Helpowe refleksje. Niewidomi chcą się uczyć

Trudno się dziwić, że nasz wrześniowy Help omawia przede wszystkim edukację niewidomych i słabowidzących. Jak co miesiąc, nasi autorzy poruszają również inne tematy, ale ten jest najważniejszy. W związku z tym, że i dla mnie jest on taki ważny, poświęcę mu te refleksje w całości.

Jaka jest edukacyjna sytuacja naszego środowiska? Jakie życiowe szanse stwarzają nam polskie szkoły i uczelnie? Czy uczęszczanie do nich daje gwarancję życiowych sukcesów? Jak się okazuje, odpowiedzi na te pytania nie są łatwe. Kwestia jest tak złożona, że można to oceniać różnie. Gdy jesteśmy pozytywnie nastawieni do życia i dotrą do nas dobre wieści, mamy poczucie, że jest nieźle, a co więcej – idzie ku lepszemu. Gdy jednak mamy zły nastrój i dowiemy się o jakichś idiotycznych problemach, tracimy to przekonanie i mamy jedynie najgorsze przypuszczenia. Czy da się to jakoś zobiektywizować? Zapewne tak, ale nie mam takiej ambicji. Podzielę się jedynie pewną liczbą spostrzeżeń i refleksji. Nie posunę się do ostatecznych konkluzji chociażby dlatego, że przy tak złożonym temacie zawsze mogę spotkać kogoś o innym doświadczeniu, życiowym nastawieniu, kto dowiedział się o przypadku pozytywnym, albo negatywnym, akurat odwrotnie do tego, co ja ostatnio spotkałem.

Sam uczęszczałem najpierw do szkoły dla uczniów słabowidzących, która mieści się w Warszawie na ulicy Koźmińskiej. Za moich czasów miała inny adres i mimo, że nie została nigdzie przeniesiona, była na ulicy Górnośląskiej. Tak się składa, że znajdowała się wtedy i znajduje teraz na rogu tych dwóch ulic. Potem uczyłem się w szkole podstawowej dla niewidomych w Laskach, a następnie chodziłem do warszawskiego liceum, co w dzisiejszym języku można określić jako edukację włączającą. Na koniec studiowałem na Uniwersytecie Warszawskim. Dzięki tej różnorodności oraz faktowi, że mam czterech synów w wieku od 16 do 34 lat, a oni uczęszczali do różnych szkół, mogę w jakimś stopniu porównać edukację wtedy i teraz.

W moich czasach szkoły specjalne, które lubię nazywać specjalistycznymi, a niestety takie ich określenie nie zostało do tej pory usankcjonowane i zastosowane w praktyce, były placówkami bardzo wyjątkowymi. Dotyczy to przede wszystkim szkoły w Laskach, ale także innych. To były szkoły, w których nie tylko uczono dzieci od pierwszej klasy podstawowej do ósmej, następnie zawodu, a kilka lat potem również przygotowywano do matury w tamtejszych liceach, albo do wybranych zawodów w dodatkowych szkołach, chociażby masażu, ale także prowadzono rozliczne działania pozaszkolne i to na naprawdę wysokim poziomie. Przykłady? Proszę bardzo. W Laskach pani Stefania prowadziła pozalekcyjne zajęcia z muzyką poważną oraz całkiem dobry chór. Było to na tak wysokim poziomie, że wielu ówczesnych uczniów korzystało z pozyskanej wtedy wiedzy przez dziesiątki następnych lat. Jestem żywym tego dowodem. Podobnie świetne były zajęcia rehabilitacyjne, sportowe, kulinarne, literackie. W Laskach nauczyliśmy się tyle, że w następnych latach już w liceum mogliśmy nieco odpoczywać. Wiedzieliśmy po prostu więcej niż nasi koledzy z klasy. I dotyczyło to nie tylko mnie, lecz innych absolwentów Lasek z tamtych lat. Z tego co wiem od przyjaciół z innych szkół specjalnych, tam było podobnie.

Czy teraz też tak jest? Otóż mam poważne wątpliwości. Obserwujemy, że edukacja w całym kraju to nie to samo, co wtedy. W szkołach dla niewidomych i słabowidzących również to zauważamy, ale dochodzą do tego także inne problemy. Koncepcja edukacji włączającej dokucza tym placówkom. Wszyscy chyba rozumieją potrzebę integracji, ale edukacja włączająca może być dobrze oceniona, gdy będzie dobrze zaprojektowana i dofinansowana. Z tego co wiem, nawet sama koncepcja nie jest dopracowana, a o finansach lepiej nawet nie mówić. Jest ona głównie modą – ma być nowocześnie, tak jak na Zachodzie, integracyjnie i z pełnymi możliwościami uczniów niepełnosprawnych jak w przypadku sprawnych. To jednak tylko marzenia. Nikt bowiem nie może dać gwarancji, że uczniowie w konkretnej szkole i klasie będą wyrozumiali, empatyczni i pomocni. Często nie są, a nawet przeciwnie – potrafią dokuczać. Wystarczy kilkoro uczniów ze złymi charakterami, by włączanie było trudne.

Załóżmy jednak, że uczniowie są na wysokim poziomie kultury osobistej i chcą uczyć się razem z niepełnosprawnymi kolegami i koleżankami. Wtedy pojawia się kolejny problem. Niewidomi i słabowidzący wymagają oprzyrządowania niwelującego skutki ich niepełnosprawności, często dodatkowej pomocy ze strony asysty w szkole oraz podręczników. W teorii miało być cudownie, a w praktyce? Subwencje przeznaczone na edukację tych uczniów gdzieś znikają po drodze biurokratycznych decyzji. W szkołach brakuje wiedzy, o jakie przyrządy chodzi, jakie podręczniki zapewnić, jaka asysta pomogłaby w kształceniu. Często dochodzi o wypytywania rodziców, jak to zorganizować. Pyta się również samych uczniów. Skąd jednak gwarancja, że oni potrafią odpowiedzieć na te pytania? Fakt, że jest się rodzicem niewidomego dziecka nie musi oznaczać, że się wie. To przecież jest zupełnie osobna, skomplikowana i rozległa wiedza. Spotkałem się z sytuacjami, że rodzice i sami uczniowie odpowiadają na takie pytania, że niczego nie wymagają. Lepiej by było, gdyby powiedzieli, że po prostu nie wiedzą. To spowodowałoby szukanie wiedzy gdzie indziej, na przykład w naszej fundacji, a tak dyrekcja szkoły i nauczyciele są zadowoleni, że zrobili wszystko, co niezbędne i poprzestają na tym.

Jak w takich warunkach wygląda edukacja włączająca? Okazuje się, że dzieci są tak źle kształcone, że dochodzi w pewnym momencie do decyzji, by dziecko oddać do szkoły specjalnej, czego wcześniej chciano uniknąć. Kto jednak zrekompensuje straty poniesione w ciągu kilku lat? Po udaniu się do szkoły specjalnej, dzieci czy młodzież pokazuje prawdziwą twarz edukacji włączającej – nie znają brajla, nie odbyli zajęć rehabilitacyjnych, nie są oczytani, kiepsko radzą sobie z przedmiotami ścisłymi. Zostają najgorszymi uczniami w nowej klasie i muszą nadrabiać zaległości. Czy jednak o to chodziło twórcom tej idei? Miało przecież być inaczej!

Do szkół, do których uczęszczają uczniowie niepełnosprawni miały trafić dodatkowe, znaczące środki finansowe. Nauczyciele mieli być dodatkowo przeszkoleni. Dzięki środkom finansowym szkoły te miały dysponować nieodzownym sprzętem, na przykład w odniesieniu do uczniów niewidomych – brajlowskimi monitorami, notatnikami, dyktafonami, komputerami, brajlowskimi podręcznikami, a uczniów słabowidzących – powiększalnikami obrazu, zarówno kieszonkowymi do używania przenośnego, jak i stacjonarnymi, nie mówiąc o całej gamie innych rozwiązań. Zazwyczaj w szkołach takiego sprzętu nie widać. Co z asystą, dodatkowymi zajęciami itd.? Gdzie się więc podziewają te subwencje???

Gdyby władzom udało się przejść od naiwnej teorii do zaprojektowania kompleksowego rozwiązania włączającego, niemal wszyscy rodzice popieraliby nowy system. Oby to się udało pani minister Zalewskiej. Na razie jednak mamy jedynie złudne nadzieje i frazesy ze strony tych, którzy lubią o tym opowiadać, ale nie potrafią tej narracji wzbogacić o konkrety.

Dlaczego dzielę się tymi obawami i krytyką w kontekście omawiania sytuacji w szkołach specjalnych? Nie bez przyczyny. Wraz z amokiem na temat włączania niepełnosprawnych uczniów w nurt edukacji masowej, szkoły te są w dużym stopniu zaniedbywane – w zasadzie być może ktoś wpadł na pomysł stopniowego ich wygaszania! Na szczęście pojawiła się już refleksja, że tylko tam jest know how, jak kształcić tę młodzież. Gdzie jednak istotne i niezbędne wsparcie dla nich? Jako placówki specjalne, winny być traktowane specjalnie. Powinien dotrzeć do nich nowoczesny sprzęt, wielu bardzo wykwalifikowanych specjalistów, którzy byliby w stanie uczyć młodzież tak, jak było w moich czasach. Tylko takie podejście na aktualnym etapie daje szanse w dorosłym życiu: jak najwięcej nauki, wiele umiejętności, zapas wiedzy, znajomość języków obcych, poświęcenie specjalnej uwagi na przedmioty, w których uczeń ma większe zdolności, kontakty z inną młodzieżą, czyli przemyślana integracja, a nie sztampowa, na wzór nieudanych eksperymentów itd. Zamiast tego przez ostatnie lata plączemy się pomiędzy koncepcjami i żałujemy środków. Prawda jest prosta: wszystko, co wiąże się ze zdrowiem i sprawnością w przypadku ludzi słabszych, chorych, niepełnosprawnych, kosztuje dużo. Nie da się zrobić tego tanim kosztem.

Tańsza jest namiastka edukacji, tak samo jak namiastka rehabilitacji. Na czym z kolei ona polega? Na braku sprzętu i wymagań. Nie ma urządzeń brajlowskich, lektorskich, powiększających obraz, podręczników i książek, brajlowskich słowników, dobrego dostępu do Internetu, udźwiękowienia i ubrajlowienia otoczenia, ścieżek naprowadzających, dźwiękowych informatorów itd.

Czy zatem niewidomi chcą się uczyć? Ambitni niewidomi chcą. Inni nie wiedzą, jakie to ważne, bo ulegają pokusie i negatywnej reklamie. Panoszy się model życia łatwego, w ramach którego wysiłek edukacyjny nie jest konieczny. Gdy jednak tym samym osobom wyjaśni się, jakie wymagania stawia życie razem z innymi, porównywalne do życia osób pełnosprawnych, zaczynają rozumieć swój błąd i także oni chcą być dobrze kształceni.

Gdyby ktoś jeszcze nie rozumiał naszej promocji aktywności, zapraszamy do nas, do punktów doradczych Fundacji Szansa dla Niewidomych, a jeszcze mocniej do samokształcenia i pokazania innym, że jesteśmy od nich lepsi w naszej specjalności.

Helpowe refleksje. Zabytki i inne interesujące miejsca dostosowane dla niewidomych

Wakacje! Dla większości to najbardziej lubiany czas. „Większości”, nie dla wszystkich, gdyż są oczywiście inni. Dla tych innych jest na przykład za gorąco, za głośno lub zbyt tłoczno. Tacy wolą pozostać w domu i odpoczywać poprzez wyciszenie się. Większość, bez względu na to czy odpocznie, czy nie, rusza w drogę, nawet ci, którzy nie mają ochoty.

Rozliczne trendy czy mody szantażują nas. Dla jednych są wyrazem ich własnych opinii i oczekiwań, dla innych jednak wymaganiem, a nawet przymusem. Ale czy to jedyna kwestia w naszym życiu, której musimy ulec? Wakacje stwarzają dobrą okazję, by poznać świat. Jedni są zmuszeni do ograniczenia się do regionu, w którym żyją, inni – całego kraju, a wreszcie pewna grupa osób najbardziej przedsiębiorczych i zamożnych poznaje zagranicę. Tutaj ograniczymy się jedynie do kraju. Nawet przy tym ograniczeniu jest o czym mówić. Ba, jest mnóstwo rzeczy do omówienia: regiony i ich charakter, miasta i miasteczka, zabytki, najświetniejsze budowle historyczne i współczesne, obiekty kultury jak: muzea, biblioteki, uczelnie, teatry, amfiteatry, wreszcie ich dostępność dla niepełnosprawnych, zwłaszcza niewidomych.

Napisałem kilkanaście książek o bodaj 12 regionach w Polsce. Jak wiadomo nie jestem pisarzem, ani krajoznawcą. Dlaczego zatem zdecydowałem się na tę twórczość? Gdy od tak dawna prowadzę Fundację Szansa dla Niewidomych i poznaję tajniki rehabilitacji tej grupy obywateli i to zarówno teoretycznie, jak i praktycznie, gdy podczas rozlicznych spotkań w całym kraju beneficjenci opowiadają o ich sytuacji, przyszło mi do głowy, by zainteresować ich wszystkich turystyką i krajoznawstwem. Oczywiście, były one wykorzystywane w celach rehabilitacyjnych już wcześniej, jednak nieco przypadkowo, jakby przy okazji. Tymczasem moim zdaniem podróżowanie i poznawanie świata to jedne z najlepszych sposobów, by przekonać nawet najbardziej niechętnych, żeby wyszli z domu i poznali innych ludzi. Ba, by wyszli i dali się poznać innym.

Właśnie w ten sposób powstał cykl moich relacji o poszczególnych regionach. Nawet się nie spodziewałem, że będzie tak duży i tak dobrze przyjęty. Za każdym razem dostawałem wiele próśb, by napisać o kolejnym obszarze. Dziwiło mnie to nieco, bo przecież jest wiele innych publikacji, gdzie autorzy wykazują nieporównywalnie większą wiedzę. W końcu nie pracuję w tej dziedzinie jako profesjonalista, a jedynie wykorzystuję wiedzę innych, by namówić niewidomych do otwarcia się. Skoro jednak postanowiłem pisać o historii, kulturze, zabytkach i bazie turystycznej w kraju, teraz mogę pokrótce podsumować i wskazać, jakie zabytki i inne interesujące miejsca są choćby troszkę dostosowane dla niewidomych, albo są dostępne nawet bez tego, a zatem które z nich mogę polecić. Moja relacja oczywiście nie jest obiektywna. Wprost przeciwnie – skoro „moja”, to na pewno subiektywna. Mam nadzieję, że inni wzbogacą te informacje o swoje doświadczenia, a wtedy nasi Czytelnicy będą mogli mieć pełniejszy obraz.

Gdzie warto się wybrać, by ciekawie spędzić czas i nie narazić się na bariery utrudniające niewidomym wakacyjny odpoczynek? Proszę wybaczyć, nie mogę tych miejsc różnicować pod względem cen i kosztów. Ich wartość krajoznawcza czy zdrowotna nie zależy od tego. Ceny i koszty wpływają na decyzje, czy się tam wybrać, ale jako, że nie znam zamożności Czytelników, zapomnijmy o finansach. Zresztą – w miejscach droższych można przebywać krócej, a nawet jedynie przejazdem. W innych – można zdecydować się na dłuższy pobyt i tyle.

Czy wiecie, jak fajnie jest zamieszkać choćby na jedną noc w hotelu zorganizowanym w pałacu lub zamku? Przekonajcie się. Podobno największy taki hotel jest w Kliczkowie niedaleko Bolesławca, tego od ceramiki. Hotel w tym zamku jest duży, wygodny i nie stwarza problemów dla niewidomych gości. Nie ma tam niestety żadnych dostosowań, tzn. nie było, gdy go odwiedzałem, jednak obsługa jest przygotowana na pomaganie nam. Co jakiś czas odbywają się tam turnieje rycerskie, które są niebywałą atrakcją dla widzących, ale jak się okazało także dla nas. Rycerskie pojedynki to także świetna zabawa z dźwiękiem. Rycerze indywidualnie albo grupowo przemieszczają się, uderzają bronią o tarcze, zderzają się konie, zbroje itd. Był nawet huk armatni! Do tego świetne polskie dania i akustyka zamku, którą akurat ja lubię.

Podobnie fajnie jest w trzebieszowickim zamku. To niedaleko Kłodzka. Obiekt był, jak w zasadzie wszystkie, zrujnowany i wymagał odbudowy. Teraz jest świetnym hotelem z basenem, dużym holem i mnóstwem historycznych przedmiotów. Zwiedza się go, słuchając interesujących opowieści przewodnika. Wieczorami odbywają się koncerty i pokaz filmu o historii tego pałacu – jest czego słuchać i oglądać.

Podobnie w pałacu w Wiechlicach koło Szprotawy, około 50 km od Zielonej Góry. Tutaj także nie ma żadnych dostosowań, ale także trudnych dla nas barier. Obsługa ma wyczucie i w razie potrzeby pomaga. Pałac jest otoczony parkiem rozpościerającym się na 5 hektarach. Są tam uprawy roślin, warzyw, które są następnie podawane w restauracji. Obok jest winnica, skąd się biorą grona na tutejsze wino. Nieco dalej stworzono staw – oczko wodne o kształcie owalu i rozpiętości około 200 metrów. Na środku stawu malutka wysepka z drzewem pośrodku. Na dodatek jest tu przystań, gdzie można wsiąść na rower wodny albo do kajaku i pływać. Niby to tylko 200 metrów, ale jakoś to wystarczy. W budynkach przerobionych ze stajni, stodół itp. jest kręgielnia, basen, siłownia, sauny i gabinety lecznicze. Drogo? Owszem, ale są możliwości wynegocjowania dostępnych cen.

W Łebie jest mnóstwo fajnych hoteli i ośrodków. To niebywałe miasteczko: morze, cudowne plaże, dużo interesujących miejsc: muzea, deptak z odciskami dłoni Prezydentów Polski, stadnina koni, Sea Park Sarbsk i mnóstwo dobrego jedzenia, najbardziej w smażalniach ryb.

Czy wiecie, jak smacznie częstować się deserami, gdy cała podłoga krąży i pokazuje okoliczny krajobraz? Tak jest w Kołobrzegu w kawiarni Arka w hotelu Arka Medical SPA, na dziesiątym piętrze, gdzie dociera się windą. Niżej, oprócz wielu pokojów dla gości, są gabinety rehabilitacyjne, zabiegowe, relaksacyjne, basen itd. Również tutaj brakuje rozwiązań dostępowych, ale także nie ma specjalnych barier. Mogą tu przebywać niepełnosprawni na wózkach oraz niewidomi.

Podczas ostatniej regionalnej edycji konferencji REHA w Olsztynie, gdy poszukiwaliśmy ciekawego miejsca na obiad, znaleźliśmy się w restauracji Przystań. Bardzo jest fajnie odpoczywać i jeść na deskach mola, gdy pod sobą ma się wodę jeziora Ukiel. Dookoła, poza gośćmi restauracji, spokój i cisza. Na jeziorze sporo łódek i żaglówek. Miejsce to zostało specjalnie stworzone dla miłośników pływania – jest tu hotel i wiele atrakcji. No i sam Olsztyn, fantastyczne miasto z bogatą historią, wieloma zabytkami i miłą atmosferą.

W Inwałdzie znajduje się Park Miniatur „Świat marzenie”. Dla niewidomych to wyjątkowa okazja, by poznać modele obiektów architektonicznych z całego świata i Polski. Są tu: Świątynia Akropolu, Koloseum, Krzywa Wieża w Pizie, Bazylika św. Piotra w Watykanie, Statua Wolności, Wielki Mur Chiński, Wieża Eiffla itd. Większość miniatur została zbudowana w skali 1/25. I co ważne – niewidomi mogą je obejrzeć/pomacać.

Jak się okazało, niewidomi są dobrze obsługiwani w Zamku w Malborku. Można tam skorzystać z audioprzewodnika, ale także poprosić o prawdziwego przewodnika, który ułatwi wejście tam, gdzie w zasadzie nikomu nie wolno. Owszem, to trochę kosztuje, ale warto. Sam zamek został odbudowany całkiem niedawno. Teraz trudno sobie wyobrazić, że jeszcze na przykład 40 lat temu w zasadzie nie było co oglądać. Zamek został zniszczony podczas II wojny, kiedy to Rosjanie zdobywali ten teren. I nie mówmy, że nas wyzwalali. Nie wyzwalali także Malborka.

Tegoroczna regionalna REHA w Lublinie odbyła się w Muzeum Wsi Lubelskiej. Nie mogłem tam być podczas konferencji, byłem tam jednak w styczniu. To bardzo interesujące miejsce, gdzie nie znalazłem specjalnych dostosowań dla nas, ale także barier, które by mi utrudniały zwiedzanie. Są tam zabytki architektury drewnianej i murowanej, zbiory etnograficzne, zagrody ze zwierzętami domowymi, chaty biedoty, rodzin średnio zamożnych i bogatych gospodarzy. Jest tam w pełni wyposażony dworek szlachecki, jakby nadal ktoś tam żył, parafia i cerkiew. Byliśmy w prowincjonalnym miasteczku z posterunkiem policji, pocztą, zakładem krawieckim, fryzjerskim, sklepem itd., wszystko jak ponad 100 lat temu.

Fantastycznie jest w Zamościu: renesansowa zabudowa, synagoga, Pałac Zamoyskich, Muzeum Zamojskie z makietą Zamościa sprzed wieków. Jest tak duża, że trudno ją ogarnąć rękami i obejrzeć dotykiem. Byliśmy także w Muzeum Fortyfikacji i Broni Arsenał będącym oddziałem Muzeum Zamojskiego. To niebywała podróż w zamierzchłe czasy.

Jest wiele miejsc w Polsce, które należy zwiedzić, gdzie co prawda brakuje dostosowań, albo są bardzo nieliczne, ale także nie ma tam specjalnych utrudnień dla niewidomych. Nie starczy życia, by wszędzie być. Najlepszą metodą na tę wielość jest po prostu wyruszenie w drogę i zwiedzanie. Niezależnie od zamożności, warto wydać pewien procent dochodów właśnie na tę dziedzinę. Podróżowanie i zwiedzanie to aktywność intelektualna i fizyczna, sprawność, wiedza, dzięki której mamy coś do powiedzenia. To także towarzystwo, przyjaźnie, znajomości. To wszystko jest ważne szczególnie dla środowiska, które tak długo było wykluczone. Wielu z nas nadal żyje poza społeczeństwem. Czas to zmienić!

Czy nowa Ustawa o dostępności cyfrowej stron internetowych i aplikacji mobilnych podmiotów publicznych zapewni nam dostęp do informacji?

W lipcu 2018 r. Ministerstwo cyfryzacji udostępniło do konsultacji publicznej projekt nowej ustawy, której przedmiotem jest dostępność stron internetowych i aplikacji mobilnych. Ustawa ta jest konsekwencją dyrektywy Parlamentu Europejskiego i Rady (UE) 2016/2012 z dnia 26 października 2016 r. w sprawie dostępności stron internetowych i mobilnych aplikacji. Obecnie działa rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 12 kwietnia 2012 r. w sprawie Krajowych Ram Interoperacyjności, minimalnych wymagań dla rejestrów publicznych i wymiany informacji w postaci elektronicznej oraz minimalnych wymagań dla systemów teleinformatycznych (Dz. U. z 2017 r. poz. 2274), w którym w rozdziale 19 określono wymagania dotyczące dostępności stron internetowych. Trzeba przyznać, że rozporządzenie KRI z jednej strony zwróciło uwagę na problem dostępności stron internetowych, ale z drugiej jego skuteczność jest niewielka. Ponad połowa stron instytucji publicznych nadal jest niedostępna. Czy nowa ustawa może być skutecznym narzędziem w walce z brakiem dostępności informacji publikowanych przez instytucje publiczne na łamach serwisów internetowych? Odpowiedź jest Trudna i wielowymiarowa.

Dostępność – jak ją rozumiemy?

Dostępność stron internetowych to taki sposób prezentowania zawartych na nich informacji, który nie wyklucza żadnej grupy użytkowników bez względu na ich niepełnosprawność, umiejętności ani ze względu na to, z jakiego sprzętu czy oprogramowania korzystają. Zatem z grubsza mówiąc, dostępna strona, to taka, na której informacje graficzne są jednocześnie opisane tekstem, pola formularzy posiadają powiązane programistycznie etykiety, nazwy odnośników jednoznacznie opisują zasoby, do których kierują, a do każdego elementu można dojść za pomocą klawiatury i za pomocą klawiatury można ten element obsłużyć. Mówiąc dokładniej, jest wiele różnych elementów, które należy zakodować na stronie w odpowiedni sposób. Kwestie dostępności zostały opisane w dokumencie przygotowanym przez konsorcjum W3C o nazwie Web Content Accessibility Guidelines 2.0. Dokument wyjaśnia, na czym polega brak dostępności, kogo dotyczy, a przede wszystkim jak można sprawdzić swoją własną stronę, by mieć pewność, że zamieszczane na niej informacje będą mogły zostać odczytane, zrozumiane i obsłużone przez maksymalnie dużą liczbę odbiorców bez wykluczania kogokolwiek.

Dostępność – komu jest potrzebna?

Największe problemy sprawia osobom z niepełnosprawnościami. Wśród nich, osoby niewidome są najbardziej zauważalne. Jest tak, bo strony internetowe są tworzone przez osoby widzące, które największy nacisk kładą na ich warstwę wizualną, pomijając przy tym warstwę danych – warstwę treści. Bardzo często podnoszony jest argument o niewielkiej liczbie osób z niepełnosprawnościami na danym terenie, czy wśród użytkowników danej usługi. Pomijany przy tym jest cały uniwersalny aspekt dostępności, który sprawia, że dostępna strona jest możliwa do odczytania i obsłużenia przez wszystkich, także przez osobę niewidomą, przez osobę z niesprawnością manualną czy nawet przez osobę starszą. Nie dostrzega się korzyści wynikających z tego, że informacje publikowane na stronach będą zrozumiałe dla najsłabszych użytkowników, którzy bez zadbania o dostępność, będą potrzebować indywidualnej pomocy. . Twórcy niedostępnych stron, często nie uświadamiają sobie nawet tego, że informacji zawartych na ich stronach nie da się wyszukać za pomocą wyszukiwarek internetowych. Może przyszedł właśnie czas na zmianę błędnego przekonania, że dostępność to coś bardzo drogiego i bardzo skomplikowanego, co potrzebne jest tylko nielicznej grupie osób z niepełnosprawnościami. Należy więc uczyć, że dostępność dotyczy nas wszystkich, że nie jest niczym skomplikowanym a jedynie wymaga dbałości o poprawne stosowanie standardów i przedstawianie informacji w różnych równoważnych treściowo, ale alternatywnych pod względem odbioru formach. Tego właśnie w nowej ustawie brakuje.

Dostępność – łagodne nakłanianie, czy stanowcze wymaganie?

Moim zdaniem projektowana ustawa zbyt miękko podchodzi do obowiązku tworzenia dostępnych informacji i sposobów ich publikowania na stronach internetowych. Dopóki redaktorzy stron nie będą jednoznacznie odpowiedzialni za przygotowane informacje i ich dostępność, dopóki brak umiejętności, czy brak staranności w pracy nie będzie powodem do wyciągnięcia od takich pracowników konsekwencji służbowych, tak długo w zakresie dostępności stron internetowych nic się nie zmieni. Wcześniejsze rozporządzenie nakłada na podmioty publiczne obowiązek tworzenia dostępnych treści internetowych, a jednak brak dostępności spotykamy na każdym kroku. Myślę, że jeśli nie zaczniemy uczyć w szkołach jak korzystać z komputerowych edytorów tekstu, że formatowanie logiczne treści jest czym innym niż formatowanie wizualne, że dostępna treść, to taka, którą można odczytać w postaci zwykłego tekstu, który można dowolnie powiększyć oraz równolegle w postaci obrazu lub nagrania dźwiękowego, tak długo nie będziemy mieli specjalistów, ogarniających temat. Obecni redaktorzy i autorzy stron internetowych muszą albo się douczyć, albo zostać zastąpionymi bardziej kompetentnymi. Nie da się tego osiągnąć, jeśli nowe prawo nie będzie jednoznacznie wymagać dostępności od wszystkich i dla wszystkich publicznie dostępnych informacji. Moim zdaniem, projekt ustawy nie jest tak jednoznaczny, by osoby odpowiedzialne za serwisy internetowe miały motywacje do zmiany stanu obecnego.

Dostępność – czy potrzebni są do niej eksperci?

Dopóki autor informacji, nie będzie miał umiejętności tworzenia dokumentów elektronicznych, poprawnych logicznie i technicznie, tak długo potrzebni będą eksperci dostępności. Problem jednak tkwi w tym, że skoro potrzebni są super specjaliści od dostępności, to w powszechnym mniemaniu, dostępność jawi się, jako nadzwyczaj skomplikowana umiejętność. Mamy więc takie zamknięte koło. Eksperci są potrzebni, by badać dostępność stron internetowych i pouczać co i jak należy poprawić, ale ich obecność sprawia, że poprawki są często wstawiane w sposób mechaniczny, zwalniający autorów stron z odpowiedzialności za dostępność. Dlatego często spotykamy niedostępne strony, których autorzy i redaktorzy rozkładają ręce tłumacząc – „to nie nasza wina, zamówiliśmy audyt i wykonaliśmy wszystkie zmiany, które zalecili nam specjaliści”. Tylko co z tego? Czy w ten sposób da się osiągnąć poziom dostępnych stron? Moim zdaniem, dopóki przepisy prawa nie wymogą na autorach i redaktorach stron internetowych umiejętności samodzielnego sprawdzenia swoich własnych dokumentów, tak długo będziemy mieli problemy z dostępnością i wiele różnych poza merytorycznych uzasadnień jej braku.

Dostępność – czego wymagać?

Twardo i jednoznacznie należy wymagać dostępności, czyli zgodności ze standardem WCAG 2.0 i spełniania wszystkich określonych kryteriów. W WCAG 2.0 określono jak należy przygotować treści alternatywne i jak je prezentować. Jakiekolwiek ulgi, zwolnienia, niezależnie spowodowane kosztami, czy trudnościami kadrowymi zwalniają nasze urzędy z obowiązku tworzenia dostępnych informacji. Myślę, że zapisany w projekcie ustawy próg zatrudniania 30 osób, poniżej którego dana jednostka jest zwolniona z obowiązku tworzenia dostępnych stron internetowych jest bardzo szkodliwy. Działa nie tylko w obrębie samych stron internetowych, ale może przenosić się także na inne sfery dostępności np. architektoniczną, czy obsługi klientów z niepełnosprawnością. Moje osobiste obserwacje skłaniają mnie do wniosku, że w dużych instytucjach, w dużych miastach dostępność jest coraz częściej brana pod uwagę. Coraz częściej widzimy dbałość o strony internetowe, dbałość o dostępną przestrzeń publiczną, o dostępną komunikację i obsługę klienta. Problemy w tym zakresie są w małych miejscowościach, w małych jednostkach. Wymóg dostępności właśnie w takich małych, znajdujących się gdzieś na uboczu jednostkach jest najbardziej pożądany, bo dzięki niemu może wzrosnąć świadomość potrzeby i korzyści płynących z ogólnie pojętej dostępności i projektowania uniwersalnego. Inny problem, to zwalnianie z dostępności różnego typu treści. To kolejna pułapka wynikająca z mniemania, że dostępność to coś nadzwyczajnego. Dzisiejsze wersje programów w dużej mierze wspierajją dostępność i ułatwiają jej stosowanie. Warto kłaść nacisk na konieczność tworzenia dostępnych treści, bo dostępne dla ludzi, będą także dostępne do przetwarzania przez komputery. Wówczas korzyści wynikające z automatycznego i szybkiego przetwarzania dokumentów będą wartością wymierną i namacalną.

Dostępność – poprawa rzeczywista czy biurokracja?

W projekcie ustawy znalazły się też informacje, w jaki sposób i kto będzie nadzorował zapewnienie wymogu dostępności stron internetowych. Wpisano też sposoby pozyskiwania informacji od instytucji publicznych na temat realizowania obowiązków wynikających z ustawy. Te zapisy także budzą moje zdziwienie i podejrzenie, że jednak nie chodzi o dostępność. W dobie wymiany informacji cyfrowych online, zapisy w ustawie o wysyłaniu próśb do instytucji publicznych o raporty na temat wdrażania dostępności, zgłaszanych skarg są cokolwiek archaiczne. Przecież można stworzyć zdalny rejestr dostępności, narzędzia nadzorowane przez wskazanego ich administratora oraz systemy udostępniania treści z wbudowanymi mechanizmami automatycznie badającymi dostępność, które będą natychmiast zbierały wymagane informacje i generowały odpowiednie raporty oraz informacje o konieczności naprawy dostępności stron.

Do 2 sierpnia 2018 roku Ministerstwo Cyfryzacji, jako autor ustawy zbiera uwagi na jej temat, organizuje spotkania ze specjalistami i deklaruje chęć przygotowania dobrej ustawy, która będzie skuteczna i rozsądna. Miejmy nadzieję, że uda się wypracować takie zapisy, które zostaną dobrze przyjęte przez wszystkie strony i zapewnią wszystkim użytkownikom stron internetowych instytucji publicznych pełny i wygodny dostęp do prezentowanych na nich informacji i usług.

Co nowego w standardzie WCAG 2.1?

„Wytyczne dla dostępności treści internetowych” (ang. Web Content Accessibility Guidelines, w skrócie WCAG) to opublikowany przez organizację W3C standard, który zawiera zbiór zasad, jakimi powinni kierować się twórcy stron internetowych, aby przygotowane przez nich strony były maksymalnie dostępne dla osób z różnymi niepełnosprawnościami. Pierwsza wersja WCAG (1.0) została opublikowana w 1999 r. Szybko okazało się jednak, że WCAG 1.0 nie przystaje do nowych i szybko rozwijających się technologii internetowych. Dlatego w 2008 r. pojawił się standard WCAG 2.0, który nie odnosi się bezpośrednio do technologii stosowanych na stronach WWW, a skupia się na użytkownikach tych stron.

Wersja 2.0 ma już 10 lat i nie uwzględnia zmian, które w ostatnim czasie zaszły w świecie IT. Mowa tu przede wszystkim o szybkim rozwoju technologii mobilnych. W roku 2008 przeglądarki mobilne odpowiadały za mniej niż 1% globalnego ruchu sieciowego, obecnie smartfony i tablety generują ponad 50% ruchu.

W wersji 2.0 zauważono również pewne braki w kwestii dostępności dla osób słabowidzących oraz osób z niepełnosprawnością intelektualną. Dlatego od kilku lat trwały prace nad WCAG 2.1, która to wersja została wreszcie formalnie opublikowana 5 czerwca 2018 r.

Wersja 2.1 jest wstecznie kompatybilna z WCAG 2.0. Oznacza to, że WCAG 2.1 zawiera wszystkie wytyczne i kryteria z WCAG 2.0, a jeśli strona internetowa jest zgodna z WCAG 2.1, to automatycznie jest również zgodna z WCAG 2.0.

Nie zmieniły się stosowane w standardzie poziomy zgodności: A, AA oraz AAA. Jednak aby zachować dotychczasową numerację kryteriów z WCAG 2.0, zdecydowano się dopisać nowe kryteria na koniec już istniejących wytycznych. Dlatego przestała obowiązywać zasada, że w każdej wytycznej na początku mamy kryteria na poziomie A, potem AA i na końcu AAA.

Nowe kryteria sukcesu

W wersji WCAG 2.1 pojawiło się 17 nowych kryteriów sukcesu. Poniżej zostały one po krótce omówione. Przy każdym podano jego numer oraz poziom zgodności.

1.3.4 Orientacja (AA)

Zawartość powinna wyświetlać się i działać tak samo w każdej orientacji ekranu (pionowej/poziomej).

1.3.5 Określenie przeznaczenia elementów wejściowych (AA)

Jeśli jest to możliwe, elementy wejściowe (np. elementy formularzy) powinny być oznaczone tak, by ich przeznaczenie było możliwe do określenia dla programu komputerowego (np. czytnika ekranu).

Np. do elementów formularza „input” w języku HTML 5 powinny być przypisane atrybuty „autocomplete” z odpowiednią zawartością.

1.3.6 Określenie przeznaczenia (AAA)

Przeznaczenie komponentów interfejsu użytkownika, ikon i regionów musi być możliwe do określenia przez program komputerowy.

1.4.10 Dopasowanie do szerokości (AA)

Zawartość na ekranie powinna być wyświetlana tak, by nie było konieczne przewijanie ekranu w poziomie.

1.4.11 Kontrast elementów nietekstowych (AA)

Komponenty interfejsu użytkownika oraz ważne grafiki powinny mieć kontrast przynajmniej 3:1 względem sąsiadujących kolorów.

1.4.12 Odstępy w tekście (AA)

Osoby słabowidzące powinny mieć możliwość zmiany odstępu między wierszami, akapitami, słowami i literami.

1.4.13 Zawartość wyświetlana pod wskaźnikiem lub po oznaczeniu fokusem (AA)

Jeśli na ekranie pojawia się nowa zawartość po najechaniu na jakiś element wskaźnikiem (np. myszą czy palcem) lub fokusem klawiatury, użytkownik powinien mieć możliwość szybkiego usunięcia tej zawartości z ekranu. Jednak zawartość ta nie powinna samoistnie znikać, gdy przesuwany jest po niej wskaźnik.

2.1.4 Znakowe skróty klawiszowe (A)

Jeśli jakiś element jest aktywowany jednoznakowym skrótem klawiszowym, to musi istnieć mechanizm, który pozwala na wyłączenie tego skrótu lub jego zmianę na bardziej złożony (kilkuklawiszowy). Dzięki temu osoby korzystające z technologii rozpoznawania mowy nie doprowadzą do przypadkowego uruchomienia np. łącza lub przycisku.

2.2.6 Limity czasowe (AAA)

Jeśli brak aktywności może spowodować utratę danych, to należy poinformować o tym użytkownika. Przykładem może tu być zamknięcie częściowo wypełnionego formularza przelewu na stronie banku po kilku minutach bezczynności.

2.3.3 Animacja po interakcji (AAA)

Jeśli po interakcji ze stroną (np. kliknięciu łącza, rozwinięciu menu czy przewinięciu strony) pojawia się animacja, która nie jest konieczna do obsługi strony lub zrozumienia informacji, to użytkownik musi mieć możliwość jej wyłączenia. U niektórych użytkowników elementy animowane mogą wywołać mdłości lub bóle głowy.

2.5.1 Gesty wskaźnikowe (A)

Strona nie powinna wymagać do obsłużenia gestów wykorzystujących więcej niż 1 palec oraz takich, które wymagają narysowania na ekranie określonej ścieżki.

2.5.2 Anulowanie zdarzeń wskaźnika (A)

Jeśli użytkownik przypadkiem dotknie jakiegoś elementu, to musi mieć możliwość anulowania związanej z nim czynności np. poprzez przesunięcie palca na inny element przed jego podniesieniem.

2.5.3 Etykieta w nazwie (A)

Zapisana programistycznie nazwa elementu interfejsu użytkownika powinna zawierać także etykietę tego elementu, która wyświetlana jest na ekranie. Ułatwi to obsługę strony osobom korzystającym z rozpoznawania mowy.

2.5.4 Wzbudzanie ruchem (A)

Jeśli jakaś funkcjonalność wymaga ruchu (np. potrząśnięcia lub przechylenia urządzenia), to musi być ona dostępna także poprzez interfejs użytkownika.

2.5.5 Rozmiar celu (AAA)

Jeśli jakiś element może być obsługiwany poprzez jego dotknięcie, to musi on mieć odpowiedni rozmiar (min. 44×44 piksele CSS).

2.5.6 Współwystępujące mechanizmy wejścia (AAA)

Strona nie może ograniczać korzystania z dostępnych mechanizmów wejścia i użytkownik musi mieć możliwość przechodzenia między mechanizmami w dowolnej chwili. Mechanizmy wejścia to np. klawiatura, mysz czy ekran dotykowy.

4.1.3 Komunikaty o stanie (AA)

Komunikaty o stanie (np. o błędzie lub o powodzeniu jakiejś czynności) powinny być odpowiednio oznaczone programistycznie.

Podsumowanie

Standard WCAG 2.1 uzupełnia luki, które w ciągu ostatnich 10 lat ujawniły się w wersji 2.0. Jednak minie jeszcze wiele czasu, zanim wersja 2.1 wejdzie do prawodawstwa i zacznie być oficjalnie stosowana.

Helpowe refleksje

Wreszcie mamy w Helpie w pełni wakacyjny temat – kultura, muzea, biblioteki i teatry, które czekają na niewidomych. Czy faktycznie czekają? Czy z kolei sami niewidomi postulują o to, by one czekały, a w tym przypadku znaczy to, że są dostosowane do naszych potrzeb? Nie dysponujemy żadnymi danymi statystycznymi na ten temat, toteż możemy wyciągać wnioski jedynie na podstawie własnych obserwacji. Tak się akurat składa, że działalność Fundacji Szansa dla Niewidomych wiąże się z rozlicznymi spotkaniami, konferencjami, szkoleniami itd., toteż mamy kontakt z mnóstwem osób, przedstawicielami naszego środowiska i możemy przeprowadzać rozmaite sondaże.

Generalnie obiekty kultury w Polsce nie są dobrze dostosowane do potrzeb niewidomych i słabowidzących. Niektóre z nich wykonały pewną pracę w tej dziedzinie, ale tylko ich zarządcom wydaje się, że to, co zrobili, wystarczy. Otóż nie wystarczy. Najpierw, przez całe lata twierdzili, że na cele związane z takimi gośćmi brakuje funduszy. Potem, gdy coraz mocniej przekonywali się, że coś jednak trzeba zrobić, przeznaczyli na to naprawdę niewielkie środki. Zakupiono pewne produkty dla tak zwanego świętego spokoju. Czy to może mieć istotne znaczenie dla samych zainteresowanych? Nie! To, że w muzeum pojawił się jeden tekst wydrukowany w brajlu, nie do końca dopracowane nagranie audio, a w teatrze jest już oddelegowany pracownik, który pomoże niewidomemu widzowi trafić na jego miejsce na widowni, to za mało. Przyjrzyjmy się temu bardziej szczegółowo.

Teatry. Powiedzmy, że niewidomy potrafi samodzielnie dojechać do gmachu teatru. Wysiada z autobusu, tramwaju lub taksówki i co dalej? Gdzie jest teatr, główne wejście do niego? Czy prowadzi tam ścieżka naprowadzająca? A może przy tym wejściu jest zamontowany dźwiękowy informator, dzięki któremu niewidomy wie, w którą stronę się kierować? A wewnątrz? Ktoś pomógł mu dotrzeć do drzwi wejściowych i jest już wewnątrz. Co teraz? Dookoła sporo ludzi. Każdy udaje się na spektakl, musi coś załatwić – jedni bilety, inni szatnię, jeszcze inni chcą się czegoś napić, kupić jakiś smakołyk itd. Niewidomy plącze się między nimi i pyta, gdzie jest kasa, albo sala widowiskowa. Korzysta z odpowiedzi i powoli brnie we właściwym kierunku. Wreszcie zauważa go obsługa i mu pomaga. Czy jednak taki obraz jest do zaakceptowania przez pełnosprawnych widzów? Kto z nich zgodziłby się na tego rodzaju sytuacje? Czy nie dochodzi do naruszenia godności osobistej niewidomych gości?

A kina? Nie jest tam lepiej, a raczej gorzej. W większości z nich obsłudze nawet nie przychodzi do głowy, że może ich odwiedzić ktoś, kto nie widzi. W tej sytuacji niewidomi udają się tam zawsze z przewodnikiem i raczej nie chwalą swoim inwalidztwem. Biała laska schowana w kieszeni albo teczce – lepiej wejść i wyjść po angielsku. Po co wzbudzać sensację! Czy jednak tak ma wyglądać świat dostosowany do naszych potrzeb?

A zabytki i muzea? Oj, nie ma tam dla nas miejsca. W muzeach eksponaty w gablotach albo co najmniej za sznurami zabezpieczającymi przed gośćmi. Nie można dotknąć nawet tych rzeczy, które by na tym nie ucierpiały. Jasne, że nie można pozwolić na to, by każdy je dotykał, jednak zmuszanie niewidomych do zgłaszania swoich próśb nie wydaje się eleganckie. Chcemy być traktowani z pełnym poszanowaniem.

W obiektach zabytkowych, pałacach, zamkach, dworkach, kościołach brakuje brajlowskich wydruków materiałów merytorycznych i specjalnych tabliczek z informacjami. Zapomina się, że niemal 2.8 mln osób w Polsce ma trudności w odczytywaniu tekstu i wymaga jego powiększenia. A gdzie trójwymiarowe podobizny dzieł sztuki, albo wypukłe, papierowe lub foliowe ryciny?

Na szczęście coś zaczyna się zmieniać. Coraz częściej mówi się o prawach osób niepełnosprawnych. Nie słyszymy jeszcze co prawda o samych niewidomych, ale gdy władze zadbają o wszystkich, skorzystają na tym i osoby z dysfunkcją wzroku. Są muzea, teatry, kina, obiekty zabytkowe, w których zaczęto proces ich informacyjnego udostępniania dla niewidomych. Zapewne będzie postępował i będziemy mogli korzystać z coraz większej liczby obiektów. Czy jednak musi to iść tak mozolnie?

Trudno się dziwić, że Fundacja Szansa dla Niewidomych głośno mówi o tych problemach. Niestety czujemy się zażenowani, że dziedzina ta jest tak bardzo w powijakach. Niestety w naszej promocji nowoczesnej rehabilitacji niewidomych i słabowidzących brakuje nam aktywnych partnerów. Panuje jakaś niezrozumiała zmowa. Władze chcą na nas zaoszczędzić i twierdzą, że inne cele są ważniejsze, a przedstawiciele naszego środowiska zamiast krytykować, wyrażają na to swoją zgodę. Właśnie od niewidomych potrafimy usłyszeć, że pismo Braille’a nie jest im potrzebne. Czy jednak spotykamy ludzi widzących, którzy nie wiedzą jak trzymać w ręku długopis i go używać? Kto widzący nie wie jak się pisze, kto robi podstawowe błędy ortograficzne i interpunkcyjne? Tymczasem nieznajomość systemu brajlowskiego w przypadku niewidomych może prowadzić do wtórnego analfabetyzmu. Prowadzi też do niedoinformowania. Nie wystarczy wiedzieć tyle, ile się wysłucha. Trzeba także czytać. Aby to było możliwe, odpowiedzialni za to zarządcy muszą zadbać o fundusze na tego rodzaju wydruki.

Podobnie z dziełami sztuki, a chociażby architektonicznej. Czy znają Państwo kogoś pełnosprawnego, kto nie wie jak wygląda Zamek Królewski w Warszawie, Kościół Mariacki na Wawelu lub w Gdańsku, katowicki Spodek, albo sławne pomniki? Otóż należy to do wiedzy każdego wykształconego w Polsce obywatela. Jak mogą ich nie znać niewidomi? Aby to było możliwe, należy wykonać trójwymiarowe makiety, albo przynajmniej wypukłe ryciny. Na szczęście jest ich coraz więcej, ale nie oszukujmy się – to naprawdę kropla w morzu potrzeb. Nie pozostaje nic innego, jak czekać na rozwój sytuacji i jak najlepszą realizację programu Dostępność Plus.

Gdzie najlepiej wyjechać?

Do pewnego momentu miałem powody narzekać na to, że za mało zwiedziłem. Należę do ludzi, którzy to lubią – uwielbiam zwiedzanie, poznawanie historii miast i obiektów, poznawanie zabytków, oglądanie dzieł sztuki, dowiadywanie się o nich. Znakomicie się bawię w regionalnych restauracjach, przy specyficznych dla danego terenu potrawach. W związku z tym, że mam już więcej lat niż bym chciał, przeżyłem czas, w którym nie było takich turystycznych możliwości jak teraz. W latach powojennych w całym kraju panowała bieda. W latach 60. na wakacje mogli sobie pozwolić naprawdę tylko nieliczni. Musieli mieć odpowiednią pracę lub jakiś fajny układ, by móc wczasować. Mało kto miał samochód, toteż turystyka polegała na jechaniu tam, gdzie był względnie wygodny dojazd. Nie było wtedy turystyki samochodowej, objazdowej, jechało się w jedno miejsce i oglądało tylko to, co było dostępne piechotą. Rzadko były organizowane dodatkowe wycieczki autokarowe.

W latach 70. i 80. nieco się poprawiło. „Przyszły” do Polski nowe trendy i możliwości. Można było kupić auto i wyjechać na wakacje – nawet do innych krajów – sąsiednich, socjalistycznych. Polacy zaczęli więc odwiedzać Węgry, Czechosłowację, a nawet Bułgarię. Zachód był nadal niemal niedostępny. Tam mogli pojechać tylko wybrańcy „losu”. Często musieli podpisać jakieś lojalki.

Nasza sytuacja wyraźnie się zmieniła na lepsze dopiero w latach 90., po „Okrągłym Stole”. Polacy ruszyli w drogę – ja z rodziną też. Poznaliśmy niemal wszystkie regiony kraju, sporo krajów naszej części Europy, dzięki czemu ośmielam się doradzić innym gdzie warto pojechać i co zobaczyć.

Trudno ukryć, że o swoich wyjazdach napisałem wiele przewodników turystycznych. Są one dosyć specyficzne. Chyba dotyczą raczej tyfloturystyki niż turystyki powszechnej. W dużym stopniu uwzględniają charakter podróżowania niewidomych i ich bliskich. I słusznie. Informacje zwyczajne można znaleźć w tylu książkach i miejscach, na tyle rozmaitych sposobów, że byłoby niecelowe ich powtarzanie. To jednak, jak mamy podróżować my, jak mamy sobie poradzić, jak mamy się tym rozkoszować, gdy nie widzimy lub widzimy słabo, zasługuje na doradzanie. Mówienie o tym ma sens. I gdzie radzę wyjechać na tegoroczne wakacje?

Przede wszystkim promuję nasz kraj. Gdy słyszę, że za granicą jest fajniej i ciekawiej, dostaję gęsiej skórki. Gdzie jest tak lepiej? We Włoszech, gdzie strach wieczorem wyjść na miasto, bo obok krążą grupkami tzw. uchodźcy? Czy wiecie, że często latem jest tam tak gorąco, że już nie jest fajnie, a raczej trudno? A ceny, długi czas dojazdu z Polski i powrotu, ogromne kolejki do obiektów wartych obejrzenia? Mimo tych wad, Włochy są rzeczywiście atrakcyjne. Czy jednak aż tak jak nasz kraj?

Może Francja? Przecież tam wspomniane wady są jedynie jeszcze większe. Na dodatek Francuzi nie mają upodobania porozumiewania się w naszym języku. No, to oczywiście żart. Chodzi o język angielski. Tam, gdzie można rozmawiać po angielsku, jest raczej więcej ludzi kolorowych niż białych. Można więc dogadać się z osobami, które z kolei o Francji nie wiedzą niemal nic. No i te rozliczne zamachy oraz stan wyjątkowy, który tam panuje od dłuższego czasu.

To może Skandynawia? Czy jednak nas na to stać? Tam jest naprawdę drogo. Na wyjazd do Danii trzeba wziąć niemal majątek. Tak duży wydatek, że polscy turyści biorą ze sobą prowiant, by choć trochę zaoszczędzić. Klasycznym tego przykładem może być wyprawa na Bornholm. To tak blisko, tylko około stu kilometrów od naszego brzegu, a różnica cen pomiędzy nami ogromna. Na dodatek, o ile w Danii jest po duńsku, w Szwecji nie wiadomo, czy nadal jest po szwedzku. W Norwegii i drogo, i daleko, i też niepewnie.

Może Niderlandy, albo Niemcy? Oj, kto wie, kogo tam bać się najbardziej: muzułmanów, Arabów czy Turków, czarnoskórych, a może nacjonalistów, antysemitów czy raczej takich, którzy mocno nie lubią nas – Polaków?

Wiele polskich rodzin z wymienionych wyżej powodów rezygnuje z wyjazdów na Zachód. Często więc są rozważane kraje naszej części Europy. Właśnie tak zrobiliśmy kilkakrotnie. Jest tu w miarę bezpiecznie, wyraźnie taniej, przyjaźnie, no i naprawdę interesująco. Na Słowacji możemy się czuć niemal jak u siebie. Słowackie góry, źródła gorących wód, aquaparki i zabytki czekają na turystów. Faktycznie, w tym przypadku atrakcji jest nieco mniej niż gdzie indziej, ale jest tam wyraźnie bliżej, co znaczy, że chociażby transport jest o wiele tańszy. Łatwiej się tam dostać. Na Węgry jest dalej, ale i bardziej nowocześnie – więcej wygodnych hoteli i różnorodnych atrakcji. Celuje w tym sam Budapeszt, na który należy przeznaczyć co najmniej 3 pełne dni, by poznać choć trochę jego zabytki. Inne atrakcje czekają nad Balatonem, w Miszkolcu, Tokaju i Egerze, Debreczynie i Szegedzie. Gdyby tego było mało, wielu uwielbia węgierską kuchnię. Gdy ktoś lubi wątróbki, nie może tam nie pojechać. Do tego wino, węgierska zupa i placek po węgiersku.

Do Rumunii jeszcze dalej. Kiedyś straszono nas rumuńskimi cyganami, ale to bajki. Wcale ich nie spotkaliśmy, to znaczy nie spotkaliśmy takich cyganów, którymi nas straszono. Jest tam bardzo sympatycznie i stosunkowo niedrogo. Jest też mnóstwo do oglądania. Nie dość, że góry są znacznie wyższe niż u nas, chociaż to także Karpaty, jest tam mnóstwo pałaców i zamków. Kuchnia rumuńska jest jakby polsko-bałkańska. Gdyby tego było mało, można pojechać dalej i znaleźć się nad morzem Czarnym – w Konstancy albo Mamai, niedaleko niej. Konstanca tak jak Bukareszt oferuje wiele turystyczno-kulturalnych atrakcji, a Mamaja to jakby rumuński Sopot. To cienki pas ziemi oddzielający morze od jeziora. Na jego środku jest mała wyspa Owidiusza, gdzie ten poeta na przełomie naszej ery był więziony. Na wąskim mamajowym przesmyku jest mnóstwo hoteli, plaż, punktów gastronomicznych, a nad tym wszystkim „latają” wagoniki kolejki linowej, z których widać dachy budynków i małe postacie tłumów turystów.

Można pojechać dalej – do Bułgarii czy małych krajów dawnej Jugosławii. W Bułgarii jest taniej niż w Rumunii, takie samo morze i interesująca Sofia. Gdyby ktoś chciał poznać prawdziwy monastyr, może pojechać do Ryły i zanocować w zamienionej na pokój hotelowy mniszej celi. O Chorwacji już nie wspomnę, bo jest tak popularna i znana, że nie trzeba poruszać tego tematu. Mało kto jednak wie na przykład o Skopje, stolicy Macedonii. To bardzo ciekawe miasto Matki Teresy z Kalkuty, tutaj się bowiem urodziła. Najciekawsze jest zderzenie dwóch kultur. Dobrze to widać na tamtejszym bazarze, gdzie jedna połowa jest słowiańska i chrześcijańska, prawosławna, a druga islamska. Robienie zakupów w obu tych częściach jest dla mnie fascynujące. Podobnie ciekawie jest w Sarajewie, gdzie słychać słowiańskie głosy, a przy tym wyłącznie muzułmańską muzykę. W Macedonii warto pojechać nad jezioro Ochrydzkie, do miasta Ochryda. Jezioro jest nieskażone od tysięcy lat, wobec czego pływa tam wiele endemicznych gatunków ryb. Można je zjeść na obiad w tamtejszych restauracyjkach – niesamowite. Można pójść na spacer i dostać się do wsi muzułmańskiej, gdzie jakby się wkraczało w inny świat, albo udać się z pielgrzymką do monastyru św. Nauma, dokąd zdążają dosłownie tysiące wiernych. Wszędzie tam jest bezpiecznie.

A jednak w Polsce jest najlepiej – cudowne morze – owszem, zazwyczaj nieco zimne, ale jakie mamy plaże? Naprawdę mało gdzie jest taki piasek jak u nas. Miło na nim posiedzieć nawet gdy jest chłodno. Gdy jest jeszcze zimniej, fajnie jest przechadzać się wzdłuż brzegu i szukać muszelek lub bursztynków. Jakby tego było mało, dookoła wiele zabytków, muzeów, latarnie morskie, no i dla mnie chyba najważniejszy argument na rzecz wybrzeża – smażalnie ryb.

A nasze góry? Naprawdę jest gdzie jechać i co oglądać. Od lat, korzystając z czasu spokoju, rozwija się u nas baza turystyczna. Można znaleźć odpowiednie miejsce na pobyt. Są droższe i o wyższym standardzie, i tańsze. W każdym zakątku mnóstwo atrakcji, zabytków, obiektów sportowych, rekreacyjnych, gastronomicznych. Nie potrafiłbym znaleźć ani jednej miejscowości, gdzie nie da się znaleźć cudownych lodów, gofrów, kręconych i dobrze przyprawionych kartofelków, mięska z grilla, rybek z frytkami albo zdrowiej – gotowanymi ziemniakami. Ileż tu straganów z owocami itd.? Wyjeżdżamy i nie dość, że dużo oglądamy, to na dodatek zamiast się odchudzić, jemy i jemy.

Czy te miejsca są dostosowane do potrzeb niewidomych? W zasadzie nie, ale przykładów empatii jest coraz więcej. Jest w kraju kilkadziesiąt makiet, które pokazują kształt zabytkowych obiektów. Pojawiają się tyflomapy i dźwiękowe informatory. W muzeach są audioprzewodniki i brajlowskie wydruki o eksponowanych przedmiotach. Coraz częściej pracownicy muzeów wiedzą jak obsługiwać osoby niepełnosprawne. Niemal wszędzie w Polsce jest miło i bezpiecznie. Może zatem nie warto wyjeżdżać za granicę? Oszczędzimy sporo pieniędzy oraz damy zarobić „naszym”.

Helpowe refleksje

Tyfloturystyka – pomysły na letnie wakacje

Rzeczywiście, wakacje zbliżają się dużymi krokami. O ile na początku roku następowała zmiana charakteru naszego Helpa z kwartalnika na miesięcznik, a wymagało to istotnego wysiłku organizacyjnego oraz poinformowania o tym na łamach pierwszych tegorocznych numerów, teraz wszystko to jest już jasne i możemy skupić się nad meritum. O czym więc piszemy w niniejszym numerze? Głównym jego tematem jest tyfloturystyka. Zgodnie z przyjętymi zasadami, nie może to być temat jedyny. Mnóstwo innych spraw wymaga poinformowania i omówienia, toteż główny temat może zająć co najwyżej około połowy numeru. Do drugiej połowy piszą inni autorzy i omawiają inne ważne kwestie.

Skąd się wziął temat wybrany do czerwcowego numeru? Mamy najlepszą porę na rozmowy o wyjazdach, wypoczynku i zwiedzaniu. Czekało to na omówienie dosyć długo, a jest naprawdę ważne. Dlaczego? Gdy Fundacja Szansa dla Niewidomych, wydawca Helpa, promuje nowoczesną rehabilitację osób niepełnosprawnych z dysfunkcją wzroku, musimy promować turystykę i krajoznawstwo jako istotne elementy procesu usprawniania i uniezależniania od niepełnosprawności niewidomych i słabowidzących. Turystykę polecaną przez nas tej grupie obywateli i wykorzystywaną w powyższy sposób nazywamy tyfloturystyką. Czy wyróżnia się ona jedynie tym, kto ją uprawia, czy też wykazuje inne specyficzne cechy stanowiące o jej odrębności? Otóż wykazuje.

Turystyka osób niepełnosprawnych z dysfunkcją wzroku, zwłaszcza niewidomych, nie jest zwyczajna. Niby nic wielkiego, a jednak wymaga specyficznej wiedzy, doświadczenia, a nawet oprzyrządowania. Niewidomi nie mogą tak po prostu zapakować rzeczy do walizki, wyjść z domu, udać się na dworzec i wyjechać. Owszem, są tacy, którzy to potrafią, ale stanowią chlubne wyjątki w naszym środowisku. Wszyscy pozostali nie są w stanie osiągnąć takiego poziomu zrehabilitowania. Czego więc wymaga turystyka ponad to, co dotyczy osób pełnosprawnych?

W zasadzie można by powiedzieć krótko – wymaga pomocy, współpracy i towarzystwa osoby lub osób widzących. No tak, tyle że to całkowicie obala sens procesu rehabilitacji. Jeśli w każdej sprawie potrzebujemy pomocy widzących, to gdzie są nasze umiejętności! Załóżmy więc, że generalnie niewidomi jakoś radzą sobie w życiu i wymagają w miarę niewielkiej pomocy. Jakie specyficzne cechy ma wtedy nasza turystyka?

Nie ma o niej mowy, gdy niewidomemu brakuje umiejętności życia codziennego. Tak jak w domu, tym bardziej w podróży, są one nieodzowne. To oczywiste, nie traćmy więc miejsca na ich wyliczenie i omówienie. Te same czynności muszą być przecież opanowane przez wszystkich, więc na pewno to nas nie wyróżnia.

Aby gdzieś wyjechać, trzeba to dobrze zaaranżować. Już samo to nieco nas wyróżnia. Co prawda jest wiele czynności, w przypadku których brak wzroku nie jest utrudnieniem, ale można wskazać inne czynności, które narzucają nam odrębne wymagania.

Ustalanie kiedy i gdzie wyjedziemy, wymaga dostępu do informacji. Musimy dysponować danymi o miejscach, hotelach, ośrodkach wczasowych, warunkach, jakie oferują, a także o atrakcjach, które nas interesują. Widzący włączają komputer lub smartfon, uruchamiają przeglądarkę internetową i szukają informacji. Gdy znajdą coś ciekawego, spisują numery telefonów i dzwonią. To, czego się dowiedzą, zapisują na przykład w notatniku, albo na kartkach papieru. Aby niewidomi mogli postępować tak samo, muszą mieć do dyspozycji dobrze oprzyrządowany komputer lub smartfon. Muszą one mówić, ale także powinny być wyposażone w brajlowskie monitory. W przypadku osób niedowidzących, powinno tam być zainstalowane oprogramowanie powiększające obraz. Wszyscy turyści, bez względu na sprawność, włączają sprzęt, wchodzą do sieci, wyszukują stronę po stronie i dzwonią, albo wysyłają maile z zapytaniami. Zbierają informacje, a potem dokonują rezerwacji. Niewidomi i słabowidzący włączają nie tylko to, co inni, ale znacznie więcej – dodatkowe urządzenia i programy. W ten sposób, nawet w tak prostej sprawie, specjalistyczny sprzęt i oprogramowanie są niezbędne i odróżniają nas od reszty.

Zbliża się data wyjazdu. Wiadomo, ile trzeba przygotować, by móc wyjechać. Fundusze? Jasne, to jednak zostawmy. I tak nie jesteśmy w stanie doradzić skąd wziąć kasę. Co z zakupami – one wymagają chociażby jednego zdania omówienia. Aby zrobić zakupy i uzupełnić wakacyjne braki, na przykład kupić czapkę zabezpieczającą przed słońcem, albo krem do opalania, garderobę na upalne dni itd., trzeba wyjść z domu na miasto. Wyjdziemy sami, czy jednak z kimś widzącym? Nie wiem, czy znam niewidomego, który robi zakupy całkowicie sam. Powiedzmy jednak, że i to nie jest specyficzną cechą tyfloturystyki, a przygotowania do wyjazdu potraktujemy oddzielnie.

Wreszcie czas wyjazdu. Jedziemy sami? Załóżmy, że w pewnym sensie tak. Mamy co prawda jakiś układ, bo jesteśmy dogadani z jakąś sformalizowaną grupą, albo luźną grupą przyjaciół, a więc zagwarantowaliśmy sobie bezpieczeństwo. W razie jakichś kłopotów, gdy sami sobie nie poradzimy, mamy kogoś do pomocy. Tylko w pewnym sensie wyjeżdżamy na tej samej zasadzie co pozostałe osoby z naszej grupy. Co by nie rzec, podczas wyjazdu mamy inne niż oni problemy, a na dodatek zazwyczaj bawi nas co innego. Takie atrakcje, jak potańcówki w ośrodkach wczasowych, dyskoteki, chodzenie do kina, oglądanie filmów w telewizji, uprawianie dyscyplin sportowych niedostępnych dla nas, wiele innych rozrywek, które są lubiane z powodów wizualnych, albo łatwe do osiągnięcia gdy dobrze się widzi, nie są dla nas atrakcją. Wiem, że można spotkać niewidomych w takich miejscach, ale to wyjątki. Zazwyczaj można nas znaleźć gdzie indziej.

Co nas interesuje? W o wiele większym stopniu niż innych krajoznawstwo. Lubimy zwiedzać, dowiadywać się, oglądać dotykiem wszystko, co możliwe, korzystać z pomocy przewodników, którzy opowiadają o miejscach, zabytkach, historii, dziełach sztuki, artystach itd. Lubimy chodzić do muzeów, korzystać ze specjalnych urządzeń, które realizują funkcję przewodnika, oglądać eksponaty albo przynajmniej wypukłe ryciny, które je przedstawiają. Nasze środowisko lubi pływać na każdy dostępny sposób, plażować i czytać książki w wersji audio przy tej okazji. Podobnie są wśród nas popularne: spacerowanie, wędrówki po sklepach i sklepikach, oglądanie regionalnych pamiątek, wykorzystywanie okazji związanych z koncertami muzycznymi i innymi występami artystycznymi. Wielu z nas uczęszcza na msze i lubuje się w różnorodności ich odprawiania. Natomiast trudno nas spotkać na kręglach, na bilardzie lub piłkarzykach, przy stole ping-pongowym, chyba że nauczyliśmy się grać w specjalną wersję dla niewidomych. W większości unikamy knajpek i łażenia po nocach, ale potrafimy przesiadywać w kawiarenkach.

I w ten sposób scharakteryzowaliśmy turystę niewidomego. Jest poważny, bardziej ciekawski, raczej mniej ruchliwy, grzeczniejszy, mniej hałaśliwy i bardziej ambitny od innych. Tyfloturystyka musi być adekwatna do tych cech. Jeśli ktoś, kto świadczy usługi turystyczne, chce mieć niewidomych lub słabowidzących gości, musi uwzględnić powyższe cechy. Musi zadbać także o wiele innych kwestii – niewidomi i słabowidzący w coraz większym stopniu nie zgadzają się na to, by informacje dostępne dla wszystkich nie były dostępne również dla nas. Walczymy o publikacje brajlowskie i magnigraficzne, bo chcemy w restauracjach samodzielnie odczytywać menu, w hotelach i ośrodkach numeracje pokojów i wszelkie informatory, rozkłady jazdy na dworcach, cenniki rozmaitych usług itd. Tyfloturystyka to dostosowanie obiektów, towarów i usług do naszych potrzeb. Kiedy tak będzie??? Liczymy na program Dostępność Plus.

Zatem gdzie radzimy się wybrać? Wszędzie tam, gdzie jest interesująco i gdzie to, co nas bawi, jest dostępne. Zaraz, zaraz – gdyby tak ustalić, zwłaszcza niewidomi nie mogliby wyjechać nigdzie. Na aktualnym poziomie rozwoju musimy pójść na jakiś kompromis – niech będzie dostępne wszystko, co niezbędne, na resztę poczekamy.

Helpowe refleksje

Głównym tematem niniejszego numeru Helpa jest tyfloinformatyka i elektronika z prawdziwego zdarzenia, które są równoważne sukcesowi programu Dostępność Plus.

Prawda, że to bardzo śmiała teza. Jednak jest ona prawdziwa, co więcej – bez tyfloinformatyki i elektroniki o prawdziwej dostępności w przypadku niewidomych można jedynie marzyć. Gdyby ktoś nie spotykał się z nami – niewidomymi – i nie wiedział jak to jest nie widzieć, warto przeczytać krótkie wyjaśnienia, które tu przedstawiam.

Każdy rodzaj niepełnosprawności jest niepowtarzalnym zbiorem utrudnień i niemożności. Powoduje zupełnie inne konsekwencje, które razem wzięte nie poddają się łatwym uogólnieniom i porównaniom. Konsekwencje te są tak rozliczne i rozmaite, że charakter codziennego życia osób niepełnosprawnych różnych grup nie pozwala na włożenie nas do jednego tygla. Problem jest jeszcze bardziej skomplikowany. Niepełnosprawności każdego są bardzo indywidualne nawet wtedy, gdy dotyczą tego samego rodzaju inwalidztwa. Z tego powodu promujemy ideę indywidualnego podejścia, a więc namawiamy do dogłębnej analizy możliwości każdego z osobna oraz do tworzenia „szytych na miarę” planów niwelowania skutków niepełnosprawności.

Może nie wszyscy wiedzą, że każdy niedowidzący widzi inaczej, a wobec tego często nie jest w stanie przewidzieć, co zobaczy ten drugi. Każdy niewidomy również „widzi” inaczej, to znaczy inaczej zastępuje brak wzroku. Zauważa co innego, odbiera inne bodźce, inaczej więc reaguje na to, co dookoła niego się dzieje. Wracając do odrębności różnych kategorii niepełnosprawności, proszę sobie wyobrazić, że gdy niewidomi mają na co dzień określone problemy wynikające z braku wzroku, a inni, widzący niepełnosprawni takich nie mają, niewidomi są gotowi powiedzieć, że ci drudzy są po prostu sprawni! Podobnie inwalidzi ruchu. Gdy niewidomi mogą samodzielnie poruszać się, biegać, pływać, a nawet zdobywać szczyty w górach, wydają się im pełnosprawni. Nawet niedowidzenie nie daje się porównać z niewidzeniem. Co by nie rzec, niedowidzenie jest jednak widzeniem. Okazuje się, że nawet szczątki wzroku mają ogromne praktyczne znaczenie. Osoba słabowidząca stwierdzi raczej, że widzi niż nie widzi. I ma rację. Widzenie nawet bardzo uproszczonego obrazu, w którym wytnie się kolory i rozmyje kształty, daje ogromną przewagę nad niewidzeniem. Nawet byle jaki obraz przekazuje tyle informacji, że osoby niedowidzące mogą czuć się jak pełnosprawni.

Jaka jest więc specyfika niepełnosprawności wzroku? Są więc dwie kategorie z tym związane: całkowity brak wzroku i częściowy jego brak. Coraz częściej mówi się o kolejnym ważnym rozróżnieniu. Inne utrudnienia dotyczą niewidomych od urodzenia oraz nowo ociemniałych. Wtedy mamy do czynienia już z trzema odrębnymi rodzajami niepełnosprawności. Ale to także jedynie kolejne zgrubne uogólnienie, których przecież nie lubimy. W kwestii niwelowania skutków niepełnosprawności te ostatnie podgrupy różnią się jednak niewiele, toteż rozwiązania, których wymagają, są w większości identyczne.

Głównym problemem osób niewidomych jest niemożność wykorzystywania wzroku do odbierania informacji – tekstowych i graficznych. Tak się składa, że wzrok zapewnia ludziom ponad 90% możliwych do pozyskania informacji. Inne zmysły mają niestety znacznie mniejsze znaczenie. Normalnie jest tak, że widzimy, to wiemy. Nawet słuch, najważniejszy spośród pozostałych zmysłów, jest zazwyczaj lekceważony. Pełnosprawni potrafią nie wiedzieć, że słabiej słyszą, że ich słuch zawodzi. Pokazuje to, jak bardzo koncentrują się na obrazie. Co dopiero dotyk, smak i węch – nie ma co mówić.

Pełnosprawni wiedzą więc, gdy widzą. A my? Usprawnianie niewidomych polega na nauczaniu wykorzystywania innych zmysłów do celu pozyskiwania informacji. Mają one w jak największym stopniu zastąpić wzrok. Niwelowanie skutków jego braku polega więc głównie na „wyostrzaniu” pozostałych zmysłów i wykorzystywaniu ich do wykonywania jak największego zbioru czynności. Niewidomi mogą zrobić wszystko pod warunkiem wszakże, że wiedzą co pokazują obrazy, które ich otaczają. Możemy poruszać się w przestrzeni zamkniętej i otwartej, wykonywać rozmaite czynności manualne, podejmować wykonania mnóstwa zadań, gdy dotrą do nas informacje, które dla osób widzących są dostępne naturalnie – łatwo i bez wysiłku. Aby zniwelować ten problem i zaangażować do tego celu inne zmysły, należy zastosować nowoczesną technologię, a więc informatykę i elektronikę. To one mogą dostarczyć informacje inaczej niż poprzez obraz. To one są w stanie wykorzystać słuch i dotyk, by niewidomi mogli się dowiedzieć. Służą do tego celu syntezatory mowy, brajlowskie urządzenia, uwypuklone obrazy. Dzięki niebywałemu rozwojowi technologii w drugiej połowie XX wieku i teraz, niewidomi mogą dowiadywać się pewnie o setkach razy więcej rzeczach niż kiedyś. Aby to było możliwe, nie wystarczy jednak by te informatyczne i elektroniczne rozwiązania były tworzone. Trzeba spowodować, by były dostępne w naszych domach, szkołach, zakładach pracy, urzędach itd. Taki cel ma, albo powinien mieć, program Premiera Morawieckiego Dostępność Plus.

Podobnie z osobami niedowidzącymi. Oni również wymagają pomocy ze strony informatyki i elektroniki. Im także pomagają urządzenia mówiące, ale urządzenia brajlowskie są w ich przypadku zastępowane przez optyczne i elektroniczne lupy, które powiększają obraz. Również chodzi o zaktywizowanie innych zmysłów, ale głównie o bardziej efektywne wykorzystywanie resztek wzroku.

W programie Dostępność Plus planuje się dokonanie rewolucji w tej dziedzinie, jednak czy pamięta się o zasadzie, że wszyscy niepełnosprawni są inni i wymagają innych rozwiązań niwelujących ich problemy? Czy tym razem nie powtórzy się błąd popełniony wcześniej, gdy ustawowy zapis o dostępności obiektów użyteczności publicznej, szczególnie w przypadku niepełnosprawnych ruchu, który w żaden sposób nie pomijał innych niepełnosprawnych, na przykład niewidomych czy niesłyszących, jest od lat odczytywany jako wymóg dbałości tylko o tę jedną grupę osób? Czy tym razem decydenci i realizatorzy programu Dostępność Plus wezmą pod uwagę specyfikę rozmaitych niepełnosprawności i tak, jak niepełnosprawni ruchu będą mogli dojechać tam, gdzie chcą, niewidomi dotrą do informacji, które są przecież przygotowane dla wszystkich obywateli? Skoro informatyka i elektronika dają takie możliwości, domagamy się ich zastosowania. Po prostu chcemy wiedzieć wszystko, czego mogą się dowiedzieć inni. Żadne rozwiązania połowiczne nie będą przez nas zaakceptowane. Nie ma mowy, byśmy nie mogli przeczytać jakiejś książki albo artykułu, obejrzeć jakiegoś filmu albo zawodów sportowych, dotrzeć do teatru albo kina, byśmy nie mogli zwiedzać zabytków albo dowiedzieć się o eksponatach w muzeach. Nie ma już na to zgody! Dostępność z prawdziwego zdarzenia musi polegać na doinformowaniu nas, a służą do tego celu informatyka i elektronika.

Dostępność na serio

W jakim właściwie świecie żyjemy? Jak go oceniamy? Czy w związku z jego globalizacją i niebywałym materialnym rozwojem, jest dla ludzi lepszy, łatwiejszy niż kiedyś? Które aspekty rozwoju należy brać pod uwagę, by go ocenić możliwie jak najsprawiedliwiej? Pewnie każdy ma inną opinię. Inaczej go ocenią ludzie zdrowi i pełnosprawni, zamożni, ludzie sukcesu, optymiści, którym nigdy nie brakuje niczego, a inaczej chorzy, słabi, ludzie, którym los nie sprzyja, nie mający przed sobą żadnych perspektyw, skazani na margines i życie w lokalnej społeczności nie mającej szans na wydobycie się z biedy. Wszystkie opinie mają jednak pewien wspólny mianownik. Chyba wszyscy tak samo negatywnie oceniamy brak pieniędzy, umiejętności, pracy, przyjaźni i empatii, poczucia bezpieczeństwa. Rozwój technologiczny w niewielkim stopniu wpływa na ocenę tych aspektów. Tak samo wszyscy jesteśmy zadowoleni, gdy mamy środki do życia, jesteśmy otoczeni dobrą rodziną i gronem przyjaciół, mamy stabilne miejsce w swojej społeczności i realizujemy swoje cele. Jak w tych sprawach spisuje się współczesny świat?

Niepełnosprawni mają prawo oceniać to w sposób specyficzny. Z jakiego powodu? Wiodą odmienne od reszty świata życie. O ile rozmaite problemy są dla ludzi sprawnych marginalne, dla nas stają się drastycznymi wyzwaniami. Podobnie z wszelkimi pozytywami. O ile dla ludzi zdrowych potrafią mało znaczyć, dla nas są decydujące w kwestii oceny jak nam jest. Dobrym przykładem znaczącej różnicy w ocenianiu tego samego jest dostępność. Osoby pełnosprawne radzą sobie w różnych sytuacjach – pokonują różne bariery z łatwością. Często nawet ich nie zauważają. Tymczasem te same są dla niepełnosprawnych przeszkodą nie do pokonania. Trudno się więc dziwić, gdy coś jest oceniane przez jednych jako dobre, a nawet w ogóle umyka uwadze, a dla drugich jest drastycznym utrudnieniem, powodującym izolację i wycofanie.

Czy zasadne jest ocenianie współczesnego świata poprzez jego dostępność? Moim zdaniem tak. To bardzo ważne. Kiedyś można było o tym nie myśleć. Po prostu nic nie było dostępne we współczesnym rozumieniu tego pojęcia. Jednocześnie to samo było dostępne w rozumieniu ludzi sprzed lat. Niewidomy poruszający się po przestrzeniach dawnych miast i wsi, macający ściany domów rękami, a podłoże stopami, zapewne nikogo nie dziwił. Jak to? Chodzi o zachowanie, które wtedy uchodziło za normalne – „niewidomy musi to robić, więc robi”. A teraz? Jak można narazić kogoś na tego rodzaju sytuacje? To wprost nie do pomyślenia. Dzisiaj osoby niepełnosprawne żyjące w społeczeństwach informacyjnych albo postinformacyjnych, nie zgadzają się na takie warunki. Stopniowo na coraz większym obszarze świata kształtują się kompleksowe kryteria określające nasze prawa. W zasadzie wszystko ma być dostępne, przy czym należy zdawać sobie sprawę z faktu, że słowa „wszystko”, a także „dostępne” mogą być interpretowane na wiele sposobów. Jak ja je rozumiem? Sądzę, że jak najbardziej wymagająco. Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek mógł wymagać jeszcze więcej. Zastanówmy się nad tymi pojęciami i konsekwencjami z nimi związanymi.

Co znaczy „dostępny”? Według PWN:

dostępny to taki, do którego można dojść bez przeszkód i na który można wejść stosunkowo łatwo,

nietrudny do zdobycia,

łatwy do przyswojenia,

taki, z którym można nawiązać kontakt.

Według Wikipedii dostępność to szerokie pojęcie używane do opisania stopnia, w jakim dany system może być używany przez możliwie dużą grupę ludzi. W przeciwieństwie do użyteczności jako „łatwości użycia” czy ergonomii użytkowania, dostępność oznacza „możliwość skorzystania” z funkcji lub właściwości danego systemu.

Co zatem ma być dostępne? Na pewno wszystko w ramach prywatnej przestrzeni, a więc w domu lub mieszkaniu i w ich najbliższym otoczeniu. Chodzi o przestrzeń, do której mamy prawo własności. W tych ramach musimy mieć nieskrępowany dostęp do każdego miejsca należącego do tej przestrzeni oraz wszystkich przedmiotów, które tam się znajdują. Mogą to być zarówno nieruchomości, jak i ruchomości, wszelkie wybudowane obiekty, elementy przyrody, umeblowanie i urządzenia techniczne. Dostępne powinny być także wszelkie inne obiekty. Nie chodzi jedynie o ich publiczny charakter, gdyż powinno to dotyczyć także obiektów prywatnych, do których chociażby czasem może musieć trafić osoba niepełnosprawna. Dobrym na to przykładem są prywatne gabinety dentystyczne, albo prywatne muzea, które w kwestii wymagań, o których mowa, niczym się nie różnią od innych gabinetów i muzeów. Dostępny musi być na przykład transport publiczny i infrastruktura, która mu służy, wszelkie informacje, które są przeznaczone dla wszystkich obywateli, a nie jedynie wybranych i tak dalej. Co najważniejsze – dostępni muszą być ludzie i systemy, które tworzą.

Jak to osiągnąć? Wystarczy, by społeczeństwa były w pełni solidarne. Nie ma praw człowieka, gdy ludziom i całym społeczeństwom brakuje solidarności. To ona wymusza zrozumienie potrzeb innych. Tylko to daje szanse na zrealizowanie słusznych postulatów. Według PWN solidarność to:

poczucie wspólnoty i współodpowiedzialności wynikające ze zgodności poglądów oraz dążeń,

odpowiedzialność zbiorowa i indywidualna określonej grupy osób za całość wspólnego zobowiązania.

A według Wikipedii: wspólnota działania, podyktowana wspólnotą interesów.

Nie ma mowy o udostępnianiu otoczenia bez społecznej i ogólnoświatowej solidarności. Aby jedni poświęcili swój czas i pieniądze dla drugich, niezbędne jest wychowanie ich w duchu solidarności. Kiedy to się udaje? Gdy ludzie są dobrze wychowani i uczeni empatii od urodzenia. Wedle PWN empatia to:

umiejętność wczuwania się w stan wewnętrzny drugiej osoby,

przypisywanie komuś własnych odczuć w danej sytuacji.

A według Wikipedii: zdolność odczuwania stanów psychicznych innych ludzi. Z kolei empatia emocjonalna to umiejętność przyjęcia ich sposobu myślenia, spojrzenia na rzeczywistość z ich perspektywy.

Zadaniem Fundacji Szansa dla Niewidomych i wszystkich innych instytucji publicznych i prywatnych jest promocja empatii prowadzącej do społecznej solidarności, której efektem docelowym będzie upowszechnienie dostępności dla osób chorych, słabszych, niepełnosprawnych. Musi to dotyczyć wszystkiego, co jest dostępne dla mocnych i zdrowych. Tylko wtedy tworzy się prawidłowo działająca wspólnota, która według PWN jest typem grupy (zbiorowości) społecznej o silnej więzi wewnętrznej, której podstawą są nie tyle świadomie wytknięte cele, ile czynniki emocjonalne, mające źródło w tradycji, obyczaju, wartościach, poczuciu obowiązku wobec grupy itp.

Aby móc w społeczeństwach o różnym poziomie rozwoju tworzyć tego rodzaju wspólnoty, niezbędna jest otwartość. Według PWN otwarty to m.in.:

skierowany do wszystkich, przeznaczony dla wszystkich lub taki, w którym każdy może wziąć udział, albo:

taki, który jest gotów na przyjęcie nowych idei lub propozycji; też: o poglądach i postawie takiej osoby,

taki, który nie ukrywa swoich myśli i uczuć.

Czytamy również, że człowiek otwarty to taki, który jest dostępny dla innych. I słusznie. Aby właściwe postawy stały się w danej społeczności powszechne, niezbędna jest przychylność większości obywateli dla innych. Według PWN przychylność to:

życzliwie usposobiony do kogoś; też: będący wyrazem takiej postawy,

zgodny z życzeniami, będący po czyjejś myśli.

Wielki Słownik Języka Polskiego wyjaśnia, że przychylność to cecha kogoś, kto jest przyjaźnie nastawiony do innych i chce czyjegoś dobra.

W społeczeństwach dobrze ukształtowanych i zorganizowanych, odpowiedzialnych, solidarnych i empatycznych, dba się o dostępność wszystkiego co możliwe i dla wszystkich, dla których ma to zbawienne znaczenie. Niestety, na aktualnym etapie rozwoju niemal nic nie jest dostępne na miarę oczekiwań osób niepełnosprawnych ze względu na wzrok. Wiele obiektów oraz ogromna część wytwarzanych informacji nie dociera do nas. Na szczęście coraz więcej ludzi popiera proces udostępniania, dzięki czemu widać optymistyczne światełko w tunelu. Nowe obiekty i systemy informacyjne są coraz częściej projektowane uniwersalnie i w znacznej części są dostępne. Inne, starsze obiekty czy systemy wymagają adaptacji, która według PWN jest dostosowaniem do potrzeb nowych odbiorców lub nowych środków rozpowszechniania.

Według Wikipedii adaptacja to dostosowanie zachowania do wymogów sytuacji i środowiska. Z kolei systemy czy rozwiązania adaptacyjne to załatwienie czegoś, poradzenie sobie z czymś oraz wynik, rezultat jakiegoś działania, konsekwencja i wynik poszukiwań, zaprojektowanie lub zrealizowanie planów architektonicznych czy artystycznych.

W świecie prawdziwie dostępnym dla niewidomych i słabowidzących, każdy obiekt i jego otoczenie są tak zaprojektowane, wybudowane i zorganizowane, że można do nich samodzielnie trafić i po nich się poruszać, korzystać z nich bez konieczności dobrego widzenia. Gdy sprawdzimy obiekty używane dzisiaj, niemal żaden nie spełnia tego kryterium. Fundacja stworzyła standard TyfloArea, który przedstawia stosowne wymagania, które mimo, że nie są bezkompromisowe, dla gospodarzy różnorodnych obiektów są zbyt trudne do spełnienia. I tak mamy w przestrzeni publicznej urzędy z: wejściami, do których nie prowadzą ścieżki naprowadzające, systemami informacyjnymi nie wyposażonymi w rozwiązania udźwiękawiające, urzędy, w których niewidomi nie wiedzą gdzie są windy, schody, toalety, poszczególne działy itd. Podobnie inne obiekty. A chodzi jedynie o dostęp do informacji. Jak to? Aby niewidomi i słabowidzący mogli korzystać z obiektów użyteczności publicznej, nie trzeba niczego przebudowywać, co ogranicza środki niezbędne na dostosowania. Wystarczy wykorzystać systemy audio i urządzenia brajlowskie w przypadku niewidomych oraz rozwiązania powiększające obraz (magnigraficzne), by zniknęły wszelkie problemy z dostępnością. Gdy się nie widzi gdzie jest wejście, wystarczy go udźwiękowić i ułatwić trafienie do niego poprzez zamontowanie wypukłej ścieżki naprowadzającej. Podobnie w przypadku innych ważnych dla petentów miejsc. Na drzwiach pokojów znajdują się przecież czarnodrukowe tabliczki, które informują widzących co to jest. Zapomniano o niewidzących, a przecież wystarczy zamontować tam tabliczki z tekstem brajlowskim. I tak dalej. Mimo, że prawo uzyskiwania informacji przysługuje każdemu jako jedno z podstawowych praw człowieka, zapomina się o nas. No to trzeba to jak najszybciej zmienić. Przecież Konstytucja RP posiada konkretne regulacje dotyczące uzyskiwania informacji publicznej, służące realizacji przez obywateli najważniejszej zasady konstytucjonalizmu demokratycznego – suwerenności narodu. Wikipedia poucza, że prawa obywatelskie to konstytucyjnie zagwarantowane prawa obywatela danego państwa, których celem jest ochrona jego interesów. Co mamy sądzić o tych wspaniałych zapisach, gdy w tym samym czasie tak wiele rzeczy umyka uwadze społeczeństwa i władz? Gdzie jest nasza solidarność, empatia, zrozumienie, przychylność oraz związana z nimi mądrość i przemyślność? Może ogłoszony niedawno przez Premiera Morawieckiego program „Dostępność Plus” zmieni naszą rzeczywistość aż tak bardzo, że odważymy się wyjść z domu by realizować nasze plany. Poczekamy, zobaczymy!

Helpowe refleksje

Wreszcie wiosna, owszem, niespecjalnie ciepła, ale aura z dnia na dzień staje się jednak coraz mniej zimowa. Myśląc o wydawaniu Helpa w bieżącym roku zaplanowaliśmy, by numer kwietniowy to zauważał. Cieplej, milej, widniej i weselej! Wyjdźmy więc z domu i zobaczmy jak jest dookoła. Pooddychajmy świeżym powietrzem i rozruszajmy rozleniwione mięśnie. Przy pozytywnym nastawieniu postarajmy się nie zauważać rosnącego w naszych miastach i wioskach hałasu, zanieczyszczeń różnego rodzaju, wzmożonego ruchu ulicznego, który nie jest naszym sprzymierzeńcem. Po prostu cieszmy się światem, do którego należymy i zabierzmy się do wiosennych porządków.

Gdy wyjdziemy na zewnątrz, sprawdzimy przy okazji czy dookoła coś się zmieniło? Czy obiekty użyteczności publicznej razem z ich otoczeniem stały się bardziej Dostępne dla osób niewidomych i słabowidzących niż miało to miejsce w tamtym roku? Sklepy, centra handlowe, restauracje, kawiarnie, urzędy, zabytki, przystanki, dworce? Jak je oceniamy? Na gruncie wiosennego nastroju przemieszczamy się z miejsca do miejsca i coraz bardziej się cieszymy, czy raczej powolutku tracimy humor, gdy nic, albo niewiele się poprawiło?

Nasza Fundacja spisała się na medal. Wyszliśmy z domu razem z naszymi beneficjentami i sprawdziliśmy empatię innych. Przeprowadziliśmy interesujące badanie sondażowe dotyczące dostosowania przestrzeni publicznej do potrzeb naszego środowiska. Szczegółowe wyniki tej ankiety przedstawimy w kolejnym numerze Helpa, a w niniejszym zamieszczamy na tylnej okładce jedynie skrótowe ich podsumowanie. Przyznają Państwo, że wypytanie niemal tysiąca osób, jak oceniają dostosowanie otoczenia oraz jakie zgłaszają uwagi i postulaty, to „dobra robota”. Niezależnie od tego, jak jest, nie tracimy przecież dobrego nastroju i klimatu sprzyjającego staraniom o poprawę sytuacji, lecz przeciwnie – korzystając z lepszej pogody uczymy się pokonywania barier i cieszymy się za każdym razem, gdy któraś z nich znikła.

Dostępność otoczenia jest głównym tematem tego Helpa. Zaplanowaliśmy tak dosyć dawno, mniej więcej pół roku temu, a wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że premier Morawiecki ogłosi plan „Dostępność Plus”, który zakłada wydatkowanie poważnych funduszy na ten cel. Sprawdzając otoczenie zastanawiamy się, które z zauważanych na co dzień utrudnień uda się zlikwidować: rząd słupów, które stoją na środku chodnika, jakby nie mogły stać na jego brzegu, nieudane wyrównanie innego chodnika z nawierzchnią ulicy, przez co nie mamy pojęcia, czy jesteśmy bezpieczni, a może ścieżkę rowerową, która podoba się cyklistom, ale nam po prostu zagraża, gdy nie wiemy, gdzie ona jest? Zastanawiamy się też, które udogodnienia wreszcie pojawią się tam, gdzie musimy chodzić: może zostanie zamontowana ścieżka naprowadzająca, dzięki której będziemy wiedzieli, gdzie należy skręcić w stronę przystanku autobusowego, może ktoś zainstaluje dźwiękowy informator, który poinformuje, gdzie jest główne wejście do muzeum, a może zorganizuje wydawanie numerków w urzędzie w taki sposób, by mogli posługiwać się nimi niewidomi, albo posłowie zechcą wprowadzić do ustaw zapisy prawne gwarantujące niewidomym i słabowidzącym dostęp do wszelkich informacji, które są dostępne dla innych obywateli: menu w restauracjach, plany terenu wokół często uczęszczanych miejsc, informacje drukowane dla pełnosprawnych gości w hotelach itd.

Skoro władze planują wydatkowanie poważnych funduszy na ułatwienie życia osobom niepełnosprawnym, możemy przechadzać się po mieście z nadzieją w sercach – idzie dobra zmiana i niedługo będziemy mogli żyć zupełnie inaczej. Zaraz jednak zatrzymujemy się w miejscu, gdy nie wiemy, czy mamy skręcać w lewo już teraz, czy raczej za jakieś 20 metrów i dobry nastrój gdzieś się rozmywa. Stoimy i zastanawiamy się – nie ma żadnych oznaczeń, nikt nie idzie obok, nie mamy kogo zapytać, więc co robić? Stoimy dłuższą chwilę, a gdy nie widzimy rozwiązania, ruszamy. Skręcamy w lewo, by się przekonać, czy dobrze robimy. Uf, niedobrze! Po paru metrach dochodzimy do krzewów, co znaczy, że nie tędy droga. Wracamy do miejsca, w którym podjęliśmy niewłaściwą decyzję. No tak, ale gdzie jest to miejsce? Przecież nic nas do niego nie prowadzi! Jakoś go odnajdujemy i brniemy do przodu. Przesuwamy się o wspomniane 20 metrów i faktycznie – tutaj należy skręcić. Teraz jesteśmy pewni siebie, tyle że – czy to fajnie mieć takie kłopoty? Dlaczego nikt o nas nie pomyślał wcześniej i nadal myśli zbyt rzadko? Czy nie było nas widać, znaczy niewidomych? Czy gdzie indziej pomyślano o naszych? Gdzie? W Polsce, w innych krajach? Co to za fatum, gdy przy tak rozwiniętej technologii i stosunkowo niewielkich kwotach niezbędnych do naprawy sytuacji, unika się decydowania o pomocy skierowanej do naszego środowiska? Co „siedzi” w głowach ludzi widzących, że za każdym razem nie chcą zrozumieć obywateli, którzy nie widzą lub widzą za mało?

Docieramy do celu i czujemy się zmęczeni. Kto by się nie czuł na naszym miejscu! Nie ma co udawać bohaterów. Otoczenie jest dosyć straszne. 20 czy 30 lat temu nie były dostępne współczesne rozwiązania techniczne, ale nie było też takich utrudnień. Był znacząco mniejszy ruch samochodowy, mniejszy tłok na mieście, sklepy łatwiejsze dla nas, a obiekty użyteczności publicznej, mniej nowoczesne, były bardziej dostępne niż teraz. Musimy więc nieco odsapnąć i wpada nam do głowy niepokojąca myśl – czy w programie „Dostępność Plus” władze rzeczywiście pomyślą, co może nam pomóc? Gdy obserwujemy społeczeństwo i jego zachowania, nie jesteśmy optymistami. Zazwyczaj brakuje dobrej woli, co wiąże się z unikaniem wydatków dedykowanych rozwiązywaniu naszych problemów. Zaraz się okaże, że wszyscy mają ważniejsze sprawy. Dlaczego tak jest? Innych są miliony, a nas tylko tysiące!!!