Mój przyjaciel koń

Z koniem po raz pierwszy zetknęłam się w dzieciństwie. Była to miłość od pierwszego wejrzenia.

Pokochałam miękki i ciepły pysk i długą grzywę.

Koń stał się dla mnie symbolem sprawności i samodzielności. Zawsze, gdy udało mi się wskoczyć, wpełznąć czy wdrapać się na koński grzbiet, mój świat zamieniał się w raj. Znikają troski i codzienne zmaganie się z niepełnosprawnością, koń jest wszystkim.

Tak zawsze mówię o mojej pasji jeździeckiej.

Jak ważna jest hipoterapia ze względów zdrowotnych, piszą różni specjaliści. W medycynie ta gałąź rehabilitacji staje się co raz bardziej popularna.

Jednak co koń może zrobić dla osoby niewidomej?

Odmienić świat, nauczyć cierpliwości i konsekwencji w postępowaniu. Koń nie ruszy, dopóki nie otrzyma prawidłowego sygnału łydką i krzyżem.

Moim profesorem hipoterapii był polski konik o imieniu Miś.

Cierpliwy i łagodny koń, którego mogłam sama szczotkować i przygotowywać do jazdy. Nawet raz pojechałam na nim w teren do lasu.

Miś stał cierpliwie i czekał, aż go wyszczotkuję, zawsze przy zakładaniu ogłowia kładł mi głowę na ramieniu. Na pierwszej jeździe instruktorka pokazała mi jak koń wygląda. Mogłam dotknąć go w każdym miejscu.

Co mi to dało?

Duże poczucie bezpieczeństwa i wiedzę o wielkości zwierzęcia.

Od tamtych zajęć jeździłam już na wielu koniach. Były to zwierzęta duże i małe, spokojne i nerwowe, ale zawsze reagowały na moje zachowanie. Koń nie jest zwierzęciem zaprogramowanym do chodzenia, on czuje i odbiera nasze emocje na podstawie naszego głosu, sposobu poruszania się, tego jak siedzimy.

W przypadku osoby niewidomej trudno jest mówić o całkiem samodzielnej jeździe, ale przy pomocy kreatywnego instruktora można wiele zdziałać. Spotkałam się z ujeżdżalnią, gdzie ścieżka była wyłożona płytkami i było słychać jak koń stuka kopytami. Miałam go prowadzić po tej ścieżce. Można też jeździć w tzw. zastępie, gdzie koń idzie jeden za drugim. Na pierwszym koniu siedzi osoba widząca. W przypadku nauki jazdy konnej świetnym rozwiązaniem jest lonża, która utrzymuje konia na odpowiedniej trasie. Mnie uczono, że nieważne czy się widzi czy nie, to przy koniu podstawą jest spokój i rozwaga. Nie drażnimy konia głośnym krzykiem, nie ciągniemy za ogon.

Dla osoby niewidomej niesłychanie ważny w jeździe konnej jest dosiad. Nie widzimy co koń robi, musimy to wyczuć.

Najważniejsze na początku jazdy jest wyczucie ruchów zwierzęcia i ich odwzorowywanie. Człowiek staje się jakby przedłużeniem konia.

Dla osób z niepełnosprawnością ruchową ruchy konia są potrzebne do prawidłowego poruszania się, w przypadku osoby niewidomej nie tylko rozwijają fizycznie mięśnie, ale i przekazują nastrój konia.

Siedząc w siodle mogę wyczuć czy koń jest chętny do pracy, czy coś go zainteresowało, jak obraca głową, czy macha ogonem.

Współpraca z koniem dawała mi zawsze poczucie wolności i spokoju. Te wspaniałe i piękne zwierzęta stwarzają warunki do budowania w sobie wiary we własne umiejętności i oczywiście dają mnóstwo przyjemności.

Każdemu życzę takiego wspaniałego przeżycia jak jazda konna. Nie zapominajmy też o spadaniu. To uboczne skutki jazdy. Pamiętam zajęcia, na których spadłam pięć razy. Do domu wróciłam cała w piasku i ledwo się ruszałam, ale nie żałuję.

Fundacja Tyflologika

Twórcą fundacji i jej prezesem jest Pan Łukasz Kozłowski – tyflopedagog, wieloletni nauczyciel i wychowawca w ośrodku w Owińskach. Jednym z podstawowych założeń fundacji jest działanie wewnątrz środowiska osób niepełnosprawnych. Zarówno twórca, jak i pracownicy fundacji są osobami niepełnosprawnymi. Dzięki temu oferta naszej fundacji ma nie tylko walor edukacyjny, ale także rewalidacyjny. Osoby korzystające z naszych usług nie tylko otrzymują potrzebny im zasób wiedzy, ale też mogą osobiście przekonać się, że osoba niepełnosprawna może być samodzielna życiowo i pracować z pożytkiem dla siebie i innych. Pracując z osobami niepełnosprawnymi czy zagrożonymi wykluczeniem społecznym, możemy opierać się zarówno na wiedzy teoretycznej, jak i na doświadczeniach osobistych, co z całą pewnością jest sporym atutem naszej fundacji. W naszej ofercie znajdują się różnego rodzaju szkolenia językowe, dotyczące języka angielskiego i niemieckiego na wszystkich poziomach edukacyjnych. Oferujemy także szkolenia komputerowe z zakresu ECDL, bezpieczeństwa w sieci, a także szkolenia dla instytucji edukacyjnych i naukowych z zakresu tworzenia dostępnych treści e-learnigowych zgodnie ze standardem WCG 2.0.

Kolejną dziedziną naszej działalności jest pomoc w zakresie zakupu niezbędnych urządzeń elektronicznych potrzebnych w codziennym życiu osoby niepełnosprawnej. Zakupy te mogą być realizowane w ramach programów współfinansowanych przez PFRON lub indywidualnie. W naszej ofercie znajdują się także specjalistyczne szkolenia z zakresu obsługi zakupionego sprzętu.

Nasza fundacja w postępowaniu z klientami stara się zawsze działać w sposób kompleksowy i zindywidualizowany. Zanim rozpoczniemy współpracę, dokonujemy wspólnej oceny potrzeb klienta, tak, aby maksymalnie zaspokoić jego potrzeby. Zgodnie z uzyskanymi informacjami opracowujemy program kursu uwzględniając jego częstotliwość, jakiej oczekuje kursant oraz poziom trudności.

Podobnie w przypadku osoby zainteresowanej zakupem sprzętu: najpierw dokonujemy oceny potrzeb klienta, następnie proponujemy sprzęt mogący zaspokoić jego oczekiwania. Jeśli zakup jest współfinansowany przez PFRON, pomagamy w złożeniu wniosku, zgromadzeniu załączników oraz monitorujemy jego rozpatrywanie. Następnie dostarczamy sprzęt i dokonujemy jego personalizacji, a w razie potrzeby szkolimy w jego obsłudze.

Zgodnie z nazwą fundacji nasza oferta skierowana jest głównie do osób niewidomych i niedowidzących. Specjalnie z myślą o ich potrzebach dysponujemy specjalistyczną, certyfikowaną pracownią komputerową wyposażoną w oprogramowanie udźwiękawiające i powiększające. Posiadamy drukarkę brajlowską oraz zbiór przygotowanych materiałów edukacyjnych.

Oferujemy także masaże lecznicze i rehabilitacyjne. Dysponujemy wyposażonym gabinetem masażu. Z naszej oferty skorzystać mogą inni klienci – w ten sposób wspierają rewalidację osób niepełnosprawnych.

Gala Jesteśmy razem oczami beneficjentów

Za nami kolejna odsłona Konferencji REHA FOR THE BLIND IN POLAND. W tym roku przygotowaliśmy dla naszych beneficjentów trzy dni wypełnione po brzegi atrakcjami: koncert na Torwarze, wystawa sprzętu rehabilitacyjnego, Gabinet Dźwięku i Dotyku czy prezentacja filmów z audiodeskrypcją. A to wszystko, by zintegrować środowisko osób słabowidzących i niewidomych. Chcieliśmy także wzbudzić zainteresowanie społeczeństwa. Pokazać, że osoby niepełnosprawne nie zamykają się w swoich domach, lecz chcą aktywnie uczestniczyć w życiu publicznym i kulturalnym Polski.

Konferencja minęła, lecz pozostały pytania czy osiągnęliśmy to, co założyliśmy przy organizacji tego wydarzenia. Czy główne hasło Gali: „My nie widzimy nic, a Wy – czy widzicie nas?” zapadło w pamięci naszych beneficjentów, ich rodzin oraz całego społeczeństwa. Porozmawiam o tym z obecną na Konferencji Aleksandrą Lanckorońską. Zapytam ją o wrażenia z Gali Jesteśmy razem Koncert Pełen Emocji i Empatii, który odbył się 16 października.

Gabriela Rubak: Witam, uczestniczyła Pani w tegorocznej Gali organizowanej w ramach konferencji REHA FOR THE BLIND IN POLAND . Proszę powiedzieć co wywarło na Pani największe wrażenie?

Aleksandra Lanckorońska: Na mnie największe wrażenie wywarł występ Katarzyny Cerekwickiej, która porwała publiczność . Ponadto bardzo podobał mi się sposób prowadzenia Gali przez znanego dziennikarza – Krzysztofa Ziemca. Co istotne, podczas koncertu można było posłuchać występów artystów reprezentujących różne gatunki muzyczne. Niewątpliwie każdy znalazł coś dla siebie. Myślę, że to ważne, gdyż gusta muzyczne bywają bardzo zróżnicowane.

G. R.: Kiedy usłyszała Pani, że Fundacja Szansa dla Niewidomych ma zamiar zorganizować taki koncert, to jakie miała Pani oczekiwania?

A. L.: Pomyślałam, że to bardzo fajna inicjatywa. Jechałam z nastawieniem, że będę się dobrze bawić, a przy okazji będę miała możliwość zapoznania się ze specjalistycznym sprzętem. Bardzo ważne dla mnie było również spotkanie innych niewidomych i słabowidzących z całej Polski. Była to niepowtarzalna okazja, aby posłuchać znanych artystów, którzy reprezentowali naprawdę wysoki poziom artystyczny. Podobała mi się formuła prezentacji zwycięzców w konkursie IDOL. Były to bardzo ciekawe kilkuminutowe nagrania, które w sposób niezwykle interesujący przedstawiały laureatów. Konkurs IDOL pokazuje, że nie tylko w Warszawie są osoby, które działają na rzecz niewidomych i niedowidzących. Były bowiem nominowane osoby z całego kraju. Uważam, że jest to bardzo słuszna inicjatywa, która pokazuje, że niepełnosprawność nie musi być barierą nie do pokonania.

G. R.: Mówi Pani o samych superlatywach. Proszę jednak powiedzieć: co by Pani zmieniła, ulepszyła?

A. L.: Mówię o samych superlatywach, gdyż koncert naprawdę mi się podobał. Jedyną rzeczą, którą bym zmieniła, był czas jego trwania. W mojej ocenie był troszkę za długi, ale może mówię tak, gdyż byłam zmęczona po podróży z Kielc do Warszawy.

G. R.: Czy Pani zdaniem Fundacja powinna kontynuować organizowanie tego typu przedsięwzięć?

A. L.: Niewątpliwie uważam, że tak, gdyż jest to okazja do wyjścia z domu, spędzenia czasu w sposób inny niż zazwyczaj, bo przecież nie każdy ma możliwość wyjazdu do stolicy i uczestniczenia w takim koncercie, gdzie oprócz dobrej zabawy, integracji, można „posmakować kultury”. Myślę, że gdyby Fundacja nie zorganizowała tej Gali, to wielu niewidomych nie miałoby możliwości, a także okazji przeżycia czegoś tak niezwykłego, choćby ze względów finansowych.

G. R. Proszę powiedzieć jak ocenia Pani pracę wolontariuszy podczas Gali? Czy byli pomocni?

A. L.: Osobiście nie korzystałam z pomocy wolontariuszy, ponieważ wcześniej poprosiłam o pomoc moją słabowidzącą koleżankę. Jednakże kilku moich niewidomych znajomych, którzy przyjechali na Galę z grupą świętokrzyską, korzystało z pomocy wolontariuszy, którzy chętnie udzielali wskazówek, pomagali w odnalezieniu wcześniej wyznaczonego miejsca. W mojej ocenie wolontariusze obecni na Gali byli zaangażowani i chętnie pomagali.

G. R.: Gala to nie tylko koncert, to także wystawa sprzętu specjalistycznego. Pani Aleksandro, proszę powiedzieć, co się Pani najbardziej podobało na wystawie?

A. L.: Uważam, że wystawa sprzętu podczas Gali była niezwykle ciekawa. Dzięki temu, że nie było zbyt wielu stoisk, można było spokojnie wszystko obejrzeć i otrzymać odpowiedzi na niemal wszystkie nurtujące pytania. Pierwszą rzeczą, która zwróciła moją uwagę, była uniwersalność tej wystawy, np. stoisko iWorld Service – produkty firmy Apple są przecież dla wszystkich, nie tylko dla niewidomych czy słabowidzących. Podobna sytuacja jest z dotykowymi grafikami, które pokazywano na stoisku Fundacji Szansa dla Niewidomych. Rysunki wyglądają „ładnie”, przy okazji są wypukłe, więc dostępne dla wszystkich. Podobało mi się również stoisko firmy InsideVision, na którym prezentowano niezwykle interesujący produkt – InsideOne.

G. R.: Proszę powiedzieć jak Pani zdaniem miejsce, w którym odbył się koncert, wpłynął na jego odbiór?

A. L.: Torwar to niewątpliwie niezwykłe miejsce, bardzo duży obiekt, który onieśmiela swoją potęgą. Możność przebywania w takim miejscu była dla mnie ciekawym i nowym doświadczeniem. Koncert w takim miejscu to na pewno duży prestiż.

G. R.: Czy Pani zdaniem podczas koncertu wybrzmiało hasło: My nie widzimy nic, a Wy – czy widzicie nas?

A. L.: Myślę, że tak. W szczególności było to widoczne podczas stand up’u Błażeja Krajewskiego, z którym gościnnie wystąpił niewidomy kielczanin Wojtek Makowski. Hasło to niewątpliwie wybrzmiało również podczas konkursu IDOL.

G. R.: Jak ocenia Pani ogólną organizację dojazdu i powrotu z koncertu?

A. L.: Uważam, że dojazd i powrót z koncertu był bardzo dobrze zorganizowany, mimo że było nas naprawdę dużo, bo ponad 80 osób. Dużym plusem był fakt, iż grupa kielecka miała do dyspozycji własne autokary, które bezpiecznie przetransportowały nas z hotelu na Torwar i z powrotem.

G. R.: Pani Aleksandro, bardzo dziękuję za podzielenie się swoimi wrażeniami z Gali Jesteśmy razem oraz za cenne uwagi. Do zobaczenia na kolejnej konferencji.

Sztuka nie zna barier

Nieubłaganie zbliża się koniec roku, a co za tym idzie koniec realizowanego przez nas projektu „Sztuka nie zna żadnych barier – oferta Galerii Arsenał dla osób z niepełnosprawnością wzroku i słuchu” który otrzymał dofinansowanie MKiDN w ramach programu „Kultura dostępna”. Właściwie to dzięki temu wsparciu mogliśmy podjąć aż tyle działań mających na celu udostępnienie naszej oferty; zarówno wystawienniczej, jak i edukacyjnej osobom, które na co dzień mają utrudniony dostęp do kultury. W jego ramach nawiązaliśmy współpracę partnerską z dwiema prężnie działającymi organizacjami pozarządowymi, które zajmują się pomocą i wsparciem dla osób z niepełnosprawnością wzroku i słuchu. To Fundacja Szansa dla Niewidomych – oddział/tyflopunkt w Białymstoku i Stowarzyszenie Pomocy Niesłyszącym MIG-iem.

Współpraca przebiegała tak, jak to sobie wyobrażałyśmy. Wspieraliśmy się i pomagaliśmy sobie nawzajem. Wiemy, że wiele instytucji chcących działać w sferze dostępności boryka się z problemem dotarcia do osób, dla których przygotowują swoją ofertę. Okazuje się, że to trudne zadanie; mimo dobrych chęci, wykwalifikowanej kadry, niekiedy posiadania profesjonalnego sprzętu, niemożność dotarcia do odbiorców oferty powoduje, że wiele wspaniałych działań nie dochodzi do skutku i nie udaje się „spotkać” widza z instytucją. Traci na tym i instytucja, i potencjalny odbiorca. Dlatego postawiłyśmy na działanie w oparciu o możliwości Fundacji i Stowarzyszenia. Dzięki takiej współpracy, znalezieniu organizacji zainteresowanej tym, by pomóc beneficjentom dotrzeć do szerszej oferty kulturalnej, ten rok był tak owocny. Ważne, by o tym mówić. W całym kraju zaczęto zwracać uwagę na widza niepełnosprawnego, powstają audiodeskrypcje filmów, spektakli, dzieł sztuki, architektury. Instytucje stale zwiększają swoją ofertę. Kultura jest przestrzenią bez podziałów. To tu możemy spotkać się wszyscy. Mamy nadzieję, że nasi widzowie zgadzają się z nami w tej kwestii.

Rozmawiałyśmy rok temu. Działałyśmy wtedy bardzo intuicyjnie, ale jednocześnie bacznie przysłuchując się naszym widzom. Mamy poczucie, że dzięki temu nasze marzenia się spełniły.

Koniec roku to czas podsumowania tegorocznych działań. Był to bardzo intensywny dla nas czas. Dopiero w trakcie realizacji działań okazało się, jak szeroką ofertę zaplanowałyśmy. Trochę się tego obawiałyśmy, ale skoro zdecydowałyśmy się, by to robić – nie było już odwrotu. Na szczęście wszystkie osoby zaangażowane w realizację naszych działań włożyły w to dużo serca i pracy, a Dyrekcja naszej instytucji obdarzyła nas pełnym wsparciem i zaufaniem. Zorganizowałyśmy kilkadziesiąt spotkań – oprowadzań z audiodeskrypcją, podczas których „oglądaliśmy” niezliczoną ilość dzieł sztuki. I były to prace bardzo zróżnicowane: fotografie, filmy wideo, animacje, rzeźby, instalacje, rysunki. Były to spotkania w obu naszych siedzibach, które za każdym razem aranżowane były inaczej. Dzięki różnorodnym wystawom nie było szansy na nudę czy rutynę.

Przy wyborze prac do tworzenia audiodeskrypcji starałyśmy się dobrać je tak, by nasi widzowie poznawali nowe techniki, nurty, zagadnienia poruszane przez artystów. Takie spotkania to niekończące się dyskusje, pomysły, skojarzenia. Niezwykłe, jak wiele razy zostałyśmy zaskoczone refleksjami osób, które razem z nami oglądały wystawy.

Oprócz audiodeskrypcji i spotkań na wystawach odbyły się warsztaty z zaproszonymi przez nas artystami. Pod okiem Pauliny Horby podczas trzech spotkań powstały piękne formy ceramiczne nawiązujące do wzorów znanych z tradycyjnych podlaskich tkanin dwuosnowowych. Wiesław Jurkowski natomiast przybliżył uczestnikom technikę linorytu. Uczestnicy warsztatów już się dopytują o kolejne tego typu spotkania. To daje zapał do pracy!

Wspaniałe były także reakcje artystów, których prace wybierałyśmy do audiodeskrypcji. Było to dla nas miłym zaskoczeniem. Część z nich po raz pierwszy usłyszała o audiodeskrypcji, ale wszyscy podeszli do tematu i naszych działań z aprobatą i zrozumieniem. Wielokrotnie miałyśmy pełną zgodę na kontrolowane dotknięcie prac.

W trakcie tego roku wydarzały się także rzeczy niezaplanowane, spoza projektu, ale które uważamy za bardzo ważne. Udało się nam zaprezentować audiodeskrypcję jednej z prac widzącej młodzieży z jednego z białostockich liceów. Było to spotkanie ważne i dla nas, i dla nich. Młodzi ludzie nie zdawali sobie sprawy z problemów, jakie na co dzień napotykają osoby z niepełnosprawnością wzroku. A nad odbiorem dzieł sztuki przez osoby niewidzące w ogóle się nie zastanawiali. Tu mieli okazję na chwilę stanąć przed dziełem sztuki nie widząc go. Zaufać nam, pozwolić wprowadzić się do sali wystawowej z zasłoniętymi oczami, dotknąć tyflografiki. Mamy nadzieję, że zaszczepiliśmy w tej grupie młodzieży wrażliwość na potrzeby innych.

Kolejnym sukcesem i niespodziewanym prezentem od zaprzyjaźnionej Fundacji Kultury bez Barier było wspólne zorganizowanie pokazu „Powidoków” w jednym z białostockich Heliosów. Mieliśmy niemal pełną salę widzów seansu z audiodeskrypcją i napisami dla niesłyszących.

Innym sukcesem były spotkania w ramach projektu „Spytaj Białystok”, nad którym pracuje Małgorzata Jabłońska i Piotr Szewczyk – dzięki zaproszeniu do współpracy osób z niepełnosprawnością wzroku, publikacja, która ma powstać, będzie dostosowana do potrzeb niewidzących i niedowidzących. Artyści z ogromną aprobatą przyjęli propozycję współpracy z naszymi widzami i sami wyszli z pomysłem stworzenia dostępnej publikacji. Rok temu nawet o tym nie marzyłyśmy!

Najcenniejsze dla nas są właśnie te spotkania, rozmowy, żywe reakcje, dzięki którym ten rok był dla nas rokiem niekończącej się nauki. Wiemy już, co udało się bardziej, co mniej. To ciągła nauka i możliwość doskonalenia naszej oferty.

Bywały chwile lepsze i gorsze. W momentach zwątpienia jednak zawsze przypominałyśmy sobie dlaczego, a właściwie dla kogo to robimy. Okazało się bowiem, że grono osób zainteresowanych kontaktem ze sztuką rośnie. Chętnie odwiedzają Galerię Arsenał. I to właśnie dla Nich zamierzamy kontynuować nasze działania w kolejnych latach. Bo same z niecierpliwością czekamy na nasze spotkania bez barier.

Jaki bank dla niewidomych?

W zamierzchłych czasach ludzie nie znali pieniądza. Wymiana towarów odbywała się na zasadzie barteru, czyli towar wymieniano na towar. Za prekursorów pieniądza uważa się Fenicjan, którzy najprawdopodobniej zapoczątkowali erę monet. Później doszły jeszcze nominały papierowe, a kolejnym etapem ujednolicania rynku pieniądza miało być wprowadzenie euro w całej Unii Europejskiej. Obecnie proces ten został nieco zahamowany, ale transformacja pieniądza nadal trwa, bowiem przechodzimy z ery pieniądza realnego do ery pieniądza wirtualnego. Coraz częściej korzystamy z bankowości elektronicznej, rachunki opłacamy korzystając z aplikacji, a w sklepach za towary i usługi płacimy kartą debetową lub kredytową, z tak zwanego plastiku, korzystamy z niej też płacąc chociażby u dentysty, za taksówkę czy bilety do kina. Coraz mniej jest miejsc, w których można płacić tylko i wyłącznie gotówką, choć oczywiście takie się jeszcze zdarzają, by wspomnieć chociażby lokalne sklepiki, bazary z owocami i warzywami czy opłaty za jakieś mniej popularne usługi. Słowem – trudno obejść się bez posiadania konta bankowego w pakiecie z kartą debetową. Pewnie dla wytrwałych jest to możliwe, ale po co sobie komplikować życie i zamykać drogę do korzystania z udogodnień, które w obecnych czasach serwuje nam technologia i informatyzacja?

Brzmi pięknie, ale z perspektywy osoby słabowidzącej lub niewidomej wcale tak kolorowo być nie musi. Niby wybór banków jest spory, ale niestety nie wszystkie dobrze radzą sobie z przystosowywaniem swoich stron internetowych i aplikacji mobilnych dla potrzeb osób z dysfunkcją wzroku. My jako osoby niepełnosprawne, podejmując decyzję o założeniu konta w banku musimy brać pod uwagę nie tylko cechy konta, ewentualne opłaty związane z jego prowadzeniem oraz z kartą debetową, ale przede wszystkim dostępność danego banku dla naszych potrzeb. Słowem – czy przy pomocy odpowiedniego oprogramowania będziemy w stanie poradzić sobie z obsługą bankowości elektronicznej czy aplikacji mobilnej? Tak się złożyło, że miałem możliwość przetestowania dostępności usług poszczególnych banków pod kątem osób niewidomych i chciałbym podzielić się swoimi spostrzeżeniami. Zaznaczę jednak, iż są to moje subiektywne odczucia i każdy z Was – drodzy Czytelnicy – może mieć inny pogląd w tej kwestii oraz inną hierarchię banków.

Jak dla mnie prym w dostępności wiodą trzy banki, czyli Millennium, Bank Zachodni WBK i ING Bank Śląski. Moim ulubionym jest ten ostatni, bowiem ma bardzo przejrzystą i łatwą w obsłudze bankowość elektroniczną, aplikacja mobilna jest trochę chaotyczna, ale również bez większych kłopotów da się z niej korzystać. Przejrzysty interface ma WBK, w którym także nie napotkałem na większe problemy. Jeszcze lepszą aplikację mobilną ma wspomniany powyżej portugalski bank. Łatwo można w niej robić przelewy, korzystać z blika, sprawdzać stan środków na koncie etc. Dobrze działającą aplikację mobilną ma też PKO BP (w tym Inteligo), ale u tego potentata znacznie gorzej jest z dostępnością bankowości elektronicznej. Trudno było mi się odnaleźć w jej układzie, nie wszystkie funkcje też były dostępne bez posiłkowania się okiem osoby widzącej. Podobnie ma się sytuacja w T-Mobile, gdzie swobodnie mogę korzystać z aplikacji, ale wiele do życzenia pozostawia bankowość elektroniczna. Na przeciwnym biegunie znajduje się w moim rankingu Getin Bank, w którym napotkałem na problemy zarówno w bankowości elektronicznej, jak i w aplikacji. Przykładowo w tej drugiej miałem kłopot choćby z założeniem lokaty, bowiem voice over nie czytał wszystkich elementów. Według mnie słabo wypada również BGŻ BNP Paribas, z którego obsługą bankowości elektronicznej kompletnie nie mogę sobie poradzić. Aplikacja mobilna tego banku też jest dość toporna i w sumie można w niej wykonać tylko podstawowe funkcje.

Bez wątpienia bankowość elektroniczna, ale również aplikacje mobilne poszczególnych banków mogą ułatwić nam codzienne funkcjonowanie, ale czyhają na nas też niebezpieczeństwa związane chociażby z aktualizacjami aplikacji mobilnych. Wszak nie od dziś wiadomo, że lepsze jest wrogiem dobrego, a nie ma co ukrywać, że bankowi spece informatyczni nie zawsze pamiętają o potrzebach osób niewidomych, czyli by wszystkie przyciski były zaetykietowane, a aplikacja poprawnie działała z voice overem. Stąd nie raz i nie dwa zdarzyło już się, że aplikacja, która była wcześniej dostępna, nagle stawała się znacznie mniej przyjazna dla osób z dysfunkcją wzroku i trzeba było czekać na kolejną aktualizację, by coś poprawiło się na lepsze. Tak było chociażby z aplikacjami Alior Banku i mBanku.

Wciąż też problemem są mówiące bankomaty. Powoli ich liczba rośnie, ale wciąż jest ich zbyt mało, by osoby niewidome mogły bez przeszkód z nich korzystać. Co więcej – pokusiłem się o skontaktowanie się z dziesięcioma bankami i żaden z konsultantów w nich pracujących nie był w stanie podać mi listy udźwiękowionych bankomatów, co najdobitniej potwierdza, że dla banków stanowimy marginalną część klientów, których potrzeby nie są do końca realizowane. Na szczęście są coraz częściej dostrzegane, więc może w niedalekiej przyszłości doczekamy się także listy mówiących bankomatów, które na pewno ułatwiłyby nam życie. Bo o ile w swojej okolicy możemy znać miejsce, w którym stoi udźwiękowiony bankomat, o tyle w innym mieście świadomość istnienia udźwiękowionego bankomatu może nam się bardzo przydać. Jest to o tyle istotne, że tendencja w bankowości jest taka, by ograniczać funkcjonowanie oddziałów, a w nich wycofywać się z obrotu gotówką. Już większość banków wprowadziła opłaty za wpłacanie lub wypłacanie pieniędzy w oddziale. Za wykonanie takiej operacji jednorazowo można zapłacić nawet 10 zł, a po co wzbogacać banki? Wszak z reguły osoby niepełnosprawne nie są krezusami finansowymi, więc po co jeszcze dawać możliwość do zarabiania na nas bankom?

O własne pieniądze należy dbać tak samo jak walczyć o dostęp do szerokich usług bankowych, które nie we wszystkich bankach są jeszcze dla nas dostępne ze względu na nieodpowiednie dostosowanie stron internetowych czy aplikacji do naszych potrzeb. Jednak przez ostatnie lata dużo zmieniło się w tym zakresie. Miejmy nadzieję, że w kolejnych miesiącach na lepsze zmieni się jeszcze więcej, a każdy z was – drodzy Czytelnicy – będzie mógł znaleźć taki bank, który będzie mu odpowiadał zarówno pod względem oferty, jak i dostępności. Pamiętajcie też, że nie jesteście na wieki wieków przypisani do jednego banku. Jeśli coś w waszym banku zmieni się na gorsze, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby dokonać zmiany, wszak w bankowości – podobnie jak w życiu – nie może być próżni. Oferty banków się zmieniają, dostępność dla osób niewidomych również, zatem warto podążać za zmianami i wybierać najlepsze konto dostosowane do swoich indywidualnych potrzeb. Czego wam wszystkim życzę!

Szachy w szkole

Szachy – „królowa gier”. Gra planszowa, prawdopodobnie wymyślona w Indiach, polegająca na rozgrywaniu strategicznych potyczek pomiędzy dwiema armiami. Oficjalnie uznana przez Międzynarodowy Komitet Olimpijski dyscyplina sportu, w której odbywają się mistrzostwa na poziomie od lokalnych po rangi światowej. Podstawy gry są dosyć łatwe, natomiast osiągnięcie w niej poziomu mistrzowskiego wymaga ponadprzeciętnych zdolności popartych długimi treningami.

W czwartek 15 marca 2012 roku Parlament Europejski wydał oświadczenie „w sprawie wprowadzenia do systemów oświaty w Unii Europejskiej programu „Szachy w szkole”. Tym samym Komisja Europejska oraz państwa członkowskie zostały wezwane do wprowadzenia do systemów oświaty nauki gry w szachy. Jednocześnie oficjalnie, na poziomie władzy politycznej, stwierdzono, że ta popularna gra planszowa poprawia koncentrację, zwiększa cierpliwość i wytrwałość, rozwija zmysł twórczy, intuicję, pamięć oraz umiejętności analitycznego myślenia i podejmowania decyzji – bez względu na wiek dziecka. Wyrażono również przekonanie, że kształtowanie wymienionych cech i zdolności pozytywnie wpływa na integrację społeczną, zwalczanie dyskryminacji czy nawet zmniejszenie wskaźnika przestępczości. Wszystko to znajduje potwierdzenie w raportach z badań naukowych.

Między innymi w odpowiedzi na powyższe wezwanie Parlamentu Europejskiego, w polskim systemie oświaty od roku szkolnego 2017/18, w nowej podstawie programowej, szachy znalazły swoje miejsce. Uczniowie będą wzmacniać swoje umiejętności matematyczne między innymi poprzez poznawanie podstaw gry w szachy.

Osoby niewidome również grają, z reguły dzięki specjalnie dostosowanej planszy (wypukłe ciemne pola, otwory na piony) oraz lekko zmodyfikowanym pionom (ciemne oznaczone wypustkami, kołki we wszystkich, żeby się nie przewracały podczas ich dotykania). Dzięki temu niewidomy gracz bez problemu jest w stanie eksplorować planszę i szukać dla siebie najkorzystniejszego posunięcia. Co ciekawe, niewidomi mistrzowie nie potrzebują takiej planszy – potrafią grać w pamięci (podobnie gracz widzący grający z opaską na oczach „blindfolded chess”). Niemniej wymaga to ponadprzeciętnych zdolności. W Polsce działają liczne kluby szachowe oraz rozgrywane są specjalne ligi i mistrzostwa. Mistrzostwa Polski Niewidomych w szachach rozgrywane są od 1952 roku – turniej mężczyzn i od 1985 roku – turniej kobiet. Mamy wielu utalentowanych niewidomych szachistów, którzy wygrali m.in. Olimpiadę Szachową Niewidomych w 2000 roku czy Drużynowe Mistrzostwa Europy Niewidomych i Słabowidzących w Szachach w 2016 r.

Niewykluczone, że dzięki popularyzacji tej gry poprzez uwzględnienie jej w systemie edukacji, gra stanie się popularniejsza, bardziej przyjazna i dostępna i będziemy osiągali jeszcze więcej sukcesów.

Ciekawostka nr 1: w 1970 roku rozegrano pierwszą partię szachów pomiędzy Ziemią i kosmosem (załoga Sojuza 9). Zakończyła się remisem.

Ciekawostka nr 2: W 1960 roku w Budapeszcie, Janos Flesh grał z 52 przeciwnikami naraz, mając zasłonięte oczy. Wygrał „tylko” z 31…

STUDIO dostępne

No i wrzesień. Jedni do szkoły, a drudzy… do teatru. Wśród licznych scen rozpoczynających właśnie sezon teatralny 2017/2018 jest warszawska STUDIO teatrgaleria (pl. Defilad 1), której oferta dedykowana osobom z niepełnosprawnościami wzroku i słuchu jest wyjątkowo bogata.

Misją działu edukacji STUDIO, który reprezentują Magdalena Kamińska, Gabriela Stankiewicz i Paulina Andruczyk, jest pedagogika teatru. Pragniemy pokazywać widzom, że pojęcie teatru nie musi ograniczać się do oglądania spektakli, a narzędzia wykorzystywane przy powstawaniu przedstawień mogą okazać się niezwykle przydatne w codziennym życiu. Poprzez aktywne włączanie widzów w działania pedagogiczno-teatralne mamy nadzieję rozwijać ich wrażliwość estetyczną oraz wyposażać w nowe narzędzia odbioru dzieła teatralnego. Bardzo ważnym elementem naszej działalności jest udostępnianie oraz dostosowywanie naszych wydarzeń dla odbiorców, którzy zazwyczaj mają do niej utrudniony dostęp.

STUDIO teatrgaleria zauważa każdego widza i umożliwia odbiór spektakli także osobom z dysfunkcjami wzroku i słuchu. Osobom, które z uwagi na niepełnosprawność bywają marginalizowane jako potencjalni odbiorcy teatralni, STUDIO proponuje regularne spektakle z audiodeskrypcją i napisami. Po każdym pokazie odbywają się również warsztaty TEATRALNY RENTGEN, dedykowane osobom z niepełnosprawnością wzroku. Forma i przebieg są różne w zależności od spektaklu: czasem będą to typowe warsztaty sensoryczne, innym razem spotkanie z dramaturgiem, reżyserem, inspicjentem, producentem bądź aktorem danego przedstawienia. Ponadto teatr daje możliwość zamówienia asystenta osoby niepełnosprawnej.

Najbliższy spektakl z audiodeskrypcją i napisami w STUDIO teatrgalerii:

„Jaskinia” reż. Arek Tworus

13 września 2017 r. godz. 19:00

STUDIO jest również partnerem 3-letniego projektu Teatru 21 „2017.T21.2019”. W ramach współpracy zespół kierowany przez Justynę Sobczyk będzie regularnie prezentować swoje produkcje na scenie teatru. Teatr 21 zrodził się w 2005 r. z warsztatów w Zespole Społecznych Szkół Specjalnych „Dać Szansę” w Warszawie i tworzą go osoby z zespołem Downa i autyzmem.

Kolejną propozycją z obszaru dostępności jest projekt „Opera dla głuchych”, składający się na dwuletni cykl wydarzeń artystycznych, których głównym przedmiotem będzie historia oraz współczesna kultura społeczności osób głuchych.

Po więcej informacji oraz aktualną ofertę STUDIO teatrgalerii zapraszamy na www.teatrstudio.pl/edukacja.

W klimacie Gałczyńskiego

Kilka pierwszych miesięcy tego roku to dla mazowieckiego oddziału Fundacji Szansa dla Niewidomych czas zmian. Zmian tak dużych, jak duża jest obecna siedziba tyflopunktu przy ulicy Gałczyńskiego 7 w Warszawie. Na najbliższe kilka minut chcielibyśmy zaprosić do jej obejrzenia i poznania ludzi, którzy tworzą to miejsce.

Dokładnie 1 marca z małego pokoiku przy ulicy Konwiktorskiej 9 zniknęło ostatnie pudło z dobytkiem fundacji, która właśnie tam, w siedzibie Polskiego Związku Niewidomych prowadziła swoją dotychczasową działalność. Pudło, jak i cały zespół szczęśliwie wylądowali w ogromnym lokalu w centrum miasta. Tego samego dnia w obecności Zarządu, gości ze świata polityki i mediów odbyło się jego oficjalne otwarcie. Siedziba wymagająca wcześniej generalnego remontu, którego kosztów Fundacja nie pokryła z własnych środków, lecz skorzystała z pomocy generalnego sponsora – firmy Altix, tego dnia prezentowała się znakomicie. Migawki z uroczystości oraz wywiady z gośćmi i pracownikami pokazał jeden z kanałów informacyjnych telewizji. Oficjalnie byliśmy gotowi na start.

Gałczyńskiego 7 to niewielka uliczka w centrum Warszawy położona w kwadracie ulic Nowy Świat, Ordynacka i Foksal. Najłatwiej też trafić do Fundacji wchodząc w bramę od Nowego Światu 48. W niewielkim pomieszczeniu pełniącym rolę recepcji, a przez niektórych zwanym też werandą, od razu da się poczuć miłą atmosferę tego miejsca. Można napić się kawy, spróbować pysznych ciastek i przede wszystkim załatwić sprawę, z którą się przyszło. Można więc na werandzie wypełnić wniosek o dofinansowanie zakupu sprzętu, zapisać się na prowadzone przez fundację zajęcia językowe czy sportowe, uzyskać stosowną poradę czy wreszcie porozmawiać z panią Agnieszką o wszystkim. Należy tu dodać, że to właśnie Agnieszka Jalinnik potrafi załatwić wszystko, robiąc często kilka rzeczy jednocześnie.

Z recepcji przechodzimy do niewielkiego pomieszczenia pełniącego rolę miejsca spotkań z ważnymi gośćmi, a czasami będącego też salą dla uczestników kursów języka angielskiego. W niedużych grupach można tam także w ramach zajęć spróbować brytyjskiej herbaty, niekoniecznie o 17.

Gwoździem programu i punktem kulminacyjnym dzisiejszej wycieczki niech będzie największe, podzielone na 3 części pomieszczenie, gdzie kwitnie życie fundacji. Mamy tu przede wszystkim salę szkoleniową, część prezentacyjną z fantastycznie wyposażoną ekspozycją oraz jakże ważne miejsce w każdym domu… kuchnię. Szefem i duchowym przywódcą tego miejsca jest Dariusz Linde. Nieduży facet, który jednak jeśli trzeba, potrafi być jednocześnie we wszystkich salach, porozmawiać z każdym na różne tematy, przeprowadzić szybkie szkolenie każdemu według jego potrzeb, a w skrajnych przypadkach przygotować szybkie danie, gdyby ktoś akurat zgłodniał. W tym ostatnim wypadku najczęściej interweniuje Agnieszka.

Część prezentacyjna jest swego rodzaju wystawą, gdzie udostępniamy naszym gościom do obejrzenia i testów najwyższej klasy sprzęt ułatwiający funkcjonowanie osobom niewidomym i niedowidzącym. Są to przede wszystkim różnego typu powiększalniki, urządzenia odczytujące tekst drukowany, specjalistyczne dyktafony i odtwarzacze książek audio, monitory brajlowskie, oprogramowanie, na urządzeniach codziennego użytku kończąc. Można spokojnie usiąść i dobrać coś do swoich potrzeb.

W lokalu przy Gałczyńskiego odbyło się już wiele spotkań, a już planujemy kolejne. Odwiedziła nas między innymi grupa niewidomych uczestników międzynarodowego programu Erasmus, przedstawiciele urzędów i bibliotek, ludzie nauki i nauczyciele akademiccy. Swoje comiesięczne posiedzenie zorganizowała tu również Komisja Dialogu Społecznego do spraw Niepełnosprawności.

W ramach swoich działań Fundacja realizuje tu dwa duże projekty. „Aktywna Warszawa” – to działanie wspierające osoby niewidome i niedowidzące na rynku pracy. Uczestnicy mogą wziąć udział w indywidualnie dopasowanych szkoleniach ułatwiających zdobycie odpowiedniego zatrudnienia. Dla osób wyróżniających się oferowane są także płatne staże.

Program VIP System Plus prowadzony we współpracy z Polskim Związkiem Niewidomych oferuje natomiast cykl zajęć usprawniających, możliwość uzyskania porady psychologa czy prawnika, zajęcia z orientacji przestrzennej, naukę języka angielskiego na wszystkich poziomach czy zajęcia sportowo-rozrywkowe i spotkania towarzyskie. Nowa lokalizacja, a przede wszystkim duża przestrzeń, daje praktycznie nieograniczone możliwości do prowadzenia tego rodzaju działań i do planowania kolejnych w przyszłości.

W najbliższych tygodniach planujemy przeprowadzenie zajęć z nauki gotowania bez użycia wzroku. Wszystkie informacje na ten temat można uzyskać pod numerem telefonu 22 635 10 60.

Od 10 sierpnia jesteśmy także dostępni na Facebooku. Na bieżąco informujemy o naszych działaniach, planach, a w razie potrzeby odpowiadamy na pytania. Czasem organizujemy również konkursy z ciekawymi nagrodami. Zapraszamy do odwiedzenia i polubienia naszego profilu i do odwiedzania nas w tak zwanym realu. Mamy nadzieję, że będą chcieli Państwo do nas wracać.

W czterech zmysłach – Wioska ponadwymiarowa

Sam już nie wiem, czy wolę stać, czy siedzieć. Oczekiwanie na bagaż po jedenastogodzinnym locie zdaje się dłużyć jak ostatnia godzina pracy przed urlopem. Opieram się o barierkę pod jednym z wysokich wieżowców w wiosce modląc się, by jak najszybciej usłyszeć nadjeżdżający samochód, który przywiezie wytęsknione walizki. Aby ułatwić nam przejazd z lotniska i zakwaterowanie na miejscu. Organizator zajął się nimi zaraz po tym, jak wyszliśmy z portu lotniczego, ale dlaczego teraz każe czekać na nie tak długo? A może minęło zaledwie kilka minut, a zmęczenie po prostu robi swoje? Sam już nie wiem…

Nagle jest! Podjeżdża bus z otwieranymi drzwiami z tyłu. Kierowca pomaga wyjmować torby z paki i o zgrozo: mojej tam nie ma. Zrezygnowany siadam na schodach i w gronie innych „szczęśliwców” czekam na kolejny transport. Drugi i trzeci podobnie przywozi mi tylko następne rozczarowanie. Chowam twarz w dłoniach. Zdaję sobie sprawę, że jeszcze nigdy nie znajdowałem się w tak wyjątkowym miejscu. Już podczas kontroli przy wejściu do wioski, bliźniaczej do tej, jaką przechodzi się na lotnisku, zrozumiałem, że opowieści o niej nie były ani trochę przesadzone.

Odwiedzałem przedtem najróżniejsze wioski na świecie, jak choćby polski Biskupin, w którym unosi się duch prastarej Rzeczypospolitej, portugalskie Obidos otoczone średniowiecznymi murami i niezliczonymi straganami wewnątrz, czy nawet Buffalo w pobliżu wodospadu Niagara, gdzie jadłem najprawdziwsze, amerykańskie skrzydełka z kurczaka, ale w takiej jak ta, nie byłem jeszcze nigdy. Mało tego, nie każdy ma szansę się w ogóle w niej znaleźć, dlatego mimo tego, że jestem obolały od niewyspania, a koszulka za pośrednictwem swojego zapachu domaga się natychmiastowej zmiany, czuję się wręcz odświętnie.

Orientuję się, że razem ze mną już tylko garstka osób okupuje schody przed budynkiem. Na myśl zaczynają przychodzić najczarniejsze scenariusze odnośnie zagubionego bagażu. Powoli pojawia się we mnie irytacja, bo brazylijskie słońce z minuty na minutę poczyna sobie coraz śmielej, jakby chciało powiedzieć mi – śmiejąc się prosto w twarz: poczuj przybyszu z Polski jak wygląda u nas koniec zimy koło dziewiątej rano. Wtem ponownie pojawia się nadzieja: podjeżdża kolejny busik. Ze środka dobiega latynoska muzyka przerwana nagle głosem radiowego speakera: Bom dia Rio de Janeiro.

Kierowca ponownie wyładowuje przywiezione walizki i tym razem znajduję się wśród nich moja. Uznaję go w tym momencie za swojego wybawcę, a ten zatrzaskując drzwi od samochodu mówi jeszcze: Welcome to Paralympics Village.

Od rehabilitacji do walki na śmierć i życie

XV Igrzyska Paraolimpijskie odbyły się w dniach 07-18.09.2016 r. Ich historia, w porównaniu do Igrzysk Olimpijskich, jest znacznie krótsza, gdyż zaczęła się dopiero po II wojnie światowej, kiedy to brytyjscy kombatanci postanowili stworzyć inicjatywę, która pomoże im oraz innym weteranom wojennym rehabilitować się poprzez aktywność fizyczną i rywalizację sportową. Z biegiem lat do przedsięwzięcia dołączały się cywilne osoby niepełnosprawne różnych narodowości i w ten sposób powstał sport paraolimpijski. Obecnie można śmiało stawiać go w jednym szeregu ze sportem olimpijskim, gdyż ubieganie się o jak najlepszy rezultat całkowicie przysłoniło kwestie zdrowotne. Mimo różnych ograniczeń fizycznych zawodników, rywalizacja przebiega na identycznych zasadach, a wysiłek wkładany w przygotowania oraz jednostki treningowe są bardzo zbliżone do obciążeń, jakim poddawani są sportowcy pełnosprawni. Każde lepsze miejsce może być tylko efektem walki „na śmierć i życie”, przy pełnym nadwyrężaniu możliwości swojego ciała. Najlepszy wyraz dają temu zresztą same Igrzyska Paraolimpijskie, które od 1988 r. organizowane są w tym samym miejscu co Igrzyska Olimpijskie. Zawodnicy niepełnosprawni, kilkanaście dni po zakończeniu zmagań swoich pełnosprawnych kolegów i koleżanek, rozpoczynają rywalizację na tych samych obiektach sportowych, rezydując w tej samej wiosce, której pełna nazwa brzmi nawet: Olimpic and Paralympic Village.

Zwykłe osiedle z niezwykłą przeszłością

Wioska została wybudowana w miejscowości Barra Da Tijuca, na rogatkach Rio de Janeiro. Na jej terenie powstało aż 31 osiemnastopiętrowych budynków mieszkalnych, które podczas Igrzysk Olimpijskich pomieściły prawie 18 tys. osób, z czego 11 tys. to sami zawodnicy. W trakcie naszych Igrzysk część budynków była już wyłączona z użytku, ponieważ 4328 uczestników, powiększone o całą kadrę pomocniczą i tak dawało mniejszą liczbę mieszkańców. Razem z reprezentacjami Węgier i Ukrainy zajmowaliśmy blok nr 21. Nie jestem nadmiernie przesądny, ale przysłowiowe „oczko” od razu wzbudziło we mnie pozytywne odczucia. Stan mieszkań natomiast nieco mnie zaskoczył z początku. Składały się one zwykle z dużego salonu, trzech dwuosobowych pokoi, trzech łazienek i kuchni. Były duże i przestronne, ale pierwsza myśl, jaka uderzyła mnie po przyjeździe, brzmiała: goło i surowo tutaj. Panele na podłodze oklejone były folią przezroczystą, aby zapobiedz ich zniszczeniu, białe ściany zdawały niecierpliwić się, kiedy ktoś w końcu ubierze je w farbę lub tapetę, a na umeblowanie pomieszczeń składały się łóżka, szafki nocne zamykane na klucz, aby nie doszło do kradzieży w wykonaniu służb sprzątających i szafy, które w praktyce były brezentową konstrukcją umocowaną na metalowych rurkach, zamykanych misternie na przylepce. Po chwilowym zaskoczeniu przyszło jednak pełne zrozumienie dla takich rozwiązań, bo przecież nie opłacałoby się nikomu umieszczać aż tylu osób w hotelach, a powstała przy okazji Igrzysk wioska może potem być przekształcona w w zwykłe osiedle mieszkalne z niezwykłą przeszłością, na którym zamieszkają w tym wypadku zwykli Brazylijczycy, a przecież nikt chyba nie chciałby, aby urządzono mu dom wbrew jego preferencjom. Warunki zatem były w zupełności dobre, a atmosferę Igrzysk tworzy nie burżujskie zakwaterowanie, a przede wszystkim niepowtarzalny klimat i sportowcy z całego globu.

Przez żołądek do serca

Strefa mieszkalna była największą, ale nie jedyną częścią całego organizmu. Żołądkiem, a moim zdaniem zarazem i sercem wioski była ogromna stołówka, w której konsumpcji mogło się oddawać kilka tysięcy osób jednocześnie. Otwarta 24/7, kusiła potrawami kuchni niemal całego świata w najróżniejszych wydaniach. To dzięki jej kunsztowi po raz pierwszy skosztowałem w życiu musaki, zajadałem się najsłodszym jak dotąd melonem, ale w największe osłupienie wprawiła mnie bezglutenowa pizza. Po spróbowaniu jej stwierdziłem, że o gustach się nie dyskutuje, ale wolę jednak tradycyjną. Co do płuc, trzymając się obranej nomenklatury, to uważałem za nie centrum rozrywki, gdzie zawodnicy mogli złapać trochę oddechu w wolnym czasie i porywalizować ze sobą wirtualnie dzięki różnym grom video. Mózg natomiast stanowiła strefa, do której, po uzyskaniu oczywiście odpowiedniej akredytacji, czyli po prostu przepustki, mogły wejść osoby z zewnątrz, np. dziennikarze. To tam odbywało się najwięcej spotkań na świeżym powietrzu, jak na swego rodzaju rynku. Mieścił się tam m.in.: sklep z pamiątkami, bank, poczta oraz zawsze oblegany i powodujący momentami gigantyczne kolejki McDonald’s. Tak, to nie żadna pomyłka. McDonald’s jest jednym ze sponsorów Igrzysk, a dodatkowym magnesem dla wszystkich było to, że można było się tam nacieszyć uwielbianym przez większość jedzeniem całkowicie za darmo.

Wioska posiadała także swój krwioobieg, a jakże! Aby oszczędzić zawodnikom zbyt długich spacerów, co bezpośrednio przed startem w zawodach jest raczej niewskazane, ale też dla zwykłej wygody, jeździły po niej autobusy, transportując chętnych do dowolnego zakątka organizmu. Pomyślano również o ok. 4 km ścieżek rowerowych czy kilku mostkach puszczonych nad płynącą rzeczką w obrębie wioski, rozszerzanych w połowie tak, aby mogły się na nich minąć dwie osoby poruszające się na wózkach inwalidzkich. Wszystkie obiekty zresztą były przystosowane do potrzeb osób niepełnosprawnych tak, aby każdy centymetr terenu był dla nich w pełni dostępny. W ramach ciekawostki dodam jeszcze, że jeżeli komuś zaczynało brakować czystych ubrań, mógł je śmiało oddać do pralni. Wprawdzie decydując się na taki ruch, nie wyczułem zapachu proszku po odbiorze, ale ponoć wizualnie wszystko się zgadzało.

Olimpijski barter

Każda szanująca się wioska nie ma prawa istnieć bez punktu w jej obrębie lub okolicy, w którym mieszkańcy mogą pohandlować. Nie inaczej było i w tym przypadku. Dwa dni przed wylotem z Brazylii przechadzałem się ze znajomymi po uliczkach naszego olimpijskiego osiedla. Igrzyska dobiegały zdecydowanie ku końcowi, co ewidentnie dało się odczuć. Zawodnicy dużo bardziej zrelaksowani niż jeszcze kilkanaście dni temu skupiali się w wielonarodowościowych gromadach tocząc długie i wesołe rozmowy, a trenerzy zmęczeni chyba jeszcze bardziej od swoich podopiecznych odliczali już z niecierpliwością godziny pozostałe do powrotu do domu. Kiedy zbliżyliśmy się do wspomnianego przeze mnie wcześniej centrum rozrywki, dotarł do naszych uszu niebywały gwar. Niedaleko nas piętrzył się tłum reprezentantów najróżniejszych krajów chętnych do wymiany części swoich strojów reprezentacyjnych. Można było dostać tam wszystko: od koszulek, przez bluzy, po nawet czapki i okulary. Ludzie dawali i chcieli brać na pamiątkę, co tylko mogli, robiąc przy tym harmider jak na arabskim bazarze. Pomyślałem w duchu, że właśnie na tę chwilę czekałem. Nie byłem wprawdzie za dobrze przygotowany, ale jeden z brazylijskich wolontariuszy zgodził się wymienić swoją koszulkę za moją w biało-czerwonych barwach, którą miałem na sobie. Po chwili dodał jeszcze, że ma też spodenki w kolorach Canarinhos. Próżno było szukać w okolicy przymierzalni, dlatego zwyczajnie zdjąłem z siebie na środku placu własne z polską flagą i tak dobiliśmy targu. Pytałem, czy nie ma może jeszcze klapek przypadkiem, bo wtedy miałbym już cały strój, ale niestety zaprzeczył. W ten oto prosty sposób, w ciągu niemal minuty wskoczyłem w zupełnie inne ubrania i byłem tylko jednym z setek „barterowców”, postępujących dokładnie tak samo. Dotąd każdy zawodnik zobligowany był poruszać się po wiosce i obiektach sportowych tylko i wyłącznie w strojach narodowych, ale wtedy już mogłem pozwolić sobie na defilowanie wystrojony niczym brazylijski wolontariusz, których mnóstwo czuwało przez cały czas trwania Igrzysk nad nami. Mogliśmy zwracać się do nich z każdym problemem, a nierzadko zwyczajnie pogadać dla umilenia sobie czasu. A co do samego czasu właśnie, to większość z nas już marzy, żeby kolejna olimpiada, czyli czterolecie dzielące nas od XVI letnich Igrzysk Paraolimpijskich, upłynęło w taki sposób, aby jeszcze raz móc znaleźć się w tej ponadwymiarowej wiosce. Bo może w zupełnie innym miejscu i czasie, ale w niezmiennie magicznej i niespotykanej w żadnym innym zakątku świata atmosferze.

Tandemowa przygoda

Na co dzień jestem terapeutą w środowiskowym Domu Samopomocy, a po pracy trenuję strzelectwo pneumatyczne dla osób niewidomych. W tym roku udało mi się zdobyć brązowy medal na Mistrzostwach Polski w tej dyscyplinie. Takie chwile dają radość i są ogromną motywacją do dawania z siebie więcej.

Moją drugą największą pasją jest jazda na rowerze. Gdy zaczęłam tracić wzrok w wyniku choroby genetycznej, w momencie diagnozy najgorsza była świadomość, że nie będę mogła jeździć na rolkach, hulajnodze, a przede wszystkim na rowerze. Po pewnym czasie znalazło się rozwiązanie – przypadkowo. Moja koleżanka zapytała czy wiem co to tandem i od słowa do słowa, od rozmowy do sprawdzenia informacji w sieci rodzice kupili mi na 18 urodziny podwójny rower. Miał przerzutki jak każdy zwykły, pojedynczy góral. Oprócz tego dwie kierownice, dwa koła i dwa siodełka. Nie był to tandem składak, jaki każdy z nas kojarzy, być może pamięta z dzieciństwa. Rower ten służył mi parę lat, a potem stało się tak, że nie miałam z kim jeździć – mój dotychczasowy pilot tandemowy stracił chęci, a kolejnego nie było widać na horyzoncie. Wyjechałam na studia do innego miasta, gdzie nie miałam wystarczająco dużo znajomych.

Akcja tandem pod choinkę

Na swojej drodze spotkałam super grupę osób, w której znalazła się Karolina Włodarska – miłośniczka dwóch kółek i wycieczek rowerowych. W jednej chwili podjęłam decyzję i zapytałam: Karola chcesz być pilotem mojego tandemu? Karola się nie zdecydowała, ale jej partner, Łukasz, już tak!! Nadszedł czas na pierwszą jazdę próbną. Łukasz nie musiał wsiadać na rower żeby dostrzec, że rower jest dla niego za mały. Mimo to jego miłość do jazdy i uparty charakter doprowadziły do wyprawy. Pierwsza nasza wspólna rowerowa wycieczka była szaleństwem, ale nawet po czasie nie żałuję ani jednej minuty z tego wyjazdu. Oprócz Łukasza jeszcze Adam zdecydował się na pilotowanie mojego tandemu. Obydwaj panowie nigdy nie jeździli podwójną maszyną dwukołową, ale dali sobie radę bardzo dobrze.

26 listopada wybraliśmy się z Opola do Leśnego baru – około 160 kilometrów. Zima, mgła, która mi nie przeszkadzała, ale widzącym osobom już tak :D. Nie zniechęciła jednak naszej pozytywnie zakręconej ekipy. Przede wszystkim za mały rower na moich pilotów, których w końcu było dwóch, sprawił, że było ciężko, ale daliśmy radę i dojechaliśmy do celu. Nasza radość i moje szczęście były ogromne i nie da się tych uczuć i wdzięczności oddać słowami.

Akcja tandem pod choinkę zrodziła się w głowie Karoliny i Łukasza właśnie po tej wycieczce. Postanowili uzbierać środki na nowy, wypasiony, dopasowany do wzrostu rower dla mnie, na którym będę mogła zwiedzać świat. Po zorganizowaniu zbiórki na jednym z portali do tego przeznaczonych, udało się w 13 dni zgromadzić potrzebną kwotę i w opolskim serwisie rowerowym wspólnymi siłami przyjaciele złożyli mi cudowny, dopasowany rower. Akcja była nagłośniona w opolskich mediach oraz na facebooku. Aktualnie dzięki tym ludziom mogę być aktywna i spełniać swoje rowerowe marzenia. Zainteresowanie całą akcją przerosło nasze najśmielsze oczekiwania. Swój stary rower postanowiłam podać dalej i otrzymał go Mateusz – słabowidzący chłopak, którego poznałam w drodze na konferencję organizowaną co roku przez Fundację Szansa dla Niewidomych. Ponieważ tandem nie był pierwszej młodości, po konsultacji z Karoliną postanowiliśmy jeszcze dozbierać pieniądze na zregenerowanie go, tak, aby Mateusz mógł na nim od razu bezpiecznie się przemieszczać.

Rajd dookoła Opolszczyzny

W podziękowaniu za przekazane środki pieniężne znalazły się na tandemie naklejki z imionami, nazwiskami oraz nazwami firm. Ponad to w weekend majowy zorganizowaliśmy 10-osobowy rajd dookoła Opolszczyzny. Wycieczka trwała 4 dni, a pogoda nas nie rozpieszczała. Pierwszy dzień dał nam chyba najbardziej w kość. Deszcz, śnieg, mróz trochę pokrzyżowały nam plany i wszystko się przedłużyło. Do pierwszego noclegu dotarliśmy późnym wieczorem, ale czekała na nas pyszna, ciepła kolacja i najlepszy na świecie serwis w postaci pogotowia rowerowego RK, które towarzyszyło nam podczas całego rajdu w każdym miejscu i o każdej porze. Po pierwszej godzinie i padającym śniegu miałam ochotę wrócić do domu, ale z drugiej strony wiedziałam, ile ci wszyscy ludzie dla mnie zrobili i czułam, że muszę w jakiś chociaż najmniejszy sposób się im odwdzięczyć. Kolejne dwa dni na szczęście były tylko deszczowe, a ostatni słoneczny. W 4 dni przejechaliśmy 560 kilometrów z tak różną paletą towarzyszących nam emocji i wrażeń, że nie sposób tego opisać. Nie mogę powiedzieć, żebym się jakoś szczególnie przygotowywała do takiej ilości kilometrów. Po prostu poszłam na żywioł i liczyłam na wewnętrzną siłę, która mną kierowała. W czasie rajdu wspomagaliśmy się ogromną ilością słodyczy i witamin, a co najważniejsze każdy czerpał z każdego dużą dawkę pozytywnej energii. W rajdzie brał udział również nasz słabowidzący kolega, który jechał na zwykłym górskim rowerze oraz wspomniany już Mateusz z tatą. Na facebooku było również utworzone wydarzenie i kto chciał mógł się dołączyć w jakim chciał momencie i takie osoby się również znalazły, a kontakt pozostał do dzisiaj.

Po tej akcji zakończonej tak wielkim sukcesem dla grupy przyjaciół, Karolina z Łukaszem postanowili działać dalej i udało im się wygrać nagrodę pieniężną w konkursie prowadzonym przez Fundację Szansa dla Niewidomych „Jestem lepszy od…”. Otrzymane środki zostały przeznaczone na zakup ramy do kolejnego tandemu, który pozwoli niewidomym zwiedzać świat, być aktywnym oraz po prostu poczuć wiatr we włosach i niesamowitą magię, jaką daje jazda na dwóch kółkach. Jazda na rowerze to nie tylko forma spędzania wolnego czasu, ale także dobra rehabilitacja i integracja osób niewidomych ze społeczeństwem. Dla mnie to była nie tylko tandemowa przygoda pokazująca jak ważni są ludzie, którzy nas otaczają i jak wielki mają wpływ na spełnianie naszych marzeń, ale także dająca ogromną motywację do działania i pomagania innym.