Felieton skrajnie subiektywny. Polskie miasta państwa

Tydzień przed defiladą wojskową zaplanowaną na dzień Święta Wojska Polskiego 15 sierpnia, stołeczny ratusz rozesłał komunikat pod bulwersującym tytułem „Pokaz siły na głównej arterii miasta”. Tak władze Warszawy widzą upamiętnienie jednej z bardziej spektakularnych bitew polskiego oręża, Bitwy Warszawskiej 1920, tzw. Cudu nad Wisłą, w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości.

Portal warszawa.wyborcza.pl sympatyzujący z obecnymi władzami Warszawy, traktującymi nasze miasto jak swoją własność, w istocie tworzącymi z niego miasto państwo, pochylał się z troską nad wyłączeniem z ruchu jednej z większych arterii stolicy, Wisłostrady, na czas przygotowań do defilady i na czas samego pokazu. Renata Kaznowska, wiceprezydent Warszawy, skarżyła się, że organizatorzy defilady nie reagowali na argumenty władz miasta próbujące wykazać bezsens organizowania defilady na Wisłostradzie. Portal warszawa.wyborcza.pl dowodził natomiast, że mieszkańcy stolicy ucierpią nieprawdopodobnie i nocą podczas prób do defilady, i za dnia, kiedy ta ruszy Wisłostradą. Bo to wszak blisko tysiąc żołnierzy, podobna ilość uczestników grup rekonstrukcyjnych, blisko dwieście ciężkich pojazdów bojowych, niszczących nawierzchnię i kopcących spalinami, bardzo głośne przeloty myśliwców i innych samolotów bojowych w łącznej liczbie około stu. Istny Armagedon, który – straszne – spowodować miał także odwołanie planowanego na 15 sierpnia, dodatkowego pokazu fontann. Czarnowidztwo władz stolicy okazało się mocno na wyrost. Na trasie defilady pojawiło się blisko 150 tys. widzów z całej Polski. Nikt nie narzekał na korki, na kiepski dojazd, na utrudnienia. Wszyscy sprawiali wrażenie zadowolonych i dumnych.

Wiceprezydent Renata Kaznowska przed obchodami podsycała ogień świętego oburzenia komentując: „Niejednokrotnie słyszałam opinie niektórych polityków, którzy podnosili problem kilkugodzinnych wyłączeń ulic na potrzeby rozgrywania wielotysięcznych zmagań sportowych. Dziś te same osoby dowodzą potrzeby wyłączenia głównej arterii stolicy na niemal dwa dni, by odpowiednio godnie uczcić Święto Wojska Polskiego i przeprowadzić defiladę. Utrudnienia dotkną warszawiaków, ale też wszystkich gości, którzy przyjadą do stolicy, by podziwiać to wydarzenie. Znaczne ograniczenia w ruchu i parkowaniu, które wymusiły wojskowe obostrzenia, nie tylko zakorkują dojazdy na uroczystość, ale też znacząco skomplikują możliwość sprawnego dotarcia na paradę. (…)”. Zaiste wielką troską o los zwykłych obywateli wykazały się władze miasta państwa Warszawa w kontekście święta 15 sierpnia. Szkoda, że taką troską nie wykazują się zezwalając na protesty i marsze KOD-u, Obywateli RP i ich akolitów, którzy zakłócają spokój warszawiaków, utrudniają pracę posłom i senatorom oraz dziennikarzom. Szkoda, że równą troską nie wykazywały się zezwalając na przejazdy Masy Krytycznej przez ścisłe centrum Warszawy w godzinach piątkowych szczytów komunikacyjnych, czy też organizując maratony i półmaratony blokujące ruch. Wszakże władzom miasta państwa Warszawa wolno więcej. Mogą dłońmi i ustami milicjantki z czasów PRL z wydumanego na siłę powodu rozwiązać marsz, którego uczestnicy pragnęli uczcić powstańców warszawskich. Mogą, bo trzymają się mocno od lat, niczym najtrwalsza dynastia, oplatając mocną pajęczyną urząd miasta, urzędy dzielnic i spółki samorządowe.

Równie mocno trzyma się od wielu lat na swoim stolcu prezydent miasta państwa Gdańsk. Butnie pokazuje kto miastem rządzi i nie ukrywa swoich ciągot do reaktywacji wolnego miasta. W 2016 roku rondo u zbiegu ulic Kartuskiej, Lubczykowej i Otomińskiej otrzymało nazwę Rondo Graniczne Wolne Miasto Gdańsk – Rzeczpospolita Polska (1920-1939). Argumenty, że historycznie był to sztuczny twór administracyjny, który sprawił, że Gdańsk został oderwany od Polski, a Polacy byli poddawani prześladowaniom i zupełnie nie ma czego upamiętniać, nie trafiał do prezydenta Pawła Adamowicza. Równie dziwnym podejściem do historii zaskoczył przywracając Stoczni Gdańskiej jej nazwę z czasów PRL – Stocznia Gdańska im. Lenina. Prezydent Adamowicz zasłynął jednak przede wszystkim próbą zawłaszczenia państwowych uroczystości na Westerplatte w dniu 1 września tego roku, niezaproszeniem na nie wojska polskiego i autorytarną decyzją, że Apel Pamięci zostanie odczytany przez harcerzy, nie zaś przez oficerów. Wcześniej zasłynął także niechęcią do rewitalizacji Westerplatte. Lata rządzenia miastem państwem Gdańsk zrobiły swoje. Włodarz tego miasta żyje w swoim własnym świecie, a w słuszności jego decyzji utwierdza go świta urzędników.

Na zakończenie miasto państwo Poznań i dość nowatorska, nowoczesna i poprawnościowa decyzja prezydenta Jacka Jaśkowiaka. Na poznańskich tramwajach pojawiły się chorągiewki LGBT. To kolejny pomysł władz stolicy Wielkopolski na świętowanie 15. Marszu Równości. Nie flagi Polski, nie flagi Poznania, a tęczowe chorągiewki. Może i byłoby poprawnościowo, nowocześnie i fajnie, gdyby nie protesty pasażerów tramwajów, mieszkańców Poznania i motorniczych. Jeden z motorniczych odmówił nawet prowadzenia pojazdu ozdobionego chorągiewką LGBT. Chorągiewki miały powiewać na tramwajach dwa dni, ostały się jeden dzień. MPK Poznań Sp. z o.o. wydało następujący komunikat: „Tęczowe chorągiewki, które pojawiły się dzisiaj na poznańskich tramwajach wywołały wiele kontrowersji i burzliwych emocji. Przeważały wśród nich głosy negatywne. Te krytyczne opinie docierały do nas ze strony pasażerów, których zdanie najbardziej dla nas się liczy, bo komunikacja jest dla ludzi i jesteśmy szeroko otwarci na ich potrzeby i oceny. Szanujemy również opinie naszych motorniczych, którzy wyrazili swoją dezaprobatę wobec takiego przedsięwzięcia biznesowego. Dlatego podjęliśmy decyzję o zdjęciu tęczowych chorągiewek. Jutro na tramwajach ich już nie zobaczymy.”

Czas obalania dynastii przed nami. Wraz z nimi niech znikną miasta państwa.

Medycyna polska – ciekawostki 2

Nowatorska terapia glejaka mózgu

Dr Michał Zawadzki z Centralnego Szpitala Klinicznego MSWiA w Warszawie i prof. Mirosław Janowski z Johns Hopkins University w USA przeprowadzili pierwszą na świecie wewnątrznaczyniową operację podania leku do złośliwego guza mózgu pod kontrolą rezonansu magnetycznego (MR). Metodę opracowali w USA polscy profesorowie Mirosław Janowski i Piotr Walczak wraz z dr Moniką Pearl, lecz jak dotąd tego typu operacje wykonywano wyłącznie na zwierzętach. Lekarze uznali jednak, że jest to jedyna szansa dla pacjentki, u której nastąpiła wznowa złośliwego guza mózgu – glejaka wielopostaciowego. Rósł on bardzo szybko – milimetr na dobę, dlatego lekarze wystąpili do komisji bioetycznej i dyrektora szpitala o zgodę na przeprowadzenie zabiegu. Polegał on na wprowadzeniu (przez nakłucie w pachwinie) do tętnic mózgu zaopatrujących guz cienkiego cewnika, przez który podano lek bevacizumab.

– Guz był zaopatrywany przez cztery naczynia, do trzech tętnic udało się podać lek pod kontrolą RTG, jednak aby podać go do największej, czwartej tętnicy, konieczne było przeniesienie pacjentki do rezonansu magnetycznego – tłumaczy dr Zawadzki. – Dopiero tam, podając kontrast przez mikrocewnik z różnymi prędkościami, uwidoczniliśmy, jak lek rozprzestrzeni się w guzie i otaczającym go mózgu. Zabieg przebiegł bez powikłań, a po trzech dniach guz zmniejszył się o 5 mm. Metoda może zrewolucjonizować leczenie guzów mózgu – dzięki zastosowaniu MR pozwala na precyzyjne wprowadzenie mikrocewnika i podanie leku bezpośrednio do guza, co minimalizuje toksyczne działanie na otaczające tkanki.

Operacja stawu biodrowego bardziej precyzyjna

Naukowcy z Politechniki Łódzkiej pod kierunkiem prof. Leszka Podsędkowskiego, we współpracy z chirurgiem ortopedą dr n. med. Michałem Panasiukiem skonstruowali innowacyjne urządzenie, mające ułatwić dokładny pomiar zmiany długości nogi, która następuje zwykle w wyniku wstawienia endoprotezy biodra. Chirurg mierzy parametry odsłoniętych kości przed dokonaniem operacji. Następnie urządzenie jest zdejmowane, chirurg montuje protezę, po czym dokonuje pomiaru wtórnego, który pokazuje, o ile zmieniła się długość kończyny w stosunku do pierwotnego pomiaru. Jeżeli zmiana jest niewielka, kończy operację, jeśli wynik pomiaru jest niezadowalający, koryguje położenie elementów stawu biodrowego. Urządzenie umożliwia dokładny pomiar w czasie krótszym niż dotychczasowe narzędzia, toteż skraca czas operacji, a także daje większe gwarancje, że pacjenci po zabiegu nie będą mieli problemów z chodzeniem. Jest 10 razy tańsze niż konkurencyjne metody; zostało opatentowane i najdalej za rok ma być seryjnie produkowane. Źródło: naukawpolsce.pap.pl

Kalkulator ryzyka złamań

Śląscy naukowcy opracowali pierwszy w Polsce algorytm do oceny ryzyka złamań związanego z rozwojem osteoporozy. Pomysłodawcą jest prof. Wojciech Pluskiewicz z Kliniki Chorób Wewnętrznych, Diabetologii i Nefrologii Śląskiego Uniwersytetu Medycznego. W 2010 r. naukowcy przebadali populację ok. tysiąca kobiet w wieku 55+, gromadząc na temat każdej z nich ponad 200 danych dotyczących klinicznych czynników ryzyka osteoporozy. Następnie każdego roku w ankiecie telefonicznej zbierano informacje o występowaniu nowych złamań. Dane z obserwacji posłużyły do stworzenia kalkulatora ryzyka złamań. Opracowania algorytmu podjęły się dr inż. Aleksandra Werner i dr inż. Małgorzata Bach z Politechniki Śląskiej. Stworzyły matematyczny model, który ułatwia prognozowanie ryzyka wystąpienia złamania w perspektywie 5 lat. Algorytm pozwoli na wczesne wykrycie choroby, co jest istotne wobec faktu, że osteoporoza przebiega bezobjawowo.

Opolskie pijawki polecą w kosmos

Pijawki lekarskie (Hirudo medicinalis) z opolskiej hodowli wykorzystano do badań podczas naukowej misji ICAres-1. Podczas tej symulowanej misji na Marsa, którą przeprowadzono na terenie jedynej w Europie stacji habitat Lunares w Pile z udziałem naukowców z Polski, Francji i Niemiec, prowadzono eksperymenty naukowe w warunkach zbliżonych do tych, które mogą panować na terenie stacji kosmicznych. Część medyczna misji prowadzona była pod auspicjami Uniwersytetu Medycznego w Poznaniu. Badano m.in. jak mogą być wykorzystane pijawki w ochronie zdrowia astronautów. Pijawka lekarska to prawdziwa fabryka związków chemicznych; część z nich może być z powodzeniem używana przy wspomaganiu leczenia chorób układu krwionośnego, urazów, a nawet chorób neurologicznych.

– Z uwagi na długotrwałość lotów międzyplanetarnych konieczne będzie zapobieganie skutkom unieruchomienia na małej przestrzeni podczas wielomiesięcznej podróży, w tym zakrzepicy głębokiej – uważa pomysłodawca misji, dr Aleksander Waśniowski z UMP. Polskie badania hodowli pijawek w środowisku symulującym mikrograwitację wpisują się w żywotny trend rozwoju badań kosmicznych, polegający na poszukiwaniu odnawialnych i samowystarczalnych źródeł żywności i leków. Źródło: naukawpolsce.pap.com.pl

Centrum badawcze, którego celem będzie rozwój nowoczesnych technologii dla medycyny, powstanie w Zabrzu przy Wydziale Inżynierii Biomedycznej Politechniki Śląskiej.

Jak wyjaśnił dziekan wydziału prof. Marek Gzik, będzie to zespół laboratoriów obejmujących praktycznie pełny zakres inżynierii biomedycznej. Nowe zaplecze naukowe ma ułatwić rozwijanie technologii związanych m.in. z implantacją, przetwarzaniem sygnałów biomedycznych i ich analityką, konstruowaniem medycznych robotów i technologii wirtualnych, a także wspierać rozwój medycyny spersonalizowanej i nowoczesnych systemów wspomagających rehabilitację. Centrum powstanie w oparciu o szacowany na blisko 92 mln zł unijny projekt Assist Med Sport Silesia, który znalazł się na liście kluczowych przedsięwzięć województwa śląskiego. Będzie realizowany przy wsparciu środków Regionalnego Programu Operacyjnego Województwa Śląskiego na lata 2014-2020. Wkład własny do projektu na poziomie 20% jego wartości wniesie także koncern Philips Polska. Budowa centrum badawczego powinna ruszyć w 2018 r., otwarcie i rozpoczęcie pierwszych projektów planowane jest na 2020 r. Źródło: naukawpolsce.pap.pl

Ogólnopolska platforma medyczna

Powstaje „Polska Platforma Medyczna – portal zarządzania wiedzą i potencjałem badawczym”, który ma służyć prezentacji naukowego dorobku polskiej medycyny w celu jej popularyzowania i wykorzystywania w praktyce przez środowiska naukowe, a także biznes. Pomysłodawczynią i koordynatorką projektu jest dyrektor Biblioteki Głównej Uniwersytetu Medycznego w Białymstoku, Danuta Dąbrowska-Charytoniuk. Liderem projektu jest Uniwersytet Medyczny we Wrocławiu, biorą w nim udział uniwersytety medyczne z Gdańska, Katowic, Lublina, Szczecina, Warszawy oraz Instytut Medycyny Pracy w Łodzi. W bazie ma się znaleźć ok. 20 tys. badawczych materiałów naukowych (np. publikacje w czasopismach naukowych, monografie naukowe, rozprawy doktorskie, dane badawcze), ok. 210 tys. informacji o patentach, dostępnej na uczelniach aparaturze badawczej, projektach, nagrodach, wyróżnieniach. Będzie też ok. 6 tys. profili naukowców. Informacje będą przygotowane w jednolity sposób, zgodnie z międzynarodowymi standardami i wymogami baz medycznych, tak by były łatwo dostępne. Platforma ma być gotowa w 2020 r. W przyszłości będą mogły się do niej dołączać inne zainteresowane jednostki. Projekt jest w całości finansowany z unijnych funduszy z programu Polska Cyfrowa – przeznaczono na ten cel 37,2 mln zł.

Łódzkie Centrum Symulacji Medycznych

Uniwersytet Medyczny w Łodzi otworzył nowoczesne centrum kliniczno-dydaktyczne, w którym przyszli lekarze, pielęgniarki i ratownicy medyczni będą zdobywać praktyczne umiejętności w symulowanych warunkach klinicznych. W ramach CSM powstał szpitalny oddział ratunkowy, oddział intensywnej opieki medycznej, sale operacyjne, porodowe i położnicze oraz pracownie nauki umiejętności technicznych dla studentów. Pacjentów zastępują interaktywne fantomy i specjalistyczne symulatory. Ideą CSM jest wspólny trening zespołów medycznych na wielu poziomach i specjalizacjach, począwszy od pomocy pielęgniarskiej aż po specjalistyczne procedury wykonywane podczas operacji. Przyszli medycy działają samodzielnie, natomiast pracą symulatora, występującymi u niego objawami kieruje instruktor, obserwujący działania podopiecznych przez lustro weneckie. Działania studentów mogą być nagrywane i są omawiane przez instruktora. W placówce znajdują się również sale do prowadzenia klinicznych egzaminów OSCE w standardach europejskich. Centrum jest największą tego typu placówką w kraju; wartość projektu to 56,4 mln zł.

Szkoła przyjazna osobom niewidomym

Liceum Ogólnokształcące z Oddziałami Integracyjnymi jest jedyną szkołą w Szczecinie, w której od kilkunastu lat wszystkie klasy są integracyjne.

W liczącej 240 uczniów szkole uczy się 49 osób z niepełnosprawnościami, w tym liczna grupa z dysfunkcją wzroku. Podmiotowemu, indywidualnemu traktowaniu uczniów sprzyjają dwudziestoosobowe zespoły klasowe, w których uczy się młodzież zdrowa i od trzech do pięciu osób z różnymi niepełnosprawnościami.

W 2002 roku Ministerstwo Edukacji Narodowej i Sportu oraz Rzecznik Praw Dziecka nadali szkole miano Lidera Integracji. W 2017 roku placówka otrzymała Certyfikat Szkoły Przyjaznej Osobom Niewidomym, biorąc udział w Kampanii Społecznej „Ja nie widzę Ciebie, Ty zobacz mnie!”, pod honorowym patronatem Ministerstwa Edukacji Narodowej.

„Nauczyciel/Wychowawca Liceum Ogólnokształcącego z Oddziałami Integracyjnymi jest człowiekiem, który nie we wszystkim może być wzorem, lecz zawsze powinien nim być w dążeniu do bycia coraz lepszym człowiekiem” (Program wychowawczo-profilaktyczny LOzOI). Kadra liceum jest kompetentna i w pełni przygotowana do pracy z każdym uczniem. Nauczyciele stosują indywidualizację w pracy ze wszystkimi uczniami: zdolnymi, mającymi trudności z różnych przyczyn, niepełnosprawnymi, jak też o różnych potrzebach psychofizycznych. Określają formy niesienia pomocy, szczególnie uczniom ze szczególnymi potrzebami edukacyjnymi. Pomoc psychologiczno-pedagogiczna realizowana jest poprzez różne zajęcia o charakterze korekcyjno-kompensacyjnym, dydaktyczno-wyrównawczym, socjoterapeutycznym czy terapię pedagogiczną i inne specjalistyczne, w zależności od potrzeb uczniów.

W Liceum Ogólnokształcącego z Oddziałami Integracyjnymi pracuje wielu specjalistów: psycholodzy, pedagodzy, tyflopedagodzy, logopeda, surdopedagog, socjoterapeuci, nauczyciele zajęć rewalidacyjnych, nauczyciele wspomagający, nauczyciel zajęć korekcyjno-rehabilitacyjnych.

Szkoła dysponuje windą, bardzo dobrze wyposażoną salą rehabilitacyjną, pracownią informatyczną, biblioteką (z bogatym zbiorem książek mówionych, podręczników i książek w brajlu, druku transparentnym), specjalistycznymi pracowniami językowymi, salą gimnastyczną, siłownią. Liceum wyposażone jest w specjalistyczny sprzęt dla osób z dysfunkcją wzroku, m.in. nowoczesny powiększalnik, maszyna brajlowska, drukarka brajlowska.

W szkole oprócz typowych lekcji odbywają się różnorodne zajęcia i imprezy. To są prelekcje, wykłady, projekty m.in. Fundacji Szansa dla Niewidomych, wycieczki edukacyjne, sesje popularnonaukowej, dni i tygodnie przedmiotowe, konkursy, olimpiady i turnieje. W szkole uczniowie mogą uczestniczyć w rozmaitych zajęciach dodatkowych: Szkolnym Kole Sportowym, Kole Teatralnym, Kole Psychologicznym, wolontariacie, Samorządzie Uczniowskim, gdzie mogą rozwijać swoje zainteresowania i pasje. Prowadzone są zajęcia z orientacji przestrzennej, podczas których uczniowie z dysfunkcją wzroku uczą się poruszania po szkole i okolicznych terenach. Zgłębiają tajniki echolokacji i obchodzenia się z białą laską.

Ważnym elementem pracy szkoły jest ciągła edukacja dotycząca funkcjonowania osób z dysfunkcją wzroku oraz uwrażliwienie środowiska lokalnego na potrzeby osób niepełnosprawnych. Pomoże to wszystkim ludziom zrozumieć, że osoby z problemami wzrokowymi mogą i chcą aktywnie uczestniczyć w życiu społecznym i kulturalnym.

Kontakt:

Liceum Ogólnokształcące z Oddziałami Integracyjnymi

w Szczecinie, Al. Wojska Polskiego 119, 70-490 Szczecin

tel. 91 423 86 77

e-mail: sekretariat@lozoi.pl

Niewidomi w szkolnictwie wyższym

Według danych Głównego Urzędu Statystycznego w akademickim 2016/17 roku w Polsce było aż 390 szkół wyższych. Kształciło się w nich ok. 1 milion 400 tysięcy studentów. 132 to uczelnie publiczne, w których uczy się ponad 75% studentów. Większość studentów wybiera stacjonarny tok studiów (66,4 %). Najpopularniejsze kierunki studiów mieszczą się w kategoriach: biznesu i administracji, inżynieryjno-technicznej oraz społecznej.

Bardzo ciekawą statystykę przedstawia GUS na temat wyboru formy kształcenia przez osoby niepełnosprawne. W roku akademickim 2016/17 studenci niepełnosprawni stanowili 1,9% wszystkich studentów.

Tabela: Studenci niepełnosprawni

Rok akademicki
Studenci niepełnosprawni
Absolwenci niepełnosprawni

ogółem
stacjonarne
niestacjonarne
ogółem
stacjonarne
niestacjonarne
2016/17
25 074
15 537
9 537
7 041
4 148
2 893
2015/16
26 341
16 131
10 210
7 545
4 190
3 355

Jak widać w powyższej tabeli, liczba studentów spadła o ponad tysiąc miedzy rokiem 2015/16 a 2016/17. Co więcej, według GUS-u liczba niepełnosprawnych studentów maleje stale od 2013 r. GUS nie wskazuje, czy jest to już niepokojące zjawisko społeczne, czy stan wpisujący się w ogólny niż demograficzny. Na pewno warto śledzić ten wątek i szukać przyczyn takiego stanu rzeczy. Wśród studiujących niepełnosprawnych większość decyduje się na studia dzienne.

A jak wygląda grupa osób niepełnosprawnych, gdy spojrzeć na grupy kierunków, które wybierają? Jak wśród nich wypadają niewidomi i słabowidzący? Szczerze mówiąc sama zaczynając pisać ten artykuł nie sądziłam, że ktoś przeprowadził tak ciekawe badania. A jednak! Wśród wspomnianych 25 tysięcy studentów z niepełnosprawnościami, największa liczba wybiera kierunki z zakresu biznesu, prawa i administracji. Druga najpopularniejsza grupa to: technika, przemysł, budownictwo, a trzecia: nauki społeczne i dziennikarstwo. Według przeprowadzonych badań na dzień 30 listopada 2016 r. było 2 225 studiujących niewidomych i słabowidzących. W tym na studiach stacjonarnych 1 376, a zaocznych 849. Najpopularniejsza grupa kierunków to ponownie biznes, prawo i administracja (481 osób), drugie miejsce to nauki społeczne i dziennikarstwo (338 osób), trzecie: zdrowie i opieka społeczna (310 osób). Kolejne miejsca zajęły: nauki humanistyczne i sztuka (284 osoby), kształcenie (262 osoby), technika, przemysł i budownictwo (228 osób), technologie teleinformacyjne (121 osób), nauki przyrodnicze, matematyka i statystyka (101 osób), usługi (80 osób). Ostatnie grupy to: rolnictwo (18 osób) i indywidualne studia międzyobszarowe (2 osoby). Rodzaje szkół, jakie wybierali niewidomi i słabowidzący, to – według popularności: 834 osoby – uniwersytety, 325 – wyższe szkoły techniczne, 260 – wyższe szkoły ekonomiczne, 126 – wyższe szkoły pedagogiczne, 59 – uniwersytety medyczne, 55 – wyższe szkoły rolnicze, 33 – akademie wychowania fizycznego, 14 – szkoły artystyczne, 13 – szkoły teologiczne, 6 – szkoły morskie.

Zainteresowanych tematyką odsyłam na stronę Głównego Urzędu Statystycznego, gdzie można pobrać raport, z którego zaczerpnięte są te dane. Statystyka obejmuje również takie grupy niepełnosprawności jak: niesłyszący i słabosłyszący, osoby z niepełnosprawnością ruchu oraz innych niepełnosprawnych. Link: https://stat.gov.pl/obszary-tematyczne/edukacja/edukacja/szkoly-wyzsze-i-ich-finanse-w-2016-r-,2,13.html

To, co może przyciągnąć lub zniechęcić niewidomych do studiowania w konkretnych placówkach, to sposób przystosowania do ich potrzeb, w tym dostosowania techniczne, jak plany obiektów, nakładki na poręcze, tabliczki na drzwiach, które pozwalają trafić do wyznaczonej auli na wykład lub, jak to często bywa, uczącemu się do późna studentowi pomogą w dotarciu na egzamin bez spóźnienia. Ważne jest także podejście do studenta – otwartość zarówno innych studentów, wykładowców, a przede wszystkim tzw. BON’ów czyli Biur Osób Niepełnosprawnych, których zadaniem jest pomoc niepełnosprawnym uczniom we wszystkich napotkanych trudnościach. O doświadczenia związane z kształceniem na konkretnych uczelniach, zapytałam kilku ich aktualnych uczniów lub absolwentów.

Milena, Katolicki Uniwersytet Lubelski

Ewa, Politechnika Świętokrzyska

Robert, Uniwersytet Wrocławski

Gabriela, Uniwersytet Jana Kochanowskiego w Kielcach

Justyna, Uniwersytet Gdański

Karolina, Uniwersytet SWPS

Zuzanna, Uniwersytet Marii Skłodowskiej Curie

1. Czy jesteś zadowolona/y z czasu spędzonego na uczelni?

Milena: Jestem zadowolona. Nigdy nie spotkałam się z tym, by utrudniano czy uniemożliwiano mi studiowanie. Studiuję w trybie niestacjonarnym, ale nie mieszkam w Lublinie. W związku z tym podczas zjazdów potrzebuję miejsca, by się zatrzymać. Przez BPSN (Biuro Pełnomocnika Studentów Niepełnosprawnych) udało mi się uzyskać miejsce w domu studenta. Byłam tam przyjmowana zawsze z ogromną życzliwością i otwartością. Wykładowcy również byli niezwykle przyjaźni.

Ewa: Studenci z mojego roku tworzyli bardzo zgraną grupę. W związku z tym uważam, że ludzie – zarówno wykładowcy, jak i studenci sprawili, że czas spędzony na Politechnice to bardzo wartościowe chwile w moim życiu, pomimo iż Politechnika nie jest dostępna pod względem architektonicznym dla osób słabowidzących.

Robert: Jak najbardziej jestem zadowolony z uczelni, formy zajęć jak i kierunku, na którym jestem.

Gabriela: Jestem bardzo zadowolona, gdyż kierunek studiów, który wybrałam, bardzo mnie interesuje. Ponadto moi koledzy i koleżanki ze studiów są dla mnie ogromnym wsparciem. Często bywa tak, że rozumiemy się bez słów.

Justyna: Tak, jestem zadowolona. Jest to uczelnia otwarta na inicjatywy i przyjazna studentowi.

Karolina: Raczej jestem zadowolona.

Zuzanna: Jestem zadowolona z mojej uczelni, spotkałam tam miłych i otwartych ludzi. Polecam ją każdemu.

2. Jakie dostosowania na terenie uczelni i kampusu posiada Twoja uczelnia?

Milena: Są udźwiękowione windy oraz, w niektórych miejscach, oznakowane schody.

Ewa: Politechnika Świętokrzyska posiada w bibliotece stanowisko komputerowe dostosowane do potrzeb osób niewidomych.

Robert: Wydział, na którym jestem, z tego co się orientuję, nie posiada zbyt wielu dostosowań.

Gabriela: Wydziały Uniwersytetu Jana Kochanowskiego znajdują się w kilku miejscach Kielc i w związku z tym dostosowania, jakie znajdują się na uczelni, są zróżnicowane. Na wydziale, na którym studiuję – Wydział Pedagogiki i Psychologii – znajdują się udogodnienia dla osób poruszających się na wózkach inwalidzkich, czytelnia znajdująca się w tym budynku została doposażona w pomoce ułatwiające korzystanie z zasobów czytelniczych osobom z dysfunkcją wzroku. Ponadto na drzwiach każdego pomieszczenia (specjalnie dla mnie) zostały naklejone kartki z numerami sal, które mają odpowiednią wielkość. Budynek Centrum Języków Obcych oraz Biblioteka Uniwersytecka zostały wyposażone w system udźwiękowienia. Ponadto w Bibliotece znajdują się dostosowane stanowiska komputerowe do potrzeb studentów z różnymi niepełnosprawnościami.

Justyna: Tabliczki brajlowskie, plany, szerokie przejścia, windy, przy wejściach punkty informacyjne.

Karolina: Są dość duże cyfry, numery na drzwiach sal. Dla niepełnosprawnych ruchowo jest winda i szerokie wejścia do sal.

Zuzanna: Moja uczelnia posiada ubrajlowione drzwi, oznaczone schody jaskrawym kolorem, na terenie uczelni jest winda ułatwiająca poruszanie się osobom na wózkach.

3. W szczególności czy posiada tabliczki dotykowe na drzwiach, dotykowe plany?

Milena: Uczelnia posiada brajlowskie tabliczki na drzwiach. Nie ma planów dotykowych.

Ewa: Obiekt Politechniki Świętokrzyskiej w ogóle nie jest czytelny dla osoby z dysfunkcją wzroku. Nie są zastosowane żadne rozwiązania, pomimo wielu interwencji.

Robert: Nie posiada.

Gabriela: Na uczelni nie ma dotykowych tabliczek i planów.

Justyna: Tak, posiada.

Karolina: Nic takiego nie zauważyłam.

Zuzanna: Numery sal zapisane są brajlem.

4. Jak wygląda współpraca z Biurem Osób Niepełnosprawnych? Czy są gotowi do pomocy? Szybko rozwiązują problemy studentów?

Milena: Z biurem współpracowało mi się dobrze. Nie miałam problemów.

Ewa: Z BON współpracowało mi się dobrze. Na politechnice osoba niepełnosprawna mogła ubiegać się o dofinansowanie do wszelkich pomocy, sprzętu, asysty, w zależności od potrzeb.

Robert: Jestem bardzo zadowolony, chętnie i szybko reagują, wspierają studentów niepełnosprawnych dodatkowymi stypendiami.

Gabriela: Trudno jest mi na to pytanie odpowiedzieć, ponieważ nie miałam problemu, z którym mogłabym zgłosić się do Biura Osób Niepełnosprawnych.

Justyna: Bardzo dobrze. Są zorientowani w formach pomocy, adaptują materiały dydaktyczne na pliki elektroniczne, brajla, mają do wypożyczenia komputery z oprogramowaniem powiększającym i udźwiękawiającym, organizują zajęcia, wyjścia dla studentów z niepełnosprawnością.

Karolina: Biuro jest super. Pomagają, jest z nimi dobry kontakt. Dużo mogą załatwić.

Zuzanna: Dokładnie nie wiem jak to wygląda, ponieważ nie miałam szczególnych problemów do rozwiązania, ale na każde moje pytanie dostawałam konkretną odpowiedź.

5. Jak profesorowie i dydaktycy są otwarci na wsparcie osoby niewidomej/słabowidzącej w procesie kształcenia zdobywania wiedzy?

Milena: Moim zdaniem są otwarci. Nie spotkałam się z byciem, np. dyskryminowaną. Zdarzyła się nawet kiedyś taka sytuacja, że na zajęciach robiliśmy napisy do krótkiego filmu. Pani wykładowczyni przygotowała dla mnie opisy tego, co widać na ekranie, mimo że dla nas najważniejszy był tekst, który musieliśmy przetłumaczyć.

Ewa: Wykładowcy na uczelni są bardzo wymagający, ale też wyrozumiali i poświęcają sporo czasu, aby student mógł przyswoić wiedzę, w szczególności tę techniczną typu mechanika, mechanika płynów czy silniki. O ile z fizyką, matematyką spotykamy się w liceum, to z przedmiotami wyżej wymienionymi miałam pierwszy raz styczność na uczelni. W związku z tym potrzebowałam dodatkowych godzin, aby zostało mi to wytłumaczone indywidualnie, gdyż podczas wykładów niewiele skorzystałam, ponieważ nie miałam możliwości widzieć tego, co jest na slajdach czy na tablicy.

Robert: Po zajęciach udostępniają materiały, które pojawiały się na slajdach.

Gabriela: Obserwuję dużą niewiedzę w tym zakresie. Wykładowcy często nie wiedzą w jaki sposób mogą pomóc studentowi z dysfunkcją wzroku. Po udzieleniu jasnych wskazówek dotyczących swoich potrzeb, problem ten znika. Wykładowcy najczęściej chętnie udostępniają materiały typu prezentacje. Nie ma z tym większego problemu.

Justyna: To jest kwestia indywidualna – jedni lepiej są przygotowani i empatyczni, drudzy mniej.

Karolina: Raczej dobrze. Są osoby, które nie zawsze rozumieją z czym się zmagam, ale ogólnie jest w porządku.

Zuzanna: Większość wykładowców jest otwarta na problemy osób niewidomych. Niektórzy przesyłali mi materiały na maila, jeżeli była taka potrzeba dostawałam treść egzaminów powiększonym drukiem lub odpowiadałam ustnie.

6. Czy nie spotkałeś/aś się z trudnościami przy załatwieniu indywidualnej formy zaliczenia egzaminu?

Milena: Nie, nigdy.

Ewa: Potrzebowałam, żeby wytłumaczono mi indywidualnie materiał, którego nie rozumiałam, natomiast zaliczałam razem z grupą.

Robert: Nie spotkałem się, wykładowcy często sami proponują druk powiększoną czcionką.

Gabriela: Do tej pory nie miałam takiej sytuacji. Wykładowcy podchodzą do mnie indywidualnie i nie ma z tym problemu.

Justyna: Nie.

Karolina: Nie było problemu.

Zuzanna: Nie spotkałam się.

7. Czy uczelnia zaoferowała Ci kurs orientacji przestrzennej (przemieszczania się po terenie uczelni i kampusu) abyś czuł/a się swobodnie?

Milena: Tak.

Ewa: Nie.

Robert: Nie, nie było i nie ma takiej potrzeby.

Gabriela: Nie, ponieważ nie miałam takiej potrzeby. Wiem natomiast, że jest taka możliwość na UJK.

Justyna: Nie, ale jestem osobą, która jest w miarę samodzielna przy swoim niedowidzeniu.

Karolina: Nie.

Zuzanna: Nie, ponieważ o niego nie zabiegałam, jestem osobą słabowidzącą.

8. Czy biblioteka jest wyposażona w materiały naukowe w formie elektronicznej oraz lektury z brajlu?

Milena: Głównie książki w formie elektronicznej. Jednak zależy to od preferencji studenta, ponieważ w centrum adaptacji materiałów dydaktycznych dla niewidomych istnieje także możliwość wydruku w brajlu nie tylko „słowa pisanego”, ale także grafik.

Ewa: Pewien zasób materiałów jest dostępny w wersji elektronicznej, natomiast w brajlu ja się nie spotkałam.

Robert: Nie mam informacji na ten temat, ponieważ korzystam z „tradycyjnych” materiałów.

Gabriela: Tak, mam dostęp do Akademickiej Biblioteki Cyfrowej. Co do brajla to nie mam wiedzy, gdyż go nie używam.

Justyna: Tak, posiada, a jeśli czegoś brakuje, to BON dostosowuje.

Karolina: Elektroniczne są, ale czy w brajlu, to nie wiem.

Zuzanna: Nie wiem.

9. Czy uczelnia pomaga w sprowadzeniu materiałów naukowych z innych uczelni bądź ich zakupie do zbiorów bibliotecznych w razie potrzeby?

Milena: Sporo materiałów można przygotować na terenie KUL.

Ewa: Nie wiem, ale myślę, że gdyby ktoś potrzebował, postaraliby się sprostać.

Robert: Nie mam takich informacji, w moim przypadku nie było takiej potrzeby.

Gabriela: Tak, ale trwa to bardzo długo.

Justyna: Myślę, że nie byłoby problemu.

Karolina: Nie wiem. Nie byłam w takiej sytuacji.

Zuzanna: Nie wiem.

10. Czy uważasz, że uczelnia jest dobrze przygotowana do obsługi niewidomych studentów? Proszę o ocenę w skali od 1 do 5 (możliwe są „+” i „-„ przy ocenach).

Milena: 4+.

Ewa: 2 – (i to tylko dzięki ludziom, którzy dokładają wszelkich starań, aby studentowi ułatwić dostęp do zdobycia wiedzy.)

Robert: Myślę, że kadra pracownicza sama wychodzi z inicjatywą pomocy osobom niewidomym/słabowidzącym: 4+.

Gabriela: 4.

Justyna: 4 +.

Karolina: 4.

Zuzanna: 4+.

Ten mały ranking wydaje się przedstawiać dość pozytywny obraz polskich uczelni. Studenci nie byli surowi i średnia ocen, którą wystawili, daje mocne 4. Dobrze wypada podejście wykładowców i pracowników uczelni do niepełnosprawnych studentów. Na pewno powinno się nadal pracować nad dostosowaniem przestrzeni. Świadomość władz uczelni się zwiększa, jednak stale brak działań zasłania się brakiem środków. Zwykle na remont czekają kolejne wydziały, budynki, aule, boiska i akademiki. Tym bardziej przy każdym kolejnym, nawet niewielkim remoncie, powinno się pamiętać o studentach niepełnosprawnych. Stanowią oni ogromny potencjał, a brak tych wszystkich przeszkód, które czekają każdego dnia w dotarciu na wykład, pozwoli większą uwagę skupić na tym, co naprawdę ważne – zdobywaniu wiedzy.

„Norwid” – moja szkoła

Wybranie ścieżki edukacyjnej niewidomemu dziecku nie jest rzeczą prostą. W Polsce, zwłaszcza w małych miejscowościach, nadal niewiele jest szkół przystosowanych i otwartych na przyjęcie niewidomego ucznia. Wciąż bowiem mała jest świadomość, że niewidomy uczeń to przede wszystkim uczeń. Brak wzroku nie determinuje go jako człowieka. Należy od niego wymagać, ale też zapewnić mu równy dostęp do tego wszystkiego, z czego bez najmniejszych trudności korzystają uczniowie, którzy widzą. Moi rodzice takiej szkoły nie znaleźli. Dlatego postanowili oddać mnie do ośrodka w Laskach. To był trudny czas dla nas wszystkich, zwłaszcza na początku. Małemu, niezmiernie wrażliwemu dziecku ciężko bowiem było wytłumaczyć, że dzięki takiej szkole w przyszłości będzie bardziej samodzielne, niezależne; że będzie się tam mogło rozwijać i budować poczucie własnej wartości. Ono chciało do domu, do swoich zabawek, ulubionych dróżek i zwierzątek.

W Laskach spędziłam dziesięć lat swojego życia i bardzo dużo się tam nauczyłam. Przyszedł jednak czas kolejnych wyborów. Gimnazjum właśnie się skończyło. Trzeba wybrać jakieś liceum. Ale jakie? Czułam, że, mimo wszystko, potrzebuję zmian, że Laski są świetnym miejscem, ale ja, żeby się rozwijać, muszę wszystko to, czego się nauczyłam, zastosować „w praktyce”, żyjąc także wśród widzących rówieśników. Rodzice zaczęli rozglądać się za jakąś szkołą dla mnie. Znaleźli. Pojechaliśmy tam i było rzeczywiście całkiem miło. Ja jednak nie czułam się do końca przekonana. Dlaczego? Bo wiedziałam, że poza zwykłymi klasami, posiada ona także oddziały integracyjne, gdzie jest maksymalnie 20 uczniów, spośród których kilku to osoby z różnymi niepełnosprawnościami. Ponadto, na lekcjach obecnych jest dwóch nauczycieli, z których jeden prowadzi lekcje, a drugi, nazywany nauczycielem wspomagającym, pomaga uczniom niepełnosprawnym, którzy mają z czymś problem. Takie przynajmniej jest teoretyczne założenie. Ja bardzo nie chciałam trafić do takiej klasy, ponieważ byłam wówczas na etapie, który dziś nazywam: „Ja wam pokażę, że sobie radzę. SAMA”. Teraz mnie to bawi, ale wtedy było moją zmorą.

Jakimś cudem udało się jednak rodzicom i nauczycielom przekonać mnie, że klasa integracyjna „to nie jest samo zło” i we wrześniu 2010 roku rozpoczęłam naukę w klasie 1g w III Liceum Ogólnokształcącym z Oddziałami Integracyjnymi im. C.K. Norwida w Kielcach. Teraz, z perspektywy czasu, myślę, że to był naprawdę dobry wybór. Nie zamierzam oszukiwać, że szkoła była perfekcyjnie przygotowana na to, żebym mogła się w niej uczyć, mimo że nie byłam pierwszą osobą niewidomą, która ją ukończyła. Często czegoś nie było albo ktoś czegoś nie wiedział i nie chciał się dowiedzieć; często miałam ochotę powiedzieć: „dość!” i wrócić do Lasek. Nigdy tego jednak nie zrobiłam. Mimo tych wszystkich trudności, spotkałam tam kilka naprawdę niezwykłych osób, które pokazały mi, że, nawet jeśli się nie ma wypukłych pomocy, to świat się nie kończy, bo można je zrobić. Jak? Na przykład wstać o czwartej rano, żeby niewidomej uczennicy wyrysować na folii ŚRUBOKRĘTEM, bo innych, nieco bardziej pożądanych do tego celu narzędzi nie było, schemat ludzkiego mózgu, ponieważ dobrze byłoby, żeby wiedziała, jak wygląda. To moja wychowawczyni – biolożka, pani Agnieszka Woźnicka, która pokazała mi, że bycie nauczycielem to powołanie przez wielkie P.

Kolejną taką niezwykłą osobą, którą zawsze wspominać będę bardzo ciepło, jest Profesor Arendarski – polonista. Na jego zajęciach zawsze miałam wszystko to, co ma reszta. Gdy klasa otrzymywała materiały spoza podręcznika, ja też je dostawałam na pendrive’ie w formie elektronicznej. Poza tym pan profesor prowadził, nadal zresztą tak jest, grupę teatralną, której poświęcał masę swojego wolnego czasu. Ja, że jestem istotą lubiącą zarówno czynny, jak i bierny udział w artystycznych aktywnościach, już na początku liceum „zabłądziłam” na spotkanie grupy i czasem im podgrywałam do różnych ciekawych spektakli. Nawet ostatnio, mimo, że skończyłam liceum już pięć lat temu, miałam przyjemność występowania z tą grupą w Kieleckim Centrum Kultury. Graliśmy „Listy Katyńskie” – przedstawienie, którego częścią były autentyczne listy polskich oficerów zamordowanych przez NKWD podczas II wojny światowej. To było piękne – móc z perspektywy czasu i własnych, dorosłych doświadczeń obserwować, z jaką pasją grają zarówno uczniowie, jak i pan profesor – ich reżyser, mentor i opiekun.

Ktoś powiedział mi kiedyś, że „Norwid” to szkoła z atmosferą i ja wiem, że to jest prawda. Jest to przestrzeń do przeróżnych, twórczych działań, w których biorą udział zarówno sprawni, jak i niepełnosprawni. To nie ma znaczenia. Liczą się chęci i umiejętności. Resztę można zaadaptować tak, żeby wszystko się udało zrobić.

Dzisiaj mogę też powiedzieć, że trzy lata spędzone w trzecim liceum także wiele mnie nauczyły. Przede wszystkim tego, że czasem jest naprawdę potwornie trudno, ale można zdać maturę nawet gdy nie ma się dostępu do wszystkich podręczników i materiałów, które w szkołach dla niewidomych są codziennością. Poza tym nauka w klasie z widzącymi to naprawdę inna bajka niż ta, której bohaterami są tylko niewidomi. Ta lekcja była chyba dla mnie najtrudniejsza: zaakceptować, że ludzie mnie czasem nie rozumieją, że nie wiedzą, co potrafię i mogę zrobić, a czego nie. Nauczenie się przebywania i obcowania z widzącymi kolegami i koleżankami zajęło mi też chyba najwięcej czasu, bo wiązało się z budowaniem nowego poczucia własnej wartości. Wśród niewidomych rówieśników byłam raczej osobą, która zazwyczaj ze wszystkim sobie radziła, nierzadko pomagała także innym. Z widzącymi znajomymi sprawa wyglądała nieco inaczej, bo nagle okazywało się, że to ja potrzebowałam jakiejś ich pomocy, bo trzeba coś przepisać z tablicy albo opisać obrazek, gdyż tego akurat wymagało zadanie z angielskiego. Dlatego właśnie uważam, że odejście z ośrodka dla niewidomych do szkoły średniej, gdzie uczyli się pełnosprawni ludzie, było bardzo dobrą decyzją. Czy III liceum w Kielcach to idealny wybór? Myślę, że naprawdę dobry i z czystym sumieniem poleciłabym tę szkołę jako przyjazną i otwartą na uczniów z różnymi niepełnosprawnościami.

Odpowiedź Elżbiety Gutowskiej na polemikę Marii Marchwickiej

Jako dyplomowany dziennikarz z wieloletnim doświadczeniem na początek gładko przełykam złośliwość Czytelniczki w postaci słowa „felietonik” w odniesieniu do mojego tekstu.

Teraz kontrowersyjny mistrz Jan Długosz. Choć nie jestem historykiem mam prawo – opierając się na historykach, którzy są dla mnie autorytetami – negować niektóre z zapisów kronik Długosza.

Kolejna konstatacja Czytelniczki, iż określenie „czarna, odrapana twarz” w felietonie, który cytuję, w odniesieniu do obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej nie jest niczym nagannym. Dla mnie jest i wiem o czym mówię kiedy to piszę. Założeniem autora tego tekstu było negatywne nacechowanie. W sposób negatywny nacechowuje on wszelkie przejawy życia religijnego, z pełną świadomością obrażając uczucia religijne chrześcijan. Trzeba znać całokształt twórczości owego felietonisty, którego każdy tekst rozpoczyna się od obsesyjnego, nienawistnego stosunku do chrześcijaństwa. W innym felietonie rozpływa się nad czystym, dziewiczym i wspaniałym kultem Ledy w kontrze stawiając przemocowy charakter chrześcijaństwa i kultu Maryi. Takie podejście prosi się o kozetkę psychoterapeuty.

Kto powiedział, że muszę opierać cały felieton na jednym fragmencie tekstu innego felietonisty? Fragment zacytowany przeze mnie posłużył wyłącznie jako punkt wyjściowy do przejścia od szczegółu do ogółu. Felieton z natury rzeczy jest subiektywny, oparty na emocjach, co nie oznacza, że ma w nim brakować argumentów, co zarzuca mi Czytelniczka. Mam wrażenie, że przytoczyłam mnóstwo argumentów. Felieton bywa też skrótowy i z pewnością nie jest rozprawą naukową. Nie mam obowiązku dowodzenia skąd czerpała jeszcze – poza chrześcijaństwem – kultura europejska, skoro piszę o chrześcijaństwie właśnie i na nim się koncentruję. Odpowiadam za każde słowo tego tekstu, każdą kropkę stawiam z namysłem i całość sygnuję swoim własnym nazwiskiem.

Nie neguję kultów przedchrześcijańskich, mam świadomość wkładu owych kultów w rozwój cywilizacji i kultury Europy i świata, jednak nie mogę uznać wyższości prymitywnych wierzeń nad holistyczną i kompletną doktryną chrześcijańską. Mam takie prawo.

Konkludując, bardzo się cieszę, że mój „felietonik” wywołał polemikę. Dla dziennikarza nie ma nic gorszego niż obojętność w stosunku do jego tekstów. Gładko przełykam kolejną złośliwość Czytelniczki, która jeden z fragmentów mojego tekstu nazywa „czystej wody filipiką”, ba, cieszy mnie to określenie, bowiem oznacza, że czerpię – w sposób niedoskonały – ze starożytnych mistrzów słowa. Z Demostenesa i Cycerona.

Polemika Marii Marchwickiej do artykułu Elżbiety Gutowskiej pt.: „Europa na laickim zakręcie” z numeru 32 Helpa

Sympatyczna redakcjo

Czytuję sobie Help i robiąc to ze zrozumieniem polemizuję czego wyrazem jest poniższy tekst. Jeśli pt. Redakcja uzna za stosowne ożywić łamy głosem czytelnika, to proszę bez nożyc redakcyjnych, bo tekst straci sens.

Szykany wobec……

Z lekkim rozbawieniem, ale i smutkiem przeczytałam felietonik „Europa na laickim zakręcie” pióra p. Elżbiety Gutowskiej wrzucającej do jednego tygla czasy minione i obecne. Ale po kolei. „Za każdym razem kiedy czytam te teksty, czuję zalewającą mnie falę złości i odczuwam potrzebę natychmiastowej riposty” Zamiast fali złości lepiej byłoby użyć argumentów. Omawiając tekst nieznanego autora w nieznanym piśmie i pozbawiając czytelnika możliwości własnego osądu na ten temat pt Autorka odnosi się do wyrwanych z kontekst akapitów. „ Jak zareagować na tekst, w którego tytule w odniesieniu do obrazu Maryi Jasnogórskiej pojawia się sformułowanie „czarna, odrapana twarz”, Nie widzę w tym sformułowaniu niczego nagannego, ponieważ obraz jest stary i przeszedł burzliwe koleje losu. A tak bulwersujące felietonistkę stwierdzenie „odrapanej twarzy” odnosi się do stanu wizerunku a nie podmiotu. „tekst, którego autor próbuje wykazać wyższość bogini Lady (Łady, Leili), słowiańskiego odpowiednika egipskiej Izis, nad Maryją, matką Zbawiciela? Oto znamienny fragment: „(…) Uważane za symbol macierzyństwa i płodności, za matki wielu bóstw. Jak Izis, Lada miała nasze słowiańskie świątynie w różnych miejscach mocy. Miała klasztor, szkołę duchową i westalki, dziewice zwane Ladacznicami. Jednym z tych miejsc jest Częstochowa, a dokładnie wzgórze zwane jasnym, czyli Jasna Góra. W dawnych przedchrześcijańskich kulturach oddawano cześć bóstwom uosabiającym żywotne siły ziemi-matki i ten fakt nie uwłacza kultowi Maryi jako matce Zbawiciela. Kulty te odeszły wraz z ludami je wyznającymi. Natomiast na ziemiach obecnej Polski znajdowało sie wiele miejsc kultu miejscowych bóstw i na tych miejscach dobrze posadowionych wyrosły z czasem chrześcijańskie świątynie. „Być może te brednie zasługują jedynie na uśmiech politowania, bowiem świadczą o kompletnym niezrozumieniu planu zbawienia i roli w tym planie Maryi, co w przypadku osoby niewierzącej jest w pewnym sensie zrozumiałe” Autorka miesza dawne i nowe chrześcijańskie czasy nakładając na siebie dwa okresy w dziejach ludzkości. I dalej „ W warstwie faktograficznej kult Ledy nie został potwierdzony, podobnie jak rzekome miejsce kultu – Jasna Góra. Autor felietonu wywodzi swoje mądrości wprost z kronik Jana Długosza, których rzetelność, szczególnie we fragmentach dotyczących pradziejów Lechii, starożytnej Polski, podważa większość uznanych historyków”. Cytowany przez p. Gutowską felietonista ma prawo odwoływać się do kronik Długosza, który jest i cytowany ale i podważany przez historyków [w zależności od ich przekonań]

„W warstwie kulturowej te brednie świadczą o niezrozumieniu roli chrześcijaństwa w rozwoju cywilizacji i kultury europejskiej. Architektura naszego kontynentu, malarstwo, rzeźba, muzyka, a nawet moda, rozwijały się przez wiele wieków w oparciu o chrześcijaństwo. W szerszym wymiarze wspomniany przeze mnie tekst jest egzemplifikacją bezpardonowego ataku na religię, z której wyrosła Europa. Ataku, który doprowadził do dechrystianizacji dużej części naszego kontynentu i postępującego procesu utraty tożsamości jego obywateli. Ataku, polegającego m.in. na obrażaniu uczuć religijnych chrześcijan, na który wojujący ateiści nie odważyliby się w odniesieniu do judaizmu czy islamu.”

Proszę wybaczyć ten przydługi cytat, ale nastąpiło znowu pomieszanie pojęć. Zanim Europa stała się chrześcijańska wraz z jej sztuką i kulturą, była – czy to sie Autorce podoba czy też nie – Europą pogańską począwszy od kultur sumeryjskich poprzez spuściznę hellenistyczną i starorzymską. Czyżby te wieki nie pozostawiły żadnego dorobku cywilizacyjnego i kulturowego? Nie wiem czy odwołanie się do historycznych kultów pogańskich poprzedzających chrześcijaństwo obraża jakiekolwiek uczucia religijne. Nie sądzę. To jest analogiczne rozumowanie do mniemania, że zasługi dziadka obrażają autorytet ojca.

„Dziś o poprawności politycznej, o europejskości i o światłym umyśle decyduje odcięcie się od katolicyzmu, który stał się synonimem ciemnogrodu. Jednocześnie niepoprawne politycznie jest krytykowanie judaizmu czy islamu. Trudno nie zauważyć w tym niekonsekwencji europejskich, laickich elit intelektualnych”. I znowu Autorka dywaguje nie podając konkretów z artykułu, który ją tak oburzył.

„Kościoły katolickie w wielu państwach Europy Zachodniej świecą pustkami. Bywa, że zamieniane są na ekskluzywne domy mieszkalne, np. kościół w Northumberland w Wielkiej Brytanii, sklepy – kościół w Maastricht w Holandii zamieniony w księgarnię Salexyz, puby – kościół St. Mary’s w Dublinie w Irlandii. Tymczasem obok europejskich kościołów wyrastają meczety. Na ulicach europejskich miast w porze modłów klękają miliony muzułmanów”. I to wszystko na marginesie kilku cytatów o zaszłościach historycznych?

„Według ostrożnych szacunków na naszym kontynencie jest już ponad 25 mln wyznawców islamu. Dokąd zmierza Europa pozbawiona chrześcijańskich korzeni i zalewana falami obcych kulturowo uchodźców i emigrantów?”

Nie komentuję tego cytatu, ponieważ jest to czystej wody filipika.

„Coraz bardziej powszechna i modna staje się laickość, na czasie jest antyklerykalizm. Zapatrzeni bezkrytycznie w starą Europę rychło możemy pójść w jej ślady. Na razie mamy do czynienia z pojedynczymi incydentami podobnymi do tych, które rozgrywały się na Krakowskim Przedmieściu po katastrofie smoleńskiej – wyśmiewanie modlących się, bezczeszczenie krzyża, kpiny z męki Chrystusa. Skoro jednak raz przełamana została niepisana zasada szacunku do wyznania, już tylko krok dzieli nas od pójścia w ślady laickiej Europy”. Laicyzacja nie jest sprawą mody czy trendu i nie jest alarmująca, podobnie jak liczba wiernych w kosciołach, czego jestem naocznym świadkiem. Dostęp do praktyk religijnych jest powszechny i to czy parafianie zechcą garnąć się do koscioła i kapłanów zależy przede wszystkim od postawy tych ostatnich.

Zgadzam się z Autorką, która zauważa, że „Poruszanie bardzo delikatnej materii, jaką jest wiara, wymaga wielkiej kultury i szczególnej ostrożności. Tymczasem materię tę próbują omawiać ludzie o wrażliwości walca drogowego”. atakując z zajadłością otoczenie dopatrując się prześladowania i obrażania uczuć religijnych, nawet tam, gdzie tego nie ma.

„Najniebezpieczniejszy światopogląd mają ludzie, którzy nigdy nie przyglądali się światu”,

A. Humbold

Felieton skrajnie subiektywny. Złamana laska Eskulapa

Zadałam sobie trud wykonania mini sondy wśród przyjaciół i znajomych, w których rodzinach są osoby niepełnosprawne. Sonda dotyczyła ustawy z dnia 9 maja 2018 r. o szczególnych rozwiązaniach wspierających osoby o znacznym stopniu niepełnosprawności (Dz.U. 2018 poz. 932). Ustawa weszła w życie 1 lipca i jest konsekwencją kwietniowo-majowego protestu osób niepełnosprawnych i ich opiekunów w sejmie. Z perspektywy kilkunastu dni można pokusić się o wstępną ocenę realizacji w praktyce tej części jej zapisów, które dotyczą usług medycznych.

Niewielka gmina, niepubliczna przychodnia z podpisaną umową z NFZ na świadczenie usług z zakresu podstawowej opieki zdrowotnej i kilku specjalności, m.in. urologii, laryngologii, ginekologii, diabetologii, neurologii i psychiatrii. Próba szybkiego zarejestrowania do neurologa kończy się fiaskiem. Matka osoby niepełnosprawnej w stopniu znacznym słyszy w odpowiedzi, że bez kolejki można się zapisać jedynie do lekarza pierwszego kontaktu. Lekarze specjaliści przyjmują w tej przychodni na ogół raz, dwa razy w miesiącu, wobec czego nie ma szans na przeskoczenie kolejki. Czas oczekiwania na wizytę wynosi minimum dwa miesiące. W tej samej przychodni na pytanie matki, czy może wejść z niepełnosprawnym, dorosłym dzieckiem bez kolejki do gabinetu zabiegowego pada cicha odpowiedź recepcjonistki – „Proszę zapytać pacjentów stojących w kolejce”. Pacjenci są na tyle mili, że godzą się na to bez szemrania, zaś pani w rejestracji jest na tyle miła, że po fakcie pyta matkę osoby niepełnosprawnej czy udało się wejść bez kolejki.

Wojskowa przychodnia w mieście powiatowym, umowa podpisana z NFZ. Osoba niepełnosprawna rejestruje się do laryngologa bez żadnego problemu – termin wizyty za sześć dni. Jedynym wymogiem jest dostarczenie orzeczenia o stopniu niepełnosprawności. Pacjent reaguje miłym zaskoczeniem, rejestratorka z satysfakcją deklaruje, że placówka jedynie wywiązuje się z zapisów ustawy.

Warszawski szpital. Niepełnosprawna pacjentka telefonicznie rejestruje się na badanie endoskopowe. Rejestratorka prosi o dane osobowe i o numer telefonu, obiecując, że po ustaleniu terminu zadzwoni z informacją. Czas oczekiwania na badanie endoskopowe w tym szpitalu dla pacjentów pełnosprawnych wynosi dwa lata i osiem miesięcy! Mijają dni, zniecierpliwiona niepełnosprawna pacjentka postanawia zadzwonić, przypuszczając, że o niej zapomniano. Wykonuje wiele telefonów zanim trafia na osobę, która wpisuje pacjentów do kolejki. Słyszy od owej osoby, że ta następnego dnia przystąpi do sporządzania listy na badania endoskopowe. Mijają kolejne dni, nikt nie dzwoni. Pacjentka rezygnuje i zapisuje się do placówki niepublicznej, gdzie termin badania zostaje wyznaczony za tydzień. „Dobrze, że mogę zapłacić to badanie. A kosztuje słono. Mam wrażenie, że o to właśnie chodziło tej pani, bym się zniechęciła i spróbowała gdzie indziej” – mówi rozgoryczona.

Niepełnosprawny młody chłopak na wózku inwalidzkim. Wskazaniem dla niego jest częsta rehabilitacja, służąca m.in. wyeliminowaniu spastyczności mięśni. Zgłasza się ze skierowaniem do jednej z warszawskich przychodni rehabilitacyjnych. Rejestratorka bardzo stara się pomóc – „Widać było, że jest jej bardzo przykro, iż musi mi zakomunikować, że w ciągu najbliższych miesięcy nie jest w stanie wcisnąć mnie na listę. Na dowód pokazała mi szczelnie zapełniony zeszyt. Udało się wpisać mnie na listopad, w zasadzie jedynie dlatego, że ktoś zrezygnował. Nie pozostaje mi nic innego, jak zakupienie serii zabiegów w przychodni prywatnej. Nie mogę mieć tak długich przerw w zabiegach. Znów rodzice będą musieli płacić”.

I jeszcze jedna sytuacja, mająca miejsce w noc przed wejściem ustawy w życie. Do jednego z warszawskich szpitali przyjeżdża z żoną niepełnosprawny mężczyzna w stanie zagrażającym życiu. O czwartej nad ranem w okienku SOR siedzi młoda, wytatuowana, bezczelna i bezduszna lekarka. Kiedy słyszy od żony, że pacjent jest niepełnosprawny, nieprzyjemnym tonem pyta – „Dlaczego akurat tu Państwo przyjechali, przecież wszędzie by was przyjęli”. Żona pacjenta myśli, że skoro wszędzie, to chyba w tym szpitalu też, ale nie mówi tego głośno, by nie zaszkodzić mężowi. Lekarka komunikuje, że teraz to ona ma zajęty gabinet, więc trzeba czekać. Po piętnastu minutach oczekiwania, widząc że mąż bardzo cierpi pyta lekarkę kiedy można oczekiwać pomocy. Słyszy kategoryczne i niegrzeczne „Trzeba czekać”. Tymczasem lekarka zaprasza osoby, które pojawiły się później niż niepełnosprawny pacjent. Po kolejnych piętnastu minutach żona znów grzecznie pyta kiedy mąż otrzyma pomoc, na co lekarka odpowiada – „Przecież nie położę pani męża na innym pacjencie”. Jednym z pacjentów jest młody, pijany osiłek z podbitym okiem, wyglądający na gościa weselnego, a może nawet na samego pana młodego. Lekarka z pietyzmem i nieukrywaną przyjemnością bierze go pod ramię i delikatnie do niego przemawiając wprowadza za metalowe drzwi. Po pięćdziesięciu minutach oczekiwania żona niepełnosprawnego pacjenta po raz kolejny upomina się o pomoc dla męża i po raz kolejny słyszy, że niepotrzebnie przyjechała do tego szpitala. Ze łzami w oczach pyta, czy wobec tego ma jechać do innego szpitala. Lekarka jakby trochę mięknie i po pięciu minutach niechętnie zaprasza małżeństwo do środka. Na szczęście niepełnosprawnym pacjentem zajmuje się inna lekarka. Okazuje znacznie więcej empatii.

Wszystkie osoby, z którymi rozmawiałam, prosiły mnie o niepodawanie żadnych szczegółów, które mogłyby pomóc w zidentyfikowaniu pacjentów, którzy opowiadali mi o swoich doświadczeniach z ochroną zdrowia po wejściu w życie ustawy. Znamienne.

Wyremontowane szpitale wyposażone w sprzęt, często już na europejskim poziomie, nie rozwiążą problemu. Potrzebni są ludzie. Wypoczęci, empatyczni, grzeczni i dobrze opłacani lekarze, kompetentna i uprzejma obsługa administracyjna. Niezbędna jest dobra organizacja pracy, a tymczasem pacjenci odwiedzający publiczne szpitale i przychodnie mają nierzadko poczucie panującego w tych placówkach wszechobecnego chaosu.

Żadna ustawa nie zaradzi oczywistym, negatywnym faktom. W Polsce mamy ponad dwukrotnie mniej lekarzy na tysiąc pacjentów niż zachodnie kraje Unii Europejskiej. Średnia europejska wynosi 4, średnia polska – 2,2 lekarza. Od czasu wejścia naszego kraju do UE notowany jest stały odpływ polskich lekarzy na zachód. Według szacunków Naczelnej Izby Lekarskiej od 2004 roku z naszego kraju wyjechało 10,5 tysiąca lekarzy, 2 tysiące stomatologów i 17 tysięcy pielęgniarek! Są to jednak tylko szacunki, więc liczby te mogą być znacznie większe. Anestezjolodzy i chirurdzy to największy odsetek polskich lekarzy, którzy znaleźli pracę za granicą – 18% w przypadku obu specjalności. 13% to odsetek patomorfologów, lekarzy niezbędnych w procesie leczenia nowotworów, którzy opuścili Polskę w poszukiwaniu lepszych warunków pracy i znacznie wyższej płacy. Podobny odsetek wśród polskich lekarzy emigrantów stanowią m.in. interniści, pediatrzy i psychiatrzy. Polskich lekarzy można także spotkać poza Europą – w USA, w Kanadzie, w Australii, Nowej Zelandii, w Arabii Saudyjskiej czy w Emiratach Arabskich.

Wobec tych wszystkich oczywistych faktów i sytuacji, o których mówili mi pacjenci, można mieć poważne obawy o realizację w praktyce bardzo słusznych i niezbędnych zapisów ustawy o szczególnych rozwiązaniach wspierających osoby o znacznym stopniu niepełnosprawności. Bardzo chciałabym mylić się w tej kwestii.

Dostępność. Ten, kto idzie, pokona drogę

Rok 2012 stał się kamieniem milowym w polskim antydyskryminacyjnym ustawodawstwie. Rzeczpospolita Polska ratyfikowała Konwencję Organizacji Narodów Zjednoczonych o Prawach Osób Niepełnosprawnych. We wrześniu polska delegacja rządowa złożyła dokumenty ratyfikacyjne w głównej siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku. Kluczowym postulatem Konwencji jest tworzenie warunków dla samodzielnego życia osób z niepełnosprawnością. W tym długotrwałym i skomplikowanym procesie ważną rolę odgrywa przystosowanie otoczenia do różnorodnych potrzeb człowieka z niepełnosprawnością. Co tak naprawdę oznacza magiczne słówko „dostępność” dla osoby z niepełnosprawnością wzrokową? Czy dostępność jest mierzalna? Czy kiedyś świat będzie w pełni przystosowany dla osób niewidomych i słabowidzących?

W 2004 r. miałem 18 lat i uczęszczałem do szkoły muzycznej drugiego stopnia w Archangielsku (Rosja). Miejska biblioteka realizowała projekt skierowany do osób niewidomych i słabowidzących, które chciały korzystać z komputera i udźwiękawiającego oprogramowania. W celu przeprowadzenia warsztatów zaproszono wspaniałego gościa z Władywostoku. Po ośmiogodzinnej podróży statkiem powietrznym dotarł on do Archangielska, by wytrącić mnie z torów rutynowego myślenia i codziennego funkcjonowania. Do tej pory chodziłem wyłącznie z osobą towarzyszącą (z członkami rodziny). Wstydziłem się białej laski i nie rozumiałem jej znaczenia, ponieważ byłem głęboko przekonany, że osoba o wielkim ubytku wzroku nie jest w stanie poruszać się samodzielnie. Chociaż byłem świadomy tego, że całkowicie niewidomi chodzą sami, ale to było poza zasięgiem mojej wyobraźni i pojmowania. Ten niewidomy facet z Władywostoku wystrzelił w mój mózg słowami: jeżeli chcesz być pełnoprawnym człowiekiem i samodzielnym chłopakiem osiągającym sukces, weź białą laskę i nigdy jej nie odpuszczaj. Skumałem i od tego samego dnia laska to moja wierna towarzyszka.

4 lata później, pukając laską w schodnię, wchodziłem na pokład samolotu Moscow – Chicago. Tak rozpoczęła się moja pierwsza samodzielna podróż. To była dziesięciomiesięczna wyprawa w ramach programu wymiany Fulbright do kraju, w którym tworzenie dostępności jest jednym z celów polityki społecznej wobec osób z niepełnosprawnością, a na realizację uniwersalnego projektowania przydzielane są znaczne środki finansowe. Na uniwersytecie w miasteczku East Lansing studentów i pracowników z niepełnosprawnością wspiera specjalny zespół o rozmaitych kompetencjach. Instruktor orientacji przestrzennej poprowadził pierwsze w moim życiu zajęcia. W całym Archangielskim obwodzie nie było ani jednego instruktora. Po miesiącu zajęć byłem w stanie łazić po rozległym kampusie i nawet podpowiadać świeżo upieczonym studentom, jak szybciej dostać się do biblioteki i innych budynków.

Często dostępność jest rozumiana jako konstelacja obiektów architektonicznych, jezdni i chodników, środków komunikacji, innych elementów infrastruktury oraz urządzeń technicznych, które zostały zaprojektowane albo przebudowane w taki sposób, by wszyscy członkowie społeczeństwa mogli korzystać z nich maksymalnie samodzielnie. Moje doświadczenie zwraca mi uwagę na zasadniczy błąd, który wkradł się w taką definicję. Dostępność to dynamiczny, trwający w nieskończoność proces, który wymaga odpowiedniego poziomu przystosowania otoczenia, ale również aktywnego angażowania się użytkownika. Ten proces trwa w nieskończoność, ponieważ świat rozwija się błyskawicznie, a nowe architektoniczne i techniczne pomysły jednocześnie tworzą nowe bariery. Dlatego jest tak ważne brać pod uwagę zasady uniwersalnego projektowania na początku pracy nad innowacyjnymi rozwiązaniami. Najważniejsze, że nawet „najwyższy” poziom dostępności nie będzie warunkiem samodzielnego życia osoby z niepełnosprawnością, dopóki ta osoba nie będzie z niej aktywnie korzystała i nawet przekształcała według własnych potrzeb. Równiutki chodnik, światła z sygnalizacją, autobus z informacją dźwiękową oraz budynek z mapą i tabliczkami brajlowskimi – to wszystko będzie niedostępne, dopóki użytkownik nie będzie miał wymaganych umiejętności. Chodzi o umiejętności samodzielnego i bezpiecznego poruszania się z białą laską, z psem przewodnikiem, albo za pomocą urządzeń technicznych. Chodzi o umiejętności korzystania z brajla, o umiejętności komunikacyjne, bo często naszym źródłem informacji stają się widzący użytkownicy infrastruktury. Ważną rolę odgrywają wszystkie psychiczne procesy poznawcze, do których zalicza się wrażenie, spostrzeżenie, pamięć, wyobrażenie, uwaga, myślenie i mowa.

Jestem muzykiem i zawodowo zajmuję się językami. Nigdy nie można powiedzieć do siebie, że świetnie grasz, bo to by oznaczało koniec rozwoju. Nigdy nie można powiedzieć, że doskonale mówisz w obcym języku. Człowiek uczy się języka przez całe życie. Ta zasada również dotyczy umiejętności poruszania się i korzystania z urządzeń. Samorehabilitacja i samodoskonalenie trwa przez całe życie. Państwo składające się z instytucji rządowych oraz społeczeństwo ma za zadanie dostosowanie otoczenia do wszystkich obywateli. Jednak działania te nierzadko podejmują i realizują się w tempie adagio albo andante. Więc musimy dostosowywać się do niedostosowanego otoczenia poprzez nabywanie i doskonalenie własnych umiejętności.

Moje umiejętności i chęć do poznawania świata umożliwiły podróże do ponad 20 krajów. Zawsze zwracam uwagę na dostępność, która, jak można sobie łatwo wyobrazić, różni się drastycznie w zależności od kraju. Niewidomy Norweg nie potrafiłby pokonać trasy w Tadżykistanie, ale niewidomy Tadżyk łatwo by się odnalazł w Norwegii. Samotna eskapada na Ukrainę przysparzałaby wielu kłopotów niewidomej Dunce, ale Ukrainka z białą laską szybko by się zorientowała w Danii. Przez takie porównania pragnę pokazać, że dostępność można zmierzyć biorąc pod uwagę nie tylko odpowiednie przepisy prawne i ich realizacje (czyli zastany stan fizycznego przystosowania), ale również tak zwane independent living skills – umiejętności samodzielnego życia. Badanie poziomu dostępności jest rzeczą subiektywną, która postrzega się przez własne i unikatowe doświadczenie.

W grudniu ubiegłego roku, podczas międzynarodowej konferencji „Europejski Dzień Osób z Niepełnosprawnością”, która odbyła się w Brukseli, ogłoszono wyniki Konkursu „Access City Award”. Specjalną nagrodę otrzymało duńskie miasto Viborg. Luksemburg znalazł się na trzecim miejscu. W Lubljanie lepiej dbają o dostępność, dlatego stolica Słowenii otrzymała srebro. Wieńcem laurowym ozdobiono dumne głowy mieszkańców francuskiego miasta Lyon. Na mojej liście dostępnych miast znajdują się: Chicago, Londyn, Oslo, Sztokholm, Kopenhaga. Jako doświadczony włóczykij mogę orzec, że polskie miasta, przede wszystkim Wrocław, w którym zadomowiłem się, również umieszczam na tej liście. Przystosowanie wymaga wielkich inwestycji w projektowanie i przebudowywanie, a również w kursy mające na celu rozwinięcie umiejętności niewidomych i słabowidzących Polek i Polaków. Stabilny rozwój gospodarczy oraz aktywne działania osób z niepełnosprawnością dają nadzieję, że sytuacja będzie się tylko polepszała.

Przykro, ale musimy stwierdzić, że w pełni przystosowane środowisko może istnieć tylko w książce, której jeszcze nie napisano. To nie oznacza, że należy odstąpić i zamknąć się w czterech ścianach. Według rosyjskiego powiedzenia: „Drogę pokona ten, kto idzie”.

Felieton skrajnie subiektywny. Temida kontra dekomunizacja

Kto wybierze się w czasie wakacji zwiedzać Warszawę, być może będzie miał ostatnią, niepowtarzalną okazję przespacerowania się aleją Lecha Kaczyńskiego, ulicami Zbigniewa Romaszewskiego, Grzegorza Przemyka czy Stanisława Pyjasa.

Nadzwyczajna kasta sędziowska znów zadziałała. Na wniosek władz Warszawy Wojewódzki Sąd Administracyjny unieważnił w końcu maja zmianę nazw dwunastu warszawskich ulic, uchylając zarządzenie zastępcze wojewody mazowieckiego. Gwoli sprawiedliwości należy nadmienić, że jeden z sędziów złożył zdanie odrębne.

Warto przypomnieć, że zgodnie z tzw. ustawą dekomunizacyjną samorządy miały obowiązek zmiany nazw ulic propagujących komunizm do 2 września 2017. Pod koniec sierpnia zeszłego roku na sesji Rady Warszawy, z inicjatywy Platformy Obywatelskiej zdecydowano o zmianie patronów zaledwie sześciu ulic. W listopadzie 2017, w związku z niewykonaniem obowiązku przez władze Warszawy, wojewoda mazowiecki wydał zarządzenia zastępcze dotyczące zmiany nazw 47 ulic. Na tę decyzję zareagowała na listopadowej sesji Rada Warszawy, decydując głosami radnych Platformy Obywatelskiej o zaskarżeniu do sądu administracyjnego zmiany nazw ulic dokonanych przez wojewodę mazowieckiego. Można się więc domyślać, że spektakl będzie trwał. Do odrzucenia nazw pozostało jeszcze kilkadziesiąt ulic. Władze Warszawy triumfują i już przymierzają się do demontowania tabliczek z nowymi nazwami i przywracania tabliczek ze starymi. Na razie jednak muszą wziąć na wstrzymanie, bowiem Zdzisław Sipiera, wojewoda mazowiecki, zapowiedział złożenie skargi kasacyjnej do Naczelnego Sądu Administracyjnego.

Na szali Temidy położono m.in. aleję Lecha Kaczyńskiego – dawną aleję Armii Ludowej, ulice Zbigniewa Romaszewskiego – dawniej Teodora Duracza, Grzegorza Przemyka – dawniej Sylwestra Bartosika i Stanisława Pyjasa – dawniej Franciszka Bartoszka. Posługując się w uzasadnieniu błahym pretekstem, nadzwyczajna kasta pokazała jak głęboko tkwi korzeniami w minionym ustroju. W uzasadnieniu wyroku napisano, że wojewoda mazowiecki nie wywiązał się prawidłowo z ciążącego na nim obowiązku i dopuścił się istotnego naruszenia przepisów (sic!) nie wykazując jednoznacznie, w jaki sposób dawni patroni ulic propagowali komunizm. Niewiarygodne, sąd nie rozumie w jaki sposób propagowała komunizm Armia Ludowa, kontynuacja Gwardii Ludowej, powstała na mocy dekretu Krajowej Rady Narodowej, formacja wojskowa podlegająca de facto ZSRR? To jest wiedza na poziomie szkoły podstawowej. Kolejny komunistyczny patron dzisiejszej ulicy Zbigniewa Romaszewskiego – Teodor Duracz, członek Komunistycznej Partii Polski i radziecki agent. Ten patron w żaden sposób nie propaguje komunizmu, no skąd. Sylwester Bartosik, poprzedni patron ulicy Grzegorza Przemyka, działacz Komunistycznej Partii Polski. W jego mieszkaniu, w konspiracji, spotykali się m.in. Hanka Sawicka, Marceli Nowotko i Paweł Finder. Kanon historyczny w komunistycznej szkole podstawowej.

Obawiam się, że uzasadnienie wyroku WSA to jedynie pretekst, by dać prztyczka w nos rządowi Prawa i Sprawiedliwości, Jarosławowi Kaczyńskiemu osobiście, a także nie dopuścić, by patronem jednej z ważniejszych, śródmiejskich arterii był znienawidzony Lech Kaczyński. Przy okazji, rykoszetem dostaje się też Zbigniewowi Romaszewskiemu, Stanisławowi Pyjasowi i Grzegorzowi Przemykowi.

Warto więc w czasie wakacyjnych podróży wpaść do Warszawy i chłonąć historię bez komunistycznych naleciałości. Dopóki to możliwe.