Szansa na spotkanie z kulturą!

Zapraszamy do udziału w wydarzeniach kulturalnych organizowanych przez Fundację Szansa dla Niewidomych:

„Widzę dotykiem”

Projekt obejmie spotkania w całej Polsce, podczas których będziemy promowali czytelnictwo wśród osób z niepełnosprawnością wzroku. Każdemu z nich będzie przyświecała idea promowania literatury o zróżnicowanej, ambitnej i ciekawej tematyce. W programie spotkań znajdą się prezentacje brajlowskich nowości wydawniczych, spotkania autorskie dotyczące książek wydanych w brajlu, dyskusje i rozmowy z autorami, warsztaty z czytania dotykiem tekstu i wypukłych rycin oraz konferencje prasowe.

Do udziału w tych spotkaniach zapraszamy nie tylko osoby niewidome i niedowidzące, ale wszystkich zainteresowanych. Chcemy, by literatura w wersji brajlowskiej zajmowała szczególne miejsce wśród oferty kulturalnej dedykowanej osobom z niepełnosprawnością wzroku. Niestety, ze względu na koszty dostosowania form przekazu, oferta literacka dla tych osób nie jest tak szeroka, jak dla innych. Wymaga więc szczególnego podejścia – promocji, odpowiedniego doboru tytułów, dodatkowych elementów informacyjnych i wzbudzających ciekawość czytelników. Celem organizowanych przez nas spotkań będzie inspirowanie do podejmowania prób interpretacji twórczości literackiej i podejmowania dyskusji z innymi czytelnikami.

„Biblioteki otwarte dla wszystkich”

Jako uzupełnienie do działań dedykowanych czytelnikom, chcemy przygotowywać bibliotekarzy do profesjonalnej obsługi osób niepełnosprawnych. W ramach projektu w bibliotekach w całym kraju odbędą się szkolenia dla pracowników z zakresu ich profesjonalnej obsługi. Fundacji zależy na promocji czytelnictwa w naszym środowisku, które zawsze słynęło z ponadprzeciętnej fascynacji książkami.

„Warszawskie Wieczory Filmowe Gałczyńskiego 7”

Mieszkańców Warszawy i jej okolic zapraszamy na spotkania o tematyce filmowej, które odbędą się w naszym Salonie Prezentacyjnym przy ul. Gałczyńskiego 7. Będziemy mieli okazję zapoznania się z nowościami kinowymi, do których nasza Fundacja specjalnie przygotuje audiodeskrypcję. Spotkamy się z artystami i twórcami filmowymi, którzy wezmą udział w dyskusjach towarzyszących tym pokazom.

Powyższe inicjatywy możemy zrealizować dzięki dofinansowaniu ze środków Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Szczegółowe informacje o poszczególnych wydarzeniach będą publikowane na stronie internetowej Fundacji: http://www.szansadlaniewidomych.org/ w zakładce „Projekty” oraz w Aktualnościach, a także na naszych fanpage’ach na Facebooku: https://www.facebook.com/Szansa/ oraz https://www.facebook.com/galczynskiego7/.

Zapraszamy zatem do śledzenia informacji i udziału w tych wydarzeniach!

Sztuka cyrkowa: czy tylko dla wybranych?

Iga Jagodzińska: Mam przyjemność rozmawiać z Panem Łukaszem Pieczykolanem z Fundacji Pro-Spin. Zasadnicze pytanie brzmi: co się kryje pod tą nazwą?

Łukasz Pieczykolan: To nie jest pytanie, na które istnieje łatwa odpowiedź. Po pierwsze: nazwa Pro-Spin sugeruje, że coś jest dla czegoś, czyli jako organizacja pozarządowa coś od siebie dajemy. Po drugie, spin jest pojęciem z dziedziny marketingu i zarządzania, kiedy staramy się „nakręcać” jakąś przedsiębiorczość czy działanie. Po trzecie, pro spin to termin techniczny z zakreu manipulacji obiektami, który nazywa się kręceniem poi i oznacza po prostu technikę ruchu.

Panie Łukaszu, spotykamy się w sprawie niecodziennej, jaką z pewnością jest sztuka cyrkowa. Kojarzy się ona z wyjątkowymi umiejętnościami czy predyspozycjami wykonawców. Czy rzeczywiście tak to wygląda?

Mówiąc krótko – nie do końca, dlatego, że nie jest to coś przeznaczonego dla ludzi wyjątkowych, specjalnych, dla tych, którzy mają nieprawdopodobny refleks. Nie jest to sztuka dla superbohaterów. Jest to sztuka dla osób, które mają w sobie tyle pasji i samozaparcia, żeby zająć się czymś, co może czasami wyglądać dziwnie czy śmiesznie i doprowadzić to do granic swoich możliwości fizycznych i technicznych. Mamy mnóstwo różnych rekwizytów cyrkowych, których używamy i większość z nich jest banalnie prosta. Ideałem jest piłka żonglerska, która jest po prostu okrągłym obiektem, z którym można robić praktycznie wszystko.

Jak odbywa się nauka podstawowych umiejętności cyrkowych?

Można ją zacząć na kilka różnych sposobów. Współcześnie jest o wiele łatwiej, bo mamy internet, youtube i tutoriale, które możemy obejrzeć i samemu zacząć. Jeśli więc ktoś nie próbuje samodzielnie akrobatyki powietrznej, to trudno zrobić sobie krzywdę. Natomiast jeśli chodzi o niebezpieczne rzeczy ze sztuki cyrkowej, jak na przykład bycie fakirem, sugerowabym znaleźć mentora, przekonać go do siebie tak, żeby chciał się podzielić swoją wiedzą, albo zwyczajnie pójść do szkoły cyrkowej. W Polsce jest jedna szkoła cyrkowa, znajduje się w Julinku pod Warszawą i wydaje mi się, że każda osoba, która skończyła liceum może do niej aplikować tak jak na studia, ale jest to studium trzyletnie.

Czy w takich szkołach i podczas pracy z mentorem istnieją i są wpajane zasady, na których opiera się kuglarstwo?

Odróżniłbym kuglarstwo od cyrku. Ja siebie uważam bardziej za kuglarza niż za cyrkowca, wiem natomiast, że wielu cyrkowców uważa porównanie siebie do kuglarza za lekką formę obrazy. Kuglarstwo kojarzy się bardziej z półamatorską sztuką uliczną, która czasem jest dobra, czasem zła, a absolwenci szkół cyrkowych są z reguły dyplomowanymi profesjonalistami, więc jestem w stanie to zrozumieć. Jest nieporównywalna różnica pomiędzy kuglarzami w typie samouków, którzy wyrażają siebie, a ludźmi, którzy mają ze sobą cały bagaż systemu wiedzy, który został im wpojony przez nauczycieli. Jeżeli chodzi o samo kuglarstwo, to nie sądzę, żeby były jakieś ogólne zasady. Na pewno jest BHP, które trzeba respektować, ale to w każdej dziedzinie życia. Bardzo wielu kuglarzy jest tancerzami z ogniem, więc zagrożenie jest dość oczywiste.

Pewnie domyśla się Pan, dlaczego padło takie pytanie, ponieważ niemożliwe wydaje się, żeby osoby niewidome również mogły za pomocą pewnego urządzenia, o którym mam nadzieję, że zaraz Pan opowie, nauczyć się na przykład żonglerki. Jak nazywa się ten sprzęt i jak on działa?

Z każdą osobą trzeba podejść do tej sprawy indywidualnie. Kiedy dochodzi do pracy z osobami z niepełnosprawnościami, to w moich oczach nie różnią się one wcale od osób, które nie mają żadnej niepełnosprawności. Nie są one inaczej traktowane niż osoba, która dopiero zaczyna, dlatego że i w jednym, i drugim przypadku należy zrobić pierwszą i bardzo ważną rzecz – zbadać, gdzie tak naprawdę zaczyna się początkowy pułap możliwości tej osoby. Wiadomo, że jeśli ktoś nie widzi, to będzie miał ograniczenia w postaci koordynacji wzrokowo-ruchowej, bo zwyczajnie nie ma wzroku.

I tę trudność napotyka w każdym aspekcie swojego życia.

Dokładnie. Możemy praktycznie zapomnieć o rozpoczęciu uczenia jej żonglerki od podrzucania przedmiotów. To jest dla niej zbyt wysoki próg wejścia. Natomiast można to ułatwić, dlatego że te same efekty można osiągnąć tocząc przedmioty i tu wchodzimy w urządzenie, które nazywa się juggle board, czyli po polsku deska do żonglowania. Wygląda ona jak kaloryfer, po którym toczy się piłki tam i z powrotem. Można to robić w parach i w pojedynkę. Toczy się piłkę pod górkę, a ona po chwili stacza się z powrotem. Takich piłek mamy pięć. Wytaczając je w górę i wyłapując, kiedy spadają, uczymy się w zasadzie tego samego, co osoba, która podrzuca piłki. Ktoś, kto nie widzi ma o tyle trudniej, że musi przewidzieć i pamiętać, w jakiej kolejności piłki zostały wyrzucone, ale z drugiej strony ma łatwiej, niż osoba, która widzi i uczy się łapać piłki, patrząc. Obie te techniki są moim zdaniem atrakcyjne scenicznie, przy czym klasyczna żonglerka, czyli rzucanie przedmiotami to dziedzina, która ma przynajmniej 3-4 tysiące lat. Natomiast juggle board został wymyślony może 5 lat temu i cały czas się rozwija. Tak naprawdę nikt nie ma pojęcia, jak będą wyglądały pokazy z użyciem tego rekwizytu, ale jestem pewien, że będą w pewnym momencie wykonywane przez osoby niewidome.

Czy to oznacza, że dla Pana praca z osobami o różnych niepełnosprawnościach jest w jakiś sposób inspirująca?

Tak, ponieważ sam z różnych względów jestem osobą niepełnosprawną, więc czuję sytuację osób, które mają problemy w normalnym życiu. Wiem, jaką mi sprawia radość robienie rzeczy tego typu. Jeżeli mogę komuś pokazać, że brak czegoś nie jest dla niego ograniczeniem w czymś, co dla niego (teoretycznie) nie powinno być nigdy dostępne, to jest dla mnie inspirujące. Widzę, że ludzie wchodzą w kontakt z czymś zupełnie nowym, same zaczynają rosnąć w oczach.

Czy istnieją ćwiczenia kuglarskie, które w jakiś sposób mogą rozwinąć inne strefy życia osoby niepełnosprawnej czy niewidomej? Czy jest przełożenie tego, co artystyczne, na codzienne życie?

Trochę wchodzimy w naukę, nie wiem, czy zostały kiedyś przeprowadzone systematyczne badania na temat wpływu aktywności cyrkowych na osoby niepełnosprawne. Jednak nauka żonglerki wpływa pozytywnie na możliwość uczenia się między innymi języków obcych i matematyki, i to jest spory wpływ. Oczywiste jest, że taka osoba się nie nudzi, ma lepsze samopoczucie, jest mniej podatna na depresję, rusza się, poprawia postawę – lepiej pracuje kręgosłup. Myślę, że samo działanie terapeutyczne, zarówno dla psychiki człowieka, jak i dla jego ciała, jest wystarczającym powodem, żeby się tym bawić. A wszystkie dodatkowe korzyści, jak poszerzenie możliwości umysłowych, podzielności uwagi, też są bonusami, które się przydają, ale moim zdaniem są znacznie mniej ważne niż to, że ma się po prostu frajdę i zaczyna czuć radość oraz sens w życiu.

Dotknąć teatru

Poznański tyflopunkt Fundacji Szansa dla Niewidomych otrzymał zaproszenie na warsztat teatralny dla osób niewidomych i niedowidzących pt. „Dotknąć teatru”. Wydarzenie odbyło się w ramach II Dni Antydyskryminacji. Organizowały je: Koło Naukowe Prawa Międzynarodowego i Dyplomacji „Inter Gentes” i Sekcja Praw Człowieka Koła Naukowego Prawa Konstytucyjnego „Pro publico bono” Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Uniwersytet zaproponował szkolenia, warsztaty, wykłady oraz projekcje filmowe. Wszystko to dotyczyło szeroko rozumianej dyskryminacji i antydyskryminacji. Program był o tyle ciekawy, iż dotykał różnych ich aspektów – prawnych, czy na przykład dotyczących języka inkluzywnego.

Warsztat teatralny, w którym wzięli udział nasi beneficjenci, odbył się w Teatrze Polskim. Poprowadziły go Paulina Skorupska i Zuzanna Głowacka. Metoda, którą zaproponowały była improwizacja kolektywna – skupiona na historiach opowiedzianych przez uczestników, ale też ich wyobraźni (osobistej i zbiorowej). Warsztat doprowadzić miał do stworzenia etiudy teatralnej – krótkiego fragmentu czy zaczynu spektaklu. Uczestnicy poprzez wypowiedziane historie zaprezentowali siebie, swoje zainteresowania oraz oczekiwania wobec warsztatu. Płynnie przeszli do wykorzystania w opowieściach dźwięku. Prowadzące skłoniły uczestników do wyrażenia nastroju, charakteru postaci czy elementów opowieści za pomocą instrumentów muzycznych. To zadanie wydawało się kluczem do pobudzenia wyobraźni, odnalezienia niecodziennych, nowych środków wyrazu, a także zawiązania współpracy pomiędzy uczestnikami. Musieli oni bardzo uważnie słuchać reszty i postarać się włączyć w rytm i charakter całości.

Dzięki historiom opowiedzianym na początku, udało się wyłonić bohaterów i odpowiadające im dźwięki. Wydobywały się one nie tylko z instrumentów – do dyspozycji aktorów było też słowo mówione i wszelakie odgłosy. W ciągu pracy jeden z nich stał się narratorem. Wprowadzał kolejne postaci i elementy, pozwalając wykazać się i wybrzmieć bohaterom, w wyniku czego powstały dwie etiudy. Pierwsza odsłona była dynamiczna, pełna zwrotów akcji. Druga natomiast brzmiała jak baśń, czy wręcz opowieść na dobranoc. Pokazało to uczestnikom, że aktor, choćby niewidomy, ma ogromne pole do popisu. Improwizacja kolektywna natomiast jest ciekawą formą pracy, pozwalającą na dokładnie słuchanie i obserwowanie partnerów scenicznych. Zaskakujące wydaje się również, iż w pełni sprawny zmysł wzroku nie był potrzebny do stworzenia ról i dwóch etiud.

Zuzanna Maria Głowacka – producentka, animatorka kultury, reżyserka, kuratorka. Ukończyła wydział wokalno-aktorski w Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu, studiowała media interaktywne i widowiska na wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej Uniwersytetu A. Mickiewicza w Poznaniu (2012-2015). Jest wiceprezeską Stowarzyszenia Młodych Animatorów Kultury (SMAK). Współpracuje z Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, biorąc udział w programowaniu i produkcji wydarzeń społeczno-artystycznych. Od czterech lat jest kuratorką i producentką wielkopolskiego projektu edukacyjnego 5 zmysłów dedykowanego osobom z niepełnosprawnością. W latach 2014-2015 pełniła funkcję dyrektor artystycznej festiwalu Opera Know-how, który obecnie przekształcił się w projekt Off Opera (kuratorka i producentka edycji 2017 i 2018). Hobbystycznie zajmuje się reżyserią. Zrealizowała m.in. spektakle: Próba wg B. Schaeffera (2013), Pieśń o nocy (2014), Antreprener w kłopotach (2015) wystawiony w Teatrze Polskim w Poznaniu, Traviata: pogłosy (2017). Pracowała jako asystentka reżysera Keitha Warnera w Teatrze Wielkim w Warszawie (2014) oraz Aline Negra Silva w Teatrze im. A. Fredry w Gnieźnie. Od 2016 roku pracuje w Teatrze Polskim w Poznaniu jako specjalistka ds. artystycznych. Jako producentka współpracowała z takimi reżyserami jak: Maja Kleczewska, Monika Strzępka, Grzegorz Laszuk.

Paulina Skorupska – teatrolożka, absolwentka wiedzy o teatrze oraz kulturoznawstwa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Ukończyła także studia podyplomowe Psychologia społeczna w praktyce na Uniwersytecie SWPS i szkolenie Arteterapia i twórczy rozwój na Uniwersytecie SWPS.

W latach 2008-2015 związana z Teatrem Ósmego Dnia jako kuratorka i producentka wielu projektów społeczno-artystycznych oraz współautorka scenariuszy przedstawień dokumentalnych (m.in. „Osadzeni. Młyńska 1” z udziałem więźniów).

Od 2016 roku konsultantka programowa Teatru Polskiego w Poznaniu pod dyrekcją artystyczną Macieja Nowaka. W TP m.in. współpracowała dramaturgicznie z Grażyną Kanią przy spektaklu „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii” Martina Sperra (2016) oraz Mają Kleczewską i Łukaszem Chotkowskim przy spektaklu „Malowany ptak” wg Jerzego Kosińskiego (2017).

Kuratorka (wspólnie z Agatą Podemską) realizowanego od 2014 roku projektu społeczno-artystycznego „Performanse wspólne” angażującego osoby zagrożone wykluczeniem społecznym. W latach 2016 i 2017 współpracowała z Projektem 5 Zmysłów – jako kuratorka wystawy finałowej (wspólnie z Zuzanną Głowacką) oraz dramaturżka spektaklu muzycznego „Piękne spojrzenie” w reżyserii Katarzyny Stoparczyk z udziałem dzieci ze Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowaczego dla Dzieci Niewidomych w Owińskach.

Współpracuje z Instytutem Teatru i Sztuki Mediów Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, gdzie prowadzi zajęcia z zakresu teatru społeczności lokalnych.

W świecie audiobooków

Zawsze uwielbiałam książki. Były i nadal są moją wielką pasją, ale od paru lat głównie słucham audiobooków, wszystkiego, co jest ciekawe i wywołuje dreszcze emocji. Niektóre książki są dobre, ale można również trafić na naprawdę wyjątkowe pozycje. Może na początek coś z nowości. „Noc” jest to czwarta książka Bernarda Miniera, francuskiego autora kryminałów z komendantem Martinem Serwazem jako głównym bohaterem. W tym cyklu ukazały się również: „Bielszy odcień śmierci”, „Krąg”, „Nie gaś światła” oraz ta najnowsza powieść pt. „Noc”. To fascynujące starcie głównego bohatera ze Szwajcarem Julianem Hirtmannem, genialnym mordercą, który uciekł z pilnie strzeżonego zakładu psychiatrycznego dla przestępców. Komendant Serwaz wraz z norweską policjantką ruszają nikłym tropem Hirtmana. „Noc”– to wciągająca i trzymająca w napięciu powieść, którą polecam.

Wybierzmy się na północną drogę. Jakiś czas temu odkryłam twórczość Elżbiety Cherezińskiej. Jest to autorka świetnych powieści historycznych. Nie będę opisywała wszystkich, bo najbardziej zachwycił mnie cykl „Północna droga” – o wikingach, którego akcja dzieje się w X wieku w Norwegii i składa się z czterech powieści. Pierwszą z nich jest „Saga Sigrun”, której główną bohaterką jest Sigrun – córka jarla Apalwarda, która wychodzi za mąż za jarla Regina z Namsen. Książka przedstawia jej życie. Druga „Ja jestem Halderd” to opowieść o kobiecie, żonie i matce, która jest dumną i silną osobą. Następna książka nosi tytuł „Pasja według Einara” i opowiada o synu kapłana Odyna, który po śmierci ojca wyjeżdża do Anglii, gdzie przyjmuje chrzest, później wraca do Norwegii i usiłuje zaszczepić wiarę chrześcijańską w mieszkańcach Trondelagu. Cykl zamyka książka „Trzy młode pieśni”. Przedstawia ona troje głównych bohaterów Bjorna i Gudrun – dzieci Sigrun z pierwszej części oraz Ragnara – najmłodszego syna Halderd. Wydarzenia ze wszystkich części łączą się ze sobą, a poszczególni bohaterowie skrywają niejedną tajemnicę. Jaką? Nie zdradzę, ale polecam, bo mnie wciągnęło i nie mogłam się oderwać.

Niedawno wróciłam po raz drugi do prawniczego cyklu Remigiusza Mroza z Joanną Chyłką i Kordianem Oryńskim. Oczywiście ten autor ma wiele innych powieści na swoim koncie, ale ja najbardziej lubię ten cykl. Składa się on z sześciu książek: „Kasacja”, „Zaginięcie”, „Rewizja”, „Immunitet”, „Inwigilacja” i „Oskarżenie”. Joanna Chyłką i Zordon to dwójka prawników z kancelarii „Żelazny and Magwey”, która ma siedzibę w Warszawie w Złotych Tarasach. Każda książka jest o innej sprawie, chociaż we wszystkich występują ci sami główni bohaterowie. Cykl jest wciągający, można dowiedzieć się sporo w dziedzinie prawa karnego i tego, jak wyglądają rozprawy sądowe. Nie można się nudzić. Na pewno nie przy tekstach Chyłki, bo są naprawdę „zabójcze”.

„Dotyk zła” to doskonały, mroczny i przerażający kryminał autorstwa Alex Kavy. Jest to pierwsza książka z cyklu, z agentką specjalną FBI – Magie O’Del i na razie jedyna książka tej autorki, która ukazała się w audio. Mam nadzieję, że będzie ich więcej.

Przedstawione przeze mnie audiobooki mają jeszcze jeden walor, bowiem czytane są przez znakomitych lektorów:

„Noc” czyta Piotr Grabowski – książkę można kupić w każdej księgarni.

Cały cykl z Chyłką i Zordonem czyta Krzysztof Gosztyła – pierwsze cztery części można kupić w księgarniach, natomiast piątą i szóstą najprędzej znajdziemy w sieci.

„Dotyk zła” czyta Leszek Teleszyński – książka jest dostępna w serwisie wypożyczeń online Głównej Biblioteki w Warszawie (książkę można pobrać przez Internet).

Cykl „Północna droga”: „Sagę Sigrun” czyta Anna Kert; „Ja jestem Halderd” czyta Ewa Abart; „Pasję według Einara” czyta Filip Kosior; a „Trzy młode pieśni” czytają Ewa Abart, Filip Kosior i Piotr Makowski. Audiobooki dostępne są w księgarniach.

Polecam wszystkie wyżej opisane książki, bo naprawdę warto je poznać.

W dobie cyfryzacji i komputeryzacji audiobooki stają się coraz bardziej popularne. Wiodące w dziedzinie rozpowszechniania audiobooków są:

  • DZdN Głównej Biblioteki w Warszawie,
  • Fundacja „Klucz”,
  • Audioteka,
  • Storytell.

Moim zdaniem audiobooki są coraz bardziej powszechne. Jednak jest jeszcze wiele do zrobienia w kwesti ich popularności i dostępności. Wiele tytułów nie ukazuje się jako audiobooki. Uważam, że powinno się to zmienić.

Nie ma też jednolitości – nie istnieje jedno miejsce, gdzie można by znaleźć wszystkie audiobooki. Nie wiadomo gdzie należy szukać konkretnego tytułu, co jest moim zdaniem dla osób z dysfunkcją wzroku sporym utrudnieniem. Każdą książkę można kupić w księgarni – tak powinno być również z audiobookami.

Oczko się odlepiło!

Komu? Wiadomo – temu misiu ! No więc właśnie, czy aby tak do końca wiadomo? Kto widział, ten wie, kto zna, ten zrozumie. Kultowa polska komedia Stanisława Barei pt. „Miś” wzbogaciła język polski i polską kulturę o mnóstwo niezastąpionych dotąd cytatów, które na stałe weszły do języka potocznego i z powodzeniem radzą sobie w nim również dzisiaj. Prawie codziennie któryś z osławionych już cytatów przychodzi mi do głowy niemalże automatycznie jako komentarz do codziennej, prozaicznej czynności czy sytuacji, której jestem świadkiem. A rzecz dzisiaj o cytatach właśnie. Tych wielkich i tych małych. Tych bardzo poważnych, górnolotnych i tych… z przymrużeniem oka, jak nasze tytułowe oczko, a raczej miś – jakże prześmiewczo i uroczo odmieniony. Zastanawiam się czasem, czy cytaty, których użycie było albo jest w pełni zrozumiałe dla mnie, dla ludzi w moim wieku i ode mnie starszych, są również zrozumiałe dla współczesnej młodzieży.

Niech nikogo nie rozochoci pozornie tylko żartobliwy charakter niniejszego artykułu, zmierzam w nim bowiem do dosyć ponurego wywodu.

Nie jestem jeszcze bardzo wiekową istotą, chociaż – jak niedawno mi uświadomiono – należę już do tajemniczego jak dotąd dla mnie pokolenia „X”, wg niektórych zwanego też pokoleniem PRL. Zważywszy, że obecnie kwiat polskiej młodzieży stanowi już pokolenie „Z”, uznaję, że z moim PESEL-em nie jest już tak kolorowo. Wszak gdzieś pomiędzy „X”-ami i „Z”-ami musiało przemknąć jeszcze całe pokolenie „Y”. A jak śpiewa i trąbi zespół Kombi, „każde pokolenie ma własny czas” . No cóż, tym sposobem moje pokolenie przeminęło – w znaczeniu zdezaktualizowało się – niejako w mgnieniu oka. A być może to tylko jakże prawdziwy, lecz smutny wywód egzystencjalny. Skądinąd to ciekawe, że współczesność przyniosła nam nie tylko gonitwę za własnym ogonem, ale również „skrócenie” doby, dekady, wieku itd. Wydaje mi się bowiem, że kiedyś mianem „pokolenie” określano przedział o większej rozpiętości czasowej, aniżeli jakaś tam nieco ponad dekada.

Kiedy chodziłam do szkoły średniej, wkuwanie na pamięć cytatów z tej czy owej lektury było na porządku dziennym. Jako uczniowie marudziliśmy przy tym trochę, ale z perspektywy czasu chyba wszystkim wyszło to na dobre, a już na pewno nie zaszkodziło to nikomu. Cóż możemy powiedzieć dzisiaj? Z czego możemy niejako rozliczyć dzisiejszych 20-latków? Z perspektywy niedoszłego wprawdzie nauczyciela języka polskiego, ale jednak osoby zaznajomionej z programami nauczania, podręcznikami i wymogami w zakresie nauczania przedmiotu język polski, ze smutkiem stwierdzam, że obecnie możemy zapomnieć o czasach, gdy wnikliwa analiza obowiązującej lektury miała prowadzić m.in. do zapamiętania kluczowych dla niej cytatów, fragmentów, chociażby w celu kontekstowego ujmowania rzeczywistości w okresie późniejszym. Owszem, kładzie się dzisiaj nacisk na konteksty kulturowe, chodzi jednak bardziej o konteksty odnajdywane w innych dziedzinach sztuki itp.

Co innego jednak rozważania metodyczne, programy nauczania itd., co innego codzienne życie i doświadczenia w rozmowach z otoczeniem. Otóż moje obawy wzbudza totalne zdziwienie młodszego ode mnie rozmówcy bądź rozmówczyni, niejednokrotnie napotkane w sytuacji użycia przeze mnie – jak powszechnie wydawać by się mogło – znanego cytatu z literatury, kinematografii itp. Owo zdziwienie na twarzy młodszych kolegów i koleżanek jest jak mniemam wyrazem ich zupełnego niezrozumienia sensu mojej wypowiedzi. Są to dla nich słowa, które równie dobrze wybrzmieć by mogły w niezrozumiałym dotąd dla nich języku. Pytanie, na ile taką reakcję wytłumaczyć można różnicą pokoleń, zmianą programu nauczania w szkole, a na ile totalną ignorancją. Nadal ufam, że przyczyna tkwi raczej w którymś z tych dwóch pierwszych powodów.

Przykład z życia wzięty. Poranek, przekraczam próg biura, żartobliwie witam się z kolegą z pracy, który właśnie czyta gazetę: „Cóż tam, panie, w polityce?”. Z drugiej strony pada natychmiastowa odpowiedź z delikatnym uśmiechem: „Chińcyki trzymają się mocno”. Nic w tym dziwnego, kolega należy do „mojego pokolenia” i wie, że właśnie z humorem, literacko rozpoczęliśmy dzień z Weselem Wyspiańskiego. Tymczasem w rogu pokoju pokolenie „Y” stroi miny, które wyrażają zupełne niezrozumienie naszego „bełkotu”. W ich myślach wyczytuję krótki komentarz sytuacji, wypisany również na ich twarzy – wyście chyba ludzie powariowali!

Czy możemy dzisiaj niejako rozliczyć dwudziestolatków ze znajomości cytatów z literatury pięknej, powszechnej? Mam nadzieję – nie graniczącą jednak z pewnością – że nadal jest to możliwe. Że polski system edukacji w zakresie nauczania języka polskiego nadal umożliwia albo wskazuje wnikliwemu, pilnemu uczniowi cytaty godne zapamiętania. Zaznaczam, że nie chcę przy tym generalizować, ale mimo wszystko ze smutkiem stwierdzam, że w kontekście cytatów, nazwijmy je znaczących, lwiej części współczesnej młodzieży bliżej do „górnolotnych” haseł promowanych przez polskie reklamy typu „Brawo JA!”, nie mówiąc już o kultowych – choć w innym niż moim rozumieniu – cytatów brylujących na ściankach celebrytów rodem z programów typu reality show. Zachwyt społeczeństwa, a więc nie tylko nastolatków budzi tu m.in. przekręcanie polskich wyrazów, nadawanie im obcych końcówek, czy obcego nacechowania. Przytoczyć wystarczy tylko sławetne już Me is Victoria Beckham, które, o zgrozo, zasili wkrótce szlachetną jak dla mnie dotąd grupę „skrzydlatych słów” . Nawiasem mówiąc, przytoczone wyrażenie określiłabym obrazowo mianem – ucz się angielskiego z perfekcyjną panią domu, a daleko zajdziesz. Skądinąd, Pani ta świetnie sobie radzi w świetle reflektorów. Jej kolejne błyskotliwe hasełka typu „nie zrobię czelendżu…, w d…pie mam czelendżu…” znalazły się właśnie w grupie najczęściej powtarzanych i przetwarzanych w Internecie, a co za tym idzie znalazły się również na koszulkach i innych gadżetach do jej nowego programu. Autorka kasuje znaczące sumy za promowanie tejże „nowomowy”, a właściwie – należałoby powiedzieć – językowego chłamu. Jakkolwiek nie mam nic przeciwko osobie, to jednak całość wypada przy tym dość ponuro.

Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że wulgarne, nie mające nic wspólnego z kulturą języka hasła nabierają wiatru w żagle i żyją swoim życiem, nierzadko znajdując swoich fanów wśród dzisiejszych nastolatków i nie tylko. Panuje swego rodzaju moda na lotne frazesy z ironicznym, a raczej lekceważącym podejściem do polszczyzny. Zgłaszam również zdecydowany sprzeciw wobec faktu, iż każdy nieprzychylny komentarz pod adresem propagujących tego typu „nowomowę” spotyka się z zarzutami typu braku dystansu czy śmiertelnej powagi itp. Często mówi się – „młodzież nie czyta”, albo usłyszeć można – „niech uczniowie czytają byle co, byleby tylko czytali”. Nie ma mojej zgody na takie podejście do nauczania. Już dziś widzę bowiem jego skutki i osobiście czuję się nimi dotknięta.

Moi drodzy, starajmy się, aby nasza polszczyzna była staranna, zaś gwarę młodzieżową i celebrycką pozostawmy jej samej, nie przenośmy jej jednak do języka ogólnego. To, co językowo żartobliwe, wesołe, ale nie mające nic wspólnego z poprawnością i językową ogładą użyjmy dla śmiechu raz czy dwa, ale nie włączajmy w nasz codzienny język, czyniąc z niego tym samym śmietnik dla byle jakich językowych dziwolągów. Wybaczcie przy tym drodzy Czytelnicy odrobinę ironii, szczyptę sarkazmu przelanego w potoku powyżej użytych słów. Wyjaśniam też od razu, że nie mam nic przeciwko sloganom reklamowym czy promowaniu się celebrytów w telewizjach śniadaniowych (prostuję, być może przy celebrytach drobny sprzeciw bym podniosła) – niechaj jednak będą to hasła i cytaty, których przekaz nie godzi w poszanowanie polskiego języka, kulturę językową, wreszcie niechaj będzie to przekaz uwzględniający pedagogiczny wymiar całego „przedsięwzięcia językowego”!

• Na zakończenie kilka myśli, które lotem błyskawicy wdarły się właśnie do głowy:

Po pierwsze – jakie pokolenie zastąpi pokolenie „Z”? Czy są już teorie na ten temat? Myślę, że historia zatoczy małe koło i w nazewnictwie pokoleń przejdziemy na „dwuznaki”, np. pokolenie „AA”, jakkolwiek ten skrót będzie rozumiany, czy też dorozumiany. Niczym w puchnących o nowe artykuły i paragrafy polskich ustawach, które – jak wiadomo – dostosować trzeba do puchnącego unijnego ustawodawstwa. A więc , skoro był już art. 15z, zrobimy teraz 15aa, 15ab itd.

Po drugie – wciąż wierzę w to, że daleko nam jeszcze do poważnych programów muzycznych, w których prowadzący będzie zadawał pytania rodem z disco polo, np. rozpoznaj piosenkę po zagadce – Gdzie ona jest i co robi?

Po trzecie – mój ulubiony cytat z Misia to „Słuszną linię ma nasza władza”. Dla przypomnienia – tymi słowami lekarz pediatra skwitował informację uzyskaną na lotnisku od obywatela Ryszarda Ochódzkiego, iż jego nowonarodzone dziecko ważyć miało – wedle jego oświadczenia – 12 kilogramów.

A Wy, drodzy czytelnicy, który cytat z „Misia” uważacie za ponadczasowy?

Teatr nie tylko do oglądania

Centrum Kultury Zamek w Poznaniu stworzyło cykl „Teatr Powszechny“. Polega on na prezentacjach spektakli, w większości premier, które zaangażowały artystów pracujących w sposób terapeutyczny za pomocą teatru.

Spektakl „Spójrz na mnie” Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach w reżyserii Adama Ziajskiego miał swoją poznańską premierę 9 marca 2018 w ramach Teatru Powszechnego. Jako osoba zainteresowana światem niewidomych i niedowidzących byłam bardzo ciekawa tej prezentacji. Zresztą nie tylko ja – na widowni zasiadły osoby z dysfunkcjami wzroku, które wydawały się podobnie zaintrygowane spektaklem. Nowym doświadczeniem była dla mnie obserwacja, jak odebrały one to, co działo się na scenie – był to przecież spektakl bezpośrednio ich dotyczący.

Wchodząc na widownię widz otrzymał słuchawki i instrukcję ich używania oraz wiedział, że w spektaklu zagrają osoby niewidome. Czego ów widz mógł się spodziewać? Pewnie tego, że będzie miał możliwość odebrania sytuacji poprzez skoncentrowanie się na jednym zmyśle, jakim jest słuch. Czy rzeczywiście było to możliwe?

Stałam się widzem nie w momencie zajęcia swojego miejsca, a wtedy, gdy usłyszałam dźwięk na jednym z trzech kanałów. Każdy widz miał do wyboru trzy kanały: realny dźwięk dochodzący ze sceny, audiodeskrypcję i… ciszę. Zatem aktorzy Ziajskiego nie mieli żadnego wpływu na to, kiedy będą słyszani i czy w ogóle. Jednocześnie, gdy pierwszy z nich, oświetlony silnym światłem, wstał z krzesła na widowni, jego głos stał się dla mnie bardzo silnym bodźcem. Widz miał możliwość przeżycia tego spotkania z osobami niewidzącymi w bardzo intymny sposób – głos napływał wprost do jego uszu i mogło się wydawać, że tylko do jego, jednak nie powstała interakcja – a wręcz wyobcowanie. W pewnym momencie zamknęłam oczy i poczułam, jak bardzo poddajemy się przebodźcowaniu w naszym codziennym życiu. Może dzięki audiodeskrypcji jeszcze trudniej byłoby się skupić osobie widzącej? Może zawężenie kanałów odbioru rzeczywistości to swego rodzaju eksperyment – zarówno dla widzących, jak i niewidomych?

Pierwsze wypowiedzi wprowadziły widza w realne problemy czy bariery, jakie napotykają osoby niewidome. Zatem aktorzy stali się ekspertami w tej dziedzinie – to oni ze swojej perspektywy potrafili wyłonić elementy świata, które są naprawdę problematyczne, czy wręcz nieakceptowalne. Jednym z nich była skala oszustw przy zatrudnianiu osób niewidomych, która zdaje się być absurdalna. Jednak odczułam to nie tylko jako żerowanie na niepełnosprawności jako interesie, ale także jako krytykę pewnego systemu, który na to zezwala, albo go nie wychwytuje. Drugą ważną kwestią stały się dotacje, sprzęt i oprogramowanie dla osób niewidomych i słabowidzących. Wśród widowni przemykał szmer, czasem dyskretny śmiech. Jednak nie ten element spektaklu został przez Ziajskiego poprowadzony dalej.

W kolejnej odsłonie widz mógł zobaczyć postaci w uniformach, które poruszały się na zbudowanej projekcjami multimedialnymi scenie. Uniformy skojarzyły mi się z rolą eksperta, o której wspomniałam wcześniej i która zaistniała w spektaklach teatru Rimini Protokoll (aktorzy – amatorzy byli specjalistami w swoich dziedzinach i to stawało się ich rolą). Co do scenografii – była ona konsekwentna. Projekcje operowały tylko dwoma kolorami – czernią i bielą. Ich kontrast i drobny, poruszający się wzór sprawiał, że trudno było utrzymać swój wzrok na jednej postaci czy elemencie. Wydaje mi się, że Ziajski chciał stworzyć wrażenie zmęczenia czy przesycenia naszego wzroku. Powstające kropki kojarzyły się oczywiście z alfabetem Braille’a. Proste, aczkolwiek bardzo sugestywne.

Narracja spektaklu była prowadzona chronologicznie – postaci opowiadały o swoich doświadczeniach – utracie wzroku, pierwszych samodzielnych podróżach, psie przewodniku. Były to historie osobiste, czasem wzruszające, czasem widzowi udzielał się smutek czy raczej wrażenie jeszcze większego wyobcowania niż na początku spektaklu. W bardzo przemyślany sposób pojawiły się cytaty z Biblii, czytane głosem syntezatora mowy – Ewy. Imię oczywiście nieprzypadkowe. Te fragmenty odegrały bardzo ważną rolę w budowaniu świata przedstawionego. Czasem zdania zlewały się, głos nie oddawał żadnych emocji. I tu znów skojarzenie – jeden z najważniejszych tekstów ludzkości jako coś przetworzonego, zautomatyzowanego. I istotne odwrócenie – teksty opowiadały o stworzeniu świata, natomiast opowieści postaci o tego świata utracie. A z drugiej strony wspomniane biblijne oddzielenie światła od ciemności jako moment przełomowy.

Czy zatem można przyporządkować spektakl „Spójrz na mnie” do kategorii teatru dokumentalnego? Byłabym ostrożna. Nie wiem, na ile Ziajski i jego aktorzy przepracowali historie, na kanwie których powstał spektakl. Każdy z aktorów miał swój czas na ich opowiedzenie, a widz na wyłuskanie z nich spojrzenia na utratę czy brak wzroku. A właściwie konsekwencji tej sytuacji. Konsekwencji, które ponosi nie tylko osoba tracąca wzrok, ale też osoby wokół, dla których staje się niewidoczna. Od razu nasuwa się pytanie: czy to, że ktoś przestaje widzieć, czyni go niewidzialnym? Czy czapki – niewidki na twarzach aktorów to znak właśnie tej sytuacji?

Zastanawiający jest finał spektaklu – dłonie aktorów, które poszukują kształtu, może obecności, po drugiej stronie białej materii zawieszonej na scenie. Dotyk, który jest zmysłem, ale także bliskością, czułością. No i dźwięk urządzeń powtarzających „Spójrz na mnie”.

Historie Polski i Polaków w brajlowskich nowościach wydawniczych

W poprzednim, 27 numerze HELPa czytelnicy poznali Piotra Witta – autora książki „Przedpiekle sławy”, który odkrył i opisał nieznane fakty z życia Fryderyka Chopina i jego trudne początki kariery po przybyciu do Paryża. Piotr Witt wygłosił prelekcję podczas XV edycji Konferencji REHA w październiku 2017 r., która była okazją do zaprezentowania brajlowskiego wydania jego książki. Fundacja Szansa dla Niewidomych miała w tym swój ogromny udział. Wspólnie z wydawcą brajlowskiej wersji – firmą Altix, podjęła się przygotowania i wypromowania tego wspaniałego dzieła, a także czterech innych brajlowskich nowości wydawniczych.

Nie byłoby to jednak możliwe bez dofinansowania otrzymanego ze środków Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, które pozwoliło na pokrycie 80% kosztów wydania. Pozostałe 20% pokryli wydawcy – Fundacja Szansa dla Niewidomych i firma Altix. Celem projektów było podnoszenie poziomu świadomości literackiej i zwiększanie dostępu do polskiej literatury o tematyce historycznej wśród osób z niepełnosprawnością wzroku. Dzięki tym przedsięwzięciom wydawniczym, niewidomi czytelnicy będą mogli zdobyć wiedzę na temat opisywanych wydarzeń, a dzięki temu wzbudzić ciekawość do dalszego studiowania historii Polski i wybitnych Polaków z różnych okresów dziejowych.

Brajlowskie wydanie „Przedpiekla sławy” obejmuje 7 tomów i 20 egzemplarzy. Zdaniem autora los Fryderyka Chopina przed okresem triumfu zasługuje na lepsze poznanie. W ciągu pierwszych miesięcy życia we francuskiej stolicy Chopin stał się najdroższym nauczycielem fortepianu, kompozytorem utworów przeznaczonych do wykonywania w wielkich salach, autorem genialnych etiud, preludiów, nokturnów, granych przed elitarną publicznością w czołowych salonach Paryża. Jednak zanim osiągnął sukces, przeszedł trudną lekcję życia.

Drugą pozycją książkową wydaną przez Altix przy wsparciu Fundacji w formie brajlowskiej adaptacji jest „Słowiański rodowód” autorstwa Pawła Jasienicy. Ten znany polski eseista stworzył cykl reportaży, w których porusza wątki stanowisk archeologicznych w Biskupinie, Gieczy, Wiślicy, Igołomi i Wolinie oraz badań nad nimi. Autor opisuje i interpretuje odkrycia polskich archeologów, nawiązując do początków państwowości polskiej, a także innych narodów wywodzących się od Słowian. Brajlowskie wydanie książki zmieściło się w 8 tomach i powstaje w 24 egzemplarzach.

Wydawcą trzech kolejnych brajlowskich nowości jest Fundacja Szansa dla Niewidomych. Pierwszą z nich jest książka Normana Davisa „Orzeł biały, czerwona gwiazda. Wojna polsko-bolszewicka 1919-1920”, poświęcona wojnie, która zmieniła bieg dwudziestowiecznych dziejów. Autor przedstawia wojnę polsko-bolszewicką historycznie wierną, a jednocześnie w sposób bardzo przystępny w odbiorze, nieczęsty dla publikacji o tematyce historycznej. Jej brajlowskie wydanie obejmuje 7 tomów i 23 egzemplarze.

Kolejną wydaną przez Fundację pozycją jest książka „Dotyk Solidarności” autorstwa Marka Kalbarczyka. Książka ma charakter historyczny i zawiera omówienie najważniejszych wydarzeń związanych z Niezależnym Samorządnym Związkiem Zawodowym „Solidarność”, znaczenia solidarnościowej i pokojowej przemiany dla wszystkich obywateli, a szczególnie dla osób niewidomych. Solidarność to nie tylko patriotyczny związek zawodowy, ruch obywatelski i wielka historia walki o niepodległość i sprawiedliwość społeczną. To także zwykła codzienna pomoc i zrozumienie, o których nie mówi się w oficjalnych relacjach. Właśnie to stało się decydującym aspektem książki, w której autor przypomniał historię „Solidarności” i wskazał, jakie miała znaczenie dla zwykłych ludzi. Książka ta została wydana zarówno w wersji brajlowskiej, jak i czarnodrukowej, dzięki czemu jest dostępna dla wszystkich – niewidomych i widzących.

Ostatnią pozycją, o której należy wspomnieć, jest premierowa książka Marka Kalbarczyka pt. „Epilogi przywracające nadzieję”. Książka opowiada o życiu niewidomego matematyko- fizyka profesora Witolda Kondrackiego oraz o polskich przemianach, w których osobiście uczestniczył. W opracowaniu tekstu miała swój udział żona profesora – Irena, jego córki Małgorzata i Joanna oraz przyjaciele i współpracownicy tego naukowca.

Dzięki wydaniu biografii Witolda Kondrackiego w brajlu, niewidomi będą mieli okazję poznać historię wybitnego profesora, który mimo swej niepełnosprawności osiągnął w życiu tak wiele. Jego historia pokaże społeczeństwu, że niepełnosprawność nie dyskwalifikuje z realizacji planów czy marzeń. Książka zachęci osoby niepełnosprawne wzrokowo do aktywności życiowej i społecznej. Będzie dobrą motywacją i wsparciem dla osób wycofanych, bez wiary we własne możliwości, a także dla młodych czytelników, których będzie inspirować do podejmowania wyzwań i właściwych życiowych decyzji. Publikacja jest na razie przewidziana tylko w wersji brajlowskiej, w bardzo małym nakładzie (3 egzemplarzy). Mamy jednak nadzieję, że dzięki kolejnemu wsparciu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego uda się ją wydać w większej liczbie egzemplarzy i w formach dostępnych dla wszystkich – niewidomych i widzących.

Audioświat Pałacu w Szreniawie

Autorka artykułu pracuje w Muzeum Rolnictwa i Przemysłu Rolno-Spożywczego w Szreniawie (województwo wielkopolskie).

Muzeum Narodowe Rolnictwa i Przemysłu RolnoSpożywczego w Szreniawie to miejsce, gdzie można podziwiać zabytki techniki rolniczej służące do uprawy ziemi oraz przetwórstwa rolno-spożywczego, jak też eksponaty związane z rzemiosłem, transportem wiejskim, rękodziełem i sztuką ludową. Maszyny i urządzenia rolnicze oraz inne stare przedmioty znajdują się na terenie dziewiętnastowiecznego kompleksu rezydencjalno-folwarcznego. Dlatego też oprócz folwarku i ekspozycji związanych ściśle z rolnictwem, jedną z atrakcji muzealnych jest dwór ziemiański.

Do zwiedzania jego wnętrz z okresu międzywojennego zapraszamy wszystkie osoby niewidome i niedowidzące. Dzięki wsparciu finansowemu Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego powstała specjalna ścieżka dźwiękowa z audiodeskrypcją oraz inne udogodnienia, dzięki którym można słuchowo i dotykowo zwiedzać pałacową ekspozycję.

Krótka historia Pałacu

Historia powstania szreniawskiego Pałacu sięga lat 1852-1853, kiedy to właścicielem tego terenu był Niemiec Herrmann Bierbaum. Wtedy to na skraju kompleksu leśnego wybudowano okazałą willę, zwaną dziś Pałacem, następnie budynek rządcy i zabudowania folwarczne dzisiejszej Szreniawy. Pałac z trzech stron otoczony był niewielkim parkiem, a folwark usytuowany został w bezpośrednim sąsiedztwie zespołu pałacowo-parkowego, od strony południowo-zachodniej. Przez pierwsze lata nowa osada nie miała odrębnej nazwy. Od roku 1864 zaczęła być używana nazwa Marienberg, wymyślona zapewne przez właściciela tych dóbr na cześć jego żony Marii.

Na początku 1920 roku majątek Marienberg z rąk niemieckich wykupił Polak, dr nauk przyrodniczych Józef Glabisz. Przyjechał z Sarbinowa w powiecie żnińskim, aby osiedlić się na tutejszej ziemi wraz z żoną Katarzyną oraz czworgiem dzieci: Marią, Władysławem, Anną i Katarzyną. Najmłodsza córka Państwa Glabiszów Barbara urodziła się w Szreniawie w 1921 roku. Wraz z rodziną w Pałacu zamieszkał też wuj Pani Katarzyny – Nikodem Dokowicz. Nowy właściciel zmienił nazwę miejscowości na Marzenin, ale wkrótce została nadana urzędowa nazwa Szreniawa. Pan Glabisz był świetnym gospodarzem i doprowadził do rozkwitu majątku. W okresie międzywojennym dobra w Szreniawie liczyły 1 077,81 hektarów, w tym 805,87 hektarów gruntów ornych. Uprawiano tu przede wszystkim żyto i ziemniaki, a także jęczmień, owies, pszenicę i buraki cukrowe. Hodowano konie, bydło oraz trzodę chlewną.

W 1935 roku, po śmierci Józefa Glabisza, majątek odziedziczył jego syn Władysław. Zarządzał on Szreniawą do września 1939 roku. Po zajęciu Wielkopolski przez Niemców rodzina Glabiszów została wysiedlona ze Szreniawy i nigdy już tutaj nie powróciła. Po II wojnie światowej majątek, tak jak wiele innych, został upaństwowiony.

Audiowycieczka

Wszystkich zwiedzających, a szczególnie tych z niepełnosprawnością wzroku zapewniamy, że możliwy jest powrót do czasów świetności szreniawskiego majątku, w lata 1920-1939, za sprawą fabularyzowanej audiowycieczki z audiodeskrypcją. Wystarczy założyć słuchawki i audioprzewodnik oprowadzi każdego gościa po pałacowych wnętrzach. Podczas audiowycieczki, przygotowanej specjalnie z myślą o osobach z dysfunkcją wzroku, można spotkać się przy stole w jadalni z gospodarzami domu, poznać wujka Dokowicza i sekretarkę pana domu. Można poznać Pałac zarówno w jego części reprezentacyjnej, jak i od kuchni. Po drodze na zwiedzających czekają dźwiękowe i muzyczne niespodzianki uruchamiające wyobraźnię. Można posłuchać między innymi audycji ze starego odbiornika radiowego, dźwięków starej płyty z gramofonu czy innych odgłosów życia w Pałacu.

Po wejściu do Pałacu zwiedzający otrzymuje audioprzewodnik oraz słuchawkę nauszną pojedynczą lub słuchawki podwójne do wyboru. Instrukcja użytkowania urządzenia do odsłuchu audiowycieczki nagrana jest na początku przed rozpoczęciem zwiedzania. Po Pałacu oprowadza zwiedzającego narrator przewodnik, który pokazuje mu wszystkie pomieszczenia i opowiada o ich mieszkańcach. Zwiedzanie odbywa się przez wsłuchiwanie się w nagranie odtwarzane przez audioprzewodnik i poruszanie się zgodnie ze wskazówkami lektora, który informuje o konieczności udania się w określonym kierunku. Nagranie uruchamia się podczas poruszania się po ekspozycji, dzięki zdalnej transmisji bezprzewodowej z nadajników radiowych umieszczonych w każdym pomieszczeniu. Dzięki temu zwiedzający nie musi wykonywać żadnych dodatkowych czynności ze swoim audioprzewodnikiem od momentu uruchomienia audiowycieczki do jej zakończenia. W razie konieczności może nagranie zatrzymać lub odtworzyć je jeszcze raz. Opisem audiodeskrypcyjnym objęta została cała przestrzeń Pałacu, dzięki czemu zwiedzający może poruszać się po nim samodzielnie. Istnieje także możliwość zwiedzania z opiekunem, ponieważ każde urządzenie ma dwa wejścia do podłączenia słuchawek, tak aby dwie osoby równocześnie mogły słuchać tych samych treści audiowycieczki. Dzięki dokładnej audiodeskrypcji ekspozycji zwiedzający poznaje poszczególne eksponaty, w tym 18 z nich bardzo szczegółowo. Opisy nawiązują do historii Pałacu i jego mieszkańców. Opowieść przewodnika jest wielowątkowa, podczas jej trwania pojawiają się inne postacie. Wszystkie komunikaty audiodeskrypcyjne doskonale ze sobą współgrają, dzięki czemu powstała spójna ścieżka zwiedzania.

Punkty dotykowe

Z audioprzewodnikiem skorelowane są punkty dotykowe na ekspozycji oraz plany tyflograficzne na każdej kondygnacji pałacu. Na klatce schodowej, przed wejściem na ekspozycję, znajdują się wypukłe mapy przestrzeni z opisem w druku wypukłym Braille’a przygotowujące osobę niewidomą do swobodnego poruszania się po Pałacu. Dzięki nim można dokładnie poznać zwiedzaną przestrzeń. W wybranych pomieszczeniach przygotowane zostały eksponaty lub inne fragmenty ekspozycji, które można dotykać. Audioprzewodnik nakierowuje zwiedzającego poprzez komunikat nawigacyjny na miejsce, w którym znajduje się eksponat lub plan tyflograficzny i pomaga w jego odnalezieniu dzięki połączeniu z nadajnikiem dźwiękowym zlokalizowanym przy szukanym punkcie.

Oznaczenia przestrzeni

Pałacowa wystawa rozlokowana jest na trzech poziomach: w przyziemiu, na parterze i pierwszym piętrze. Aby ułatwić osobom z dysfunkcjami wzroku poruszanie się po Pałacu, na każdym piętrze na drzwiach wejściowych na ekspozycję zostały zamontowane tabliczki informacyjne z opisami pomieszczeń w alfabecie Braille’a oraz w czarnodruku. Oprócz tego na poręczach schodów znajdują się nakładki z grawerowaną informacją o wysokości, na jakiej znajduje się zwiedzający. Audiowycieczka zaczyna się od zwiedzania parteru. Znajdują się tu najbardziej reprezentacyjne pomieszczenia, w szczególności Jadalnia, która od północy łączy się z ogrodem zimowym wychodzącym na park. Wokół Jadalni znajdują się: Pokój Dziadka, Salon, Biblioteka oraz Pokój Pana i Kancelaria. Okna dwóch ostatnich pomieszczeń, wykorzystywanych głównie do pracy, wychodzą na folwark. Na pierwszym piętrze Pałacu znajduje się w części centralnej sala wystawowo-konferencyjna. Od strony zachodniej przylegają do niej pomieszczenia z ekspozycją obrazującą życie prywatne mieszkańców: od północy kolejno Sypialnia, Pokój Dzieci oraz Pokój Pani. Ostatnim etapem zwiedzania Pałacu są pomieszczenia gospodarcze w przyziemiu. Od strony zachodniej znajduje się Kuchnia, od północnej Spiżarnia, a od południowej Pralnia i Magiel. W przyziemiu zlokalizowana jest też salka edukacyjna, wykorzystywana do prowadzenia lekcji muzealnych.

Wszystkich zainteresowanych wycieczką do czasów świetności szreniawskiego Pałacu serdecznie zapraszamy. Każdy, kto zechce zostać pałacowym gościem, otrzyma folder informacyjny na temat zwiedzanego obiektu przygotowany w czarnodruku i druku wypukłym Braille’a przez współorganizatora projektu Fundację Szansa dla Niewidomych.

Audiodeskrypcję eksponatów z Pałacu można wysłuchać na portalu czytanieobrazow.pl