Genialny matematyko-fizyk, który był także podróżnikiem i pisarzem

To tylko krótka notka o Witoldzie Kondrackim, człowieku, którego już tutaj nie ma – odszedł jakiś czas temu. Wielka to strata i to z wielu powodów. Nie ma co pisać o mojej osobistej stracie. Tę przecież tylko ja odczuwam. Bardzo bolesna jest strata dla innych. Sądzę bowiem, że już nie ma wśród nas takiego gościa jak on. Nic to, że był matematykiem i fizykiem – jest ich na świecie mało, ale jednak są. Wśród nich nie ma jednak ani jednego naukowca niewidomego. Jest to zupełnie niebywałe, ale i to jeszcze nic. Trzeba do tego dodać kolejne talenty Witka. Był świetnym i znającym się na rzeczy podróżnikiem. Kto słyszał, by niewidomy prowadził eskapady do Indii albo Mjanma? Ba, nie jeździł jedynie do wielkich miast, lecz wszędzie. Z taką samą łatwością sam oglądał, a następnie pokazywał innym nieznane kraje – miasta Wschodu i dzikie, pełne niesamowitej przyrody tereny. Podczas swoich wypraw spotykał ludzi, którzy są zupełnie inni od nas, albo zwierzęta, których my się panicznie boimy, a on nie. Potem opowiadał o goniącym go wężu, niebezpiecznym słoniu, albo miejscach, gdzie zabłądził i nie wiedział jak się odnaleźć. Wracał do kraju i opowiadał. Jak? W każdy możliwy sposób, ale również w artykułach pisanych dla naszego Helpa. Właśnie to sobie przypomniałem. Nie, nie po raz pierwszy, ale za każdym razem przypomnienie tego mnie rozbudza. Gdy tylko pomyślę o Witku, mój umysł wchodzi na inny, nieco wyższy bieg. Dlaczego? Za życia Witek był bardzo wymagający. Nie można było przy nim myśleć byle jak i gadać byle co. Wymagał od rozmówcy odpowiedniego poziomu. Więc my wszyscy, jego przyjaciele i znajomi, wznosiliśmy się na ten właściwy poziom i czekaliśmy na znak akceptacji.

No więc Witek pisał. Były to nie tylko artykuły, ale także opowiadania. Są ciekawe i dobrze napisane. Witek popisywał się elokwencją i ogromną wyobraźnią. Tekst pozostawał niedokończony, albo niejednoznaczny. To czytelnik miał wiedzieć, co właściwie czyta, a co napisał Witek. Potem trwały dyskusje, o czym nas poinformował, jakie miał zdanie i jaką przekazał opinię.

Help lubił artykuły Witka, toteż po latach, gdy nasze czasopismo stało się miesięcznikiem, gdy wzbudza coraz większe zainteresowanie, postanowiłem zaprezentować także jego opowiadanie. Jako matematyk i fizyk, Witek dysponował bardzo dobrymi narzędziami. Jego język, opisy obrazów, prezentacja psychologiczna, wiedza o technologii i związanej z nią kulturze, są najwyższej próby. Witek to także wierny promotor nowoczesnej rehabilitacji, otoczony urządzeniami niwelującymi skutki niepełnosprawności wzroku – syntezatory mowy, brajlowskie monitory, komputery, Internet – na co dzień! Nie pamiętam rozmowy, w której osobnej części nie dopytywał się o nowości na tym rynku. Opowiadałem mu o nich, a jakiś czas potem on już tym dysponował.

Był więc niebywały, wyposażony przez Boga w o wiele więcej talentów niż inni. Potrafił też łączyć ze sobą twarde i szorstkie wymagania z miłym usposobieniem. Był lubiany. Czy jako matematyk i fizyk na pewno dobrze pisał? Nie ma potrzeby wierzyć mi na słowo. Zamiast tego można przeczytać opowiadanie, które tutaj cytujemy. „Lotnisko” to odbicie Witkowych obaw – co z naszą cywilizacją. Uwielbiał wszelkiego rodzaju wynalazki. Nie znosił jednak sposobu, w jaki je używamy. Do czego one prowadzą – służą człowiekowi, czy raczej jego zniszczeniu? Stąd „Lotnisko”. A może to, co tutaj opisuje, nie zasługuje na tę nazwę? Może jest to raczej „bezludnisko”? Czy taki budujemy świat? Nam ,jako niewidomym, na pewno Witkowi i mnie, taki jak opisany nie odpowiada. My chcemy „po ludzku”, gdzie jest nas dużo, każdy ma inną narrację, ale wspólnie dążymy do bycia razem. Na lotnisku Witka, jeśli jest się „razem”, to chyba jedynie z automatami. Jak dobrze, że pojawił się tam chociaż ten jeden gość, który przez swoją obecność i fakt, że jest ona wyjątkowa, tym bardziej pokazuje błąd, do którego na aktualnym poziomie rozwoju ludzkości dotarliśmy.

Zapraszam więc do lektury.

Felieton skrajnie subiektywny. Europa na laickim zakręcie

Za każdym razem kiedy czytam te teksty, czuję zalewającą mnie falę złości i odczuwam potrzebę natychmiastowej riposty. Jak zareagować na tekst, w którego tytule w odniesieniu do obrazu Maryi Jasnogórskiej pojawia się sformułowanie „czarna, odrapana twarz”, tekst, którego autor próbuje wykazać wyższość bogini Lady (Łady, Leili), słowiańskiego odpowiednika egipskiej Izis, nad Maryją, matką Zbawiciela? Oto znamienny fragment: „(…) Uważane za symbol macierzyństwa i płodności, za matki wielu bóstw. Jak Izis, Lada miała nasze słowiańskie świątynie w różnych miejscach mocy. Miała klasztor, szkołę duchową i westalki, dziewice zwane Ladacznicami. Jednym z tych miejsc jest Częstochowa, a dokładnie wzgórze zwane jasnym, czyli Jasna Góra. Lada jako miejscowa gospodyni Mazowsza, w tym Jasnej Góry, była solą w oku krwawo wprowadzanemu kultowi Maryi, pochodzącej z Afryki, dokładniej z Palestyny, dokładniej z Judei, dokładniej z Betlejem”. Być może te brednie zasługują jedynie na uśmiech politowania, bowiem świadczą o kompletnym niezrozumieniu planu zbawienia i roli w tym planie Maryi, co w przypadku osoby niewierzącej jest w pewnym sensie zrozumiałe. To w warstwie religijnej. W warstwie faktograficznej kult Ledy nie został potwierdzony, podobnie jak rzekome miejsce kultu – Jasna Góra. Autor felietonu wywodzi swoje mądrości wprost z kronik Jana Długosza, których rzetelność, szczególnie we fragmentach dotyczących pradziejów Lechii, starożytnej Polski, podważa większość uznanych historyków. W warstwie kulturowej te brednie świadczą o niezrozumieniu roli chrześcijaństwa w rozwoju cywilizacji i kultury europejskiej. Architektura naszego kontynentu, malarstwo, rzeźba, muzyka, a nawet moda, rozwijały się przez wiele wieków w oparciu o chrześcijaństwo. W szerszym wymiarze wspomniany przeze mnie tekst jest egzemplifikacją bezpardonowego ataku na religię, z której wyrosła Europa. Ataku, który doprowadził do dechrystianizacji dużej części naszego kontynentu i postępującego procesu utraty tożsamości jego obywateli. Ataku, polegającego m.in. na obrażaniu uczuć religijnych chrześcijan, na który wojujący ateiści nie odważyliby się w odniesieniu do judaizmu czy islamu.

Dziś o poprawności politycznej, o europejskości i o światłym umyśle decyduje odcięcie się od katolicyzmu, który stał się synonimem ciemnogrodu. Jednocześnie niepoprawne politycznie jest krytykowanie judaizmu czy islamu. Trudno nie zauważyć w tym niekonsekwencji europejskich, laickich elit intelektualnych.

Kościoły katolickie w wielu państwach Europy Zachodniej świecą pustkami. Bywa, że zamieniane są na ekskluzywne domy mieszkalne, np. kościół w Northumberland w Wielkiej Brytanii, sklepy – kościół w Maastricht w Holandii zamieniony w księgarnię Salexyz, puby – kościół St. Mary’s w Dublinie w Irlandii. Tymczasem obok europejskich kościołów wyrastają meczety. Na ulicach europejskich miast w porze modłów klękają miliony muzułmanów. Według ostrożnych szacunków na naszym kontynencie jest już ponad 25 mln wyznawców islamu. Dokąd zmierza Europa pozbawiona chrześcijańskich korzeni i zalewana falami obcych kulturowo uchodźców i emigrantów?

Wydaje się, że na tym tle Polska jest ostoją chrześcijaństwa, ale nie dajmy się zwieść pozorom. Coraz bardziej powszechna i modna staje się laickość, na czasie jest antyklerykalizm. Zapatrzeni bezkrytycznie w starą Europę rychło możemy pójść w jej ślady. Na razie mamy do czynienia z pojedynczymi incydentami podobnymi do tych, które rozgrywały się na Krakowskim Przedmieściu po katastrofie smoleńskiej – wyśmiewanie modlących się, bezczeszczenie krzyża, kpiny z męki Chrystusa. Skoro jednak raz przełamana została niepisana zasada szacunku do wyznania, już tylko krok dzieli nas od pójścia w ślady laickiej Europy.

Ankieta, jakiej jeszcze nie było!

W kwietniu tego roku Fundacja Szansa dla Niewidomych przeprowadziła wśród osób z dysfunkcją wzroku sondaż na temat ich potrzeb pod względem brajla, tyflografiki i magnigrafiki.

W ankiecie wzięło udział blisko tysiąc osób, a jej wyniki są bardzo interesujące. Czasem spotykamy się z opiniami, iż na przykład brajl lub mapy czy plany tyflograficzne są niewidomym niepotrzebne i im nie pomagają. Jak widać z ankiety, jest dokładnie przeciwnie. Np. 96% respondentów uważa, że napisy brajlowskie są przydatne w przestrzeni publicznej, a 83%, że obejrzenie planu otoczenia, np. budynku, terenu, dworca, ułatwia orientację w przestrzeni i zwiększa poczucie bezpieczeństwa. Podobnie osoby słabowidzące. 89% osób opowiedziało się, że chce korzystać z magnigraficznych tabliczek z informacjami i grafiką zamontowanych w przestrzeni publicznej, a 98% było za, aby w ich otoczeniu (przestrzeni miejskiej, budynkach użyteczności publicznej itp.) było więcej urządzeń wspomagających nawigację osobom słabowidzącym. Widzimy także, że są potrzebne szkolenia oraz promocja brajla i tyflografiki – będzie to naszym wielkim zadaniem w najbliższych latach!

Poniżej przedstawiamy wybrane pytania z ankiety, niebawem na stronie ankiety.szansadlaniewidomych.org pojawią się pełne jej wyniki.

Niewidomi w przestrzeni publicznej

Jestem osobą

  • Bardzo słabo widzącą: 50 (14%)
  • Niewidomą od urodzenia: 116 (32%)
  • Ociemniałą: 187 (52%)

Oznaczenia brajlowskie i tyflografika (grafika wypukła)

Czy możliwość samodzielnego czytania i zapisywania informacji jest dla Ciebie istotna?

  • Brak odpowiedzi: 6 (1%)
  • TAK: 334 (94%)
  • NIE: 13 (3%)

Czy znasz alfabet Braille’a?

  • Brak odpowiedzi: 3 (0%)
  • Tak, znam: 225 (63%)
  • Nie znam: 87 (24%)
  • Trochę znam: 38 (10%)

Czy korzystasz z alfabetu Braille’a na co dzień?

  • Brak odpowiedzi: 6 (1%)
  • TAK: 173 (49%)
  • NIE: 174 (49%)

Czy używasz brajlowskich monitorów komputerowych?

  • Brak odpowiedzi: 5 (1%)
  • TAK: 91 (25%)
  • NIE: 257 (72%)

Czy uważasz, że napisy brajlowskie są przydatne w przestrzeni publicznej?

  • Brak odpowiedzi: 5 (1%)
  • TAK: 340 (96%)
  • NIE: 8 (2%)

Czy wiedza o otaczającej Cię przestrzeni jest dla Ciebie istotna i wpływa na poczucie bezpieczeństwa?

  • Brak odpowiedzi: 4 (1%)
  • TAK: 345 (97%)
  • NIE: 4 (1%)

Czy wypukłe plany ułatwiają Ci zapoznanie się z przestrzenią, w której się znajdujesz?

  • Brak odpowiedzi: 18 (5%)
  • TAK: 260 (73%)
  • NIE: 75 (21%)

Czy na podstawie wypukłych planów potrafisz wyobrazić sobie otaczającą Cię przestrzeń?

  • Brak odpowiedzi: 13 (3%)
  • TAK: 261 (73%)
  • NIE: 79 (22%)

Orientacja przestrzenna i dostępność przestrzeni dla osób słabowidzących

Czy chodzisz samodzielnie z białą laską?

  • Brak odpowiedzi: 4 (1%)
  • TAK: 284 (80%)
  • NIE: 65 (18%)

Czy uczono Cię orientacji przestrzennej i poruszania się z białą laską?

  • Brak odpowiedzi: 2 (0%)
  • TAK: 306 (86%)
  • NIE: 45 (12%)

Czy chodzisz z laską po mieście, miejscach publicznych o dużym natężeniu ruchu, czy też jedynie w najbliższym otoczeniu i dobrze znanych sobie miejscach?

  • Brak odpowiedzi: 4 (1%)
  • Wszędzie: 175 (49%)
  • W najbliższym otoczeniu: 135 (38%)
  • Wcale: 39 (11%)

Czy wolisz poruszać się samodzielnie czy z przewodnikiem?

  • Brak odpowiedzi: 6 (1%)
  • Samodzielnie: 110 (31%)
  • Z przewodnikiem: 237 (67%)

Czy obejrzenie planu otoczenia, np. budynku, terenu, dworca ułatwia Ci orientację w przestrzeni i zwiększa poczucie bezpieczeństwa?

  • Brak odpowiedzi: 8 (2%)
  • TAK: 293 (83%)
  • NIE: 52 (14%)

Czy chcesz korzystać z brajlowskich informacji tekstowych o otoczeniu?

  • Brak odpowiedzi: 7 (1%)
  • TAK: 275 (77%)
  • NIE: 71 (20%)

Czy chcesz korzystać z wypukłych planów i map?

  • Brak odpowiedzi: 11 (3%)
  • TAK: 292 (82%)
  • NIE: 50 (14%)

Czy rozwiązania udźwiękawiające otoczenie mogłyby Ci pomóc w samodzielnym poruszaniu się i zwiększyłyby Twoje poczucie bezpieczeństwa?

  • Brak odpowiedzi: 6 (1%)
  • TAK: 344 (97%)
  • NIE: 3 (0%)

Czy chcesz, aby w Twoim otoczeniu (przestrzeni miejskiej/budynkach użyteczności publicznej) było więcej urządzeń wspomagających nawigację osobom niewidomym?

  • Brak odpowiedzi: 4 (1%)
  • TAK: 344 (97%)
  • NIE: 5 (1%)

Niedowidzący w przestrzeni publicznej

Oznaczenia kontrastowe i magnigrafika

Jestem osobą

  • Słabowidzącą: 270 (63%)
  • Bardzo słabo widzącą: 154 (36%)

Czy przy czytaniu korzystasz z powiększonej czcionki (materiały drukowane, wersje elektroniczne)?

  • Brak odpowiedzi: 1 (0%)
  • TAK: 387 (91%)
  • NIE: 36 (8%)

Czy przy czytaniu korzystasz z kontrastowych wersji tekstu (np. białe na czarnym lub żółte na niebieskim)?

  • Brak odpowiedzi: 2 (0%)
  • TAK: 266 (62%)
  • NIE: 156 (36%)

Czy wysoki kontrast ułatwia ci odczytywanie informacji?

  • Brak odpowiedzi: 3 (0%)
  • TAK: 330 (77%)
  • NIE: 91 (21%)

Czy wiedza o otaczającej Cię przestrzeni jest dla Ciebie istotna i wpływa na poczucie bezpieczeństwa?

  • Brak odpowiedzi: 5 (1%)
  • TAK: 412 (97%)
  • NIE: 7 (1%)

Czy mapy graficzne w wersji kontrastowej i powiększonej (magnigraficzne) ułatwiają Ci zapoznanie się z otaczającą przestrzenią?

  • Brak odpowiedzi: 12 (2%)
  • TAK: 343 (80%)
  • NIE: 69 (16%)

Czy uczono Cię rozumienia planów, rycin i map opracowanych w wersji kontrastowej i powiększonej?

  • Brak odpowiedzi: 6 (1%)
  • TAK: 122 (28%)
  • NIE: 296 (69%)

Czy potrafisz odczytywać ryciny, mapy, plany w wersji kontrastowej i powiększonej?

  • Brak odpowiedzi: 12 (2%)
  • TAK: 260 (61%)
  • NIE: 152 (35%)

Orientacja przestrzenna i dostępność przestrzeni dla osób słabowidzących

Czy poruszasz się samodzielnie?

  • Brak odpowiedzi: 2 (0%)
  • Zawsze: 252 (59%)
  • Często: 132 (31%)
  • Rzadko: 37 (8%)
  • Nigdy: 1 (0%)

Czy poruszasz się samodzielnie po mieście, miejscach publicznych o dużym natężeniu ruchu, czy też jedynie w najbliższym otoczeniu i dobrze znanych sobie miejscach?

  • Brak odpowiedzi: 2 (0%)
  • Wszędzie: 280 (66%)
  • W najbliższym otoczeniu: 141 (33%)
  • Wcale: 1 (0%)

Czy korzystasz z transportu publicznego (autobus, tramwaj, metro, pociąg)?

  • Brak odpowiedzi: 3 (0%)
  • TAK: 407 (95%)
  • NIE: 14 (3%)

Czy wolisz poruszać się samodzielnie, czy z przewodnikiem?

  • Brak odpowiedzi: 5 (1%)
  • Samodzielnie: 258 (60%)
  • Z przewodnikiem: 161 (37%)

Czy chciałbyś korzystać z magnigraficznych tabliczek z informacjami i grafiką, zamontowanych w przestrzeni publicznej?

  • Brak odpowiedzi: 12 (2%)
  • TAK: 381 (89%)
  • NIE: 31 (7%)

Jeśli sam się nie poruszasz, czy tego rodzaju pomoce (napisy powiększoną czcionką, oznaczenia kontrastowe, mapy magnigraficzne, informacje brajlowskie) umożliwiłyby Ci odważenie się na samodzielne poruszanie się po mieście?

  • Brak odpowiedzi: 68 (16%)
  • TAK: 303 (71%)
  • NIE: 53 (12%)

Czy w poruszaniu się pomogłyby Ci specjalne oznaczenia, np. schodów, uskoków, linii peronu, pola uwagi przed przejściem dla pieszych?

  • Brak odpowiedzi: 4 (0%)
  • TAK: 412 (97%)
  • NIE: 8 (1%)

Czy udźwiękowienie magnigraficznych i/lub brajlowskich planów i map pomaga w ich lepszym rozumieniu?

  • Brak odpowiedzi: 22 (5%)
  • TAK: 389 (91%)
  • NIE: 13 (3%)

Czy chcesz, aby w Twoim otoczeniu (przestrzeni miejskiej, budynkach użyteczności publicznej itp.) było więcej urządzeń wspomagających nawigację osobom słabowidzącym?

  • Brak odpowiedzi: 3 (0%)
  • TAK: 418 (98%)
  • NIE: 3 (0%)

Fundacja Szansa dla Niewidomych na SightCity 2018

SightCity po raz pierwszy

Czy wszyscy nasi Czytelnicy słyszeli o SightCity – wystawie nowoczesnych technologii i sprzętu dedykowanego rehabilitacji osób niewidomych i słabowidzących? Jest to jedno z największych i najpopularniejszych tego typu wydarzeń na świecie. W tym roku odbyło się w dniach: 25-27 kwietnia. My, przedstawiciele Fundacji, uczestniczyliśmy w pierwszym dniu tego przedsięwzięcia. Dla mnie był to pierwszy raz, dlatego chętnie podzielę się kilkoma subiektywnymi opiniami (tak zwanego nowicjusza).

SightCity po raz trzynasty

Przechadzając się między stoiskami wystawienniczymi, nie dało się odczuć by ta „13-tka” wypadła organizatorom pechowo. Podczas całodniowego spaceru po ogromnej powierzchni wystawienniczej, jaką stanowi przylotniskowy kompleks hotelowo-konferencyjny Sheraton, nie było chwili, by się nudzić. Łącznie w wystawie wzięły udział aż 133 firmy. Moim zdaniem jest to liczba imponująca. Nie padł jednak rekord. W 2012 r. we Frankfurcie wystawiło się ich 137. Mimo, iż nie podano jeszcze oficjalnych statystyk dotyczących ilości zwiedzających, również nie należała do małych. Skąd to wiem? W czasie konferencyjnych „godzin szczytu” – mniej więcej w godzinach 12-16 we wszystkich salach wystawowych i w korytarzach pomiędzy nimi, panował prawdziwy tłok. Można to było odczuć zwłaszcza przy stanowiskach mniejszych firm, nie zaś najpopularniejszych „gigantów”. Jednym z powodów był na pewno oczywisty fakt, że największe firmy miały wydzieloną większą przestrzeń wystawienniczą, adekwatną do stacjonarnych powiększalników i podobnego sprzętu. Jednak z mojej obserwacji wynikało, że większość ludzi była zainteresowana małymi przedmiotami codziennego użytku, które mogli obejrzeć, wypróbować i tego samego dnia zabrać ze sobą do domu.

Skąd taka popularność?

Myślę, że podstawowym czynnikiem, budującym popularność tej wystawy jest lokalizacja. Znajduje się w bezpośrednim sąsiedztwie jednego z największych portów przesiadkowych w Europie. Lotnisko odprawia dziennie 180 tysięcy osób. Oferuje połączenia do ok. 300 miejsc na świecie. To dogodny cel nie tylko dla Europejczyków, ale też mieszkańców Ameryki czy Azji.

Słabe strony

Choć dominującym językiem, który można usłyszeć podczas zwiedzania był niemiecki, targi odwiedzili także goście z takich krajów jak: Stany Zjednoczone, Japonia, Indie, Gruzja czy Iran. Byli to głównie przedstawiciele różnego typu organizacji społecznych, instytucji państwowych, naukowcy, instruktorzy orientacji przestrzennej, a także osoby prywatne zainteresowane nowościami technologicznymi. Dla mnie duży minus stanowiło, iż wiele niemieckich firm, nastawionych na rodzimych klientów, nie zadbało o ulotki czy broszury w języku angielskim. To duża bariera dla zwiedzających. Może organizator powinien postawić taki wymóg wystawcom?

Drugi minus, jaki dostrzegam, to praktyczny brak sesji merytorycznej. Miejsce, które wydzielono na tę okoliczność to niewielka sala przechodnia między kolejnymi częściami wystawy. Liczba słuchających zwykle stanowiła ok. 20-30 osób. Podejrzewam, że panujący gwar nie pozwalał skupić się na treści słów prelegentów. Podejrzewam, ponieważ po raz kolejny barierę stanowił wiodący język niemiecki.

Plusy

To, co podczas zwiedzania podobało mi się najbardziej, to różnorodność prezentowanych produktów i usług. Nie była to tylko technologia informatyczna. Znalazło się wiele artykułów, które wzbogacają życie osób niewidomych i słabowidzących, a przy okazji są równie ciekawe dla widzących. Jednym z przykładów były wykonane z gumy i plastiku¸ trójwymiarowe schematy komórek ludzkiego ciała. Dedykowane szkołom i uczelniom rekwizyty pokazywały wygląd krwinek, chromosomów czy kodu DNA. Dopiero kiedy zaczęłam oglądać te przedmioty, zdałam sobie sprawę, że nauka takich zagadnień jest mocno abstrakcyjna, zwłaszcza bez możliwości wytłumaczenia, jak poszczególne elementy mogą wyglądać. Innym stanowiskiem, przy którym spędziłam dużo czasu, był kącik make-up. Prowadziła go niewidoma Niemka, która od lat wrzuca do Internetu filmy, na których tłumaczy, że niewidome dziewczyny też odczuwają potrzebę, by poprzez makijaż poczuć się pewniej i bardziej komfortowo. Prezentuje, jak sama wykonuje makijaż i uczy tego innych. Jej umiejętności robiły duże wrażenie. Myślę, że polski akcent również zaciekawił zwiedzających. Firma Altix przestawiła prototyp dotykowego globusa. Zwiedzający przystawali na chwilę, by palcem odnaleźć swój kraj i wysłuchać paru słów na jego temat.

Ciekawostki

Jak wspomniałam ,konkurencja podczas targów była duża. Każda firma próbowała przyciągnąć zwiedzających czymś nowym i ciekawym. Najbardziej niecodzienny pomysł, na jaki zwróciłam uwagę, to rozdawanie gościom kinowego popcornu. Pomysł na pewno nowatorski, choć mnie zapach tego przysmaku, w niewielkim zatłoczonym pokoju, raczej odpychał niż zachęcał do dłuższej rozmowy. Ciekawe czy pozostali wystawcy ze zdenerwowaniem słuchali strzelających ziarenek kukurydzy, czekając aż w pokoju pojawi się fan tej przekąski?

SightCity to przyjazne miejsce dla czteronożnych przewodników. W holu głównym stały wystawione miski z wodą i jedzeniem dla psów, które spędzały na targach niekiedy cały dzień.

Podsumowanie

Możliwość odwiedzenia SightCity była dla mnie niebywale inspirująca. Dzięki temu mogłam zobaczyć między innymi, jak wielu ludzi jest zainteresowanych tematyką rehabilitacji osób niewidomych i słabowidzących, dowiedzieć się odrobinę o życiu niewidomych w Niemczech oraz przyjrzeć się nowym, ciekawym rozwiązaniom. Myślę, że każdy zainteresowany tą tematyką powinien choć raz odwiedzić targi we Frankfurcie. Przy okazji, znamy już daty SightCity 2019! Wystawa planowana jest w dniach 8-10 maja. Do zobaczenia!

SightCity 2018

SightCity to jedna z największych konferencji i wystaw handlowych sprzętu dla osób z niepełnosprawnością wzroku na świecie. Nie ma jeszcze oficjalnych danych za rok 2018, ale wnioskując z danych z lat poprzednich można śmiało przypuszczać, że impreza ta także w tym roku przyciągnęła około 130 wystawców z całego świata i około 4000 gości. Nieprzypadkowo miejscem wybranym na organizację tego wydarzenia jest Frankfurt – jedna z biznesowych stolic Europy, miasto znajdujące się w dogodnym położeniu geograficznym, ze świetną komunikacją kolejową i lotniczą z kontynentem i całym światem.

Konferencja co roku odbywa się w hotelu Sheraton, sąsiadującym bezpośrednio z lotniskiem, dworcem kolejowym oraz autobusowym, co sprawia, że dojazd na targi zarówno dla klientów, jak i wystawców jest bardzo wygodny. Wchodząc na teren konferencji można zauważyć, że chociaż na co dzień pomieszczenia hotelu nie są przystosowane do potrzeb osób niewidomych i słabowidzących, na czas targów, różnymi sposobami sale i korytarze zamieniają się w przestrzeń w miarę możliwości dostosowaną i dostępną. Największą zmianą jest to, że na podłodze przyklejane są poliuretanowe płyty z liniami prowadzącymi (prowadzą pomiędzy salami, ponieważ targi nie odbywają się w jednej dużej sali, a w kilkunastu mniejszych). Płyty te ostatniego dnia, w ciągu kilkunastu minut po zakończeniu targów, są demontowane. O wygodę i komfort osób niewidomych odwiedzających targi dba również obsługa, na konferencji jest grupa wolontariuszy przygotowana, by asystować osobom niewidomym i słabowidzącym. W strategicznych miejscach organizatorzy zadbali również o miski z wodą dla psów przewodników.

Warto zaznaczyć, że SightCity, poza wystawą różnego rodzaju sprzętu, jest również okazją do spotkań biznesowych. Odbywają się tam pokazy, prezentacje oraz szereg wykładów i spotkań z ludźmi w różny sposób związanymi z problematyką i środowiskiem. Większość wykładów odbywa się co prawda w języku niemieckim, co jest pewnym mankamentem, ponieważ przez międzynarodowy charakter wydarzenia najczęściej używanym i nieoficjalnie obowiązującym językiem jest angielski.

Przyglądając się sprzętowi prezentowanemu na wystawie, można odnieść wrażenie, że na SightCity królują powiększalniki obrazu. Być może ze względu na to, że pomieszczenie firm i producentów z tego typu produktami jest największe i w układzie obiektu wydaje się najbardziej reprezentatywne. Poza ogromnym wyborem i szeroką ofertą urządzeń powiększających, SightCity to także miejsce, w którym prezentowane są „klasyczne” sprzęty i produkty: do poruszania się (duży wybór lasek i końcówek), urządzenia elektroniczne (monitory brajlowskie, udźwiękowione telefony, specjalistyczne programy), drukarki brajlowskie, systemy naprowadzające, piłki i sprzęt do sportów uprawianych przez osoby z dysfunkcjami wzroku. Jak co roku, pojawiały się również pewnego rodzaju nowe „gadżety”, jak choćby wibrująca nakładka zakładana na przykład na ramię założonego plecaka, która wibrując informuje o zbliżaniu się do przeszkód. Na ile takie rozwiązania okażą się sensowne i przydatne oraz się przyjmą, pokaże przyszłość. Targi to też ogromna liczba przedmiotów codziennego użytku. Cieszą się wyjątkową popularnością. Stoiska z nimi są najbardziej oblegane, a większość gości wychodzi z targów z o wiele cięższymi torbami i wiele chudszym portfelem.

To, co zwróciło moją szczególną uwagę z racji mojej działalności, to zastanawiający brak tyflografiki, której jest z każdą edycją wydarzenia coraz mniej. Poza wspomnianymi wyklejonymi pasami z liniami prowadzącymi i przywiezionymi przez nas produktami Altixu, właściwie jedynym wystawcą z rozwiązaniami tyflograficznymi była firma z Niemiec będąca producentem oznaczeń poziomych (w tym również tych używanych w przestrzeni hotelu podczas targów).

Na tle opisanych sprzętów, w kwestii innowacyjności i wprowadzania nowych pomysłów, wyróżniał się przygotowany specjalnie na to wydarzenie udźwiękowiony globus Altixu. Prototypowa wersja globusa, który po dotknięciu mówi nazwę państw czy obiektów geograficznych, wzbudziła dużą ciekawość i zainteresowanie. Jego prezentacja pozwoliła zebrać wiele cennych uwag i informacji zwrotnych od gości i klientów – ich propozycje z pewnością będą wcielane w życiu w celu ulepszenia tego produktu.

SightCity to nie tylko pokaz sprzętu i produktów, w ramach ciekawostki warto wspomnieć jeszcze o nieco innych wystawcach. W sąsiedztwie naszego stanowiska było stoisko hotelu w Bawarii (południowe Niemcy) – obiekt, położony w przepięknej okolicy i środowisku, ale co ważniejsze w pełni dostosowany do potrzeb osób z niepełnosprawnościami zachęcał do odwiedzin. Na stoisku prowadzona była ciekawa, wzbudzająca duże zainteresowanie loteria – każdy odwiedzający mógł wypełnić formularz i wziąć udział w losowaniu tygodniowego pobytu.

SightCity 2018 minęło bardzo szybko, ale na stronie internetowej organizatorów wydarzenia jest już informacja z oficjalnymi datami wystawy w przyszłym roku. Odbędzie się ona w dniach 8-10 maja 2019, oczywiście we Frankfurcie. Zapraszamy!

Praca to nie tylko obowiązek

Warto to powiedzieć, ba – wykrzyczeć. Praca to także przyjemność. To zupełnie oczywiste, a jednak ta ważna dla ludzi konstatacja gdzieś się zawieruszyła. Dlaczego? Jak to się stało?

Praca wiąże się z wysiłkiem, często z dużym ciężarem – fizycznym i psychicznym. Nie musi być łatwa i bezstresowa, a także może kojarzyć się z przykrym szantażem – nie będzie pracy, to także nie będzie pieniędzy. A przecież bez nich nie możemy nic. Brak pieniędzy uniemożliwia dokładnie wszystko – jak bez nich zrobić zakupy, zapewnić dach nad głową, co z jedzeniem, odpoczynkiem, posiadaniem dzieci, wywiązywaniem się z różnorodnych i rozlicznych zobowiązań? Bez pieniędzy we współczesnym świecie nie możemy istnieć. Jeśli ich nie mamy, a jednak jakoś sobie radzimy, to na pewno tylko dlatego, że ma je kto inny, kto nam pomaga i „na nas łoży”.

Wobec takiej natury zorganizowania życia na naszej planecie, musimy iść do pracy. Ten, co by nie rzec, szantażujący charakter cywilizacji, a w szczególności zatrudnienia powoduje, że możemy nabrać do pracy negatywnego stosunku. Możemy jednak odwrócić to myślenie „do góry nogami” i wziąć pod uwagę pozytywne aspekty pracy.

Gdyby udało się nie myśleć o wymaganiach naszej codzienności, uznać je za normę, którą tak czy inaczej spełnimy, przywrócilibyśmy pierwotny sens pracy. Od zainicjowania naszej cywilizacji właśnie praca pozwala ludziom przekształcać otoczenie zgodnie z ich marzeniami. Za każdym razem, gdy wpadamy na pomysł, by coś poprawić, rozwinąć, wynaleźć, zbudować, a oczekiwany, docelowy efekt nas inspiruje, bierzemy się do pracy z ochotą. Wykonujemy kolejne czynności i obserwujemy powstające dzieło. Jest coraz ciekawsze, w jakimś momencie staje się fascynujące i jakby nam mówiło: „Hej, widzisz jakie to ciekawe – zabrałeś się do pracy i już dostrzegasz, jaki płynie z tego pożytek”.

Praca jest tym więcej warta dla człowieka, im bardziej chce przekształcać otaczającą go rzeczywistość oraz im trudniej przychodzi mu zdobycie takiej możliwości. Z tego powodu na przykład osoby niepełnosprawne często pracę traktują lepiej i poważniej niż sprawni. Owszem, nie wszyscy, ale wielu z nas. Gdy się może mniej niż inni, praca i jej efekty stają się lekarstwem. Na co? Na kompleksy, brak wiary w nasze możliwości, nie zauważanie nas przez innych ludzi. Praca to także ciekawie spędzony czas. Ciekawie? Należy to mierzyć nie tylko wartością rezultatu, ale także klimatu, w jakim powstawał. Praca to także współpraca, dialog z innymi ludźmi, także współzawodnictwo i to w najbardziej pozytywnym jego sensie.

Redakcja miesięcznika Help – jesteśmy razem, namawia do pracy! I nie chodzi jedynie o jej znalezienie i wykonywanie, ale o czynienie tego z jak największą przemyślnością. Celem powinno być znalezienie takiego miejsca dla siebie, w którym będzie można realizować swoje zainteresowania i zdolności, a nie wykonywać polecenia z przymusu. Gdy się to udaje, życie nabiera sensu i możemy zapomnieć o ekonomicznym szantażu, że gdybyśmy pracy nie mieli, nie dostalibyśmy wynagrodzenia. Pieniądze przestają szantażować i stajemy się ludźmi wolnymi.

Nasza Fundacja specjalizuje się w tym, by nasi beneficjenci mogli ułożyć swoje życie na właśnie taki sposób. Prawda, że to fascynujące?

Praca często poniżej aspiracji

19 kwietnia tego roku byłam uczestniczką konferencji naukowej pod tytułem: „Osoby z niepełnosprawnością – niewykorzystany kapitał. (Nie)pełnosprawny w biznesie” zorganizowanej w gmachu Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu (UEP) z inicjatywy Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych (PFRON), Katedry Pracy i Polityki Społecznej UEP oraz Pełnomocnika Rektora UEP do spraw Osób Niepełnosprawnych. Honorowy patronat nad konferencją sprawował Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

Zatrudnianie osób z niepełnosprawnościami to kwestia, o której niekiedy mówi się dość dużo, a czasem zbyt mało. Dość dużo, w moim odczuciu, w odniesieniu do osób z niewielkimi dysfunkcjami, na przykład narządu ruchu. Zbyt mało wówczas, gdy mamy na względzie zatrudnianie pracowników z problemami zdrowia psychicznego, niepełnosprawnością powstałą wskutek uszkodzenia układu nerwowego lub ultrarzadkich chorób genetycznych. Do tej drugiej grupy zaliczyć należy także osoby z dysfunkcjami narządu wzroku (niewidome i słabowidzące) oraz osoby z dysfunkcjami słuchu (niesłyszące i słabosłyszące). Tym grupom polski rynek pracy niewiele jest w stanie zaoferować. Niepełnosprawni często pracują poniżej swoich aspiracji.

Do refleksji skłania pierwsza część tytułu konferencji: „Osoby z niepełnosprawnością – niewykorzystany kapitał”. Dlaczego, mimo coraz szerszego upowszechniania pozytywnych postaw społecznych wobec osób z niepełnosprawnościami, nadal nie udało im się osiągnąć dostatecznie silnej pozycji na rynku zatrudnienia? Czemu wciąż są „niewykorzystanym kapitałem”?

Otwierająca konferencję dr Anna Skupień, dyrektor Oddziału Wielkopolskiego PFRON, sklasyfikowała osoby z niepełnosprawnościami na dwie grupy. Pierwszą grupę stanowią ludzie o wysokiej motywacji do podejmowania różnorakich aktywności, ambitne i nastawione na cel. Drugą zaś osoby bierne, zniechęcone, bez pomysłu na życie. Nie sposób dziwić się tej bierności, kiedy człowiek z niepełnosprawnością szuka pracy przez kilka lat i nie udaje mu się jej znaleźć. Jak wówczas być zmotywowanym, ambitnym oraz z nadzieją i optymizmem patrzeć w przyszłość?

Analizując kwestię zatrudniania osób z niepełnosprawnościami należy wziąć pod uwagę fakt, że spore trudności napotykają one już na etapie edukacji. Szkoły nie zawsze są wystarczająco przygotowane do nauczania osób z dysfunkcjami. Nie najlepiej sprawa wygląda w przypadku kształcenia osób z niepełnosprawnością słuchu. System edukacji nie stwarza im komfortowych warunków do nauki, dlatego niewielu takim osobom udaje się zdobyć wykształcenie średnie lub wyższe. Z kolei niewidomi i słabowidzący nigdy nie pojawią się w szkołach, w których nie ma dostosowanych do ich potrzeb materiałów dydaktycznych, ścieżek naprowadzających, oznaczeń brajlowskich i innych udogodnień. Tak samo nigdy nie odpowiedzą na ofertę zatrudnienia, jeśli nie będą mieli pewności, że pracodawca jest otwarty na ich potrzeby i może zapewnić odpowiednio przystosowane stanowisko pracy.

Marek Kalbarczyk, prezes Fundacji „Szansa dla Niewidomych” odwołał się w swoim wystąpieniu do ratyfikowanej przez Polskę w 2012 roku Konwencji ONZ o prawach osób z niepełnosprawnościami. Wspomniał o programie „Dostępność Plus”, zakładającym swobodny dostęp do różnego typu usług oraz aktywnego udziału w życiu społecznym m.in. osób z niepełnosprawnościami i seniorów, a także o wdrażaniu udogodnień ułatwiających ludziom z dysfunkcjami wzroku codzienne funkcjonowanie, jak powiększalniki tekstu czy drukarki i monitory brajlowskie. Kiedy mówił, że osoby niesłyszące nie znają języka polskiego, w związku z czym towarzyszą im ogromne trudności w załatwianiu spraw urzędowych i w wielu innych aspektach życia codziennego, z sali dobiegł męski głos mówiący: „To nieprawda”. Zastanawia mnie, czy słuchacz obrał taką strategię postępowania, bo chciał zwrócić na siebie uwagę i/lub sprowokować dyskusję, czy rzeczywiście ma taki właśnie pogląd na tę sprawę? Jeśli zależało mu na dialogu na ten temat, punkt dla niego. Gorzej, gdy tak postrzega tę kwestię, bo to oznacza wiele do zrobienia w zagadnieniu edukacji społecznej o potrzebach i problemach osób z różnymi niepełnosprawnościami. Żałuję, że do dyskusji nie doszło, gdyż konstruktywna wymiana poglądów oraz doświadczeń, choć czasem bywa niełatwa, przynosi wymierne korzyści obu stronom.

Osoby niesłyszące faktycznie nie posługują się językiem polskim w mowie i piśmie. Kto na co dzień pracuje na ich rzecz albo ma niesłyszących w rodzinie, wie, że komunikaty kierowane do nich na piśmie winny różnić się od tych, które kieruje się do osób słyszących. Jeżeli chcemy zaprosić osoby niesłyszące do uczestnictwa w warsztacie dekupażu, czyli wykonywania prac techniką zdobniczą polegającą na przyklejaniu na odpowiednio spreparowaną powierzchnię wzoru wyciętego z papieru lub serwetki papierowej, komunikat pisemny powinniśmy sformułować następująco: „Zaprasza głusi warsztat dekupaż”, podać datę, godzinę i miejsce, zamiast formułowania dłuższej wypowiedzi skomplikowanym językiem, który dla osób niesłyszących będzie niezrozumiały.

Zatrudnianie osób z niepełnosprawnościami na polskim rynku pracy pozostawia wiele do życzenia. Zatrudnianie niewidomych i słabowidzących – również. Z grupy kilkunastu niewidomych i słabowidzących, których znam, stałą etatową pracę ma tylko kilkoro. Pozostali żyją „od zlecenia do zlecenia”, najczęściej otrzymując niskie świadczenia socjalno-rentowe z tytułu niepełnosprawności.

Na wstępie artykułu wspomniałam, że niepełnosprawni często pracują poniżej swoich aspiracji. Co zatem rynek pracy może zaoferować osobie posiadającej orzeczenie o niepełnosprawności? Najczęściej są to proste prace manualne nie wymagające specjalnych kwalifikacji. Osoby z niepełnosprawnościami, pod warunkiem że ich stan zdrowia oraz sytuacja rodzinna na to pozwala, najłatwiej znajdują zatrudnienie w firmach sprzątających albo ochroniarskich. Człowiek z niepełnosprawnością może być portierem, sprzedawcą-kasjerem, pracownikiem gospodarczym. Sprawa się komplikuje, gdy ma większe ambicje i kwalifikacje ku temu, aby je realizować. Tylko znikomy odsetek pracodawców jest otwartych na zatrudnianie osób z różnego typu niepełnosprawnościami. Wielu wciąż się obawia, czy zatrudniając takiego pracownika nie ściągnie na siebie kłopotu?

Poszukująca zatrudnienia osoba z niepełnosprawnością może zdecydować się na inne rozwiązanie i założyć działalność gospodarczą. Niestety, wiąże się z tym szereg urzędniczych procedur, które niekiedy – zamiast zachęcać i motywować – irytują i frustrują. Kiedy słuchałam wystąpienia na temat biznesu i przedsiębiorczości, przypomniała mi się sytuacja opisana niegdyś w internecie przez pewnego blogera z niepełnosprawnością. Poznański urząd pracy parę lat temu postanowił wspierać osoby z niepełnosprawnościami, które zamierzały założyć działalność gospodarczą. Formą pomocy było otrzymanie dotacji na rozpoczęcie działalności. Po jakimś czasie urząd informował, że niemal wszyscy, którzy taką dotację dostali, prowadzili działalność przez co najmniej rok. To dlatego, że z każdym z tych przedsiębiorców urząd zawarł umowę, w której była mowa, że jeśli działalność nie będzie prowadzona przez 12 miesięcy, trzeba będzie zwrócić całą dotację wraz z odsetkami. Ot, sposób na wypracowanie budujących statystyk. Nic zatem dziwnego, że dane na temat liczby przedsiębiorców z niepełnosprawnością w skali całego kraju nie powalają na kolana.

Wolny czas na siłowni

We wrześniu 2012 r. prezydent Archangielska, przedstawiciele administracji rządowej, dziennikarze i osoby z niepełnosprawnością zgromadzili się na ruchliwej ulicy przed drzwiami z tabliczką „Centrum Adaptacyjnych Technologii Regionalnej Organizacji Pozarządowej Osób z Niepełnosprawnością Nadieżda”. To było uroczyste, oficjalne i długo wyczekiwane otwarcie unikatowej i jedynej takiej placówki w obwodzie Archangielskim. Prezes organizacji, Nadieżda Czurakowa, osoba słabowidząca, która po wielu latach pracy w Rosyjskim Związku Niewidomych założyła własną organizację w 2005 r., wygłosiła przemówienie i zaprosiła gości do środka.

Archangielsk to miasto położone na północy Europejskiej części Federacji Rosyjskiej. Wystarczy dwie lub trzy godziny, by samolotem dostać się do Finlandii, Szwecji bądź Norwegii. Biorąc pod uwagę aspekty geopolityczne i gospodarcze, kraje skandynawskie aktywnie rozwijają współpracę transgraniczną. Również nie zapominają o wspieraniu trzeciego sektora. W ramach międzynarodowego projektu sfinansowanego przez te kraje w 2011 r., grupa pracowników organizacji Nadieżda odwiedziła Norwegię i Szwecję. Głównym celem wyprawy było nawiązywanie nowych kontaktów dla przyszłej współpracy oraz podniesienie umiejętności zarządzania organizacją non profit. Kiedy wracaliśmy, zająłem miejsce w samolocie obok prezesa. Podsumowując wycieczkę, ona podzieliła się ze mną swoimi marzeniami. „Chciałabym, żeby w Archangielsku powstało takie centrum rehabilitacji, jakie zobaczyliśmy w Szwecji. Chciałabym, żeby niewidomi i słabowidzący mieli możliwość rozwoju wszechstronnego, żeby było u nas takie miejsce, gdzie oni by pragnęli przychodzić i wspólnie moglibyśmy rozwiązywać problemy, przeżywać porażki i świętować sukcesy.”

Nasi szwedzcy koledzy pomogli nam złożyć dokumenty w celu uczestnictwa w konkursie grantowym Kolarctic CBC. Przeważnie dofinansowanie w ramach tego programu dostają projekty nastawione na rozwój infrastruktury transportowej i samorządu oraz współpracy akademickiej. Chociaż regulamin przewiduje, że organizacje non profit mogą aplikować, ale do tej pory żadna z takich instytucji nie była głównym realizatorem projektu. Trzeba wyjaśnić, że już na etapie składania papierów każdy projekt musi obejmować instytucje z kilku państw północnych, z których jedna pełni obowiązki głównego realizatora, a pozostałe są partnerami. Organizacja Nadieżda została wpisana w historię jako pierwsza organizacja pozarządowa, która otrzymała grant jako lider transgranicznego zespołu. Otrzymane środki umożliwiły otwarcie Centrum Adaptacyjnych Technologii.

Centrum składa się z kilku pokojów. Oprócz gabinetu tyfloinformatyki i kuchni, gdzie zawsze można napić się pachnącej kawy i odpocząć, w centrum znajduje się siłownia, przebieralnia i prysznic. Sala gimnastyczna została wyposażona w stacjonarny sprzęt treningowy: bieżnia elektryczna, rower stacjonarny, schody treningowe, trenażer narciarski, trenażer mięśni rąk i nóg. Również tu można znaleźć hula hopy, piłki, karimaty, hantle i sztangi.

Osoby z wadami wzroku często nie mają możliwości uprawiania sportu rekreacyjnego, ponieważ obiekty sportowe nie są dostosowane do ich potrzeb. Jak uważają brytyjscy autorzy książki „Niepełnosprawność” Barnes i Mercer, nieprzystosowane otoczenie działa jak efekt domina, wpływa na wiele dziedzin życia, determinując czas i miejsce pracy, typ i położenie domu czy możliwość wypoczynku. Dodają, że osoby z niepełnosprawnością, zmagając się z codziennymi trudnościami, nie mają zasobów czasowych i finansowych na odpoczynek i rozrywkę. Zamiast korzystania z siłowni albo wyjścia na basen, preferują spędzanie wolnego czasu w domu. Bierny albo mało aktywny styl życia, ograniczone samodzielne poruszanie się, brak możliwości dotarcia do placówek medycznych, rehabilitacyjnych i sportowych prowadzą do chorób i złego samopoczucia. Brak aktywności fizycznej pogarsza stan zdrowia tyleż fizycznego, co psychicznego. Przecież zdrowie to nie tylko brak choroby czy ułomności, ale dobrostan fizyczny, psychiczny i społeczny. Osoby z dysfunkcją wzroku mogą mieć dodatkowe dolegliwości: otyłość, sztywność mięśni, choroby układu krążenia.

W ciągu pierwszych dwóch miesięcy nasza siłownia była prawie pusta, a trenażery stały smutne, czekając na użytkowników. Mimo, że wszystko zrobiliśmy, by rozpowszechnić informację, za mało osób się zgłaszało. „Nie mam czasu”, „nie mam, jak się dostać”, „nie chcę”, „po co mi to”. To były odpowiedzi, które słyszeliśmy. Znaleziono wolontariuszy w celu pomocy w dotarciu. I powoli się ruszyło. Po kilku miesiącach tak się rozkręciło, że chętni musieli czekać na zapisy do grup.

Zajęcia odbywały się codziennie od poniedziałku do piątku, od godziny 10 do 16. Kurs trwał 3 miesiące. Każda grupa liczyła do 8 osób, które odwiedzały Centrum 2 razy w tygodniu (poniedziałek i czwartek albo wtorek i piątek). W środy osoby chętne mogły przychodzić na siłownię dodatkowo, nie w ramach zajęć. Zajęcia trwały półtorej godziny, więc w trzymiesięcznym kursie brały udział 3 grupy (łącznie 24 osoby). Stanowisko instruktora objęła osoba słabowidząca, która przez wiele lat była zatrudniona w placówce medycznej jako ortopeda i fizjoterapeuta. Opracowywała ona programy zajęć dla różnych grup, uwzględniając ich indywidualne możliwości.

Z własnego doświadczenia wiem, że uprawianie sportu gra niezwykle ważną rolę w życiu osoby niewidomej. Codzienne wykonywanie ćwiczeń fizycznych stało się nieodłączną częścią mojego harmonogramu. Wszystko zaczęło się 8 lat temu. Wtedy powróciłem ze Stanów Zjednoczonych, gdzie przebywałem przez rok w ramach programu wymiany. Pobyt w Stanach miał tylko same korzyści dla mojego rozwoju. Jednak była jedna wada. To nadwaga. Frytki, burgery i piwo zrobiły swoje. Postanowiłem, że trzeba schudnąć. Kiedy osiągnąłem cel, ćwiczenia już weszły w nawyk. Zawsze odrzucałem ideę, że na siłowni człowiek może wyrzeźbić ciało efektywniej i szybciej niż w domu. Kiedy spróbowałem poćwiczyć w sali gimnastycznej naszego centrum, zmieniłem zdanie. Trenażery pozwalają trenować wszystkie grupy mięśni. W domu miałem tylko hantle i nawet to w połączeniu z ćwiczeniami (czasami wykonywałem do 1000 pompek dziennie) umożliwiło zrzucenie 14 kilogramów. Oprócz większej efektywności, siłownia to miejsce, gdzie można spotkać się z koleżankami i kolegami, pożartować, podzielić się doświadczeniami.

Wyniki funkcjonowania naszej sali gimnastycznej były zaskakujące. Niewidomi, którzy wcześniej stanowczo odrzucali zaproszenia na siłownię, zaczęli uczyć się sztuki posługiwania się białą laską, by tylko przychodzić do centrum. Kobiety chwaliły się, że odzyskały kształty, których już nie było od wielu lat. Z kolei mężczyźni popisywali się mięśniami. Znaczną grupę korzystających z siłowni stanowiły osoby w wieku podeszłym. Odnotowano u nich poprawienie stanu zdrowia. Wyniki zostały docenione nawet przez placówki medyczne. Do Centrum zwróciła się osoba z chorobą Parkinsona. Mężczyzna, mając 75 lat, postanowił walczyć z chorobą i brał udział nie tylko w zajęciach prowadzonych w sali gimnastycznej, ale również w warsztatach tańca. Po kilku miesiącach do prezesa stowarzyszenia zadzwonił lekarz tego uczestnika zajęć z pytaniem, jaką metodę leczenia stosuje się w Centrum, ponieważ pacjent czuje się o wiele lepiej.

Uprawianie sportu rekreacyjnego zwiększyło aktywność społeczną ludzi. Oni inicjowali nowe projekty w organizacji, zaczęli udzielać się społecznie i pomagać innym, niektórzy założyli swoje stowarzyszenia.

Spędzanie wolnego czasu na siłowni, albo w basenie, to znakomity pomysł. Jeżeli nie ma z kim się wybrać, można znaleźć ośrodek sportowy, w którym zaznajomią z przestrzenią i pomogą w innych czynnościach. Jędrna sylwetka, dobrze wyćwiczone mięśnie, wspaniałe samopoczucie, pewność siebie, wytrzymałość fizyczna i psychiczna, radość i większa efektywność w pracy oraz w innych codziennych zadaniach to korzyści płynące z uprawiania sportu rekreacyjnego. Nasze ciało i umysł to my. Więc dbajmy o rozwój zarówno intelektualny, jak i fizyczny.

Granice mojego świata

Choć zabrzmi to mało odkrywczo, powtórzę za wieloma – uczmy się języków obcych! Zewsząd zasypują nas oferty szkół językowych: banery reklamowe, rozdawane na ulicach ulotki, fiszki, podarunkowe płyty z rozmówkami w czasopismach, sterty oflagowanych pudełek z kursami typu „Hiszpański w 3 miesiące” w każdej z odwiedzanych księgarni, czy też mój ulubiony kurs „Angielski dla wiecznie początkujących”. Są i takie. Trzeba przyznać, że oferta edukacyjna jest szeroka i praktycznie każdy z nas znajdzie w niej coś dla siebie. Doprawdy trudno znaleźć wymówkę albo argument, który świadczyłby przeciwko zagłębieniu się w fascynujący świat języków obcych. I rzeczywiście uważam, że język obcy może zafascynować. Ten ogromny system znaków to swoista konstrukcja, machina, żywy organizm podatny i otwarty na zmiany i nowości. Ogrom tego systemu równie dobrze co zafascynować, może nas również przerazić – w obliczu takiego kolosa możemy mieć bowiem uzasadnione wątpliwości co do naszych możliwości lingwistycznych.

Niejeden z nas zastanawia się, jak to możliwe, że historia zna ludzi, którzy z opanowaniem kilkudziesięciu nawet języków obcych nie mieli większego problemu. Można by oczywiście podjąć próbę wyjaśnienia tego fenomenu powołując się na naukowe badania o wspólnych korzeniach niektórych języków i to z wędrówką kontynentów w tle, na potwierdzone teorie o wielkich językowych rodzinach począwszy np. od „praprapradziadka” praindoeuropejskiego do współczesnych dialektów znanych niejednokrotnie jedynie maleńkiej społeczności. Niemniej jednak przytoczone poniżej dane liczbowe mogą wzbudzać podziw przeciętnego Kowalskiego.

Bodajże najsłynniejszy poliglota jakiego zrodziła planeta – Emil Krebs – do końca życia opanował biegle w mowie i piśmie aż 68 języków, w stopniu zaawansowanym posługiwał się zaś 111 językami i dialektami. Włoski duchowny Giuseppe Gasparo Mezzofanti znał ponad 38 języków i 50 dialektów. Włoski lingwista Carlo Tagliavini znał natomiast 120 języków, w tym 35 języków biegle. Wybitni poligloci niejednokrotnie stawali się obiektem zainteresowań neurologów i neurolingwistów. Mózg Krebsa po jego śmierci został zakonserwowany i poddany specjalistycznym badaniom, które pozwoliły na stwierdzenie, że obszary Broki i Wernickego, tj. ośrodki w mózgu człowieka odpowiedzialne za generowanie mowy, były u niego znacznie lepiej rozwinięte niż u reszty populacji. Biografie słynnych poliglotów również są inspirujące. Praktycznie każdy z nich stosował jakąś swoistą metodę, językową „sztuczkę”, dzięki której osiągał tak spektakularny sukces językowy. Sztuczki sztuczkami – mimo wszystko ilość opanowanych przez poliglotów języków obcych może wzbudzać w nas frustrację. Uważam jednak, że zupełnie niepotrzebnie.

Jak radzi polski poliglota, Zygmunt Broniarek, autor książki „Jak nauczyłem się ośmiu języków”, do nauczenia się języka obcego nie są wymagane specjalne zdolności, wystarczy przeciętna inteligencja. Autor wskazuje, że specjalne zdolności językowe są nam potrzebne do nauczenia się dobrego akcentu w obcym języku, nie zaś do płynnego opanowania języka. Jego zdaniem – trudno się z tym zresztą nie zgodzić – lepiej mówić płynnie obcym językiem z nienajlepszym akcentem, niż nie posługiwać się nim w ogóle.

Z metodycznego punktu widzenia zadanie postawione przed lektorem języka obcego jest jedno, współczesna glottodydaktyka już dawno bowiem określiła swoje priorytety – najistotniejsze w procesie posługiwania się językiem obcym jest realizowanie celu komunikacyjnego. Oczywiście nie wyklucza to zaznajamiania słuchaczy z warstwą gramatyczną językowego systemu, niewątpliwie jednak dzisiaj uczymy języków obcych tak, aby gramatyka była podporządkowana leksyce. Generalnie uczenie się i nauczanie języka obcego sprowadza się do kształtowania czterech sprawności językowych. Dwie z nich nazywane są sprawnościami produktywnymi, gdyż – najprościej rzecz ujmując – ukierunkowane są na tworzenie tekstu; będzie to umiejętność ustnego wypowiadania się i umiejętność wypowiadania się na piśmie, dwie pozostałe natomiast to sprawności receptywne (nastawione na odbiór) – umiejętność rozumienia ze słuchu i umiejętność rozumienia tekstu czytanego.

Teoria teorią, pytanie – jak się uczyć języka obcego, ażeby w rezultacie się go nauczyć? Wachlarz stosowanych przez szkoły językowe metod jest szeroki. Wystarczy wspomnieć osławioną już metodę Callana , czy też metodę TEFL . Jeśli dołączymy do tego szereg indywidualnych sposobów i metod wypracowanych, a następnie sprawdzonych przez nas samych, to okaże się, że mamy w ręku potężne narzędzie, które może nam ułatwić albo przyspieszyć realizację celu. Każda z metod ma oczywiście swoje plusy i minusy, nie każda metoda będzie odpowiednia dla mnie, dlatego też indywidualizacja procesu nauczania języka obcego ma tak istotne znaczenie. W kolejnym numerze zaproponuję zatem kilka metod, które moim zdaniem mogą się okazać przydatne w opanowaniu języka obcego, w szczególności zaś w uczeniu się języka przez osoby słabowidzące i niewidome.

Niewątpliwie idealnie będzie, gdy na uczenie się języka obcego spojrzymy nie jak na przykry obowiązek uwarunkowany aktualnymi wymogami rynku pracy itp., zaś jak na interesującą, wielowymiarową przygodę. Filozof Ludwig Wittgenstein powiedział kiedyś: „Granice mojego języka są granicami mojego świata” – trudno nie zgodzić się z powyższym stwierdzeniem. Ilekroć poznajemy bowiem nowy język obcy, wkraczamy niejako na nowe przestrzenie, przekraczamy granice i to bynajmniej nie te wyznaczone na mapie, ustalone w wyniku tej czy owej konferencji etc. Przekraczamy granice własnego świata, a więc opanowujemy przestrzenie znacznie szersze aniżeli te wyznaczone terytorialnymi podziałami. Chyba nikogo nie zdziwi jeśli napiszę, że czym innym będzie przeczytanie książki w oryginale (zwłaszcza literatury pięknej), czym innym zaś przeczytanie jej tłumaczenia, które może znacznie zniekształcić przekaz i intencje autora, czy też nie oddać wszystkich niuansów, które w zamyśle autora powstały. Dodać przy tym należy, że uczenie się języka obcego to przecież nie tylko poznawanie tego czy innego alfabetu, słownictwa, struktur gramatycznych itp., ale również nieodzowna przy tym „obudowa” cywilizacyjno-kulturowa, tj. poznanie tradycji i kultury innego regionu. W tym ujęciu znajomość i posługiwanie się językiem obcym nadaje naszemu życiu inną, nową jakość. Tutaj ponownie możemy posłużyć się cytatem: „Człowiek żyje tyle razy, ile zna języków obcych” (Goethe). I ta myśl wydaje się trafiona.

Gorąco zachęcam zatem do podjęcia językowego wysiłku. Wprawdzie to nie czas noworocznych postanowień, ale przecież każdy moment jest dobry, ażeby wprowadzić w naszą codzienność nową inicjatywę. Poza tym, uwzględniając okoliczność, iż z realizacją noworocznych postanowień bywa czasem ciężko, może warto umyślnie zamienić je na wiosenną tym razem inicjatywę. Uaktywnijmy ośrodki Broki i Wernickiego!

Oczami psa przewodnika

Cześć! Mam na imię Bila, mam 6 lat i jestem psem przewodnikiem. Wiem, że rola, jaką pełnię w swoim życiu jest bardzo ważna, dlatego przybywam tu, by podzielić się z wami krótką opowieścią o mojej pracy: jak ona wygląda i jak pomagam swojej pani. Zawsze mi mówi, że ze mną jest jej o wiele łatwiej i że odmieniłam jej życie, więc śmiem nieskromnie twierdzić, że chyba dobrze wypełniam swoje zadania i w odpowiedni sposób pomagam w poruszaniu się mojej pani.

Zacznę od tego, że zanim zamieszkałam ze swoją ukochaną panią byłam szkolona przez specjalnie wykwalifikowanych treserów. Uczyłam się przede wszystkim koncentracji uwagi, jak nie reagować na wiele otaczających mnie interesujących rzeczy w momencie swojej pracy, jak zachowywać się w publicznych miejscach i przede wszystkim prowadzić swojego niewidomego właściciela, de facto zatrzymywać się przed przejściami, schodami, omijać przeszkody, które mogą pojawić się na drodze, np. słupki, auta, a nawet zaspy śniegu. Kiedy umiałam już wszystko, co było ode mnie wymagane i pozytywnie zdałam egzamin, wiedziałam, że teraz kolej podjąć pracę na pełny etat. Nie znałam jeszcze swojego właściciela, ale czułam, że to będzie ktoś aktywny, odpowiedzialny i zaopiekuje się mną w odpowiedni sposób.

Kiedy po raz pierwszy zobaczyłam swoją panią zrozumiałam, że się nie myliłam. Podbiegłam do niej i obwąchałam ją dokładnie. Miała bardzo przyjazny zapach. To był zapach smakołyków, którymi mnie poczęstowała. Podarowała mi również zabawkę, którą bawiłyśmy się po raz pierwszy. To było wspaniałe przeżycie. Od razu przypadłyśmy sobie do gustu i bardzo szybko wytworzyła się między nami wyjątkowa więź.

Zamieszkałam w bloku z windą na piątym piętrze. Dostałam swoje nowiuśkie, mięciutkie legowisko i nową michę, w której każdego dnia dostaję pyszne jedzonko. Nieopodal bloku dużo trawniczków, park, więc jak dla mnie warunki mieszkaniowe idealne. Obok bloku także mnóstwo sklepów i – co najważniejsze dla pani – przystanki autobusowe, więc warunki do pracy również bez zarzutów. Kiedy obwąchałam już cały swój teren, bardzo mi się spodobał i byłam ciekawa wszystkiego, co będzie się działo. To tyle tytułem wstępu, jak to wszystko się zaczęło. Mogłabym opowiadać jeszcze długo i długo, ale przejdźmy już do meritum, czyli jak wygląda dokładnie moja praca i jak poruszamy się z panią po mieście.

Każdy dzień rozpoczyna się bardzo radośnie, więc idę przywitać się z moją panią. Pani mówi, że śniadanie to najważniejszy posiłek w ciągu dnia. Wzięłam sobie to głęboko do serca i po porządnym wyściskaniu i wylizaniu czekam aż pani nasypie mi do miski karmę, którą zjadam w mig i jestem pełna sił, i gotowa do pracy. Pani ubiera mi uprząż, dzięki której może mnie wyczuć, a ja wiem, że jestem w pracy i od tego momentu muszę już być skupiona, obrożę i smycz. Od tego momentu nie wolno nikomu mnie głaskać i zaczepiać, ponieważ sprawia to, że rozpraszam się i dekoncentruję, a przecież muszę być uważna, aby czuwać nad pani bezpieczeństwem. Niejeden może mieć tragiczne skutki, np. kiedy się nie zatrzymam w odpowiednim momencie, pani może na coś wpaść, spaść ze schodów i zrobić sobie krzywdę, albo kiedy zapomnę zatrzymać się przed jezdnią… aż strach pomyśleć. Pani zawsze grzecznie tłumaczy dlaczego nie wolno mnie głaskać, jednak nie każdy to do końca rozumie i lekceważy zakaz. Dlatego, jeśli kiedyś nas zobaczycie lub jakiegoś mojego kolegę po fachu, to nie zaczepiajcie go i nie głaskajcie.

Wychodzimy z domu i podchodzimy do windy. Czekamy, aż się drzwi do niej otworzą. Wchodzimy i po kilku sekundach jesteśmy na dole. Podchodzę do schodków przed wyjściem i zatrzymuję się przed nimi, aby pani z nich nie spadła i czekam na komendę: naprzód. Następnie drzwi i jesteśmy na zewnątrz. Rano bardzo często odwiedzamy piekarnię, gdzie pani kupuje świeże pieczywo, które wspaniale pachnie. Trafiam tam po zapachu. Zatrzymuję się przed wejściem i czekam aż pani otworzy drzwi, a ekspedientka wita nas uśmiechem już od progu. Podchodzimy do lady i zatrzymuję się. Siadam sobie na chwilę i czekam aż pani zrobi zakupy. Czekam na hasło: idziemy, wyjście. Podchodzę do drzwi i również się przy nich zatrzymuję. Wracamy do domu szybkim krokiem, nie tracąc zbędnego czasu, którego zawsze mało.

Pani zjada śniadanie i wypija swój ulubiony napój, czyli kawę. Kiedy zbliża się czas do wyjścia, ubieramy się ponownie. Pani zawsze ma ze sobą malutką torebeczkę ze smakołykami. To są moje nagrody, które dostaję za dobrze wykonane zadanie. Uwielbiam dostawać nagrody. Idziemy na przystanek autobusowy. Zawsze mam nadzieję, że być może skręcimy do parku, jednak kiedy słyszę komendę: w lewo, przystanek, wiem już na pewno, że moje łapki wędrują nieco dalej. Podchodzimy do przystanku i pokazuję pyszczkiem ławkę, aby pani mogła sobie na chwilę usiąść i spokojnie poczekać na swój autobus. Ja za zwyczaj korzystając z okazji ucinam sobie króciutką drzemkę, ale jestem czujna i czekam na hasło: wstajemy, autobus, wejście i wtedy szybko wstaję i podchodzę do drzwi autobusu. Pani wyczuwa gdzie zaczynają się schody i wskakujemy do środka. Szukam dla pani wolnego miejsca i pokazuję jej, że może usiąść, a ja znów ucinam sobie drzemkę.

W autobusach jest często bardzo dużo ludzi i tym samym mało miejsca. Nie wszystkim się podoba, że ja też tam jestem i zabieram miejsce. Niecierpliwią się i dziwią, dlaczego taki duży pies jak ja nie ma kagańca. Pewnego razu jeden z kierowców nakrzyczał na moją panią właśnie z tego powodu. Pani grzecznie tłumaczyła mu, że jestem psem przewodnikiem i nikogo nie ugryzę. To prawda, jestem bardzo przyjaznym psem i nie w głowie mi takie rzeczy. Poza tym byłam uczona jak zachowywać się w miejscach publicznych i wiem, że należy być wtedy spokojnym i nic nie brać w zęby. No, chyba że pani poprosi, kiedy jej coś upadnie, np. rękawiczki lub klucze. Wtedy podnoszę je i podaję pani. Jednak ten kierowca był nieugięty i kazał nam wyjść. Mówił coś, że on wie lepiej, bo tyle lat pracuje jako kierowca i żaden pies nie może przebywać w autobusie bez kagańca. Pani jednak jest uparta i nie zamierzała wychodzić z autobusu, ponieważ musiała dotrzeć na miejsce o określonej godzinie. Poza tym jest to uregulowane prawnie, więc kierowca nie może tak po prostu kazać nam wyjść. Ostatecznie to kierowca ugiął się pod presją innych ludzi i musiał odjechać, gdyż i tak już był spóźniony. Naturalnie takie przypadki to rzadkość. Częściej jesteśmy z panią pozytywnie odbierane i słyszymy na swój temat miłe komentarze: np. jaki ładny i mądry piesek. Ludzie na ogół nie mają nic przeciwko mnie i w większości przypadków są przychylni, abym mogła z panią gdzieś wejść.

Poruszając się na mieście, przechodząc przez różne ulice, moim zadaniem jest omijanie przeszkód takich jak: zaspy, kałuże, dziury w chodniku lub jakieś niespodzianki, np. zaparkowane auto na chodniku bądź remonty. Pani jest łatwiej, bo nie musi pamiętać o tych wszystkich przeszkodach na drodze. Może poruszać się o wiele szybciej i sprawniej. Zawsze trafiamy do określonego miejsca i dzięki temu pani czuje się ze mną pewniejsza. Na komendę zatrzymuję się przed przejściem oraz jeśli to konieczne – podchodzę do słupka. Staję przed krawężnikiem i czekam aż pani zadecyduje kiedy przechodzimy i komendę: naprzód. W naszym mieście większość przejść posiada sygnalizację świetlną, więc nie ma z nimi większego problemu. Jeśli jej nie ma, to pani czeka aż jakiś samochód stanie i ją przepuści lub pyta przechodniów, czy można spokojnie przejść. Radzimy sobie nawet w kryzysowych sytuacjach. Jednego razu pojechałyśmy autobusem kilka przystanków za daleko, ponieważ były to przystanki na żądanie, a pani nie wiedziała o tym i nie wcisnęła przycisku, aby kierowca mógł stanąć. Na szczęście pani w porę się zorientowała i na kolejnym wysiadłyśmy z autobusu. Okolica była cicha i nie było nikogo, kogo można było by spytać o drogę. Pani jednak wiedziała, że gdzieś musi być przejście, a po drugiej stronie przystanek, na którym autobus staje jadąc w przeciwnym kierunku, jednak trzeba było go odnaleźć. Byłam ja i czuwałam nad jej bezpieczeństwem. Wróciłyśmy i niepewnie poszukiwałyśmy przejścia. Znalazłam je i stanęłam przed nim. Przeszłyśmy i byłyśmy już po drugiej stronie, więc już bliżej celu. Następnie na komendę: przystanek szukałam przystanku, który był nieco oddalony, jednak trafiłyśmy. Pani odetchnęła z ulgą i teraz pozostało już tylko czekać aż podjedzie autobus i cofnąć się o kilka przystanków, aby trafić na miejsce. Na szczęście autobus podjechał i zdążyłyśmy na czas. Wiem, że pani się wtedy strachu najadła, ponieważ była to dla niej nieznana okolica, a na dodatek bardzo cicha i nie było nikogo, kogo można by poprosić o pomoc. Jednak pomogłam jej w odnalezieniu określonych punktów i poradziłyśmy sobie.

Z panią bardzo często odwiedzamy galerie, sklepy lub restauracje. Zdarza się czasem usłyszeć, że tu z psem nie wolno, jednak najczęściej wystarcza informacja, że jestem psem przewodnikiem. Wtedy większość ludzi uśmiecha się i zaprasza do środka pytając czy pomóc w czymś. To bardzo miłe i dla pani, i dla mnie. Cenimy sobie serdeczność i chęć niesienia pomocy, która czasem jest potrzebna. Pani oczywiście, dbając o swój wygląd, odwiedza swój ulubiony salon fryzjersko-kosmetyczny. Jesteśmy również witane od progu i mile widziane. Kiedy moja pani robi się na bóstwo i coś tam robią jej we włosach lub paznokciach, ja wtedy ucinam sobie standardowo drzemkę i czekam aż pani będzie gotowa i wrócimy do domu. Uwielbiam pracować, ale również uwielbiam wracać do domu. To jest czas, kiedy mogę się w końcu rozłożyć na swoim legowisku, pobawić się z panią i zjeść kolację. Praca, którą wykonuję, jest satysfakcjonująca, ale czasem też męcząca, dlatego po powrocie odpoczywam i jest czas na relaks. Z panią oglądamy sobie jakiś serial lub wygłupiamy się na podłodze z poduszkami. Jestem szczęśliwa, że trafiłam do takiego domu i mam taką wspaniałą panią, obok której mogę czuć się spełnionym psem. Opiekujemy się sobą wzajemnie. Pokonujemy wspólnie różne bariery i dzięki temu rozwijamy się. Z każdym dniem zwiększa się nasza więź i przywiązanie.