknego pałacu, położonego na wyspie pośrodku jeziora, który pełni obecnie funkcję hotelu. Był on miejscem akcji jednego z filmów ze słynnym Jamesem Bondem, nakręconej w 1983 roku – „Ośmiorniczki”.

Po powrocie do New Delhi nie miałam już czasu na zwiedzanie – pozostało mi jedynie kilka godzin na pakowanie się i pożegnania. Podsumowując moje półroczne studia – Indie są ciężkie do opisania. Jeszcze nigdy nie zetknęłam się z tak wieloma na pozór sprzecznymi doznaniami jednocześnie jak właśnie w Indiach – piękno i nieskazitelność miesza się tu z brudem i przerażającym ubóstwem. Festiwal kolorów tworzonych przez warzywa, owoce i szaty na bazarach przeplata się z przytłaczającym widokiem brudnych i zaniedbanych żebraków. Wdychając pełną piersią zapach orientalnych przypraw można często poczuć zapach potu lub moczu. Patrząc, wdychając, a także słuchając czuje się, że jest to miejsce zupełnie odmienne od tego, w którym się wychowałam, ale z drugiej strony praktycznie z każdym można porozumieć się po angielsku. Czerpiąc inspirację z akcji reklamowej rządu indyjskiego – mogę z całą mocą powiedzieć, że Indie są incredible.

Podróżować i zamknąć oczy

Albert Einstein uważał, że „wyobraźnia jest wszystkim, pokazuje jakie atrakcje czekają nas w życiu”. Podpisuję się pod tym stwierdzeniem dwiema rękami. Po podjęciu decyzji odbycia jakiejkolwiek podróży wyobrażamy sobie jak tam będzie. Czy miejsce, do którego jadę nie rozczaruje mnie? Czy obrazy miejsc, które oglądam i za kilka dni odwiedzę będą równie piękne jak na zdjęciach, które widziałam? Czy to wszystko na co się nastawiam spełni moje oczekiwania? Te pytania nie były mi obce, kiedy wylatywałam na wyspę Rodos w Grecji. Nie mogłam doczekać się momentu, kiedy tam będę – to była moja pierwsza wyprawa w takie miejsce. Długo oczekiwany urlop zapowiadał się wspaniale. Kiedy znalazłam się w miejscu przeznaczenia zaczęła się moja tygodniowa przygoda, której każdego dnia odkrywałam nowe miejsca, smaki i zapachy.

Ponad roczna praca w Fundacji Szansa dla Niewidomych wywarła wielki wpływ na postrzeganie przeze mnie otaczającego świata. Pracuję w bydgoskim tyflopunkcie Fundacji od początku jego powstania, na co dzień poznaję ludzi z dysfunkcją wzroku, którzy inaczej ,,patrzą na otaczający ich świat”. Wsłuchuję się wnikliwe w ich obserwacje, analizuję poglądy i doświadczenia życiowe. Pewnego dnia naszła mnie pewna refleksja, która całkowicie zmieniła mój pogląd na spędzanie tegorocznych wakacji.

A co będzie jeżeli przez kilka minut zamknę oczy i zacznę ,,patrzeć inaczej” na otaczającą mnie wakacyjną rzeczywistość? Pytanie to kołatało się w moich myślach. Postanowiłam poznać na nie odpowiedź i podzielić się z Państwem moimi wrażeniami z pobytu na Wyspie Słońca. Chyba nie przesadzę pisząc, że na Rodos zawsze świeci słońce. Ponad 300 dni słonecznych w roku mówi samo za siebie. Przez siedem dni mojego pobytu na niebie nie było ani jednej chmury! Wygrzewając się w słońcu mogliśmy z przyjaciółmi obserwować jedynie pojedyncze obłoki pojawiające się nad Turcją. Natomiast tylko jednego dnia pojawiły się pasma chmur, jednak szybko wiejący wiatr w mig się z nimi rozprawił.

Pobyt na Rodos w czerwcu był magiczny pod względem unoszących się zapachów: kwitło wszystko, co tylko mogło – hibiskusy, pnącza, pelargonie i cała masa innych roślin, których identyfikacji nazw nie jestem w stanie się podjąć. No i te cykady wieczorami… po prostu niezwykły, prywatny, niekończący się koncert.Hotel ulokowany był bezpośrednio przy długiej, żwirowo-kamienistej plaży w północno-wschodniej części wyspy. Warto wiedzieć, że większość plaż na Rodos, jeśli nie wszystkie, to plaże publiczne i za znajdujące się na nich parasole i leżaki trzeba płacić. Na szczęście opłata jest pobierana jednorazowo.

Plaże i zatoki są piękne, każda jest naprawdę niepowtarzalna. Leżąc na plaży często zamykałam oczy i odcinałam się od problemów, trosk dnia codziennego. Czułam na skórze promienie słoneczne, przyjemną bryzę morza i muskający moją skórę watr… cisza, spokój potęgowały odprężenie i błogi stan jaki czułam. Przyjemna ochłoda w falującym morzu była przyjemnością, której nigdy nie miałam dosyć. Na wschodnim wybrzeżu wiatr nie wieje tak bardzo, fale są niewielkie, a morze jest przez długi czas płytkie.

Gwar ludzkich rozmów, smak greckich potraw, muzykę i śpiew odnalazłam w mieście Faliraki. Tam bowiem kwitnie życie towarzyskie, a imprezy trwają cały czas. Warto dodać, że życie turystyczne, poza nielicznymi wyjątkami, koncentruje się na północy wyspy (szczególnie jeśli chodzi o zachodnie wybrzeże) i w centrum.

Wyspa jest na tyle niewielka, że w 2-3 dni można zjeździć ją praktycznie całą. Nie zawiodą się miłośnicy starożytnych ruin, które można dotknąć dłońmi. Cieszyć się też będą chcący podziwiać widoki i przyrodę. Polecam wypożyczenie samochodu, jeżeli są Państwo większą grupą osób to świetna zabawa. Koszt jednodniowego wypożyczenia to ok. 25 euro. Mimo że po całej wyspie kursują autobusy, samochód to najwygodniejszy i najszybszy środek podróżowania, szczególnie jeśli chcemy zatrzymać się w różnych odludnych miejscach.

Oczywiście będąc na Rodos nie można pominąć stolicy wyspy. Jest naprawdę urocza! Wprost trzeba się zgubić w wąskich zaułkach Starego Miasta. Koniecznie trzeba zobaczyć mury obronne, bramy, ulicę Rycerską i Pałac Wielkich Mistrzów (wstęp płatny). Jeśli ktoś lubi zagłębiać się w historię, dowie się, że różnorodność zabudowy stolicy, jak i całej wyspy, związana jest z podbijaniem Rodos przez różne kraje. Widać tu elementy bizantyjskie, tureckie, greckie. Po zwiedzeniu Starego Miasta warto pospacerować ulicami Nowego Miasta. Znajdujący się tam port Mandraki z malowniczymi wiatrakami i fortem św. Mikołaja również wart jest zwiedzenia. W zwiedzaniu wyspy towarzyszyć będą Państwu licznie zgromadzone koty. Trzeba uważać, bo potrafią spać na maskach samochodów czy nawet pod autami.

Przy wiatrakach i forcie woda jest krystaliczna i przejrzysta, rybacy łowią ryby, a my nie mogliśmy się oprzeć, żeby chociaż na chwilę zanurzyć stopy w wodzie. Cudowne uczucie. Gwar miasta, rozmowy ludzi, zapachy smażonych ryb, greckich potraw nadają niepowtarzalny klimat temu miejscu. Ludzie też wydają się być tu bardziej szczęśliwi niż u nas. Często wtedy zamykałam oczy i chciałam innymi zmysłami chłonąć magię tego miejsca.

W okolicach stolicy warte obejrzenia jest Monte Smith. Na wzgórzu znajdują się nieliczne pozostałości po zabudowaniach antycznych – odnowiony stadion, amfiteatr z marmurowymi stopniami i ruiny świątyni Apolla. Część osób może być zawiedziona, że zostało tego tak mało, ale nawet w tym miejscu da się poczuć atmosferę starożytności. Wszystko jest otoczone drzewami oliwnymi. Wstęp jest bezpłatny. Niedaleko znajduje się miejsce, skąd widać zarówno Morze Egejskie, oblewające zachodni brzeg wyspy, jak i Morze Śródziemne, znajdujące się po wschodniej stronie.

Kolejnego dnia udaliśmy się na dłuższą wyprawę wzdłuż wschodniego wybrzeża wyspy, aż do jej południowego krańca, przylądka Prasonisi, który okresowo zimą staje się wyspą. Droga była cudowna. Widoki zapierały dech, ale to nic w porównaniu z tym, co czekało nas u celu. Przylądek zadziwia przede wszystkim ogromem. Woda w Morzu Śródziemnym była tak przejrzysta, że nie mogliśmy oprzeć się kąpieli. Wiejące tam silne wiatry sprzyjają uprawianiu sportów wodnych, szczególnie kite- i windsurfingu. To jest raj dla amatorów sportów wodnych. Z Prasonisi udaliśmy się w drogę powrotną na północ, przez Lindos i Kolimbię. Lindos to bez wątpienia jedno z najładniejszych miejsc na wyspie. Oprócz tradycyjnej białej greckiej wioski, mamy tutaj duży Akropol i przecudowny widok zarówno na morze, zatokę Lindos i Św. Pawła, jak i na wioskę. Obecnie cała miejscowość jest pod ochroną – ruch kołowy w wiosce jest zakazany. Warto zostawić samochód nieco dalej, by uniknąć opłaty za parking.

Przez dłuższą chwilę pozwoliliśmy sobie błądzić w bardzo ciasnych uliczkach wioski. Potem udaliśmy się na Akropol. Można się wspiąć pieszo lub wjechać inną drogą na osiołku. My wybraliśmy tę pierwszą możliwość. Po drodze miejscowe kobiety sprzedają przepiękne, ręcznie wykonane obrusy i serwety. Niestety, część ruin była w remoncie, ale i tak warto tu wejść. Przy wejściu koniecznie trzeba zobaczyć wykuty w skale statek!

Po wyjeździe z Lindos udaliśmy się na plażę w Kolimbii. To jedna z nielicznych piaszczystych plaż na Rodos. Malowniczo położona, w otoczeniu wzgórz, niezbyt zatłoczona w tamtym momencie. Niedaleko znajduje się plaża Tsambika z klasztorem na górze – wspaniałe miejsce.

Okazuje się, że podróżując i mając zamknięte oczy również można chłonąć piękno zwiedzanych miejsc w inny sposób. Było to dla mnie doświadczenie wyjątkowe. Ludzie, kiedy uświadomią sobie, że jeden ze zmysłów, które posiadają mogą utracić, zmienia się wiele. Brak wzroku nie jest żadną przeszkodą w podróżowaniu. Widzenie pozwala nam ciągle porównywać i oceniać. Wtedy jednak nie możemy dotknąć esencji tego, co nas otacza. Nie możemy widzieć sercem. Aby moje słowa miały poparcie w życiu podam przykład wspaniałej kobiety Sophie Massieu francuskiej dziennikarki-podróżniczki, która przemierza świat w towarzystwie swojego psa Pongo. Jest niewidoma, ale to nie przeszkadza jej odkrywać nowych miejsc. Jak sama przekonuje, świat jest piękny i chce go obejrzeć… oczami innych ludzi.

Sophie Massieu pochodzi z Normandii. W ciągu dziesięciu miesięcy dokonała nie lada wyczynu, odwiedzając dwadzieścia trzy kraje na pięciu kontynentach. Podróżowała od Brazylii po Jordanię, od Irlandii po Indie, od Kanady po Etiopię, od Madagaskaru po Chiny. Wszędzie towarzyszył jej wierny dalmatyńczyk Pongo. Relacje z niektórych tych fascynujących wypraw zostały zawarte w serii filmów dokumentalnych pt. „Świat w waszych oczach”.

Jazda skuterem po uliczkach Neapolu, miasta, w którym nawet hałas brzmi melodyjnie, a pizza pachnie jak nigdzie indziej, zgiełk Manhattanu i muzyka scen Broadwayu, smaki, dźwięki i zapachy portowego Hamburga, pełen historii Kraków i postindustrialna Nowa Huta… To tylko wybrane odcinki niniejszego cyklu. Massieu, choć niewidoma, stara się chłonąć nowe miejsca wszystkimi zmysłami. To pozwala jej zachwycić się magią Marrakeszu, zadumać nad zderzeniem tradycji z nowoczesnością w Jerozolimie i wczuć się w rytm życia Wenecji, odmierzany pluśnięciami fal. Udaje się też i do Etiopii, do wioski ludu Gurage, gdzie niewidomi skazani są na bezczynność.

Pisząc ten artykuł chciałam wszystkie osoby z dysfunkcją wzroku wprowadzić w stan podróży, aby nie ruszając się z fotela domowego zacisza poczuły magię wyspy Rodos. Mam nadzieję, że mi się to choć trochę udało. Warto żyć pełnią życia, podróżować, poznawać nowe miejsca bez względu na ograniczenia jakie mamy, bo nie robiąc tego możemy stracić tak wiele… jak mawiał Ryszard Kapuściński:

,,Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej…”

Z całego serca życzę Państwu takiej podróżniczej infekcji, bo naprawdę warto ją przeżyć.

Opowieść z odległego lądu. Jak powstawała biblioteka dla niewidomych w RPA

Gdy wybierałam kierunek studiów – bibliotekoznawstwo na UW, nie spodziewałam się, że dwa lata później uczelnia wyśle mnie i dwójkę innych studentów do Republiki Południowej Afryki. Wyjazd do ośrodka dla dzieci niewidomych i niedowidzących zmienił moje życie i podejście do świata.

Zakład w Siloe został założony w północnej, ubogiej części RPA w latach 50 przez belgijskie zakonnice. Od 2007 roku jest prowadzony przez Siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża. W 2009 roku ośrodek prowadziły trzy wspaniałe kobiety: Siostra Fides, Siostra Angelika i Siostra Bogumiła, które ściągnęły tam trójkę studentów bibliotekoznawstwa, by zorganizowali od podstaw bibliotekę dla mieszkańców zakładu.

W Siloe było wtedy prawie 200 dzieci z wadami wzroku oraz około 400 dzieci widzących – mieszkańców pobliskich wiosek. Inwalidzi wzroku mieszkali w ośrodku na stałe, wracając (często dość niechętnie) do swoich domów na ferie i wakacje.

Starano się zapewnić dzieciom ten sam poziom nauki, co w szkołach dla osób widzących, wykorzystując dostępny w ośrodku sprzęt. Bardzo szybko i sprawnie pisały na starych, zielonych perkinsach, dobrze posługiwały się systemem brajla i korzystały z brajlowskich książek. Nie miały, niestety, dostępu do linijek brajlowskich, więc często nosiły ze sobą te wielkie tomy. Ze względu na wiek książek i ich częste użytkowanie, jakość wydruków nie była zbyt dobra. Jednym z naszych zadań podczas tego wyjazdu, było przygotowanie podwalin pod drukarnię brajlowską.

Jednak – wracając do naszego celu wyprawy – pojechaliśmy tam zorganizować bibliotekę, w dawnym budynku kościoła, dlatego śmialiśmy się, że jedna świątynia zmieniła się w drugą. Zaczęliśmy od przeglądania księgozbioru – tutaj bardzo przydała nam się pomoc niewidomej nauczycielki historii, która zajęła się selekcją starych książek historycznych. Ze względu na trudną historię tamtego regionu, w tym apartheid, stare książki zawierały wiele rasistowskich i krzywdzących kwestii. Były tam również książki zupełnie zbędne – np. drugi tom nieaktualnego już rozporządzenia ministra sprzed 20 lat w 20 egzemplarzach. Albo książki, w których większość kartek wyjadły szkodniki. Na marginesie dodam, że szkodników, pająków i owadów było tam dużo, więc jak ktoś się ich boi, to nie polecam takich wyjazdów.

Zakupiliśmy wiele nowych książek, głównie czarnodrukowych lub z drukiem powiększonym, bo tylko takie można było kupić w najbliższym mieście Polokwane, odległym od Siloe o 40 km. Książki brajlowskie zamówiliśmy z katalogu, niestety nie wszystkie zdążyły dotrzeć do biblioteki przed naszym wyjazdem – bo w RPA, jak pewnie w całej Afryce, życie toczy się spokojnym, powolnym, wręcz odrębnym tempem.

Kupiliśmy również komputery z dużymi ekranami oraz gry i encyklopedie. Ale ponieważ największą rolę w tamtejszym regionie odgrywa kultura mówiona, wyposażyliśmy bibliotekę w odtwarzacze CD i kaset magnetofonowych. I to właśnie audiobooki cieszyły się największą popularnością.

Dla najmłodszych stworzyliśmy kącik dziecięcy z najprostszymi książeczkami w brajlu i z tyflografiką, by maluchy mogły odkrywać świat książek już od najwcześniejszych lat życia. Do tego kilka zabawek i gier edukacyjnych. Duże powodzenie zdobył brajlowski chińczyk i puzzle brajlowskie z alfabetem. Przestrzeń zorganizowaliśmy tak, by Boni – przyszły bibliotekarz – miał wszystkich na oku. Staraliśmy się również nie rezygnować z wolnego dostępu do książek – przynajmniej tych najpopularniejszych, by również niewidomi mogli samodzielnie, bez pytania o pomoc, wybrać sobie interesującą książkę. Wymagało to od nas sporo wysiłku, by odpowiednio oznaczyć przestrzeń, półki i książki.

Mogliśmy liczyć na pomoc różnych osób. Najchętniej przychodzili do nas nastoletni chłopcy – praktycznie codziennie po szkole. I właściwie robili więcej zamieszania niż faktycznie pomagali, ale przecież to miejsce miało być również dla nich, dlatego chcieliśmy, by aktywnie uczestniczyli w jego tworzeniu.

Dzieci cieszyły się z naszego przyjazdu, choć na początku dziewczynki były bardzo nieśmiałe. Chłopcy dużo szybciej się przełamali. Rozmawialiśmy z nimi po angielsku – był to język wykładowy w szkole. Z młodszymi dziećmi mieliśmy większy problem – nie znaliśmy lokalnego języka sepedi, one jeszcze nie znały angielskiego, a przecież ciężko jest porozumieć się z niewidomym na migi. Nauczyliśmy się więc kilku zdań w lokalnym języku, np. „jestem przyjacielem”, „nie bój się”, „nie znam twojego języka”. Nad najmłodszymi użytkownikami bibliotek opiekę od samego początku przejął Boni – nasz następca.

Ponieważ dzieci nigdy wcześniej nie miały kontaktu z biblioteką, wszystko było dla nich nowe i musieliśmy im wiele pokazać. Dlatego przychodziły do nas na lekcje biblioteczne i uczyły się zasad dbania o książki, przeznaczenia słowników i encyklopedii, a także organizacji przestrzeni i zasad wypożyczania książek. Największym zaskoczeniem dla nich było to, że książki można czytać również dla przyjemności. Dzieciom kojarzyły się one wyłącznie z nauką, bo tylko do takich zasobów miały do tej pory dostęp.

W wolnych chwilach, poza pomaganiem nam w bibliotece, dziewczynki bawiły się lalkami, a chłopcy chętnie grali w piłkę – robili je ze starych torebek foliowych i sznurka. Taka piłka była świetnym rozwiązaniem – była lekka, więc nie mogła nikomu zrobić krzywdy, szeleściła, więc można ją było zlokalizować, była łatwa do zrobienia, więc gdy zaginęła, chłopcy szybko robili następną. Dzieci były bardzo muzykalne, więc razem śpiewały i uczyły się grać na różnych instrumentach. Bardzo chętnie ćwiczyły grę na „udawanych” bębnach tj. odwróconych koszach na śmieci, najlepiej o szóstej rano. Dla mnie była to niesamowita, choć dość głośna pobudka.

Przyjeżdżając tam, już pierwszego dnia siostry obiecały nam, że jeśli będziemy przykładać się do naszej pracy, one zabiorą nas w nagrodę na kilka wycieczek. I tak faktycznie było, ale to już treść innych, długich historii…

I w ten sposób, pracując przez półtora miesiąca zorganizowaliśmy bibliotekę, salę kinową i podwaliny pod drukarnię brajlowską. Było to niesamowite doświadczenie. Pobyt w tym odległym kraju, w zupełnie innej kulturze, sprawił, że zaczęłam inaczej patrzeć na świat: z większym szacunkiem dla odmienności

i z większą pokorą. Stałam się bardziej otwarta i ciekawa świata. Zapragnęłam kolejnych takich wyjazdów, które – jak wierzę – jeszcze kiedyś nastąpią.

Indie. Pamiętnik z podróży

Wraz z wejściem na pokład samolotu lecącego z Kuonmingu do Kalkuty moja przygoda z Chinami dobiegła końca. Dwa tygodnie, które tam spędziłam, to zdecydowanie zbyt krótko, aby poznać Państwo Środka, niemniej jednak ten wyjazd był bardzo intensywny i na długo pozostanie żywy w mojej pamięci. Lecąc samolotem nie miałam jednak żalu, że opuszczam Chiny, gdyż kolejna przygoda czekała na mnie – Indie.

Muszę przyznać, że mój wyjazd na półroczne studia do Indii był wyjątkowo przypadkowy. Marzeniem mojego partnera było odwiedzenie tego kraju. Gdy się dowiedziałam, że dostał się tam na studia i pół roku spędzimy w rozłące, to nie zastanawiałam się długo, tylko pojechałam z nim. Nigdy wcześniej nie interesowałam się tym krajem ani jego kulturą. Po przyjeździe do Kalkuty zostaliśmy odebrani z lotniska i odstawieni do naszych mieszkań przez pracowników University of Calcutta. Przejeżdżając w nocy przez miasto, muszę przyznać, że nie zrobiło ono na mnie pozytywnego wrażenia. Chciałam jednak wstrzymać się z oceną Kalkuty na później, gdy już lepiej poznam miasto.

Wartym osobnego opisu jest miejsce, w którym przyszło mi mieszkać przez pół roku. Salt Lake – jedna z dzielnic Kalkuty, ma renomę zadbanego i eleganckiego miejsca. Faktycznie, muszę przyznać, że po jakimś czasie doszłam do wniosku, że w porównaniu do reszty miasta Salt Lake pozytywnie się wyróżnia, ale w żadnym wypadku nie odniosłam takiego wrażenia na samym początku. Wtedy widziałam jedynie brudne, nieoświetlone uliczki, ludzi śpiących na chodnikach i poboczach, mnóstwo bezdomnych psów szwendających się bez celu, (których podczas samej drogi z lotniska do mieszkania naliczyłam trzydzieści jeden).

Mieszkanie pasowało do otoczenia – brudne, źle zaprojektowane, pełne sprzecznych i pozbawionych sensu rozwiązań. Ciężko jest mi sobie wyobrazić, aby osoba niewidoma mogła normalnie w nim funkcjonować. Przykładem jest dwoje drzwi wejściowych, z których jedno pozbawione jest klamki, albo skomplikowany system rur i pokręteł w łazience, z czego i tak z jednej tylko rury leciała woda i to zimna, niezależnie od tego jak bym kręciła wszystkimi czterema pokrętłami. Najbardziej irytowały mnie jednak przełączniki. W każdym pokoju było ich co najmniej dwanaście, z których kilka było do żarówek, kilka do włączenia kontaktów, jedno do wiatraka, a pozostała większość była pozbawiona celu. Przez cały mój pobyt nie udało mi się zapamiętać, który był do czego. Tak samo irytujący był brak klamek w naszym tego słowa rozumieniu. W całych Indiach oraz w moim mieszkaniu popularne były zasuwy w pokojach – mogłam zamknąć się w swoim pokoju i jednocześnie być zamknięta od zewnątrz. Jeśli chciałam być pewna, że nikt nie wejdzie do pokoju, to na zasuwę musiałam założyć kłódkę.

Do mieszkania został przydzielony służący – młody, ok. 19-letni Hindus, który znał jedynie kilka podstawowych zwrotów po angielsku. Z początku chcieliśmy zrezygnować z niego tłumacząc, że nie przywykliśmy do takich fanaberii jak posiadanie służącego. Gdy jednak stało się jasne, że jeśli z niego zrezygnujemy to zostanie on najzwyczajniej w świecie zwolniony i wróci na ulicę, to porzuciliśmy ten pomysł. Gdy dowiedzieliśmy się, że Subu – takie miał imię – jest analfabetą, to za punkt honoru obraliśmy sobie nauczyć go czytać.

Następnego dnia po przyjeździe miałam okazję wyjść i poznać bliżej Kalkutę. W sierpniu pogoda w tym miejscu była dla mnie nie do zniesienia. Lejący się z nieba żar nie dawał mi wytchnienia. Najgorsza jednak nie była temperatura, ale wilgotność wynosząca około 90%. Naszym pierwszym celem był ambitnie Burrabazar – mieszczący się w samym centrum Kalkuty bazar będący jednym z największych w całych Indiach. Sama podróż do niego była dla mnie niezwykłym doświadczeniem. Jechałam odrapanym autobusem w nieznośnym upale, pośród Hindusów, z których praktycznie każdy zerkał dyskretnie lub też ostentacyjnie gapił się przez całą podróż na mnie i na moich towarzyszy. Europejczyk w Kalkucie – jak się później boleśnie przekonałam – to niezwykle rzadki widok budzący sensację na skalę lokalną. Szczególnie tacy jak my – studenci, podróżujący najtańszymi środkami lokomocji zarezerwowanymi praktycznie dla najuboższych.

Po dojechaniu na bazar to, co zobaczyłam można określić jako kwintesencję Indii. Nieprzebrana masa ludzi, poruszająca się z jednej strony jak rój mrówek – zwarta i jednolita, ale z drugiej strony każdy mijany człowiek wygląda inaczej. Kobiety ubrane są przeważnie w sari – długie pasy materiału, których się nie zszywa, a jedynie w skomplikowany sposób owija wokół ciała, z końcem zwisającym zazwyczaj przez ramię. Sari, które widzieliśmy, miały chyba wszystkie możliwe kolory, dominującymi jednak są kolory jasne – żółte, pomarańczowe, czerwone, różowe. Mężczyźni ubrani są zazwyczaj w jasne koszule, długie spodnie i sandały. W Indiach, w o wiele większym stopniu niż w Europie, ubiór świadczy o osobie. Po tym w co ktoś jest ubrany można łatwo wywnioskować, czy jest majętny, jaką religię wyznaje, do jakiej kasty przynależy oraz czy kobieta jest zamężna. Najsmutniejszy widok przedstawiają sobą jednak najubożsi i żebracy, odziani w szmaty bądź też same biodrówki, bardzo często makabrycznie okaleczeni i zdeformowani, często celowo – budzą oni większą litość i mają większe szanse uzyskania jałmużny.

Przechodzący ludzie przez panujący ścisk co chwila się dotykają i przekrzykują. Naszym pierwszym celem był zakup pościeli. Sprzedawcy widząc Twoje zainteresowanie oferowanym przez nich towarem toczą istną walkę by zatrzymać Cię jak najdłużej. Na samym początku zostaliśmy zaproszeni do środka sklepu, gdzie poczęstowano nas czajem – indyjską herbatą z dodatkiem masali i mleka. Sama byłam zaskoczona jak bardzo mi ten napój smakował – w Polsce nie jestem w stanie wypić herbaty z mlekiem. Po początkowej, czysto grzecznościowej rozmowie, następuje pora na interesy. Sprzedawca dowiedziawszy się, że chcemy kupić pościel, zaczął bombardować nas luksusowymi materiałami, których cena była dla nas astronomiczna. Gdy dowiedział się, że wolimy towar ze zdecydowanie niższej półki, zawód na jego twarzy był oczywisty. Targowanie się z nim na temat ceny zostawiłam partnerowi, któremu udało się wynegocjować zejście z 800 do 300 rupii (ok 16 zł). Wtedy wydawało nam się, że dokonaliśmy udanego zakupu, aby dopiero później dojść do wniosku, że i tak przepłaciliśmy prawie podwójnie.

Indyjski bazar jest ucztą dla oczu, ale również festiwalem doznań dla pozostałych zmysłów. O ile nie potrafię sobie wyobrazić osoby niewidomej poruszającej się w takim miejscu, to nie wątpię, że pozostałoby to na długo w jej pamięci. Wszędzie daje się wyczuć zapach najróżniejszych przypraw z dominacją masali i curry, a także zapach owoców, warzyw i niestety moczu. Intensywny jest również zapach przygotowywanego jedzenia – najczęściej są to popularne samosy, czyli trójkątne pierożki, smażone na głębokim oleju z nadzieniem z ostro przyprawionych warzyw oraz biryani – smażonego bądź gotowanego ryżu z dodatkiem przypraw i jajkiem w wersji wegetariańskiej lub różnego rodzaju mięs. Idąc wąskimi uliczkami bazaru, czując te wszystkie zapachy i dźwięki, odczuwałam całą sobą, że jestem w zupełnie innym świecie, tak bardzo dla mnie orientalnym.

Chiny. Pamiętnik z podróży (cz. 2)

W poprzednim artykule napisałam o naszym przyjeździe do Chin – Państwa Środka, o pierwszych wrażeniach, reakcji na odmienność kultury i kuchni, a również o Suzhou i Tongli. W połowie podróży trafiła nam się niemiła niespodzianka – nasze plany wyjazdu do Hangzhou pokrzyżował tajfun. Nie myślałam przed wyjazdem, że będę miała możliwość podziwiać jego żywiołową siłę z tak bliska. Kiedy przyjechaliśmy na dworzec Szanghaj Hongqiao, okazało się, że nasz pociąg został odwołany. Przez wiele godzin czekaliśmy na dworcu z nadzieją, że tajfun straci na sile. W tym czasie rozważaliśmy mnóstwo możliwości, gdzie możemy się udać, a wszystkie były uwarunkowane tym, na co w tej sytuacji możemy dostać bilet. Byliśmy nawet o włos od zakupu biletów do odległego Pekinu, co równałoby się z porzuceniem harmonogramu i wszystkich wcześniejszych planów związanych z miejscami do zwiedzenia. Jednak, na szczęście, po blisko dwunastogodzinnej wegetacji z tysiącami Chińczyków na olbrzymim dworcu, tajfun przemieścił się i umożliwił wznowienie wszystkich połączeń. Z dużym opóźnieniem dotarliśmy więc do Hangzhou.

Miasto zrobiło na nas duże wrażenie. Nie tylko z powodu blisko dziesięciomilionowej populacji, ale w szczególności z powodu swojej lokalizacji. Położone na brzegu malowniczego jeziora, zwanego West Lake, stanowiącego zarazem główną atrakcję miasta. Jak się dowiedzieliśmy na miejscu, piękno jeziora i otaczających go z trzech stron gór, które odbijały się w tafli wody, od IX wieku inspirowało chińskich poetów i artystów. Przepięknie komponujące się świątynie, wysokie pagody ze złotymi szpikulcami, błyszczącymi w promieniach słońca, zielone ogrody, a nawet sztuczne wyspy dopełniają sielski obraz. Płynąc łodzią na wyspę i wchłaniając otaczające mnie piękno, zrozumiałam natychmiast decyzję władz UNESCO, które w 2011 roku opisały West Lake i otaczające go góry jako „idealną fuzję człowieka z naturą” i wpisały je na listę światowego dziedzictwa ludzkości.

Większość miasta poznaliśmy poprzez wycieczkę rowerową. Na początku naszej przygody ogarnęło nas przerażenie, wynikające z rozpaczliwych prób dostosowania się do zasad ruchu drogowego. Później jednak czerpaliśmy czystą przyjemność z jazdy wzdłuż brzegu jeziora, pokrytego w dużej mierze wielkimi zielonymi liśćmi lotosu, z których to wychylały się ku słońcu różowe kwiaty. Nieopodal kwiatów lotosu znaleźliśmy wpół zanurzonego w wodzie złotego byka, który według legendy chronić miał miasto przed zatonięciem. Udaliśmy się również do świątyni Konfucjusza, a następnie na kolację, gdzie główną atrakcją był jedzący nieopodal nas Chińczyk, który do złudzenia przypominał Baracka Obamę.

Na przedmieściach Hangzhou, jak wyczytaliśmy, można znaleźć imponujące plantacje herbaty. Po przyjeździe na miejsce z początku nie byliśmy zbyt zachwyceni – niewiele można było zobaczyć przez padający deszcz. Przemoknięci (pomimo płaszczów przeciwdeszczowych), staraliśmy się wdrapać na górę dla uzyskania lepszego widoku. Na nasze szczęście, zanim znaleźliśmy się na szczycie, deszcz ustąpił, a naszym oczom ukazał się wspaniały widok. Wszędzie dokoła nas znajdowały się wynurzające się zza mgły zbocza plantacji herbacianych. Idealnie równe, gęste pasy krzaczków herbaty, których liście, wciąż mokre, błyszczały w blasku wydzierającego się za chmur słońca. Po uzyskaniu zgody właściciela plantacji, zebraliśmy na pamiątkę liście herbaty z pobliskich krzaków.

Po Hangzhou wybraliśmy się na zwiedzanie małych wiosek, które stanowiły jakoby przystanki ku głównemu celu naszej podróży – gór Huangshan, co dosłownie znaczy „Żółte Góry”. Wpierw udaliśmy się do wioski Xidi, która swoje współczesne kształty zawdzięcza wpływowej rodzinie kupieckiej Hu. Malutkie miasteczko zrobiło na nas nie mniejsze wrażenie niż Hangzhou. Wyspa małych białych domków o poczerniałych ze starości dachówkach. Miasteczko zdawało się być całe otoczone przez jezioro. Przechadzaliśmy się po ciasnych alejkach wioski, wzdłuż których płynęła wąskimi rynnami bystra woda. W większości domów, wzniesionych jeszcze za dynastii Ming, mieszkały całe rodziny, których dzieci z ciekawością spoglądały na nas i częściowo za nami podążały. Centralnym punktem wioski było jezioro – w tafli wody odbijały się ściany i dachy otaczających go domów, i pływały białe kaczki.

Po wiosce Xidi odwiedziliśmy miasteczko Hongcun. Przechadzając się uliczkami wioski, zostaliśmy zagadnięci przez bardzo sędziwą staruszkę, która siedziała na progu swojego domostwa i strugała zabawkę z łodygi bambusa. Po krótkiej rozmowie, która ograniczyła się głównie do pochrząkiwania i gestykulacji, zostaliśmy zaproszeni do środka – oczywiście zostawiwszy uprzednio buty przed progiem. Nie rozumiejąc z początku zbytnio intencji gospodyni, poszliśmy z nią po schodach na piętro. Okazało się, że z dachu domu rozpościerał się piękny widok na całą wioskę. Byliśmy w stanie zobaczyć charakterystyczne dla Chin stare dachy, których rogi zakrzywiają się do góry, podobne do tych, które widzieliśmy w Xidi, lepiej jednak widoczne z góry, skąpane w blasku zachodzącego już słońca. Gdy zapadał już zmierzch, wsiedliśmy w autobus, który zabrał nas do miasteczka Tong kou, które miało posłużyć nam za bazę wypadową do gór Huangshan.

Wstając o godzinie 5.00 rano wyruszyliśmy do stacji kolejki linowej, która miała przybliżyć nas do szczytu gór. Idąc ulicami Tong kou, widzieliśmy jak miasto budzi się do życia – ludzi wsiadających na skutery i jadących do pracy, sprzedawców, rozkładających swoje uliczne stragany i przygotowujących na nich jedzenie. Przeważnie baozi, czyli pierogi gotowane na parze, wypełnione mięsem lub warzywami, oraz chaye dan – jajka gotowane w zupie herbacianej. Szybko zmieszaliśmy się z rosnącym strumieniem chińskich turystów, których plecaki, odzież i laski w dłoniach świadczyły, że mają takie same intencje co my. Gondola zabrała nas wysoko w góry – momentalnie można było poczuć różnicę ciśnień przez zatykające się uszy. Wszystkie trudy wyprawy, a mianowicie ponad dwadzieścia kilometrów schodami, które stromo wspinały się po zboczach gór i łączyły różne szczyty, zostały zrekompensowane przez widoki, które było dane nam zobaczyć, a zapierały dech w piersi. Olbrzymie, granitowe szczyty, niemalże pionowo wyrastające z ziemi – wyglądały jakby nie były tworem natury, lecz dziełem mitologicznych tytanów. Spoglądając na nie nasunęły mi skojarzenia z greckimi Meteorami – idealnie pionowymi masami skalnymi, na szczycie których leżą klasztory. Z tym wyjątkiem, że tutaj nie było klasztorów, tylko sosny i ostro zakończone skały. Stojąc na szczycie skał spoglądałam w dół i widziałam je – skalne olbrzymy, skąpane w zieleni drzew i mchu, mistycznie osnute mgłą, stromo biegnące ku niebu. Stojąc tam, delektowałam się rozpościerającym się przede mną widokiem i wiatrem – silnym i rześkim, który odczuwałam na swojej skórze niczym balsam po tygodniach gorąca i wilgoci. Najchętniej zostałabym tam przez wiele godzin, jednak powoli rosnący strumień turystów narzucał na nas dość szybkie tępo – chcieliśmy uniknąć chodzenia po górach z tłumem ludzi, którzy oprócz tego, że zachowują się głośno, to robią zdjęcia nie tylko piękna otaczającego ich świata, ale również nam.

Ceną za możliwość podziwiania gór Huangshan była nie tylko opłata pobierana przy wejściu, ale również pot i znój tej wyprawy. Ponad 20 kilometrów szlaku i tak okrojonego dzięki dobrodziejstwu kolejki górskiej. Zdecydowana większość trasy składała się z niezliczonej ilości schodów – w górę, w dół, w górę, w dół – wydawać się mogło, że nigdy nie uda nam się osiągnąć celu podróży, pozostawał jedynie marsz i marsz. Jednak co było dla nas miłym zaskoczeniem – góry Huangshan są przystosowane do tego aby osoby niepełnosprawne również mogły je podziwiać. Oprócz dwóch kolejek linowych, za pomocą których można zarówno wjechać jak i zjechać, pomiędzy poszczególnymi punktami widokowym kursowali najemni tragarze, którzy na krzesłach na drewnianych drągach, przenosili osoby starsze lub niepełnosprawne, jednak koszty takiego transportu są wysokie.

Po pięknym Huangshan, nadszedł czas powrotu do olbrzymiego i głośnego Szanghaju, którego zwiedzanie pozostawiliśmy na koniec. Sama droga powrotna z Haungshan była ciekawym doświadczeniem, bowiem autobus, którym jechaliśmy, zepsuł się w pośrodku drogi. Czekaliśmy na pustkowiu na przyjazd pojazdu zastępczego, a dobrodziejstwo klimatyzacji stało się szybko ulatniającym wspomnieniem. Jednak widok dwóch tuzinów chińczyków próbujących naprawić nasz autobus był bezcenny. Z bardzo dużym opóźnieniem dojechaliśmy do Szanghaju, o którym jednak opowiem przy następnej okazji.

Od degustacji po wyjazd do Brukseli

Konkurs „Nasze Kulinarne Dziedzictwo” w Muzeum Wsi Kieleckiej w Tokarni pod Kielcami. To właśnie tam poznałem Panią Profesor Joannę Senyszyn. Dzięki jej zaproszeniu miałem możliwość zwiedzenia Brukseli i siedziby Europarlamentu.

Wyruszyliśmy z Kielc w sobotę w okolicy godziny piętnastej. Nasza podróż do Brukseli miała potrwać kilkanaście godzin, ale Pani Profesor zadbała o wszystko. Autokar był komfortowy i nowoczesny. Atmosfera od samego początku była przednia, więc czas podróży szybko upływał.

Pierwsze miejsce, które odwiedziliśmy w Belgii, jest określane mianem jednej z „kolebek europejskiego kapitalizmu”. To Brugia, zwana „Flamandzką Wenecją”. Piękne i historyczne miejsce. Pogoda nam sprzyjała, a ciekawość gnała nas w stronę poznania historii takich miejsc jak katedra Św. Salwatora (St. – Salvatorskathedraal), Bazylika Świętej Krwi (Heilig-Bloed Basiliek), czy rynku Grote Markt – hale targowe przez wszystkich chciały być odwiedzone. Wejście na wieżę beffroi było zwieńczeniem przyjemności zwiedzania i poznawania tylu tak świetnie zachowanych historycznych budowli. To niesamowite, że śródmieście Brugii nie zostało zmienione od przeszło czterystu lat. Tam czas chyba się zatrzymał. Przedziwne uczucie przeniesienia się w inną czasoprzestrzeń. Piękna, najwyższa w Belgii wieża, która liczy sobie 116 m, w Kościele NMP Onze-Lieve-Vrouwekerk tylko potęgowała wrażenie przebywania w magicznym miejscu.

Z Brugii pojechaliśmy już prosto do Brukseli. Niesamowite jest to, jak zmienna i zaskakująca potrafi być pogoda w stolicy Belgii. Może świecić słońce, a po kilkunastu minutach wszystko może się zmienić i deszcz zacznie rzęsiście padać. Na szczęście my nie mogliśmy narzekać na pogodę, bo ona mocno nam sprzyjała. Poznawanie Brukseli zaczęliśmy od Atomium. Ta budowla, która liczy sobie 103 metry wysokości, jest modelem kryształu żelaza powiększonego 150 miliardów razy. Atomium składa się z dziewięciu metalowych, srebrnych kul o średnicy 18 metrów każda. Te ogromne, lśniące kule są połączone dwudziestoma korytarzami o długości ok. 40 metrów każdy. Model ten robi kolosalne wrażenie! Na sam szczyt budowli można dostać się windą. Z okien najwyższej platformy można podziwiać panoramę Brukseli, a także Mini Europę – kompozycję miniaturowych obiektów z najpiękniejszych miast w Europie, która znajduje się w pobliskim Bruparku. Polska ma również swój udział w parkowej ekspozycji: prezentuje w parku miniaturę gdańskiego Pomnika Poległych Stoczniowców. Po dotarciu do hotelu czekało na nas bardzo miłe przywitanie przez organizatora wycieczki. Czekały również na nas eleganckie, przytulne pokoje. Czasu nie mieliśmy zbyt dużo na to by się rozgościć, ponieważ umówiona kolacja z panią Profesor Joanną Senyszyn zbliżała się nieuchronnie. Już po godzinie byliśmy wszyscy gotowi i jeszcze bardziej podekscytowani spotkaniem

i dalszym zwiedzaniem miasta zwanego centrum zjednoczonej Europy. Kilkanaście minut spacerowym krokiem z hotelu i byliśmy już na miejscu… Kolacja uroczysta, pyszna… Najedzeni, zregenerowani, zaczęliśmy z fantastycznym, kompetentnym przewodnikiem Markiem odkrywać miasto. Bruksela zaskakuje swymi doskonale zachowanymi kamienicami, krętymi uliczkami i fontannami starego miasta z zachwycającą architekturą. Bardzo ekskluzywnie prezentował się pasaż św. Huberta (Galeries

St-Hubert”) z licznymi sklepami, kafejkami i galeriami. Natomiast wejście na Plac Główny (Grand Place) będący historycznym centrum miasta było dopełnieniem atrakcji całego dnia. To fascynujące miejsce! Grande Place, o którym Wiktor Hugo powiedział, że jest najpiękniejszym placem świata i chyba się nie pomylił, bo plac ten urzekł wszystkich. Bruksela, miasto sztuki i historii. Jakże wtedy to było odczuwalne! Zdjęcia grupowe uczestnicy wycieczki robili sobie najchętniej w odosobnieniu Ratusza, przy „Hôtel de Ville”, na tle koronkowych kamienic, czy pod domem Króla „Maison du Roi”. Jedna z takich sesji zdjęciowych zakończyła niedzielny pełen atrakcji dzień.

Dzień kolejny zaczął się bardzo wcześnie i szykował nam kolejną porcję atrakcji

zwiedzania i poznawania, w jaki sposób funkcjonuje Europarlament. I choć oficjalną siedzibą Europarlamentu jest Strasburg, to właśnie w Brukseli odbywa się większość obrad, a także mieszczą się biura poselskie, komisje parlamentarne oraz władze klubów. Natomiast sekretariat generalny, biblioteka i część zaplecza technicznego znajduje się w Luksemburgu. Jak widać całość jest trochę rozproszona, ale i tak gmach Europarlamentu mieszczący się w Brukseli robi ogromne wrażenie swą wielkością i nowoczesnym design’em. To mikroświat, w którym na co dzień przebywa przeszło pięć tysięcy osób. Główny hol gmachu imituje prawdziwą ulicę, na której są drzewa oraz ławki. W środku znajdują się też liczne sklepy oraz zakłady usługowe, na przykład fryzjer, banki, pralnia i liczne restauracje. Fantastyczne miejsce do pracy. My swoją wizytę w Parlamencie zaczęliśmy od lunchu z Panią Profesor. Następnie przeszliśmy do sali konferencyjnej, gdzie wysłuchaliśmy zasad pracy europarlamentarzysty, jak funkcjonuje jego biuro, jak również cały Parlament. Później – szczególne pamiątkowe zdjęcie przy flagach państw wchodzących w skład Unii i wyjście na galerie sali obrad. Chwila podniosła i szczególna, ponieważ poczucie, że jest się w miejscu, gdzie zapadają najważniejsze decyzje dotyczące całej Zjednoczonej Europy, milionów ludzi, nie może być i nie jest czymś zwykłym, tuzinkowym, powszechnym.

Na sam koniec miało jeszcze miejsce krótkie zebranie w holu, podsumowanie całego pobytu w Brukseli, pożegnanie, życzenia, podziękowania za zaproszenie i pokazanie wielu ciekawych miejsc oraz Parlamentu od kulis i pracy bieżącej. Należy powiedzieć, że Bruksela to miejsce szczególne, gdzie swoje siedziby mają takie instytucje jak Unia Europejska, NATO i Euroatom. Gdzie są doskonałe i liczne muzea oraz siedziby dwóch królewskich akademii umiejętności: walońskiej i flamandzkiej, dwa uniwersytety: ULB i VUB, a historia i doświadczenie miasta odczuwalne, namacalne są na każdej ulicy i placu. Trzeba powiedzieć – mówiąc wprost – trzeba tam być i poznać wszystko to, co było i miało miejsce, bo wtedy może łatwiej będzie nam zrozumieć obecny czas i rozwój Unii. Jakże chciałem, by Pani Profesor przesłała nam informacje odnośnie działań Europarlamentu na rzecz osób niepełnosprawnych! Udało się!

Dziś chcę podziękować Pani Profesor i zamieścić tekst, jaki od niej otrzymałem.

Chiny. Pamiętnik z podróży cz.1

Autorka artykułu jest ukraińską studentką uczącą się na Uniwersytecie Warszawskim. W listopadzie usłyszała o konferencji Reha For The Blind® in Poland oraz o spotkaniu Wschód-Zachód, organizowanym w jej ramach. Zgłosiła się jako tłumaczka języka rosyjskiego, ale zna również angielski. Łatwo się domyślić, że także ukraiński i polski. Była z nami podczas obrad i pomagała naszym gościom. Jest przemiłą, młodą dziewczyną, która – jako osoba widząca – polubiła świat dotyku i dźwięku, czyli niewidomych i niedowidzących. Lubi podróżować, więc – wobec tego, że poznała nasz świat – potrafi opowiadać dla nas interesująco: jak wyglądają miasta i życie daleko stąd. Zamieszczamy tutaj jej krótki artykuł, a gdy się spodoba, zamieścimy w kolejnych numerach cały cykl o jej przygodach. Zapraszamy!

Przed kilkoma miesiącami miałam przyjemność poznać działaczy Fundacji Szansa dla Niewidomych wraz z ich szefem Markiem Kalbarczykiem. Właśnie on, usłyszawszy o mojej podróży po Chinach oraz wyjeździe do Indii na półroczne stypendium, zaproponował opisanie moich wojaży, tak, aby osoby niewidome mogły w wyobraźni odtworzyć tę podróż. Przyjęłam propozycję, gdyż jest to świetna szansa na uwiecznienie swoich przeżyć, wspomnień. To fajna okazja do przybliżenia osobom niewidomym piękna świata, które nie jest im znane.

Rano, 5 sierpnia wylądowałam na płycie lotniska Pudong w Szanghaju – moja zaplanowana na niemal rok przygoda z podróżami właśnie się zaczęła. Zostałam odebrana przez mojego chłopaka – Kubę, jego brata – Piotrka wraz z jego chińską koleżanką, którą z powodu trudności językowych nazywaliśmy Robin.

Mój pierwszy kontakt z Chińską Republiką Ludową nie należał do najprzyjemniejszych. Upiorne gorąco, tak silnie dające się we znaki przez niemalże 90 % wilgotności powietrza i przytłaczający ogrom budynków oraz – gdziekolwiek nie spojrzeć – nieprzebrana masa ludzi zajętych własnymi sprawami. Poznawanie Szanghaju zdecydowaliśmy się zostawić na koniec naszego pobytu w Chinach. Zostawiliśmy walizki w hotelu i wsiedliśmy w pociąg do Suzhou – miasta kanałów, zwanego również „Wenecją Wschodu”. Zanim jednak byliśmy w stanie nacieszyć się pięknem tego miasta, musieliśmy przywyknąć do niewyobrażalnego dla zachodniego turysty chaosu, panującego na chińskich drogach. Masa samochodów, rowerów i skuterów mieszająca się ze sobą niezależnie od kierunku, świateł czy zasady pierwszeństwa. Najgorsza dla nas była jednak dobiegająca z tej masy nie dająca się opisać kakofonia klaksonów, trąbek i dzwonków. Chińczycy mają zupełnie inne niż Polacy wyobrażenie do czego służą na drodze sygnały dźwiękowe. Używają ich dosłownie do wszystkiego – wyrażenia złości, aby kogoś pospieszyć, ostrzec, pozdrowić, pożegnać i wiele, wiele innych. Nie potrafię sobie wyobrazić w tej sytuacji osoby niewidomej, mającej wyostrzony słuch. Najgorsze dla nas były wszechobecne elektryczne skutery, które bezgłośnie sunęły po wąskich uliczkach Suzhou, aby kilka metrów za naszymi plecami zmrozić krew w żyłach swoim przeraźliwym jazgotem klaksonów.

Abstrahując jednak od ruchu ulicznego, miasto zasługiwało na swój przydomek. Piękno krzyżujących się kanałów, przepływających po nich łódek, kamienne mosty – wszystko to nasuwało nam naturalne skojarzenia z włoską Wenecją. Będąc w Suzhou nie mogliśmy pominąć ich słynnego ogrodu. Pokrywał się on w zupełności z naszymi wyobrażeniami dotyczącymi chińskich ogrodów – finezyjne połączenie wysublimowanej zieleni z licznymi stawami pełnymi ryb i żółwi. A nad tym wszystkim dominujące chińskie altanki, połączone ze sobą gwałtownie skręcającymi ścieżkami. Piotrek widząc nasz pytający wzrok, wytłumaczył, że system skręcających niemalże o 90 stopni ścieżek wynika z miejscowych wierzeń i przesądów. Chińczycy wierzą, że duchy chodzą jedynie prosto, więc nagle skręcające drogi uniemożliwiają im dostanie się do ogrodów. Zwrócił przy tym naszą uwagę na wyjątkowo wysokie progi w drzwiach wejściowych domostw i niektórych sklepów, które, jak się okazało, mają takie same przeznaczenie.

Napięty harmonogram podróży uniemożliwił nam nacieszenie się pięknem miasta Suzhou w pełni. Kolejne miasto, które odwiedziliśmy, nazywało się Tongli, i ono również słynęło z imponującej sieci kanałów. Sam wjazd do miasta był płatny, co – jak się później okazało – było dość powszechnie panującym w Chinach systemem pobierania opłat od turystów. Centralnym punktem miasta jest skrzyżowanie trzech kanałów. Według lokalnych wierzeń, przejście się po kamiennych mostach, łączących te kanały, miało zapewnić szczęście i dostatek. Samo miasto w ciągu dnia nie zrobiło na nas imponującego wrażenia – zbyt bardzo kojarzyło się z Suzhou, które było zdecydowanie większe. Jednak, jak tylko zapadł zmrok, naszym oczom ukazał się niesamowity widok. Drzewa wzdłuż kanałów, podświetlone delikatną, zieloną poświatą. Poniżej złote światło padające na kamienne ściany kanału i odbijające się w oknach budynków – a wszystko to miało swoje lustrzane odbicie w wodzie znajdującej się pod nami. Stojąc tak na jednym z mostków, podziwiając rozpościerający się przede mną widok, wdychałam ciepłe, niemalże tropikalne powietrze, na szczęście nie tak już ciężkie jak za dnia, zaś w moich uszach brzmiały chińskie chrabąszcze, znacznie głośniejsze od swoich polskich odpowiedników. Te kilka godzin wieczornej przechadzki po Tongli zrekompensowało nam długą podróż i początkowe rozczarowanie tym miastem.

Zupełnie innym aspektem naszej podróży, która zasługuje na obszerny opis, jest niesamowita kuchnia chińska, którą stopniowo odkrywaliśmy przez całą podróż. Pierwszym kontaktem z nią był zakup w Suzhou nieznanych nam wcześniej owoców – m.in. kwiatu lotosu. Mechanizm jej jedzenia podobny jest do naszego słonecznika – z zielonej okrągłej rośliny wydłubuje się małe kuleczki, które zjada się po nadgryzieniu i pozbyciu się osłonki. Smakuje jak połączenie orzecha włoskiego z ziarnami słonecznika. Innym ciekawym doświadczeniem były pomarańczowe owoce, nieznane nam niestety z nazwy, które zawierały intensywnie czerwony miąższ, momentalnie nasuwający nam skojarzenia z krwią. Były bardzo słodkie, a jedzenie ich przypominało konsumowanie granatów.

Kolacja była dla mnie dużym zaskoczeniem, choć chyba spodziewałam się czegoś podobnego. Po zajęciu stolików kelner pospieszył, aby nas obsłużyć. Od pierwszego dnia pobytu w Chinach zauważyłam zalety bycia Europejką – byliśmy zdecydowanie szybciej obsługiwani niż pozostali klienci, a kucharze przykładali wyjątkową staranność do naszych zamówień. Kelner uśmiechając się od ucha do ucha i chyląc w ukłonach, ku naszemu zdziwieniu położył jedno menu naprzeciw Piotra. W Chinach daje się po prostu tylko jedno menu, gdyż to gospodarz podejmuje decyzję co zamówić, tak samo jak tylko on płaci za cały posiłek. Z uwagi na to, że menu było jedynie w języku chińskim i nie zawierało zdjęć, i tak nie byłabym w stanie sama zdecydować co zjeść. Po wysłuchaniu zamówienia, kelner przynosi pojedyncze dania, które jedzą wszystkie osoby przy stole i robią to przy pomocy pałeczek. Dania nie są przypisane do poszczególnych osób, lecz dla całej grupy. W pierwszej kolejności przyniesiono nam korzeń lotosu. Był różowego koloru z dziurami, które były zapełnione nadzieniem ryżowym. Był pokrojony w grube pasy i serwowany na zimno w słodkim sosie. Następnie przyniesiono nam suszone figi i ziemniaki. Jednak zupełnie inaczej wyobrażałam sobie ziemniaki, gdy prosiłam Piotrka aby je dla mnie zamówił. Niedogotowane, pocięte w cieniutkie paseczki, podobne do słomek, serwowane z papryką i ostrym sosem. Zdecydowanie wolę polski sposób ich przygotowywania. Moją uwagę zwróciła jeszcze kapusta z mięsem, podana na podgrzewanym półmisku. Byłam zdziwiona jak bardzo mi ta gorąca kapusta smakowała. Choć przekonaliśmy się do jedzenia za pomocą pałeczek, Chińczycy bowiem tak przygotowują dania, że jedzenie sztućcami byłoby nie lada wyczynem, jednak skonsumowanie ryby sprawiło nam sporo problemów. Smażona i podana razem z głową, była bardzo smaczna, jednak pozbycie się ości za pomocą pałeczek było pewnego rodzaju ekwilibrystyką. Tak więc jedzenie bardzo mi smakowało, ale, do czego wciąż nie jestem w stanie przywyknąć, to forma podawania dań – pojedynczo, nie zwracając uwagi na kolejność. Dla przykładu, lody zamówione na deser, zostały podane w połowie posiłku, kelner nie potrafił zrozumieć, dlaczego chcemy, aby przyniósł je później.

Początek mojej podróży do Chin przyniósł mi wiele nowych doświadczeń. Ogromna odmienność kultury, architektury czy kuchni sprawiły, że po trzech dniach pobytu tutaj czułam się jakbym ujrzała o wiele więcej niż podczas wielu ze swoich podróży po Europie. Siedząc w pociągu do Hongzhou, wiedziałam, że jeszcze wiele przede mną, ale wrażeniami podzielę się z wami później.

Różne kraje są modne, a Rumunia piękna, ciekawa i fajna!

Przecież jak jechać zagranicę, to do Włoch, Hiszpanii, Francji, nawet Egiptu, albo inaczej – do Rzymu, Barcelony, Paryża, Pragi lub Wiednia. I właśnie tak postępuje większość turystów. Gdy się ich zapyta, a co z Węgrami, Serbią, Bośnią, Rumunią, Litwą czy Ukrainą, to widzimy jedynie wzruszenie ramionami i jakieś niewyraźne pomruki: nie, nie, tam niebezpiecznie, dziko, brak bazy hotelowej, atrakcji itd. Nic bardziej mylnego! Gdy jeździ się w miejsca, gdzie jest wiele hoteli, jest też za wielu turystów, hałasu. Gdzieś się gubi fajną atmosferę, bez której niektórzy nie mają ochoty na pobyt. Gdy wybierze się bardziej nieznane miejscowości, jest spokojniej, mniej ludzi, gwaru. Dla każdego coś miłego. Pewnie każdy w ciągu iluś tam lat zwiedzi miejscowości obu tych kategorii i znajdzie w nich to, co lubi najbardziej. Na przykład Chorwacja. Stała się modna. Jeździ tam tylu Polaków, że trudno znaleźć kogoś, kto tam nie był, albo nie chciałby być. Polskie wycieczki zajeżdżają przy okazji do Medugorje, by zobaczyć wyjątkowe miejsce, albo pomodlić się do Matki Boskiej, która miała tam wielokrotnie się pokazać. Jednak w tej Chorwacji jest jakoś bezklimatycznie. Są oczywiście różne miejsca i można znaleźć wszystko, czego dusza zapragnie, ale ten brak wyrazistości wynikający z przesadnej liczby turystów, jest odczuwalny niemal wszędzie.

Tymczasem wyjazd na Białoruś, to jest dopiero heca! Opiszemy to w innym odcinku, a tutaj jedynie wspomnimy, że gdy ktoś chce się przekonać jak wygląda życie prostsze, uboższe, to warto tam zajechać. To tak, jakby być w Polsce z lat 60., albo trafić do małego polskiego miasteczka, gdzie ludzie żyją inaczej niż w metropoliach. A Rumunia? To jest dopiero przeżycie! Tu wszystko zaskakuje. Spotyka się wielu ludzi, którzy nie mają odwagi tam pojechać, ale gdy chodzi o takich, którzy tam byli, to jeszcze nie spotkaliśmy takich, którzy by tego żałowali. Przeciwnie – twierdzą, że to odlot. Spodziewali się bałaganu, Cyganów, trudności z benzyną, jedzeniem, noclegami, wejściami do muzeów, kłopotami z wymianą waluty, a tu nic z tych rzeczy.

Do Rumunii można polecieć samolotem. Nie jest to specjalnie drogie. Wtedy udajemy się od razu do Bukaresztu. Miasto wielkości Warszawy. Ma miejsca piękne i brzydkie. Mamy tam dużo pokomunistycznych bloków, które nie są ciekawe, a wszystkie w jakiś sposób identyczne. Takie blokowiska odrzucają, ale w naszych miastach też tak mamy. Wystarczy wspomnieć warszawskie Bródno. Jednak w Bukareszcie jest co oglądać. W Centrum mamy kopię Łuku Triumfalnego. Został zbudowany przez Rumunów przed wojną na znak przyjaźni z Francją. Rumunia od wielu lat jest bliska Francuzom i Włochom. Dookoła hałaśliwy plac i wspaniałe restauracje: owoce morza, zupa rybna, makarony, grillowane mięsko, mamałyga i zupa całkowicie rumuńska – ciorba w różnych wariantach, na czele z de burtą.

Dalej znajdujemy nieprawdopodobny budynek parlamentu. Jest to największy w Europie budynek użyteczności publicznej. Szczegółowymi danymi zajmiemy się w kolejnych częściach. Teraz zamieszczamy treść wyłącznie zachęcającą do poznania tego kraju. Tak czy inaczej budynek ma 12 pięter nad ziemią i bodaj 8 pod. Tu dane są przybliżone, bo budynek nie jest zwykłym prostopadłościanem, lecz ma przeróżne urozmaicenia. Jego długość jest niebotyczna – kilkaset metrów. Szerokość też nie pozostawia złudzeń. Podobno pod ziemią wiele korytarzy nie zostało w ogóle odkrytych. Niedawno ekipy remontowe znalazły przez przypadek wielki basen, o którego istnieniu nikt nie wiedział. Budynek był budowany za czasów Causescu. Wszystko było otoczone tak głęboką tajemnicą, że nie ma planów architektonicznych. Specjaliści „łażą” po korytarzach, napotykają zatkane gruzem korytarze i już się cieszą, że po ich odsłonięciu znajdą drzwi do kolejnych atrakcji. Tam turyści jeszcze nie chodzą, ale każdy może odwiedzić gmach. Są tam cudowne sale do oglądania: rzeźby, wielkie okna, meble, dywany! Budynek był łączony z innymi za czasów komunistycznych. Miała to być siedziba prezydenta, który w razie kłopotów mógł uciec w dowolne miejsce miasta. Podobno nie odnaleziono większości z tych przejść.

Dosyć o stolicy na ten moment. Gdy chce się poznać kraj, trzeba pojechać samochodem. Droga nie jest krótka, ale jest do pokonania. Wyjeżdżamy z Polski na południe, mijamy Kielce, Rzeszów, Krosno i wjeżdżamy na Słowację. Mijamy Presov i Kosice i wjeżdżamy na Węgry. Mijamy Miskolc, Debreczyn i jesteśmy na granicy. Przejeżdżamy granicę i trafiamy do Oradei, miasta w stylu habsburskim. I żadnych problemów, niebezpieczeństw, agresywnych Cyganów. Dookoła domy z XIX wieku, z czasów, gdy Siedmiogród należał do Austro-Węgier. Nie wiem, czy jest miasto, w którym można się czuć bardziej niż tu, jak w naszym kraju. Jest tu jakoś normalnie, po naszemu.

W kolejnych odcinkach opowiemy o Arad, Timisoarze, Braszowie, Sinai, Constancy, Craiovej, Cluj-Napoce, Drobecie. Wszędzie są miejsca biedne albo biednawe, ale też zabytki, może niewyremontowane, ale bardzo ciekawe kamienice sprzed stu, dwustu lat, które będą remontowane i już teraz wiadomo, że będą to europejskie atrakcje. Zwiedzimy zamki, pałace, muzea. Spotkamy zwykłych Rumunów z miast i wsi, kupimy wielkie arbuzy, melony, przesłodkie brzoskwinie. Pojedziemy nad morze i w góry, które są wyższe od naszych – to Karpaty oczywiście. Takie atrakcje czekają na czytelników w kolejnych odcinkach. Może uda się nam wzbudzić zainteresowanie tym krajem i kulturą. Gdyby były jeszcze jakieś wątpliwości, to zaprosimy do muzeum w Constancy, gdzie są pamiątki po okresie rzymskim, gdy Rumunia nazywana była Dacją, albo na wyspę Owidiusza, którego zesłał tu okrutny cesarz Rzymu. Zapraszamy!

Bezwzrokowy Podróżnik