Trzecie oko wystarczy, by smacznie gotować

Pogotujmy razem! Wiem, że gdy się nie widzi, jest ciężko. Ale czy to musi powodować, że zamykamy się w swoim pokoju i unikamy świata? Nie, nie musi. Jednym z fajniejszych sposobów na bycie razem z innymi jest wspólne kucharzenie, albo samodzielne kucharzenie, po którym wspólnie się je. Nie wiem, czy są bardziej jednoczące ludzi czynności niż gotowanie i konsumowanie smacznych dań. Co mam na myśli? Bycie razem z ludźmi, którzy nie muszą należeć do naszych najbliższych, a jednak, chociaż na moment, są razem z nami. Z najbliższymi możemy nawiązać mocniejsze relacje i przeżywać inne emocje, z ludźmi, których spotykamy tylko czasem, wiele z nich nie jest możliwe. Tymczasem gotowanie i wspólne spożywanie potraw nie jest niczym ograniczone i może cieszyć wszystkich.

No więc szkoda by było polec i darować sobie tę przyjemność. Przeciwnie, należy korzystać z każdej możliwości, by żyć jak inni. Mimo braku wzroku możemy wykonywać czynności, o których tak jeszcze niedawno nawet nie myślano. To nowoczesna rehabilitacja otworzyła dla nas świat. Nie musimy się wstydzić, że zamiast patrzeć – macamy, zamiast czytać zwykłe książki i gazety – słuchamy ich przez słuchawki. Zamiast wyjść z domu i kroczyć śmiało do przodu, rozglądając się milutko na lewo i prawo, musimy trzymać w ręku białą laskę, wymacywać przeszkody i liczyć na to, że satelitarna nawigacja nas nie zawiedzie. Mimo to możemy trzymać głowę do góry, wyglądać atrakcyjnie i uśmiechać się, gdy omijamy słup, na który niemal wpadliśmy.

Już wiemy, że mamy trzecie oko, dzięki któremu jakoś tam widzimy. Jak? Oczywiście, że inaczej, ale widzimy. O co chodzi? O wykształcenie wyobraźni, dzięki której wszystko, co słyszymy i czujemy, zamienia się na wyobraźnię. Lepszy lub gorszy obraz tworzy się w naszej głowie i umożliwia nam wykorzystywanie rozmaitych zdolności. Otwórzmy więc to trzecie oko w kuchni i coś ugotujmy. Gdyby miał to być pierwszy raz, może warto skorzystać z naszych porad.

Na początek ugotujmy ziemniaki. To takie polskie warzywo. Przybyło do nas dosyć niedawno, ale zdążyło się zadomowić na dobre w XIX wieku. Teraz jemy je niemal codziennie. Ziemniaki należy opłukać i włożyć do jakiegoś pojemnika. Bierzemy do ręki nóż do obierania kartofli i garnek, w którym mają być ugotowane. Można je wkładać po obraniu do zlewozmywaka, by je umyć, albo najpierw do tego pojemnika, by potem umyć wszystkie naraz. Czyste włożymy do przygotowanego garnka. Obierki należy wyrzucić do kosza na śmieci. Ja lubię obierać ziemniaki nad nim, by obierki od razu tam spadały. Można jednak to robić nad innym naczyniem, a potem wysypać je do śmieci. Można korzystać ze specjalnego nożyka do obierania, albo zwykłego noża, zależnie od tego, do czego się już przyzwyczailiśmy lub przyzwyczaimy się po opisanych tu próbach.

Chodzi o to, by ściąć z powierzchni ziemniaków cienką skórkę, na przykład o grubości jednego czy dwóch milimetrów. Jak to zrobić? Należy ustawić nożyk tak, by ostrze ułożyło się niemal równolegle do powierzchni ziemniaka. Dokładniej, chodzi o zgodność ze styczną do mniej więcej okrągłej powierzchni kartofla. Ma ono opierać się ostrą stroną na kartoflu, a jego brzeg ma się wcinać stabilnie pod powierzchnię skórki. Kciuk kontroluje ten ruch, dociskając ostrze w taki sposób, by miało ono stałe ustawienie względem ziemniaka. Inne palce i cała dłoń popychają nóż wzdłuż powierzchni kartofla. Jak wykonywać tę czynność i pilnować grubość obierek? Należy mocno trzymać nożyk pomiędzy kciukiem a resztą palców i czubkiem kciuka dotykać nie tylko ostrza, ale także ziemniaka. Należy wykorzystywać sprężystość mięśni kciuka i dłoni, by nożyk przesuwał się do przodu milimetr czy dwa w głąb ziemniaka. Gdy wejdzie nieco głębiej, nie trzeba panikować, lecz wycofać ostrze i skorygować kąt natarcia. Podobnie, gdy nożyk się omsknie i wyskoczy na zewnątrz. W miejscu, gdzie to się zdarzy, zaczynamy obieranie od nowa. Obierzemy jeden krąg skórki, a potem kolejne, równoległe do pierwszego, przenosząc ostrze noża na jeszcze nieobraną skórkę. Na koniec sprawdzimy opuszkiem palca, gdzie została skórka lub jakieś „czarne” miejsca. Skosimy je kolejnymi ruchami nożyka i zabierzemy się za następnego ziemniaka.

Podobnie obiera się jabłka i gruszki. Tak samo prowadzi się ostrze równo pod powierzchnią skórki, by ją odciąć. W tym przypadku skórka jest nieco cieńsza, co utrudnia zadanie, ale za to owoce są bardziej miękkie. O ile ziemniaki mogą być obierane od dowolnego miejsca, bo te miejsca niczym się nie różnią, jabłka i gruszki najlepiej zacząć od ogonka, ale niektórzy zaczynają od szypułki. Okrajamy te owoce, jak byśmy okrążali globus wzdłuż równoleżników. Najpierw blisko Bieguna Północnego, Arktyki, potem koliście, wzdłuż spiralnej ścieżki w stronę Polski. Mamy obrany pierwszy krąg, taki równoleżnikowy skórkowy pasek, potem drugi, nieco dalej od ogonka itd. Potem zbliżamy się do środka, czyli owocowego równika, gdzie paseczek jest najdłuższy, a wreszcie dojeżdżamy do szypułki, czyli Antarktydy. Wtedy zabieramy się do jedzenia, albo dzielimy owoc na ćwiartki – tak będzie kulturalniej. Najpierw kroimy owoce mocnym cięciem na pół wzdłuż pionowej osi, jakby Ziemskiej osi, a potem bierzemy kolejne połówki i dzielimy znowu na pół, wzdłuż tej samej osi. Mamy cztery ćwiartki i trochę niepotrzebnych „dodatków”. Wycinamy ogonki i szypułki oraz wykrawamy czubkiem nożyka owocnie.

Obieranie pietruszki i marchewki jest trochę trudniejsze, bo one są cienkie i podłużne, a ich powierzchnie nie są równe. Gdy ziemniak jest nieregularny – trudno. Nic się nie stanie. W przypadku tych drugich warzyw można się zagapić i tak ściąć skórkę, że prawie nic z warzyw nie zostanie. Bierzemy nożyk w jedną rękę, a marchew czy pietruszkę w drugą. Tniemy równolegle do ich osi, znowu blisko ich powierzchni – na milimetr głębokości. Przesuwamy ostrze pasek po pasku. Te paski nie układają się teraz na podobieństwo równoleżników, jak w przypadku jabłek, lecz południków – są podłużne od jednego końca warzywa do drugiego. Obracamy marchewkę o stosowną ilość stopni i tniemy znowu. Robimy to, aż pokonamy 360-stopniowy obrót.

A co zrobić z główką czosnku? Jest otoczona łuską, którą należy zdjąć. Czasem schodzi sama – wystarczy potrzeć palcami, a już się odkleja. Kiedy indziej trzeba zahaczyć nożykiem i pościągać ostrzem. Uwidaczniają się wtedy cząsteczki czosnku. Rozdzielamy je palcami i bierzemy tyle, ile nakazuje wybrany przepis. Każda cząstka jest w kolejnej osłonce. Ta nie schodzi już tak łatwo. Pomagamy sobie nożykiem, który poprzez skrobanie nadaje się lepiej do tej funkcji.

Jak przygotować jajka i to osobno białka i żółtka? Wygodnie jest użyć trzech kubków – dwa dla białka, a jeden dla żółtka. Pierwszy, do którego będziemy wlewać białko po białku, drugi do przelewania białek z pierwszego, gdy będzie pewność, że kolejne jajko jest w porządku. Trzeci kubek będzie przeznaczony na żółtka. Dokładnie myjemy jajka. Podkładamy je pod kran i myjemy mydłem. Należy je wysuszyć i najlepiej odłożyć do jakiegoś talerzyka. Wtedy nigdzie się nie przeturlają i nie spadną.

Bierzemy pierwsze jajko do jednej ręki, a nóż do drugiej. Jego ostrzem stukamy w skorupkę prostopadle do osi jajka, by nie przełamać go całkowicie, lecz tak, by zrobić dosyć niewielką szparę w górnej części. Teraz należy ująć jajko dwiema rękami, by rozchylić połówki skorupki. Trzymamy jajko nad pierwszym kubkiem, bo już wylewa się z niego białko. Ono może wydostać się z pękniętej skorupki, bo jest wystarczająco płynne. Żółtko jest natomiast zamknięte w osłonce i zostaje na miejscu. Gdy chcemy oddzielić białko od żółtka, nie mogą się wymieszać w jednym kubku. Gdy cała operacja nam się uda, białko będzie w pierwszym kubku, a żółtko wrzucimy do trzeciego. Sprawdzimy nosem, czy jajko jest w porządku i gdy tak będzie, przelejemy białko do drugiego kubka, do którego będziemy wlewali kolejne białka. Teraz możemy ubić pianę lub zrobić wiele rozmaitych czynności, zgodnie z przepisem, którym się kierujemy. Gdy chcemy użyć jajka w całości, nie oddzielamy białka, ale również sprawdzamy jego jakość. Za każdym razem przydaje się kubek zabezpieczający. Wlewamy do niego zawartość pojedynczego jajka, sprawdzamy i dopiero wtedy przelewamy docelowo. W innym przypadku wyrzucamy do odpadów.

Mamy już ziemniaki i inne warzywa, a także jajka. Czas na mięso. Powinno być wstępnie umyte – nie lubię pracować z nieumytymi produktami spożywczymi. Kupujemy schab z kością, chociaż łatwiej jest z mięsem bez kości. Skoro jednak mamy się uczyć, musimy założyć, że kości są. Należy je wytrybować. Kładziemy mięso na desce, wzdłuż – od lewej do prawej strony (schab jest bowiem podłużny). Nożem odkrawamy mięso od kości. Mięso jest jakby w objęciach żeberek i kręgów. Ustawiamy ostrze noża tak, by stopniowo odcinać mięso tuż przy kościach. Ostrze pracuje wzdłuż osi kręgosłupa, prostopadle do żeberek. Dochodzimy do miejsca, gdzie ostrze zatrzymuje się na kościach leżących na desce. Teraz obracamy schab o 90 stopni, by leżał na desce tymi kościami, które sterczą do góry i są już oddzielone, i wykonujemy to samo cięcie co wcześniej. Odcinamy to, co jeszcze wiąże mięso z kośćmi i mamy schab bez nich, jakbyśmy właśnie taki kupili w sklepie.

Teraz wytniemy kotlety. Ustawiamy nóż poziomo, ostrzem w płaszczyźnie prostopadłej do deski i osi schabu. Kierujemy ostrze w dół przy prawym końcu schabu. Odkrawamy kolejne, centymetrowe kotlety. Nóż należy trzymać w jednej dłoni, a palcami drugiej dłoni sprawdzamy, czy dobrze odmierzamy grubość krojonego mięsa i czy poprawnie ustawiamy kąt natarcia ostrza. Nie wystarczy dbać o samą grubość plastra od góry. Trzeba pilnować, by w trakcie cięcia w dół, ostrze poruszało się dokładnie pionowo. Gdy zboczy, kotlet będzie nierówny.

Teraz możemy usmażyć kotlety schabowe. Ukrojone kawałki mięsa kładziemy na desce. Trzeba je rozbić. Bierzemy kotlet po kotlecie, kładziemy na deskę i uderzamy stroną tłuczka z kolcami. Włókna mięsa muszą być rozbite i zmiękczone. Przygotowane plastry należy obtoczyć w mące, następnie w rozbitym jajku, a na koniec w tartej bułce. Wreszcie można przyprawiać gotowe kotlety, m.in. posolić i popieprzyć do smaku.

Czas na smażenie. Bierzemy butelkę z olejem i wlewamy go trochę na patelnię. W trakcie smażenia trzeba kontrolować ilość oleju. Za mało oleju to przypalone mięso. Kotlety smaży się po kilka naraz – tyle, ile się zmieści na patelni jeden obok drugiego. Wkładamy je na rozgrzany olej i smażymy mięso, każdą stronę po kilka minut. Są gorące i trudno się je dotyka, choć jest to możliwe. Bierzemy specjalną łopatkę, podkładamy pod kotlety i obracamy. Można dotknąć palcem wolnej ręki mięso od góry, najlepiej na jego środku, bo tam właściwie nie grozi nam oparzenie. Przewracamy mięso, znowu czekamy kilka minut i sprawdzamy, czy kotlety są już dobre. Jak to robimy? Dotykamy je ponownie z góry i oceniamy, na ile są usmażone. Decydujemy o tym zgodnie ze swoimi upodobaniami. Niektórzy wolą kotlety bardziej wysmażone, inni mniej. Możemy ich nie dotykać, gdy potrafimy rozpoznać ich stan po zapachu. Wtedy wąchamy, aż wyczujemy, że mamy już zapach, który kojarzymy z lubianym przez nas stanem mięsa.

Nie pozostaje nic innego, jak pójść do sklepu, zrobić zakupy, a następnie wejść do kuchni i coś ugotować. Wreszcie, gdy poczujemy się zmęczeni i głodni, możemy zaprosić bliskich do swojego stołu i powiedzieć: „Dzisiaj jemy to, co my ugotowaliśmy, a nie wy! Smacznego”.

Ślepa kuchnia, czyli sałatka polska

Czy ktoś kiedyś widział takie miejsce? A może ma je u siebie w domu? Tak, to pewien rodzaj budownictwa zainspirował nas, by tak nazwać jedno z wydarzeń, które od czasu do czasu odbywa się w lokalu Fundacji Szansa dla Niewidomych przy Gałczyńskiego. Kuchnia bez okna, najczęściej nieduża, gdzie wszystko jest pod ręką. Miło, szybko, wygodnie. Wiemy, że nazwa nikogo nie obraża, przeciwnie – wywołuje uśmiech głównie wśród naszych niewidomych znajomych.

Kilka tygodni temu minął rok od chwili kiedy Fundacja zagościła w budynku przy Gałczyńskiego 7. Otrzymaliśmy do dyspozycji dużą przestrzeń, którą staramy się wykorzystać na różne sposoby. Jednym z nich są niezobowiązujące spotkania z ludźmi, uczestnikami projektów, zainteresowanymi naszą działalnością, wolontariuszami czy studentami. Działamy praktycznie cały dzień i stąd chyba narodził się pomysł proponowania naszym gościom nie tylko tradycyjnej kawy i herbaty, ale także drobnych posiłków. Kuchnia nabrała rozpędu, kiedy w zespole fundacji pojawiła się Kasia Sałacińska, przez znajomych nazywana Sałatą. Kasia jest absolwentką Akademii Pedagogiki Specjalnej w Warszawie, instruktorem orientacji przestrzennej oraz tak zwanego doskonalenia umiejętności i czynności życia codziennego. Na co dzień pracuje z osobami niewidomymi. Jej pasja i zaangażowanie sprawia, że jest bardzo lubiana przez swoich podopiecznych. Szczególną sympatią darzą ją osoby starsze. Prywatnie jest żoną i matką pięcioletniej córeczki.

– Kiedyś wpadłam na pomysł, by wykorzystać możliwości, jakie mamy w pracy. Jest tu coś w rodzaju aneksu kuchennego, gdzie można przygotować herbatę, albo odgrzać coś w kuchence mikrofalowej. Często spędzamy tu całe dnie i takie miejsce bardzo ułatwia nam życie. Kiedyś w luźnej rozmowie udało mi się namówić kierownictwo na dokupienie paru prostych sprzętów przydatnych w kuchni. Słyszałam już wcześniej o zajęciach realizowanych przez inne organizacje, w trakcie których beneficjenci uczyli się przygotowania prostych dań. Chciałam sprawdzić, czy da się do takiej aktywności zachęcić osoby niewidome. Zdawałam sobie sprawę, że to może być trudne zadanie, ale mój pomysł spotkał się z życzliwym przyjęciem szefostwa i znajomych z pracy.

– Jak to się stało, że wpadłaś akurat na taki pomysł?

– To się wiązało z kierunkiem moich studiów. Pomyślałam, że skoro osoba niewidoma jest w stanie nauczyć się samodzielnego poruszania się w dużym mieście, radzenia sobie z różnymi sytuacjami na ulicy, to dlaczego nie mogłaby przygotować normalnego obiadu? To żadna sztuka odgrzać coś gotowego, kupionego w sklepie ze słoika albo z torebki.

– Pamiętasz swoje pierwsze zajęcia?

– Pamiętam, że bałam się przede wszystkim tego, że nikt nie będzie chciał brać w nich udziału. Potem, jak ludzie zaczęli się zgłaszać, pomyślałam, że będą chcieli przyjść „na gotowe” i potraktują nas jak stołówkę albo bar. To było jakoś we wrześniu ubiegłego roku. Postanowiłam, że na dobry początek nauczymy się robić naleśniki. Niektórzy rzeczywiście się bali, ale byli i tacy, którzy chcieli sami coś zrobić, mieli dużo pytań. Wyszło fajnie, zaczęłam planować co można zrobić dalej. Wymyśliliśmy gofry i placki z jabłkami, ludzie sami zaczęli podsuwać swoje pomysły. Fajnie jest wiedzieć, że to, co się robi, kręci też innych. To sprawia, że mi też się bardziej chce.

– Jak docierasz do ludzi, którzy się w to „bawią”?

– Różnie. Dzwonimy do znajomych, oni podają informacje dalej. Ludzie, którzy biorą udział w projektach fundacji, już o tym wiedzą. Kilka miesięcy temu uruchomiliśmy na Facebooku profil Gałczyńskiego 7. Warto polubić stronę i wtedy informacje ma się na bieżąco. Nie chodzi tylko o to, czym ja się zajmuję. Na profilu pokazujemy wszystko, co się u nas dzieje i czym chcielibyśmy zainteresować ludzi.

– A czym nas zaskoczysz na najbliższym spotkaniu?

– W tej chwili kończymy realizację dużego projektu szkoleniowego, w który też mocno się zaangażowałam. Nie ma chwilowo czasu, żeby zajrzeć do gara, ale przed nami sezon grillowy. Mamy elektrycznego grilla, który fajnie się sprawdza. Może właśnie coś w tym klimacie? Chciałabym móc kiedyś zaprosić ludzi na coś takiego. Da się u nas posiedzieć na dworze. Jeszcze nie wiem, ale będzie fajnie, jeśli się uda.

– Zdradzisz nam przepis na coś łatwego?

– Bardzo często korzystam z wydanej przez Fundację książki „Smak na koniuszkach palców”. Można tam znaleźć dużo fajnych pomysłów na potrawy, które osoby niewidome są w stanie przygotować samodzielnie. Duży wybór daje też Internet. Każdy może wtedy ocenić, czy sam jest sobie w stanie poradzić z tym, co tam znajdzie. Mogę jednak wybrać coś sprawdzonego, coś, co będzie umiał zrobić każdy.

Naleśniki na bogato

Ciasto naleśnikowe:

– 2 szklani mąki, 2 jajka, 2 szklanki mleka, szczypta soli, łyżka oliwy lub oleju

Farsz:

– 50 dag mięsa mielonego z indyka lub wieprzowego, 50 dag pieczarek, 2 szklanki startego na jarzynowej tarce żółtego sera, 2 cebule, sól, pieprz, ewentualnie przyprawa do mięsa mielonego, 3 łyżki posiekanej zielonej pietruszki, pół szklanki oleju

Wykonanie:

Z podanych składników przygotować ciasto miksując je w dużym naczyniu. Smażyć cienkie naleśniki na patelni teflonowej, od czasu do czasu smarując patelnię olejem.

Naleśniki ułożyć na dużym talerzu i odłożyć w ciepłe miejsce lub przykryć drugim talerzem.

Przygotować głębszą patelnię lub rondel. Podsmażyć na 3 łyżkach oleju posiekaną drobno cebulę. Dodać po chwili mięso i doprawić przyprawą lub solą i pieprzem. Smażyć chwilę.

Pieczarki posiekać lub zetrzeć na grubych oczkach i podsmażyć na oleju lub maśle, dodać sól.

Mięso i pieczarki wymieszać w dużym naczyniu. Ewentualnie doprawić.

Na naleśnikach układać farsz i posypać żółtym serem. Zwinąć w trójkąt lub w kopertę. Wstawić na chwilę do piekarnika, opiekacza lub grilla elektrycznego, ewentualnie do mikrofali, aż ser się roztopi.

Smacznego!

WSZYSTKO, CO POTRZEBNE W KUCHNI

Płynomierz – czujnik poziomu cieczy. Płynomierz zawieszony na brzegu szklanki zapiszczy, gdy ciecz osiągnie odpowiedni poziom. Jest niezbędny w każdej kuchni.

Penfriend 2. Z tym „przyjacielem” nie pomylą Państwo puszek w spiżarni z lekami w apteczce.

Wagi kuchenne Heidi i Vivienne. Każdemu amatorowi gotowania polecamy wysokiej jakości udźwiękowione wagi kuchenne. Są niezwykle dokładne, a wynik pomiaru jest wyświetlany na ekranie LCD oraz odczytywany głosem.

www.altix.pl

Dostępna kuchnia. Gotowanie za pomocą wielofunkcyjnego, programowalnego szybkowaru Instant Pot Smart Bluetooth

(Tłumaczył Zbigniew Lewicki)

Jeśli tylko wypowiem w twojej obecności słowo „szybkowar”, to najprawdopodobniej natychmiast odpowiesz całkiem słusznie: „Dziękuję! Nie ma mowy, nie chcę tykającej bomby w mojej kuchni”. Odpowiesz zapewne tak dlatego, że kiedy dorastałeś słyszałeś opowieści, jak to szybkowary potrafiły wybuchać, strzelać pokrywami jak korkami od szampana i rozpryskiwać gorące jedzenie po suficie w kuchni. Ten scenariusz był szczególnie powszechny w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych, kiedy uszczelki szybkowarów zawodziły przy zbyt podwyższonym ciśnieniu. Również zdarzało się, że kawałki jedzenia potrafiły zatkać zawór bezpieczeństwa, co znacznie zwiększało prawdopodobieństwo niekontrolowanego wzrostu ciśnienia.

Dzisiejsze szybkowary wykorzystują mocniejsze materiały i często zawierają wbudowane dodatkowe awaryjne zawory kontroli ciśnienia, dzięki czemu są znacznie bezpieczniejsze niż ich starsze modele. Mimo wszystko nie oczekuj, że jako niewidomy kucharz dam się namówić na użycie tych nowych urządzeń i pozwolę się zabić przez szybkowar stojący na płycie kuchennej. Nawet najnowsze elektryczne szybkowary posiadają panele sterujące tak trudno dostępne. Niedawno jednak natknąłem się na wielofunkcyjny programowalny szybkowar Instant Pot Smart Bluetooth.

Widok ogólny panelu sterowania Instant Pot

To kuchenny robot łączący funkcje szybkowaru, wolnowaru, urządzenia do gotowania ryżu, przygotowywania owsianki, patelni do smażenia lub podsmażania, urządzenia do gotowania na parze, do przygotowywania jogurtów i podgrzewacza do utrzymywania ciepłych potraw przez długi czas. To zaawansowane technologicznie urządzenie z blatem grzewczym zawiera pełny zestaw elementów sterujących na panelu dotykowym. Oferuje również dostęp poprzez Bluetooth oraz aplikację Smart Cooker, działającą w systemach iOS lub Android na telefonach komórkowych lub tabletach.

Od kilku miesięcy używam programowalnego szybkowaru ze spektakularnym sukcesem. Do programowania i kontroli szybkowaru korzystałem głównie z aplikacji na iOS zainstalowanej na moim iPhonie. Aplikacja jest w pełni dostępna dla VoiceOver. Spędziłem też trochę czasu testując aplikacje na systemie Android z TalkBack. W tej wersji znalazłem kilka niezaetykietowanych przycisków, ale wydaje się, że aplikacja jest dostępna także dla TalkBack.

Co w komplecie

Opakowanie zawiera garnek ze stali nierdzewnej o pojemności około pięć i pół litra, metalową kratkę osłonową do potraw i mięs, mieszadło do ryżu, łyżkę do zupy, miarkę pojemności, silikonowy parowar do warzyw i dwa silikonowe ochronne uchwyty na palce, pozwalające na wyciąganie kratek z garnka. Zauważyłem, że kratka na warzywa jest trochę nieporęczna, ponieważ nie ma bocznych osłon, więc wyciąganie gotowanych warzyw z garnka może być nieco utrudnione. Dlatego zamieniłem kratkę na silikonowy parowar z bocznymi osłonami. Stwierdziłem też, że ochraniacze na dłonie nie nadają się do pracy dla osób z wadami wzroku. Zbyt łatwo można dotknąć gorących części garnka. Polecam parę żaroodpornych silikonowych rękawic sięgających do nadgarstków. Specyfikacje techniczne, instrukcje obsługi, przepisy kulinarne i wykresy czasu gotowania można znaleźć na stronie internetowej firmy Instant Pot, w dostępnych plikach PDF.

Opis urządzenia

Prawidłowe mocowanie i zwalnianie pokrywy wymaga pewnej wprawy. Kiedy szybkowar jest włączony, odpowiednie dźwięki poinformują, czy prawidłowo wykonałeś te czynności. Solidny uchwyt pokrywy ma dość wysoki łuk, toteż garnek można łatwo otworzyć nie ryzykując poparzenia rąk. Ponieważ zawór ciśnieniowy znajduje się po lewej stronie uchwytu pokrywy, powinieneś używać prawej ręki do otwierania szybkowaru. Niektóre przepisy kulinarne zalecają, aby szybkowar sam naturalnie się schłodził, aby ciśnienie wewnętrzne stopniowo się zmniejszało. Z kolei inne przepisy zalecają szybkie wypuszczenie pary i gwałtowne zmniejszenie ciśnienia. Zawór do szybkiego wypuszczania pary znajduje się tuż za lewą krawędzią uchwytu pokrywy.

Przesuwamy zawór od siebie, aby ustawić w pozycji zamknięty.

Przesuwamy zawór do siebie, aby ustawić w pozycji otwarty.

Zawór daje się łatwo zlokalizować i przesuwać samym palcem. Ostrożniejsi użytkownicy mogą używać szczypiec lub innego narzędzia.

Obsługa urządzenia

Panel sterowania składa się z cyfrowego dotykowego wyświetlacza o wymiarach około sześć na cztery cale, z wieloma przyciskami, które można oznaczyć wypukłymi kropkami, albo brajlowskimi nakładkami. Po co jednak zawracać sobie tym głowę, skoro mamy w pełni dostępną aplikację? Potrzebowałem pomocy osoby widzącej, aby za pierwszym razem sparować Instant Pot z moim iPhone, ale wystarczyło to zrobić tylko raz.

Przycisk parowania znajduje się w prawym dolnym rogu panelu dotykowego.

Na samym dole po prawej stronie znajduje się przycisk „Keep Warm/Cancel”, a tuż nad nim przycisk parowania Bluetooth, na którego powierzchni wyczuwalne są wyraźne wgłębienia.

Naciśnij i przytrzymaj przycisk parowania przez kilka sekund, tak aby Instant Pot pojawił się na liście dostępnych urządzeń dla mobilnego systemu iOS.

W otwartym oknie mobilnej aplikacji iOS mamy informacje o aktualnym stanie połączenia z Instant Pot. Jeśli jest podłączony, to mamy podany tryb pracy, w tym wartość ciśnienia, temperaturę, pozostały czas i pobieraną moc jako procent całkowitej mocy szybkowaru.

Na przykład Instant Pot może pobierać maksymalną moc wymaganą do pracy przy temperaturze 200 stopni, ale poszczególne elementy obecnie pobierają tylko 65% mocy całkowitej. W otwartej aplikacji znajdziesz wiele innych gotowych ustawień, które możesz używać i modyfikować. Na przykład opcja „drób”, ustawia szybkowar na pracę pod wysokim ciśnieniem przez 15 minut. Możesz zmienić dowolną z opcji lub zaakceptować ustawienia domyślne i nacisnąć „Start” lub wybrać „Opóźnij start”. Nie zalecam dla drobiu opcji „Opóźnij start” z oczywistych względów bezpieczeństwa.

Na początek postanowiłem zmienić ustawienia programu do przygotowania dania z peklowanej wołowiny. Wybrałem program „Mięso/Gulasz”. Domyślnie ustawiony czas gotowania to 35 minut, a w przepisie jest 45 minut dla peklowanej wołowiny. Dlatego dwukrotnie nacisnąłem przycisk „Więcej”, aby zwiększyć czas o 10 minut. Można również dwukrotnie stuknąć w kontrolkę 35 minut i użyć elementów selektora, aby ustawić czas co do minuty. Następnie włożyłem peklowaną wołowinę do wewnętrznego pojemnika, dodałem kilka szklanek wody i zamknąłem pokrywę, upewniając się, że usłyszałem dźwięki kontrolne, a zawór ciśnieniowy przesunąłem do pozycji zamknięty. Gdybym przeoczył ten ostatni krok, to szybkowar zacząłby wydawać dobrze słyszalny syk, gdy tylko para zaczęłaby się z niego wydobywać. Następnie nacisnąłem przycisk „Start”, a po 45 minutach pozwoliłem, aby ciśnienie opadło wskutek samoistnego schłodzenia, ponieważ nagłe zmniejszenie ciśnienia może spowodować stwardnienie mięsa. Gdy aplikacja na iPhonie pokazała bezpieczne ciśnienie, wyciągnąłem peklowaną wołowinę i zastąpiłem ją kapustą, którą ugotowałem na parze, wybierając przycisk Steam.

Mogę się pochwalić, że danie z wołowiny miało taki smak, że palce lizać. Przygotowałem to danie ponownie na Dzień Świętego Patryka.

Zapisywanie przepisów jako skrypty w aplikacji

Aplikacja Smart Cooker zawiera kilka przepisów. Niektóre z nich składają się z wielu kroków. Na przykład rybę w potrawie z orzechów kokosowych szybkowar najpierw smaży, a następnie gotuje pod ciśnieniem. Możesz tworzyć własne, wielostopniowe przepisy, korzystając ze skryptów aplikacji. Stworzyłem prosty przepis na żeberka z trzema składnikami:

pół kilo żeberek

jedna puszka Coca-Coli

szczypta ostrej przyprawy kajeńskiej.

Mogę również stworzyć listę zakupów składników, wraz z opisem całej receptury, listą metod gotowania, czasów przygotowywania i dodatkowych wskazówek.

W kolejnym kroku napisałem skrypt dla receptury zawierającej polecenia, każde opisane w aplikacji poprzez odpowiednie przyciski pomocy:

ciśnienie gotowania – wysokie

utrzymuj wysokie ciśnienie przez 5 minut

wstrzymaj powiadomienie dźwiękiem, aż temperatura osiągnie 66 stopni Celsjusza (podczas tego kroku otworzyłem zawór ciśnienia)

utrzymuj temperaturę 70 stopni Celsjusza przez 2 godziny.

Powyższy przepis mogę zapisać w aplikacji i w każdej chwili uruchomić, gdy następnym razem będę chciał przygotować żeberka. Mogę również w dostępnych krokach zmienić recepturę, dodając, bądź usuwając składniki i zmieniając kolejność etapów gotowania.

Końcowe uwagi

Podobnie jak większość czytelników jestem podbudowany rosnącą dostępnością sterowanych przez mobilne aplikacje urządzeń gospodarstwa domowego i urządzeń kuchennych. To prawda, że nie wyobrażam sobie lodówki, która automatycznie wykryje, że zaraz zabraknie mi mleka, ale nie mogę się doczekać, aby w przyszłości móc w pełni kontrolować piekarnik, kuchenkę mikrofalową, zmywarkę oraz pralkę i suszarkę za pomocą aplikacji mobilnej.

Dotykowe panele sterujące są wciąż wszechobecne. Aktualnie nie mogę używać żadnego z trzech spośród czterech wolnowarów mojej żony, ani jej kuchenki do ryżu lub rożna. Co prawda szybkowar nie potrafi zastąpić rożna, ale dzięki niemu mogę teraz korzystać z wszystkich innych metod gotowania. Jest szybki, energooszczędny, a ponieważ samo gotowanie zużywa dużo mniejszej ilości wody niż gotowanie na płycie kuchennej, to o wiele mniej składników odżywczych zostanie utraconych. Jeśli nadal wciąż obawiasz się możliwego wybuchu szybkowaru, możesz kontrolować proces gotowania w Instant Pot od początku do końca z takiej odległości, na jaką pozwala zasięg sygnału Bluetooth. A jeśli ktoś słyszał o rożnie sterowanym za pomocą aplikacji na iPhonie, to proszę, aby dał mi znać.

Oto foto, a oto wystawa

Niebawem miną 23 lata od chwili, gdy zarzuciłem na ramię swój pierwszy aparat fotograficzny i poszedłem gdzieś, na tory. Tak sobie pstrykałem przez te lata w różnych miejscach Polski i nie tylko. Przeszedłem przez rozdział, gdy biała laska kłóciła się z aparatem fotograficznym. Wyciągając aparat chowałem laskę i odwrotnie. Było to niebezpieczne i chyba niepoważne. W tych wyprawach wiele osób mi towarzyszyło jako przewodnicy. Jednych przewodników kolej pociągała, innych nie. Wiele tras przebyłem sam.

Pod koniec 2016 roku zdarzyło się tak, że w moim aparacie padły bateryjki. Szukałem długo, gdzie by takie nabyć. Od zakupu akumulatorków do fotograficznej wystawy wydaje się daleka droga i nieprawdopodobna. Wydawać by się mogło, że to posty na blogu się pomyliły i gdy polecający mi bateryjki Zbyszek mówił coś o oglądaniu moich fotek, też mi się tak wydawało. Obejrzeliśmy fotki i Zbyszek orzekł: trzeba to pokazać.

Początkowo włożyłem to gdzieś między bajki, ale nie na długo. Z wielu setek zdjęć wybrano kilkadziesiąt takich, co to i kadr, i klimat jakiś jest zachowany. Wystawa będzie, a mam nadzieję, że moi przewodnicy się uśmiechną na wspomnienie przygód ze szlaku. Każde zdjęcie tej wystawy to jakaś przygoda, historia czy zabawne wydarzenie.

Do dnia 20 stycznia zostało niewiele czasu, a ja mam stracha. Czemu? Bo takie leczniczo-wzrokowe pstrykanie będzie oglądane i lekkiego stracha każdy chyba by miał. W czasie wystawy będą towarzyszyć nam dźwięki nagrywane metodą binauralną. Będziemy wewnątrz lokomotyw, dworców i wagonów. Tym dobrym aniołom, co jeździli ze mną w wiele tras, bardzo dziękuję. Oczywiście proszę o więcej i więcej. Oto foto, czyli po wystawie.

Gdy do wystawy było daleko, myślałem sobie, że pewnie kilka osób zechce przyjść i łaskawym okiem rzucić na fotki. Im bliżej wystawy, tym łapki drżały nieco. Moje dziewczyny popełniły bardzo dobre wypieki, wskoczyłem w koszulkę, wypiłem coś gorącego i w drogę. Fort 49 okazał się pięknie zaadaptowany. Galeria wystawowa oświetlona tak, by zdjęcia fajnie wyglądały. Prawie od progu usłyszałem, że gdy się widzi taką wystawę, to „chce się chcieć”. Te słowa powiedział Dyrektor Domu Kultury. Przecież miało to być tylko pstrykanie, ćwiczenie oka i nic wielkiego. Takich słów na otwarciu wystawy było wiele. W tle wystawy zabrzmiał gwizd parowozu i pojechał niejeden pociąg. Co jakiś czas brzmiały zapowiedzi z różnych dworców.

Wystawa ta była podziękowaniem dla tych, co towarzyszą mi podczas wielu wypraw. Układ zdjęć także był odpowiednio dobrany. Jest tam zdjęcie przedstawiające wielką grupę ludzi z wycelowanymi aparatami fotograficznymi. Pośrodku tej wielkiej grupy, wydający się być małym – parowóz. Jest również podobający się wielu osobom wagon do przewozu piwa. Uśmiech na twarzach powodowało zdjęcie, gdy parowóz wjeżdżał pod wiadukt i mocno przykopcił tym, co chcieli go fotografować z wiaduktu. Podobno nie wiedzieli czy się poświęcić, czy twardo fotografować.

Tytułowe zdjęcie to takie, przy którym nieźle wymarzliśmy. Fotka przedstawia mozolnie wspinający się pociąg w śniegu. Wynurza się czerwona jednostka. W dali – gdyby nie mgła, Tatry jak na dłoni. I tutaj zawsze już chyba będę miał wspomnienie wiatrowo-wiśniówkowe. Do zaopiekowania dostałem cenny podarunek – bilet kolejowy z 1921 roku na trasę z miejscowości Tarnopol do Czortkowa. Bilet kosztował 24 marki polskie.

Tą wystawą chciałem także złamać stereotyp. Czemu to niedowidzący człowiek nie może iść i fotografować, gdy go to kręci? Wiele razy podczas tych kilku godzin słyszałem słowo „wariat”. To jednak było takie jakieś dobre i budujące. Do takich dni wśród uśmiechu drugiego człowieka można wracać w chwilach zwątpienia. Zbyszek powiedział, że to wypali – i chyba wypaliło.

Dyscypliny sportu uprawiane przez niewidomych i słabowidzących

Blind football – gra zespołowa, w której drużyna składa się z pięciu osób. Wymyślono go w Brazylii w latach 60. XX wieku.

Blind Tennis – Japończyk Miyoshi Takei przystosował tenis do możliwości osób niewidomych. Pierwsze zawody o tytuł najlepszego niewidomego tenisisty odbyły się w roku 1990.

Jazda na tandemach – bardzo popularny sport o charakterze integracyjnym. Osoby niewidome jeżdżą w parze z widzącymi. Popularne są rajdy tandemowe.

Showdown – początki tego sportu to lata 60. XX wieku. Wymyślił go Joe Lewis – niewidomy Kanadyjczyk. Gra się przy użyciu tzw. wiosełek oraz udźwiękowionej piłeczki. Od roku 2016 w Rio de Janeiro showdown wszedł w skład dyscyplin paraolimpijskich.

Goalball – pierwsza gra drużynowa dla niewidomych i słabowidzących. Rozgrywki w tej dyscyplinie zaprezentowano na Igrzyskach Paraolimpijskich w Toronto w 1976 roku, a 4 lata później została na stałe włączona do programu Igrzysk.

Strzelectwo laserowe i pneumatyczne – uczy koncentracji i motoryki. Jest wspaniałą zabawą także dla osób widzących, które zasłaniają oczy i trafiają do tarczy „na słuch”.

Ping-pong – są różne wersje tej gry. Autorem pierwszej jest Marek Kalbarczyk, który zaprezentował ją kilka lat temu podczas konferencji REHA. Autorem innej jest Leszek Szmaj. Pierwsza akcentuje charakter integracyjny gry, a drugą cechuje bardziej rygorystyczny regulamin.

Wioślarstwo – sport dla wszystkich. Wyścigi odbywają się na dystansie 2000 m, tak samo jak w przypadku zawodników pełnosprawnych. Jest to sport zarówno indywidualny, jak i grupowy. Do kanonu Igrzysk Paraolimpijskich został wprowadzony dopiero w Pekinie.

Szachy – mimo różnych opinii, Międzynarodowy Komitet Olimpijski uznaje szachy za dyscyplinę sportu. Pierwszy klub niewidomych szachistów powstał w 1924 roku w Niemczech. Niewidomi grają na takich samych zasadach jak widzący. Wymagają jedynie zaadaptowanej szachownicy i figur. W środku pól wywierca się otworki, w które wsuwa się kołeczki wystające z podstawy figur. Figury czarne mają gwoździki wbite na ich szczycie.

Brydż – niewidomi i słabowidzący grali w brydża już w latach 70. i 80. XX wieku. Od roku 1998 są rozgrywane drużynowe Mistrzostwa Polski, a od 2002 roku indywidualne.

Bowling i kręgle klasyczne – obie dyscypliny są doskonałą formą rehabilitacji. To jeden z najpopularniejszych sportów naszego środowiska, ponieważ nie wymaga dostosowań.

Reversi i warcaby – jedne z ulubionych gier planszowych. Plansza i pionki są specjalnie oznakowane. Dzięki temu może w nie grać cała rodzina.

Golf – zainicjowano go w Stanach Zjednoczonych w 1925 roku. Zainteresował się nim Clint Russell. Został spopularyzowany pod koniec XX w. Wacław Laszkiewicz (zawodowy golfista) rozpoczął promocję tej dyscypliny w Polsce.

Nordic Walking – najczęściej organizuje się wycieczki dużymi grupami. Widząca i niewidoma osoba idą zawsze w parze – łączy je rozciągliwa linka o długości około 1,5 m.

Żeglarstwo – sport, który zrzesza osoby widzące i niewidome. Wszyscy wykonują rozmaite zadania związane z funkcjonowaniem żaglowca. W Polsce istnieje wiele organizacji, które zachęcają do wzięcia udziału w morskiej przygodzie.

Narciarstwo – coraz więcej niewidomych i słabowidzących zakłada narty, a nawet odważa się zjeżdżać na stokach.

Tandemy – pasja łącząca ludzi

„Rower ma duszę. Jeśli go pokochasz, da ci emocje, których nigdy nie zapomnisz” – te słowa, których autorem jest Mario Cipollini, wielokrotny zwycięzca etapów wyścigu Giro d’Italia, najdobitniej ukazują sens jazdy na rowerze, w tym także na tandemie. Dla osób niewidomych jest to raj dla zmysłów, bo siłą własnych mięśni wprowadzają go w ruch, a dzięki temu mogą się przemieszczać. Szum wiatru, ptaków śpiew, odgłosy otaczającej rzeczywistości oraz poczucie wolności i swobody – to wszystko sprawia, że jak ktoś już zaczął swoją przygodę z tandemami, to nie chce jej kończyć. Rowerowy bakcyl jest jak narkotyk, chce się po niego sięgać więcej i częściej.

O ile kilkadziesiąt lat temu niewidomi nie byli najaktywniejszymi osobami na świecie, o tyle ostatnio zaczęło się to zmieniać. Coraz częściej wychodzą z domów, chcą żyć aktywnie, korzystać z wszelkich dobrodziejstw obecnego świata, a także realizować się na studiach, w pracy czy w sporcie. W wielu dyscyplinach mogą startować samodzielnie, ale są i takie, które wymagają pomocy osoby pełnosprawnej. Jest ona potrzebna chociażby przy jeździe rowerem. Ten rodzaj aktywności stał się bardzo popularny w Polsce w ostatnich latach. Jak grzyby po deszczu wyrastają ścieżki rowerowe, a poszczególne miasta serwują swoim mieszkańcom rowerową alternatywę zamiast samochodu. Można rzec, że rodacy zakochali się w kolarstwie. Rekreacyjnie rowerem jeżdżą mali i duzi, pełno– i niepełnosprawni, bogaci i biedni. Słowem – rower jest dla każdego.

Ja swój pierwszy rower dostałem na komunię. Wówczas jeszcze widziałem na tyle dobrze, że mogłem jeździć samodzielnie, ale stosunkowo szybko mój wzrok się pogorszył, przez co ten rodzaj aktywności poszedł w odstawkę na długie, długie lata. Pewnie byłoby tak nadal, gdyby znajomy nie namówił mnie do wzięcia udziału w corocznym święcie cyklicznym w Szczecinie, ale tym razem na tandemach. Wówczas po raz pierwszy zetknąłem się z tego typu rowerami.

Mimo, że pogoda nas nie rozpieszczała, bo pokonywaliśmy piękne uliczki zachodniopomorskiej stolicy w strugach ulewnego deszczu, jednak nie zniechęciło mnie to do tandemów. Wówczas poczułem, że mogą one stanowić dodatkowy bodziec do podjęcia aktywności sportowej. Dlatego w kolejnych tygodniach były następne wyjazdy z różnymi pilotami. Pokonywane trasy były dłuższe i krótsze, ale dzięki temu miałem możliwość spędzenia czasu na świeżym powietrzu, poznania nowych ludzi, a także odwiedzania ciekawych miejsc.

Jednak przełom w mojej rowerowej przygodzie nastąpił we wrześniu 2017 roku, kiedy to praktycznie bez żadnego przygotowania pojechałem na kilkudniowy rajd organizowany przez fundację Niewidomi na Tandemach. Obaw było sporo. Przede wszystkim te kondycyjne. Nigdy wcześniej przez kilka dni z rzędu nie pokonywałem odcinków o długości 60-75 km, więc było to dla mnie spore wyzwanie. Ale okazało się, że nie taki wysiłek straszny jak go malują. Mimo, że w trakcie rajdu dały o sobie znać pewne części ciała, to jednak ten dyskomfort był niczym w porównaniu do wielu pięknych chwil, które zapadną mi w pamięci, tym bardziej, że przecież ból jest tymczasowy, a skutki rezygnacji z jazdy na rowerze są wieczne – jak mawiał klasyk, czyli Lance Armstrong.

W minionym roku fundacja zorganizowała trzy rajdy w województwach: wielkopolskim, warmińsko-mazurskim i zachodniopomorskim. W każdym z nich brało udział około 15 tandemów, którymi przemieszczali się ludzie będący w różnym wieku i pochodzący z różnych zakątków Polski. Często pilot i osoba niewidoma kompletnie się wcześniej nie znali, a musieli sobie zaufać i stworzyć zgrany duet w trakcie jazdy.

– Jeśli ktoś w ogóle podejmuje się jazdy tandemem, to według mnie jest to osoba, która wie z czym to się je. Bardziej bałam się o siebie, ponieważ jazda przez cztery dni po 70 km była dla mnie czymś nowym. Nie wiedziałam czy dam radę przejechać tak duży dystans, ale na szczęście dałam radę. Przeżyłam przygodę życia. Sprawdziłam się, poznałam fajnych ludzi, z którymi kontakt mam do tej pory – nie ukrywa satysfakcji Patrycja Klakla, niewidoma uczestniczka rajdu zachodniopomorskiego.

W podobnym tonie wypowiada się inny z niewidomych uczestników. – Jazda na tandemie ma dla mnie kilka aspektów – ruchowy i sportowy, bo nie pobiegam za piłką, a tandem daje możliwość aktywnego spędzania czasu. Towarzyski, bo na różnych wypadach można poznać dużo fajnych osób. I poznawczy, bo można poznać ciekawe miejsca – tłumaczy Mateusz Przybysławski.

Jeden z uczonych mawiał, że życie jest jak jazda na rowerze. Żeby utrzymać równowagę, musisz poruszać się naprzód. Trudno odmówić trafności temu stwierdzeniu, ale w jeździe na tandemie nie chodzi tylko o samą aktywność fizyczną, ale przede wszystkim o przełamywanie własnych barier i słabości, o walkę z przeciwnościami losu i wychodzenie z domu, a nie zamykanie się w czterech ścianach. Wreszcie, o poznawanie nowych ludzi, a także o uświadamianie pełnosprawnych o potrzebach osób niewidomych.

– Wcześniej widziałam, więc wiem jak wyglądają drzewa, zwierzęta i inne rzeczy. Lubię wiedzieć, co się wokół mnie dzieje. Nie widzę, ale za to mam wyostrzone inne zmysły. Otaczającą rzeczywistość odbieram słuchem i zapachem. Podczas jazdy tandemem dużą rolę odgrywa pilot, który opisuje teren, a wtedy mogę sobie go wyobrazić. Wówczas jazda nabiera większych emocji. Nie chodzi tylko o pedałowanie, ale też o podziwianie tego, co jest wokół nas – podkreśla Patrycja.

Coraz częściej na rajdy jako piloci zgłaszają się osoby, które nigdy wcześniej nie jeździły na tandemach z osobami niewidomymi. Chcą spróbować swoich sił w jeździe rowerem w duecie. Stanowi ona dla nich pewnego rodzaju zagadkę, wyzwanie, z którym zazwyczaj bardzo dobrze sobie radzą, choć nie ukrywają, że na początku swojej przygody z jazdą na tandemach mają pewne obawy.

– Obawiałam się, czy w ogóle odnajdę się w rajdzie z osobami niewidomymi. Bałam się, że nie sprostam wyzwaniu, a ktoś przeze mnie będzie miał nieudany wyjazd. Nie wiedziałam też czy dam radę jechać na tandemie, ale jakoś poszło, a moje obawy się nie sprawdziły. Wrażenia mam bardzo pozytywne, miło wspominam wyjazd i absolutnie nie żałuję, że zdecydowałam się wziąć w nim udział. Jeśli jeszcze kiedyś nadarzy się okazja, to chętnie ponownie wezmę udział w takim rajdzie – twierdzi Joanna Polak, jedna z pilotek rajdu zachodniopomorskiego.

Nie każdy lubi wysiłek fizyczny, ale zachęcam do spróbowania swoich sił w jeździe na tandemie. Nie jest to wielka filozofia, a frajda może być ogromna. Osoby niewidome coraz częściej mają własne tandemy, ale istnieje niedobór pilotów. Do tanga, a właściwie do tandemu trzeba dwojga, a często brakuje osób widzących, które chciałyby zrobić coś pro publico bono i dać porwać się przyjemności związanej z jazdą rowerem w duecie z osobą niewidomą. Oby tandemów na ulicach polskich miast było jak najwięcej. Oby niewidomi jak najczęściej korzystali z możliwości aktywnego spędzania czasu i zwiedzania ciekawych miejsc. Oby pojawiali się nowi piloci, bo bez nich nawet największy, niewidomy fan kolarstwa daleko nie zajedzie. Tandemy łączą, a przynajmniej powinny łączyć ludzi. Dlatego szanowny Czytelniku wsiadaj na rower, niczego nie żałuj, przez życie pedałuj!

DNA Sportu

Do mety zostało jeszcze 50 metrów, czyli dokładnie połowa dystansu. Po nawrocie, który zazwyczaj jest dla mnie najbardziej newralgicznym momentem, odbijam się nogami od ściany z ulgą stwierdzając, że i tym razem udało się trafić w nią idealnie. Parę kopnięć pod wodą i wracam na powierzchnię. Delikatnie schodzę do prawej strony toru, żeby odnaleźć linę i nie uderzyć w nią ręką lub barkiem, bo to skutkowałoby zgubieniem rytmu i nieznośną stratą cennego czasu. Jest! Odzyskuję pełną orientację w basenie i staram się przyspieszyć. Przede mną ostatnia prosta. To teraz trzeba wydobyć z siebie wszelkie rezerwy, jakie są zmagazynowane w mięśniach. Skupiam się na zachowaniu prostej linii i mocnych pociągnięciach ramion. Dzięki temu odwracam uwagę od narastającego zmęczenia. Zostało 20, może 15 metrów do końca. Częstotliwość pracy rąk mimowolnie spada. Coraz ciężej mi przerzucać je dynamicznie nad wodą.

W tym momencie staram się położyć nacisk na nogi, żeby utrzymać odpowiednie ułożenie ciała. Czując, że to już ostatnie metry i za kilka sekund będzie po wszystkim, z jeszcze większą łapczywością zagarniam wodę, jakbym przedzierał się przez gęstwinę. Czuję puknięcie pałką, którą taper, czyli najczęściej trener, oznajmia mi, że zbliżam się do nawrotu lub zakończenia. Uderzam ręką w tablicę, zatrzymując biegnący beztrosko czas i koniec…

Wyszło czy nie wyszło?

Nic więcej zrobić ani poprawić już nie można. Jestem na mecie. Wszystkie emocje i odczucia ulatniają się niczym rozpuszczone przez chlor i pozostawiają mnie w stanie, który roboczo nazwałem „szokiem postartowym”. Po wielu miesiącach przygotowań do tego jednego, najważniejszego startu w roku, poświęceniu się pracy i wreszcie osiągnięciu głębokiej koncentracji, bliskiej transowi przed wyścigiem, zrobiłem co tylko mogłem, ale już po wszystkim. Zrzucenie z siebie takiego ładunku emocjonalnego wprawia mnie w stan odrętwienia, dezorientacji, a wręcz obojętności. Stoję na podnóżku w wodzie po szyję, ledwo trzymając się krawędzi ściany. Serce wali jakby chciało się przebić przez żebra na zewnątrz i zaczerpnąć jeszcze więcej powietrza. Nawet nie próbuję uspokajać oddechu i pozwalam organizmowi dotleniać się do syta. Słyszę, że na torze obok ktoś jeszcze dopływa. Nie jest źle, bo to oznacza, że przynajmniej nie jestem ostatni. Nadal nie znam rozstrzygnięcia tego wszystkiego. Nie widzę przecież tablicy z wynikami, bo jakbym mógł ją widzieć, skoro jestem niewidomy. Po chwili, która zdaje się ciągnąć bez pardonu, dociera do mnie głos trenera:

– Jesteś drugi, masz medal…

– Co? – wyduszam z siebie, jakby te słowa padły w jakimś obcym języku i były dla mnie niezrozumiałe.

– Jesteś drugi – powtarza cicho, żeby nie zwrócić na siebie uwagi sędziów.

To zdanie dociera do mnie bardzo powoli, jakby uszy nie radziły sobie z przekazaniem go do mózgu, a ten nie wiedział, co ma z tą informacją zrobić. Z niedowierzaniem opuszczam głowę i wypuszczam powietrze z płuc. Nie okazuję żadnej radości. Powoli przepływam pod linami przez sąsiednie tory, aby dostać się do drabinki.

Według przepisów niewidomy zawodnik nie może porozumiewać się ze swoim trenerem, dopóki nie wyjdzie z wody, więc teoretycznie dobre kilkadziesiąt sekund po dopłynięciu do mety nie powinien znać ani swojego czasu, ani miejsca, które właśnie zajął. Sam nie wiem, co jest bardziej męczące, sam start, czy ta barbarzyńska nieświadomość po nim. Dopiero po kontroli sędziowskiej czepka i okularków, trener już oficjalnie potwierdza:

– Gratuluję, jesteś drugi!

Wtedy już wyrzucam ręce do góry w geście powodzenia i zdobywam się na ochrypły, bliżej nieokreślony okrzyk, który jest mieszaniną radości i ulgi. Cała uporczywa praca, trudy i niepokoje, zostają w jednej chwili anulowane i odchodzą w niepamięć. Nigdy nie czuję tak dosadnie i szczerze, że po prostu kocham żyć i nigdy nie czuję się tak spełniony, jak wtedy.

Bo wiem, po co

Atmosfera i echa zawodów milkną jednak bardzo szybko. Jedno powodzenie nie pociąga za sobą kolejnego automatycznie, a wręcz przeciwnie. Rozsmakowywując się zbyt długo w słodkim smaku osiągnięcia, łatwo można przegapić moment, w którym należy wrócić do ostrej pracy, życząc sobie następnych.

Zatem już parę tygodni później, dokładnie o 05:20, wyrywa mnie ze snu stonowana melodia. To mój budzik, który zresztą zmieniam co jakiś czas, kiedy poprzedni staje się dla mnie już irytujący i oznajmia, że najwyższa pora wstawać. Wyłączam go jak najszybciej, żeby nie obudził mojej dziewczyny i leżę jeszcze kilkadziesiąt sekund, żeby uszły ze mnie resztki snu. Nigdy nie ustawiam dodatkowych drzemek. Wstaję bez wahania, bo wiem, po co wstaję. Czterdzieści minut później wskakuję już do basenu. Nigdy nie myślę o tym, co się zaraz stanie, przygotowując się do tego stojąc na brzegu. Wskakuję do wody, bo wiem dlaczego trzeba to zrobić. Ona przez pierwsze kilka minut treningu próbuje ochłodzić mój zapał, bo wydaje się zwyczajnie zimna w porównaniu do przyjemnego ciepła pościeli, ale po kilkuset metrach rozgrzewki jest dużo lepiej. Rozruszawszy się zapominam, że jeszcze godzinę temu spałem sobie w najlepsze i skupiam się na tym, co mam przepłynąć.

Trening męczy czasem mniej, a czasem bardziej. Jest to dosyć specyficzny rodzaj zmęczenia, ponieważ są pewne sposoby, żeby nad nim nieco zapanować. Przede wszystkim jeżeli wiem, po co się męczę, to przestaję się tego obawiać i dzięki temu stać mnie na więcej. W dodatku, jeśli czuję satysfakcję z treningu, wyrabiam się w limitach czasowych i jestem w stanie utrzymać tempo, to działa jak potężny zastrzyk kofeiny dla organizmu. Najciężej natomiast jest wtedy, gdy pojawia się ból z powodu tak zwanych zakwasów, a zdarza się to wcale nie rzadko. Potrzebuję wtedy znacznie więcej czasu, żeby rozruszać mięśnie i pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia, jakby pomiędzy ich włókna dostały się ziarenka piasku i tarły o nie uporczywie. Zmęczony mięsień nie jest tak wydajny, jak wypoczęty, co przekłada się na możliwości w trakcie treningu. Głowa prze na przód i chciałaby pociągnąć za sobą ręce i nogi, ale te nie są w stanie jej posłuchać i najlepiej zrobić po prostu tyle, na ile jest się w stanie, a potem zadbać o regenerację.

Dzień jak co dzień

Regeneracja jest właściwie tak samo ważna jak trening. Ciało jest dla mnie narzędziem pracy, o które mam obowiązek dbać. Pierwsze, o czym myślę po treningu, jest ponad wszystko jedzenie. Głód bywa tak napastliwy, że dopóki porządnie się nie najem, nie odbieram nawet telefonu, bo nie mam na to najmniejszej ochoty. Staram się wczuwać w to, co organizm mi podpowiada i rozumieć kiedy potrzebuję zjeść coś zdrowego, bogatego w różne składniki odżywcze, a kiedy bez zastanowienia pochłonąć bardzo wysokokaloryczny posiłek. Pływak potrzebuje i jednego, i drugiego, trzeba tylko nauczyć się wsłuchiwać w siebie.

Następnym krokiem jest bezdyskusyjnie sen, któremu nawet nie próbuję się opierać. Jeżeli nie poddam się mu z własnej woli na około dwie godziny po porannym treningu, to on prędzej czy później pokona mnie sam w ciągu dnia, odbierając świadomość gdzieś w komunikacji miejskiej lub w jakichkolwiek innych okolicznościach. O tym, jak niedobór snu jest fatalnym stanem świadczy to, że będąc niewyspanym miewam nawet kłopoty z płynnym poruszaniem się z białą laską. Kompletnie nie mogę się wtedy skupić, mam problemy z zachowaniem prostej linii, a moje reakcje są spowolnione, co jest dla mnie wręcz niebezpieczne. Z tego powodu nigdy nie żałuję czasu na spanie i zawsze planowanie dnia po porannym treningu zaczynam właśnie od tego.

Celowo podkreślam słowa: „poranny trening”, ponieważ na jednym w ciągu dnia kończyć się nie może w przypadku uprawiania sportu wyczynowo. Zwykle jest jeszcze drugi po południu lub wieczorem w wodzie, a każdy z nich trwa mniej więcej dwie godziny. Nie można przy tym zapomnieć o czymś, co pływacy jako istoty prawie wodne nazywają „lądem”. Chodzi zwyczajnie o odpowiednie ćwiczenia na siłowni, dopasowane do konkretnego zawodnika. Każdy z nas ma w końcu jakieś braki, a pływanie ich nie wybacza. Trzeba je nadrabiać poświęcając na to uczciwą ilość czasu, bo bez tego przygotowanie fizyczne może okazać się niewystarczające.

– A co z czasem dla siebie? – mógłby ktoś zapytać. Otóż on jest gdzieś w ciągu dnia, o ile mądrze sobie go ułożymy. Sportowiec, poza paroma tygodniami wakacji i świąt, cały rok żyje według dokładnie skrojonego schematu doby pod kątem pór treningowych i nie wolno pozwolić sobie na zignorowanie czegokolwiek, bo jedno spóźnienie pociągnie za sobą drugie i cały grafik się rozsypie, tak samo jak w kolejce do lekarza.

– A co w takim razie z pracą? – może zapytać ktoś inny. Pracą dla sportowca wyczynowego jest sport i łączenie go z inną pracą na pełen etat jest niemożliwe.

Samemu donikąd

Wracając po tym wszystkim wieczorem do domu, nie ma nic bardziej napawającego otuchą niż to, że ktoś tam jest i czeka na twój powrót. To nieocenione, że ten ktoś rozumie przy tym, dlaczego nie chce ci się gadać, zanim się porządnie nie najesz, że znów nie zdążycie obejrzeć razem filmu, bo niedługo musisz położyć się spać i czemu po raz kolejny musicie odłożyć na inny dzień wyjście do znajomych czy na zakupy. Moja kobieta to wszystko rozumie i bez jej wsparcia, zrozumienia, a czasem nawet samej obecności, nie dałbym rady okiełznać tej układanki.

Będąc szczerym, nie ma mowy o żadnym powodzeniu bez innych osób obok. Samodzielnie sportowiec ma nikłe szanse, aby dojść do czegokolwiek, bo począwszy od odpowiedniego trenera, przez innych zawodników, z którymi trenuje, aż po fizjoterapeutę, trenera od przygotowania motorycznego, czy nawet lekarza, każdy ma swoją, nieodzowną rolę. Wyniki jednego zawodnika są sumą wkładu i doświadczenia kilkunastu osób, a włączając w to bliskich i przyjaciół, ta grupa robi się naprawdę liczna. W dzisiejszych czasach, kiedy rezultaty są coraz bardziej wyśrubowane, a sport, również ten paraolimpijski, wymaga coraz bardziej zaawansowanego podejścia, a co za tym idzie też i nakładów, w otoczeniu zawodnika nie powinno zabraknąć żadnej z tych osób.

Zakładając, że uda się to wszystko zebrać w całość i zorganizować życie tak, aby móc bez reszty poświęcić się dla sportu, nadal nie ma gwarancji na ostateczny sukces. Sport nie działa bowiem jak zwykła matematyka, gdzie dwa plus dwa zawsze wyniesie cztery, ale jest bardziej jak rachunek prawdopodobieństwa. Każdy zawodnik ryzykuje, rzucając w ofierze lata regularnego wysiłku, rozłąki z bliskimi i czas na wszystko inne, dla marzeń, które mogą się spełnić, albo i nie.

Można by więc na koniec zapytać, po jakie licho w takim razie to wszystko? Odpowiedź jest prosta: życie z wielkimi celami ma wielki sens, a próba osiągnięcia tych celów już sama w sobie jest sukcesem. A jeżeli drogi Czytelniku dla Ciebie to jeszcze za mało, cofnij się proszę do ostatniego zdania drugiej części tego tekstu, a z pewnością do reszty mnie zrozumiesz.

Jestem fotografem. Co ma masaż do kolei?

To trochę dziwne: mieć przy sobie aparat fotograficzny i białą laskę. Jasne, bo jak to może być? Te urządzenia nie współgrają ze sobą i może nawet rażą, gdy są wspólnie.

Będąc człowiekiem z dużą wadą wzroku, jestem zakręconym maniakiem kolei i dużo łażę z aparatem fotograficznym po różnych torach. Lubię szczególnie te nieprzejezdne, zapomniane. Nie gardzę też klimatycznymi stacyjkami i dworcami jeszcze przed remontem.

Fotografowanie zaczęło się od mojej Pani Doktor, zresztą okulistki. Posiadam w swoim arsenale również coś, co się zwie oczopląs – znaczy to, że kobiecie nie spojrzę prosto w oczy. Aby to trochę pohamować, zaproponowała mi Pani Doktor bym zakupił aparat fotograficzny z wizjerem. Wizjer ma dać dużo światła. Mam wpatrzyć się w niego, wyczuć odpowiedni moment zrobienia zdjęcia i pstryknąć. Pozwoli to choć na chwilę zatrzymać drganie oka. Zaproponowała mi Pani Doktor, bym znalazł sobie jakiś temat fotografowania, który by mnie cieszył. Temat przyszedł automatycznie: kolej była duża, wyraźna i interesująca. Od 1993 roku zrobiłem wiele zdjęć – dobrze, że mamy teraz technikę cyfrową. Nie mieściłbym się w szafie. Aparatów też przefotografowałem wiele. Zacząłem od małpiatkowatego Canona, następnie był lustrzany Olympus, Zenit 122 i teraz Canon EOS 350. Z fotografowaniem dzisiaj nie ma problemu, przy każdym telefonie jest aparat. U mnie jednak w fotografowaniu idzie o wizjer i celowanie, czyli ćwiczenie oka.

Na początku było mi trochę ciężko, bo jak to wygląda? Biała laska daje bezpieczeństwo na drodze i torach. Co ludzie powiedzą? To jednak dziwne. Składałem laskę, wyciągałem z plecaka aparat i łaziłem torem, peronem czy gdzieś tam po niezbyt przyjaznym dla niewidomego podłożu. Po kilku wykolejeniach fotografa doszedłem do wniosku, że trzeba się przełamać. Pierwsze „focenie” z laską było zza krzaka, nie widziałem, że ktoś mnie i owszem widział. Podchodzili ludzie i reagowali różnie. Do dziś różnie reagują. Od bardzo nieprzychylnych reakcji, po wręcz podziw, że jednak można. Pracując kiedyś w szpitalu udało mi się pomóc pewnemu fajnemu kolejarzowi. Postanowił się za pomoc odwdzięczyć. Dostałem zezwolenie na przebywanie na terenie kolei całej Polski i w kabinach lokomotyw wszelkich trakcji. Oto jak masaż połączył się z koleją.

Z aparatem Zenit 122 miałem fajną przygodę. W tym aparacie wszelkie sterowanie odbywa się za pomocą pokręcania pierścieniem dalmierza oraz pierścieniem przesłony. Bym w wizjerze widział zapalające się światełka czerwone i zielone od przesłony, wzmocniono je usuwając jakby kalkę z żaróweczek. Pierścienie na obiektywie pozaznaczano mi klejem typu „kropelka”. Nauczyłem się, co jakie oznaczenie znaczy i Zenit się dobrze sprawował. Jednak były lepsze aparaty, które mniej męczyły oko. Oko ma ćwiczyć, ale się nie zamęczać.

Wpatrywanie się w światełka było jednak ponad siły. Zenit jednak pozostawił wiele fajnych zdjęć, bo go zrozumiałem. Koledzy fotografowie nauczyli mnie pewnych zasad fotografii, takich, które mi się przydadzą. Opanowałem głębię ostrości – oczywiście w moim wydaniu. Teraz są aparaty pomagające i wiele wybaczające.

Kolejnym połączeniem masażu tym razem z fotografią jest obecnie posiadany Canon EOS 350. Znowu kolegę fajnie postawiłem na nogi przez manewry jego powięzią. On wymanewrował mi fajny aparat. Ten przywędrował do mnie z Ameryki i choć nie jest najnowszą maszynką, Paweł pomógł mi go odpowiednio dla mnie ponastawiać i zrozumieć. Musiałem swoje oko nauczyć „prostości” zdjęć. Ciężkie to było. Kupiłem więc urządzenie zwane Monopodem. Jest to laska stawiana na ziemi jak statyw, tylko na jednej nodze. Przykręcona do aparatu i wisząca pod nim znakomicie pionizuje, działa jak murarski pion. Nauczono mnie też wybrać sobie coś pionowego bądź poziomego, np. słup, poziomy tor, ustawić równolegle do krawędzi wizjera, lekko odsunąć i już.

Takie sobie triki, które dla widzącego fotografa są niepotrzebne. Nieraz moi znajomi ze mnie się śmieją mówiąc, że zostanie mi odebrana inwalidzka grupa, ale póki co nie boję się. Nowatorska forma okulistycznych ćwiczeń przeszła w pasję, a to jednak ma więcej plusów.

Kiedyś miałem nawet problem z zakupem aparatu. Poszedłem z kolegą by coś wybrać i zakupić. Gdy już wybrałem Olympusa, chciałem go ratalnie kupić. Zażądano dowodu i książeczki wojskowej lub innego dokumentu tożsamości. Książeczki nie miałem, dałem więc legitymację inwalidzką w pełni ważną i uwiarygadniającą, z dowodem. Pan odrzekł, że na taki dokument aparatu mi nie sprzeda. Było śmiesznie nawet, gdyż już byłem na takim etapie, że nie przejmowałem się takimi przeciwnościami. Musiał zainterweniować kierownik sklepu i wszystko stało się możliwe.

Bardzo lubię stację Kraków Płaszów. Pomaszerowałem sobie kiedyś ku głowicy stacyjnej ścieżeczką i z laseczką. Na ramieniu aparat i w oddali dźwięk niemodernizowanej SM42. Kolejarze wiedzą jak urokliwie to mruczy i zwane jest wibratorem. Słyszę za sobą biegnącego człowieka. Okazał się nim przejęty strażnik. Spytał, czy wiem, gdzie jestem. Odpowiedziałem, że idę sfotografować „esemkę na żeberku”. Zdziwił się: że jak to fotografować? Zaproponował pomoc. Bardzo chętnie ją przyjąłem, bo z ludem kolejarskim pogadać można i jest przyjazny. Nagrałem i fotografowałem do woli. Teraz na Płaszowie i na kilku stacjach nikt się nie dziwi takiemu wariatowi. Nie bardzo się już przejmuję będąc z laską i aparatem. Laska posłużyć może czasem jako statyw, by nie było drgań przy fotografowaniu. Jeżeli ktoś się temu dziwi, to opowiem historię o nowatorskiej metodzie leczenia oczopląsu.

Aby było bezpieczniej, trzy razy posłucham wchodząc na tor, nim przez niego przejdę. To forma jakby szacunku i pokory dla kolei. Może ona być niebezpieczna. Gdy idę na jakąś lokomotywownię, wiem jak można się poruszać w takim miejscu nie przeszkadzając innym w pracy. Ze strony kolejarzy nigdy nie spotkałem się z nieżyczliwością, a w wielu miejscach byłem. Ostatnimi czasy również nagrywam kolejową muzykę szyn. Do nagrań nie trzeba włazić na tory. Mikrofony wyłapią dźwięki i tak. I tak to masaż i kolej przeplatają się. I cieszę się z tego.

Jestem… wyróżniony

Prezydent Andrzej Duda odznaczył wybitnych niewidomych i osoby widzące, które poświęciły wiele lat inwalidom wzroku

Janusz Skowron, wybitny niewidomy pianista jazzowy, kompozytor i aranżer, decyzją Pana Prezydenta Andrzeja Dudy został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi po raz drugi. Po raz pierwszy otrzymał Złoty Krzyż Zasługi z rąk Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w 2009 r.

Jest absolwentem Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych w Laskach. Ukończył Szkołę Muzyczną II stopnia im. Józefa Elsnera w Warszawie, w klasie organów. Jeszcze w trakcie nauki rozpoczął współpracę z zespołem jazzowym perkusisty Kazimierza Jonkisza – wystąpił na festiwalu Jazz Jamboree ’80 i uczestniczył w nagraniu pierwszego krążka tego zespołu. W 1981 roku rozpoczął współpracę z zespołem String Connection, założonym przez skrzypka Krzesimira Dębskiego. Grupa biła rekordy popularności, występowała wielokrotnie na festiwalach Jazz Jamboree i na wszystkich większych festiwalach jazzowych na świecie, m.in. we Francji, w Niemczech, na Węgrzech, w Kanadzie. W 1985 roku Janusz Skowron podjął współpracę z zespołem Free Electronic wybitnego trębacza Tomasza Stańki, z którym występował na festiwalach w Grecji, Niemczech, Francji, Szwajcarii i na rodzimym Jazz Jamboree. W 1990 r. zaczął współpracować z kolejnym znanym muzykiem jazzowym, saksofonistą Zbigniewem Namysłowskim, z którym koncertował w Polsce, Izraelu, Niemczech i Czechach. W 1997 roku rozpoczął współpracę z zespołem Walk Away perkusisty Krzysztofa Zawadzkiego. Współpracował i nadal współpracuje z gitarzystą basowym Krzysztofem Ścierańskim, skrzypkiem Maciejem Strzelczykiem, saksofonistą Zbigniewem Jaremko i nieżyjącym już kontrabasistą Zbigniewem Wegehauptem. Ma również w swoim dorobku występy i nagrania z wybitnymi amerykańskimi muzykami jazzowymi – Erickiem Marienthalem, Billem Evansem, Randy Beckerem, Deanem Brownem, Davidem Gilmorem i Kenny Wheelerem, a także z gwiazdami polskiej muzyki pop: Marylą Rodowicz, Hanną Banaszak, Łucją Prus, Majką Jeżowską, Ewą Bem, Grażyną Łobaszewską, Anną Serafińską, Justyną Steczkowską i z rockowymi grupami Lady Pank i Perfect. Uczestniczył w nagraniu ponad 80 płyt. Ma w swoim dorobku własne kompozycje i aranżacje. Jest laureatem wielu nagród, m.in. nagrody Fundacji Kultury Polskiej im. Krzysztofa Komedy i Państwowej Nagrody Artystycznej Młodych im. Stanisława Wyspiańskiego. Niemal nieprzerwanie od 1982 r. jest corocznym laureatem Jazz Top – ankiety czytelników pisma Jazz Forum w jednej z dwóch kategorii: syntezator i fortepian.

Igor Busłowicz – wybitny niewidomy informatyk został uhonorowany Złotym Krzyżem Zasługi. Całe życie zawodowe poświęcił osobom z dysfunkcją wzroku. Jako informatyk popularyzuje i udostępnia im najlepsze dostępne rozwiązania technologiczne ułatwiające naukę, pracę i życie. W 2009 r. został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi.

Igor Busłowicz ukończył studia wyższe na Wydziale Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Jest autorem oprogramowania do translacji tekstu zapisanego elektronicznie na postać brajlowską i drukowania jej na drukarkach brajlowskich oraz oprogramowania do ewidencji katalogu książek dla niewidomych i obsługi procesu wypożyczania. Stworzenie tych rozwiązań było przełomem w życiu pracowników drukarni i biblioteki Polskiego Związku Niewidomych oraz niewidomych czytelników w całej Polsce.

Jako współzałożyciel firmy Altix uczestniczył w tworzeniu najpowszechniej używanego w Polsce w latach 90. syntezatora mowy ReadBoard. Tworzył programy powiększające tekst wyświetlany na ekranie i wyświetlające w powiększeniu dokumenty tekstowe zapisane w różnych formatach. Przygotował polskie wersje wielu zagranicznych programów i urządzeń ułatwiających życie osobom z dysfunkcją wzroku. Przeszkolił rehabilitacyjnie wiele osób, otwierając im nowe perspektywy zawodowe i hobbystyczne. Dzięki jego staraniom Fundacja Szansa dla Niewidomych wydała po polsku biografię Ludwika Braille’a, dzięki czemu w 200-lecie urodzin twórcy pisma dla niewidomych można było zapoznać się z życiem i działalnością człowieka, który otworzył niewidomym drzwi do nowoczesnej cywilizacji.

Jako znawca problematyki zapisu wzorów matematycznych stworzył oprogramowanie służące do translacji tekstów zwykłych oraz zawierających wzory matematyczne na postać brajlowską i odwrotnie. Prace te były wykonywane dla Instytutu Podstaw Informatyki Polskiej Akademii Nauk i zostały ocenione jako „znakomite”. Komitet Badań Naukowych ocenił je na piątkę z wyróżnieniem. Prace te umożliwiają tworzenie e-podręczników matematycznych dla niewidomych.

Na skutek wylewu krwi do mózgu po urazie porodowym Igor Busłowicz jest nie tylko osobą niewidomą, ale ma też niepełnosprawność sprzężoną.

Barbara Planta została odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi. Od 2007 r. pełniła funkcję dyrektora Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących w Krakowie. W przeszłości była już odznaczana przez Prezydenta RP: Brązowym Krzyżem Zasługi w 1995 r. i Srebrnym Krzyżem Zasługi w 2000 r.

Sprawując funkcję dyrektora otaczała opieką i wspierała dzieci i młodzież, wysuwając na plan pierwszy ich dobro. Starała się zapewnić im najlepsze formy edukacji oraz wszechstronnego rozwoju. Skutecznie wspomagała i motywowała nauczycieli do podnoszenia kwalifikacji i rozwoju zawodowego. Udzielała porad nauczycielom wielu szkół ogólnodostępnych i integracyjnych, kształcących również uczniów z dysfunkcją wzroku. Prowadziła zajęcia z pedagogiki specjalnej na kursach kwalifikacyjnych z tyflopedagogiki. Pełni funkcję egzaminatora Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej.

Barbara Planta od wielu lat inicjuje i organizuje liczne działania wspierające uczniów, umożliwiając im uczestnictwo w zróżnicowanych zajęciach pozalekcyjnych, projektach unijnych, wycieczkach, zajęciach szczepu harcerskiego, wymianie międzynarodowej. Szczególną wagę przywiązuje do przełamywania barier i włączania młodzieży w szeroki nurt życia społecznego, stwarzając warunki do uczestnictwa uczniów w licznych konkursach wiedzy, artystycznych czy sportowych. Organizowała również pomoc materialną dla uczniów. Współpracuje ze stowarzyszeniami, fundacjami i innymi instytucjami działającymi na rzecz dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych.

W głosowaniu działaczy Fundacji Szansa dla Niewidomych oraz internautów została wybrana na IDOLA tego środowiska. Jako wolontariusz Fundacji współorganizuje rozliczne konferencje dotyczące dziedziny, dla której poświęciła kilkadziesiąt lat życia.

Michał Bałamut to wybitny niewidomy informatyk, który został uhonorowany Srebrnym Krzyżem Zasługi. Jest twórcą i współtwórcą nowoczesnych rozwiązań informatycznych, które zmieniają życie tysięcy osób niewidomych i słabowidzących. Od ponad 10 lat pracuje jako profesjonalny programista, tłumacz i administrator serwerów. Brak wzroku w jego przypadku nie okazał się barierą nie do pokonania. Uważa się, że obok Igora Busłowicza jest najlepszym niewidomym informatykiem w Polsce.

W 2006 r. ukończył Wydział Informatyki na Politechnice Śląskiej. Współtworzył kilka syntezatorów mowy dla systemu operacyjnego Windows. Jest głównym autorem aplikacji Magni, służącej do odczytywania tekstów zapisanych w różnych formatach i zamieniającej je na postać dźwiękową. Uczestniczy w pracach nad audytami i usprawnieniem stron internetowych rozlicznych instytucji, co przyczyniło się do zwiększenia dostępności Internetu dla osób z dysfunkcjami wzroku.

Największym dokonaniem i dziełem Michała Bałamuta jest zaprojektowanie i stworzenie pakietu Euler 2.0 służącego do redakcji tekstu brajlowskiego, translacji zwykłego tekstu na wersję brajlowską, obsługującego również wyrażenia matematyczne. Jego program jest wykorzystywany w powstałych niedawno e-podręcznikach, z których będą korzystali uczniowie z dysfunkcją wzroku w całej Polsce. W czasie wolnym od pracy szkoli osoby niewidome z obsługi komputerów i smartfonów. Jest twórcą gry edukacyjnej Kulturalny Erudyta.

Henryk Rzepka jest wybitnym niewidomym informatykiem i tyflopedagogiem. Jego prace i dzieła zmieniają życie tysięcy osób niewidomych i słabowidzących w Polsce. Został wyróżniony przez Pana Prezydenta Srebrnym Krzyżem Zasługi.

W 2000 r. ukończył tyflopedagogikę w Wyższej Szkole Pedagogiki Specjalnej, a w 2001 r. Wydział Fizyki Teoretycznej, Informatyki i Matematyki Stosowanej na Politechnice Łódzkiej. Od ponad 15 lat pracuje jako profesjonalny programista i tyflopedagog. W latach 2012-2015 pracował jako nauczyciel tyfloinformatyki w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych w Laskach. Jako informatyk i pedagog wdrożył nowoczesny system szkoleń informatycznych dla osób niewidomych. Pokonał wiele trudności wynikających z utraty wzroku, osiągając unikalne umiejętności z zakresu tyflopedagogiki i informatyki. W tych dziedzinach jest wysokiej klasy ekspertem i specjalistą.

Stworzył program do tworzenia publikacji cyfrowych w formacie DAISY. Jest autorem aplikacji Euler Math Equation, dostępnej dla wszystkich (niewidomych i widzących) i służącej do tworzenia wizualnych wzorów matematycznych, fizycznych i chemicznych.

Jest specjalistą dostępności stron internetowych i dokumentów elektronicznych. Prowadził wiele szkoleń w tym zakresie oraz audytował wiele stron www. Prace te przyczyniły się do zwiększenia dostępności Internetu dla osób z dysfunkcjami wzroku.

We współpracy z Towarzystwem Pomocy Głuchoniewidomym opracował autorskie metody i techniki nauczania obsługi komputerów osób z niepełnosprawnością wzroku i słuchu. Największym dokonaniem i dziełem Henryka Rzepki jest zaprojektowanie i stworzenie pakietu translatorów, służących do przekształcania wzorów matematycznych, fizycznych i chemicznych na różne wersje, w tym na wersję brajlowską. Jego program jest wykorzystywany w powstałych niedawno e-podręcznikach, z których będą korzystali uczniowie z dysfunkcją wzroku w całej Polsce.

Jako wolontariusz Fundacji Szansa dla Niewidomych bierze aktywny udział przy opracowaniu standardów dostępności przestrzeni publicznej. Jest autorem wielu rozwiązań w tej dziedzinie oraz publikacji promujących zasady projektowania uniwersalnego, które przyczyniają się do integracji społecznej i zawodowej osób niewidomych i niedowidzących.

Marek Tankielun został uhonorowany Srebrnym Krzyżem Zasługi. Jest pierwszym niewidomym absolwentem Politechniki Wrocławskiej. Aktualnie pracuje tam jako kierownik laboratorium badawczego prowadzącego badania w zakresie udostępniania treści technicznych osobom niepełnosprawnym, a w szczególności osobom z dysfunkcją wzroku, w tym technik pozwalających na sprawną adaptację materiałów do postaci dostępnej dla nich.

Inicjuje i realizuje działania promujące edukację na poziomie szkoły wyższej na kierunkach technicznych oraz w szkołach ponadgimnazjalnych, ukierunkowanych na kształcenie młodzieży z dysfunkcją wzroku. Od 2010 r. jest aktywnym członkiem Stowarzyszenia „Twoje Nowe Możliwości” działającego w zakresie zmian i podniesienia poziomu jakości wsparcia studentów z niepełnosprawnością. Stowarzyszenie zostało dwukrotnie wyróżnione nagrodą „Lodołamacz” za kompleksowość oferowanego wsparcia i skalę działalności.

Marek Tankielun jest współautorem unikalnej w skali kraju adaptacji podręcznika w piśmie punktowym Braille’a dotyczącego wstępu do Analizy Matematycznej oraz Algebry Liniowej. Współpracował przy adaptacji dla osób niewidomych skryptu ”Wstęp do analizy i algebry. Teoria, przykłady, zadania” Mariana Gewerta i Zbigniewa Skoczylasa. Pozwala ona osobom niewidomym na łagodne przejście między wiedzą zdobytą w szkole ponadgimnazjalnej a wiedzą, która jest zdobywana na uczelni wyższej. Skrypt przygotowuje osoby niewidome do posługiwania się brajlowskim zapisem matematycznym na poziomie edukacji wyższej.

W ramach podejmowanych działań dotyczących aktywizacji osób z dysfunkcją wzroku oraz ułatwiania im dostępu do informacji otrzymał od Fundacji Szansa dla Niewidomych wyróżnienie IDOL ŚRODOWISKA 2013. Otrzymana nagroda była ściśle związana z tematem przewodnim konferencji: „Wykształcenie najlepszym antidotum na dyskryminację niewidomych”. W trakcie konferencji naukowej „Nowocześni niewidomi i słabowidzący w dostosowanym dla nich świecie” w 2016 r. wygłosił referat pt. „Technologia informacyjna prezentująca kompleksową analizę aktualnych możliwości w dziedzinie niwelowania skutków inwalidztwa wzroku, w tym analizę standardów dotyczących potrzeb tej grupy obywateli na różnych etapach rozwoju edukacyjnego i zawodowego”.

Sławomir Sarota został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. To bardzo ceniony w środowisku osób z dysfunkcją wzroku nauczyciel i tyfloinformatyk. Jako nauczyciel dyplomowany od wielu lat naucza przedmiotów informatycznych w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących w Krakowie. Działa na rzecz unowocześnienia tej szkoły i stosowania w niej najnowocześniejszej technologii edukacyjnej. W swojej karierze zasłużył się wieloletnią działalnością na rzecz osób niewidomych i słabowidzących, uczestnicząc w wielu międzynarodowych i krajowych projektach.

W ramach swojej działalności wspierającej rozwój podopiecznych ośrodka w Krakowie, przyczynił się do pozyskania przez SOSW znacznych środków finansowych na zakup pomocy dydaktycznych i wyposażenie pracowni przedmiotowych w sprzęt komputerowy niezbędny do nauczania osób z dysfunkcją wzroku. Stworzył pracownię tyfloinformatyczną, niezbędną do uruchomienia kształcenia w zawodzie technik tyfloinformatyk. Współtworzy i rozwija szkolną platformę Moodle. Przygotowuje pomoce naukowe i oprogramowanie służące do przeprowadzania egzaminu maturalnego i zawodowego oraz dostosowuje oprogramowanie i sprzęt do potrzeb uczniów niewidomych i słabowidzących. Jest również współautorem wielu programów kształcenia i publikacji dotyczących standardów edukowania uczniów z dysfunkcją wzroku. Wszystkie jego działania od lat pozwalają uczniom zdobyć wymarzone kwalifikacje i kontynuować edukację na uczelniach wyższych oraz odnaleźć się na rynku pracy.

Współpracował z przedstawicielami 11 krajów (Bułgaria, Dania, Estonia, Finlandia, Francja, Holandia, Irlandia, Niemcy, Rumunia, Wielka Brytania, Włochy) w obszarze kształcenia osób niewidomych i słabowidzących, czego owocem było przeniesienie na grunt polski nowoczesnych rozwiązań dla niewidomych, stosowanych w Europie.

Tomasz Flaga został uhonorowany Srebrnym Krzyżem Zasługi. Jest dyplomowanym nauczycielem matematyki i przedmiotów zawodowych w zawodzie technik tyfloinformatyk w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących w Krakowie. Swoją karierę zawodową poświęcił pedagogice i matematyce, działając na rzecz dzieci i młodzieży z niepełnosprawnością wzroku. Ukończył studia magisterskie na kierunku fizyka z informatyką w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie. Swoją wiedzę poszerzał na kierunkach tyflopedagogika w Wyższej Szkole Pedagogiki Specjalnej w Warszawie (2000 r.) oraz matematyka w Akademii Pedagogicznej im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie (2007 r.).

Jest współautorem podręcznika dla nauczycieli „Brajlowska notacja matematyczna, fizyczna, chemiczna”, podstawy programowej kształcenia zawodowego w zawodzie technik tyfloinformatyk, programów i planów nauczania do tego zawodu oraz arkuszy egzaminacyjnych. Od 2010 współpracuje z Galicyjskim Ośrodkiem Doskonalenia Nauczycieli – prowadzi zajęcia dla studentów tyflopedagogiki z dydaktyki i wykorzystania komputerów w rewalidacji osób z niepełnosprawnością wzrokową oraz z dydaktyki przedmiotów ścisłych.

Od 2008 roku aktywnie działa w zespole międzyośrodkowym ds. polskiej matematycznej notacji brajlowskiej. Opracowuje pomoce dydaktyczne dla uczniów niewidomych w formie adaptacji do postaci brajlowskiej z rysunkami wypukłymi: m.in. zbiór zadań do matematyki, zbiory szkoleniowych arkuszy maturalnych i zeszytów ćwiczeń do matematyki wg własnego pomysłu. Przygotowuje adaptacje do postaci brajlowskiej lektur szkolnych. Prowadzi dla nauczycieli Specjalnych Ośrodków Szkolno-Wychowawczych szkolenia z tworzenia grafiki wypukłej oraz dotyczące nowych zasad notacji brajlowskiej.

Marta Zielińska to wybitna przedstawicielka nielicznej grupy ludzi, którzy poświęcili dziesiątki lat swojego życia, osobiste zdolności i siły, a także rozliczne kontakty w kraju i zagranicą, by pomagać niewidomym. Została odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi.

Jej życiorys jest w dużym stopniu typowy dla osób, które urodziły się przed wojną, we Lwowie oraz ucierpiały od represji ze strony władz PRL w roku 1968. Właśnie w ich wyniku, razem z mężem byli zmuszeni do wyjazdu z kraju. Osiedlili się w Anglii. Stąd też podwójne obywatelstwo obojga małżonków – polskie i brytyjskie. Jest wdową po wybitnym ekonomiście śp. Januszu Gedyminie Zielińskim (januszgzielinski.pl – w obronie dobrego imienia), dla którego była nie tylko najbliższą osobą, ale także współpracownikiem. Po jego śmierci zdecydowała się powrócić do kraju. Po powrocie odświeżyła kontakty z osobami pracującymi dla dobra niewidomych, zainicjowane jeszcze w młodości, na przełomie lat 50. i 60. Po śmierci męża, zaangażowanie się w pomoc osobom tak bardzo poszkodowanym przez los, było zbawienne. Rola ta stała się głównym celem i wyzwaniem życia Pani Marty. Ta działalność nie polegała jedynie na pracy etatowej, lecz na zaangażowaniu przez cały czas, z czego skorzystało wiele setek, a być może tysięcy uczniów niewidomych i słabowidzących, jak również dorosłych niewidomych – pracujących w zakładzie oraz absolwentów tego ośrodka.

Formalnie pracowała w Towarzystwie Opieki nad Ociemniałymi w Laskach w latach 1981 – 1999. Była główną współpracowniczką śp. Zofii Morawskiej, pierwszej w Polsce kobiety odznaczonej Orderem Orła Białego. Mimo zakończenia formalnej współpracy z Towarzystwem, pracuje społecznie na rzecz tego Towarzystwa i niewidomych do tej pory. Była członkiem władz tego Towarzystwa. Jest bliskim współpracownikiem Tadeusza Potworowskiego, prowadzącego w Anglii fundację Found for the blind of Laski. Jest jej przedstawicielką w Polsce, powiernikiem Zarządu tej organizacji. Współpracowała ze Stanleyem Świderskim, założycielem i prezesem Nowojorskiego Komitetu Pomocy Niewidomym w Polsce oraz była członkiem Komisji Rewizyjnej stworzonej przez tę fundację jej polskiego odpowiednika – Fundacji Pomocy Niewidomym w Polsce.

Jest zaangażowanym działaczem Prawa i Sprawiedliwości. Od lat współdziała z wybitnymi przedstawicielami Solidarności i Kościoła. W Stanie Wojennym była współpracownikiem Prymasowskiego Komitetu Pomocy Internowanym na Piwnej. Należy podkreślić, iż klasztor na Piwnej od wielu lat opiekuje się niewidomymi i jest związany z Laskami. Marta Zielińska pracuje także na rzecz kontroli wyborów parlamentarnych i samorządowych.

Na co dzień – jest niebywałym człowiekiem: bardzo religijna, oczytana, zna wielu wybitnych intelektualistów, z którymi współpracuje z sukcesami, jest przez nich bardzo ceniona, zaangażowana politycznie i społecznie. Podejmuje się wykonania trudnych misji, nie tylko dla niewidomych, także dla kościoła i środowisk patriotycznych.

Janusz Mirowski – wolontariusz, Członek Rady Patronackiej Fundacji Szansa dla Niewidomych, IDOL XXV-lecia tej organizacji, Członek Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Związany ze środowiskiem „od urodzenia” – jego śp. matka (dyrektor Biblioteki Centralnej Polskiego Związku Niewidomych) była niewidoma. Jest z wykształcenia dziennikarzem specjalizującym się w komunikacji społecznej oraz IT. Swoje całe dorosłe życie poświęcił służbie niewidomym i ich bliskim. Jest generalnym dyrektorem w firmie tyfloinformatycznej, ekspertem w dziedzinie rehabilitacji, dostępności zarówno stron internetowych, jak i obiektów użyteczności publicznej, specjalistycznych wydawnictw. Współpracuje z wieloma poważnymi instytucjami, m.in.: PFRON, MEN, MAC, MIR, MKIDN oraz producentami związanymi z dziedziną niwelowania skutków inwalidztwa wzroku na całym świecie: Freedom Scientific, Optelec, Perkins, Index. Uczestnik międzynarodowych wystaw i konferencji: CSUN San Diego, SightCity Frankfurt, Sight World Tokio, Vision Melbourne, Reatech Sao Paulo, Techshare New Delhi. Dzięki swojej wiedzy i kontaktom zagranicznym doprowadził do dostosowania do potrzeb osób niepełnosprawnych kilkudziesięciu obiektów publicznych oraz przeprowadzenia szkoleń dla tysięcy osób.

Współpracuje z naukowcami, rehabilitantami, menadżerami oraz działaczami w dziedzinie rehabilitacji osób niepełnosprawnych wzroku w wielu krajach, m.in.: Nurit Neustadt-Noy z Izraela, Tobias Winnes z Niemiec, Jim Pors i Jan Bloem z Holandii, Dan Gardner z USA, Román Suárez z Meksyku, Gordon Hudek z Kanady, Raed Shehada z Arabii Saudyjskiej, Bjorn Lofsted ze Szwecji.

Janusz Mirowski bierze udział w najważniejszych projektach Fundacji Szansa dla Niewidomych: Konferencja REHA FOR THE BLIND IN POLAND, Tyflobus, Kwartalnik Help, Nowocześnie Zrehabilitowani Niewidomi, audyt stron internetowych i obiektów. Współautor pionierskiej publikacji o audiodeskrypcji „Świat Opisywany Dźwiękiem”.

Jako współtwórca hasła „Widzieć więcej”, stara się wcielić to hasło w życie.

Zrealizowane przez Pana Mirowskiego projekty:

Niewidomi biznesmeni – czas na własną firmę

Wirtualna Warszawa

Mazowsze dostępne dla wszystkich! – Raport audytorski

Udostępnienie Lotniska Chopina w Warszawie – pierwszy etap

Dostosowanie Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku

Tyflografika w urzędach dzielnicy w Warszawie

Wyspa Młyńska w Bydgoszczy także dla niewidomych i wiele innych.

Jolanta Kaufman to wybitna, niemal niewidoma śpiewaczka sopranistka. Została odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi.

Debiutowała jako solistka podczas III Międzynarodowego Festiwalu Chórów Chłopięcych w Poznańskiej Filharmonii w lutym 1983 roku. Jest laureatką Ogólnopolskiego Konkursu Moniuszkowskiego w Warszawie.

Podstawową wiedzę muzyczną i kulturę wokalną zdobyła już w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych w Laskach, w którym przebywała od dzieciństwa. Później ukończyła studia na Wydziale Wokalnym Poznańskiej Akademii Muzycznej w klasie Prof. Ireny Winiarskiej, uzyskując dyplom z wyróżnieniem.

Specjalizuje się w wykonawstwie dzieł oratoryjnych i kantat. Prowadzi działalność koncertową na terenie całego kraju i za granicą, popularyzując dzieła kompozytorów polskich i obcych: od francuskiego i angielskiego Baroku, aż po kompozycje współczesne. Brała udział w licznych zagranicznych tournée po krajach europejskich, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Australii.

Dokonała nagrań radiowych, telewizyjnych i płytowych, m.in. z pieśniami Józefa Elsnera i Stanisława Moniuszki, utworami sakralnymi kompozytorów polskich, pieśniami starocerkiewnymi oraz najpiękniejszymi polskimi kolędami. Wykonywała dzieła oratoryjne największych kompozytorów, m.in.: Jana Sebastiana Bacha: Pasję wg. Św. Jana, Wielką Mszę h-moll, Magnificat i liczne kantaty; Wolfganga Amadeusza Mozarta: Requiem d-moll, motet solowy Exsultate jubilate i Mszę Koronacyjną; Missa Brevis Josepha Haydna; Ein Deutsches Requiem Johannesa Brahmsa i Requiem Gabriela Fauré. Jest znana dzięki recitalom pieśni polskich, niemieckich, angielskich, francuskich, z towarzyszeniem fortepianu, klawesynu oraz różnych zespołów kameralnych.

Od lat zajmuje się działalnością pedagogiczną. Prowadzi zajęcia emisji głosu w chórze akademickim Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, kierowanym przez wybitnego organistę i dyrygenta Michała Dąbrowskiego. Wspólnie z nim koncertowała w kościołach polskich i poza granicami kraju.

Jacek Kwapisz to wybitny rehabilitant i wychowawca, wieloletni współpracownik Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, gdzie wychował i usamodzielnił życiowo wiele pokoleń niewidomych uczniów. Został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi.

Jest autorem i współautorem wielu poradników rehabilitacyjnych, a także nauczycielem orientacji przestrzennej oraz wychowania fizycznego. Prowadził wiele obozów turystycznych i sportowych. Jest współzałożycielem Fundacji Szansa dla Niewidomych, w której był pierwszym Prezesem Zarządu, a następnie wieloletnim Przewodniczącym Rady Fundatorów. Jako pedagog i wychowawca chętnie dzieli się zdobytą wiedzą, również już po przejściu na emeryturę zawodową.

W czerwcu 1980 r. uzyskał tytuł magistra pedagogiki specjalnej w zakresie specjalizacji „Rewalidacja niewidomych i niedowidzących” w Wyższej Szkole Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie. Wcześniej, w 1979 r. ukończył Kurs dla Instruktorów Orientacji Przestrzennej i Samodzielnego Poruszania się Niewidomych, prowadzony przez prof. Stanleya Suterko z West Michigan University. Kwalifikacje zawodowe podnosił podczas studiów podyplomowych: w 1998 r. w zakresie Administracji na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego oraz w 2008 r. w zakresie Organizacji i Zarządzania Oświatą w Centrum Kształcenia Podyplomowego Wyższej Szkoły Handlu i Prawa im. Ryszarda Łazarskiego w Warszawie.

Całą swoją karierę zawodową poświęcił działalności na rzecz dzieci, młodzieży i dorosłych z niepełnosprawnością wzroku. W latach 1984-1985 był starszym wykładowcą w Wyższej Szkole Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie, gdzie prowadził zajęcia w zakresie orientacji przestrzennej i samodzielnego poruszania się niewidomych. W 1969 r. związał się zawodowo na długie lata z Ośrodkiem Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych im. Róży Czackiej w Laskach Warszawskich. W latach 1969-1992 pracował tam jako wychowawca, nauczyciel i rehabilitant. Od października 1992 r. do kwietnia 2007 r. pełnił funkcję wicedyrektora departamentu i głównego wizytatora ds. kształcenia uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi w Ministerstwie Edukacji Narodowej. W 2002 r. uzyskał stopień nauczyciela dyplomowanego. Rola pedagoga od zawsze była jego powołaniem, więc w 2007 r. wrócił do pracy pedagogicznej w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych w Laskach, aż do przejścia na emeryturę w 2016 r. W tym okresie nauczał orientacji przestrzennej dzieci niewidome w różnym wieku, pracował także z rodzicami dzieci niewidomych (ćwiczenia w symulatorach, wsparcie w problemach wychowawczych, wyborze zabawek i problemach domowych). Prowadził zajęcia ze studentami podczas praktyk i prezentacji zajęć. Był również członkiem Zespołu Wczesnego Wspomagania Rozwoju Niewidomego i Słabowidzącego Dziecka.

W roku 1996 prowadził zajęcia orientacji przestrzennej dla nauczycieli na Litwie. Przez siedem lat, w czasie wakacji, pracował jako wolontariusz z dziećmi niewidomymi i ich rodzicami oraz nauczycielami na Ukrainie.

Krzysztof Kulik został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Od wielu lat zajmuje się nowoczesnymi rozwiązaniami i technologiami dedykowanymi osobom z niepełnosprawnością wzroku. Jego babcia i inni członkowie najbliższej rodziny są niewidomi. Zapewne również ten fakt zainspirował go do poświęcenia swojej pracy zawodowej tej tematyce. W życiu pozazawodowym na co dzień pomaga wielu osobom niewidomym, m.in. jako wolontariusz Fundacji Szansa dla Niewidomych oraz Polskiego Związku Niewidomych.

Krzysztof Kulik pełni funkcję dyrektora innowacyjnego działu tyflografiki i brajlowskiej drukarni w spółce Altix (firmie założonej przez niewidomych informatyków dla niewidomych), która od 28 lat oferuje rozwiązania dla osób z niepełnosprawnością wzroku. Jest absolwentem studiów inżynierskich na kierunku Zarządzanie Systemami Informacyjnymi w Warszawskiej Wyższej Szkole Informatyki oraz studiów magisterskich na kierunku E-biznes na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Mimo tak młodego wieku, posiada 18-letnie doświadczenie w dziedzinie nowoczesnej rehabilitacji osób niewidomych i słabowidzących. Jest wybitnym projektantem w dziedzinie projektowania uniwersalnego przestrzeni publicznej i współtwórcą rozlicznych rozwiązań dla kreowania przyjaznego świata dla osób niepełnosprawnych: autor wzoru użytkowego „SoundBox” – urządzenia udźwiękawiającego przestrzeń, współtwórca koncepcji Multimedialnego Terminala Informacyjnego nagrodzonego Godłem „Teraz Polska” za rok 2017, pomysłodawca i projektant uniwersalnego modułu elektronicznego wykorzystywanego w terminalach informacyjnych i urządzeniach udźwiękawiających, pomysłodawca i projektant aplikacji mobilnej Your Way na smartfony – nawigacji dla niewidomych. Jest także autorem artykułów popularno-naukowych opisujących najnowsze technologie wykorzystywane do udostępniania przestrzeni.

Wśród swoich osiągnięć zawodowych na swoim koncie ma przystosowanie wielu obiektów użyteczności publicznej, w tym: Metro Warszawskie, budynki wszystkich Wydziałów Obsługi Mieszkańców Urzędu m.st. Warszawy, Muzeum Pana Tadeusza we Wrocławiu, Muzeum Papiernictwa z Dusznikach Zdroju, Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, budynków PKP w Warszawie, Katowicach, Częstochowie, Szczecinie, Lublinie, Toruniu, Bydgoszczy. Oprócz działalności krajowej realizuje też dostosowania obiektów poza granicami Polski, m.in. przystosowanie uczelni wyższej w Arabii Saudyjskiej oraz dostosowania obiektów m.in. w Norwegii, Rumunii, Rosji.

Ilona Nawankiewicz została odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi. Jest specjalistką w dziedzinie tyflorehabilitacji, sama bardzo słabo widzi. Od niemal 15 lat z ogromnym zaangażowaniem i poświęceniem wspiera niewidomych i niedowidzących oraz wpływa na mentalność lokalnego społeczeństwa, stopniowo zmieniając postrzeganie możliwości i potrzeb niewidomych ze szczególnym uwzględnieniem miasta Opola i województwa opolskiego. Będąc tzw. resztkowcem, z bardzo dobrymi wynikami ukończyła studia wyższe i uzyskała tytuł magistra na wydziale historyczno-pedagogicznym Uniwersytetu Opolskiego na kierunku Pedagogiki opiekuńczej i pracy socjalnej.

Ukończyła liczne kursy i szkolenia podnoszące kwalifikacje, m.in. uzyskała uprawnienia asystenta osoby niewidomej. W 2004 r. była założycielem tyflopunktu Fundacji Szansa dla Niewidomych w Opolu – pierwszego tego typu pozawarszawskiego punktu konsultacyjnego w kraju, który do dnia dzisiejszego integruje, wychowuje i aktywizuje niewidomych z tamtego regionu. Koordynowała szereg projektów aktywizujących społecznie i zawodowo osoby z dysfunkcją wzroku, w tym projekty centralne, takie jak „Dotrzeć do celu”, „Niewidomi biznesmeni – czas na własną firmę” czy „Kwalifikacje drogą do pracy” oraz projekty o charakterze lokalnym, m.in.: „Muzeum Śląska Opolskiego wreszcie otwarte dla niewidomych”, „Radość z życia to przywilej nas wszystkich – niecodzienna inicjatywa w Opolu” czy też „Dotknij pięknej Opolszczyzny” (pierwszy w regionie przewodnik turystyczny dedykowany niewidomym, wydany w brajlu i druku transparentnym). Ponadto realizowała liczne projekty o charakterze szkoleniowym bezpośrednio skierowane do niewidomych, ale również do wolontariuszy, rodzin i osób zajmujących się zawodowo bądź społecznie pomocą niewidomym. Dzięki niej niewidomi oraz szeroko pojęte otoczenie niewidomych, wszyscy, którzy chcą mieć wpływ na poprawę jakości życia tych osób, mają niebywałą okazję poznać najnowsze rozwiązania technologiczne, zmienić swój los poprzez aktywność zawodową i formy spędzania czasu wolnego.

Realizując powyższe działania stale współpracuje z lokalnymi organizacjami pozarządowymi oraz z administracją publiczną na szczeblu samorządowym oraz z lokalnymi mediami. W ten sposób zagadnienia dotyczące sytuacji tego środowiska trafiają do szerokiego grona odbiorców, a osoby mające głos decyzyjny w sprawach niepełnosprawnych mogą efektywnie wspierać tę grupę obywateli.

W tym roku weszła w skład Opolskiej Rady Działalności Pożytku Publicznego. Jest prekursorem w zakresie dostosowania przestrzeni publicznej do możliwości niewidomych, m.in. Muzeum Śląska Opolskiego, Muzeum Wsi Opolskiej, Opolskiego Zoo. Za swoje działania została nagrodzona statuetką IDOLA i awansowana na kierownika merytorycznego wielu tyflopunktów.