Bajeczne okulary

Notka o autorze

Nazywam się Michalina Antczak. Urodziłam się 35 lat temu w Koszalinie, lecz mieszkam obecnie w Warszawie. Kocham taniec, kwiaty i… opowieści ludzkie (wolę słuchać niż mówić). Jestem osobą o wysokim stopniu krótkowzroczności obu oczu, na co dzień jednak zawsze staram się patrzeć na świat przez różowe okulary, zaś moje motto brzmi:

„Życie człowieka ma kolor jego wyobraźni.”

(Marek Aureliusz)

„Dostrzegać jedynie problemy to pesymizm. Optymizmem jest widzieć ich rozwiązanie.”

(Isabel Mauro)

Moja bohaterka: Agnieszka Paczuska i… „Zaczarowany ołówek”.

Zawód: Artysta plastyk

Lat: 36

Wada wzroku: Krótkowzroczność obu oczu (-10 dioptrii)

Ja, Michalina, zawsze bardzo lubiłam oglądać animowany serial rysunkowy o przygodach chłopca imieniem Piotrek i pieska zwanego Pimpek.

Bajka ta powstała w Studio Małych Form Filmowych Se-Ma-For w latach 1964-1977.

Myślę, że główną „postacią” opowieści jest tytułowy „Zaczarowany ołówek”, który pomaga głównym bohaterom w rozwiązywaniu najróżniejszych problemów w nietypowy sposób – wszystko, co nim narysują, staje się autentyczne. W tej historii ważną rolę odgrywa również krasnoludek, którego zadaniem jest zapewnienie Piotrkowi kolejnych egzemplarzy zaczarowanego ołówka. Ciekawostką jest fakt, iż od 27. odcinka serial posiada ciągłość fabularną, a treścią tej części jest wyprawa bohaterów na pomoc małemu rozbitkowi. Warto także dodać, że seria nie zawiera dialogów.

W roku 1991 z materiałów z odcinków 27-39 zmontowano pełnometrażowy film „Podróż z zaczarowanym ołówkiem”. Dodam, że w Łodzi w dniu 25.09.2011 r. uroczyście odsłonięto pomnik bohaterów „Zaczarowanego ołówka”.

Ja zaś mogę już uroczyście „przedstawić” opowieść o mojej przyjaciółce Agnieszce.

Jest to osoba o artystycznej duszy i… nigdy, tak naprawdę – nie rozstaje się ze swoim „zaczarowanym ołówkiem”, który w Jej dłoniach ma magiczną moc.

Agnieszka, pomimo bardzo dużej wady wzroku (krótkowzroczność obu oczu: -10 dioptrii) jest osobą aktywną. Ukończyła liceum plastyczne i tworzy prawdziwe dzieła sztuki.

Poza tym jest prawdziwą „wojowniczką”: trenuje fitness, a „rower” to Jej drugie imię…

Moja przyjaciółka jest jednak przede wszystkim osobą bardzo ciepłą i pozytywnie nastawioną do ludzi, zwierząt i świata w ogóle. Jej wada wzroku nie jest barierą, która zamknęłaby drzwi do bycia wspaniałą, uśmiechniętą i cenioną przez innych postacią.

Mogę śmiało ręczyć, że pomimo licznych, napotkanych przeszkód, patrzy zawsze przez „różowe okulary”, a także, choć życie nie jest bajką, Agnieszka potrafi narysować zaczarowanym ołówkiem to, co najpiękniejsze: miłość, pogodę ducha, nadzieję i wiarę – na każdy dzień.

Moja bohaterka ma również bardzo wymierne sukcesy związane ze swoim niezaprzeczalnym talentem. Agnieszka jest niezwykle skromną osobą, tym bardziej będzie mi niezwykle miło przedstawić jedno z Jej ostatnich osiągnięć, które wpisuje się w kanon prawdziwego, prospołecznego działania.

Przyjaciółka umieszcza w internecie swoje prace – w celu ich sprzedaży. Pewnego dnia odezwał się Pan Lech, który usłyszał w kościele o chorym chłopcu – Filipku.

Poruszony Jego historią, skontaktował się z Agnieszką, w celu zapytania o ewentualne przekazanie wybranego obrazu na cel charytatywny, uzbieranie brakującej kwoty na leczenie chłopca.

Agnieszka ofiarowała na ten szczytny cel aż pięć dzieł: obrazy przedstawiające Józefa Klemensa Piłsudskiego (1867-1935), Witolda Pileckiego (1901-1948) oraz trzy karykatury znanych sportowców.

Jej ogromnym sukcesem jest, iż obraz, na którym znajduje się Rotmistrz Pilecki, został kupiony przez anonimowego generała z Miami w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, który dopłacił za wybrane dzieło brakującą sumę, potrzebną na operację chłopca.

Moją bohaterkę, Agnieszkę Paczuską, można więc podsumować pięknymi słowami Adama Mickiewicza: „Miej serce i patrzaj w serce”.

Oby jak najwięcej tak wrażliwych na potrzeby innych.

„Być dobrym to rzecz szlachetna, ale uczyć innych być dobrymi, to rzecz jeszcze szlachetniejsza.”

(Mark Twain)

Moja bohaterka: Janina Chodur i… „O wróbelku Elemelku”.

Zawód: Mama, Babcia i ekonomista na emeryturze

Wiek: Zawsze… 57 lat.

Wada wzroku: Zwyrodnienie plamki żółtej

Czy wszyscy z nas znamy postać Wróbelka Elemelka? Myślę, że większość – tak.

Autorką tych opowieści jest Pani Hanna Łochocka (ur. 5 maja 1920 w Lublinie, zm. 14 marca 1995 w Warszawie). Poetka polska, prozaik, autorka słuchowisk, tłumaczka. Studiowała ekonomię w Szkole Głównej Planowania i Statystyki oraz historię na Uniwersytecie Warszawskim.

Pani Hanna wydała dla dzieci kilkadziesiąt książek, najczęściej zbiorów krótkich, rymowanych wierszy. Większość z tych utworów ma charakter użytkowy, np. ułatwia przyswajanie wiedzy, uczy orientacji w świecie znaków i przepisów, inspiruje dzieci do działań plastycznych i rozwija wyobraźnię. Na uwagę zasługują dzieła będące formą zabawy i ćwiczeniami językowymi: „Barabule”, „Chrząszcz w trzcinie”.

Z upodobaniem tworzyła o świecie przyrody – ułatwiając poznawanie świata i sprawiając, że przygody dzieci, dzięki Jej utworom, stawały się jeszcze ciekawsze…

Najpopularniejszy stał się cykl rymowanych książeczek o przygodach ptaków: „O wróbelku Elemelku”. W beztroskich, pełnych humoru opowieściach o doświadczeniach dzieci i uosabiających je zwierząt, pouczała odbiorców w umiarkowany, życzliwy sposób. Podkreślała rolę przyjaźni i współdziałania, dbała o kształtowanie postaw prospołecznych. Tworzyła literaturę o charakterze okolicznościowym, stylizowaną według dziecięcych upodobań.

Poczytność książeczek sprawiła, że poszczególne utwory miały po kilka wydań, były też tłumaczone na wiele języków.

Autorka, Pani Hanna Łochocka, w 1984 roku otrzymała Nagrodę Prezesa Rady Ministrów za twórczość dla dzieci i młodzieży.

Te bezcenne historie o przygodach Wróbelka Elemelka, chciałabym zadedykować najbliższej mi osobie – mojej Mamie, Janinie. Jest Ona osobą nie tylko delikatną i taktowną, ale wesołą i o bardzo pogodnym usposobieniu. Zawsze radosna, miła, uczuciowa, życzliwa każdemu oraz, od czasu do czasu, bujająca w obłokach – zupełnie jak tytułowy Wróbelek Elemelek.

Chciałabym, jednakże, oprócz – tak ważnych, wspaniałych cech mojej Mamy, przedstawić na łamach tej opowieści, namacalny wkład Janiny w rozwój naszej ojczyzny.

Moja Mama jest… medalistką! Ale nie paraolimpiady, czy też lokalnych zawodów sportowych. W uznaniu swojej ciężkiej pracy otrzymała podczas ponad 30-letniej kariery ekonomicznej:

srebrną odznakę za zasługi dla finansów PRL (06.06.1980 r.)

honorową odznakę Prezesa Rady Ministrów/Zasłużony Pracownik Państwowy (03.07.1987 r.)

Złoty Krzyż Zasługi (23.10.1991 r.), legitymacja podpisana przez Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej – Lecha Wałęsę.

Nie odznaczenia są tu jednak najważniejsze. Choć docenianie pracy jest zawsze satysfakcjonujące, dla mnie – jako córki – ważna jest „kariera” Mamy jako szlachetnego, skromnego i wrażliwego człowieka. Pomimo ogromnych, nieodwracalnych problemów ze wzrokiem – to Mamy rady są najlepsze, to Mamy kuchnia jest najsmaczniejsza i to Mamy oczy, choć bardzo chore, zawsze widzą najlepiej…

Tę krótką notę o Pani Janinie, chciałabym zakończyć słowami słynnego pisarza, które – moim zdaniem – bardzo dobrze przedstawiają postawę społeczną, karierę, tę zawodową i stosunek do świata w ogóle.

„Jest tylko jeden sposób na szczęście: żyć dla innych.”

(Lew Tołstoj)

Mamo, dziękuję, że jesteś!

„Wielu ludzi przegapia małe szczęście, na próżno czekając na wielkie.”

(Pearl.S.Buck)

Moja bohaterka: Małgorzata Szydłowska i… „Miś Uszatek”.

Zawód: Praca w serwisie sprzątającym

Lat: 33

Wada wzroku: Retinopatia wcześniacza i astygmatyzm

„Gabrysiu, Gabrysiu, przywitaj się z Ciocią Michasią” – takie słowa witają mnie zawsze u progu gościnnego i tętniącego życiem mieszkania Małgosi – mojej przyjaciółki. Wspomniany Gabryś to Jej synek. Wesoły, energiczny i zawsze chętny do nauki poprzez zabawę. Małgosia zaś – moja bohaterka, choruje na ciężką chorobę oczu. Retinopatia wcześniacza przeszkodziła Jej w spełnieniu marzenia – bycia cukiernikiem. Mimo to nie załamała się. Pomimo swojej niepełnosprawności, samotnie wychowuje synka Gabrysia. Jest nie tylko dzielna, ale także pracowita. Podziwiam Ją również za niezwykłą dojrzałość życiową, radzenie sobie w trudnych sytuacjach dnia codziennego oraz za takt, kulturę osobistą i przyjazny stosunek do ludzi.

Synek Małgorzaty bardzo lubi pluszowe misie. Ma już ich niemałą kolekcję…

Ja zaś w dzieciństwie uwielbiałam wiele bajek. Na zawsze jednak w moim sercu pozostanie

„Miś Uszatek”. Przypomnienie Państwu historii tej właśnie bajki dedykuję Gabrysiowi i Małgosi.

Główną postacią serialu jest tytułowy Miś Uszatek. Postać ta znana była wcześniej z książek dla dzieci. Powstała 06.03.1957 r. jako dzieło pisarza Czesława Janczarskiego oraz ilustratora Zbigniewa Rychlickiego. Początkowo Miś Uszatek gościł głównie w pisemku dla dzieci „Miś”, którego był patronem, później stał się bohaterem licznych książek, tłumaczonych również na języki obce. W roku 1962 powstał pierwszy indywidualny film, według scenariusza napisanego przez Czesława Janczarskiego pod tytułem Miś Uszatek.

Prawdziwa eksplozja popularności Misia nastąpiła jednak dopiero w 1975 roku, kiedy to Studio Małych Form Filmowych Se-Ma-For w Łodzi, na zlecenie Telewizji Polskiej rozpoczęło produkcję lalkowego serialu z Uszatkiem, któremu głosu użyczył Mieczysław Czechowicz. W szybkim tempie powstawały filmy na wszystkie możliwe okazje i wszystkie pory roku.

Ogromna popularność pozwoliła bajce zająć drugie miejsce w rankingu produkcji ówczesnych filmów animowanych (pierwsze miejsce należało do Bolka i Lolka). Odcinki, w liczbie 104, z Misiem Uszatkiem w roli głównej stanowiły materiał na pełne dwa lata cotygodniowej emisji dobranocek w TVP. Serial w późniejszym czasie emitowany był także na innych stacjach, m.in. Kino Polska, czy MiniMini+.

Co ważne – Telewizja Polska, finansująca serial, zdecydowała o zakończeniu realizacji I części serialu w 1979 r. W tym czasie w studio przygotowano produkcję czterech kolejnych odcinków. Zostały one ukończone w 1980 roku pod ogólnym tytułem Nowe przygody Misia Uszatka, z przeznaczeniem, do kin – na porankowe seanse dla dzieci. Produkcja ta została sfinansowana z pieniędzy otrzymanych przez studio z Ministerstwa Kultury. Warto dodać, że serial telewizyjny trwał do 1987 roku.

Oryginalna lalka Misia Uszatka znajduje się na ekspozycji w Muzeum Animacji Se-Ma-For w Łodzi.

Choć Miś Uszatek był bohaterem popularnym głównie wśród dzieci (m.in. dlatego, że przypominał dostępną wszystkim pluszową zabawkę, ale był również poważnym partnerem – jakoby kolegą z przedszkola/szkoły), to okazał się postacią bajkową na wskroś współczesną, nie tylko w zachowaniu czy języku, ale i w ubiorze…

Powrócę jednak – do Gabrysia i Małgosi. Dlaczego właśnie tę bajkę im dedykuję?

Dla mnie przygody Misia Uszatka to mianownik ciepła rodzinnego, przyjaźni, pomocy innym, odpowiedzialności. Bohaterowie przedstawieni w opowieści (tytułowy Miś Uszatek, Zajączek, Prosiaczek, Króliczki, Kot, Kruczek, Ciocia Chrum – Chrum, Mama Królików, Alina, Róża, Kajtek, Sroczka, Kotka) są altruistami – oglądając ich historie można poczuć emocje, uśmiechnąć się, a nawet wzruszyć.

I tak jest także w domu Małgosi. Gwar, zapach pysznych potraw, wiele mądrych, dojrzałych słów. To wszystko sprawia, że jestem częstym gościem tego domu. Wierzę mocno, że Małgosi i Gabrysiowi, na progu nowego, 2019 roku, spełnią się wszystkie marzenia, nadzieje, a i ich codzienne życie… stanie się prawdziwą bajką.

Życzę tego także wszystkim Państwu – niech przeciwności znikną, ale jeśli są nieuniknione, zwłaszcza te związane ze schorzeniami oczu, pamiętajmy:

„Per aspera ad astra”/„Przez cierpienie do gwiazd”

(Przysłowie łacińskie)

Epilog:

Ze swojej strony chciałabym bardzo gorąco podziękować moim przyjaciołom – Pani Agnieszce Paczuskiej, Pani Małgorzacie Szydłowskiej oraz mojej Mamie, Pani Janinie Chodur, za zgodę na opowiedzenie ich historii.

Wierzę, że mój tekst pomoże wielu osobom, które zmagają się z wadami wzroku.

Życząc wszystkim Państwu zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia, uprzejmie zachęcam do patrzenia na świat – nie tylko przez bajeczne, ale i… różowe okulary.

Bibliografia:

Wikipedia/encyklopedia internetowa;

Autentyczne historie:

– Pani Agnieszka Paczuska

– Pani Małgorzata Szydłowska

– Pani Janina Chodur

Wiersze

O Autorce

Pani Teresa Kurzepa, niewidoma autorka, urodzona w roku 1956 w Lublinie, od lat mieszka w Kozienicach. Jej tekst zwyciężył w fundacyjnym konkursie „Jestem lepszy od…” i został zamieszczony w poprzednim numerze Helpa, gdzie można go znaleźć i odczytać. Pani Teresa jest również autorką wierszy, które zamieszczamy poniżej.

Sama o sobie mówi: „Dzisiaj już zupełnie nie widzę, słyszę tylko dzięki aparatowi, ale ciągle mam w myśli, że mimo wszystko mogę dawać ludziom siebie, mogę dawać im rozrywkę, chwilę zadumy i refleksji oraz dobry przykład, że nie wolno się załamywać, że utrata wzroku i słuchu to przecież nie koniec świata. Po sukcesie w bibliotece, gdy moje życie jakby kolejny raz zaczęło się na nowo, od roku należę do grupy poetyckiej „Erato” działającej przy domu kultury, gdzie moje wiersze są drukowane w miejscowej gazetce.”

Biała laska

Krętą drogą tuż przed nami

idzie człowiek

z białą laską z odblaskami.

Czym ta laska?

Czy ozdobą jest u paska?

Czy podpórką jest u nogi?

Nie – to kompas dla twej drogi

Gdy twe oczy już zamglone

Wkoło ciemność – w którą stronę?

Bo przeszkoda: korzeń, kamień,

Jest ulica i mur wielki

Jak iść dalej bez udręki?

Laska drogę Ci wyznaczy

Przed nogami dzielnie kroczy

Śmiało laskę trzymaj w dłoni

Ona poprowadzi,

Przed złem Cię uchroni.

2016

Spacer

Teresa na spacer bardzo iść chciała,

Już laskę odruchowo do ręki brała,

Nagle sobie przypomniała…

Cóż swoimi oczami w parku będzie widziała?

Niewiele myśląc przyjaciela zaprosiła,

By poprowadził, aby zobaczyła.

Podała mu swoją dłoń

On delikatnie ucałował jej skroń,

Spojrzeli na siebie, wzięli się pod ręce

Ruszyli do parku by dostrzec co piękne.

On jej omawiał widoki ze szczegółami

Ona wszystko widziała jego oczami.

Tak przez poranek cały

Park ze stawami zwiedzali,

Ona odkryła uroki nowe

Zmęczeni usiedli – wypili wodę.

Więc miej przyjaciela w swym życiu

Czasami z nim popłacz, czasami przytul

2016 r.

Przeszkoda

Jak żyć z dramatem – co stoi przed nami?

Oczy nie błyszczą swoimi kolorami

Uszy straciły już swoje tony

Serce zwolniło pracę silnika

Już stoisz w miejscu, a czas umyka

Głowa do dołu mocno spuszczona

Jak iść do przodu, trudy pokonać?

Podnieś swą głowę tam, ku niebiosom

Chwyć w dłoń swoją białą laseczkę

Powolnym krokiem – słabym silnikiem

Ruszaj do przodu mijając kolejne przecznice

Na każdej drodze stoi przyjaciel

Więc się uśmiechnij – zaczekaj czasem

Pójdziecie razem tym gęstym lasem

I szukaj nowych dla siebie wyzwań

Ruszaj do przodu

Nie zatrzymuj zegara

Za kolejną przeszkodą

zwiększa się twoja skala

Za każdą kładką nowe wyzwanie

Dla Ciebie piękne doznanie

Kozienice, 13 września 2018 r.

Niewidomi budzą skrajne emocje

Z Adamem Ziajskim rozmawia Radosław Nowicki

„Spójrz na mnie” nie jest uśrednionym wyobrażeniem środowiska, ale głosem Aliny, Ani, Mietka, Mikołaja i Grzesia. Postanowiłem ująć się za słabszymi, a tych jest znacznie więcej. Teatr nie powinien zaklinać rzeczywistości na wzór oper mydlanych. W przeciwnym wypadku nie warto się nim zajmować. Chcę poruszać głębokie struny naszych emocji, empatii i wyobraźni, bo w rzeczywistości widzę ich nieustający deficyt – powiedział Adam Ziajski, reżyser reportażu teatralnego „Spójrz na mnie”.

Adam Ziajski to aktor, reżyser teatralny, założyciel Teatru Strefa Ciszy, pomysłodawca, a jednocześnie szef Centrum Rezydencji Teatralnej „Scena Robocza” w Poznaniu. W ostatnim czasie zrobiło się o nim głośno, bowiem zdecydował się na współpracę z osobami niesłyszącymi oraz niewidomymi, tworząc dyptyk „Nie mów nikomu” i „Spójrz na mnie”. Dlaczego zdecydował się na współpracę z niepełnosprawnymi? Jaki był jego cel? Co go najbardziej zaskoczyło? Jaki temat podejmie w kolejnym spektaklu? O tym i o wielu innych, ciekawych kwestiach można przeczytać w poniższej rozmowie.

Radosław Nowicki: Tworząc reportaż teatralny „Spójrz na mnie” już po raz drugi zdecydował się pan na podjęcie współpracy z osobami niepełnosprawnymi. Tym razem padło na osoby mające problem ze wzrokiem. Skąd pomysł, aby zaprosić je do współpracy?

Adam Ziajski: Powodów było kilka. Jednym z najbardziej istotnych była wewnętrzna potrzeba dotykania w teatrze tego, co nieznane, odrzucane czy choćby społecznie wyparte. W moim przekonaniu teatr powinien być przestrzenią, która daje „głos” innym. Za pomocą obu spektakli starałem się zarówno usłyszeć, jak i zobaczyć tych, których traktujemy jak nieobecnych. Pierwsza część, czyli „Nie mów nikomu” powstała z przejęcia i zawstydzenia tym, co stało się z naszą językową wspólnotą. Nie mogę nie wspomnieć, że rozmawiamy tuż po dramatycznym wydarzeniu z Gdańska, gdzie językowa przemoc i wzajemne wykluczenie przeistoczyły się w barbarzyński mord. Wstrząśnięci tym faktem zaczynamy dostrzegać, że waga języka jakim się posługujemy, jest fundamentalna również dla naszego bezpieczeństwa. Do zajęcia się tematem języka, a było to w roku 2016, postanowiłem zaprosić tych, którzy głosu nie mają – niesłyszących. „Spójrz na mnie” zadedykowałem niewidomym. To próba zderzenia społecznych wyobrażeń z realiami. Niewidomi w moim przekonaniu budzą skrajne emocje. Pierwszą jest podziw, kiedy spotykamy ich na ulicy gdy samodzielnie poruszają się, a drugą – lęk, że może zdarzyć się coś nieprzewidzianego i nie będziemy wiedzieli jak zareagować. W obu przypadkach to właśnie nasza niewiedza rodzi lęki i uprzedzenia, a w konsekwencji wykluczenie.

R.N.: Czyli nie miał pan wcześniej doświadczenia w kontakcie z osobami niepełnosprawnymi?

A.Z.: Kiedyś Leszczyński powiedział, że filmy należy robić w taki sposób jak się robi obiad, czyli najlepiej jak się umie. Potem dzielimy się nim z innymi, dzieląc się też swoim wyobrażeniem na temat danego smaku. Wcześniej nie pracowałem z osobami głuchymi czy niewidomymi, ale nie w tym rzecz. Za każdym razem podejmuję jakieś wyzwanie i to jest istotne.

R.N.: A jak przebiegało poszukiwanie bohaterów do tego spektaklu?

A.Z.: Spędziłem pół roku na poszukiwaniu interesujących historii. To było wyzwanie, które w pewnym sensie mnie przerosło. Nie spodziewałem się, że będzie to tak trudne i żmudne zadanie. Przeprowadziłem około 20 rozmów. Byłem po nich zdruzgotany tym jak bardzo osoby niewidome są zepchnięte poza nawias społeczny, a z drugiej strony głęboko poruszony ich otwartością, potrzebą opowiadania i bycia słuchanym. Ostatecznie zdecydowałem się na współpracę z pięcioma osobami, które teraz współtworzą nasz spektakl, stając się nie tyle aktorami, co bohaterami teatralnego reportażu.

R.N.: Jaki obraz wyłonił się z opowieści, które przedstawiali panu ci ludzie?

A.Z.: Byłem bardzo zaskoczony ilością osobistych dramatów, trudności i ogólnym poczuciem odrzucenia. Wcześniej wiedziałem, że głusi to najbardziej wykluczona grupa społeczna z uwagi na brak zdolności komunikowania się z otoczeniem. Natomiast niewidomi są bardziej straumatyzowani. Życie w stanie bezustannego zagrożenia powoduje, że ich ciała są oporne, sztywne, zamknięte. Doświadczyłem tego w trakcie pierwszych prób, próbując zbadać ich motorykę.

R.N.: A były osoby, które pokazywały jaśniejszą stronę bycia niewidomym, to, że sobie radzą na studiach, w pracy, w życiu osobistym?

A.Z.: W każdej z opowiadanych historii jest jakaś jaśniejsza strona. Myślę, że dla równowagi każdego z nas wręcz musimy umieć ją dostrzec. To kwestia osobistej perspektywy. Tak też jest w historiach opowiadanych w spektaklu. Moi bohaterowie to ludzie z krwi i kości, za nimi stoją konkretne historie, ich historie. Mimo to kilka razy niewidomi widzowie zarzucali mi, że pokazuję niewidomych wyłącznie w negatywnym świetle. „Spójrz na mnie” nie jest uśrednionym wyobrażeniem środowiska, ale głosem Aliny, Ani, Mietka, Mikołaja i Grzesia. W moich spektaklach postanowiłem ująć się za słabszymi, a tych jest znacznie więcej. Teatr nie powinien zaklinać rzeczywistości na wzór oper mydlanych. W przeciwnym wypadku nie warto się nim zajmować. Chcę poruszać głębokie struny naszych emocji, empatii i wyobraźni, bo w rzeczywistości widzę ich nieustający deficyt.

R.N.: A dla pana ważniejsze było, żeby wyciągnąć niewidomych z domu czy przybliżyć ich świat osobom pełnosprawnym?

A.Z.: Na szczęście nie musiałem ich wyciągać z domu. Są bardzo dzielni. Żyją, pracują, choć niektórzy mają problemy z samodzielnym poruszaniem się. Mimo to, codziennie podejmują walkę z trudnościami, z którymi widzący walczyć w ogóle nie muszą. Dzięki pracy na scenie każdy z nich wzmocnił własną samoocenę. Przekroczyli swoje słabości i za moment zagrają trzydziesty spektakl. Można powiedzieć, że są już pół profesjonalistami. Kluczowe jednak było to, abyśmy wspólnie przybliżyli ich doświadczenie osobom widzącym.

R.N.: A jak pan wsłuchuje się w głosy po spektaklu, to można odnieść wrażenie, że ten przekaz dociera do odbiorców?

A.Z.: Jak najbardziej. W wymiarze zawartych historii spektakl oddziałuje bardzo silnie na emocje. Niemniej istotny jest on w wymiarze wizualnym. Przez znaczną część spektaklu moi bohaterowie są wyłącznie abstrakcyjnym i anonimowym kształtem wyrysowanym na scenie. W trakcie pojawiają się metaforyczne skojarzenia dotyczące ciemności i bycia niewidzialnym. Ten spektakl nie pozostawia ludzi obojętnych, wywołuje w nich poruszenie, a nawet łzy.

R.N.: Ma pan swoją jakąś ulubioną scenę?

A.Z.: Mam ich wiele. Każda z nich ma dla mnie ogromną wagę. Z każdej jestem dumny. Szczególną wartość dla mnie ma scena pustki, która odbywa się w zupełnej ciemności. Słychać wówczas głos audiodeskryptorki, która w metafizyczny sposób opowiada o swojej obecności w teatrze i o tym, czym jest ciemność. Ta scena buduje bardzo silne napięcie, a głos staje się jednym z bohaterów. Są inne sceny, które nawet mnie podczas grania spektaklu przyprawiają o dreszcze. Dzieje się tak, kiedy słyszę historie, które brzmią niesamowicie wiarygodnie, pięknie, a jednocześnie przejmująco, np. scena Grzegorza o dotyku albo scena Aliny o białej lasce.

R.N.: Jeden z bohaterów stwierdził, że wyjście na scenę jest dla niego terapią. Widzi pan, że ci ludzie się jeszcze bardziej otworzyli, że przez grę w tym spektaklu zostali dowartościowani?

A.Z.: Każdego z nich to wzmocniło. Moi bohaterowie doświadczyli władzy jaką się zdobywa nad cudzymi uczuciami. W ten sposób poznają również samych siebie. Praca w teatrze to bycie w zaczarowanej przestrzeni, w której nie musimy poddawać się dyktatowi świata, w którym ktoś narzuca nam, co mamy myśleć i jak reagować. Tu jesteśmy niezależni i wolni.

R.N.: A ma pan takie odczucie, że ludzie wychodząc z teatru po tym spektaklu będą baczniej rozglądać się wokół siebie w poszukiwaniu osób niewidomych?

A.Z.: Teatr nie jest lekarstwem. Jest tylko i aż realnym narzędziem małych zmian. Jeśli choć jedna osoba zatrudni niewidomego z powodu obejrzanego spektaklu, wesprze ją w tramwaju albo spontanicznie dotrzyma towarzystwa na ławce w parku, to będzie znaczyć, że warto było. W swojej pracy wielokrotnie doświadczałem zbawiennego wpływu teatru. Moi bohaterowie również doświadczają podobnych gestów. Fundamentalnym problemem w relacjach z osobami niepełnosprawnymi jest to, że tak naprawdę to nasze relacje z nimi są niepełnosprawne.

R.N.: Duże zainteresowanie spektaklem skłoniło pana do tego, aby dalej podążać w kierunku osób niepełnosprawnych?

A.Z.: Obie części dyptyku były poświęcone osobom wykluczonym i mam poczucie, że ten temat już wyczerpałem. Teraz czas na kolejne wyzwanie. Następny spektakl chciałbym zadedykować zaginionym. Jego premiera odbędzie się we wrześniu.

Niewidomy widoczny na scenie – rozmowa z Grzegorzem Dowgiałło

I.J: Mam przyjemność rozmawiać z Panem Grzegorzem Dowgiałło, niewidomym aktorem i muzykiem. Po raz pierwszy mogłam zobaczyć Pana na scenie Teatru Polskiego w Poznaniu w spektaklu „Odys”, wyreżyserowanym przez Ewelinę Marciniak. Jak to się stało, że dołączył Pan do tego zespołu i zaczął pracę z Panią Marciniak?

G.D: Jeżeli chodzi o spotkanie z Eweliną Marciniak, to tak na dobrą sprawę zaczęło się gdzieś w czasach, gdy dołączyłem do zespołu Recycling Band. Jest to zespół używający tak zwanych instrumentów odpadowych, czyli wykonanych z elementów, które nikomu już wydają się być niepotrzebne. Ewelina Marciniak została zaproszona na jedną z prób, było to niedługo przed tym, gdy zacząłem z nią współpracować przy pierwszym spektaklu. Ale po kolei. Pamiętam, że jednemu z kolegów wygadałem się trochę o swoich ambicjach, marzeniach. Zdarzyło się tak, że zostałem zaproszony do pracy w spektaklu „Gałgan” we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. „Odys” był drugim spektaklem. Pierwsze marzenie, czy spełnienie ambicji aktorskich, ziściło się.

I.J: Od razu nasuwa mi się pytanie: jak można odnajdywać się w przestrzeni teatralnej, miejscach, w których odbywają się spektakle, ale też scenografii i kostiumach, gdy jest się osobą niewidomą?

G.D: Nie jest to trudne, jeśli bierze się pod uwagę, że przygotowując spektakl teatralny uczestniczy się w dużej ilości prób. Jest czas, aby się zaprzyjaźnić z przestrzenią, tym co w niej jest i gdzie. W sytuacji, gdy przez parę miesięcy wykonuje się regularną pracę, jest czas, aby zostać samemu na scenie, obadać sobie przestrzeń. Zdarza się, że ktoś coś wytłumaczy, a poza tym, jeśli ktoś bardzo chce pracować i spełnić swoje marzenie, to jest na tyle zdeterminowany, że odnajduje się w przestrzeni. Ja staram się raczej zapamiętywać jakąkolwiek przestrzeń, w której się znajduję, w której muszę funkcjonować. Nie każdy ma tak rozwinięty zmysł orientacji, ale moim zdaniem jest to kwestia determinacji i tego, że chce się coś osiągnąć.

Myślę, że najważniejszy jest czas i pragnienie, że chce się uczestniczyć w spektaklu. Ewelina ma tyle kreatywności, że tak wszystko wymyśli, aby można było po prostu sprawnie grać i się poruszać bez problemów, więcej – żeby każdy z tego wziął, każdy skorzystał.

I.J: Mówi Pan o oswajaniu przestrzeni w długim i systematycznym trybie. Zastanawiam się, w jaki sposób buduje Pan role z pominięciem zmysłu wzroku. Czy są to metody, które stworzył Pan sam, czy korzysta Pan z zaplecza innych twórców teatralnych?

G.D: Muszę ponownie wspomnieć o Ewelinie Marciniak. Jest ona jedną z osób, które uwierzyły, że z osobą niewidomą można pracować, co niekoniecznie zdarza się na przykład w szkołach teatralnych. Czasem nie wiadomo jak pracować z taką osobą, jak zająć się nią w taki sposób, żeby nie psuła współpracy czy przygotowania się innym. Mówiłem o kreatywności Eweliny, ale chodzi też o metody – ja się przy niej dużo nauczyłem. Swego czasu bardzo interesowało mnie imitowanie postaci, ale też, nazwijmy to nadmuchane aktorstwo.

Na zdjęciu Grzegorz Dowgiałło w spektaklu Teatru Polskiego w Poznaniu pt. „Odys“ w reż. Eweliny Marciniak, fot. Magdalena Hueckel

I.J: Uwznioślone, patetyczne?

G.D: Tak, mnie to fascynowało i wręcz robiłem sobie z tego żarty. Ewelina pokazała mi drogę odszukiwania w sobie różnych stanów emocjonalnych, to znaczy odkrywania i wyciągania ich z siebie, przypominania ich sobie. Oczywiście czasem pytałem kolegów, czego oni się uczyli i przyswajałem to, jednak najważniejszą sprawą było szukanie tego w sobie. Dlatego dziś bardziej są mnie w stanie przekonać aktorzy, którzy niczego nie nadmuchują.

I.J: Jakie są największe trudności, z którymi spotkał się Pan w czasie tworzenia spektaklu? Mam na myśli te wewnątrz, jak i te które otaczają aktora – na przykład różne stereotypy.

G.D: Wydaje mi się, że trudności są wtedy, gdy człowiek musi wykonać na scenie coś, co w nim było trudnością. Są takie rzeczy, których człowiek nigdy nie robił i nagle mu się każe, albo nie robił z przekonania, że czegoś nie wolno, albo nie wypada, albo sam nie czuje się z tym dobrze. Wiadomo, że rola wymaga pewnych trudności, słyszałem o takich przypadkach, że ludzie kazali sobie zęby wybijać do roli. Niektórych rzeczy człowiek nie wykona z powodów ideowych. Są przecież role, których aktor nie chce grać. Najtrudniejsze jest chyba takie osobowe zetknięcie z tym, co człowiek powinien, co może.

I.J: Chodziło mi również o dezaprobatę, ze względu na to, że niewidomy może grać z aktorami pełnosprawnymi i odnosić sukcesy. Czy zetknął Pan się z tym kiedyś?

G.D: Ja się tym nigdy nie przejmowałem, bo miałem wrażenie, że pracuję z profesjonalnymi osobami. Nikt mi czegoś takiego nie powiedział. Zawsze starałem się, również w normalnym życiu, dorównać osobom, z którymi jestem. Właściwie najbardziej odczułem to na studiach, gdy byłem wśród osób widzących, nie zdarzyło mi się zetknąć bezpośrednio z niewidomymi. Powodowało to pewną motywację, nie słyszałem niczego w tym stylu. Można wyjść z założenia, że jeśli zajęła się mną profesjonalna reżyserka spektakli, które odniosły sukces, to znaczy, że pokłada ona we mnie nadzieje. Ewelina pokazała swoją kreatywnością, że nie można zorientować się, że jest jakaś różnica. Słyszałem komentarze od osób postronnych, że fajnie gram tego niewidomego. Jeżeli do tego czasem dochodzi, to znaczy, że…

I.J: Jest Pan wiarygodny.

G.D: Pracuję z osobami, które potrafią tak to zbudować, że można się cieszyć z bycia tam i że chce się z nimi pracować.

I.J: Dla mnie, widza, ważne jest włączanie osób z dysfunkcją wzroku w obieg kultury wysokiej. Rola Telemacha jest pokazaniem, że można użyć doskonałych środków teatralnych, które nie tylko wydobędą z aktora jego najlepsze cechy, ale też, że postać ta nie będzie odstawała profesjonalizmem od osób w pełni sprawnych. Nasi czytelnicy są różnorodni, interesuje ich wiele spraw, stąd pytanie o Pana plany na przyszłość. Gdzie będzie można Pana zobaczyć w najbliższym czasie?

G.D: W czasie, gdy jeszcze nie wybrzmiała premiera „Odysa”, nagle otrzymałem propozycję z Teatru Rozrywki w Chorzowie. Był to spektakl „Stańczyk”, być może właśnie tam będzie można mnie zobaczyć.

I.J: Rozumiem, że rozwój jako aktora teatralnego pozostanie w kręgu Pana zainteresowań.

G.D: Z pewnością. Dużo mnie to nauczyło. Nie wiem, na ile mógłbym być aktorem zawodowym, bo póki co, od roku 2014 brałem udział w czterech większych rzeczach, które reżyserowała Ewelina Marciniak. Ale gdyby zdarzyło się coś takiego przygotowywać, to jestem jak najbardziej otwarty. Dopóki ktoś we mnie wierzy, to też jest moją rolą to zaufanie spłacić tym, co potrafię robić najlepiej.

Duch teatru, czyli zwiedzanie dla niewidomych

Niewidomi i niedowidzący korzystają z wielu dóbr kultury – filmów z audiodeskrypcją, książki mówionej, telewizji, publikacji brajlowskich, muzyki odtwarzanej na różnego rodzaju nośnikach. Tego typu źródła rozrywki, czy też przyjemności, zapewniają powtarzalność – zawsze można wrócić do nagrania, konkretnego rozdziału czy fragmentu filmu, albo dotykiem odczytać książkę jeszcze raz. Co jednak zrobić z tak ulotną sztuką, jaką jest teatr?

Oczywiście, możliwe jest nagranie spektaklu z wielu miejsc – widowni, kulis, czy nawet sceny. Niestety, nawet najlepszy zapis kamery nie zastąpi udziału w spektaklu. Ale słowo „teatr“ ma wiele znaczeń – jedno z nich to budynek, w którym odbywają się przedstawienia. Prawdą jest, że w biegu historii również on się zmienia – pod panowaniem różnych władców, historii teatru, technologii czy zwyczajnie pieniędzy, ale też na przykład mody. Na szczęście wiele z budynków teatrów można oglądać do tej pory. Poznański tyflopunkt Fundacji miał możliwość zwiedzenia Teatru Polskiego w Poznaniu.

Teatr działa w Poznaniu od 1875 roku. Jego historia jest niezwykle ciekawa, głównie ze względu na fakt, że powstał w zaborze pruskim, ufundowany dzięki zbiórce pieniędzy. Na początku swojego istnienia znajdował się w Ogrodzie Potockiego – z każdej strony był otoczony kamienicami. Obecnie jest odsłonięty i można do niego wejść bezpośrednio z ulicy 27 Grudnia. Nad wejściem można zauważyć napis „Naród Sobie”. Jest on znaczący w kontekście historii budowy teatru, ale można go odczytywać na różne sposoby.

Pod tym napisem czekała na zwiedzających grupa interesująco ubranych postaci. Osoby niewidome mogły dotknąć kostiumów, zostały one też dokładnie dla nich opisane. Poza tym skądś wydobywała się mroczna muzyka – sugerowała, że będzie to zwiedzanie z duchem… Postaci przeprowadzały grupę przez mnóstwo zakamarków, normalnie niedostępnych dla widzów. Czasem trzeba było przeciskać się przez wąskie przejścia, wchodzić lub schodzić z wielu schodów. Dawało to wyobrażenie o codziennym życiu teatru. Grupa przeszła budynek od piwnic, w których odbywa się jeden ze spektakli (i gdzie na końcu można było przymierzyć niektóre kostiumy), poprzez scenę, widownię, sale prób i garderoby. Udało się też wyjść na taras, z którego mimo niskiej temperatury można było podziwiać okoliczne budynki Dzielnicy Cesarskiej.

Zwiedzanie budynków teatralnych przez osoby na co dzień nie związane ze sztuką teatralną może wydawać się nudne. Jednak łatwo można sobie wyobrazić, w jaki sposób na wszystkie zmysły oddziałuje faktura i ciężar kurtyny, dźwięk niosących się ze sceny rozmów, różnorodna forma rekwizytów, zapach unoszący się w foyer, czy wreszcie historie opowiadane przez przewodników. Poza tym jest to moment wejścia w ukryte miejsca, które pomagają w tworzeniu magii teatru.

Zmysły kontra rzeczy, czyli o wystawie Dizajn_po_omacku

Miasto otwarte – jakie jest? Dla każdego czymś innym – przestrzenią kreatywną, zróżnicowaną kulturowo, dobrze skomunikowaną, zieloną. Może mieć wszystkie wymienione cechy. Ale jeśli miasto zapomina o osobach z niepełnosprawnością – nie będzie otwarte.

Łatwo nam ignorować kwestie dostępności – dopóki jesteśmy zdrowi, udajemy, że niepełnosprawność nie istnieje. A jeśli nawet uznamy jej istnienie, uważamy, że dotyka wszystkich innych, ale na pewno nie NAS.

Tak powstają nowoczesne, innowacyjne miasta: pękające w szwach od nowoczesnych technologii, drapaczy chmur, inteligentnych rozwiązań, ale jednocześnie doskonale opancerzone twierdze, chroniące się przed osobami z niepełnosprawnością. To ogromny problem. Z czego to wynika?

Największy mankament to chyba niski poziom edukacji przyszłych architektów – mała ilość godzin poświęconych projektowaniu uniwersalnemu odbija się na nas każdego dnia. Bez chwili zastanowienia mogłabym zacząć wymieniać nowopowstałe budynki w wielkich i mniejszych miastach czy duże przedsięwzięcia architektoniczne, które jednocześnie są skrajnie niedostępne dla osób z niepełnosprawnościami. Wierzę, że nie wynika to z braku chęci, ale raczej braku odpowiedniej wiedzy i niskiej świadomości społecznej.

Właśnie dlatego Województwo Małopolskie postanowiło mówić o projektowaniu uniwersalnym. W ramach projektu Miasto kreatywne Urząd Marszałkowski Województwa Małopolskiego popularyzuje tematykę przemysłów kreatywnych: sektora opartego na kreatywnych i innowacyjnych działaniach twórców szeroko pojętej sztuki, mediów i projektowania.

Tegoroczne wydarzenie nosiło nazwę zmysły vs. rzeczy. Pomysł był prosty: uświadomić osobom zdrowym jakie problemy i przeszkody w funkcjonowaniu w przestrzeni miejskiej mają osoby niewidome. Chcieliśmy pokazać ten ignorowany, nieco zapomniany, pozawizualny wymiar życia codziennego, obcowania ze sztuką, dizajnem, miastem.

Konferencja skupiała wybitnych ekspertów i panelistów z branży designu i projektowania dla osób z niepełnosprawnościami. Ale oprócz konferencji, uczestnicy mieli też okazję spróbować czegoś wyjątkowego.

29 listopada w przestrzeni Małopolskiego Ogrodu Sztuki odbyły się szczególne, jednodniowe warsztaty pt. „Dizajn po omacku”. Kiedy dostaliśmy propozycję stworzenia takiego warsztatu, od razu wiedzieliśmy, że nie może być inaczej – warsztaty musiały odbywać się w całkowitej ciemności, a prowadzącymi nie mógł być nikt inny, jak właśnie osoby niewidome. Dlatego też lubimy mówić, że warsztat miał charakter „uwrażliwiający” – był skierowany do osób, które nie miały nigdy kontaktu z osobami niewidomymi czy słabowidzącymi i mógł stać się pierwszym przyczynkiem do zwiększenia ich wrażliwości i empatii, ale także (wiemy jak przekornie to brzmi) miał otworzyć oczy na potrzeby osób z dysfunkcjami wzroku.

Nikt dokładnie nie wiedział co kryło za drzwiami sali konferencyjnej Małopolskiego Ogrodu Sztuki – o to właśnie chodziło, by uczestnicy nie mieli bladego pojęcia co ich spotka „po ciemnej stronie”. Uczestników prosiliśmy, by przed wejściem na salę zdjęli buty – wystawa sensoryczna miała pobudzać jak największą liczbę receptorów, a więc także te, które znajdują się na stopach.

Zadanie pierwsze, to oswoić nieco mrok, rozbujać pozostałe zmysły i stoczyć prawdziwy bój poznawczy. Co wygra? Zmysły czy rzeczy?

Po wystawie oprowadzała Natalia Kaczor i Przemysław Rogalski – fantastyczni niewidomi przewodnicy, którzy przestrzeń wystawy znali jak własną kieszeń. Wystawa składała się z dwóch części: pierwszej części – sensorycznej, służącej, jak wspominałam, do oswojenia mroku i rozkręcenia pozostałych zmysłów. Było tutaj coś dla stóp, dłoni, ucha, nosa, a także języka – ścieżka sensoryczna pobudzała receptory na stopach, stół sensoryczny z miskami pełnymi śliskich i zimnych kulek hydrożelowych, piasku kinetycznego i innych pobudzał czucie w dłoniach. W tej części znalazło się także miejsce dla łączenia wrażeń słuchowych z obiektem – uczestnicy mieli za zadanie rozpoznać np. dźwięk nalewania wody do filiżanki, ale także rozpoznawali, który dźwięk wydaje ciepła woda, a który zimna. Wśród przedmiotów musieli odnaleźć też element kojarzony z dźwiękiem (np. muszla – dźwięki szumu morza, samochodzik – dźwięk ryczącego silnika). Poświęciliśmy także chwilę dla węchu: rozpoznawaliśmy jedynie po zapachu przyprawy lub olejki eteryczne, a także rozpoznawaliśmy po smaku cukierki. Ostatnim elementem tej części była krótka partyjka w grę dotykową – taką, która pomaga niewidomym dzieciom i wprowadza je do świata czytania dotykiem.

Druga część była już częścią stricte wystawową: uczestnicy mieli okazję, by – można chyba tak powiedzieć – poznać dotykową historię „dizajnu”. Podróż rozpoczynała się jeszcze w pradziejach: uczestnicy mogli oglądać repliki starożytnych naczyń, biżuterii oraz narzędzi powstałych z najprostszych materiałów: rzemieni, gliny, brązu i drewna. Kolejny punkt: średniowiecze. Na dwóch krawieckich manekinach zawisły obiekty: damska suknia oraz męskie odzienie: obydwa pełne zdobnych koralików, różnych faktur, posiadające bufki i fantazyjne zwieńczenia rękawów. Ze średniowiecza przenosiliśmy się na prowincję, przyszedł więc czas na kulturę ludową i cepelię: drewniane krosno tkackie, zdobiona góralskimi ornamentami drewniana ciupaga, (podobno) czerwone, również drewniane korale, a także fletnia, na której Natalia wygrywała melodię.

Ostatnie dwa obiekty to przestrzenne przedstawienia budowli, obydwie związane ściśle z Krakowem i jego historią, ale znacznie się od siebie różniące. Pierwsza, posiadająca ogrom dekoracji, zdobień, drobnych elementów – Szopka Krakowska z zasobów Muzeum Historycznego Miasta Krakowa. Drugi obiekt, surowy w formie, minimalistyczny, ale sporych rozmiarów, to makieta budynku Ośrodka Dokumentacji Sztuki Tadeusza Kantora CRICOTEKA (o wymiarach 140 cm długości, 76 cm szerokości oraz wysoka na około 45 cm). To ostatnie już, kontrastowe zestawienie tych dwóch, skrajnie różnych od siebie wizji projektujących, było wieńczącym wystawę elementem.

Intencją całej tej instalacji w ciemności było przede wszystkim wzbudzenie ciekawości: ukazanie, w jaki sposób osoby niewidome poznają świat, jak funkcjonują na co dzień, z jakich elementów powinniśmy tworzyć przestrzeń, by osoby z dysfunkcjami wzroku mogły pełniej w niej uczestniczyć i z niej czerpać. Ten pozawizualny wymiar projektowania był dla nas szczególnie ważny: pokazał to, o czym zapominamy na co dzień. A przecież wszystko, co istnieje, posiada więcej niż wygląd: strukturę, konsystencję, temperaturę, kształt. Oto przestrzeń, w której naprawdę żyjemy.

Teatr dostępny dla niewidomych

Konferencja REHA była impulsem do rozpoczęcia poszukiwań instytucji kulturalnych w regionie, które są dostępne dla osób niewidomych. Poniżej znajdą Państwo fragment rozmowy, którą miałam przyjemność przeprowadzić z p. Katarzyną Peplińską-Pietrzak – pedagożką teatru, dramaturżką, absolwentką performatyki na Uniwersytecie Jagiellońskim pracującą obecnie w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu.

Pierwsza audiodeskrypcja

Roksana Król: Audiodeskrypcja jako forma ułatwienia odbioru sztuki nie jest standardem dla wszystkich instytucji kulturalnych. Jak Teatr im. Horzycy podszedł do tego tematu? Czy początki były trudne?

Katarzyna Peplińska-Pietrzak: Pierwsza audiodeskrypcja była przygotowana do spektaklu „Nieskończona historia” w reż. Małgorzaty Warsickiej, w lutym 2018 r. audiodeskrypcję przygotowywaliśmy we współpracy, a jednocześnie dzięki ogromnej życzliwości i wsparciu pani Elżebiety Olszewskiej z Fundacji Nieograniczona im. Bogny Olszewskiej. Pomyśleliśmy o tym spektaklu, ponieważ był to tytuł nagrodzony ważnymi nagrodami, a także dlatego, że jest to spektakl bardzo muzyczny, a co za tym idzie mocno oddziałuje na zmysł słuchu. To był dla nas klucz wyboru. Drugi spektakl z audiodeskrypcją, który obecnie mamy w repertuarze, to „9xJohn L” w reż. Anny Magalskiej, opowiadający o różnych twarzach Johna Lennona. Audiodeskrypcję przygotowała Anna Żórawska z Fundacji Kultura bez Barier.

– Jaki jest stosunek Pani, a tym samym Teatru im. Horzycy w Toruniu do audiodeskrypcji po już 8-miesięcznym doświadczeniu tego typu udogodnień dla osób niewidomych. Warto?

– Kiedy przygotowywaliśmy audiodeskrypcję do „Nieskończonej historii” – miałam dotąd jedno doświadczenie z pracą z tego typu grupami, w Krakowie, jako pedagożka teatru. Wierzę w teatr jako narzędzie komunikacji z ludźmi oraz w to, że może odmienić nasze życie. Chcielibyśmy sprawić, aby otrzymywały taką możliwość grupy, które do tej pory bywały pomijane w projektowaniu wydarzeń kulturalnych. Teatr im. Horzycy chce dawać taką możliwość.

Zmiana teatru w miejsce przyjazne dla niewidomych to dbanie o to, żeby pojawił się pewien standard. To wręcz obowiązek instytucji kultury. Priorytetem teatru jest widz, którym są także osoby niewidome. Wydawać by się mogło, że w teatrze dominuje wzrok, co odzwierciedla sam język i słowo „widz” – ten, który widzi. Jednak teatr odbieramy przecież również innymi zmysłami. W dobrym odbiorze spektaklu pomóc może audiodeskrypcja. Mam świadomość, że nie jest też tak, że teatr dotykowy, interaktywny zastąpi stan obecny. Jest duża potrzeba opisu. Zdecydowanie w Teatrze Horzycy chcemy rozwijać i ulepszać ofertę dla osób niewidomych.

Plany

– Mając pozytywne doświadczenie z audiodeskrypcją w teatrze: czy oferta teatru będzie bardziej dostępna dla osób ze środowiska niewidomych?

– Obecnie jesteśmy na etapie wyboru jak najlepszych słuchawek do audiodeskrypcji. Najbliższy spektakl z możliwością audiodeskrypcji będzie w styczniu – mowa o sztuce „Natan Mędrzec”. Kolejnym planem jest stworzenie audiodeskrypcji budynku, którego historia jest bardzo ciekawa. Tu z kolei nawiązujemy do kolejnego naszego projektu „Poznaj teatr”, w ramach którego zapraszamy grupy i oprowadzamy je po teatrze: zakamarkach, kulisach, wprowadzamy elementy performatywne, warsztatowe, żeby to nie było tylko zwiedzanie przestrzeni, ale żeby coś w tej przestrzeni zrobić, działać w niej. Chcemy ofertę spacerów performatywnych otworzyć także dla osób niewidomych.

Warsztaty

– Teatr to nie tylko spektakle. Program działań edukacyjnych Teatru im. Horzycy przewiduje również warsztaty. Czy osoby niewidome mogą z nich skorzystać?

– Każda grupa ma swoje potrzeby, do których za każdym razem podchodzimy z takim samym zaangażowaniem. Czasem dopasowujemy ofertę do wieku uczestników, czasem do ich niepełnosprawności, specjalnych potrzeb. Jak najbardziej zachęcamy osoby niewidome do udziału w warsztatach.

– Na czym polega wspomniane przez Panią przystosowanie oferty teatru dla osób niewidomych?

– Nie widzę żadnych przeciwwskazań do tego, aby dostosować niemal każde warsztaty do potrzeb osób niewidomych. Proponujemy m.in. zajęcia: emocje w ciele, warsztat aktora, warsztaty o kostiumie oraz w przypadku spektaklu z audiodeskrypcją – warsztaty do spektaklu.

Przełamać barierę w sobie

– Jakie jest Pani doświadczenie w przełamywaniu barier nie tylko związanych z dostępnością budynku czy dysfunkcją wzroku, ale przede wszystkim z przełamywaniem lęku przed nowym doświadczeniem, np. teatralnym?

– Jestem świadoma jak przez lata wyglądała oferta instytucji kultury, jej zamknięcie na pewną grupę odbiorców. Ale to się zmienia i instytucje kultury chcą się uczyć, chcą się otwierać, chcą zawalczyć o tego widza, którego może przez te lata nie doceniały. Staramy się działać na jak najwyższym poziomie. Jeśli chodzi o udział w warsztatach, to jest tak, że prawie każdy ma początkowo bariery przed takim doświadczeniem, ponieważ jest to przede wszystkim dowiadywanie się o sobie czegoś innego, wchodzenie w relacje z obcymi osobami w grupie, strach dotyczy wyjścia poza swoją strefę bezpieczeństwa i komfortu. Bariery są i ważny jest krok, żeby spróbować, dać sobie szansę na wybór, zobaczyć czy to jest szansa dla mnie. Należy zaufać sobie w tym wyborze, a dalej będziemy pracować wspólnie. W zajęciach warsztatowych bardzo ważny jest udział dwóch stron. Dla nas spotkania z niewidomymi są inspirujące. W przypadku pisania audiodeskrypcji jest to dla nas wyzwanie niemal artystyczne – szukanie środków w języku, który musi być zdyscyplinowany i plastyczny zarazem.

Słowo podsumowania

– Dlaczego warto przyjść na warsztaty do Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu?

– Teatr jest przestrzenią, w której niekoniecznie chodzi o to, aby odkrywać w sobie pokłady talentów artystycznych, choć to również bardzo ważne, a w każdym z nas drzemie artysta. Uważam, że techniki teatralne przydadzą się każdemu z nas w codziennym życiu. Niezależnie czy pracujemy jako programista, prawnik, piekarz, dziennikarka. Słowo klucz to proces, w ramach którego coś odkrywamy, dowiadujemy się, ćwiczymy pewność siebie, nawiązujemy relacje w grupie. Dzięki temu kształtujemy umiejętności i zdobywamy doświadczenie, które możemy przenieść na naszą codzienność i ją wzbogacić.

– Dziękuję za rozmowę.

MUZEOTERAPIA

Artykuł o pierwszej ogólnopolskiej konferencji o socjo- i psychoterapeutycznym oddziaływaniu muzeum.

Jednym z najcenniejszych, realnych dóbr, które posiada każdy z nas, jest kultura. Nie każdy ma umiejętność korzystania (cieszenia się) z tego, co nas otacza: literatury, muzyki, architektury, rzeźby, filmu, malarstwa…

„… Kiedy korzystam z dóbr ducha, to nie przeżywam złudzenia. To jest prawdziwa część świata, z którą warto obcować, bo ona daje mi poczucie, że mimo wszystkich okropności życia, mimo nieszczęść, cierpień, bólu, niedostatku, jest w tym świecie coś bardzo dobrego i pięknego”. prof. Leszek Kołakowski

Muzea XXI wieku, zgodnie z koncepcją projektowania uniwersalnego, zmieniają infrastrukturę, dbają o komunikację, aby nikogo nie wykluczać w dostępie do dóbr kultury. Do tworzenia projektów edukacyjnych, uczących patrzeć i czytać teksty kultury, zapraszają specjalistów z zewnątrz: metodyków nauczania, terapeutów, psychologów, artystów, dzięki czemu muzea tworzą sieć przyjaznych połączeń kultury ze społeczeństwem.

W wyniku przeprowadzonych badań statystycznych w 2012 w Muzeum Narodowym w Kielcach, które wskazywały, że osoby dysfunkcyjne i zagrożone wykluczeniem bardzo rzadko lub wcale nie odwiedzały naszych oddziałów, dział edukacji wdrożył program naprawczy. Zaprosiliśmy ośrodki działające na rzecz osób niepełnosprawnych i zagrożonych wykluczeniem na bezpłatny projekt „Muzeum Bliżej Nas”. W 2013 roku skorzystało z niego 253 osób, w 2014 – 232 osoby, w 2015 – 356, a w 2017 aż 3066 osób. Szczególne zadowolenie z realizacji projektu wykazali opiekunowie osób niepełnosprawnych i zagrożonych wykluczeniem, ponieważ ich podopieczni mieli możliwość spotkania się poza ośrodkiem, w innym środowisku. Te wielokrotne, cykliczne wyjścia niekiedy wpisały się w programy rehabilitacyjne. Obecnie w ramach projektu z Muzeum Narodowym w Kielcach współpracuje 54 ośrodków z Polski.

To opiekunowie osób ze specjalnymi potrzebami zainicjowali potrzebę dialogu, wymiany spostrzeżeń, zrozumienia i zbadania relacji, które mają wpływ na rozwój człowieka i instytucji kultury. W 2018 roku Muzeum Narodowe w Kielcach jako pierwsze podjęło próbę zbadania socjo- i psychoterapeutycznego oddziaływania muzeum/wystawy/artefaktu. Zorganizowaliśmy pierwszą ogólnopolską konferencję naukową „Muzeoterapia”, która odbyła się w dniach 11-13 kwietnia w Dawnym Pałacu Biskupów Krakowskich. Wzięło w niej udział 166 osób, które zaangażowały się 266 razy w proponowane wydarzenia.

Została ona podzielona na trzy sesje, w pierwszym dniu odbyły się szkolenia, które miały za zadanie wzajemne zapoznanie uczestników. Dwa kolejne dni poświęcone były zdobywaniu wiedzy merytorycznej/naukowej poprzez wykłady monograficzne prelegentów reprezentujących środowiska akademickie w Polsce.

Szkolenia

W sesji pierwszej wzięło udział 85 osób, szkolenia trwały 2 godziny i przeprowadzane były przemiennie w grupach ponad 40-osobowych.

Bartłomiej Świstak Piotrowski – networker, ekspert od budowania społeczności offline, przeprowadził szkolenie z komunikacji pt.: „Komunikacja – jak nauczyć się rozmawiać skuteczniej, żeby umieć lepiej negocjować z gośćmi oraz beneficjentami”. Głównym założeniem prowadzącego było przekazanie poprawnego sposobu komunikacji pracowników różnych instytucji z beneficjentami tego projektu. Szkolenie miało na celu zniwelowanie częstych błędów podczas dialogu w życiu codziennym oraz pracy, poprzez przekazanie praktycznego zastosowania komunikatu „ja”.

Drugie szkolenie antydyskryminacyjne przeprowadziła Dominika Cieślikowska – psycholożka, trenerka umiejętności międzykulturowych i antydyskryminacyjnych.

Warsztat miał na celu poszerzenie wiedzy i świadomości na temat dyskryminacji. Uczestnicy przyglądali się relacjom w społeczeństwie oraz analizowali przykłady z życia wzięte.

I część konferencji naukowej „Medytacja”

Konferencja naukowa

Sesję II pod nazwą „Medytacja” poprowadził red. Piotr Sarzyński. Odbyła się ona 12 kwietnia, zostali w nią zaangażowani naukowcy, którzy wygłosili 4 referaty, w spotkaniu uczestniczyło 106 osób.

Konferencję rozpoczął wykład, dr hab. Dorota Folgi-Januszewskiej, prof. Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie, członek Międzynarodowej Rady Muzeów ICOM UNESCO, prezydent ICOM-Polska (w latach 2002–2008 i ponownie od 2012), członek SAREC ICOM, członek AICA. W 2016 roku została prezydentem Komitetu ds. Rezolucji ICOM. Ekspert Rady Europy ds. muzeów, ekspert UNESCO High Level Forum on Museums. Podczas 20-minutowego przemówienia Pani Profesor formułowała istotne pytania dotyczące współczesnej roli muzeów w terapii cywilizacyjnych dolegliwości. W pierwszej części wypowiedzi nawiązała do źródeł muzealnictwa, gdzie w starożytności muzeum było miejscem, w którym następowała duchowa i twórcza transformacja człowieka.

Drugi wykład przedstawiła prof. zw. dr hab. Elżbieta Zybert – bibliolog i bibliotekoznawca, reprezentująca Uniwersytet Warszawski. Wystąpienie dotyczyło zmian w funkcjonowaniu instytucji dziedzictwa kulturowego, które zaspokajają potrzeby środowiska w celu budowania kapitału społecznego i integracji społecznej. Wymieniła jedną z nich – funkcję terapeutyczną, która przyczynia się do poprawy jakości życia wspólnoty. Wykład zakończył się próbą zdefiniowania pojęcia, jakim jest muzeoterapia.

Redaktor naczelny magazynu psychologicznego „Charaktery” – Bogdan Białek, nawiązał do tematu przewodniego sesji – medytacji jako praktyki, która pozwala zintegrować się z życiem codziennym. Wysnuł twierdzenie, iż medytować można zawsze i wszędzie, a muzeum jest idealnym miejscem by się zatrzymać i pomyśleć.

Sesję II zakończył wykład dr hab. Roberta Kotowskiego – dyrektora Muzeum Narodowego w Kielcach, który opisywał różnorodne funkcje społeczne muzeum, które zamieniają się w miejsca dialogu, interdyscyplinarną platformą wymiany idei o świecie. Powołuje się on na badania, które dowodzą istnienia wielu obszarów oddziaływania muzeum na społeczeństwo, m.in. na rozwój osobisty, wyobraźnię, kreatywność, a nawet zdrowie i dobre samopoczucie, co dowodzi, że pełnią one funkcje terapeutyczne.

II część konferencji naukowej „Transformacja”

Sesję III pod nazwą „Transformacja”, która odbyła się 13 kwietnia 2018, poprowadziła Aleksandra Lanckorońska. Uczestniczyło w niej 75 osób, a 50 udzieliło odpowiedzi na ankiety oceniające konferencję, która dostępna była w formie papierowej i elektronicznej od 13 kwietnia do 7 maja 2018 roku. Miała ona na celu ocenę poszczególnych elementów realizacji spotkań.

Drugi dzień konferencji rozpoczął się wykładem dr n. med. Joanny Waniek, która zajmowała się terapią osób z podwójną diagnozą, czyli z zaburzeniami psychicznymi i problemem alkoholowym, m.in. w przestrzeniach muzeum. Twierdzi ona, że wyjście do muzeum dla osób z zaburzeniami psychicznymi jest przełamaniem izolacji społecznej. Powołuje się również na neurobiologiczne badania. Nowe techniki neuroobrazowania pozwalają zobaczyć korzystne zmiany zachodzące w mózgu za pomocą psychoterapii, której częścią staje się edukacja muzealna.

Kolejnym prelegentem był Robert Więckowski – naukowo związany z Uniwersytetem Kardynała Stefana Wyszyńskiego i Uniwersytetem Humanistycznospołecznym SWPS. Nawiązując do tematu III sesji konferencji „transformacji”, opisywał społeczną rolę muzeów, które otworzyły się na potrzeby osób z różnymi dysfunkcjami. Przedstawił on wyniki dziesięcioletnich badań statystycznych, które wskazują, że z tych udogodnień korzysta niewielu niepełnosprawnych.

Trzeci w kolejności wykład wygłosiła Agnieszka Caban – kulturoznawca, kierownik Muzeum Dialogu Kultur, oddziału Muzeum Narodowego w Kielcach. Referat jako jedyny odnosił się do tematów dyskryminacji. Zwróciła uwagę na aspekt edukacji wielokulturowej i antydyskryminacyjnej realizowanej w przestrzeniach muzeum. Wskazała na pozytywny skutek muzeoterapii, jakim jest dbanie o wielokulturowość, tak aby nikt nie został wykluczony. Prelegentka przedstawiła przykłady statutowej działalności muzeum, która poprzez np. wystawy i wydarzenia zwiększyła percepcję społecznego oddziaływania grup wykluczonych m.in.: więźniów, przedstawicieli mniejszości etnicznych, osób niepełnosprawnych.

Ostatni wykład przeprowadziła Izabela Wójcik- zastępca kierownika w Dziale Edukacji Muzeum Narodowego w Kielcach, powołując się na badania statystyczne długofalowego projektu „Muzeum Bliżej Nas” kierowanego do podmiotów reprezentujących środowiska osób niepełnosprawnych i zagrożonych wykluczeniem. Prelegentka przedstawiła zasadność zmian zachodzących w Muzeum Narodowym w Kielcach równocześnie w trzech wymiarach: strukturze architektonicznej, ofercie edukacyjnej i turystycznej. Dostosowanie muzeum do potrzeb osób dysfunkcyjnych ma wpływ na wskaźniki twarde – frekwencja oraz miękkie – postrzeganie przez niepełnosprawnych i osób zagrożonych wykluczeniem MNKi jako miejsca przyjaznego.

Demokratyczna debata „The Long Table”

Debata inspirowana autorskim projektem  Lois Weaver, podczas której każda osoba na sali miała możliwość wypowiedzi. „The Long Table” wykorzystuje doświadczenie i praktykę na równi z badaniami naukowymi.

W centrum Sali Portretowej Dawnego Pałacu Biskupów Krakowskich stały stoły, które miały za zadanie generowanie rozmów, poprzez odpowiednio przygotowaną inscenizację: zwykła rozmowa zamieniła się w performance – spotkanie osób/specjalistów, którzy chcą porozmawiać na konkretny temat. „Długi stół” zachęca do niezobowiązującej konwersacji na poważne tematy. Papierowe obrusy, na którym pisano markerami, to notatki, spostrzeżenia, uwagi. Te bezcenne źródła informacji zostały podzielone na poszczególne kategorie – powtarzające się wątki, które zostały przedstawione poniżej. Każdy wątek rozpoczyna pytanie pomocnicze.

Uczestnicy zadawali pytania czy muzeum to dobre miejsce do prowadzenia zajęć terapeutycznych i jakie choroby można w nim leczyć. Inni odpowiedzieli, że jest to możliwe tylko wtedy, kiedy ta instytucja otwarta jest na potrzeby „użytkowników”, ma przystosowaną przestrzeń, narzędzia pracy oraz odpowiednią ofertę edukacyjną. Zaproponowano zajęcia w formie gier muzealnych w tkance miejskiej oraz w ośrodkach. Socjoterapeutyczne oddziaływanie kultury powinno otwierać osobom niepełnosprawnym i zagrożonym wykluczeniem alternatywne formy spędzania wolnego czasu.

Kolejny poruszany wątek dotyczył cech, jakie powinien posiadać prowadzący – pracownik muzeum. Wymienione przez uczestników wymagane predyspozycje to m.in. otwartość, empatia, tolerancja, wrażliwość oraz posiadanie umiejętności pracy w zespole. Powinien również przeprowadzić rozmowę z opiekunem grupy w celu rozeznania beneficjentów, zajęć i dostosowania się do ich potrzeb. Jednak nie tylko pracownik muzeum musi odpowiednio się przygotować, z powyższych odpowiedzi wynika, że znaczącą rolę odgrywa również opiekun grupy znający specjalne potrzeby swoich podopiecznych. Czynnie współpracujący ze specjalistami ośrodków, powinien znać i wyznaczać cele działań terapeutycznych realizowanych na terenie muzeum, odpowiedzialny jest również za tworzenie ewaluacji terapii. Niedopuszczalne jest pozostawienie grupy podopiecznych jedynie pod opieką pracownika muzeum.

Kolejnym ważnym aspektem są odbiorcy. Debatująca grupa zadawała pytania czy terapia powinna być nastawiona na jednostkę czy grupę. Czy seniorzy – osoby z różnymi typami demencji i osoby uzależnione powinny być odbiorcami działań terapeutycznych prowadzonych w muzeum. Pojawiły się również dwa postulaty: „Niepełnosprawni oczekują normalności” oraz „Niepełnosprawni nie chcą terapii, chcą normalnie żyć”. Miały one zwrócić uwagę na potrzebę niepełnosprawnych współuczestniczenia w życiu kulturalnym Kielc.

Następne z zadawanych pytań dotyczyło wyjść do muzeum i tego czy każde z nich można uznać za terapię. Uczestnicy wskazywali, że niezwykle ważne w wychowaniu podopiecznych jest wychodzenie poza mury ośrodka, a każda taka wycieczka ma właściwości edukacyjne i terapeutyczne. Te treści są przemycane tak, że uczestnicy nie są świadomi tego, że biorą udział w terapii. Kolejny ciekawy temat poruszony podczas dyskusji to relacje. Uczestnicy zastanawiali się nad hierarchią pomiędzy osobą prowadzącą zajęcia a uczestnikiem. Kto jest uczniem, a kto nauczycielem? Kto od kogo się uczy?

Następnym punktem debaty było ustalenie definicji zjawiska „Muzeoterapii”, każdy z uczestników mógł skonstruować swoją własną i przedstawić swój punkt widzenia tego pojęcia. Najważniejsze wspomniane określenia tej formy terapii to przedstawienie muzeum jako pośrednika we wzmacnianiu świadomości oraz mentalności społecznej. Pochylono się również nad różnicami między „Muzeoterpią” a innymi formami terapeutycznymi.

Po ustaleniu definicji nie mogło się również obyć bez zastanowienia się nad celem tego typu terapii, dlatego był to kolejny z poruszonych tematów. Uczestnicy, starając się odpowiedzieć na pytanie o cele „Muzeoterapii”, pokusili się o takie stwierdzenia, jak diagnozowanie potrzeb: poznawczo-rozwojowych, emocjonalnych i manualnych, badanie wzrostu zdolności emocjonalno-społecznych, percepcyjno-poznawczych, odreagowanie wewnętrznych napięć, niepowodzeń, frustracji i agresji oraz rozwój zdolności twórczych.

Na stole „The Long Table” pojawiły się również postulaty oraz propozycje dotyczące przyszłości całego wydarzenia, znajdują się one w rozdziale o nazwie „Plany na drugą edycję Muzeoterapii”.

Projekty artystyczne

Na pokaz postaw artystycznych, które prezentują nowatorski język komunikacji, tworząc nową, społeczną przestrzeń wymiany myśli, poznania i zrozumienia różnorodności społecznej zaplanowane były trzy projekty artystyczne, jednak udało się zrealizować tylko jeden z nich.

Pokaz pt. „Obrazy mojej ulicy. Pejzaż architektoniczno-społeczny ulicy Złotej w Kielcach” dr Natalii Łakomskiej.

Projekt artystyczny jest dyskursem z zakresu sztuki relacyjnej według koncepcji Nicolasa Bourriaudo. Analizie został poddany niewielki fragment pejzażu architektonicznego, miejsce zamieszkania autorki. Cykl czterech monumentalnych tryptyków, każdy o rozmiarach 150 x 300 cm, przedstawia pejzaż topograficzny. Wyfrezowany w płycie rysunek podporządkowany jest perspektywie sferycznej. Autorka posłużyła się współczesnymi narzędziami optyki Google Maps. Street View, jednak metodyka pracy ujawnia poszukiwania odniesienia, a nie dosłownego obrazowania. W sztuce relacyjnej dzieło malarskie staje się przestrzenią spotkania. Obserwator-interlocutor podążając wzdłuż ulicy gromadzi doświadczenia estetyczne, które stają się podstawą interakcji. W niniejszym projekcie relief i dźwięk stały się elementami służącymi do aktywizacji osób niewidomych (mieszkańców ulicy Złotej). Obrazy przyjmują funkcje społeczne, kreują relacje, budują więzi interpersonalne.

Plany na drugą edycję

Po ewaluacji projektu zadecydowaliśmy, że w kolejnej konferencji będziemy kontynuować tę samą formę: warsztaty, wykłady naukowe i debaty, w celu łączenia środowiska teoretyków i praktyków. „Muzeoterapia” jest zaplanowana na drugi kwartał roku. Zapisy na 2019 rozpoczną się w pierwszych miesiącach roku. Zgłoszenia można dokonać przy pomocy formularza dostępnego na stronie https://mnki.pl/pl/muzeoterapia/zapisy.

Uczestnikiem konferencji może być osoba fizyczna lub instytucja, w której działa. Konferencja jest bardzo elastyczna, istnieje możliwość uczestniczenia we wszystkich wydarzeniach lub tylko tych wybranych przez uczestnika.

Smutni kochankowie

Wstęp

Przedstawiłem Państwu w poprzednich numerach genialnego niewidomego profesora Witolda Kondrackiego. Nie powtarzając więc informacji o nim dodam jedynie, że mimo wybuchu, który sam spowodował w wieku 14 lat i utraty wzroku, zachował zdolność niebywałej wyobraźni. Nie byłoby w tym nic specjalnego, gdyby nie fakt, że ta jego wyobraźnia była właśnie nieprzeciętna, znaczy rzadko spotykana, albo wręcz niespotykana.

Właśnie prezentujemy Państwu kolejne opowiadanie Witka, w którym chyba nikt nie zdołałby odnaleźć potwierdzeń, iż autor nic nie widział. Jak się okazało, normalnie widząc do czternastego roku życia zdołał tyle zapamiętać i tak świetnie zrozumieć naturę światła, obrazu, wreszcie całej wizualnej rzeczywistości, że starczyło na pozostałe mu pół wieku życia. Dzięki temu opowiadał o świecie nie tylko wysłuchiwanym, ale także oglądanym. Czytając poniższe opowiadanie właśnie taka myśl do nas przychodzi, opanowuje nas. Z każdym zdaniem rośnie szacunek dla tego człowieka, ale nie tylko dzięki powyższej zdolności. Gdy to już „przeżyjemy”, „przedumamy”, dochodzą do głosu kolejne, pełne uznania wrażenia i myśli. W każdym opowiadaniu Kondrackiego jesteśmy zauroczeni jego talentem. Opowiadania to oczywiste perełki. Jak on to zrobił, że pisał wyłącznie „do szuflady”?! A jak inni „zrobili”, że w tej szufladzie pozostały? Czy świat kompletnie „zwariował” i nie jest w stanie docenić takich perełek? Czy nadeszły czasy już tak byle jakie, że geniuszy, gdy nawet żyją wśród nas, nikt ich nie chce znać?

Marek Kalbarczyk

Nie wiem jak znalazłem się w tym pokoju. Nic nie pamiętam. Czasem wydaje mi się, jakbym spędził tu wiele lat… Chodzę bezustannie dookoła pokoju, nieskończenie kontemplując jego ciemne, jakby okopcone ściany. Na bieli wyraźnie odznaczają się smugi czarnej sadzy. Niekiedy widzę jak spomiędzy nich wyłania się twarz dziewczyny o czarnych włosach. Widzę też jej delikatną, smukłą sylwetkę.

Zdarza się, że rozmawiamy, bez głosu, odkryliśmy bowiem, że istnieje sposób bezpośredniego przekazywania myśli i uczuć. Te przepojone smutkiem i melancholią dialogi są jednak sporadyczne. Wydaje mi się, że kiedyś kochałem tę dziewczynę. Nie mogę sobie przypomnieć… Nie pamiętam nawet jak ma na imię. Zdaje mi się, że kiedyś przed wielu laty, widziałem jej profil na tle płomieni. W czarnych włosach zamigotały wtedy drobne światełka, a twarz lekko ściemniała. Zresztą, może to wszystko nieprawda. Może to po prostu był tylko straszny sen. Swoją drogą wydaje mi się, że nie spałem już od wielu lat. Nocami obserwuję gwiazdy, widoczne przez szczeliny w spękanym suficie. Jest to jedyny kontakt jaki mam ze światem. Mimo, że znam już na pamięć wszystkie widoczne gwiazdozbiory, za każdym razem wzrusza mnie ich majestatyczne, pełne spokoju i równowagi piękno. Lubię dzielić się tą fascynacją z dziewczyną. Widzę wtedy jej smutny, pełen zadumy uśmiech i wydaje mi się, że moja samotność nie jest aż tak wielka. Lecz po jakimś czasie dziewczyna odchodzi, cofając się w głąb ściany i znowu zostaję zupełnie sam.

Nie lubię deszczu. Woda przecieka przez dziury w suficie i zimne krople przelatują na wskroś przeze mnie. Przypomina mi to, że coś jest ze mną nie w porządku. To samo zresztą tyczy się dziewczyny, która jak mi się wydaje, w dużej mierze jest cieniem…

Gdybym mógł sobie przypomnieć… Ona miała chyba na imię Irena… Czy to możliwe, żeby mnie kiedyś kochała?… Ile to mogło być lat temu?…

Dlaczego czasem wydaje mi się, że widziałem płomienie w oknie?… Dziś okno jest zabite deskami. Mrok rozświetlają tylko wąskie promienie przeciskające się przez szpary. Czasem smuga światła pada w dół i widać zwęgloną podłogę.

Jak to było?… Ona chyba miała na imię Danuta. Nie pamiętam. …I ten ból, który towarzyszy mi od tylu lat… Dlaczego tak boli?… Gdy ona przychodzi, czuję ulgę, tak jakby cierpienie dzieliło się na nas dwoje.

Widzę jej cień, przesuwający się po ścianie. Nie odchodź! Już znikła… Został tylko cień uśmiechu, ale on też się rozpływa… A może to tylko przywidzenie…

Moim przyjacielem jest duży, stary pająk. Lubię patrzeć, jak codziennie pracowicie udoskonala i rozbudowuje swoją misterną sieć. Jest kosmaty, brunatny, z białym kropkowanym krzyżem na grzbiecie. Często tkwi nieruchomo, zawieszony w swej pajęczynie, spędzając dziesiątki godzin na czekaniu. Jego czas musi płynąć chyba tak powoli jak mój. Przypuszczam, że jest filozofem, a w każdym razie na pewno myślicielem; jakże inaczej mógłby znieść swoją nieskończoną samotność. Ciekaw jestem czy mnie dostrzega… Myślę, że nie, bo nigdy nie okazał mi ani zainteresowania, ani strachu.

Niekiedy obserwuję, jak na ścianie powstaje pęknięcie. Zrazu jest ono drobne, przypominające kształtem kurzą łapkę. W miarę upływu czasu pogłębia się jednak i wydłużą, a w szczelinie gromadzie się kurz. Ilość pęknięć rośnie z miesiąca na miesiąc, nadając ścianom dodatkową, niebanalną fakturę pełną zawiłych arabesek i zagadkowych symboli. Obserwowanie tego procesu pozwala mi unaocznić sobie, jak bardzo nietrwałe jest wszystko to, co materialne.

…i proszę panią, to już będzie z osiem albo i dziewięć lat jak ten dom się spalił. Nikt go nie chce kupić, bo powiadają, że tam straszy. Właściciel się tam spalił razem z jego kochanką. Całkiem na węgiel się upiekli. Żona, powiadają, dowiedziała się, że on tam jest z kochanką, wzięła kanister z benzyną i podpaliła. I oni teraz tam straszą. Byli tacy, co nawet chcieli kupić tę ruinę, ale jak tylko tam wchodzili, to taki żal ich ogarniał i strach jakiś, że rezygnowali. I tak stoi to i niszczeje, a ludzie powiadają, że oni… no wie pani, oni… tam w środku… żyją…

Dobre, bo… zachodnie?!

Swego czasu dużą popularnością cieszyło się hasło „Dobre, bo polskie”. Certyfikatem tego prestiżowego godła firmowano wysokojakościowe polskie produkty spełniające oczekiwania najbardziej nawet wymagających odbiorców. Z czasem ów slogan obejmować zaczął coraz szerszy krąg znaczeń; powstał m.in. zatytułowany w ten sposób program telewizyjny, w którym prezentowano sylwetki polskich przedsiębiorców z powodzeniem prowadzących własny biznes tak w kraju, jak i za granicą. Wyrażenie na trwałe weszło również do języka ogólnego i potocznego dla oznaczenia tych obszarów i zagadnień rodzimego pochodzenia, które wskazywać miały na ugruntowaną pozycję naszego kraju również na arenie międzynarodowej. Piękna i szlachetna to inicjatywa, zwłaszcza, że jako kraj faktycznie mamy tak wiele do zaoferowania .

Niemniej jednak mam nieodparte wrażenie, iż zachodni styl życia i niejednokrotnie nachalne niemalże promowanie zachodnich wzorców i nurtów na stałe zadomowiło się w naszej codziennej przestrzeni. Pozorny w mojej ocenie powab zachodu przynosi nam niejednokrotnie więcej szkody niż pożytku. W porównaniu z obcymi „trendami” na wielu polach wciąż niepotrzebnie odczuwamy swoją niższą i wycofaną pozycję. Tytułem wyjaśnienia, rzecz bynajmniej nie w tym, aby przekonywać kogokolwiek, że polskie = dobre, zaś zachodnie = złe . Nie sposób przecież nie docenić dorobku innych cywilizacji i kultur w zakresie zdobyczy technologicznych, naukowych itp., z których korzystamy niemalże na każdym kroku. Rzecz raczej w tym, by nie umniejszać temu, co rodzime oraz wyzbyć się przesadnej i bezrefleksyjnej oceny zachodnich nurtów jako jedynie słusznych, jak również aby unikać przyjmowania z góry tego co obce jako lepsze i właściwe. Znam zbyt wiele osób, które taką właśnie postawę prezentują, nie przyjmując przy tym żadnych racjonalnych argumentów na obalenie swoich twierdzeń.

Wszechobecne uwielbienie zachodnich tendencji zauważam na wielu płaszczyznach, m.in. w obszarze językowym, modowym, sytuacyjnym itp. Przytoczę jedynie kilka przykładów. I tak wszelakie pojęcia typu event, dead line, stanowiska typu product manager itp. na stałe weszły do naszego języka wypierając z niego polskie określenia dla oznaczenia ich odpowiedników. Zastanawiające – czy anglojęzyczne nazewnictwo stanowiska pracy dodaje mu zatem splendoru? Moda z wybiegów i stale odbywających się gdzieś w „wielkim świecie” popularnych tygodni mody /fashion week/ wkracza na ulice miast i wiosek, do szkół (!), jak i w przestrzeń oficjalną, tj. urzędniczą – niezależnie od tego, iż obiektywnie rzecz ujmując niejednokrotnie przyprawia ona człowieka w zdumienie. Nowe zwyczaje typu baby shower, a więc imprezy dla znajomych organizowane pierwotnie przez hollywoodzkie gwiazdy tuż przed mającym nastąpić rozwiązaniem, też niepostrzeżenie zadomowiły się u nas na dobre. Nie sposób nie wspomnieć również o szeregu nowych i „postępowych” kierunków, m.in. w obszarze światopoglądowym. Nachalne promowanie przez niektóre środowiska postaw typu pro-gender chwilami wykracza już poza granice dobrego smaku, a na pewno zdrowego rozsądku, dlatego też wolę pozostawić ten temat bez dalszego komentarza. I wcale nie o brak tolerancji tutaj chodzi.

Zachłyśnięcie się zachodem obserwowane było już od dawna. O modzie rodem z Francji – i to bynajmniej nie tylko w aspekcie modnej odzieży – pisał już bowiem prześmiewczo Mickiewicz. Są takie fragmenty epopei narodowej, do których często się powraca. Inwokacja, koncert Jankiela, czy też gra Wojskiego na rogu – to tylko niektóre z fragmentów, które obowiązkowo recytowaliśmy w szkole. Jest natomiast w Panu Tadeusza przy okazji nauki Sędziego o grzeczności bodajże mniej znany i powtarzany urywek, tj. mowa Podkomorzego wspominającego czasy, kiedy to na Litwie nastała moda francuszczyzny. Wspomniany fragment, zamieszony dla przypomnienia w załączeniu, jest jednym z wielu przykładów komizmu w Panu Tadeuszu . Mickiewicz w opisie osoby Podczaszyca w mistrzowski i sarkastyczny sposób pokazuje jakże i współczesne nam nieraz zaślepienie zachodnimi trendami.

Wtem brząknął w tabakierkę złotą Podkomorzy

I rzekł (…)

Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny

Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny! (…)

Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecię,

Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powiecie

Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,

Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.

Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem,

Zazdroszczono domowi, przed którego progiem

Stanęła Podczaszyca dwukolna dryndulka,

Która się po francusku zwała karyjulka.

Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski,

A na kozłach niemczysko chude na kształt deski;

Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,

W pończochach, ze srebrnemi klamrami trzewiki,

Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu.

Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,

A chłopi żegnali się, mówiąc, że po świecie

Jeździ wenecki diabeł w niemieckiej karecie.

Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo;

Dosyć, że się nam zdawał małpą lub papugą,

W wielkiej peruce, którą do złotego runa

On lubił porównywać, a my do kołtuna.

Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie

Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie,

Milczał; boby krzyczała młodzież, że przeszkadza

Kulturze, że tamuje progresy, że zdradza!

Taka była przesądów owoczesnych władza!

“Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować,

Cywilizować będzie i konstytuować;

Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowni

Zrobili wynalazek, iż ludzie są rowni.

Choć o tym dawno w Pańskim pisano zakonie

I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.

Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!

Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,

Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,

Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie.

Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;

Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,

A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.

Jakoż, kiedy się moda odmieniła z laty,

Tenże sam markiż przybrał tytuł demokraty;

Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem,

Demokrata przyjechał z Paryża baronem;

Gdyby żył dłużej, może nową alternatą

Z barona przechrzciłby się kiedyś demokratą.

Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi,

A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.

Czy wiele zmieniło się zatem od czasów osławionych Sarmatów? Nie sposób zaprzeczyć, że najnowsze trendy i wzorce lubimy czerpać z zachodu. Być może podświadomie, jednak to co zachodnie przyjmujemy często niemalże bezwarunkowo jako lepsze, postępowe itp. Jednak czy tak jest w rzeczywistości? Przy głębszej analizie konkretnego zjawiska nader często okazuje się przecież, że „hurraoptymizm” w danym zakresie jest daleko przesadzony. Trudno jednak wyrazić odmienne zdanie, czy nawet wejść w polemikę, gdyż – i tu ponownie zacytuję – „boby krzyczała młodzież, że przeszkadza kulturze, że tamuje progresy, że zdradza”. Mickiewicz pod wieloma względami wyprzedził swoją epokę. Mistrzostwo Pana Tadeusza zawiera się zatem nie tylko w przepięknym języku tego arcydzieła, ale również w trafności spostrzeżeń właśnie. Na marginesie dodam jedynie, że kunszt epopei narodowej dostrzegłam dopiero po latach, tj. bynajmniej nie w toku szkolnej analizy tego utworu, natomiast poprzez wnikliwą lekturę tej pozycji już w wieku dojrzałym.

Jedna z baśni Hansa Christiana Andersena pt. „Nowe szaty króla” traktuje o tym, jak to do posiadłości cesarza przybywają oszuści udający tkaczy. Uknuta przez oszustów intryga sprowadza się do przekonania władcy, iż przybysze potrafią utkać z dostarczonych im drogocennych surowców najpiękniejszy materiał i szaty, które dodatkowo widoczne są tylko dla ludzi mądrych i nadających się do pełnienia swoich zaszczytnych funkcji. Król z radością przyjmuje gości i poleca podwładnym wykonywanie wszystkich poleceń gości, jak również dostarczenie im niezbędnych materiałów w postaci m.in. złota i srebra. Tkacze, rzecz jasna, pilnie pracują nad projektem szat, potajemnie wywożąc przy tym z królestwa przedkładane im bogactwa. Uroczysta końcowa parada nagiego cesarza w „nowych szatach” na oczach wszystkich podwładnych boleśnie obnaża całą prawdę o kondycji ludzkiej. Podwładni z obawy o utratę własnych stanowisk, bądź też z obawy o uznanie ich za głupich wychwalają wniebogłosy przecudne odzienie króla. Jedynie niewinne dziecko, nieskażone jeszcze żadną wątpliwą, a tutaj fałszywą wręcz poprawnością, jest w stanie wykrzyczeć na głos całą prawdę – „król jest nagi”. W przytoczonej baśni widzę analogię do zasygnalizowanego przeze mnie zjawiska. Jakże często bowiem wskazuje się nam odgórnie, nieraz szumnie i medialnie, ten czy owy kierunek, który powinniśmy wybrać. Nieraz z obawy o posądzenie nas o zaściankowość itp. mniej lub bardziej przymykamy oko na coraz to śmielsze wybryki i wymysły współczesnego, nie zawsze jedynie zachodniego świata.

Życzyłabym zatem wszystkim, sobie samej również, odwagi i samozaparcia, aby zachować własne zdanie i nie podążać ślepo za usilnie forsowanymi i napierającymi na nas zewsząd tendencjami. Zdroworozsądkowe podejście wydaje się – jak zawsze zresztą – najlepszą receptą na znalezienie złotego środka w otaczającym nas nieraz zagmatwaniu.

Jakże często przecież „król jest nagi”.