Jak utrzymać mózg w formie – bezwzrokowo?

Nasz mózg, podobnie jak mięśnie, traci formę jeśli nie jest regularnie trenowany. Często słyszymy, że z wiekiem umysł pracuje coraz słabiej, przez co może się wydawać, że na starość jesteśmy skazani na roztargnienie i zapominanie. W rzeczywistości jednak istnieje wiele rozwiązań na poprawienie i utrzymanie zdolności poznawczych na długie lata.

Widzący mają w tym zakresie nieco prościej. Jeśli chcą wytężyć umysł, mogą sięgnąć po dostępne w każdym kiosku krzyżówki i łamigłówki. Inni korzystają z aplikacji na komórki, które obiecują poprawić pamięć, koncentrację i inne umiejętności poznawcze poprzez proste gry – w większości niedostępne dla niewidomych i słabowidzących. Na szczęście większość działań, jakie możemy podjąć dla utrzymania mózgu w dobrej kondycji, nie wymaga sokolego wzroku.

Wytęż umysł

Badania naukowe na gryzoniach i ludziach wskazują, że wysiłek umysłowy w każdym wieku stymuluje powstawanie nowych połączeń pomiędzy komórkami nerwowymi, a nawet może wspomagać tworzenie nowych neuronów. Kiedy tylko masz okazję, angażuj mózg w wytężające go czynności:

Jak najwięcej czytaj. Wybieraj lektury zapewniające nie tylko dobrą rozrywkę, ale także inspirujące tematy do przemyśleń i dyskusji ze znajomymi. Jeśli nie przekonuje Cię wybór audiobooków w okolicznej bibliotece i księgarniach, wypróbuj aplikacje na smartfony, które umożliwiają wygodne czytanie ebooków przy pomocy syntezy mowy. Dzięki temu zyskasz dostęp do znacznie szerszej oferty tytułów, z których wiele można pobrać za darmo ze stron internetowych takich jak:

Wolne Lektury

http://wolnelektury.pl

Wikiźródła

https://pl.wikisource.org/

Chmura Czytania

http://www.chmuraczytania.pl/

Zdobywaj nowe umiejętności – najlepiej takie, które wymagają zarówno wysiłku umysłowego, jak i umiejętności manualnych. Korzystaj z okazji, aby próbować nowych rzeczy, aż znajdziesz coś wciągającego. Może będzie to pisanie bloga, gra na instrumencie muzycznym, lepienie naczyń z gliny, bezwzrokowe gotowanie, konwersacje w obcym języku przez Internet lub coś zupełnie innego, o czym wcześniej nie pomyślałeś.

Drogę do celu podziel na jak najmniejsze kroki. Weźmy na przykład pisanie bloga. Łatwiej będzie Ci znaleźć czas i motywację, jeśli postanowisz poświęcać 30 minut dziennie na napisanie stu słów, niż jeśli zaplanujesz w jednym posiedzeniu wyprodukować trzy wielkie elaboraty. A jeśli sto słów okaże się wyzwaniem, zacznij od 50. Najważniejsze to zacząć i robić konsekwentne postępy – nieważne jak małe.

Rozwiązuj zagadki i zadania matematyczne. W Internecie nie brakuje stron, z których możesz czerpać różnego rodzaju łamigłówki. Kiedy już sam jakąś rozwiążesz, rzuć wyzwanie swoim znajomym i sprawdź kto najlepiej poradzi sobie z zagadkami liczbowymi, a kto słownymi.

Jak najczęściej wykonuj obliczenia w pamięci. Jako osoba niewidoma masz na tym polu pewną przewagę. Naukowcy na Uniwersytecie Johnsa Hopkinsa przeprowadzili eksperyment, który sugeruje, że mózg niewidomych potrafi zreorganizować się tak, aby zaangażować korę wzrokową, (część mózgu odpowiedzialną za przetwarzanie informacji wzrokowych) do pomocy w innych, niewzrokowych czynnościach, na przykład obliczeniach matematycznych. Zatem następnym razem gdy w sklepie ktoś zaproponuje Ci rabat 3%, zamiast sięgać po kalkulator, spróbuj obliczyć lub oszacować korzyść w pamięci.

Zadzwoń do starych przyjaciół

Przynależność do grup społecznych nie tylko sprzyja lepszemu samopoczuciu i milszemu spędzaniu czasu, ale może też spowalniać pogorszenie funkcji poznawczych z wiekiem. Jeśli zatem od dawna zbierasz się, żeby zadzwonić do dawno niewidzianych krewnych lub przyjaciół, zrób to dzisiaj.

Porozmawiaj z nimi na nowe tematy, posłuchaj z uwagą, co mają do powiedzenia i postaraj się zapamiętać istotne szczegóły. W ten sposób mocniej zaangażujesz umysł do pracy, ale także zdobędziesz większą sympatię wśród znajomych. Każdy uwielbia być uważnie słuchany i chętniej odwzajemnia się tym samym swojemu rozmówcy. Uważne słuchanie ćwiczy koncentrację, a przy okazji sprzyja bardziej interesującym i stymulującym konwersacjom. Spróbuj też wciągnąć innych we wspólne ćwiczenia umysłowe. Możecie zacząć od gier testujących pamięć i ogólną wiedzę.

Jeśli wolisz nawiązać nowe kontakty, poszukaj w swojej okolicy domu kultury, klubu szachowego, kółka historycznego lub organizacji pozarządowej potrzebującej wolontariuszy. Cokolwiek, co będzie w twoim zasięgu i sprawi Ci frajdę. Nie zniechęcaj się jeśli pierwsze wyjście nie będzie strzałem w dziesiątkę. Znalezienie “swoich” ludzi wymaga cierpliwości.

Ruszaj się

Istnieje wiele badań wskazujących, że regularny ruch pomaga spowolnić starzenie się mózgu. Ćwiczenia fizyczne pomagają dotlenić mózg, co z kolei sprzyja lepszej pamięci, refleksowi i umiejętności rozumowania. Według zaleceń WHO osoby dorosłe powinny przeznaczać minimum 20 minut dziennie na umiarkowaną aktywność fizyczną lub 10 minut dziennie na aktywność intensywną. W istocie jednak, im mniej czasu spędzamy w bezruchu przed komputerem lub telewizorem, tym lepiej.

Jeśli nie należysz do osób aktywnych, staraj się zmienić swoje nawyki metodą małych kroków. Pamiętaj, że każda najdrobniejsza aktywność fizyczna jest lepsza niż wielogodzinny bezruch. Kiedy tylko masz możliwość, zamiast windy wybierz schody. Fotel do czytania spróbuj zastąpić piłką ortopedyczną, która wymusza lekką pracę mięśni dla utrzymania równowagi. Podczas oglądania telewizji lub słuchania podcastów wykonaj kilka prostych ćwiczeń dla rozruszania wszystkich grup mięśni.

Zadbaj o dietę

Zdrowa dieta sprzyja dobrej kondycji ciała i umysłu. Ludzie, których jadłospis opiera się na warzywach, owocach, pełnoziarnistych zbożach, orzechach, rybach oraz roślinnych źródłach białka i tłuszczy, rzadziej zapadają nie tylko na choroby serca czy cukrzycę, ale także na zaburzenia zdolności poznawczych i demencję.

Jeśli Twoja dieta mocno odbiega od ideału, potraktuj zmianę nawyków żywieniowych jako kolejne wyzwanie dla mózgu. Wymyśl co możesz zmienić, a następnie opracuj plan i stopniowo wprowadzaj go w życie. Pamiętaj o metodzie małych kroków. Jeżeli przykładowo stwierdzisz, że jesz za mało warzyw, łatwiej będzie zacząć dodawać do zwyczajowej kanapki z serem liść kapusty (zaskakujące połączenie, ale smakuje świetnie!), niż z dnia na dzień kompletnie zarzucić kanapki i zastąpić je wymyślną sałatką.

Z ciemności w światło. Helen Keller

Helen Adams Keller była postacią wybitną ze względu na swoje bogate osiągnięcia. Była autorką książek i artykułów, władającą wieloma językami polityczną aktywistką i wykładowcą uniwersyteckim.

Była również głuchoniewidoma.

Wielu zapyta – jak to możliwe? Jak to możliwe, że osoba niesłysząca i niewidząca osiągnęła tak wiele? Nie udałoby się to bez odpowiedniej edukacji i nauczycielki, która dokonała niemożliwego. I to właściwie wiek temu.

Gdy w 1880 roku Keller przyszła na świat, nic nie zapowiadało, że jej życie będzie tak pełne dramatyzmu. Kiedy miała zaledwie 19 miesięcy, zachorowała na ostre zapalenie mózgu i żołądka, które było tak silne, że spowodowało utratę wzroku i słuchu. W momencie, w którym dziecko chłonie życie jak gąbka, Helen została pozbawiona możliwości doświadczania świata za pomocą słuchu i wzroku. Radziła sobie jednak tak, jak umiała. Nauczyła się komunikować ze swoją rodziną i bliskimi za pomocą samodzielnie opracowanych znaków migowych. Do siódmego roku życia wymyśliła ich ponad 60. Potrafiła również rozpoznać, z którą osobą się komunikuje rozróżniając odgłosy kroków. Wbrew swojej niepełnosprawności była ciekawa świata, bardzo lubiła zwierzęta i (odczuwaną na swój sposób) muzykę.

Gdy Keller miała 6 lat, jej rodzice zachęceni doniesieniami o sukcesie w nauczaniu innej głuchoniewidomej dziewczynki Laury Bridgman, rozpoczęli intensywne poszukiwania lekarzy, którzy mogliby wskazać jakimi możliwościami dysponuje córka. W ten sposób trafili do Alexandra Grahama Bella, który w tym czasie pracował z głuchą młodzieżą.

Bell odesłał ich do Perkins Institute for the Blind. Właśnie tam rodzice Helen poznali Anne Sullivan – dwudziestoletnią, niedowidzącą studentkę. Anne została instruktorką i guwernantką małej Helen. Był to przełom w życiu Keller.

Od momentu, w którym Sullivan zamieszkała w domu Keller, rozpoczęła się intensywna nauka komunikacji. Nauczycielka uczyła Helen pisząc na jej dłoni palcem litery i krótkie wyrazy, od razu pokazując co ten wyraz znaczy. Pisząc d-o-l-l (lalka), wręczała dziewczynce lalkę, pisząc b-o-o-k (książka) wręczała Helen książkę do ręki. Początki były naprawdę trudne. Helen miała bardzo wybuchowy charakter, jednak nauczycielka była nieustępliwa. Moment przełomowy nastąpił w momencie, gdy umysł Helen połączył znaczenie pisanych znaków na dłoni w-a-t-e-r (woda) z zimnem i wilgocią wody, do której Sullivan włożyła rękę uczennicy. Od tego momentu Helen wszystko zrozumiała. Zaczęła uczyć się słów i ich znaczenia prawie bezustannie.

W 1988 roku Helen rozpoczęła naukę w Perkins Institute w Bostonie. Asystowała jej codziennie Anne Sulivan, pomagając w przyswajaniu wiedzy, pisząc na dłoni Helen wszystko, co mówili studentom nauczyciele. Tak rozpoczęła się szkolno-akademicka edukacja Keller, trwająca wiele lat. Helen była głodna wiedzy i ambitna. W 1900 roku dostała się do Radcliffe College Uniwersytetu Harvarda. Nauka w szkole wyższej była możliwa dzięki stypendium, które otrzymała od Henry’ego Huttlestona, właściciela Standard Oil. Zadbał o to Mark Twain, który był pod tak wielkim wrażeniem dokonań Helen, że przedstawił ją bogatemu filantropowi.

Helen dobrze wykorzystała swoją szansę, otrzymując w 1904 roku dyplom magisterski, zostając jednocześnie pierwszą osobą z niepełnosprawnością wzroku i słuchu, której udało się tego dokonać.

Dla Helen rozumienie innych i bycie zrozumianym było priorytetem. Oprócz tego, że biegle władała brajlem (w różnych notacjach) i językiem migowym, to nauczyła się również mówić (nie słysząc) i czytać z ruchu warg dotykając ust rozmówców. Opanowała też biegle wiele języków obcych: francuski, grecki, niemiecki i łacinę.

Helen kochała życie. Swoimi doświadczeniami i radością z codzienności podzieliła się z czytelnikami w książkach, między innymi: Historia mojego życia, Optymizm czy Światło w ciemności. Uważała, że pomaganie innym jest jedynym powodem istnienia na tym świecie. Była rzecznikiem wszystkich ludzi z niepełnosprawnościami, dzieląc się z szeroką widownią swoimi spostrzeżeniami na temat życia, edukacji i praw tych osób. Ze swoimi wykładami odwiedziła blisko 40 krajów. Przez całe życie byłą bardzo aktywna polityczne i społecznie. Z wiekiem musiała zwolnić tempo życia, nie osiadła jednak na laurach. Zaangażowała się w działalność wspierającą Amerykańską Fundację dla Niewidomych.

Życie Keller oraz dokonania jej nauczycielki Anne Sullivan zainspirowały wielu twórców. Najbardziej znanym filmem jest biografia „The Miracle Worker” (Cudotwórczyni) z 1962 roku.

Helen Keller jest doskonałym przykładem na to, że edukacja jest bardzo ważna. Zwłaszcza dla ludzi niepełnosprawnych. Edukacja jest oknem na świat, które umożliwia swobodę i pełne, satysfakcjonujące życie. Sama Helen w jednej ze swoich książek napisała: In the wonderland of mind I should be as free as another. Jest to jeden z najbardziej moim zdaniem inspirujących cytatów. W tłumaczeniu oznacza, że w głębi swojego umysłu Keller była wolna tak jak inni (w domyśle – pełnosprawni, widzący i słyszący) ludzie. Umysł był przepustką do wolności, do poznawania świata poza zmysłami, których nie miała. Dzięki temu, że Hellen mogła się uczyć, jej świat nie znał granic.

Mam dobry plan?

Coraz częściej mówi się o dostępności, uniwersalnym projektowaniu, czyli uwzględnianiu potrzeb osób niepełnosprawnych oraz innych grup obywateli, mających ograniczone możliwości poruszania się, percepcji czy komunikowania się. Projektowana przestrzeń powinna być przecież w pełni dostępna dla każdego i umożliwiać jej samodzielne, niezależne użytkowanie.

Człowiek pozyskuje około 86% informacji z otaczającej nas przestrzeni za pomocą wzroku, a jedynie około 7% za pomocą słuchu, co sprawia, że osoby z dysfunkcjami sensorycznymi bywają pozbawione szansy samodzielnego funkcjonowania poza murami własnego mieszkania. Takie osoby, na równi z niepełnosprawnymi ruchowo, są przez to wykluczone z równego dostępu do kultury, nauki, aktywności zawodowej, a tym samym życia w społeczeństwie. Aby to zmienić, obok likwidacji barier architektonicznych jest planowanie dostępności oparte na społecznej odpowiedzialności, zrozumieniu i empatii. Jak sprawić, by można było zrozumieć otaczającą nas przestrzeń oraz móc swobodnie i bezpiecznie się w niej poruszać? Potrzebny jest dobry plan.

Plany tyflograficzne zaczynają się na stałe wpisywać w różne miejsca użyteczności publicznej. Przyczynia się do tego zmiana myślenia, że specjalne potrzeby dotyczą jedynie osób niepełnosprawnych ruchowo. Zanika też utrwalony przez lata znak równości pomiędzy osobą na wózku a osobą niepełnosprawną.

Czym są i komu służą plany tyflograficzne? To uproszczone schematy funkcjonalno-przestrzenne, multisensoryczne, oparte na wykorzystaniu zmysłów: wzroku, dotyku, często i słuchu. Ułatwiają orientację przestrzenną nie tylko osobom w pełni sprawnym, tak jak standardowe plany budynków i ich otoczenia, ale także wspomagają osoby o różnych ograniczeniach mobilności i percepcji. Największym atutem planów tyflograficznych jest ich uniwersalność w przekazywaniu informacji o otoczeniu. Dzięki wykorzystaniu alfabetu Braille’a, schematów dotykowych, wysokich, graficznych kontrastów, odpowiednio powiększonej czcionki i udźwiękowienia, służą osobom słabowidzącym, niewidomym, słabosłyszącym i głuchym. Ułatwiają odnajdywanie się w nowych miejscach i samodzielne dotarcie do kluczowych punktów, takich jak m.in.: kasy, toalety, punkty informacyjne, schody, windy, przystanki, przejścia dla pieszych, postoje taksówek, perony, bankomaty i biletomaty. Potrzebne są osobom z niepełnosprawnościami nie tylko sensorycznymi, ale także mającym stałe lub czasowe ograniczenia w poruszaniu się: osobom na wózkach inwalidzkich, starszym, kontuzjowanym, kobietom w ciąży, rodzicom z małymi dziećmi, podróżnym z ciężkim bagażem, osobom z niepełnosprawnościami intelektualnymi, a nawet obcokrajowcom. Plany tyflograficzne, w połączeniu ze ścieżkami dotykowymi, zwiększają bezpieczeństwo w przestrzeni publicznej, zwłaszcza u osób z całkowitą lub częściową utratą wzroku.

Ważna jest właściwa ilość i lokalizacja planów tyflograficznych, ich wymiar oraz zastosowanie odpowiednich rozwiązań. Aby nie popełnić błędów, powinno być konsultowane ze specjalistami w dziedzinie tyflografiki, bądź odpowiednimi organizacjami działającymi na rzecz środowiska osób z niepełnosprawnością wzroku.

Plany powinny być zlokalizowane przy głównych wejściach do budynków, przejściach do tuneli, na peronach, węzłach przesiadkowych – czyli w kluczowych miejscach, w których następuje pierwszy kontakt z nową przestrzenią. Odpowiednia ich ilość i rozmiar muszą umożliwiać pokazanie w całości lub w części stref ogólnodostępnych obiektów. Rozmiar planów jest podyktowany powierzchnią potrzebną do przedstawienia wypukłego obrazu oraz zastosowania pisma Braille’a, którego „czcionka” jest znacznie większa niż napisy czarnodrukowe. Wiedzę z tego zakresu posiadają projektanci tyflografiki i to oni powinni decydować o formacie takich planów.

Z punktu widzenia osób niewidomych istotna jest przede wszystkim właściwa orientacja planów odwzorowująca najbliższe otoczenie tak, aby to, co znajduje się po prawej i lewej stronie na planie, odpowiadało rzeczywistym kierunkom. Lokalizacja, gdzie ma stanąć plan, powinna być tak dobrana, aby uniknąć problemu związanego z proporcjami przedstawianych obiektów. Zasięg rąk pozwala na zastosowanie wysokości planów nie przekraczających około 65 cm i szerokości maksymalnie 120 cm.

Przy przewidywaniu lokalizacji planów tyflograficznych, oprócz dostępu do prądu, należy uwzględnić zadaszenie, ponieważ w otwartej przestrzeni zmienne warunki atmosferyczne: opady, zaleganie wody, śniegu i zabrudzeń, uniemożliwiają użytkowanie planu. Konieczne jest ich okresowe czyszczenie. Duże znaczenie przy planach stosowanych na zewnątrz ma technologia ich wykonania. Materiały typu stal czy mosiądz, podlegając wpływom temperatury powodują dyskomfort użytkowania w zbyt niskich i zbyt wysokich temperaturach powietrza. Obecnie na rynku są dostępne różne technologie wykonania planów dotykowych: termoformowane tworzywa PET, odlewy z żywic, tworzywa sztuczne typu pleksi, stal nierdzewna i mosiądz. Dają różnorodne możliwości, ale nie są pozbawione wad.

Plany termoformowane to jedna z najtańszych i najstarszych technologii. Z racji małej odporności na mechaniczne uszkodzenia, termiczne odkształcenia, ograniczenia wielkości, są obecnie rzadko stosowane. Spotykamy je głównie tam, gdzie nie przewiduje się intensywnego użytkowania planów. Raczej odradza się stosowanie tego typu rozwiązań na zewnątrz. Są wykonane jako jednoelementowy nadruk UV na grubej folii, z jednoczesnym wytłoczeniem na niej informacji dotykowych (przy odpowiednim usztywnieniu spodu planu), albo jako dwuwarstwowe, gdzie jedną z warstw jest przezroczysta, wytłoczona folia, a drugą kolorowy poddruk, które są odpowiednio połączone. Możliwe jest wzbogacenie ich w elementy elektroniczne: udźwiękowienie, przyciski, sensory dotykowe.

Cena podstawowej wersji planu z wykonaniem matrycy i jednej termoformowanej kopii, to średnio od ok. 2700 zł netto za format A3, do około 4500 zł netto za format A2 (w zależności od docelowego formatu, zastosowanej elektroniki i stopnia skomplikowania obrazu). Trzeba także doliczyć koszt stojaka lub gabloty, niezbędnych do zaprezentowania tyflografiki.

Plany z tworzyw sztucznych typu pleksi (zwanych PMMA) to elementy cięte laserowo, odpowiednio wyokrąglone, przyklejone do warstwy transparentnej, z kolorowym poddrukiem i wyciętymi w niej otworami, w których osadzone są kulki alfabetu Braille’a. Jest to rozwiązanie dość trwałe, estetyczne i korzystne cenowo. Niestety, nie jest w pełni „wandaloodporne”, ze względu na możliwość celowego wyłamania lub wydłubania zastosowanych elementów planu, bądź zniszczeniu przy nieuważnym oczyszczaniu. Zdarzają się nieuniknione (choć rzadkie) wypadnięcia kulek brajlowskich, uniemożliwiające odczytywanie tekstu, zwłaszcza zastosowanych do oznaczeń jedno– i dwuliterowych skrótów brajlowskich. Powoduje to zmianę ich treści na niepożądaną. Dlatego istotne jest okresowe sprawdzanie, czy nie należy uzupełnić brakujących kulek. Problemem są też, bez regularnej dbałości o czystość planu, zbierające się pomiędzy klejonymi elementami, trudne do wyczyszczenia zabrudzenia. Zastosowana technologia jest przyjemna w dotyku w każdych warunkach atmosferycznych, jest więc polecana do stosowania zarówno wewnątrz budynków, jak i na zewnątrz (ale przy regularnym dbaniu o czystość i zapewnieniu zadaszenia). Także i w tym przypadku możliwe jest zastosowanie szeregu nowoczesnych, dodatkowych rozwiązań elektronicznych.

Cena podstawowej wersji takiego planu waha się od ok. 6000 zł netto za format A3, do ok. 10000 zł netto za format A2, aż do 13500 zł netto za format 1000×600 mm (w zależności od docelowego formatu, zastosowanej dodatkowo elektroniki i stopnia skomplikowania projektu). Należy doliczyć koszt stojaka lub gabloty, czasem wykonania betonowego fundamentu.

Plany w odlewach z żywic to wykonane jako monolit, transparentne warstwy wypukłe z nadrukiem umieszczonym na płycie PCV pod spodem. Charakteryzują się: wysoką „wandaloodpornością”, dobrą odpornością na warunki atmosferyczne oraz zabrudzenia, łatwością czyszczenia, brakiem możliwości oderwania poszczególnych elementów, jak i uszkodzenia pisma Braille’a. Jako jedyna technologia w tej dziedzinie pozwala na niezależne stworzenie warstwy dotykowej i czarnodrukowej, umożliwiając zastosowanie różnych oznaczeń oraz treści dla osób widzących i niewidomych. Minusem odlewów jest większa trudność wykonania i pracochłonność, jak również niecałkowita transparentność warstwy dotykowej, minimalnie zmniejszająca czytelność poddruku. To rozwiązanie jest zalecane zarówno wewnątrz budynków, jak i na zewnątrz, ze względu na estetykę, komfort użytkowania w różnych warunkach atmosferycznych, wieloletnią trwałość, przy zapewnieniu regularnego czyszczenia i zadaszenia. Również i w tym przypadku możliwe jest zastosowanie szeregu dodatkowych rozwiązań elektronicznych, poszerzających funkcjonalność planów.

Cena podstawowej wersji planu waha się od ok. 7500 zł netto za format A3, do około 10000 zł netto za format A2, aż do16500 zł netto za format A1 (w zależności od docelowego formatu, zastosowanej dodatkowej elektroniki i stopnia skomplikowania projektu). Należy doliczyć koszt stojaka lub gabloty, a czasem wykonania betonowego fundamentu.

Plany ze stali nierdzewnej są wykonane jako wpuszczane bądź klejone, wyoblone elementy, mocowane do stalowej płyty z wyfrezowanymi napisami w czarnodruku i wyciętymi otworami pod wpuszczane w nie stalowe kulki, stanowiące punkty pisma Braille’a. Charakteryzują się najwyższą „wandaloodpornością” i odpornością na warunki atmosferyczne oraz łatwością utrzymania w czystości. Ich minusami są: brak komfortu użytkowania w warunkach zimowych i podczas wysokich temperatur, niska czytelność dla osób słabowidzących (przez brak kontrastów), dużo gorsza estetyka, toporny wygląd przy większych formatach, a także nieuniknione (przez właściwości stali) wypadanie kulek alfabetu Braille’a z wykonanych pod nie otworków. Technologia ta jest zalecana, głównie przez odporność na uszkodzenia, do planów zlokalizowanych wyłącznie w tunelach, na peronach stacji kolejowych i metra, ale również na zewnątrz budynków w przestrzeniach otwartych, ale pod zadaszeniem. Należy wtedy zadbać o ogrzanie stali, by dała się dotykać przy niskich temperaturach powietrza.

Zastosowanie stali nakłada na projektantów duże ograniczenia wielkości i zawartości planów, wymuszając maksymalne uproszczenia przedstawianych schematów i zastosowanych oznaczeń, jak również ilości przekazywanych informacji. Jest to jedyna technologia, w której nie ma możliwości nakładania się treści czarnodrukowych z wypukłymi, więc muszą być wykonane obok siebie, zajmując więcej miejsca. W tym przypadku brak łatwych możliwości zastosowania dodatkowych rozwiązań elektronicznych, wykorzystywanych w pozostałych typach planów.

Cena podstawowej wersji planu to przedział od ok. 8000 zł netto za format A3, do około 12000 zł netto za format A2 (w zależności od docelowego formatu, stopnia skomplikowania projektu). Jak zawsze należy doliczyć koszt stojaka lub gabloty i wykonania ewentualnego fundamentu. Taki typ planu wraz ze stojakiem ma znaczny ciężar.

Najnowocześniejsze rozwiązania planów tyflograficznych na rynku przewidują zastosowanie różnorodnych elementów elektronicznych, takich jak wbudowany w nie: monitor dotykowy, wyświetlający dodatkowe informacje, komputer, akumulator, moduł do obsługi Wi-Fi i łączności Bluetooth, specjalistyczne oprogramowanie, system udźwiękawiający, przyciski wandaloodporne, sensory dotykowe, moduł naprowadzający z aplikacją na smartfony, system wezwania pomocy SOS (bezpośrednio z poziomu planu, czy poprzez nadrukowany QR kod przekierowanie pod wskazany adres internetowy). Daje to projektantom szeroki wachlarz możliwości do stworzenia planu multimedialnego, multisensorycznego, dostosowanego i przyjaznego wszelkim typom niepełnosprawności oraz specyficznym potrzebom różnych grup użytkowników. Tego typu rozwiązania to projekty „szyte na miarę” oczekiwań, jednocześnie podnoszące prestiż, nowoczesność i dostępność obiektów.

Plany multimedialne są wyceniane indywidualnie, w zależności od zastosowanych technologii i rozwiązań elektronicznych.

Planując wyposażenie obiektu lub przestrzeni publicznej w plan tyflograficzny, oprócz wybrania i zastosowania określonej technologii, istotne jest to, w jaki sposób zostanie on zamontowany. Najczęściej służy do tego wolnostojący stojak ze stali nierdzewnej, który może być polakierowany na dowolny kolor, przykręcony do posadzki lub trwale osadzony na specjalnie wykonanym dla niego fundamencie. Rzadziej stosuje się gabloty o przekroju trójkątnym, mocowane bezpośrednio do ściany lub stojaki luźno stojące, bez mocowania do posadzki. Najważniejsze jest jednak to, aby plan był stabilnie przytwierdzony i uniemożliwiał przypadkowe przesunięcie lub przewrócenie.

Konstrukcje stojaków mogą być różne, w zależności od wielkości planu czy miejsca montażu. Bywają oparte na jednej lub kilku nogach, masywnych lub o przekroju rurowym. Konieczne jest zastosowanie blatu, o dolnej krawędzi na wysokości optymalnie ok. 80-85cm i nachyleniu pod kątem 30?-45? tak, aby umożliwić korzystanie z planu wzrokowe, dotykowe, również przez osoby niskie i na wózkach inwalidzkich. Konstrukcja stojaka powinna umożliwiać podjechanie do niego przodem wózka, a więc musi mieć podcięcie lub odsunięcie wsporników, dające pod blatem miejsce na nogi szerokości ok. 60 cm, wysokości ok. 70 cm i głębokości ok. 30 cm.

Mam dobry plan, czyli po czym rozpoznać poprawny plan tyflograficzny? Najważniejsze jest, aby tego typu opracowania tworzyli specjaliści w dziedzinie tyflografiki. Tylko wtedy mamy pewność, że zostanie profesjonalnie przygotowany i nie będzie służył jedynie łatwemu zarobkowi. Zarówno wiedzę, jak i lata doświadczenia na rynku, a także wkład w rozwój technologiczny w tej dziedzinie mają nieliczne firmy na rynku. Każdy dobry plan tyflograficzny musi spełniać szereg określonych zasad, m.in.:

wysoka czytelność dzięki zastosowanym kontrastom i dużym rozmiarom czcionek o krojach bezszeryfowych,

napisy w alfabecie Braille’a zgodne ze standardem czcionki Marburg Medium,

duża atrakcyjność wizualna dla osób widzących,

zastosowanie, w miarę możliwości, obowiązującego w danym miejscu Systemu Identyfikacji Wizualnej,

każdy projekt powinien być „szyty” na miarę oczekiwań klienta,

zgodność z uniwersalnym projektowaniem i dostępność dla różnych grup użytkowników,

maksymalnie uproszczone i syntetyczne przedstawienie schematu budynku lub elementów przestrzeni,

spójność i intuicyjność zastosowanych oznaczeń,

prostota przekazu i ograniczenie nadmiaru informacji,

wyraźne oddzielenie na planie stref ogólnodostępnych od pozostałych,

czytelna, jasna legenda, zawierająca wszystkie zastosowane oznaczenia,

uwzględnianie i pokazywanie na planie przebiegu ścieżek dotykowych,

konsultacje na etapie projektowym z osobami niepełnosprawnymi lub organizacjami działającymi na ich rzecz,

równoważny przekaz informacji dla widzących i niewidomych,

przy dużej ilości planów tyflograficznych różnie zorientowanych w przestrzeni lub znajdujących się w terenie otwartym oraz w obiektach o szczególnym stopniu skomplikowania uwzględnianie na planach kierunków świata,

odpowiedni sposób montażu, łączna ilość i lokalizacja planów.

Wyłącznie tak opracowane plany spełnią pokładane w nich oczekiwania, zwiększając bezpieczeństwo i dostępność miejsc, w którym się znajdą.

Ideałem byłoby, gdyby w każdej przestrzeni i budynku użyteczności publicznej plany tyflograficzne współistniały wraz ze ścieżkami dotykowymi dla osób niewidomych, a często tak nie jest. Tylko występując razem są one użyteczne dla osób z dysfunkcjami wzroku.

Z punktu widzenia projektanta, pogodzenie możliwości percepcji osób niewidomych i widzących jest bardzo trudnym wyzwaniem. Nie raz wymaga to kompromisów i nie każdy je rozumie. Projekty z dziedziny tyflografiki nigdy w 100% nie zadowolą oczekiwań obu tych grup. Tu najważniejsze jest doświadczenie i wyczucie, jak daleko można się posunąć.

Plany dla niewidomych nie są i nie będą planami w znaczeniu architektonicznym, ponieważ zastosowanie powyżej wymienionych zasad przy ich tworzeniu wymusza ograniczenie ilości informacji i wypracowanie schematycznego modelu pokazywanej przestrzeni, użycie specjalnych oznaczeń oraz odbieganie od rzeczywistej skali, czy nawet częste jej celowe przekłamanie. Wszystko po to, by zmieścić na nich napisy brajlowskie lub inne elementy dotykowe przy jak najmniejszym formacie. Również i z tych powodów, na planach tyflograficznych pokazywana jest szczegółowo tylko przestrzeń ogólnodostępna, a reszta jest celowo ukryta. Tym samym specyfika planów wymaga dużej wiedzy i doświadczenia przy ich tworzeniu, bazujących na znajomości poprawnych zapisów alfabetu Braille’a, dotychczasowych opracowań z zakresu tyflografiki oraz wiedzy z dziedzin takich jak projektowanie graficzne i architektura. Dlatego jest tak niewielu specjalistów i firm, którzy się od lat tym zajmują.

Obecnie na rynku pojawiła się konkurencja, oferująca swoje usługi w zakresie projektowania oraz wykonania planów dla niewidomych, często jednak nie mająca odpowiedniego doświadczenia i elementarnej wiedzy. Skutkiem tego jest tworzenie kompromitujących projektów i marnowanie na ich realizację – nierzadko – dużych środków publicznych.

Efektem takich działań są licznie występujące niedopuszczalne błędy typu:

pomijanie znaków dużej litery bądź niepoprawny zapis cyfr w napisach brajlowskich,

za małe wielkości czcionek czarnodrukowych,

stosowanie utrudniającego czytanie kroju szeryfowego,

skalowanie brajla, który zawsze musi mieć stałą, niezmienną wielkość,

zły format, orientacja i rozmieszczenie planów,

pokazywanie stref niedostępnych na planach,

nadmiar i chaotyczność zawartych informacji,

stosowanie nigdzie nie spotykanych oznaczeń, często architektonicznych, zamiast prostych piktogramów i skrótów brajlowskich,

niewłaściwy kontrast,

brak wyokrąglenia ostrych krawędzi elementów, powodujący możliwość skaleczenia.

Przy wyborze wykonawcy, dla dobra użytkowników takich rozwiązań, należy kierować się jego doświadczeniem, bogatym dorobkiem, popartym solidnym portfolio i referencjami. Warto też, przed ogłoszeniem przetargu czy zapytania ofertowego, skonsultować się z organizacjami (bądź firmami), które fachowo doradzą, jakie rozwiązania i gdzie można zastosować, dobiorą odpowiednią ilość i oszacują przewidywaną wielkość planów. Dzięki takiej współpracy może zniknie wkrótce, często używane w zapytaniach ofertowych i mediach publicznych, niepoprawne wyrażenie „język Braille’a”, bo język mamy w Polsce – polski, a jedynie „pismo Braille’a”, zwane inaczej zapisem brajlowskim. Przecież chodzi o to, żebyśmy mówili do siebie tym samym językiem. Tylko wtedy powstanie dobry plan… Nasz wspólny plan na dostępność.

Nie tylko plaże są nad morzem

Łeba jest małym nadmorskim miastem, w którym turyści głównie przebywają na plaży lub chodzą po wydmach w Słowińskim Parku Narodowym. Jednak wakacje w tym miasteczku można spędzić zupełnie inaczej, odwiedzając ciekawe miejsca, o których podzielę się swoją opinią. Wyjazd do Łeby bardzo mi się podobał, ale nie każdemu przypadłby do gustu – mówię o niewidomych, dla których prawie wszystkie obiekty są (nie)dostępne.

Muzeum Bursztynu

Zacznę od niewielkiego muzeum, które nie wywarło na mnie specjalnego wrażenia, mimo że temat jest bardzo ciekawy – w tym miejscu można dowiedzieć się wielu informacji na temat powstawania i procesu kształtowania się bursztynu oraz jego rozmieszczenia i występowania różnych rodzajów. Znajduje się tam jeszcze wystawa inkluzji (organizmów zatopionych w wysuszonej żywicy) oraz dzieł sztuki, które powstały dzięki bursztynowi. Po muzeum turystów oprowadza przewodnik, który posiada dużą wiedzę na ten temat.

Teoretycznie wszystko powinno mi się podobać, ale czegoś mi w muzeum bursztynu brakowało; nic w tym miejscu mnie nie zaskoczyło, nie zdziwiło. Przewodnik nie umiał w ciekawy sposób opowiadać o bursztynie, a wystawy nie były urozmaicone.

Wystawy w Muzeum Bursztynu nie są dostosowane dla niewidomych – żadnego eksponatu nie można dotknąć. Ale na szczęście takie osoby mogą posłuchać przewodnika, co pozwoli im na uzyskanie wiedzy na tym samym poziomie, co widzący turyści oglądający wystawy.

Muzeum Motyli

Teraz napiszę także o muzeum, ale tym razem znacznie ciekawszym – przynajmniej dla mnie. W Muzeum Motyli można zobaczyć wiele gatunków motyli, a także innych owadów i pajęczaków z całego świata, poznać ciekawostki na ich temat, dowiedzieć się, w jaki sposób żyją, spróbować zgadnąć, jakiego stawonoga słyszymy. Człowiekowi, który ma małą wiedzę na temat motyli i innych „robaków”, Muzeum Motyli bardzo się spodoba. Wiem to z własnego doświadczenia, rzeczywiście czegoś się nauczyłem, wreszcie zacząłem odróżniać różne gatunki owadów, a ciekawostki, które widziałem na ścianach, zapamiętam na długo.

Trudno jest pokazać niewidomemu małe zwierzęta. Ale muzeum motyli nie jest nastawione tylko na wzrok. Niepełnosprawni ze względu na wady wzroku mogą np. posłuchać owadów i dotknąć ich modeli.

Illuzeum

Moim zdaniem jest to najciekawsza i najbardziej oryginalna atrakcja turystyczna w Łebie. To muzeum iluzji, w którym na niewielkiej powierzchni można zobaczyć i doświadczyć wielu dziwnych iluzji. Jest to wystawa interaktywna – zwiedzający np. układa te same klocki w różny sposób, żeby powstały dwa wielokąty o różnych wielkościach, tworzy obraz za pomocą żelaznych opiłków i magnesu, kręci kołem z narysowanymi czarno-białymi liniami, żeby zobaczyć zupełnie inne kolory, rozwiązuje zagadki, które teoretycznie „nie mają sensu” itd.

Wystawa bardzo mi się podobała, mimo że nie wszystkie iluzje optyczne działały na moje oczy. W illuzeum spędziłem dużo czasu (około 75 minut), a i tak nie obejrzałem wszystkiego. Musiałem „wcześnie” wyjść z muzeum, czego bardzo żałuję. Moim zdaniem Illuzeum dla przyszłego turysty powinno stać się najważniejszą atrakcją turystyczną, którą koniecznie musi odwiedzić i przeznaczyć na to dużo czasu.

Niestety niewidomi, którzy weszliby do muzeum, nie byliby zachwyceni, ponieważ prawie żadnych iluzji nie można doświadczyć bez użycia wzroku. Oczywiście nie można za to obwiniać muzeum – iluzji nie można pokazać ludziom, którzy nie potrafią ich dostrzec.

Labirynt Park Łeba

W Łebie znajduje się wielki labirynt, którego przejście większości turystom zajmuje ponad 20, a nawet więcej niż 30 minut. Przejście polega na dotarciu do czterech baz oznaczonych flagami, wejściu do środka plątaniny korytarzy i wyjściu na zewnątrz labiryntu. Istnieje możliwość kupienia mapy ścieżek, ale ja na nią nie patrzyłem, a z labiryntu bez pośpiechu wyszedłem w 20 minut, co uważam za nieoczekiwany sukces.

Wbrew swojej nazwie, Labirynt Park Łeba to nie tylko labirynt, ale także „magiczny ogród drewnianych gier wielkoformatowych”, gdzie można znaleźć m.in. kwadrat, w którym trzeba ułożyć klocki w różnych kształtach, dziurawy stół, przez który należy przeprowadzić kulę, drewniany cymbergaj.

W labiryncie i magicznym ogrodzie można ciekawie i aktywnie spędzić czas. Ponadto dobrym pomysłem jest zmierzenie, ile minut było niezbędnych do wyjścia z korytarzy labiryntu. Moim zdaniem labirynt w Łebie można przejść w mniej niż 10 minut, co może stanowić wyzwanie dla turysty.

Labirynt Park Łeba nie jest dostosowany do potrzeb niewidomych, którzy w labiryncie wpadaliby w żywopłot i nawet nie wiedzieliby, że znaleźli się obok bazy. Prawdopodobnie żadna gra nie jest udostępniona dla niepełnosprawnych wzrokowo, co bez wątpienia można naprawić.

Sea Park Sarbsk

Sea Park nie znajduje się w Łebie, ale warto przejechać kilkanaście kilometrów, żeby znaleźć się w parku poświęconym tematyce mórz i oceanów.

Główną atrakcją parku jest fokarium – podobno największe w Polsce. Co kilka godzin można obejrzeć pokazy fok, uchatek i kotików, które przynoszą przedmioty, „śpiewają”, wyskakują z wody. Przez pół godziny widzowie mogą dowiedzieć się szczegółów na temat życia tych zwierząt. Wszystkim kieruje animatorka, która – poza wymienianiem informacji na temat m.in. fok – opisuje czynności, które w danej chwili wykonują zwierzęta, wyjaśnia ich zachowania, udziela rad dotyczących przebywania w pobliżu fok, uchatek i kotików.

Uczestniczyłem w dwóch pokazach – fok i uchatek. Oba odbywały się w innych miejscach, miały inny program. Myślałem, że będą podobne, prawie takie same. Na szczęście drugi z nich pozytywnie mnie zaskoczył. Wydarzenia miały kilka wad: pierwsza z nich to animatorka, która rzeczywiście umiała prowadzić pokazy, ale swoje wypowiedzi kierowała głównie do dzieci, których nie było tam dużo (inny pokaz w ciągu dnia przeznaczono wyłącznie dla najmłodszych turystów). Mimo to wyglądała na mądrą osobę, która potrafi w szybki sposób dostosować się do sytuacji, które powstają przez nietypowe zachowanie zwierząt.

Drugą dużą wadą była muzyka, która zagłuszała foki i uchatki. Nie wiem, w jakim celu ją włączano, zwłaszcza ze względu na to, że nie działała na zwierzęta. Można zadać pytanie: „skąd wiem, że muzyka nie działa na zwierzęta?”. Miałem szczęście, ponieważ widziałem, w jaki sposób są karmione foki. Trener (ten sam, który uczestniczył w pokazie) kazał zwierzęciu wykonać polecenie. Na początku foka była posłuszna, więc dostawała ryby do zjedzenia. Później się rozzłościła i nie chciała wykonywać poleceń – jedzenia nie dostała, dopóki nie zrealizowała zadania. Muzyka nie była włączona, a foka zachowywała się tak jak w trakcie pokazu.

Poza fokarium w Sea Parku znajduje się wiele innych atrakcji. Na przykład na początku można znaleźć trójwymiarowe modele morskich zwierząt takich jak foki i kałamarnice oraz ich opisy. Później ścieżka prowadzi do muzeum poświęconego sztuce marynistycznej, które nie było ciekawe, ponieważ już nie pamiętam, co w nim zobaczyłem.

Następnie można obejrzeć wystawę polskich latarni morskich w dużej skali. Można je tylko obejrzeć – mimo że są trójwymiarowe, odgrodzono je od zwiedzających, których pozbawiono możliwości dotknięcia ich. Wszystkie latarnie przedstawiono w jednakowej skali, co pozwala na porównanie ich wielkości. Poza tym o każdej z nich można przeczytać: o ich historii, położeniu. Wypisane są też informacje techniczne.

W parku znajduje się odwrócony statek, w którym turyści doznają zaburzeń błędnika. Budowla nie jest obrócona o 180 stopni, ale o trochę mniej, co sprawia, że podłoga jest przekrzywiona. Schody także ustawiono krzywo, ale w drugą stronę – praktycznie nie można po nich wejść bez trzymania poręczy. W środku rozbrzmiewają dźwięki statku trzęsącego się pod wpływem fal. To wszystko sprawia, że zwiedzający ma zaburzoną równowagę, nawet niektórzy się przewracają. Co ciekawe, niewidomi reagują na to otoczenie tak samo jak widzący, co potwierdza przypuszczenie, że wrażenia wzrokowe nie decydują o zaburzeniu równowagi. Myślę, że każdy powinien doświadczyć takich nietypowych zjawisk – zapraszam do odwróconego statku! W Łebie znajduje się jeszcze odwrócony dom, w którym błędnik zachowuje się tak jak w statku, ale nie warto go odwiedzać, ponieważ wygląda o wiele gorzej.

Podsumowując, bardzo polecam odwiedzenie Sea Parku w Sarbsku. Znajduje się tam wiele atrakcji, każdy znajdzie dla siebie coś ciekawego. Najbardziej podobał mi się odwrócony statek, ale to tylko moje zdanie. Nie opisałem wszystkiego, co znajduje się w parku, ponieważ musiałbym napisać o tym osobny artykuł, a w ten sposób ukryłem kilka atrakcji, które dla przyszłego turysty będą niespodzianką.

Sea Park Łeba nie jest dostosowany dla niewidomych. Jako przykład podam wystawę latarni morskich – czy naprawdę warto odgradzać modele latarni? Czy naprawdę niewidomi zniszczyliby te eksponaty? Oczywiście są to pytania retoryczne. Są także proste rozwiązania – na przykład można wyłączyć niepotrzebną muzykę, która zagłusza zwierzęta w trakcie pokazów.

Łebskie Klocki

Łebskie Klocki to wystawa budowli stworzonych z klocków Lego. Znajdują się tam m.in. pojedyncze budynki i całe miasta, pojazdy oraz roboty, którymi można sterować. Klocki to zabawka, ale dzięki tej wystawie można spojrzeć na nie inaczej – profesjonaliści potrafią stworzyć ciekawe rzeczy, które wyglądają jak prawdziwe budowle w skali. Osobiście bardzo szanuję ludzi, którzy potrafią wykonać coś świetnie wyglądającego za pomocą czegoś niepozornego. Oczywiście najbardziej podobał mi się robot układający kostkę Rubika, chociaż akurat w środku ułożenia się zaciął… Na pewno był to tylko nieszczęśliwy wypadek, zwykle robot wykonuje całe ułożenie.

W tym przypadku także można napisać o niedostosowaniu wystawy dla niewidomych – wszystkie eksponaty poza robotami są trzymane w gablotach, a osoby z wadami wzroku prawie nic nie mogą dotknąć.

Podsumowując, polecam odwiedzić Łebę każdemu – głównie ze względu na wcześniej wspomniane atrakcje. Oczywiście nie można też zapomnieć o spacerze na plaży (lepiej nie wchodzić do wody, ponieważ w tym mieście zwykle jest o wiele zimniej niż w reszcie kraju), czy o zjedzeniu świeżych ryb z Morza Bałtyckiego.

Obsługa osób z niepełnosprawnością

Osoby z niepełnosprawnością, zapytane czym jest dla nich dostosowany obiekt, odpowiadają jednomyślnie. Oprócz zniesienia barier architektonicznych, możliwości samodzielnego poruszania się po budynkach, swobodnej komunikacji, niezwykle istotna jest jakoś obsługi. Obiekt dostępny dla osób niepełnosprawnych cechuje się m.in. profesjonalną obsługą, podczas której osoba z dysfunkcją nie jest i nie czuje się dyskryminowana, ale jest traktowana na równi z pełnosprawnymi. Osoby te napotykają jednak na wiele niewłaściwych zachowań, zakłopotania i braku wiedzy jak udzielić pomocy. Brak doświadczenia i reakcji na potrzeby osoby z niepełnosprawnością nie mogą być przyczyną nieprawidłowej obsługi. Czy Państwa instytucja, bank, uczelnia, zakład pracy jest dostępny dla osób z niepełnosprawnością? Czy Państwa pracownicy wiedzą, jak obsłużyć osoby z niepełnosprawnością? Czy wiedzą w jaki sposób prawidłowo pomagać? Fundacja Szansa dla Niewidomych, wychodząc naprzeciw potrzebom, przeprowadza szkolenia z zakresu obsługi osób z niepełnosprawnością.

Korzyścią uczestnictwa w takim szkoleniu jest zbudowanie wizerunku miejsca, które jest otwarte i wspiera osoby z niepełnosprawnością. Niewątpliwie wzrośnie satysfakcja osób z jakości obsługi klienta w miejscu, które jest kompleksowo do tego przygotowane. Celem szkoleń jest zdobycie wiedzy z zakresu profesjonalnej jakości w obsłudze osób z niepełnosprawnościami. Szkolenia są przeznaczone dla pracowników instytucji, zakładów pracy, banków, szkół, uczelni, placówek medycznych, hoteli, mediów, którzy mają bezpośredni kontakt z osobami z niepełnosprawnością. Dodatkowo odbiorcami szkolenia mogą być wszystkie instytucje, które chcą zwiększyć swoją świadomość i umiejętność pracy z osobami z dysfunkcjami. W trakcie szkolenia uczestnicy dowiedzą się jak szybko, sprawnie i profesjonalnie obsłużyć klientów niepełnosprawnych. Uzyskają wiedzę jak poprawnie komunikować się i pomagać klientom z różnymi dysfunkcjami. Zdobędą praktyczne umiejętności ułatwiające obsługę, tj. jak wskazać pokój i poprowadzić do niego, jak wskazać miejsce do siedzenia, w jaki sposób podpisać dokumenty, jak przeczytać umowy. Dowiedzą się jak zadawać pytania, jakich słów używać, jak sprawić, aby żadna ze stron nie czuła się niekomfortowo. Uczestnicy poznają zasady savoir-vivre w kontakcie z osobami z różnymi dysfunkcjami. Nauczą się w jaki sposób reagować w sytuacjach niestandardowych.

Zajęcia są prowadzone w ciekawej, warsztatowej formie. W programie znajduje się m.in. tematyka dotycząca niepełnosprawności, barier i stereotypów; podstawowych zasad w kontaktach z osobami niepełnosprawnymi; zasad kontaktu, pomocy i obsługi osób niewidomych i niedowidzących, niepełnosprawnych ruchowo, niesłyszących i niedosłyszących oraz osób z innymi niepełnosprawnościami. Bardzo duży nacisk kładziemy na obsługę osób z niepełnosprawnościami sensorycznymi.

W jaki sposób najlepiej przybliżyć problematykę dysfunkcji wzroku? Uczestnicy mają możliwość skorzystania z symulatorów wad wzroku, gdzie poznają różne dysfunkcje. Następnie mając zasłonięte oczy sami próbują przejść w określone miejsce, samodzielnie nalać wodę do szklanki, odczytać wiadomość na telefonie. Przeprowadzane są praktyczne ćwiczenia dotyczące zasad kontaktu na różnych etapach obsługi, dostosowane do specyfikacji danego miejsca. W jaki sposób poprowadzić osobę niewidomą do wyznaczonego miejsca, jak dać dokumenty do podpisania, jak opowiedzieć o ekspozycji, jak wydać pieniądze. Prezentowane są też rozwiązania ułatwiające codzienne funkcjonowanie oraz nowoczesne technologie informatyczne dla osób z dysfunkcją wzroku.

Wykładowcy to zespół wykwalifikowanych specjalistów, twórców praktycznych rozwiązań, posiadających doświadczenie we współpracy z osobami niepełnosprawnymi. Co ważne, szkolenie prowadzą również osoby niewidome i niedowidzące, które w wiarygodny i kompetentny sposób przekazują wiedzę. Szkolenia prowadzone są na terenie całej Polski, w miejscach wyznaczonych przez Fundację lub w Państwa siedzibie.

A jak przekazać wiedzę tym najmłodszym, żeby było ciekawie i zrozumiale? Mamy na to również sposób! Dla przedszkoli i pierwszych klas szkół podstawowych zostały przygotowane bajki z audiodeskrypcją. To innowacyjny program łączący zabawę z nauką. Ma na celu promowanie pozytywnych postaw wobec osób niewidomych i niedowidzących, wczucia się w ich świat, poznania problemów, z którymi się stykają i wskazania prostych sposobów w jaki sposób pomagać. Na początku dzieci oglądają bajkę z audiodeskrypcją – przez część seansu mają zawiązane oczy. Następnie dowiedzą się w jaki sposób osoby z dysfunkcją wzroku sprawdzają kolory, nalewają wodę do szklanki, korzystają z komputera i telefonu, czytają książki. Dzieci będą również mogły zasłonić oczy i wykonać kilka prostych czynności. Dowiedzą się jak zachować się w konkretnych sytuacjach w kontakcie z osobą niewidomą, jak pomóc. Za pomocą ciekawych materiałów pokażemy jak pisać i czytać za pomocą alfabetu brajla. Uczmy prawidłowych postaw już od najmłodszych lat! Dla nieco starszych dzieci i młodzieży przygotowaliśmy lekcję o niepełnosprawności. Celem jest promowanie pozytywnych postaw wobec osób niepełnosprawnych, wczucia się w ich świat, poznania problemów, z którymi się stykają i wskazania jak prawidłowo się zachowywać. Aktywne uczestnictwo w warsztatach ułatwi kontakt z osobami niepełnosprawnymi, rozszerzy pojęcie tolerancji i akceptacji, a nabyte umiejętności pozwolą efektywnie udzielać pomocy osobom w potrzebie.

Zachęcamy do skorzystania z bogatej oferty szkoleniowej. Serdecznie zapraszamy do kontaktu z centralą Fundacji oraz tyflopunktami zlokalizowanymi w całej Polsce.

Czy Wrocław jest przyjazny niewidomym turystom?

Wrocław – stolica Dolnego Śląska, jedno z najludniejszych, najbardziej różnorodnych pod względem etniczno-kulturowym miast w Polsce, ale też jedno z najchętniej odwiedzanych przez turystów. Także niepełnosprawnych, w tym tych mających kłopoty ze wzrokiem. Nic w tym dziwnego, bo przecież niewidomi też lubią zwiedzać ciekawe zakątki kraju i świata, tym bardziej, jeśli są one dostosowane do ich potrzeb, a trzeba uczciwie przyznać, że Wrocław, przynajmniej w niektórych aspektach, jest otwarty na niewidomych. Sam przez dwa tygodnie miałem przyjemność przebywać w tym mieście, będąc uczestnikiem projektu „Aktywna Integracja w Szczecinie”. Dzięki temu miałem możliwość zapoznania się z przynajmniej częścią atrakcji turystycznych Wrocławia i ich przystosowaniem do potrzeb osób niewidomych oraz niedowidzących.

„Czy to bajka, czy nie bajka, myślcie sobie jak tam chcecie. A ja przecież wam powiadam: krasnoludki są na świecie” – pisała niegdyś Maria Konopnicka. Jednym z miast, które nieodłącznie się z nimi kojarzą, jest właśnie Wrocław. To na ten symbol zwrócono nam uwagę w pierwszej kolejności. Do krasnali publicznych dołączają komercyjne, a ich liczba ciągle rośnie. Podawana jest już nie w dziesiątkach, a setkach. Wywodzą się one z Pomarańczowej Alternatywy. Był to antykomunistyczny, happeningowy ruch, powstały w latach 80-tych we Wrocławiu, a jego symbolem były właśnie krasnoludki. Obecnie w stolicy Dolnego Śląska można je spotkać niemal na każdym kroku. Są nawet krasnale niepełnosprawne – na wózku, niewidomy czy głuchoniemy. Stanowią ciekawą atrakcję, która wyróżnia miasto. Dla poszukiwaczy krasnali są dostępne specjalne mapy czy aplikacja na telefon, dzięki którym można podążać ich szlakiem.

Dzięki makietom, które stoją przed najważniejszymi budynkami Wrocławia, niewidomi nie muszą sobie już tylko ich wyobrażać, ale mają możliwość dotknięcia i zapoznania się z ich szczegółami. Dotyczy to chociażby wrocławskiego ratusza, Hali Stulecia, w której odbywa się wiele sportowych imprez na międzynarodowym poziomie, odnowionego dworca PKP czy katedry wrocławskiej. Makiety są metalowe, często przy nich występują napisy w brajlu, dzięki czemu niewidomi mogą nie tylko dotknąć w całości dany obiekt, ale także zapoznać się z krótkimi informacjami na jego temat.

Audiodeskrypcja to kolejny sposób, aby ułatwić poznawanie nowych miejsc niewidomym. We Wrocławiu jest ona dostępna przy oglądaniu Panoramy Racławickiej. O ile sama idea jest słuszna, o tyle w tym konkretnym przypadku rozwiązanie to akurat mi nie przypadło do gustu. Niestety, opis dzieła przeznaczony stricte dla niewidomych mieszał się z ogólnym opisem, który wydobywał się z głównego głośnika. Miałem wrażenie, że opis i dodatkowe smaczki towarzyszące bitwie pod Racławicami były ciekawsze niż sam suchy opis płótna. Ponoć audiodeskrypcja dostępna jest również we wrocławskim zoo. Byłem w nim, zwiedzałem, słuchałem odgłosów afrykańskich zwierząt, głaskałem kozy i owce, ale jakoś na audiodeskrypcję się nie natknąłem – może wynikało to po prostu z niewiedzy naszych przewodników.

Spore wrażenie zrobiła na mnie wizyta w Centrum Historii Zajezdnia. Może nie każdy lubi cofnąć się do przeszłości, ale akurat nasza grupa trafiła na bardzo ciekawie opowiadającego przewodnika. Pani była też dla nas bardzo wyrozumiała. Mogliśmy wiele eksponatów dotknąć, co nie zdarza się wszędzie. Mimo że z historią Wrocławia spędziliśmy ponad trzy godziny, to zupełnie tego nie odczuliśmy. Korzystaliśmy także z innych atrakcji klasycznych, by chociażby wspomnieć wizytę w Sky Tower. Niby dla niewidomego to żadna atrakcja, bowiem i tak nie będzie podziwiał panoramy miasta z wysokości ponad 200 metrów, ale już samo ciśnienie w uszach, które pojawiło się w trakcie jazdy windą, dawało wyobrażenie o tym jak wysoki jest budynek. Przejechaliśmy się również popularną Polinką, ale była to raczej ciekawostka, a nie już jakaś większa atrakcja. Oczywiście odwiedziliśmy również stadion, który był jedną z aren mistrzostw Europy w 2012 roku. Dowiedzieliśmy się, że są na nim miejsca przystosowane dla niepełnosprawnych, a nawet stanowiska, na których można słuchać meczów z audiodeskrypcją.

We Wrocławiu moją uwagę zwróciła wielokulturowość, szczególnie na Rynku. O ile nie mogłem jej dostrzec w aspekcie wizualnym, to uwidoczniła się przez różne języki, które można było usłyszeć wokół. Różnorodność widoczna była także w pobliżu rynku, a dokładniej w Dzielnicy Czterech Świątyń, w której na niewielkim obszarze zgromadzone są: rzymsko-katolicki kościół św. Antoniego z Padwy, ewangelicko-augsburski kościół Opatrzności Bożej, synagoga Pod Białym Bocianem, a także prawosławny sobór Narodzenia Przenajświętszej Bogurodzicy. Wrocławski Rynek i jego okolice to bardzo klimatyczne, tętniące życiem miejsce, którego w Szczecinie trochę brakuje. Niemniej jednak nie ukrywam, że w tym magicznym miejscu brakowało mi trochę punktów odniesienia, które są tak istotne dla osób niewidomych i niedowidzących. Zlewające się ze sobą szeregi podobnych uliczek powodowały, że trudno byłoby mi się tam odnaleźć bez pomocy osoby widzącej.

Dla niewidomych został przystosowany nowy dworzec PKP, który obecnie może być wizytówką Wrocławia. Bez większego problemu poruszaliśmy się też komunikacją miejską, w której wewnętrzne zapowiedzi informowały nas o nazwach poszczególnych przystanków. Niby to taka oczywistość, ale nawet w Szczecinie, w którym mieszkam na co dzień, częściej obecnie można spotkać milczący autobus lub tramwaj niż taki, w którym emitowane są sygnały głosowe. We Wrocławiu podobały mi się też takie uskoki, pewnego rodzaju niecki, które informowały o przejściu dla pieszych. To bardzo praktyczne rozwiązanie, choć jeszcze dość rzadko spotykane. Natomiast w miejscach, w których się poruszaliśmy, trochę brakowało mi ścieżek dla niewidomych i pól uwagi. Być może w niektórych miejscach są, ale jakoś nie rzuciły mi się w oczy, a ściślej rzecz biorąc – nie wpadły pod białą laskę.

Niemniej jednak dwutygodniowy pobyt we Wrocławiu uważam za bardzo udany. Zwiedziłem dużą część atrakcji, zwracając uwagę na kwestie ich dostępności dla niewidomych. Według mnie stolica Dolnego Śląska zrobiła sporo, by stać się miastem przyjaznym niewidomym, ale nigdy nie jest idealnie, zawsze można coś poprawić. Ważne jest to, że włodarze miasta dostrzegają potrzebę zwiększania dostępności miasta dla niepełnosprawnych, że coraz chętniej sięga się po audiodeskrypcję, że makiety popularnych budynków zaczynają wyrastać jak grzyby po deszczu, że pojawiają się tabliczki z opisami w brajlu. To wszystko sprawia, że miejski krajobraz staje się bardziej przyjazny osobom niewidomym. A przecież mamy niesprawny tylko jeden ze zmysłów. Świat i otoczenie postrzegamy pozostałymi zmysłami. Dzięki nim chcemy zwiedzać, słuchać, dotykać, a we Wrocławiu jest taka możliwość. Tak więc jeśli ktoś z Was – drodzy Czytelnicy – będzie miał okazję, to nie wahajcie się, zwiedzajcie Wrocław, bo można w nim miło i ciekawie spędzić czas.

Lotnisko

To było dziwne lotnisko. Byłem jednym z nielicznych pasażerów, którzy po całonocnym rejsie z południowej Azji przesiadali się tu do samolotów lecących w głąb kontynentu. Był wczesny ranek. Za kilka godzin miałem odlecieć na wschód, do mojej Ojczyzny. Przy drzwiach samolotu żegnał mnie rząd służbowo uśmiechniętych stewardes. Ukłoniłem się im uprzejmie, podziękowałem za wspólny lot i wszedłem w głąb rękawa. Po chwili stałem przy zautomatyzowanym stanowisku kontroli dokumentów. Wsunąłem w szparę paszport i bilet, podstawiając równocześnie twarz pod oko kamery. Po sekundzie głośnik umieszczony w pulpicie wypowiedział w moim ojczystym języku komunikat, który równocześnie pojawił się na ekranie wielkiego monitora: ”Pański samolot odleci za pięć godzin i dwadzieścia jeden minut z terminalu T9. Aby się tam dostać, proszę skorzystać z lotniskowej kolejki, do której trafi pan po przejściu przez stanowisko kontroli bezpieczeństwa. Proszę nie zapomnieć o wzięciu dokumentów i karty identyfikacyjnej”. Ze szpary wysunął się mój paszport, bilet i niewielka plastikowa płytka z trójwymiarową fotografią mojej twarzy. Pod spodem widniał napis: ”Ta karta pozwala korzystać ze wszystkich możliwości oferowanych przez lotnisko, życzymy przyjemnego pobytu”. W tej samej chwili na ścianie po mojej prawej stronie, pojawił się napis ”Kontrola bezpieczeństwa” i półprzezroczysta pancerna płyta odsunęła się bezgłośnie, ukazując niewielkie, jasno oświetlone pomieszczenie. Wszedłem… Ściana zamknęła się za mną. Przez chwilę niewidzialne promienie penetrowały moje ciało i bagaż w poszukiwaniu broni, narkotyków i materiałów wybuchowych. Kontrola wypadła pomyślnie, bo na ścianie przed moją twarzą zabłysnął zielony napis ”Wyjście” i płyta bezszelestnie odsunęła się, ukazując pustą, rzęsiście oświetloną salę. W jednej ze ścian zauważyłem kolejną szklaną taflę, na której napis głosił: ”Kolejka lotniskowa przyjedzie za 124 sekundy, jeśli chcesz wsiąść, włóż identyfikator do otworu”. Włożyłem. W odpowiedzi pojawił się zielony napis: ”Kolejka dojedzie do terminalu T9 po czterech minutach i trzydziestu dwóch sekundach.” Poniżej pojawiły się litery w ostrzegawczym żółtym kolorze: ”Sprawdź czy masz ze sobą wszystkie należące do ciebie bagaże i przedmioty”. Po chwili za szybą przesunęły się światła i ściana odsunęła się, ukazując wnętrze komfortowo urządzonego wagonu. Wszedłem. Szklana tafla zasunęła się automatycznie i wagon ruszył.

Gdy wysiadłem, znalazłem się w obszernym korytarzu zalanym światłem, którego kolor do złudzenia przypominał blask pogodnego, słonecznego dnia. Postanowiłem się przejść i zorientować w sytuacji. Mam przecież kilka godzin, które trzeba jakoś wykorzystać. Po obu stronach szerokiego jak ulica korytarza, ciągnęły się rzędy ekskluzywnych wolnocłowych sklepów, w których zakupów można było dokonywać posługując się kartami kredytowymi. Sklepy wyglądały na zamknięte. Czy to z powodu wczesnej pory? Jest dopiero parę minut po szóstej rano. No i przecież dzisiaj niedziela! Że też o tym nie pomyślałem. Szkoda, kupiłbym coś dla żony… Na próbę pchnąłem drzwi perfumerii. O dziwo ustąpiły. Wszedłem do środka. Zaopatrzenie znakomite. W maleńkich szklanych kasetkach lśnią wielobarwnymi refleksami kryształowe buteleczki najlepszych francuskich, amerykańskich i angielskich perfum. Jest kolekcja Diora i Giorgio Armani. Są wody po goleniu firmy Hugo Boss i dezodoranty Sun Flowers. Włożyłem do szpary moją kartę kredytową i dotknąłem kasetki, w której znajdowała się buteleczka perfum Paco Rabanne. Szybka odchyliła się i równocześnie z karty kredytowej automatycznie pobrana została należność. „A więc tak to się tu odbywa” – pomyślałem, wkładając perfumy do teczki. Wyszedłem. Trochę dalej znajdował się bar samoobsługowy. Napis na szybie głosił, że jest to bezpłatny bar lotniskowy i że korzystać z niego mogą wszyscy pasażerowie tranzytowi. Wystarczy tylko wsunąć do szczeliny swoją kartę identyfikacyjną. W pierwszej chwili zamierzałem pójść dalej, zwłaszcza, że tuż przed wylądowaniem zjadłem obfite śniadanie. Nagle dostrzegłem przygarbioną postać starego mężczyzny, gestem ręki przyjaźnie zapraszającego mnie do środka. Był to pierwszy człowiek, którego zauważyłem od momentu przejścia przez pomieszczenie kontroli bezpieczeństwa. Nie śpiesząc się, skierowałem swoje kroki w kierunku wejścia do baru. Drzwi rozsunęły się przede mną i zasunęły po moim wejściu. Podszedłem do siedzącego przy barze mężczyzny. Miał spokojną, poważną i chyba trochę smutną twarz. Zauważyłem od razu, że jego cera jest blada i niezdrowa, tak jakby od bardzo długiego czasu nie wychodził na świeże powietrze.

– Dobry wieczór panu – powiedział ni w pięć ni w dziewięć.

– Chyba raczej dzień dobry – odpowiedziałem z uprzejmym uśmiechem.

– Co za różnica? – odparł znużonym głosem – tu na lotnisku każda pora jest taka sama…

– Długo pan czeka na swój lot? – spytałem, by odmienić nieco nostalgiczną atmosferę rozmowy.

– O tak… – odpowiedział z zadumą – bardzo długo… Zjemy coś? – spytał nagle, a w jego wyblakłych oczach pojawiło się ożywienie – tu wszystko jest bezpłatne, o ile jest się pasażerem tranzytowym oczywiście. Niech pan włoży swoją kartę identyfikacyjną i zaraz wybierzemy jakieś dania.

Włożyłem… Na ciekłokrystalicznym ekranie przymocowanym do baru wyświetlone zostało menu. Mężczyzna wyciągnął rękę i palcem dotknął kilku pozycji. Po chwili uchyliła się klapka w blacie i na stół wypchniętych zostało kilka kolorowych pojemników z potrawami, sztućce owinięte w serwetkę, torebki i słoiczki zawierające przyprawy oraz niewielkie buteleczki czerwonego wytrawnego wina. Mężczyzna zabrał się do jedzenia, ja zaś odnalazłem na ekranie pozycję ”Johnnie Walker Black Label”, którą dotknąłem palcem i po paru sekundach na blacie baru pojawiła się buteleczka, pojemnik z lodem, puszeczka wody sodowej Perrier i niska, pękata, grubodenna szklaneczka. Z przyjemnością nalałem sobie whisky i wrzuciłem lód. W powietrzu rozszedł się ostry zapach trunku. Skosztowałem… W pierwszej chwili smak wydał mi się sztuczny, ale to na pewno było tylko złudzenie. Spróbowałem jeszcze raz. Tak, to musiała być oryginalna szkocka whisky, zresztą tu, na lotnisku wszystko jest w najlepszym gatunku, więc chyba niemożliwe, żeby ten trunek był po prostu syntetyczny.

– Wie pan – zwróciłem się do mężczyzny, który na dźwięk głosu odwrócił ku mnie swą spokojną, okoloną siwiejącą brodą twarz – imponuje mi sposób organizacji tego lotniska. Wydaje mi się, że wszystko jest tu tak dalece zautomatyzowane, że personel jest w zasadzie niepotrzebny. Prowadzi to, jak sądzę, do wielkiej redukcji kosztów utrzymania lotniska.

– Tak, ma pan rację – odpowiedział z namysłem – dzięki niesłychanemu rozwojowi techniki, ludzie zostali wyeliminowani. Jedyne, z czym się nie mogę zgodzić, to to, że lotnisko jest zautomatyzowane. Ono jest po prostu automatyczne. Tu nie pracuje ani jeden człowiek. Jak pan wie, lotnisko jest największe na kontynencie i dziennie lądują tu setki, a może nawet tysiące samolotów. Każdy z nich pozostawia pasażerów tranzytowych, a następnie tankuje najlepszą lotniczą benzynę z ogromnych zbiorników. Paliwo dopływa do nich bezpośrednio z rafinerii, połączonej rurociągiem z szybami naftowymi i zasilanej przez elektrownię jądrową, w której zapas plutonu wystarczy jeszcze na wiele lat pracy. W pobliżu znajdują się też ogromne, całkowicie zautomatyzowane zakłady chemiczne, produkujące wszystko to, co potrzebuje lotnisko, począwszy od topionych serków i wina, a skończywszy na perfumach i tekstyliach.

– Czy to możliwe? – zadumałem się podnosząc do ust szklaneczkę whisky, której smak i zapach wydały mi się bardziej syntetyczne niż na początku.

– Co więcej – ciągnął dalej starzec – w pobliskim mieście, które jeszcze przed kilku laty było wspaniałą wielomilionową metropolią, będącą symbolem nowoczesności i postępu technicznego, nikt dzisiaj nie mieszka. Zresztą niech pan weźmie kilka gazet – powiedział, wskazując mi stojak – to sam pan zobaczy.

Podszedłem bliżej i na chybił trafił wyciągnąłem parę czasopism. Każde z nich miało pięknie wydrukowaną wielobarwną stronę tytułową z dzisiejszą datą. Po niej następowały zupełnie puste, choć ponumerowane strony. Tylko gdzieniegdzie widać było nagłówki: ”Wiadomości sportowe” lub ”Program telewizyjny”, a dalej nie następował żaden tekst.

– Sam pan widzi – odezwał się z satysfakcją mój rozmówca – drukarnia jest źle skonfigurowana i stale produkuje czasopisma, mimo że nie ma już ani dziennikarzy piszących artykuły, ani czytelników. Komputerowa sieć podająca treść artykułów przeznaczonych do druku milczy, lecz maszyny drukarskie pracują nadal pełną parą i system dystrybucji działa także bez zarzutu.

– Jak do tego doszło? – spytałem wykorzystując moment, gdy mężczyzna zamilkł nalewając sobie kolejną szklaneczkę Bordeaux – rocznik 1934.

– Ach, jaki wspaniały bukiet – zachwycał się przez chwilę – podobno w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym czwartym lato było szczególnie słoneczne i dlatego wina z tego rocznika mają niepowtarzalny aromat. Widzi pan – ciągnął dalej – po okresie burzliwego rozwoju technicznego zaczęto przeprowadzać redukcje zatrudnienia. Wielu ludzi znalazło się ”na bruku”. Pozostałych zatrudniono w niepełnym wymiarze godzin. Po jakimś czasie okazało się, że z punktu widzenia ekonomiki procesu produkcyjnego ludzie są zbędni. Ich praca była po prostu zbyt droga w porównaniu z pracą automatów. Zaczęto więc wypłacać bardzo wysokie renty i zasiłki. Ludzie wydawali pieniądze garściami. I wtedy właśnie nawiedziła miasto potężna fala samobójstw. Wkrótce po niej nastąpił gwałtowny rozwój chuligaństwa i bandytyzmu, i wreszcie ogromny exodus ludności w kierunku słabo rozwiniętych południowych i wschodnich krajów. Ludzie poszukiwali miejsc, w których mogliby się osiedlić, pracować uczciwie i żyć skromnie, ale za to mieć poczucie własnej wartości i przydatności. Bo widzi pan… człowiek może wytrzymać bardzo długo w nieskończenie trudnych warunkach, nie może jednak czuć się niepotrzebny. Stąd biorą się różne choroby społeczne i w końcu ucieczka. Tak, proszę pana, człowiek nie może żyć bez nadziei i poczucia sensu.

– Ale pan przecież został? – powiedziałem, przyglądając się jego siwiejącej brodzie. Skąd ja znam ten kształt brody?… – zastanawiałem się… Musiałem ją widzieć na którymś z obrazów Rembrandta, przedstawiających proroków Starego Testamentu… Nie, to może być raczej Mojżesz Michała Anioła… Zresztą wszystko jedno.

– Ja zostałem – powiedział mężczyzna – bo ktoś musi zostać, by dać świadectwo prawdzie. I – jakby domyślając się moich skojarzeń, spytał:

– Czy pan myśli, że czas proroków już minął? Za dawnych czasów prorocy byli potrzebni, bo nauka i związana z nią wiedza nie były dostatecznie rozwinięte. Potem wydawało się, że wiedza może zastąpić prawdę. A dzisiaj, gdy rozwój nauki i techniki zaszedł tak daleko, że zagraża podstawowym potrzebom ludzi, przychodzi znowu czas proroków… Ktoś musi ostrzegać. Inaczej wszystko może stracić sens.

Zauważyłem, że jego oczy są białe jak mróz.

– Tak… Tak! Przychodzi czas proroków; inaczej się nie obronimy… – powiedział podsumowując.

W tym momencie naprzeciw mojej twarzy odezwał się ukryty w ścianie głośnik. Syntetyczny kobiecy głos zapowiedział odlot mojego samolotu i zażądał, by pasażerowie tranzytowi niezwłocznie stawili się przy wyjściu. Niespiesznie dopiłem whisky i wstałem, rozprostowując kości.

– No, na mnie już czas – powiedziałem – muszę lecieć. Będę pamiętał wszystko, o czym pan mówił – dodałem, serdecznie ściskając podaną mi dłoń. – Za dwie godziny znajdę się w normalnym kraju, wśród normalnych ludzi, otoczony przez moją rodzinę, za którą się bardzo stęskniłem.

– Szczęśliwy pan jest – powiedział prorok, a jego oczy pogłębiły się nagle i w otwierającej się przestrzeni dojrzałem na moment bezmiar cierpienia i ogromny ciężar proroctwa, który musiał dźwigać. Z ulgą wyszedłem na rozświetlone sztucznym, słonecznym światłem korytarze i pośpieszyłem do odlatującego na wschód samolotu.

Słoikowa owsianka

Śniadania to trudny temat. Rano jest zawsze za mało czasu na przygotowanie czegoś pożywnego, a nawet jeśli czas się znajdzie, to będąc jeszcze na wpół śpiącym trudno pomyśleć z czego to śniadanie zrobić, żeby było zdrowe.

Tymczasem, od tego co zjemy w pierwszej części dnia, zależy jak dobrze będziemy w stanie skoncentrować się w pracy i szkole, bronić przed niekorzystnym wpływem środowiska i czyhającymi infekcjami, a w dłuższej perspektywie – zachować dobry stan zdrowia na lata.

Długo nie potrafiłam znaleźć satysfakcjonującego sposobu na śniadania. Kanapki po nocy w lodówce i kolejnych kilku godzinach w teczce czy plecaku przypominają wilgotną gąbkę, a dodatki, takie jak pomidor, lubią wypadać w trakcie jedzenia.

Niektórzy radzą sobie kupując gotowe śniadanie w drodze do pracy. Można kupić pączka za złotówkę naładowanego pustymi kaloriami lub, teoretycznie zdrowsze, gotowe sałatki – rzadko smaczne, a prawie zawsze składające się z kiepskiej jakości składników. Zdrowe kanapki dostępne w niektórych sklepach i kawiarniach kosztują fortunę. Można też pójść na łatwiznę i kupić coś w jednym z fast-foodów, ale to znowu są puste kalorie. Chcąc nie chcąc przez długi czas miałam do wyboru jedynie pączka, rozmiękczoną kanapkę albo… czekanie na obiad. Do czasu aż odkryłam na nowo owsiankę.

Moi znajomi na hasło „owsianka” zaczynają się krzywić i patrzeć z niedowierzaniem jak coś tak okropnego może być dla mnie rozwiązaniem problemu ze śniadaniem. Nie chodzi mi jednak o owsiankę znaną ze szkolnej stołówki z lat osiemdziesiątych – szarą maź bez smaku. Słoikowa owsianka, jak lubię ją nazywać, smakuje lepiej niż pączki i jest naładowana prozdrowotnymi składnikami, które, wydawałoby się, trudno połączyć w jednym posiłku. Jest też niedroga, a do tego da się ją przygotować w minimalnym stopniu używając wzroku, albo nawet w ogóle bezwzrokowo. W dalszej części artykułu wyjaśnię jak to zrobić używając kilku prostych akcesoriów. Teraz natomiast przedstawię składniki, z których składa się owsianka.

Płatki owsiane

Półkilogramowa paczka płatków owsianych wystarczająca na pięć porcji owsianki kosztuje około dwóch – trzech złotych, a dostarcza mnóstwo korzyści zdrowotnych. Podobnie jak w przypadku innych produktów pełnoziarnistych, codzienne jedzenie płatków pomaga kontrolować poziom cholesterolu i cukru we krwi, obniża ryzyko chorób serca i wspomaga pracę jelit. Zawarty w nich błonnik sprawia, że długo czujemy się najedzeni, a węglowodany zawarte w posiłku są wchłaniane stopniowo.

W odróżnieniu od innych produktów pełnoziarnistych, owies zawiera unikatowe awenantramidy, nie występujące w żadnych innych pokarmach. Są one kategorią substancji przeciwzapalnych, którym przypisuje się między innymi zdolność łagodzenia podrażnień skóry. Płatki owsiane są też dobrym źródłem manganu, cynku i białka.

W sklepach płatki owsiane występują najczęściej w dwóch wariantach – górskie i błyskawiczne. Jedne i drugie nadają się do słoikowej owsianki. Najlepiej wypróbować obie wersje i sprawdzić, które bardziej nam smakują. Płatki owsiane błyskawiczne są drobniejsze. Owsianka z ich dodatkiem będzie miała gładszą konsystencję niż jeśli użyjemy płatków górskich.

Banan

Wbrew powszechnej opinii o nieprzeciętnej wartości odżywczej bananów, wypadają one blado przy pozostałych owocach słoikowej owsianki. Owszem, są bardzo dobrym źródłem witaminy B6 i niezłym – manganu i potasu, ale istnieją też lepsze źródła tych składników.

Niemniej to banany nadają naszej owsiance słodki, kremowy smak – dlatego są jej nieodzownym elementem. Owsianka będzie tym słodsza, im bardziej dojrzałego banana użyjemy – powinien być miękki, całkowicie żółty lub wręcz brązowawy. Jeśli masz pod ręką nieco przejrzałego banana, który jest już za miękki na samodzielną przekąskę, koniecznie dodaj go do owsianki.

Owoce jagodowe

Jeżyny, jagody, borówki, maliny, porzeczki, truskawki, wiśnie, czarne i czerwone winogrona są określane jako najzdrowsze z owoców. Nadają owsiance fantastyczny smak i sprawiają, że syci na dłużej bez zbędnych kalorii. Ich intensywne barwy mają za zadanie wabić roślinożerne zwierzęta, które pomagają w rozsiewaniu nasion. Równocześnie barwniki odpowiedzialne za atrakcyjny wygląd tych owoców nadają im również silne właściwości przeciwutleniające.

Wiele groźnych chorób, takich jak miażdżyca, zaćma, nowotwory złośliwe, jest często następstwem uszkodzeń dokonanych w komórkach organizmu przez wolne rodniki. Środkiem obronnym przeciwko ich działaniu są właśnie przeciwutleniacze. Badania mające na celu znalezienie naturalnych źródeł przeciwutleniaczy wykazały, że wiele wcześniej niedocenianych substancji zawartych w produktach pochodzenia roślinnego, między innymi owocach jagodowych, ma istotne właściwości przeciwutleniające.

Świeże owoce jagodowe przez znaczną część roku są niedostępne albo drogie. Co wtedy? Można je z powodzeniem zastąpić owocami mrożonymi, ponieważ mrożenie nie powoduje dużego ubytku składników odżywczych. Mrożone truskawki lub porzeczki można kupić w dowolnym supermarkecie o każdej porze roku. Dla osób, które mają wolne miejsce w zamrażarce i kogoś do pomocy przy przygotowaniu owoców, korzystnym rozwiązaniem może być samodzielne mrożenie owoców w sezonie, kiedy są najtańsze.

Mrożone owoce są też najwygodniejsze w użyciu. Nie psują się i nie musimy się martwić, że przegapimy uszkodzony lub pleśniejący owoc albo nie damy rady usunąć szypułek i zanieczyszczeń.

Suszone owoce są niezłym wyborem, jeśli nie zawierają dodatkowego cukru i konserwantów. Warto pamiętać, że zawierają więcej kalorii na 100 gramów, ponieważ składniki odżywcze nie są „rozcieńczone” wodą, jak w owocach świeżych lub mrożonych.

Orzechy i nasiona

Nie można jeść ich za dużo, ale jedną garść dziennie – warto. Dostarczają zdrowych tłuszczów, dzięki czemu posiłki z ich dodatkiem są bardziej sycące. Tłuszcze pomagają też przyswajać cenne składniki odżywcze – na przykład luteinę i zeaksantynę odgrywającą ważną rolę ochronną przeciwko zwyrodnieniu plamki żółtej, jednej z najczęstszych przyczyn utraty wzroku na świecie (więcej na ten temat napiszę w kolejnym artykule).

Do owsianki najlepiej użyć mieszanki orzechów i nasion, ale może to być też jeden ich rodzaj, np. włoskie, laskowe, nerkowce, pistacje (koniecznie bez soli!). Świetnie sprawdzają się też pestki słonecznika, dyni, sezam i migdały. Paczkowane orzechy w sklepach sporo kosztują. Na szczęście do owsianki nie potrzeba ich dużo. Istnieją też sposoby na pozyskanie ich znacznie taniej. Orzechy laskowe i włoskie można kupić bezpośrednio od rolnika lub na bazarze na wagę. W łupinach będą znacznie tańsze i dłużej zachowają świeżość. Ze względu na zawartość tłuszczu, orzechy łuskane mogą jełczeć, zwłaszcza jeśli są przechowywane w cieple lub w nasłonecznionym miejscu. Przed zakupem orzechów na wagę warto spróbować, czy są świeże. Jeśli smak jest nieprzyjemny, kwaskowaty, to znak, że lepiej kupić je gdzie indziej.

Siemię lniane

Orzechy i nasiona większości roślin zawierają cenne substancje odżywcze, lecz siemię lniane jest w tym gronie wyjątkowe, przede wszystkim ze względu na bardzo wysoką zawartość kwasów tłuszczowych omega-3. Jedna łyżka siemienia lnianego dziennie może zastąpić drogie suplementy w tabletkach.

Paczkowanie siemię lniane znajduje się w asortymencie większych supermarketów i sklepów ze zdrową żywnością. Do wyboru są ziarenka całe lub zmielone. Twarda łupina długo utrzymuje świeżość ziaren, ale powoduje też, że po zjedzeniu prawdopodobnie przejdą przez organizm w stanie nienaruszonym, nie pozostawiając po sobie żadnych składników odżywczych. Najlepiej więc przed użyciem zmielić je w młynku do kawy lub blenderze, bądź kupić zmielone. Mielone siemię lniane przechowuje się gorzej niż całe ziarna – po pewnym czasie może jełczeć i zgromadzić substancje toksyczne, dlatego należy koniecznie przechowywać je szczelnie zamknięte w suchym, chłodnym miejscu bez dostępu światła.

Cynamon

Jedni go uwielbiają, inni nie znoszą. Jeśli należysz do tej drugiej grupy, możesz ten składnik pominąć. Jeżeli natomiast lubisz cynamon, koniecznie pamiętaj, aby go dodać do owsianki. Mała łyżeczka cynamonu to dodatkowa, solidna porcja przeciwutleniaczy. Napój roślinny lub mleko oraz woda

Dodanie napoju roślinnego – sojowego, migdałowego lub ryżowego (potocznie zwanych odpowiednio mlekiem sojowym, migdałowym lub ryżowym) oraz wody ma za zadanie połączenie składników w prawdziwą owsiankę. Teoretycznie dałoby się przygotować owsiankę tylko z wodą, ale z napojem roślinnym smakuje lepiej – prawie jak deser. Zamiast napoju roślinnego można użyć zwykłego krowiego mleka, chociaż moim zdaniem nie do końca pasuje i trudniej po nim umyć słoik do czysta – niedomyte resztki mogą pozostawiać nieprzyjemną woń i stanowić pożywkę dla groźnych bakterii.

Przepis na owsiankę z kolorowymi owocami

Potrzebne przedmioty:

litrowy słoik z zakrętką

mówiąca waga kuchenna

szeroki lejek z szeroką nóżką

płytka miseczka do ugniatania banana

sztywny widelec (pod naciskiem nie powinien się wyginać)

łyżka stołowa do jedzenia

Składniki:

100 gramów płatków owsianych (błyskawicznych albo górskich)

1 średni banan

garść orzechów, pestek i nasion (włoskich, laskowych, nerkowców, migdałów, dyni, słonecznika lub innych)

100 gramów kolorowych owoców jagodowych (świeżych lub mrożonych, mogą być też suszone – jagody, borówki, jeżyny, czarne porzeczki, maliny, żurawina, winogrona)

1 łyżka stołowa mielonego siemienia lnianego

100 mililitrów napoju roślinnego (sojowego, migdałowego, ryżowego lub innego, może też być mleko)

200 mililitrów wody

Wskazówka: W przypadku słoikowej owsianki nie musimy przejmować się, jeśli przez przypadek wsypiemy trochę za dużo lub za mało któregoś składnika. Jeśli latem mamy dostęp do dużej ilości truskawek, jagód czy malin i lubimy je jeść, można użyć ich znacznie więcej.

Słoik ustawiamy na wadze i umieszczamy w nim lejek, który ułatwi nam umieszczenie w słoiku sypkich i płynnych składników.

Tarujemy wagę (ze słoikiem i lejkiem).

Do lejka wsypujemy płatki owsiane do momentu aż waga powie nam, że jest około 100 gramów i wyjmujemy lejek.

Banana ugniatamy w miseczce przy pomocy widelca i przekładamy do słoika.

Wrzucamy do słoika miks orzechów i nasion – można je przedtem lekko pokruszyć w palcach.

Ponownie tarujemy wagę i wrzucamy do słoika 100 gramów owoców.

Wkładamy do słoika lejek i wsypujemy łyżkę zmielonego siemienia lnianego oraz łyżeczkę cynamonu.

Tarujemy wagę i wlewamy 100 gramów napoju roślinnego (mniej więcej tyle waży 100 mililitrów), bądź mleka.

Ostatni raz tarujemy wagę i nalewamy do słoika wodę do momentu aż waga zasygnalizuje, że jest 200 gramów (200 mililitrów wody waży 200 gramów).

Całość mieszamy widelcem sięgając po ściance aż do dna i ruchem do góry przenosimy płatki owsiane z dna na górę. Powtarzamy ruch kilka razy w różnych miejscach słoika, a następnie mieszamy, aż do uzyskania jednolitej mieszanki. Staramy się połączyć ze sobą poszczególne warstwy składników. Jeśli mieszanka wyjdzie tak gęsta, że trudno ją wymieszać, można dodać więcej wody.

Zakręcamy słoik i zostawiamy owsiankę na noc w lodówce. Owsianka będzie gotowa do jedzenia z samego rana!

Przez noc płatki owsiane zmiękną i napęcznieją, owoce oddadzą sok i sprawią, że całość nabierze ich smaku, banan nada słodyczy, orzechy lekko zmiękną, a siemię lniane zwiąże całość w przyjemną konsystencję.

Dzięki temu, że owsianka jest zamknięta w słoiku, można łatwo zabrać ją ze sobą do pracy lub szkoły (pamiętaj o spakowaniu łyżki!). Żeby oszczędzić czas, przed szczególnie intensywnym tygodniem przygotowuję sobie trzy słoiki owsianki na zapas. Wówczas zalewam wodą i napojem roślinnym tylko jeden słoik – ten, który posłuży mi jako śniadanie następnego dnia. Pozostałe słoiki czekają na swoją kolej w lodówce. Kolejnego wieczora zalewam następny słoik z owsianką i tak dalej, aż do zużycia wszystkich słoików.

Słoikowa owsianka według powyższego przepisu dostarcza około 500 kilokalorii, czyli w przybliżeniu tyle, co dwa pączki. W odróżnieniu od pączków dostarcza jednak mnóstwa niezbędnych składników odżywczych i jest sycąca. Koszt przygotowania jednej porcji (jednego słoika) to około pięć złotych, jeśli wszystkie składniki kupimy w supermarkecie. Kupując owoce i orzechy z tańszych źródeł możemy ten koszt znacznie obniżyć.

płatki owsiane: 50 gr

banan – 1 zł

mrożone truskawki – 1,50 zł

orzechy włoskie – 2 zł łuskane lub 40 gr, jeśli łuskamy sami

siemię lniane – 7 gr

napój roślinny – 60 gr.

Mogę to zrobić z zamkniętymi oczami

Kiedyś napisano o nich tak: „Zebrała się taka sympatyczna grupa ludzi, którzy mają chęć. Chęć na gotowanie i nieuniknione konsekwencje – zajadanie. Mają chęć podzielić się tym, co robią. Mają chęć pięknie to podać. Uczyć im się zachciało! Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby Ci ludzie widzieli co wrzucają do garnka i słyszeli kiedy to się gotuje. I tutaj mała niespodzianka – każdy z nich ma uszkodzony słuch i wzrok. Wszyscy słyszą słabiej niż statystyczny obywatel świata. Część z nich nie widzi, część widzi słabo, część inaczej niż większość. Osoby z dysfunkcją wzroku przeważnie jednak nie widzą przeszkód i tak jest też w przypadku uczestników projektu „Mogę to zrobić z zamkniętymi oczami”. Toteż pod okiem instruktora i wolontariuszy, w Małopolskiej Jednostce Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym dzieje się gotowanie.

Głuchoniewidomi

„Co – głuchoniemi”? „Głusi znaczy”?

Nie. Głuchoniewidomi. Osoby z jednoczesną niepełnosprawnością wzroku i słuchu. Całkiem spora grupa wśród osób niewidomych i słabowidzących. Szacuje się, że w Polsce grupa ta liczy 7-8 tysięcy osób. Głuchoślepota jest niepełnosprawnością wyjątkową, ponieważ w przypadku uszkodzenia jednego z głównych zmysłów, nie można go zrekompensować drugim. Osoby z tą niepełnosprawnością napotykają na duże trudności w codziennym życiu. Trudno im funkcjonować w satysfakcjonujący sposób bez zrozumienia ich szczególnych potrzeb oraz specjalistycznego wsparcia.

Szczęśliwie jednak uczestnicy projektu kulinarnego, o którym mowa, mają to zrozumienie i wsparcie. Jedni z nich w nabywaniu podstawowych umiejętności w obszarze „kuchnia”, inni w rozwoju swoich kulinarnych talentów. To, co było założeniem projektu, to pełna indywidualizacja programu dla każdej osoby. Nie tylko ze względu na możliwości, ale też z pełnym poszanowaniem potrzeb, a nawet zachcianek. A co! Nie tylko danie musi mieć smak. Całe życie musi je mieć. A zachcianka może być całkiem dobrą dla niego przyprawą.

Ten projekt jest wyjściem naprzeciw konkretnym osobom, mającym różne potrzeby, ale podobną motywację. Wszystkie chcą się uczyć gotować. Jedna z nich w sposób przemyślany, ze zdrowych produktów. Druga zgodnie ze swoją pasją gotowania – tak, żeby nie zatrzymać się w rozwoju i poszerzyć swój repertuar dań o nowe. Trzecia prosto i ekonomicznie. Inna żeby wesprzeć swój organizm, który mówi jej, że trzeba się o niego troszczyć, bo trochę szwankuje. Trzy osoby głównie po to, by stać się niezależnymi od innych, kiedy pójdą „na swoje” i jeść w sposób sensowny, a nie cokolwiek. I jeszcze jedna, która po prostu – chce być dobrą gospodynią.

Zaczynaliśmy od kanapek, teraz uczestnicy potrafią zaskoczyć tartą ze szpinakiem, pyszną ogórkową czy grecką musaką. Trzeba jednak powiedzieć, że to się nie dzieje ot tak. Uczestnicy muszą się solidnie napracować, żeby takie cuda wyszły spod ich rąk. Prawda, że zręcznych i wyczulonych na to, czego dotykają, ale pozbawionych wsparcia sokolego wzroku i uszu nietoperza.

Trzeba naprzypalać naleśników, zanim wyczuje się jak długo powinny smażyć się na konkretnej patelni i konkretnym piecu. Trzeba nauczyć się składać dwie identyczne patelnie naleśnikowe rączkami i wnętrzem do siebie, żeby te naleśniki odwrócić i usmażyć z dwóch stron. Kiedy nie słyszy się skwierczenia pieczarek na patelni, trzeba nauczyć się ręką wyczuwać różnicę w parowaniu świeżych pieczarek i tych już dosmażonych. Dotykając ucha garnka, kiedy zagotowuje się w nim wodę i wyczuwając różnicę w wibracjach na poszczególnych etapach gotowania, też można stać się swoistym specjalistą. Jest tych „specjalistycznych” umiejętności całkiem sporo. My je poznajemy, wykorzystujemy i zaskakujemy.

Tak jak założyliśmy w projekcie, zaskakujemy siebie nawzajem. Kiedyś zrobiła to jedna z uczestniczek, przygotowując na pieszą wycieczkę kanapki z burgerem jaglano-buraczanym. Po wielu kilometrach wędrowania, odpoczynek z takim posiłkiem to był luksus, który tamci wycieczkowicze do dziś wspominają z sentymentem. Każdy z uczestników urządza czasem przyjęcie dla innych uczestników, na którym podaje przygotowane przez siebie danie. To jest czas na dzielenie się nie tylko jedzeniem, ale też wiedzą zdobywaną podczas zajęć.

Zaskakujemy też osoby spoza grona projektowego, ponieważ innym założeniem było to, że jedne z zajęć każdy z uczestników poświęca na przygotowanie słodkiego poczęstunku dla osób bezdomnych w ramach krakowskiej inicjatywy „Zupa Na Plantach”. I tutaj zaskoczenie jest imponujące, bo jak to – osoba niewidoma przygotowała ciasto? To się niektórym w głowie nie mieści.

Nam, w miarę trwania projektu, w głowach coraz więcej się mieści. Coraz więcej się chce.

Chce nam się nagrać małą książkę kucharską, po to, żeby większość przetestowanych z powodzeniem przepisów była dostępna dla osób z dysfunkcją wzroku w wersji audio. Będzie za jakiś czas. Będziemy o tym informować na naszym facebookowym profilu o nazwie „Mogę to zrobić z zamkniętymi oczami”. Póki co, to tam zamieszczamy nasze przepisy i dzielimy się wskazówkami, które mogą być istotne dla innych osób z niepełnosprawnością wzrokową.

Tyle o nas. Na koniec jednak jeszcze o kimś. O firmie, której produkty niezwykle często goszczą w naszej kuchni. Dlaczego? Zrobiła coś, czego nie musiała, a dała tym piękny przykład dostępności towarów dla osób z niepełnosprawnością wzrokową. Na kartonowych opakowaniach produktów zbożowych firmy Melvit znajdują się napisy brajlowskie. Jeżeli ktoś czytający brajlem jeszcze tego nie odkrył, koniecznie powinien zajrzeć do większego marketu i poczuć tę radość, kiedy sam odnajduje potrzebny mu produkt. Potem niech wróci do domu, wykorzysta ten produkt testując jeden z naszych przepisów, a radość będzie podwójna.

Garść przepisów, których nie da się nie lubić

Gdy potrafimy kucharzyć z zamkniętymi oczami, ugotujmy coś, by móc wygodnie usiąść w miejscu, które najbardziej lubimy i zjeść coś dobrego, ba – najlepszego. Oto kilka przepisów, które polecamy.

Sprawdziliśmy je i możemy z pełną odpowiedzialnością polecić. Gdybyście jako nasi Czytelnicy mieli uwagi, komentarze, pochwały lub słowa krytyki na ich temat, serdecznie zapraszamy: help@szansadlaniewidomych.org

Autorom najciekawszych wiadomości zafundujemy obiad! Jaki? Najlepszy z możliwych, bo dokładnie taki, jaki sami uwielbiają.

Zupa, o której mało kto wie – pazibroda

Obrać ziemniaki i pokroić w grubszą kostkę. Wrzucić je do osolonego wrzątku.

Po 10–15 minutach dodać marchewkę startą na grubej tarce i pietruszkę w całości; doprawić liściem laurowym i zielem angielskim.

Kiedy ziemniaki są miękkie, dodać przesiekaną kapustę kiszoną, następnie posolić, popieprzyć; gotować 15 minut.

Pokrojoną w drobną kostkę cebulę usmażyć na roztopionym smalcu aż stanie się rumiana, pod koniec smażenia podprawić mąką pszenną.

Kiedy kapusta jest ugotowana, należy dodać rumianą cebulę ze smalcem i mąką.

Zupę podaje się z chlebem.

A teraz drugie danie – gołąbki kucharza amatora

0,5 kg mielonego mięsa wieprzowego, np. łopatki, 0,5 kg mielonej piersi indyka, duża główka kapusty (około 2 kg), 2 duże cebule, 2 łyżki smalcu, 2 kostki rosołowe do smaku, 1 puszka koncentratu pomidorowego, sól, pieprz, ewentualnie inne przyprawy i ulubione dodatki

Do dużego garnka, mogącego zmieścić główkę kapusty, wlewamy wodę, troszkę ją solimy i zagotowujemy.

Z kapusty odrywamy i wyrzucamy pierwsze, nieładne liście. Płuczemy całą główkę kapusty.

Wycinamy z niej głąb: ustawiamy główkę głąbem do góry i wrzynamy nóż niemal pionowo w dół, obok obrysu głąba.

Poruszając nóż pionowymi ruchami odcinamy go dookoła. Głąb ma zazwyczaj około 10 cm długości i 3 cm średnicy na zewnątrz. We wnętrzu główki jest cieńszy, toteż wprawiony kucharz nie ustawia noża całkowicie pionowo, lecz pod pewnym kątem, wynikającym z doświadczenia.

Do gotującej się wody wkładamy główkę kapusty. Gotujemy do miękkości. Nie może jednak być zbyt miękka i rozlatująca się.

Obieramy i myjemy cebule. Na drewnianej desce siekamy je na drobną kostkę.

Na patelni rozgrzewamy 2 łyżki smacznego smalcu i przysmażamy cebulę.

W głębokim talerzu łączymy ze sobą dwa zmielone mięsa, dokładnie mieszamy i przyprawiamy solą, pieprzem, dodajemy przesmażoną cebulę. Można próbować dodać kolejne przyprawy, zależnie od upodobań. Można też dodać kolejne dodatki: ryż, suszone śliwki pokrojone na drobno, rodzynki itd.

Wyjmujemy z garnka kapustę, kładziemy ją na głębokim talerzu, odczekujemy, by nieco się ochłodziła i obieramy kolejne liście z wierzchu. Wylewamy z garnka już bezużyteczną wodę.

Na dno pustego garnka układamy liście, które nie nadają się do zawijania gołąbków, bo są za małe lub zbyt uszkodzone.

Wybieramy najładniejsze i największe liście, kładziemy płasko na desce i ścinamy z nich zgrubienie na tzw. nerwie. Wykonujemy nożem poziome ruchy, by ściąć jedynie zgrubienie i nie uszkodzić samego liścia.

Nakładamy farsz mięsny na kolejne liście (po około 5-7 dag) i formujemy gołąbki. Składamy boki liścia do wewnątrz i formujemy eliptyczne bryłki.

Gołąbki układamy w garnku tak, aby przylegały do siebie. Układamy je warstwowo.

Przygotowujemy kolejną wodę. Gotujemy ją wkładając do niej dwie kostki rosołowe.

Zalewamy poukładane gołąbki przygotowanym rosołem tak, aby wszystkie były zanurzone w płynie. W razie potrzeby dolewamy wody. Gotujemy je 30-40 minut, na małym ogniu.

Na kilka minut przed wyłączeniem wkładamy do garnka zawartość puszki koncentratu pomidorowego. Sprawdzamy smak i w razie potrzeby dosalamy. Delikatnie mieszamy, by nie uszkodzić liści kapusty.

Podajemy gołąbki ze środka garnka, gdyż są najlepsze. Pozostałe mogą być nawet lepsze na drugi dzień, po odgrzaniu.

Czy znacie mazowiecki kartoflak?

2 kg ziemniaków, 40 dag kiełbasy i wędzonki, 3 dag smalcu, 2 cebule, 3 łyżki mąki, 2 jajka, 100 g śmietany (18%), pieprz, sól, tłuszcz do smarowania formy

Ziemniaki i cebulę obrać, umyć, zetrzeć na tarce o drobnych otworach – jeżeli jest zbyt dużo soku, należy trochę odlać.

Kiełbasę i wędzonkę pokroić w drobną kostkę i usmażyć na rozgrzanym smalcu.

Ziemniaki, cebulę, mąkę, jajka i usmażoną kiełbasę z wędzonką dokładnie razem wymieszać, doprawić solą i pieprzem.

Formę do pieczenia wysmarować tłuszczem, włożyć masę ziemniaczaną. Piec około 75-80 minut w piekarniku rozgrzanym do temperatury 180 st. C.

Babkę ziemniaczaną podawać gorącą, pokrojoną w grube plastry z pikantnymi sosami i dowolną surówką.

Nie ma jak porządny polski drób – Gęś z kaszą gryczaną

Gęś wagi do 4 kg, sól, pieprz, łyżka majeranku, marchew, 2 ząbki czosnku, sok z połowy cytryny

Farsz: 3 woreczki kaszy gryczanej, czyli 30 dag, spora garść suszonych grzybów, kostka rosołu warzywnego, sól, pieprz, jajko

W przeddzień gęś umyć, oczyścić, posypać solą i pieprzem zarówno z wierzchu, jak i w środku. Pokropić sokiem cytrynowym, posypać majerankiem i obłożyć pokrojoną w plasterki marchwią oraz także pokrojonym czosnkiem. Najlepiej marynować gęś w dużym naczyniu, np. w brytfannie do pieczenia, z pokrywką.

Gęś pod przykryciem wstawić do lodówki.

Następnego dnia godzinę moczyć grzyby w garnuszku z ciepłą wodą, po tym czasie dodać kostkę rosołu warzywnego i gotować grzyby do miękkości, ostudzić, posiekać.

Ugotować kaszę, osączyć, wymieszać z grzybami i wywarem od ich gotowania. Do wystudzonej kaszy dodać także surowe jajko, przyprawić do smaku pieprzem i – jeśli to potrzebne – solą.

Gęś napełnić farszem, spiąć wykałaczkami otwór po szyi i brzuszek.

Nagrzać piekarnik do 200 st. C i wstawić gęś bez przykrycia. Kiedy się leciutko zrumieni, przykryć brytfannę i piec przynajmniej 2-3 godziny, badając miękkość patyczkiem.

Wytapiający się tłuszcz przelewać do garnuszka. Można z niego przygotować smarowidło do chleba, co jest przysmakiem wielu osób. Pozostawić tylko minimalną jego ilość w brytfannie. Można dolać nieco wody, aby sos spod pieczystego stał się lżejszy.

Zupełnie miękką gęś zrumienić, zdejmując przykrywkę. Na chwilę po wystawieniu z piekarnika pozostawić, aby odrobinę wystygła, pokroić i podawać.

Tak przyrządzona gęś nie wymaga już innego dodatku: wystarczy smakowity farsz z kaszy.

Jako doskonałe tradycyjne dopełnienie – surówka z czerwonej kapusty lub kapusta czerwona na gorąco, ugotowana z dodatkiem borówki do mięsa.

Co się jada od wieków na Mazowszu – babka ziemniaczana z mielonym mięsem

1 kg ziemniaków, 4 jaja, łyżka oleju lub oliwy, łyżka masła, 3 dymki lub jedna duża cebula, sól, pieprz

Na farsz mięsny: 30 dag mielonego mięsa wieprzowego, czerstwa kajzerka, jajko, 2-3 łyżki śmietany, sól, pieprz

Do posmarowania formy: łyżka masła

Do wysypania formy: 2 łyżki tartej bułki

Ziemniaki obrać, pokroić na równe części, zalać wrzątkiem i ugotować, odcedzić, ostudzić, przepuścić przez praskę do ziemniaków lub zemleć w maszynce.

Posiekane dymki lub cebule podsmażyć na łyżce masła z olejem lub oliwą.

Ziemniaki wymieszać z żółtkami, solą i pieprzem oraz podsmażoną cebulą. Ubić sztywną pianę z białek, wymieszać z masą ziemniaczaną.

Czerstwą kajzerkę namoczyć w wodzie, odcisnąć i rozdrobnić, po czym dodać wraz z jajkiem, solą, pieprzem i śmietaną do mielonego mięsa i dokładnie wyrobić masę.

W posmarowanym masłem i wysypanym tartą bułką naczyniu do zapiekania ułożyć warstwę ziemniaków, na nich warstwę mięsa i na nim resztę ziemniaków. Wygładzić wierzch.

Rozgrzać piekarnik do temperatury 180 st. C. Piec potrawę 40-50 minut, do momentu, kiedy wierzch się zrumieni.

Schabowe nie muszą zawsze być jednakowe – teraz będą z jabłkami

4 centymetrowej grubości kotlety schabowe bez kości, 2 winne jabłka, 2 cebule, 2 łyżki mąki, sól, pieprz, 3 łyżki oleju do smażenia, łyżeczka majeranku, spora szczypta melisy, łyżeczka cukru

Kotlety rozbić lekko tłuczkiem do mięsa, posolić, posypać pieprzem i mąką.

Cebulę obrać i pokroić w cienkie plastry, podsmażyć na rozgrzanym oleju, po czym zdjąć z patelni.

Na pozostałym na patelni oleju usmażyć kotlety z obu stron na rumiano. Na każdym ułożyć porcję cebuli.

Obrać jabłka, przekroić na połówki, wykroić gniazda nasienne.

Na każdym kotlecie położyć połówkę jabłka przekrojem do dołu, okrywając w ten sposób cebulę. Posypać jabłko cukrem, majerankiem i melisą.

Podlać kotlety 3-4 łyżkami wody, zakryć patelnię przykrywką i dusić potrawę 8 minut.

Pasztet urozmaicony – ze śliwkami

80 dag wieprzowiny, 30 dag podgardla wieprzowego lub tłustego boczku, 50 dag cielęciny lub młodej wołowiny, 50 dag piersi z kurczaka, 40 dag wątróbki, 4-5 jajek, 10 suszonych grzybków, najlepiej prawdziwków, 20 dag suszonych śliwek, 3 czerstwe bułki, sól, pieprz, gałka muszkatołowa, imbir, kilka liści laurowych, estragon, bazylia, 2–3 cebule, 3 marchwie, 3 pietruszki, 10 dag słoniny

Suszone grzyby moczymy w niewielkiej ilości wody. Podobnie suszone śliwki w drugim naczyniu.

Mięso dzielimy na nie za duże porcje i obsmażamy, a następnie wkładamy do garnka. Dodajemy pokrojoną cebulę, warzywa, grzyby, liście laurowe i zalewamy wodą tak, aby mięso było zaledwie przykryte. Gotujemy na małym ogniu około 2 godzin.

Gdy mięso jest miękkie, wkładamy do garnka obraną z błon i pokrojoną w plastry wątróbkę i chwilę dusimy.

Zestawiamy garnek z ognia, do wywaru wkładamy bułki i pozostawiamy niemal do wystudzenia.

Mięso, bułki, warzywa i grzyby mielimy 2 razy w maszynce z drobnym sitkiem.

Do masy dodajemy stopniowo przyprawy i dokładnie mieszamy, by wyrównać wszędzie smak. Dodajemy jajka i ponownie mieszamy.

Zmiękczone śliwki kroimy na mniejsze kawałki i wsypujemy do mięsa, znowu mieszamy.

Formy do pieczenia pasztetu wykładamy pergaminem zabezpieczającym przed spaleniem, na dnie układamy ozdobnie pokrojone plastry słoniny, wkładamy masę mięsną i ugniatamy ją łyżką.

Pasztet w formach wkładamy do piekarnika nagrzanego do 160 st. C i pieczemy około 45 minut. Gdy boki zaczynają się rumienić, pasztet jest gotowy.

A teraz urozmaicona pieczeń

1,5 kg mielonej wieprzowiny, mała szklanka grubo posiekanego ogórka konserwowego, mała szklanka posiekanych suszonych śliwek, 2 łyżeczki sosu sojowego, sól, pieprz, trochę ostrej papryki, 2 jajka

Sos: 2 posiekane cebule, łyżka mąki, 2 łyżki smalcu lub masła,1 szklanka wody, 1 łyżka octu (6%), 6 łyżek pasty pomidorowej, 1 łyżeczka cukru, 3 roztarte ząbki czosnku, 2 listki laurowe

W małym rondlu topimy smalec, dodajemy cebulę, smażymy na średnim ogniu przez 2 minuty, kilkakrotnie mieszając.

Cebulę posypujemy mąką, smażymy przez minutę mieszając.

Mieszamy pozostałe składniki sosu i powoli wlewamy do zasmażki, stale mieszając.

Mięso mieszamy z ogórkiem, śliwkami, sosem sojowym, solą, pieprzem i papryką oraz jajkami. Wyrabiamy ręką i wkładamy do wysmarowanej tłuszczem brytfanny.

Pieczeń wstawiamy do nagrzanego do 200 stopni C piekarnika, pieczemy 15 minut, wyjmujemy, smarujemy sosem, zmniejszamy temperaturę w piekarniku i wstawiamy pieczeń ponownie do piekarnika. Pieczemy 45–60 minut.