Różne barwy pracy

Dostęp do pracy to cel podstawowy działań rehabilitacyjnych na rzecz osób z niepełnosprawnościami.

Jak wiadomo, do problemu rehabilitacji osób z niepełnosprawnością wzrokową należy podchodzić komplementarnie. Rehabilitacja to zespół działań mający na celu przywracanie osoby dotkniętej niepełnosprawnością ku pełni jej możliwości niezależnego i godnego wypełniania ról życiowych. Na pewno jedną z podstawowych ról życiowych człowieka jest możliwość zaspokajania potrzeb ekonomicznych poprzez pracę zawodową. Aby to było możliwe, należy podejmować profesjonalne działania w celu odpowiedniego zaprogramowania kompleksowych działań na rzecz stworzenia możliwości optymalnego funkcjonowania osób z dysfunkcją wzroku we wszystkich obszarach życia. Należy więc tak zaplanować proces rehabilitacji, aby uwzględniał on dokładną diagnozę potencjałów osoby niewidomej.

Trzeba więc ocenić stan psychiki, stan zdrowia ogólnego, poziom intelektualny i możliwości niezależnego funkcjonowania w społeczeństwie.

Bardzo ważne jest takie działanie, które w procesie kompleksowej rehabilitacji będzie wykorzystywać zarówno najnowsze osiągnięcia we wszystkich dziedzinach, jak też wzorować się na dotychczasowych osiągnięciach nauki i doświadczeń działań na rzecz kompleksowej rehabilitacji osób z niepełnosprawnościami. Bo, jak mówią słowa jednej z piosenek satyrycznych: „Bo nie wszystko było takie złe, nie wszystko”.

Proszę pozwolić mi na to, że w tej publikacji podzielę się z Państwem przemyśleniami opartymi na moich doświadczeniach wynikających z przebiegu mojej drogi zawodowej, jak i dość różnorodnej działalności społecznej.

Oczywiście nie obędzie się bez refleksji historycznej, jak też moich zapatrywań na przyszłość zatrudnienia osób z dysfunkcją narządu wzroku.

Jak to ze spółdzielczością niewidomych było

Na temat pracy w spółdzielniach niewidomych pojawiało się wiele różnych opinii, zwłaszcza o charakterze publicystycznym. Nierzadko posuwano się do drastycznych określeń spółdzielni niewidomych jako swoiste getta. Moim zdaniem to określenie nie było uprawnione, gdyż nie znam przypadków, aby ktoś dobrowolnie skazywał się na pobyt w getcie. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że gospodarcza forma istnienia zakładów pracy zatrudniających niewidomych wzięła wzór z dobrej polskiej tradycji ruchu spółdzielczego. Doświadczenie pokazało, iż niewidomi chcieli pracować w swojej zbiorowości, nawet rezygnując niekiedy z zatrudnienia na tzw. otwartym rynku pracy w ogólnych zakładach przemysłowych. W spółdzielniach niewidomi mieli nie tylko zagwarantowaną pracę zarówno nakładczą, jak i w zakładach zwartych, ale i godne zaplecze socjalne oraz szeroką działalność rehabilitacyjną w takich formach jak działalność sportowa, turystyczna, ochrona zdrowia. Pierwszą spółdzielnią niewidomych utworzoną w grudniu 1945 r. była lubelska spółdzielnia niewidomych. Twórcą tej placówki był Modest Sękowski, niewidomy wychowanek p. Henryka Ruszczyca, zasłużonego nauczyciela i wychowawcy w Laskach. W tym miejscu pragnę podkreślić rolę zaangażowania samych niewidomych w rozwój tworzenia miejsc pracy i rozwój ruchu spółdzielczego.

Początkowo spółdzielnie niewidomych funkcjonowały w sieci spółdzielni inwalidów. Jednak okazało się, że trudno było przebić się do świadomości wielu decydentów z argumentami o dość odrębnej specyfice funkcjonowania osób niewidomych. W 1957 roku doszło do utworzenia Związku Spółdzielni Niewidomych, który działał jednak nadal w strukturze Związku Spółdzielni Inwalidów. Dopiero po solidarnościowym zrywie z początku lat osiemdziesiątych został utworzony Centralny Związek Spółdzielni Niewidomych, który istniał do początku lat 90. W szczytowym okresie w ponad 30 spółdzielniach zatrudnienie znajdowało łącznie z pracownikami wykonującymi pracę nakładczą kilkanaście tysięcy osób niewidomych.

Niestety, okres liberalnej transformacji po roku 1989 bardzo negatywnie wpłynął na sytuację gospodarczą większości spółdzielni niewidomych. Słynna niewidzialna ręka rynku doprowadziła do wyparcia produktów wytwarzanych przez pracowników spółdzielni. Tanie wyroby importowane z krajów azjatyckich doprowadziły do niemal ruiny spółdzielnie dziewiarskie. Zanotowano ogromny spadek zatrudnienia osób niewidomych. Jak to często bywa, w ciężkich chwilach dla spółdzielni pojawiać się zaczęli „wybawiciele” proponujący przekształcanie spółdzielni w inne podmioty gospodarcze, co nierzadko kończyło się niekorzystnymi przekazaniami spółdzielczego majątku. Mimo, że w okresie transformacji można odnotować pozytywny fakt powstania ustawy o rehabilitacji zawodowej i społecznej oraz zatrudnianiu osób niepełnosprawnych w 1991 r. powołującej do istnienia Państwowy Fundusz Rehabilitacji Osób niepełnosprawnych, to minęło wiele czasu do momentu, w którym dało się odczuć pozytywne skutki działania tego funduszu.

Warto także wspomnieć o pozytywnym oddziaływaniu spółdzielni niewidomych na ambicję i rozwój intelektualny pracowników. Bardzo wielu niewidomych dzięki zapewnieniu podstawowych środków finansowych zdecydowało się na podjęcie nauki w wieczorowych szkołach średnich, a nawet na studiach wyższych w trybie zaocznym.

Trzeba też wspomnieć o wpływie środowiska niewidomych spółdzielców na integrację wszystkich niewidomych. Wielu działaczy spółdzielczych zajmowało ważne miejsca w lokalnych i centralnych władzach PZN. Dobrze wspominam owocną współpracę warszawskiego Okręgu PZN z czterema stołecznymi spółdzielniami niewidomych. Spółdzielnie osobowo i finansowo wspierały działalność naszego okręgu poprzez pomoc w zatrudnieniu potrzebnych pracowników czy np. użyczaniu środków transportu. W pierwszej połowie lat 80. poprzedniego wieku wraz z czterema warszawskimi spółdzielniami niewidomych, Zarządem Głównym PZN, Centralnym Związkiem Spółdzielni Niewidomych oraz Towarzystwem Opieki Nad Ociemniałymi w Laskach, utworzyliśmy Środowiskową Spółdzielnię Mieszkaniową. Spółdzielnia ta istnieje do dziś – obecnie kończy kolejną inwestycję, jest to już czwarty budynek mieszkalny.

W moim przekonaniu okres transformacji na przełomie lat 80. i 90. charakteryzował się odwróceniem się państwa od podmiotów gospodarczych zatrudniających niewidomych, jak i od organizacji pozarządowych, które w imieniu państwa świadczyły niezbędne usługi na rzecz osób niepełnosprawnych. Wtedy to wymyślono konkursy na świadczenie wielu usług na rzecz niewidomych, a przy okazji wiele cennych świadczeń, takich jak choćby lektoraty dla pracowników umysłowych, uległo likwidacji.

Ze swego doświadczenia muszę powiedzieć, że świadczenie to w moim życiu zawodowym odegrało bardzo ważną rolę, gdy przez ok. 2 lata pracowałem na samodzielnym stanowisku instruktora d.s. sprzętu rehabilitacyjnego i psów przewodników. Wtedy jeszcze nawet nie śniło się nam o korzystaniu z komputerów. Dzięki pomocy lektora byłem w stanie przygotowywać efektywnie dokumenty, prowadzić bieżącą korespondencję, prowadzić rozmowy mające na celu zakupy nowoczesnego sprzętu rehabilitacyjnego. Na początku lat 80. udało się nam doprowadzić do zakupu 15 Optaconów -urządzeń umożliwiających samodzielne odczytywanie tekstu czarnodrukowego i ok. 400 maszyn brajlowskich Perkins. Urządzenia te zostały przyznane potrzebującym te przyrządy do nauki czy wykonywania pracy umysłowej.

Muszę tu wspomnieć, że wówczas finansowaniem działalności rehabilitacyjnej PZN zajmowało się Ministerstwo Zdrowia i Opieki Społecznej.

Przełom technologiczny i nowa rzeczywistość gospodarcza

Przełom lat 80. i 90. to czas epokowych wydarzeń. Wtedy to pojawiła się możliwość dostępu do komputerów przez osoby niewidome, dzięki powstaniu polskiej mowy syntetycznej i odpowiedniego oprogramowania opracowanego przez Marka Kalbarczyka – niewidomego informatyka. To był naprawdę milowy krok, jeżeli chodzi o dostęp do informacji przez niewidomych. Co prawda na świecie istniały już i syntezatory mowy polskiej, ale były one dużo droższe od produktu polskiego. Z rozrzewnieniem dzisiaj wspominam swój pierwszy komputer AT286 z dyskiem twardym o pojemności 40 Mb i ramem chyba 4 Mb.

Komputery zakupił PZN i rozdysponował je najbardziej potrzebującym niewidomym poprzez odsprzedaż ich za kwotę nabycia spłacaną w 24 ratach. Na początku lat 90. powierzono mi kierowanie pracami komisji ds. komputeryzacji PZN. Przygotowaliśmy program komputeryzacji biura i okręgów PZN. Efektem naszych działań było to, że na korytarzach biurowych na Konwiktorskiej ucichły tradycyjne czarnodrukowe maszyny do pisania, a ich miejsce zajęły komputery. Trzeba było przeszkolić pracowników w zakresie umiejętności posługiwania się komputerami i odpowiednimi programami. Wtedy jeszcze panował edytor tekstów Wordstar. Pamiętam, że z zapałem studiowałem podręcznik brajlowski do tego edytora opracowany przez dr. Stanisława Jakubowskiego. Pragnę przypomnieć, że drukarnia brajlowska również została skomputeryzowana. Dyrektorem Zakładu Nagrań i Wydawnictw był Jan Rodański, stosunkowo niedawno ociemniały inżynier, którego poprzednim miejscem pracy były Zakłady Radiowe im. Marcina Kasprzaka.

Drukarnię komputeryzowali głównie Igor Busłowicz i Stanisław Jakubowski, informatycy z Altix sp. z o.o. Spółka ta przygotowała pożyteczne programy dobrze udźwiękowione takie jak: edytor QRTEXT, bazy udźwiękowione do wykorzystania przez okręgi PZN, a także udźwiękowione szachy i brydż.

Komputeryzacji miała także podlegać Biblioteka Centralna, którą kierowałem w latach 1992-2001. Proces komputeryzacji powierzyłem spółce Altix. Główną pracę informatyczną wykonał Igor Busłowicz. Proces komputeryzacji BC był zadaniem wieloletnim, gdyż nie można było zastosować dostępnych na rynku programów bibliotecznych, ponieważ zawierały one głównie interfejsy graficzne. Ponieważ merytoryczni pracownicy biblioteki były osobami niewidomymi, trzeba było stworzyć narzędzia umożliwiające im efektywną pracę bez zbytnich zmian w procedurze obsługi czytelników zarówno miejscowych, jak i zamiejscowych. Biblioteka jako pierwszy zakład własny PZN uzyskała w 1992 r. status zakładu pracy chronionej. Generalnie BC PZN wymagała szybkiej modernizacji magazynów, gdyż z powodu braku miejsca nie można było wprowadzać do obiegu czytelniczego nowości. Dzięki zrozumieniu naszych potrzeb otrzymaliśmy dużą pomoc finansową z PFRON na modernizację biblioteki. Dzięki temu we wszystkich magazynach bibliotecznych zainstalowane zostały tzw. ruchome regały, które znacznie poprawiły efektywność wykorzystania naszych magazynów. Zainicjowaliśmy także nowe działalności biblioteki, takie jak gromadzenie zbiorów cyfrowych, utworzenie działu zbiorów muzycznych udostępnianych do słuchania niewidomym na płytach CD. Dzięki finansom pozyskanym z ambasady Kanady stworzyliśmy możliwość udostępniania zbiorów cyfrowych za pośrednictwem modemu telefonicznego.

Ponadto dokonaliśmy modernizacji wielu pomieszczeń bibliotecznych i sali muzealnej, co przyczyniło się do ożywienia działalności muzeum tyflologicznego. Wszystkie merytoryczne zadania bibliotekarskie poza działem zbiorów tyflologicznych, wykonywali pracownicy niewidomi i słabowidzący.

Warto również przypomnieć, że już w połowie lat 90., jako pierwsza placówka PZN, miała swoją stronę internetową i pocztę elektroniczną.

Lata 90. to czas przekształceń prowadzących działalność gospodarczą zakładów własnych PZN w jednoosobowe spółki z ograniczoną odpowiedzialnością. Właścicielem spółek był PZN sam lub z innymi spółkami, ale to tylko w jednym przypadku – Zakładu Wielobranżowego. PZN przejmował również niektóre zlikwidowane spółdzielnie niewidomych i również tworzył z nich spółki.

Spółki PZN miały z założenia spełniać 3 podstawowe zadania: zatrudniać niewidomych, prowadzić działalność gospodarczą polegającą na wykonywaniu produkcji lub świadczeniu usług adresowanych do niewidomych i przynosić zysk Zarządowi Głównemu PZN. W tym czasie pełniłem funkcję sekretarza generalnego Zarządu Głównego PZN. PZN powoływał także nowe spółki, m.in. spółkę Print6. Większość z nich posiadała status zakładów pracy chronionej. W szczytowym okresie w tych przedsiębiorstwach zatrudnionych było ponad 100 osób z niepełnosprawnościami. W latach 1995-1997 w PZN zaczęło się źle dziać. Okazało się, że 2 członków prezydium poręczyło bez uchwały Zarządu Głównego kredyt w wysokości ok. 17 mln zł spółce nie związanej z PZN. Ponadto w prasie zaczęły pojawiać się enuncjacje o angażowaniu się PZN-owskich spółek w bliżej nie sprecyzowane interesy i działo się to bez wiedzy władz Związku, poza prezesem. O tych faktach informowałem niejednokrotnie podczas posiedzeń Prezydium. Informowałem o sytuacji finansowej i gospodarczej także podczas posiedzenia Zarządu Głównego w czerwcu 1997 r. Niestety cała dyskusja była skierowana była przeciw mnie, co miało doprowadzić do odwołania mnie z funkcji sekretarza generalnego. W związku z takim obrotem rzeczy postanowiłem sam złożyć rezygnację. Postanowiłem poinformować delegatów na Krajowy Zjazd, który odbył się pod koniec roku 1997 o wszystkich trudnych sprawach w Związku. Mój list – wydawało się – przejdzie bez echa, ale mimo, że wybrano na prezesa Zarządu Głównego ponownie tę samą osobę, pod koniec Zjazdu jeden z delegatów złożył wniosek o powołanie komisji mającej zbadać postawione przeze mnie zarzuty dotyczące działalności prezesa Związku i wniosek ten uzyskał większość głosów delegatów. Zarzuty postawione przeze mnie komisja potwierdziła i w maju 1998 r., na początku posiedzenia Zarządu Głównego PZN prezes złożył rezygnację z pełnienia swojej funkcji. Postanowiono zwołać nadzwyczajny Krajowy Zjazd Delegatów na koniec czerwca 1998 r. Zjazd dokonał oceny działania komisji powołanej na Zjeździe zwyczajnym i dokonał zmian we władzach Zarządu Głównego PZN. Wolą delegatów powierzono mi pełnienie funkcji Przewodniczącego Zarządu Głównego PZN. Funkcję tę pełniłem do marca 2004 r. społecznie, a zawodowo pracowałem jako dyrektor Biblioteki Centralnej. Od maja 2001 r., po wygraniu konkursu na dyrektora i prezesa spółki ZNiW, kierowałem tą placówką do grudnia 2006 r. Z pracy w ZNiW zrezygnowałem z powodu braku porozumienia z prezes PZN. Nie chciałem się godzić na ręczne sterowanie spółką. Polegało to m.in. na tym, że zaskakiwano mnie decyzjami o powoływaniu w skład zarządu spółki osób praktycznie znikąd. Ich zaletą prawdopodobnie była wiernopoddańcza lojalność pani prezes. Dzisiaj już spółka nie istnieje, a Zarząd Główny przejął znaczny majątek w postaci maszyn i urządzeń, i czerpie korzyści z jego dzierżawy, a niewidomi pracownicy spółki nawet nie otrzymali należnych im odpraw wynikających z likwidacji ich zakładu pracy.

Jeżeli chodzi o obecną sytuację osób niewidomych na rynku pracy, to wygląda ona nie za wesoło. Możemy o tym przeczytać w innym materiale opublikowanym w Helpie, a także w raporcie NIK poświęconym zagadnieniu zatrudniania osób niepełnosprawnych.

Praca jako filozofia życia

Pracowaliśmy we dwójkę. Potrząsałem plastikowym prostokątnym sitem do przesiewania ziemi tak, aby przefiltrowana ziemia leciała do wiadra, a kamienie, patyczki, liście i inne zbędne rzeczy pozostawały na sicie. Często musiałem rozbijać stwardniałe bryłki ziemi małym metalowym prętem, który pełnił funkcje brony, kilofa albo glebogryzarki. Mój kuzyn, jak koparka łopatą, oddzielał urobek od gruntu i przenosił go na sito. Kiedy wiadro się napełniało, przesypywałem skarb do wielkiego wora. Każdy łakomy wór połykał 4-5 wiader i ważył 40 kilogramów. Jak załatwialiśmy jeden wór, ładowałem go na grzbiet i tarabaniłem się do garażu, z którego potem nasz pracodawca wywoził tę ziemię, pakował do mniejszych worków i szczęśliwie nie tanio sprzedawał. Tak władczy kapitalista uzyskuje i powiększa zysk, a obezwładniona klasa robotnicza jest eksploatowana i wyzyskiwana – czarny obraz rzeczywistości wg teorii Marksa. Po takie zabiegi umysłowe wtedy nie sięgałem i bardzo się cieszyłem, że znaleźliśmy pracę dorywczą, że jestem w stanie harować jak wół i mogę zarabiać. Miałem 16 lat, chodziłem do szkoły i uczęszczałem na zajęcia w szkole muzycznej II stopnia.

Na rozwój dziecka wpływa wiele czynników. Wśród psychologów, socjologów i nawet politologów toczą się zacięte spory o to, co ma przeważające znaczenie – środowisko, uwarunkowanie genetyczne, psychiczne, somatyczne. Trudno stwierdzić, co przy podejmowaniu decyzji życiowych i zarządzaniu własnym życiem ma większy ciężar determinujący – struktura (otoczenie, okoliczności, różne konteksty) bądź podmiotowość (własne wewnętrzne dążenie do czegoś, świadomość swych celów i gotowość do działania na rzecz ich osiągnięcia). Miałem szczęście wychowywać się w bardzo pracowitej rodzinie. Moi rodzice urodzili się na wsi, samodzielnie przeprowadzili się do miasta, ukończyli studia wyższe, trudzili się w różnych zakładach, spółkach prywatnych, na stanowiskach w instytucjach samorządu terytorialnego. Będąc dzieckiem to wszystko nieświadomie pochłaniałem, jak gąbka absorbuje wodę, a mózg te wrażenia przetwarzał, analizował i wyciągał wnioski.

Moi rodzice nie mają wykształcenia w zakresie tyflopedagogiki i psychologii. Po szoku, którego doznają rodzice, kiedy ich w pełni zdrowe dziecko nagle traci wzrok, jak opadły emocje, a ból został trochę wyciszony, postanowili, że muszą przyłożyć wszystkich starań, aby ich syn mógł w przyszłości usamodzielnić się i zarabiać na życie. Nie znali się na różnych teoriach, w których praca jest traktowana jak forma rehabilitacji albo jak sposób uspołecznienia niewidomego, włączenia go w społeczeństwo. Przy wychowaniu niewidomego dziecka kierowali się pragmatyzmem i praktycznym punktem widzenia na sprawy życiowe. W wieku wczesnoszkolnym w miarę moich ówczesnych możliwości intelektualnych pojmowałem, że jak wszyscy ludzie będę musiał pracować, ale gdzie i jak – tego jeszcze nie wiedziałem.

Przed laty można było przez całe życie pracować w jednym zakładzie i w tym samym zawodzie. Trudno oceniać, czy to dobrze czy źle, ale cechą dzisiejszych czasów niewątpliwie jest dynamiczność. To, co kiedyś wydawało się na zawsze utrwalone i solidnie zamontowane, zmienia się, przekształca i nabywa innych właściwości. W czasach dzisiejszych nie wystarcza mieć tylko jednego zawodu w rękach. Człowiek, który kiedyś nabył umiejętność wykonywania konkretnych zadań, po upływie jakiegoś czasu może zacząć odczuwać, że te umiejętności już nie są potrzebne na rynku pracy, albo należy je udoskonalić. Koncepcja uczenia się przez całe życie pewnym krokiem weszła w naszą codzienność i pod jej dyktando musimy się ciągle kształcić, poznawać nowe rzeczy i analizować to, co już mamy jako nasze doświadczenie życiowe. Aby nie zostać bezradnie na brzegu burzliwej rzeki życia społecznego i ekonomicznego, osoba z niepełnosprawnością wzrokową powinna przyjąć tę koncepcję do świadomości i inwestować zarówno zasoby czasowe, jak i finansowe we własny rozwój zawodowy i osobisty.

W wieku wczesnej adolescencji, chyba jak każdy dorastający człowiek miałem do czynienia z mnóstwem konfliktów wewnętrznych. Moja niepełnosprawność była bogatym źródłem dodatkowych, potwornie skomplikowanych pytań i niszczących psychikę zmartwień. Gubiłem się w poszukiwaniu mojej tożsamości. Ciężko było wyznaczać cele. Koła auta mojej egzystencji utykały w trującym i śmierdzącym błocie ponurej rzeczywistości, którą sobie wykreował mózg zdesperowanego nastolatka. Zdecydowanie nie chciałem chodzić do szkoły muzycznej, rozwaliłem skrzypce, waliłem pięściami w bezwinne pianino. Rodzicom w takiej sytuacji jednak udało się przekonać mnie do kontynuacji zajęć. I za to jestem im wdzięczny. To jest mój pierwszy zawód. To są moje umiejętności i w razie potrzeby zawsze będę mógł je wykorzystać komercyjnie, albo w celu zaspokojenia potrzeb o innym charakterze. Pracowałem jako nauczyciel, grałem w restauracjach, nagraliśmy płytę z kolegami. Po przeprowadzce do Polski biorę udział w różnych koncertach. Muzykowanie i improwizowanie są dla mnie sposobem wyciszenia emocji, ich przekazywania, sposobem rozumienia siebie i świata.

Decyzję o studiach wyższych podjąłem świadomie. Wybór kierunku studiów, a to oznacza przyszłego zawodu, jest zadaniem żmudnym. Osoba niewidoma ma do wyboru sporo kierunków, na których sobie poradzi. Jednak trzeba się zastanowić, czy w przyszłości nabyte umiejętności będą gwarancją znalezienia pracy. Studia wyższe to wielki wysiłek fizyczny i intelektualny. Jak inwestujemy w takie przedsięwzięcie naszą energię życiową, środki finansowe i czas (wielka wartość dla każdego śmiertelnika), to należy inwestować w rzeczy pożyteczne. Wybrałem języki obce, ponieważ mam do nich wielką pasję. Również doszedłem do wniosku, że znajomość języków obcych zawsze się przyda. Po ukończeniu studiów w zakresie filologii języka angielskiego i niemieckiego pracowałem jako tłumacz (pisemny i ustny) i nauczyciel. Udzielam korepetycji i piszę teksty na zamówienie. Zaletą znajomości języków obcych jest to, że jest możliwość poznawania innych kultur, krajów, ludzi i można to robić bezpośrednio, czyli bez tłumaczeń.

Dla osoby niewidomej znalezienie pracy zawsze jest wyzwaniem. Nie stanowię wyjątku. Oto moja lista najważniejszych rzeczy, która może pomóc polującemu na rynku pracy.

Im więcej umiejętności, tym lepiej.

Różnorodność umiejętności pozwala pracować w różnych zawodach i na różnych stanowiskach.

Umiejętności komunikacyjne i samoreprezentacji.

Gotowość do dostosowania się do nowych warunków jest nader ważna. Na początku zakres obowiązków i zadania do wykonania mogą przerażać. Może się wydawać, że praca nie pasuje do umiejętności i ambicji. Trzeba rozważnie wszystko w głowie poukładać. Każda praca się opłaca.

Gotowość do podjęcia pracy niezarobkowej. Trzeba zacząć działać. Na początku może bezinteresownie. Jak będzie już wykreowany wizerunek odpowiedzialnego, pracowitego fachowca, magnes ten przyciągnie pieniądze.

Gotowość do pracy, która jest mniej atrakcyjna i nie za bardzo rozwojowa. Czasem trzeba zdjąć koronę z głowy i zabrać się do roboty. Lepiej mieć mniej pieniędzy, ale już zarabiać, niż czekać na wymarzoną pracę nie mając żadnych źródeł dochodu.

Higiena pracy. Aby być efektywnym w pracy, trzeba planować swoje działania. Wydajność zależy od planowania. Im lepiej działania są zaplanowane, tym większa efektywność. Wypoczynek też gra ważną rolę. Empirycznie trzeba ustalić ilość godzin snu, która gwarantuje sukces w pracy, dopasować do potrzeb własnego organizmu jadłospis i znaleźć sposoby na odprężenie i stres. Moje propozycje to ćwiczenia na siłowni, pływanie, bieganie, spacery, spokojna rozmowa, słuchanie muzyki, gotowanie, czytanie.

Na zakończenie chciałbym powiedzieć, że praca to niezbędny element naszego życia. To źródło dochodu, satysfakcji, sposób na uczestnictwo w życiu społecznym, gospodarczym i politycznym. Jak pisała w opracowaniu „Historia polskich niewidomych w zarysie” doktor Ewa Grodecka, kiedyś uczono niewidomych szczotkarstwa, koszykarstwa, torebkarstwa, dziergania, koronkarstwa, muzyki, strojenia fortepianów. Dzisiejsze czasy, jak dowcipnie zauważa niewidoma amerykańska badaczka niepełnosprawności Georgina Kleege, są dobre dla tych, którzy zamierzają stracić wzrok, ponieważ są inne rozwiązania techniczne i instytucjonalne. Do naszego użytku są organizacje pozarządowe i instytucje państwowe oferujące pomoc oraz nowoczesne dostępne informacyjno-komunikacyjne technologie. Nowe warunki powodują, że mamy pluralizm przy wyborze zawodu i na rynku pracy. Ale, trzeba podkreślić, te wszystkie nowe, sprzyjające rozwojowi warunki, mogą zejść na psy, jeżeli sama osoba niewidoma będzie bierna, ciągle oczekująca na pomoc i narzekająca na ciężkie życie.

Felieton skrajnie subiektywny.

Soft power kontra hard power

Nierówną walkę na argumenty stoczyłam ostatnio ze znajomą. Nierówną, bowiem czasem trudno znaleźć właściwą odpowiedź, jeśli samemu ma się wiele wątpliwości dotyczących mądrości etapu i prób stosowania przez rząd Zjednoczonej Prawicy tzw. soft power, a bardziej swojsko – miękkiej siły, którą moja znajoma nie dość precyzyjnie rozumie, dzieląc ją na soft power wewnątrz kraju i soft power w polityce zagranicznej, podczas gdy miękka siła definiowana jest jednoznacznie, jako „zdolność narodu czy kraju do pozyskiwania sojuszników i zdobywania wpływów dzięki atrakcyjności własnej kultury, polityki czy ideałów politycznych”.

Wstępem do naszej dyskusji stał się niewybredny atak na Magdalenę Ogórek pod gmachem TVP. Dziennikarka została dosłownie osaczona przez garstkę rozjuszonych demonstrantów, którzy próbowali zaszczuć ją, przestraszyć i sprowokować. Demonstrujący ujadali jak stado wściekłych wilków, popychali kobietę, szarpali, podtykali jej pod nos jakieś bzdurne hasła, oklejali samochód trudno zmywalnymi nalepkami, zagrzewając się wewnątrz swojego stada do walki z delikatną blondynką. Obrzydliwość. Wyglądało na to, że dziennikarka została pozostawiona samej sobie, zdecydowanych działań policji – przynajmniej w początkowej fazie zajścia – nie było jakoś widać. Według mojej interlokutorki policja powinna była działać w sposób dużo bardziej zdecydowany. Podobne obrazki można było oglądać podczas tzw. puczu opozycji w Sejmie w 2016. Wówczas także dziennikarze TVP byli zaszczuwani przez protestującą dzicz – trąbiono im prosto w uszy bardzo głośnymi wuwuzelami, wyzywano ordynarnymi słowami, popychano, otaczano, zasłaniano. Dzicz wykonywała za ich plecami nieprzyzwoite gesty i miny. Policja nie interweniowała. Byłam zbulwersowana zarówno zajściami podczas puczu, jak i nagonką na Magdalenę Ogórek, ale uważam, że siłowe wkroczenie policji skutkowałoby eskalacją zajść i doprowadziło do tego, że w świat poszłyby obrazki, jak to polscy policjanci biją Bogu ducha winnych ludzi. Argument strony przeciwnej – francuska policja dotkliwie bije demonstrantów, jest bardzo agresywna i nic się z tego powodu nie dzieje – europejska opinia publiczna milczy. Owszem, ale niektórzy mogą więcej. Polska do nich nie należy.

Asumptem do kolejnej dyskusji na temat soft power w rozumieniu mojej znajomej stała się konferencja bliskowschodnia zorganizowana w Warszawie przez Polskę i USA. Nie wdając się w zagadnienia merytoryczne i w rozstrzygnięcie czy konferencja w istocie dotyczyła Iranu, jak twierdził wiceprezydent USA Mike Pence, czy też Iran był tylko jednym z elementów podczas niej dyskutowanych, jak twierdził Jacek Czaputowicz, minister spraw zagranicznych Polski i nie wdając się w dywagacje czy Polska coś straciła, czy zyskała na organizacji przedsięwzięcia, trudno nie zauważyć, że goście, którzy nas odwiedzili, nie zachowali się zbyt elegancko. Moja oponentka uważa, że w istocie goście zepsuli powietrze w salonie i nie zamierzali przeprosić. W tym punkcie trudno się z nią nie zgodzić. Na początek Mike Pompeo, amerykański sekretarz stanu, który na wspólnej konferencji prasowej z Jackiem Czaputowiczem, najpierw za przykład niezłomności polskiego ducha podał postać żydowskiego partyzanta Franka Blaichmana, który z partyzanta przeistoczył się w stalinowskiego oprawcę, następnie poruszył kwestię restytucji mienia utraconego w Polsce przez Żydów podczas Holokaustu, tych Żydów, którzy sami lub ich potomkowie są dziś obywatelami USA. Pompeo zapomniał, a może nie wiedział (?), że roszczenia restytucyjne zostały uregulowane w drodze umowy indemnizacyjnej, zawartej 16 lipca 1960 roku w Waszyngtonie między rządem Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej a rządem Stanów Zjednoczonych Ameryki. Dotyczyła ona uregulowania roszczeń obywateli amerykańskich wobec państwa polskiego z tytułu przejęcia przez Polskę ich mienia w drodze nacjonalizacji, albo w inny sposób. Z umowy wynika, że Polska zapłaciła rządowi USA 40 mln dolarów w 20 ratach, w zamian za co rząd USA przejął na siebie zobowiązania w związku z roszczeniami odszkodowawczymi i zobowiązał się, że nie będzie wysuwał, ani popierał żadnych roszczeń z tego tytułu obywateli amerykańskich wobec Polski. Warto przy tej okazji przypomnieć, że Polska zawarła podobne umowy odszkodowawcze z Francją, Danią, Szwajcarią, Szwecją, Wielką Brytanią, Norwegią, Belgią, Luksemburgiem, Grecją, Holandią, Austrią i Kanadą. Polska wypłaciła wszystkim tym państwom ustalone kwoty odszkodowań za mienie pozostawione na terytorium kraju przez cudzoziemców. W wymiarze prawno-międzynarodowym zrealizowane umowy zamykają problematykę rekompensat za mienie cudzoziemców przejęte przez władze polskie po II wojnie światowej.

Wracamy do konferencji bliskowschodniej w Warszawie. Kolejnego afrontu jako państwo i naród doczekaliśmy się od Benjamina Netanjahu, premiera Izraela, który na tej samej konferencji oskarżył naród polski o kolaborację z Niemcami w dokonywaniu Holokaustu, podczas gdy to Polacy wraz z Żydami byli tego Holokaustu ofiarami. Premier Izraela co prawda zaprzeczył, by mówił o całym polskim narodzie i zapewnił, że chodziło mu jedynie o pojedyncze przypadki kolaboracji, ale fatalny wydźwięk tej wypowiedzi pozostał.

Ostatnią z tria nieeleganckich gości była Andrea Mitchell, prominentna dziennikarka amerykańskiej stacji NBC News, która relacjonując z Warszawy konferencję bliskowschodnią powiedziała, że powstanie w getcie warszawskim wybuchło „przeciw polskiemu i nazistowskiemu reżimowi”. Długo wahała się z przeprosinami, w końcu zamieściła je na Twitterze. Pod presją dyplomatyczną, po równie długim wahaniu, przeprosiła także na antenie NBC News. Moja oponentka w dyskusji uważa, że należało uznać dziennikarkę za persona non grata i poprosić ją o opuszczenie terytorium naszego kraju. Jeśli chodzi o polityków – Pompeo i Netanjahu – należało według niej kategorycznie zareagować.

W dyskusji na temat soft power w polityce zagranicznej mnie i moją znajomą pogodziła decyzja premiera Mateusza Morawieckiego, który zapowiedział rezygnację z obecności na szczycie Grupy Wyszehradzkiej, 19 lutego, w Izraelu, obniżając rangę polskiej delegacji do poziomu ministra spraw zagranicznych. Decyzja ze wszech miar uzasadniona. Premier twardo zadeklarował – dość obrażania naszego kraju, którego przedstawiciele poddawani byli eksterminacji przez hitlerowskie Niemcy w stopniu równie wysokim, jak naród żydowski. Pomimo tego Polacy ratowali Żydów, narażając siebie i swoje rodziny na niechybną śmierć. Decyzja premiera mieści się zdecydowanie w pojęciu hard power.

Faktem, który pogodził nas w odniesieniu do polityki wewnętrznej była natomiast decyzja o wycince drzew na Mierzei Wiślanej, przygotowująca prace nad jej przekopem. To była także decyzja hard power – wbrew rosyjskim interesom, wbrew rosyjskim agentom wpływu rezydującym w Polsce i wbrew Komisji Europejskiej, która postanowiła znów czegoś nam zabronić.

Na zakończenie dyskusji musiałam po części przyznać rację mojej oponentce, ba, nawet zgodzić się na jej twórcze rozwinięcie definicji soft power. Na miękką siłę czas był po zrzuceniu pęt komunizmu. Byłby to długotrwały, cierpliwie prowadzony proces, dzięki któremu dziś bylibyśmy w zupełnie innym miejscu. Skoro tak się nie stało, czas nadrobić zaległości i zastosować hard power.

Czy chcieć to móc?

Społeczny wizerunek osób niepełnosprawnych przedstawia się bardzo stereotypowo. Funkcjonuje przekonanie, że są to osoby słabe, lękliwe, pełne obaw, samotne, podejrzliwe, skryte, niepewne siebie, wycofane społecznie, niezdolne niemal do niczego. Są kojarzone bardziej z niepowodzeniem niż sukcesem, wywołują raczej litość i chęć niesienia pomocy oraz niemożliwość traktowania ich jako partnerów podejmowanych inicjatyw. Spotykamy się także ze stereotypem osoby starszej jako niesamodzielnej, pozbawionej energii, depresyjnej. Często takie osoby, szczególnie przez młodszą część społeczeństwa, postrzegane są jako staroświeckie czy złośliwe. Te dwa stereotypy mogą również iść ze sobą w parze, gdy osoba starsza jest równocześnie niepełnosprawna.

Zaprzeczeniem tych przekonań od lat utartych w społeczeństwie jest postawa jednej z podopiecznych rzeszowskiego Tyflopunktu Szansa dla Niewidomych. Patrząc z perspektywy czasu przypominam sobie, że była pierwszą osobą, o której usłyszałam w pierwszych dniach mojej pracy w rzeszowskim oddziale Fundacji. Sposób, w jaki wyrażała się moja współpracowniczka Ola i wolontariusz Fundacji Kuba o tej podopiecznej potęgowało moje zaciekawienie dotyczące jej osoby i z niecierpliwością oczekiwałam, aby ją poznać osobiście. I w końcu się to stało. Jestem przekonana, że pasuje do niej powiedzenie ,,chcieć to móc”, co też sama podopieczna Fundacji potwierdza w rozmowie ze mną dodając, że jeśli chce coś zrealizować, to wkłada w to swój cały wysiłek. Celem lepszego zrozumienia sensu tych słów dokonam krótkiej prezentacji. Nasza podopieczna to kobieta mieszkająca w niewielkiej wsi położonej w województwie podkarpackim. Parę lat temu ukończyła szkołę średnią i zdała maturę, a następnie podjęła naukę w Szkole Policealnej Integracyjnego Masażu Leczniczego nr 2 w Krakowie. Można zapytać: cóż w tym niespotykanego? Już spieszę z wyjaśnieniem: jest obecnie 58 letnią babcią, od urodzenia niepełnosprawną z powodu wady wzroku, również słabosłyszącą. Te fakty zmieniają postać rzeczy i stawiają przedstawioną osobę w nieco innym świetle, dlatego twierdzę, że podopieczna naszej Fundacji „burzy” stereotypy osoby niepełnosprawnej i starszej.

Przyjrzyjmy się nieco bliżej jej edukacji. Czy była i jest to droga prosta, bez przeszkód? Wątpię. Trzeba zaznaczyć, że jest to osoba wytrwała, nie zrażająca się przeciwnościami losu, co więcej, nie skupiająca się na nich już po fakcie i nie mająca skłonności do narzekania. W rozmowie ze mną nawet słowem nie wspomina o trudnościach pojawiających się w związku z jej słabym wzrokiem. O całym wydarzeniu, o którym zaraz opowiem, dowiaduję się pośrednio, od wolontariusza Jakuba. Był to bardzo ważny dzień w życiu naszej podopiecznej. Wybierała się na egzamin maturalny z matematyki, ale została zatrzymana… i to dosłownie. Przyczyną była rozkopana ulica podczas remontu, której nie zauważyła, wpadła do wykopanej dziury i mocno się przy tym potłukła. Obrażenia były na tyle poważne, że trafiła do szpitala. Jak można się domyślać, nie dotarła już tego dnia do sali maturalnej. Nie zniechęciła się jednak całym wydarzeniem i zdeterminowana zdała egzamin w późniejszym terminie. Można? Jak najbardziej.

Na dalszą drogę edukacyjną nasza podopieczna zdecydowała się wybrać Szkołę Policealną Integracyjnego Masażu Leczniczego nr 2 w Krakowie. Trzeba zauważyć, że odległość z niewielkiej podkarpackiej wsi, w której obecnie mieszka, do Krakowa, to nie rzut beretem – obie miejscowości są oddalone od siebie o około 170 km. Ale to nie przeszkoda nie do pokonania dla naszej podopiecznej. W tygodniu mieszka w Internacie razem z innymi uczniami szkoły. W tej integracyjnej placówce edukacyjnej od ponad 60-ciu lat kształci się młodzież niewidoma i słabowidząca wraz z osobami widzącymi. Uzyskuję informację, że wśród koleżanek i kolegów naszej podopiecznej jest głównie młodzież i studenci takich kierunków jak AWF czy Fizjoterapia. Pochodzą z różnych stron kraju. Na pytanie jaka atmosfera panuje w szkole i w internacie wśród uczniów i nauczycieli, otrzymuję odpowiedź, że ,,szkoła to rodzina, praca to rodzina”, bo wszyscy sobie nawzajem pomagają, np. w ćwiczeniach fizjoterapeutycznych, przed kolokwiami czy egzaminami wzajemnie się wspierają. Zapytana przeze mnie o kadrę nauczycielską z pełnym przekonaniem odpowiada, że ,,są tam najlepsi nauczyciele na świecie, potrafią zaciekawić tematem i wytłumaczyć obrazowo, a przy tym są bardzo pomocni i mają indywidualne podejście do ucznia”. Bez cienia wątpliwości muszę stwierdzić, że słuchając jej opowiadań odczuwam, że jest ogromnie zadowolona, że zdecydowała się kształcić w Krakowskiej Szkole Masażu. Dalsze plany zawodowe po uzyskaniu tytułu technika masażysty wiąże oczywiście z pracą w tym zawodzie. Obecnie nie wybiega za bardzo w przyszłość. Koncentruje się na tym, co tu i teraz, cieszy się chwilą obecną. Jeśli już zdarza się jej skupiać na przyszłości, również zawodowej, to myśli o niej z optymizmem podkreślając, że osoby, które naprawdę chcą pracować, z pewnością znajdą pracę.

Nadszedł czas na wyjaśnienie, kiedy ta ambitna kobieta trafiła do rzeszowskiego oddziału Fundacji Szansa dla Niewidomych. Stało się to wiosną 2015 roku. Wtedy zaczęła się trwająca do dziś współpraca z pracownikami i wolontariuszami Fundacji. Z uwagi na bardzo pożądaną cechę u naszej podopiecznej, jaką jest apetyt na wiedzę, spotkania są bardzo owocne. Podam kilka przykładów w celu lepszego zobrazowania charakteru współpracy. Pomoc w trakcie edukacji w szkole średniej i przygotowań do matury polegała m.in. na wskazaniu możliwości poszukiwania potrzebnych informacji edukacyjnych, istniejących rozwiązań technologicznych ułatwiających naukę, a także była to pomoc w rozwiązywaniu zadań. W tym zakresie nieocenioną rolę odegrał wolontariusz Fundacji Jakub. W trakcie nauki w Krakowskiej Szkole Masażu pojawiły się kolejne wyzwania, zarówno przed naszą podopieczną, jak i pracownikami Fundacji, przykładowo: pomoc udzielana przez Olę w nauce anatomii człowieka po angielsku. I my przy okazji się trochę dokształcamy, gdyż dowiedzieliśmy się m.in., że angielskie słowo musculus trapezius to mięsień czworoboczny, a musculus latissimus dorsi to mięsień najszerszy grzbietu. Zaskoczeni odkryliśmy także, że mamy w nodze mięsień o bardzo wdzięcznej nazwie zwany płaszczkowatym (po angielsku to musculus soleus). Innym razem ujrzały światło dzienne zdolności poetyckie naszego wolontariusza Jakuba, który z zapałem zaangażował się w pomoc w pisaniu wiersza o świetle spolaryzowanym na zajęcia z fizykoterapii. Wspólny wysiłek się opłacił, wiersz został nagrodzony brawami przez pozostałych uczniów, a co najważniejsze, udało się uniknąć pisania kolokwium. Jak więc łatwo zauważyć, ze współpracy płyną obustronne korzyści, a pomoc w edukacji okazuje się inspirującym wyzwaniem również dla pracowników i wolontariuszy Fundacji. Z racji faktu, że Jakub jest osobą znającą naszą podopieczną najdłużej, przytoczę jeszcze parę pełnych podziwu słów o niej, którymi się ze mną podzielił podczas naszej rozmowy: ,,Nie znam drugiej osoby, która w starszym wieku, będąc osobą słabowidzącą i słabosłyszącą, poszłaby zdawać maturę, a potem jeszcze dalej się szkolić, bo stwierdziła, że jeszcze mało w życiu zrobiła. Wyrwała się z małej miejscowości. Jest to osoba zorientowana na cel, jak sobie coś wymyśli, to zrobi. Zrobi wszystko, aby osiągnąć cel i bardzo dobrze, takich ludzi brakuje.”

Mottem Szkoły Policealnej Integracyjnego Masażu Leczniczego nr 2 w Krakowie są słowa Jana Pawła II wypowiedziane podczas pierwszej pielgrzymki do Polski: ,,Człowiek jest wielki nie przez to, co ma, nie przez to kim jest, lecz przez to, czym dzieli się z innymi.” Jak czytamy na stronie internetowej szkoły, tę ideę starają się urzeczywistniać jej pracownicy. Z całą pewnością przekazują ją również swoim uczniom. Widać to w czynach i myśleniu naszej podopiecznej, która przyznaje, że odbywając praktyki w krakowskich szpitalach na różnych oddziałach, m.in. neurochirurgii, jest w pełni skoncentrowana na pacjencie i dobrym wykonaniu swojej pracy masażysty, a sukcesem jest dla niej zadowolenie pacjentów. Myślę, że takie podejście do drugiego człowieka w połączeniu z odwagą, wytrwałością, cierpliwością, konsekwencją w działaniu i optymizmem, to najlepsza recepta na osiągnięcie zamierzonego celu, również w edukacji i sferze zawodowej. Warto wziąć życie we własne ręce zamiast ciągle czekać, co samo przyniesie. Podjąć pojawiające się wyzwanie, odważyć się realizować plany i wykorzystywać odpowiednie momenty. Jak mówi przysłowie: ,,Nie od razu Kraków zbudowano”, ale nie trwało to też wieczność. Z pewnością warto uczynić pierwszy krok, aby na samym szczycie, czyli w momencie osiągnięcia celu, można było stwierdzić, że ,,chcieć to móc.”

Meandry zatrudnienia

Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, iż od najmłodszych lat byłam ambitna. Chętnie i szybko się uczyłam. Jak wynika z relacji moich rodziców, już w wieku 4-5 lat interesowały mnie literki i cyferki – chciałam nauczyć się czytać, pisać i liczyć. I to mi się udało. Kiedy dotarłam do tzw. „zerówki” płynnie czytałam i, trzeba przyznać, z tego powodu w szkole nieco mi się nudziło. Większość moich koleżanek i kolegów dopiero nabywało pierwsze szlify umiejętności pisania i czytania.

Cała szkoła podstawowa to czas solidnej, ciężkiej uczniowskiej pracy. Mój charakter powodował – i tak zresztą mi zostało do dziś – że nie wyobrażałam sobie, by pójść do szkoły nie będąc przygotowaną. Każdy sprawdzian, klasówka, dyktando, itp. okupione były wieloma godzinami nauki i przygotowań. Efekt? Jak najbardziej pozytywny. Świadectwa z wyróżnieniem, nagrody, satysfakcja, iż trud nie poszedł na marne. Dlaczego o tym wspominam? Bynajmniej nie z powodu samozachwytu, czy też wynoszenia się ponad innych. Po prostu jak każde dziecko, nastolatek, człowiek wchodzący w dorosłość marzyłam o tym, kim będę w przyszłości. Lista wymarzonych zawodów była długa i zróżnicowana. Zmieniała się zresztą – co również przecież typowe – wraz z wiekiem, rozwojem zainteresowań itd. Uważałam, że solidna nauka utoruje mi drogę do uzyskania zawodu, który pozwoli wykonywać pracę ciekawą, przynoszącą mi satysfakcję i umożliwiającą rozwój. Miałam przecież zdrowie, możliwości i chęci. Czego więcej wymagać? Wydawało się mi wówczas, że owszem, muszę dać sporo od siebie, ale „kariera zawodowa” stoi przede mną otworem. Mój plan – rzetelna nauka, studia, rynek pracy otwarty na wyciągnięcie ręki.

Jestem osobą wierzącą, więc powtórzę słowa porzekadła: Człowiek planuje, Pan Bóg krzyżuje. Nadeszły wakacje pomiędzy pierwszą i drugą klasą liceum ogólnokształcącego. Oglądając telewizję zauważyłam, że po z bliskiej odległości nie jestem w stanie odczytać napisów. Wszystko jakieś zamazane i niewyraźne. W tamtym momencie nie przeraziło mnie, że tak nagle i tak bardzo źle widzę. Dopiero później spanikowałam, bo przecież za kilka dni zaczynał się kolejny rok szkolny – jak będę się uczyć? A nadmienić trzeba, że było to sporo lat wstecz, kiedy sytuacja niewidomych i słabowidzących w temacie edukacji nie wyglądała ciekawie. Dziś tak wiele pozostaje do poprawy i zmiany, a wtedy, na przełomie lat 80. i 90., w naszym kraju udźwiękowione komputery i inny sprzęt tyfloinformatyczny stanowiły dopiero nowinki technologiczne. Aktualnie wiele szkół, uczelni dysponuje specjalistycznym sprzętem dla niewidomych uczniów i studentów, a w tamtych czasach ani placówki edukacyjne, ani prywatnie niewidomi nie posiadali takich możliwości. Jeżeli nawet były takie rozwiązania, to dla mnie, mieszkanki małej miejscowości, w której praktycznie nikt nie zetknął się z podobnymi problemami, tj. tak znaczącym uszkodzeniem wzroku, tego typu wiedza była naprawdę „tajemna”. Pamiętam z jakim trudem dążyłam do tego, aby ktoś podpowiedział mi cokolwiek, co pomogłoby mi odnaleźć się w nowej, tak trudnej sytuacji.

Szukałam pomocy przede wszystkim medycznej. Rodzice zapewnili mi dostęp do możliwie najlepszych specjalistów, ale z perspektywy wielu lat wiem, że niestety do właściwych okulistów nie trafiłam. Trudno w kilku zdaniach opisać jak wyglądała moja nauka w trakcie ostatnich trzech lat liceum. Nie widziałam, co jest napisane na tablicy. Nie potrafiłam odczytywać tekstu w książkach, z trudem robiłam notatki. Myślę, że to materiał na odrębny artykuł. Niemniej jestem winna podziękowanie przede wszystkim mojej Mamie, ale i wielu innym osobom, bo tylko dzięki ich wsparciu ukończyłam szkołę średnią i zdałam z powodzeniem egzaminy maturalne.

No i tutaj wreszcie newralgiczny moment w życiu każdego szczęśliwego maturzysty. Wybieramy upragniony kierunek studiów wyższych. Ja i moje grono wsparcia najlepiej wiedzieliśmy, ile wysiłku i zaangażowania wielu osób kosztowała mnie nauka w liceum. Marzyłam o studiach, ale… wiedziałam jak widzę, zdawałam sobie sprawę z faktu, iż stan mojego wzroku jest na tyle mizerny, iż może okazać się zbyt słaby, by dobrnąć do momentu uzyskania dyplomu. A przecież dążyłam do tego, by mieć ten dyplom po coś. By móc pracować na otwartym rynku pracy, samodzielnie się utrzymywać, a poza tym podnosić swoje kwalifikacje. W tamtym okresie zabrakło przy mnie osób, które nie tylko chciały, ale miały realne możliwości pokierować mną i przekonać, że mogę studiować. Obawy zwyciężyły i na otarcie łez (wtedy traktowałam to jako sposób na nie marnowanie czasu) zdecydowałam się na podjęcie nauki w pomaturalnym studium na kierunku pracownik socjalny. Studium owe ukończyłam i uzyskałam zawód. I teoretycznie mogłam ruszać… do pracy. Nie, żeby mnie to zaskoczyło, ale jak można się domyślać nie narzekałam na nadmiar ofert i propozycji zatrudnienia. Nastąpiła kilkuletnia przerwa w moim życiu, kiedy stopniowo, sukcesywnie traciłam poczucie, że kiedykolwiek znajdę jakąkolwiek pracę.

Zarejestrowałam się m.in. w urzędzie pracy. Już na wstępie mnie poinformowano, że bardzo sporadycznie pojawiają się oferty dla niedowidzących i niewidomych kandydatów. W rezultacie, w ciągu kilku lat otrzymałam może 2 czy 3 propozycje, których nie mogłam przyjąć. Pierwszą ofertą była praca w dziewiarstwie, innym razem moje obowiązki miałyby polegać na sprzątaniu wymagającym dźwigania ciężkich rzeczy, czego zabraniali okuliści. Zapewniam, że każda taka odmowa była dla mnie bardzo przykra. W tamtym czasie dałabym wiele za otrzymaną szansę, aby pokazać, że osoba z dysfunkcją wzroku może być pełnowartościowym pracownikiem. Prawdę mówiąc, po latach niepowodzeń sama jednak coraz mniej w to wierzyłam, więc jak mogłam przekonać o tym innych?

Podczas gdy moi znajomi zmieniali kolejne miejsca zatrudnienia, najbliżsi wychodzili do pracy i szkoły, ja kolejne tygodnie i miesiące spędzałam w domu. Słuchałam książek, muzyki, oglądałam telewizję, zrobiłam nawet dwa stopnie kursu masażu klasycznego, choć w ogóle nie czułam do tego powołania. I często rozpaczałam. Byłam coraz bardziej przekonana, że tak już będzie zawsze. Spotykałam się z opiniami typu: „Masz gdzie mieszkać, co na siebie włożyć, masz co jeść. Czego ci jeszcze trzeba?”. A ja chciałam robić coś pożytecznego. Wychodzić z domu. Chciałam poznawać ludzi i miejsca. Dziś trudno mi w to uwierzyć, ale tęskniłam za tym, by mieć nadmiar obowiązków! Zazdrościłam osobom, które miały po brzegi wypełnione kalendarze i terminarze. Oni mieli nadmiar obowiązków – ja czasu, co do którego czułam, że umyka mi między palcami. Wtedy wydarzyło się coś, co potwierdza powtarzaną często sentencję, że nigdy nie można tracić nadziei. Nastąpił splot wydarzeń, rozmów, spotkań, w wyniku których nareszcie DOSTAŁAM PRACĘ!

Los, a właściwie Ktoś, kto moim zdaniem tym moim losem kieruje, zetknął mnie – mogłoby się wydawać – w przypadkowej rozmowie telefonicznej z osobą, która zauważyła potencjał i uznała, że warto spróbować i dać szansę zatrudnienia niedowidzącej osobie, która do tej pory nie miała jeszcze okazji, by podjąć jakąkolwiek pracę. To wprawdzie bardzo duży skrót całej tej historii, ale omówienie jej w pełni stanowi raczej kolejny materiał na artykuł.

W ten sposób w 2004 roku rozpoczęłam swoją przygodę w charakterze pracownika Fundacji Szansa dla Niewidomych. Podejmowałam to wyzwanie z nieopisaną radością, ale i ogromną odpowiedzialnością. Oczekiwano ode mnie sporo nowych umiejętności, a ja byłam pełna lęku czy sobie poradzę. W międzyczasie podjęłam studia wyższe na kierunku praca socjalna i okazało się, że moje wcześniejsze studium i inne działania świetnie wpisują się w charakter pracy, jaką mi powierzono. Od tego momentu upłynęło niemal piętnaście lat. Nadal pracuję w Fundacji. Tak jak marzyłam – poznaję ludzi, miejsca, podejmuję kolejne wyzwania, które pozwalają mi się nadal rozwijać. No i… mam terminarz wypełniony po brzegi i marzę o tym, by z kimś podzielić się nadmiarem obowiązków. Wykonuję niesamowicie ciekawą pracę. Znam jej wartość, bo wiem, ile kosztowało jej zdobycie. Mogę pomagać innym, ale tym samym pomagam sobie samej. Oprócz tego chętnie angażuję się w różnego typu działalność społeczną.

Z całą stanowczością stwierdzam, że praca jest ważna z wielu powodów – jest źródłem utrzymania, daje poczucie własnej wartości, podnosi jakość życia. Smutne jest to, że tak niewielki procent osób z niepełnosprawnością, a jeszcze niższy w odniesieniu do niewidomych, może znaleźć i utrzymać zatrudnienie na otwartym rynku pracy. Wszyscy, którzy mogą wpłynąć na poprawę tego stanu rzeczy powinni zrobić wszystko co w ich mocy, by do tego doprowadzić. Wiem, bo sama przeszłam tę drogę. Wiem, że praca była i jest dla mnie najlepszą rehabilitacją.

Ilona Nawankiewicz za pracę na rzecz niewidomych i niedowidzących w październiku 2017 roku została uhonorowana Przez Prezydenta RP srebrnym krzyżem zasługi. W 2018 roku w imieniu Fundacji Szansa dla Niewidomych odebrała specjalną nagrodę „Super Opolską Niezapominajkę – edycja 2014-2016”. Dzięki jej wspaniałej pracy, Fundacja została laureatem konkursu Marszałka Województwa Opolskiego na najlepszą organizację pozarządową w tym województwie.

Felieton skrajnie subiektywny. Niech nie wie lewica…

Rodzice przekazali mi w dzieciństwie prostą, testamentową zasadę pomagania i dawania „niech nie wie lewica, co czyni prawica”. Pomagać w sposób intuicyjny, niewymuszony, nienatrętny i pod żadnym pozorem nie oczekiwać wdzięczności. Zasada na pozór wydaje się bardzo prosta, ale byłabym bardzo zarozumiała, gdybym twierdziła, że zawsze udaje mi się ją stosować. Każdy bowiem ma naturalną skłonność do oczekiwania na pozytywną reakcję, kiedy daje lub pomaga.

Lubię pomagać, lubię dawać, lubię widzieć radość obdarowanego, przy czym obdarowywanie pojmuję nie tylko w sensie materialnym. Czasem słowa wypowiedziane w odpowiednim momencie mogą być darem większym niż najwspanialszy prezent. Kiedy potrafimy obdarowywać, potrafimy też przyjmować dary od innych. Przyjmowanie podarunków też na pozór wydaje się proste, ale to tylko pozór. W tym momencie znów muszę przywołać moich rodziców. Druga zasada, której mnie nauczyli, to takie przyjmowanie podarunków, by obdarowujący poczuł się doceniony i miał poczucie, że jego dar jest dla mnie czymś wyjątkowym. Oczywiście wykluczone są przesadne peany, należy dziękować w sposób naturalny i nienatrętny.

Zapewne te zasady wpojone mi w dzieciństwie sprawiają, że w sposób swoisty pojmuję dobroczynność instytucjonalną, realizowaną przez organizacje pomocowe i fundacje. Bliska jest mi pomoc realizowana bez zbędnego rozgłosu, pomoc systematyczna, pomoc całkowicie bezinteresowna, skierowana na konkretne cele i do konkretnych, potrzebujących ludzi. W sposób naturalny ideałem pomagania jest więc dla mnie Caritas, którego tradycje pomagania wywodzą się z Niemiec i sięgają końca XIX wieku, zaś jego ukonstytuowanie się jako międzynarodowej organizacji charytatywnej przypada na rok 1926. Imponujące jest szerokie spektrum pomocy doraźnej i długofalowej, materialnej i finansowej osobom bezrobotnym, bezdomnym, chorym, sędziwym, dzieciom z rodzin ubogich i dysfunkcyjnych, imigrantom, uchodźcom, pomoc humanitarna ofiarom wojen, kataklizmów i katastrof naturalnych poza granicami kraju macierzystego. W taki właśnie sposób działa Caritas Polska – bez zbędnego rozgłosu, transparentnie, systematycznie i kompleksowo.

Od mojego ideału pomagania odbiega dzieło Fundacji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy, której 27 finał właśnie za nami. Zbyt krzykliwe, zbyt spektakularne, zbyt natrętne, zbyt mało przejrzyste z punktu widzenia finansów, ze zbyt dużą ilością podczepionych pod fundację firm należących do twórcy tego dzieła i jego rodziny. I ta presja dobroczynności wywierana na otoczeniu. Nie wspierasz WOŚP – niby twoja sprawa, ale przecież w szpitalu ty, czy twoje dziecko korzystacie ze sprzętu zakupionego z naszych zbiórek. No i najbardziej dyskusyjna część WOŚP – kontrowersyjny Przystanek Woodstock organizowany teoretycznie jako podziękowanie dla wolontariuszy.

Dobroczynność wymaga ciszy i całorocznej, mrówczej pracy, nie zaś okolicznościowych fajerwerków, błyskotek i epatowania wielkością dzieła pomocy. Niech nie wie lewica, co czyni prawica.

Dobro czynić

Organizacjami pozarządowymi w świetle polskiego prawa są przede wszystkim stowarzyszenia i fundacje. Nazywane są również potocznie „trzecim sektorem” lub zamiennie NGOs-ami, bo z angielskiego non-government organizations oznacza po prostu organizacje pozarządowe.

Trzeci sektor to organizacje posiadające status organizacji pożytku publicznego, a więc takie, które działają dla dobra lub interesu publicznego i kierują się pewnymi, ograniczającymi je regułami. Stąd też, wydaje mi się, osobom związanym z taką działalnością idea dobroczynności jest zdecydowanie bliska.

Stowarzyszenia i fundacje wspierają się w swojej działalności pracą wolontariuszy, którzy za swoje zaangażowanie i poświęcony czas nie pobierają wynagrodzenia. Nie jest to jednak zbyt popularna wśród młodego pokolenia aktywność, pokolenia, o którym często mówi się, że jest roszczeniowe i przyzwyczajone do wszechobecnego konsumpcjonizmu. Osobiście nie twierdzę, że tak właśnie jest, ponieważ znam sporo młodych osób, do których ten opis zupełnie nie pasuje. Mimo wszystko – a może raczej tym bardziej – warto docenić życzliwych nam ludzi, działających w naszym otoczeniu i wspierających bezinteresownie działania, jakich się podejmujemy, skoro w obiegowej opinii jest to zajęcie coraz mniej atrakcyjne.

W książce Mariusza Szczygła „Zróbmy sobie raj” padły słowa, które bardzo lubię – „Pielęgnujcie przypadkową życzliwość i piękne czyny pozbawione sensu”.

Mniej więcej połowę swojego życia spędziłam jako członkini jednej z największych organizacji harcerskich w Polsce, mianowicie w Związku Harcerstwa Polskiego, które jest stowarzyszeniem i organizacją pożytku publicznego. Przynależność do niego jest dobrowolna, a zdecydowanej większości pełnionych tam funkcji jego członkowie podejmują się właśnie jako wolontariusze. Młodym ludziom, wychowanym w duchu harcerskich ideałów, bliskie sercu jest bycie życzliwym i uczynnym wobec drugiego człowieka, często potrzebującego wsparcia i pomocy. Być może brzmi to dość trywialnie, jednak uważam, że ma realne przełożenie na nasze życie i kształtowanie swojego najbliższego otoczenia.

W książce Mariusza Szczygła „Zróbmy sobie raj” padły słowa, które bardzo lubię – „Pielęgnujcie przypadkową życzliwość i piękne czyny pozbawione sensu”. Myślę, że nam, Polakom, bardzo by się to przydało, ponieważ jesteśmy postrzegani jako naród często narzekający i zwyczajnie smutny. Świat byłby dużo przyjaźniejszym miejscem, gdyby ludzie potrafili być wobec siebie nieco bardziej życzliwi; czasami drobny gest, mała pomoc wykonana przez nas nawet odruchowo, może wywołać na czyjejś twarzy uśmiech lub po prostu poprawić komuś humor. Taką drobną życzliwością z całą pewnością będzie nawet wzięcie głębokiego oddechu w nerwowej sytuacji i zachowanie milczenia zamiast rzucenie w czyimś kierunku wiązanki nieprzyjemnych słów.

Na koniec chciałabym zacytować jeszcze słowa Roberta Baden-Powella, założyciela światowego skautingu (z którego ukształtowało się polskie harcerstwo), czyli jednej z najważniejszych postaci dla wszystkich skautów i harcerzy – „Starajcie się zostawić świat choć trochę lepszym, niż go zastaliście”. Może warto mieć te słowa w głowie, zwłaszcza podczas układania swoich postanowień na ten nowy, 2019 rok.

Tożsamość i pamięć

Twojej pamięci

Przełom roku dla wielu z nas stanowi okres wytężonego wysiłku. Przygotowania do świąt, sylwestrowej zabawy pochłaniają sporo czasu, wymagają dobrej organizacji, a nieraz wręcz logistyki. Ale przełom roku to niewątpliwie również czas pogłębionej refleksji i zadumy nad tym wszystkim, co w symbolicznym przesunięciu się wskazówki zegara w jednej niemalże chwili odchodzi i zamyka się niczym księga lub jakiś kolejny rozdział życia. Zagadnienie czasu samo w sobie jest na tyle interesujące, iż mogłoby stanowić przyczynek do odrębnego artykułu zgłębiającego wyłącznie to pojęcie w rozmaitych kontekstach i korelacjach. Nie o tym jednak rzecz dzisiaj. Niemniej jednak przyznać muszę, że kategoria czasu ściśle wyznacza zakres tematyczny moich dzisiejszych rozważań.

Ostatnia książka Papieża Jana Pawła II pt. Pamięć i tożsamość wydana została w 2005 r., na krótko przed jego śmiercią. Być może uznacie Państwo, że to bardzo zuchwałe z mojej strony, aby odnosić się, czy też nawiązywać w tytule własnego artykułu do pozycji, której nigdy nie miało się w ręku… Tak, to prawda. Nigdy nie przeczytałam tej książki Papieża, ale od zawsze intryguje mnie jej tytuł. Jest w samym jego brzmieniu głęboka treść, która powoduje, iż podświadomie niejako odczuwam, że jest to pozycja niezwykle cenna, choć – jak wiadomo – trudno uznać, że którakolwiek z książek, encyklik Ojca Świętego miałaby taką nie być. To mój błąd, że do tej pory nie przeczytałam tej książki. Na pytanie, dlaczego dotąd tego nie zrobiłam, nie znam odpowiedzi. Może niejako z obawy przed geniuszem autora, tj. przed możliwością niezrozumienia przekazu itp. Być może to jednak jedynie próba usprawiedliwienia się przed samą sobą. Rozpoczynam od tej właśnie pozycji, gdyż oto na przełomie roku właśnie sama zaczęłam się zastanawiać, czym jest dla mnie owa pamięć i tożsamość, jednakże w prostym, nie encyklopedycznym ani książkowym, tj. „wysokim” rozumieniu. I na to pytanie spróbuję dać tutaj odpowiedź. Nie uprzedzając całości poniżej zawartych rozważań napiszę jednak już teraz – dla mnie pamięć i tożsamość sprowadza się do prostych gestów i obrazów, które zachowuję i których głęboko strzegę, a które to gesty, obrazy i sytuacje ukształtowały mnie jako jednostkę; dotyczą zaś one najbliższych mi osób, w tym – a może nawet w szczególności – również tych, którzy już odeszli.

Dzisiejszy świat wydaje się być zaprogramowanym na opcję „ja, mnie, moje”. Stale słyszę to wokół siebie, m.in. mowy motywacyjne „trenerów” typu: „Ja w centrum”, „to Ty jesteś najważniejszy”! „Pamiętaj o sobie”! „Koncentruj się wyłącznie na tu i teraz”. Cała filozofia i medytacja „mindfullness”, tj. medytacja uważności wskazuje na skupianie się na „tu i teraz”, bez zbędnego zagłębienia się w przeszłość i przyszłość. I generalnie rzecz ujmując nie ma się tu do czego przyczepić. Jako jednostka jestem ważna, muszę myśleć o sobie; podobnie – nie mogę żyć przeszłością ani przyszłością, gdyż jestem osadzona w rzeczywistości „tu i teraz”, i tylko na nią mam realny wpływ. To co było nie powróci, to co prognozuję, że dopiero przede mną, może się nigdy nie wydarzyć. Jak to zwykle bywa, dobrze byłoby jednak zachować przy tym wszystkim równowagę i nie przeinterpretowywać pierwotnie właściwych i pożądanych założeń. Wydaje się bowiem, że niektórzy przynajmniej skupiają się na nowych popularnych ideach zbyt dosłownie, czyniąc „ja, mnie, moje” oraz „tu i teraz” jedynym właściwym szlakiem na życiowej drodze. Pytanie „skąd przychodzimy, dokąd zmierzamy”, przybierając czy to bardzo wzniosły, metafizyczny wymiar, czy też ujęte w sposób dosłowny poprzez zestawienie naszej przeszłości i przyszłości właśnie – to natomiast odwieczne pytanie człowieka, z którego nie sposób zrezygnować i o którym nie sposób nie myśleć. Odwieczne pytania, tj. tematy od zawsze i na zawsze aktualne, były i są obecne w prozie najwybitniejszych pisarzy, filozofów, myślicieli. Ale nie trzeba być przecież jednostką wybitną, by samemu sobie takie pytania postawić i spróbować na nie odpowiedzieć.

Pozwólcie Państwo zatem, że – wciąż jeszcze tytułem wstępu niejako – przytoczę dwa literackie nawiązania, tj. jedno z kręgu litertury powszechnej, drugie – rodzimej, polskiej.

Są książki, które pozostawiają w nas ślad na zawsze, książki, do których wraca się po latach, które czyta się wielokrotnie, za każdym razem odnajdując w nich nowe treści. Gdybym miała wskazać książkę, która jest taką pozycją dla mnie, to powiedziałabym, że jedną z nich jest niewątpliwie Nagi sad Wiesława Myśliwskiego. Zawarta w tej pozycji historia ojca i syna w swej prostocie i szczerości ma czytelnikom tak wiele do zaoferowania, że nie chciałabym doprawdy zdradzać, czy też szeroko komentować jej zawartości. Nadmienię jedynie, że historia ojcowskiej i synowskiej miłości obojga bohaterów głęboko mnie wzruszyła, a fragment utworu dotyczący poszukiwania syna przez ojca w nagim, jesiennym sadzie wywołał u mnie nagły, zupełnie nieoczekiwany wybuch emocji, porażający wręcz stan, który utrzymywał się jeszcze przez kilka następnych godzin po odczytaniu przedmiotowego fragmentu. Być może dlatego, że w tych kilku prostych zdaniach znalazłam tu niespodziewanie odzwierciedlenie czystej, pięknej miłości jaką przez całe swe życie darzyli mnie moi rodzice. Miłości, o której nie mówi się głośno, ale którą „czyta się” jak książkę, która emanuje z najprostszych, codziennych czynności. Tę pozycję polecam każdemu, dla kogo prostota i piękno przekazu jest cenniejsze od przepychu i beztroski, jaką oferuje nieraz współczesna nam literatura. Nie znajdziemy tu nagłych zwrotów akcji, wielu wątków, czy treści wyrażonej wątpliwej „jakości” słownictwem; znajdziemy nostalgię, głębokie studium relacji dwojga ludzi związanych więzami krwi. Studium miłości prostej, lecz niezmiernie czystej, wyrażonej w gestach i codziennych, prozaicznych czynnościach. Miłości pięknej i prawdziwej, wreszcie miłości, przy której sam fakt „bycia obok” staje się największą wartością w życiu. Oto mistrzostwo przekazu Myśliwskiego.

Marcel Proust to natomiast autor wybitnego dzieła pt. „W poszukiwaniu straconego czasu” – siedmiu opasłych tomów nastręczających wiele trudności studentom studiów filologicznych, na których pozycja ta widnieje w grupie obowiązkowych na liście przedmiotu literatura powszechna. Książka napisana jest językiem, a raczej stylem trudnym i nużącym. We fragmentach utworu zastosowano bowiem technikę „strumienia świadomości”2, która w najprostszym tłumaczeniu sprowadza się do zapisu ciągu myśli człowieka w taki sposób, w jaki układają się one w głowie. W mojej głowie np. stale panuje chaos, myśli gonią jedne za drugimi, nie układają się w logiczne zdania czy wyrażenia. Jedna myśl dosłownie przegania lub napiera na drugą. Są tu urwane słowa i półsłówka, westchnięcia, współczucie, nieraz „prychanie”, kpina i ironia – słowem, mieszanka wybuchowa. I zapisz to teraz człowieku! Dokonaj w sposób wierny i chronologiczny transkrypcji własnych myśli, a następnie je odczytaj! Przyznacie Państwo, że będzie to ciężki kawał literatury. Pozostawmy jednak strumień świadomości jedynie jako ciekawostkę literacką, o której warto wiedzieć.

Czas stracony, w znaczeniu bezpowrotnie utracony – bo o takim Proust pisze – to czas, którego i ja nieraz usilnie poszukuję. Z biegiem lat szukam go chyba coraz częściej. Być może zatem się starzeję, albo staję się po prostu coraz bardziej sentymentalna. Jest w powieści Prousta, w pierwszym jej tomie pt. „W stronę Swanna” motyw, do którego niejako sprowadziłabym całość tego utworu. Jest to motyw magdalenki – ciastka rozpuszczonego w herbacie, którego smak przywołuje w dorosłym już bohaterze czas utracony właśnie. Niczym wehikuł czasu smak zanurzonego w herbacie ciastka powoduje przeniesienie bohatera w inny wymiar – powrót do czasu utraconego, tj. do chwil i sytuacji, które przechowuje w pamięci i których udziałem chciałby stać się ponownie. Zanurzenie ciastka w herbacie wyzwala w narratorze falę wspomnień, zapoczątkowuje podróż „w głąb czasu”. Wspaniałym wyrazem owego wrażenia połączenia dwóch światów, teraźniejszości i przeszłości, jest obszerny fragment utworu, jaki pozwalam sobie przytoczyć, aby właściwie wyrazić to, o czym wspomniałam wyżej.

„I nagle wspomnienie zjawiło mi się. Ten smak to była magdalenka cioci Leonii. W niedzielę rano w Combray (ponieważ tego dnia nie wychodziłem przed godziną mszy), kiedy szedłem do pokoju cioci Leonii powiedzieć jej dzień dobry, dawała mi kawałek ciasta, umoczywszy je w herbacie lub w naparze kwiatu lipowego. Widok magdalenki nie przypomniał mi nic, nim ją skosztowałem; może dlatego, że widywałem je od tego czasu często – mimo, że ich nie jadłem – na ladzie cukierni; obraz ich opuścił owe dni Combray, aby się skojarzyć z innymi świeższymi; może dlatego, że z owych wspomnień, tak długo zostawionych poza pamięcią, nic nie przetrwało, wszystko rozpyliło się; kształty – także kształt tej małej muszelki z ciasta, tak pulchnej i zmysłowej pod swoim surowym i nabożnym rurkowaniem – znikły lub też uśpione, straciły energię, która by im pozwoliła połączyć się ze świadomością. Ale kiedy po śmierci osób, po zniszczeniu rzeczy, z dawnej przeszłości nic nie istnieje, wówczas jedynie zapach i smak, wątlejsze ale żywsze, bardziej niematerialne, trwalsze, wierniejsze, długo jeszcze, jak dusze, przypominają sobie, czekają, spodziewają się – na ruinie wszystkiego – i dźwigają niestrudzenie na swojej znikomej kropelce olbrzymią budowlę wspomnienia. I z chwilą gdy poznałem smak zmoczonej w kwiecie lipowym magdalenki, którą mi dawała ciotka (mimo że jeszcze nie wiedziałem i aż znacznie później miałem odkryć, czemu to wspomnienie czyniło mnie tak szczęśliwym), natychmiast stary, szary dom od ulicy, gdzie był jej pokój, przystawił się niby dekoracja teatralna do wychodzącej na ogród oficynki […] I jak w owej zabawie, w której Japończycy zanurzają w porcelanowym naczyniu pełnym wody kawałeczki papieru z pozoru byle jakie, które, ledwo się zanurzywszy, wydłużają się, skręcają, barwią, różniczkują się, zmieniając się w kwiat, w domy, w wyraźne osoby, tak samo teraz, wszystkie kwiaty z naszego ogrodu i z parku pana Swanna, i lilie wodne z Vivonne, i prości ludzie ze wsi, i ich domki, i kościół, i całe Combray, i jego okolice, wszystko to, przybrawszy kształt i trwałość, wyszło – miasto i ogrody – z mojej filiżanki herbaty”.

M. Proust, W stronę Swanna, przeł. T. Żeleński( Boy)

Myślę, że każdy z nas śladem proustowskiej magdalenki może lub mógłby wymienić takie „kotwice” we własnym życiu. Dla jednego będzie to smak jakiegoś dania, które właśnie w taki, a nie inny sposób przygotowywała mama lub babcia. Dla kogoś innego będzie to jakiś przedmiot lub sekwencja zdarzeń, niczym déja vu. Tak jak dla bohatera Prousta jedynie określony rodzaj skojarzeń zdołał na nowo odtworzyć utracone już na zawsze chwile. Punktem wyjścia dla podróży w głąb czasu może być dźwięk, zapach, smak, przedmiot itp. Osobiście wiele takich właśnie „kotwic” mogłabym zapewne wymienić, na myśl przychodzą mi jednak głównie następujące sytuacje:

ƒƒOd najmłodszych lat pamiętam wieczór wigilijny spędzany w szerokim gronie najbliższych. W domu rodzinnym zamieszkiwaliśmy razem z dziadkami, rodzicami mamy. Na tę jedyną w roku kolację do babci i dziadka przychodzili również moi wujkowie i ciocie z kuzynostwem. Dom wypełniał się gwarą i wesołymi twarzami. Kulminacją wieczoru była chwila, gdy dziadek zapalał wiszący na stałe na ścianie obraz święty przedstawiający Jezusa Chrystusa i Jego Matkę. Pod każdą z postaci umieszczonych w dwóch skrzydłach obrazu zamieszczona była czerwona podłużna żarówka, świecące były również aureole. Ten obraz „płonął” w pokoju dziadków ten jeden jedyny raz w roku. Nie przypominam sobie bynajmniej, bym widziała go oświetlonego kiedykolwiek indziej. W tym tkwiła podniosłość tego momentu i uczczenie postaci na nim przedstawionych. Pamiętam oczekiwanie w ciszy i napięciu na ten właśnie moment, gdy postaci rozbłysną światłem żarówek. Pamiętam niepokój o dziadka, który zapalał obraz poprzez umieszczenie w kontakcie prowizorycznej „wtyczki”, a ściślej rzecz ujmując dwóch oddzielnych drucików, co było rzecz jasna mało odpowiedzialne, ale rokrocznie powtarzalne. Trwaj chwilo! Jesteś tak piękna!3 ƒƒWiosną i latem w słoneczne niedzielne popołudnia wielokrotnie mogłam być świadkiem uroczej sceny. Mój tata stawał przed mamą z maleńkim bukiecikiem stokrotek zerwanych w przydomowym ogródku. Mama wkładała bukiecik do kieliszka, gdyż w małym kieliszku prezentował się on najlepiej – stokrotki pozostawały wówczas „zbite” w jedną całość, a struktura bukietu nie ulegała naruszeniu. Z czasem, gdy w domu pojawił się maleńki, porcelanowy błękitny wazonik z trzema płatkami w kolorze białym, granatowym i zielonym, zastąpił on ów zwykły, szklany kieliszek. Samo przekazanie bukietu nie odbywało się w sposób spektakularny – często bez słów, jedynie z szerokim uśmiechem. Tych kilka prostych obrazów widziałam kilka razy w życiu. To było tak urocze w swojej prostocie i szczerości zarazem; tak krótkie i ulotne, a jakże głębokie i przesycone najgłębszą z możliwych treścią. Trwaj chwilo! Jesteś tak piękna! ƒƒNa ceglanej ścianie budynku gospodarczego usytuowanego obok mojego rodzinnego domu widnieją dwa napisy. Koślawe wielkie litery wskazują, iż autorem zamieszczonych tam słów „MAMA” i „TATA” było dziecko. Słowa zapisano kredą lub wydrapano podwórkowym kamieniem, dziś trudno to ocenić. Słowa są już może mało wyraźne, jednakże wciąż widoczne, zauważalne. Dziś jestem już dorosła, a jednak z rozrzewnieniem patrzę na tę kruchą cegłę i napis, który sama niegdyś tam zamieściłam. Nie mogłam być dużą dziewczynką, skoro napis widnieje na niedużej wysokości. Nie wiem, kiedy ten napis konkretnie powstał, tj. ile mogłam mieć wtedy lat, ale wiem na pewno, że to ja go tam zamieściłam. Uczyniłam to w jakimś momencie życia, a dokładniej mówiąc beztroskiego dzieciństwa, gdy wszystko było jeszcze proste, dziecinnie łatwe, gdy słowo „problemy” nie istniało w głowie małej dziewczynki. Trwaj chwilo! Jesteś tak piękna!

Obraz nadal wisi na ścianie pustego dziś pokoju zajmowanego niegdyś przez babcię i dziadka. Pokoju, w którym kilkanaście lat temu tętniło jeszcze życie, w którym dziadek śpiewając kolędy stroił choinkę i wieszał na niej ulubione, wieloletnie już długie cukierki opakowane w kolorowe, świecące papierki. I nieraz chciałabym znów go zaświecić, przywołując na chwilę – chociaż pozornie – tamten moment, gdy przy wspólnym stole zasiadało co najmniej o sześć lub siedem osób więcej, niż mogłoby usiąść przy nim dzisiaj; jednocześnie boję się tego uczynić mając świadomość, że to czas w pełni już utracony. Dzbanuszek nadal stoi na półce przy zdjęciu ukochanej Mamy. Zimą pusty, latem wkładam do niego kwiaty, najlepiej stokrotki. I jest dla mnie w tym maleńkim, niepozornym flakoniku zawarta i pamięć i tożsamość, a więc o wiele więcej niżby pomieścić mógł największy nawet dzban do czerpania wody ze studni. Napisy wydłubane na murze starego, zniszczonego zębem czasu domu rodzinnego nadal da się odczytać. Te przedmioty nadal istnieją, ale są tylko świadectwem jakiegoś „kiedyś”. Brak ludzi, które moja pamięć związała z tymi przedmiotami na zawsze. Dla mnie tych kilka obrazów stanowi właśnie pamięć. Obrazu taty przynoszącego mamie stokrotki zachowuję w pamięci i strzegę niczym mitologiczny Cerber, bo ten prosty gest taty zawsze był dla mnie na równi z czynem bohaterskim. Dziś to już tylko i aż pamięć, bo z przyczyn obiektywnych ten obraz i gest nie może zostać powtórzony w tej samej sekwencji i z udziałem tych samych kochanych osób, których obrazek ten dotyczył. Dla mnie to tożsamość, bo z takiego domu wychodzę, z domu, w którym nie było może wielkich i naukowych teorii, nie było zajmujących wysokie pozycje, gruntowanie wykształconych rodziców. Ale był to dom, w którym był szacunek dla ludzi, otoczenia i siebie nawzajem. Była prosta codzienność nie opatrzona wzniosłymi hasłami i zbędnym dobrobytem, przepychem. Była pokora przed tym co Boże; w tym domu przekazano mi wiarę, która z czasem stała się własnym, świadomym już wyborem.

Dla mnie to jest właśnie pamięć. Dla mnie to jest właśnie tożsamość. To wszystko, co ukształtowało mnie i kształtuje nadal jako człowieka, którym jestem na co dzień. To pragnę pielęgnować i zachowywać. Tego strzegę niczym przysłowiowego skarbu, którego przecież i tak nikt ani nic nie może mi teoretycznie odebrać. Teoretycznie, bo w pędzącym świecie, w którym można zatracić siebie, nie wszystko jest jednak tak oczywiste. Wiem jednak jedno – jeśli zatracę własną tożsamość, tj. siebie – utracę wszystko4.

Na zakończenie krótki akcent liryczny. W roku 2016 zmieniłam na pewien czas swoją stałą pracę, rozpoczynając przygodę w zupełnie innym miejscu i w innym niż dotychczas charakterze. Poznałam wówczas wielu interesujących ludzi, przekonałam się, że zmiany w życiu są potrzebne. Kolega z pracy ofiarował mi wówczas tomik swojej poezji wydany kilka lat temu w bardzo niewielkim nakładzie. Moją uwagę niemalże natychmiast zwrócił jeden z wierszy, którego początkowo – nie wiadomo dlaczego – nie połączyłam z bliskim sercu obrazem. Podświadomie jednak często do wiersza tego wracałam i powtarzałam go w myślach. Za wiedzą i zgodą jego autora, przytaczam poniżej treść wiersza.

Marcin Mario Weiss, z tomiku Hobby życiem zwane

ŻYJ NIE TAK

Żyj nie tak jak …

lecz jak chciałbyś żyć.

Jeszcze będzie pięknie, jeszcze sobie stokrotki pozrywasz

pośród łąki czterolistnych koniczyn;

żyj tak jak chciałbyś żyć naprawdę,

bądź z siebie dumny i nie przejmuj się niczym.

I miej zawsze choćby najmniejszy flakonik

gotowy na kwiatki.

Opole, 1997.11.09

Wszystkie fotografie zawarte w artykule – archiwum prywatne.

1 Tytuł artykułu nawiązuje do ostatniej książki Jana Pawła II, pt. Pamięć i tożsamość; tytuł został świadomie przeze mnie sparafrazowany po to, aby odróżnić go od oryginalnego brzmienia tytułu książki Papieża, pozostając jednocześnie w pewnej z nim łączności.

2 Najwybitniejszą powieścią strumienia świadomości jest Ulisses Jamesa Joyce’a.

3 cyt. Johann Wolfgang von Goethe, Faust

4 Podobnie śpiewa w swojej lirycznej balladzie Runnin’ (Lose it All) amerykańska piosenkarka muzyki pop, Beyonce Knowless /If I lose myself, I lose it all/

Wolontariusz? Brzmi dumnie

XXI wiek – pęd, pośpiech, pogoń za pieniądzem, bezwzględność w dążeniu do celu. Czy aby na pewno? Bycie dla drugiej osoby, bezinteresowność, działanie dla idei – czy to idealistyczne hasła, które miały znaczenie w ubiegłym stuleciu, w czasie, w którym kraj potrzebował szczególnego zjednoczenia? Jakimi cechami powinna charakteryzować się osoba wolontariusza? Czy jest granica wieku dla osoby chcącej bezinteresownie pomagać? Na te i inne pytanie mogą Państwo uzyskać odpowiedź w poniższym artykule.

Warto na początku postawić pytanie: kim jest wolontariusz? Współcześnie używane słowo „wolontariusz” pochodzi od łacińskiego słowa voluntarius. Encyklopedycznie oznacza każdą osobę fizyczną, która dobrowolnie, ochotniczo i bez wynagrodzenia wykonuje świadczenia na rzecz organizacji, instytucji lub osób indywidualnych, wykraczając poza więzi koleżeńsko-rodzinne.

Osoba wolontariusza istnieje również w ustawie o działalności pożytku publicznego i o wolontariacie. Każdy wolontariusz posiada przede wszystkim swoje prawa, jak również obowiązki. Co do nich należy?

Wolontariusz ma obowiązek posiadania kwalifikacji i spełniać wymagania odpowiednie do rodzaju i zakresu wykonywanych świadczeń. Wyobraźmy sobie sytuację, w której osoba pragnie zaangażować się w pomoc przy organizacji oraz przeprowadzeniu dużego wydarzenia, jakim jest koncert plenerowy dla kilku tysięcy osób. Osoba predysponująca na wolontariusza powinna w tym przypadku posiadać m.in. wiedzę z zakresu bhp, aby w razie zagrożenia móc zapewnić bezpieczeństwo uczestnikom koncertu.

Osoba, która angażuje się w pomoc wolontariacką w środowisku dzieci nie powinna być wulgarna czy agresywna, a wymogiem do podjęcia tego typu świadczenia na rzecz dzieci powinna być empatia i odpowiedzialność. Dlatego przede wszystkim

Wolontariusz? Brzmi dumnie wolontariusz ma obowiązek zapytania samego siebie o kwalifikacje i predyspozycje do konkretnej formy pomocy. Ponadto osoba wolontariusza ma obowiązek wykonywania świadczeń zgodnie z zawartym porozumieniem.

Coraz częściej osoby angażujące się w pomoc, chcąc wzbogacić swoje Curriculum Vitae, zawiera tzw. umowę wolontariacką, czyli porozumienie między wolontariuszem a na przykład organizacją czy instytucją, w której będzie świadczył swoją pomoc. Takie porozumienie może być zawarte w formie pisemnej, ale również w formie ustnej, z zastrzeżeniem możliwości potwierdzenia zawartego porozumienia wolontariatu na piśmie. W takim porozumieniu musi zostać określony zakres obowiązków wolontariusza, okres trwania porozumienia, możliwość i sposób jego rozwiązania oraz inne kwestie ważne zarówno dla wolontariusza, jak i instytucji/organizacji, w której będzie świadczona pomoc. Jeśli wolontariat trwa dłużej niż 30 dni, to porozumienie musi byś zawarte w formie pisemnej. Jeśli natomiast wolontariat trwa krócej niż 30 dni, to porozumienie może być ustne.

Każdy wolontariusz posiada również katalog praw. Jest to przede wszystkim prawo otrzymania pisemnego zaświadczenia o odbywaniu wolontariatu, w tym o zakresie świadczonej pomocy. Na prośbę wolontariusza korzystający może wystawić pisemną opinię na temat podjętego wolontariatu. Wolontariusz ma prawo do ubezpieczenia od następstw nieszczęśliwych wypadków oraz innego zaopatrzenia z tytułu wypadków lub chorób zawodowych, a także uzyskać informację o ryzyku dla zdrowia i bezpieczeństwa wynikającego z wykonywanych czynności oraz o zasadach ochrony przed zagrożeniami.

Formalności i zawiłości prawne za nami. Zastanówmy się teraz jakie cechy powinien posiadać dobry wolontariusz? Czy wiek wolontariusza ma znaczenie?

Kasia, lat 17: „Jestem wolontariuszką w stowarzyszeniu, w którym pomagam w opiece nad dziećmi m.in. przy odrabianiu zadań domowych, wspólnej zabawie czy wyjść kulturalnych. Dlaczego tam? Jestem osobą empatyczną, pomocną i energiczną, stąd pomysł, aby swój wolny czas zainwestować w pożyteczne działania dla innych.”

Malwina, lat 24: „Od czasów studiów byłam zaangażowana w wolontariat w hospicjum dla dorosłych. Kilka lat temu do hospicjum trafił mój dziadek. Odwiedzając go, zauważyłam samotność przebywających tam ludzi. Od razu wiedziałam, że chcę zmienić rzeczywistość tych chorych, samotnych osób.”

Mateusz, lat 30: „Do Domu Pomocy Społecznej zaprowadził nas wychowawca z liceum. Zobaczyłem, że większość wolontariuszy to kobiety, a w takim miejscu potrzeba silnego mężczyzny. Chciałem pomóc przede wszystkim tym kobietom, które nadludzko angażowały całą swoją energię w podnoszeniu pacjentów, sadzaniu na wózek, przebieraniu czy kąpaniu.”

Basia, lat 54: „Dzieci wyprowadziły się z domu, wnuków nie mam, więc swój wolny czas i energię chciałam realizować jako wolontariuszka w fundacji dla osób niewidomych. Moja sąsiadka jest osobą niewidomą, zaprosiła mnie na spotkanie do środowiska osób niewidomych. Zostałam.”

Karol, lat 68: „Całe życie byłem aktywny zawodowo. Emerytura jest dobra przez pierwszy miesiąc. Nadal chcę się realizować. Pomagam na tyle, na ile potrafię w różnych miejscach, służąc swoim doświadczeniem, umiejętnościami, rozmową.”

Każda osoba, która chce pomagać, znajdzie miejsce, w które może się zaangażować. Patrząc na powyższe wypowiedzi wolontariuszy, wiek nie jest wyznacznikiem aktywnego działania na rzecz innych. Wyznacznikiem jest chęć niesienia pomocy. Czy współczesny świat uwrażliwia nas na drugiego człowieka? Ile osób jest w stanie podejść do osoby niewidomej na dworcu i zaoferować bezinteresownie pomoc? Asia podzieliła się ze mną historią z jednego z dużych miast w Polsce:

„Skomplikowane skrzyżowanie. Natężony ruch samochodów. Tłum przechodniów. Przejście dla pieszych. Pan z białą laską proszący o pomoc, ponieważ przejście dla pieszych nie jest oznakowane. Nikt nie zareagował. Wiele osób przechodziło jakby nie chcąc zauważyć osoby proszącej o pomoc. To wywołało we mnie ogrom złości. Oczywiście, że pomogłam. I zaangażowałam się jednocześnie w zwiększanie świadomości na temat pomocy osobom niewidomym. Może te osoby nie wiedziały w jaki sposób pomóc?”

Moje doświadczenie wolontariatu i wolontariuszy dało mi do zrozumienia, że najważniejsze jest pozytywne podejście do drugiego człowieka, empatia i pokora. Dużo pokory. Każda praca z ludźmi jest wymagająca. Jednak nie jestem przekonana, czy osoby chcące być wolontariuszami mają świadomość trudu, który wiąże się z pomocą drugiemu. Wytrwałość i samozaparcie to słowa klucz. Wolontariat to dawanie części siebie, swojego czasu, energii, zdolności.

Wolontariat przynosi korzyści każdej ze stron – wolontariusza i adresata pomocy. Wolontariusz zdobywa doświadczenie i nabywa umiejętności interpersonalne, które są niezbędne w funkcjonowaniu w społeczeństwie. Czy aby na pewno wolontariat jest pracą za darmo? Największą zapłatą jest uśmiech drugiej osoby. Wdzięczność jest bezcenna.

Współczesny świat daje ogromne możliwości działalności wolontariackiej. Osób potrzebujących jest naprawdę wiele. Wolontariat nie jest wystarczająco doceniany w świadomości ludzi. Potrzeba jest ogromna, a słowo wolontariusz – brzmi dumnie. Podejmiesz wyzwanie?

Felieton skrajnie subiektywny. Moje Boże Narodzenia

Święta Bożego Narodzenia i czas przygotowań do nich sprzyjają nostalgicznym wspomnieniom. Im jesteśmy starsi, tym bardziej są one nostalgiczne. Siłą rzeczy porównujemy swoje dziecięce odczucia związane z Wigilią, choinką, sianem pod obrusem, żłóbkiem, Pasterką, do tych dorosłych odczuć, poszukujących klimatu dzieciństwa i coraz częściej go nie znajdujących.

Dziś okres przedświąteczny rozpoczyna się niemal miesiąc przed Bożym Narodzeniem. Galerie handlowe rozbrzmiewają bożonarodzeniowymi evergreenami, sklepy błyszczą od choinek, uliczne kiermasze są pełne świątecznych ozdób. Zewsząd jesteśmy epatowani nastrojem Bożego Narodzenia w wersji komercyjnej. Nie można powiedzieć, by było to niemiłe, wszyscy mamy w sobie pewien pierwiastek dziecięcości i cieszy nas cały ten błyszczący blichtr i lukier. Zaliczam się do grona tych malkontentów, którzy uważają, że komercjalizacja Bożego Narodzenia odziera święta z tego co najważniejsze, przynajmniej dla wierzących – z mistycznej tajemnicy narodzin Boga Człowieka.

Z przyjemnością porzucam politykę na rzecz osobistych wspomnień. Moich Świąt Bożego Narodzenia było już bardzo wiele. Były one i różne, i w pewnym sensie podobne. Towarzyszył im zawsze nastrój tajemnicy i podniecającego oczekiwania, do pewnego czasu było to oczekiwanie odczuwane z wielką siłą, z biegiem lat ta siła nieco osłabła, bowiem czas dzieciństwa i młodości bezpowrotnie minął.

Spośród świątecznych dni Wigilia zawsze była dla mnie dniem szczególnym. Ta pierwsza, którą dobrze pamiętam, choć miałam wówczas niespełna cztery lata, to Wigilia spędzona z moją nowonarodzoną siostrą, w której błękitnych, zachwyconych oczach odbijały się choinkowe bombki i lampki. I Wigilia, kiedy pod choinkę dostałam ukochaną książkę dzieciństwa. Była to „Mała księżniczka”. Tę książkę czytałam z wypiekami na twarzy całą niemal noc wigilijną. Następna spośród zapamiętanych to Wigilia „wyjazdowa”, spędzana z rodziną z innego miasta. Nie przepadałam za świętowaniem poza domem i pewnie tamto Boże Narodzenie nie zostałoby w mojej pamięci, gdyby nie pewne wydarzenia. W wigilijny poranek wszyscy zgromadzili się wokół pięknej, pachnącej choinki, która stanęła na środku salonu, w mieszkaniu mojej ciotki. Ubieranie drzewka rozpoczęliśmy jak zwykle od mocowania lampek. Na choince stopniowo pojawiały się łańcuchy, bombki, słomiane ozdoby i włosy anielskie. Po włączeniu lampek wszyscy wykonali parę kroków w tył, by podziwiać wspólnie stworzone dzieło. Nagle rozległ się suchy trzask, światełka zgasły, pojawił się dym i drzewko dosłownie w okamgnieniu stanęło w płomieniach. Wuj pobiegł po jakieś naczynie z wodą, ale w panice nic nie znalazł. Ciotka rzuciła się na choinkę z kocem. Koc szybko zajął się ogniem, a ten zaczął się przenosić na zasłony. Niewiele myśląc podbiegłam do drzwi balkonowych, otworzyłam je szeroko, narzuciłam na siebie mokry ręcznik kąpielowy, chwyciłam choinkę od dołu, w miejscu gdzie nie sięgał ogień i szybkim ruchem wyrzuciłam ją przez balkon. Spadła w głęboki, świeży śnieg, języki ognia stopniowo przygasały, aż zgasły zupełnie. Gremialnie udaliśmy się na dół, by komisyjnie ocenić szkody. Okazało się, że nie były wcale takie wielkie, jak początkowo się wydawało. Odbierałam gratulacje od całej rodziny i nie ukrywam, że byłam bardzo dumna. Wszyscy podziwiali moją przytomność umysłu i podkreślali, że jest wyjątkowa, zważywszy na młody wiek, a miałam wówczas 12 lat.

Kolejna zapamiętana Wigilia to ta, której właściwie miało nie być – pierwsza Wigilia stanu wojennego. W sklepach pustki, choinki dowożone o bliżej nieokreślonych godzinach do nielicznych punktów w Warszawie, godzina milicyjna uniemożliwiająca wyjście do kościoła na Pasterkę i całe mnóstwo innych, uprzykrzających życie niedogodności. Rodzice perswadowali mi wyjazd po choinkę, ale uparłam się, bo świąt bez choinki nie mogłam sobie wyobrazić. W przeddzień Wigilii ruszyłam więc rankiem po drzewko. Dostawa miała być o 10:00. Ustawiłam się w gigantycznej kolejce i czekałam. Minęła 10:00, minęła 11:00. Wśród tłumu rozeszła się pogłoska, że transport choinek został zatrzymany przez wojsko na rogatkach stolicy. Stałam cierpliwie, choć minęła 12:00, potem 13:00. Marzłam, byłam głodna, zrezygnowana, ale wciąż stałam. Minęła 14:00, potem 15:00. Zrobiło się ciemno, nogi miałam zdrętwiałe z zimna, martwiłam się, że rodzice będą się niepokoić moim zniknięciem. Zadzwonić do domu nie mogłam – telefony przecież nie działały. O 16:00 przez tłum przepłynęła podawana z ust do ust wiadomość – są choinki, dojechały! W tym momencie tłum zafalował i rzucił się do przodu, porywając mnie swoją siłą. Czułam jak mnie za sobą unosi do góry, popycha do przodu, po czym nagle zaczyna przygniatać. Nogi ugięły się pode mną i z przerażeniem stwierdziłam, że leżę na ziemi, a nade mną kłębią się ciała rodaków. Poczułam, że duszę się z braku powietrza. Z całych sił zaczęłam odpychać od siebie leżące na mnie ciała, rozgarniać rękami przestrzeń wokół i jakimś cudem udało mi się wydostać spod żywego stosu. Zerwałam się i popędziłam w kierunku choinki, której prawie nie widziałam w ciemnościach. Chwyciłam ją z całych sił, ale chwyciły ją także dwie pary innych rąk. Przez chwilę szarpaliśmy nieszczęsne drzewko, obdzierając je z gałęzi. Zwyciężyłam! Udało mi się wyrwać choinkę z kleszczy. Odbiegłam na bok, przyjrzałam się zdobyczy i stwierdziłam, że w rękach trzymam praktycznie całkowicie ogołocony pień. Mimo wszystko zdecydowałam, że zapłacę za choinkę i zabiorę ją do domu. Sprzedawca machnął ręką i powiedział, że nic się nie należy. Kiedy stanęłam w progu mieszkania z nieszczęsnym drzewkiem, rozpłakałam się. Pocieszeniom nie było końca, rodzice byli szczęśliwi, że nic mi się nie stało. Siostra drutem dowiązała do ogołoconego pnia świerkowe gałązki i ów pień przeistoczył się w piękną choinkę, pod którą zasiadłam z rodziną do wigilijnej wieczerzy.

Kiedy siadam do świątecznego stołu, myślę o tym jak nie umiemy docenić dzisiejszego dobrobytu, sklepów pełnych smakowitości i łatwości, z jaką kupujemy prezenty dla najbliższych. Z pewnością warto o tym pomyśleć, choć raz w roku.