Dron Star Wars skrzydłami niewidomego

Prawie każdy człowiek marzy od dzieciństwa, aby móc wznieść się wysoko ponad chmury. Oczywiście w dzisiejszych czasach nie jest to już żaden problem, ponieważ wszyscy, nawet osoby z dysfunkcją wzroku mogą bez przeszkód polecieć samolotem na przykład na wycieczkę do innego kraju. Jednak niektórzy chcieliby móc chociaż raz zasiąść za sterami takiej powietrznej maszyny i tutaj jest już o wiele większy problem. Przyszły pilot musi przejść najpierw szkolenia i egzaminy, ma też obowiązek wylatać określoną liczbę godzin – i to wszystko za ogromne pieniądze. Oczywiście osoba niewidoma lub słabowidząca jest z powodu braku wzroku wykluczona z takiej możliwości. Na szczęście nowoczesna technologia przychodzi nam z pomocą i możemy za kilkaset złotych stać się pilotem małego samolotu zwanego dronem.

Zawsze chciałem móc posterować dronem odkąd usłyszałem w mediach o ich popularności. Ceny tych małych samolotów wahają się od stu złotych, jak kwadrokopter, który wyglądem przypomina helikopter, do kilku tysięcy złotych, za które można kupić profesjonalny dron służący głównie do robienia zdjęć. Jakiś czas temu przeczytałem informacje o wejściu na rynek Dronów Star Wars marki Propel, które miały służyć głównie do zabawy. Jako wielki fan Gwiezdnych Wojen po przeczytaniu kilku recenzji i opinii oczywiście zdecydowałem się na zakup kolekcjonerskiej wersji tego małego samolotu. Kosztował on wtedy około 700 zł, ale teraz można kupić go o wiele taniej. Od razu zwróciło moją uwagę opakowanie, które miało kształt wysokiego prostokąta, a na przedzie znajdowała się metalowa figurka Drona, którą mogłem obejrzeć za pomocą dotyku. Jednak prawdziwa niespodzianka czekała mnie, kiedy podniosłem górną część prostokątnego opakowania. Ponieważ posiadam jeszcze szczątkowe widzenie, moim oczom ukazała się szklana kopuła, za którą był umieszczony Dron posadzony na podstawce świecącej jasnym kolorem. Jednak najlepsze wrażenie na mnie zrobiła muzyka z Gwiezdnych Wojen, która grała za każdym razem, kiedy podnosiłem górny element opakowania. Kiedy zdjęło się Drona z podstawką, w dolnej części znajdowały się tekturowe pudełeczka ze śmigłami, dwiema bateriami i ładowarką, pilotem oraz zapasowymi częściami.

Sam dron wyglądem przypomina trochę samolot. Składa się z długiego kadłuba, podwójnych skrzydeł odchodzących w lewo i prawo z tyłu kadłuba oraz z przodu odchodzą na boki dwa ramiona. Na spodzie samolotu są umieszczone cztery pręciki, do których wczepia się dołączone śmigła. Niestety, przy zakładaniu śmigieł jest potrzebny wzrok, ponieważ są oznaczenia A i B, i trzeba odpowiednio pozakładać śmigła, aby dron mógł w ogóle wystartować. Dla początkujących dołączona jest jeszcze plastikowa podstawka, którą zakłada się nad śmigłami. Ochrania ona samolot przed uderzeniami i upadkami.

Oprócz małego samolotu, drugim najważniejszym przedmiotem w tym zestawie jest pilot, którym steruje się drona. Jest on dosyć duży, ma kształt kwadratu z zaokrąglonymi rogami. Przyciski znajdują się na górnej oraz tylnej części pilota. Na górnej części idąc od dołu umiejscowiony jest duży okrągły przycisk do włączania/wyłączania pilota, nad nim po lewej i prawej stronie są umieszczone dwa drążki. Ten po lewej służy do podnoszenia, opadania, obracania w lewo i prawo maszyny, prawym przyspieszamy i lecimy do przodu, do tyłu oraz skręcamy dronem w lewo i prawo. Pomiędzy dwoma drążkami znajdują się cztery przyciski do wstępnej konfiguracji, startowania i lądowania oraz do robienia sztuczek w powietrzu. Na tylnej ściance są cztery przyciski po dwa na rogach, które odpowiadają za triki, włączenie trybu trening mode, który jest dobry dla początkujących lotników, oraz do strzelania (jest to dodatkowa funkcja dronów marki Propel). Jeśli w powietrzu znajdowałyby się dwa samoloty z tej samej serii, to można prowadzić walki strzelając laserami do naszego przeciwnika. Po kilkukrotnym trafieniu dron opada tak jakby został zestrzelony. Dodaje to jeszcze więcej zabawy tym wspaniałym samolotem.

Po włożeniu baterii zarówno do drona, jak i pilota, nie pozostaje nam nic innego, jak tylko wzbić się w przestworza. Musimy jednak pamiętać, że jedna bateria wystarczy jedynie na około 7 minut lotu (aby dron nie zaczął nagle niekontrolowanie spadać). Na początku najlepiej polatać na dworze, kiedy nie ma wiatru. Niestety, samolot ma bardzo małą masę i lekki podmuch wiatru potrafi go przesunąć o dużą odległość. Najlepiej polatać na otwartych przestrzeniach jak łąka czy pole, gdzie nie ma niebezpieczeństwa zderzenia się z drzewem czy budynkiem. Po opanowaniu latania na zewnątrz z tym samolotem spokojnie możemy wrócić do domu i tam próbować swoich sił.

Przed startem najlepiej postawić drona na ziemi z dala od przeszkód, aby zdążyć samolot opanować po starcie. W następnym kroku należy włączyć pilot przytrzymując duży okrągły przycisk na dole górnej ścianki i poczekać kilka sekund. Tutaj znowu spotkała mnie duża niespodzianka, ponieważ pilot też zawiera melodie z Gwiezdnych wojen, a dodatkowo komentarze bohaterów Star Wars w języku angielskim. Wyżej w artykule pisałem o wstępnej konfiguracji. Jest to sekwencja naciskania przycisków i przesuwania dźwigni, aby pilot połączył się z samolotem. W związku z tym musimy kolejno przesunąć lewą dźwignię najpierw w górę, potem w dół, a następnie nacisnąć prawy górny przycisk w zestawie klawiszy pośrodku dżojstików. Każda czynność zostanie potwierdzona piknięciami i głosowymi komunikatami. Teraz już jesteśmy gotowi do startu na sto procent. Aby wznieść się w górę należy przytrzymać lewy dolny przycisk w tym samym zestawie klawiszy co powyżej. Usłyszymy dźwięk startu w pilocie, a następnie szum śmigieł. Teraz dron wzniesie się lekko w górę i musimy zacząć nim sterować. Trzeba to zrobić dosyć szybko, ponieważ samolot lekko skręca w lewo. Dżojstikami regulujemy wysokość i prędkość drona. Trzeba to robić ostrożnie, ponieważ ten samolot potrafi lecieć około 30 kilometrów na godzinę, więc nie można maksymalnie przesunąć dźwigni, ponieważ daleko nam odleci.

Kiedy będziemy już pewni naszych umiejętności pilotowania, to możemy spróbować porobić sztuczki w powietrzu. Do tego służą przede wszystkim klawisze na rogach pilota. Po naciśnięciu któregoś z nich dron zrobi np. beczkę czy pętlę. Po około pięciu minutach najlepiej wylądować, aby samolot nie spadł z powodu rozładowanej baterii. Lądujemy w taki sam sposób jak przy starcie maszyny. Po kilkunastu udanych lotach i wyczuciu samolotu możemy naszą zabawę przenieść do własnego zacisza domowego. Należy pamiętać jednak, aby latać ostrożnie i nie wpadać z dużą prędkością na przykład w ściany, aby go nie uszkodzić. Dron na szczęście jest dosyć wytrzymały i przeżył już niejeden mój wypadek.

Moje wrażenia po wielu już odbytych lotach są bardzo pozytywne. Jest to wspaniała zabawa nawet dla osób niewidomych i słabowidzących. Osoby niewidome mogą spokojnie takim dronem polatać w odpowiednio dużej przestrzeni i przy pomocy oka, a słabowidzący powinni sobie bez problemu sami poradzić z tą czynnością. Dla mnie jest to doskonała odskocznia od codzienności i wspaniale jest widzieć i słyszeć, jak dron reaguje na moje zmiany prędkości czy wysokości. W takich momentach czuję się jak zaawansowany pilot samolotów.

Podsumowując już ten długi artykuł uważam, że jest to wspaniała przygoda, która jest dostępna dla osób z dysfunkcją wzroku. Możliwość poczucia wiatru tworzonego przez śmigła, usłyszenia dźwięków i wczucia się w rolę pilota jest niezapomniana. Zachęcam wszystkich zainteresowanych lotnictwem i dobrą zabawą do zastanowienia się nad zakupem takiego małego samolotu.

Szkoleniowiec osób niewidomych

Na ostatnim roku studiów magisterskich w Lublinie zacząłem rozmyślać w jakiej branży mógłbym pracować po zakończeniu drogi edukacyjnej. Od kilku lat myślałem o pracy jako nauczyciel na przykład informatyki w szkole podstawowej. Jednak, abym mógł w ogóle starać się o taką posadę w szkole dla osób niewidomych i słabowidzących, musiałbym skończyć jeszcze studia podyplomowe, co przedłużyłoby moją edukację o kolejne miesiące. Na szczęście dzięki przypadkowym spotkaniom i dobrej pamięci tych osób moja droga zawodowa potoczyła się nieco inaczej.

Wszystko zaczęło się w grudniu podczas ostatniego roku studiów magisterskich, kiedy to zapytał mnie kolega czy chciałbym uczestniczyć w spotkaniu z ciekawą osobą w „TPG”, czyli w Towarzystwie Pomocy Głuchym. Po chwilowym namyśle zdecydowałem się aby pójść tam ze znajomym. Głównymi uczestnikami tego spotkania były osoby niedosłyszące i głuche, ale ja, jako osoba niewidoma, też mogłem w tym uczestniczyć oraz bez problemu wszystko zrozumieć. Okazało się, że głównym gościem tego wydarzenia jest osoba, o której już trochę słyszałem. Opowiadała o swoim życiu jako osoby niewidomej i niesłyszącej, jak radzi sobie z czynnościami dnia codziennego oraz jak zarządza firmą, którą prowadzi. W przerwie podszedłem do niego i chwilę porozmawialiśmy. Po chwili wyszedł temat szkoleń osób niewidomych i słabowidzących, ponieważ był prezesem firmy zajmującej się właśnie tym zagadnieniem. Powiedziałem, że potrafię bardzo dobrze obsługiwać systemy operacyjne takie jak Windows, iOS oraz Android i że chętnie poprowadziłbym szkolenia dla osób z dysfunkcją wzroku. Po jeszcze kilku wymianach zdań na koniec wymieniliśmy się numerami telefonów i po kilku dniach zapomniałem o tym spotkaniu.

Kilka tygodni później odezwała się do mnie fundacja, w której miałem zajęcia orientacji przestrzennej z informacją, że w projekcie, w którym jestem uczestnikiem, muszę wybrać jeszcze jedną formę wsparcia. Zdecydowałem się na kurs programowania w języku PHP. Fundacja znalazła firmę szkoleniową i dwa miesiące później wyjechałem do innego miasta na szkolenie. Podczas kursu poznałem właściciela tej firmy szkoleniowej i podczas wspólnych rozmów znowu wyszedł temat szkoleń osób niewidomych i słabowidzących. Niestety, jeśli szkoliłbym w tej firmie, musiałbym się liczyć z wyjazdami poza miejsce mojego zamieszkania. Mając już własną rodzinę nie chciałem w każdym tygodniu wyjeżdżać na drugi koniec Polski, więc podziękowałem za ofertę pracy.

Pod koniec kwietnia niespodziewanie dostałem telefon z firmy szkoleniowej, z której właścicielem rozmawiałem w grudniu. Okazało się, że chcieliby abym poprowadził szkolenia indywidualne z zakresu nowoczesnych technologii takich jak smartfon i komputer, w Warszawie. Był to projekt trwający od maja do listopada i odbywający się w Polskim Związku Niewidomych na ul. Konwiktorskiej. Musiałem się dobrze zastanowić czy dam radę jeździć z Lublina do Warszawy na prowadzenie tych szkoleń. Ponieważ studiowałem zaocznie na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II, od poniedziałku do piątku miałem wolne. W Warszawie też mogłem nocować bez problemu. Wiadomo było, że czekała mnie jeszcze obrona pracy magisterskiej, co też jest ważnym i wyczerpującym zajęciem. Jednak wiedziałem, że jak nie wykorzystam tej szansy, to następna może się już nigdy nie nadarzyć, więc postanowiłem dać pozytywną odpowiedź. W pierwszych dniach maja wyjechałem do Warszawy na prowadzenie szkoleń indywidualnych. Na początku miałem duży stres, ale w miarę upływu czasu moje obawy były coraz mniejsze. Uczyłem głównie osoby starsze, albo mające małe doświadczenie z nowoczesnymi technologiami. Głównymi tematami była podstawowa obsługa komputera z systemem Windows, w tym praca na plikach i folderach, obsługa Internetu, poczty e-mailowej oraz pisanie i edycja dokumentów tekstowych. Drugą kategorią najczęściej wybieraną przez uczestników była nauka obsługi iPhone z systemem iOS, w tym podstawowe gesty Voice Overa oraz przydatne aplikacje w życiu codziennym dla osób niewidomych i słabowidzących. Zdarzyło się też, że jeden z uczestników chciał się nauczyć tworzyć strony internetowe w językach HTML5 oraz CSS3, więc przeprowadziłem też i takie szkolenie. Na szczęście udało mi się pogodzić pracę z końcówką moich studiów i zdałem bez problemu egzamin magistra. Po studiach przeprowadziłem się na stałe do Warszawy i mogłem dalej pracować jako szkoleniowiec.

Dodatkowo pod koniec czerwca dostałem drugą propozycję szkoleń od firmy, w której uczyłem się języka programowania PHP. Miały to być szkolenia na tygodniowych zjazdach w Radomiu. Na szczęście po uzgodnieniach udało się ustalić, że będę razem z moją żoną. W związku z tym w pierwszym tygodniu lipca zacząłem szkolić grupowo osoby z obsługi smartfonów z systemem Android oraz iOS. Niestety dla mnie szkolenia grupowe okazały się dosyć trudne. Każda osoba co innego umiała, każdemu zależało na czym innym, każdy chciał coś powiedzieć, o coś zapytać i trzeba było umieć opanować ten chaos. Udało mi się jednak podzielić całą moją grupę na dwu-, trzyosobowe zespoły, które chciały mniej więcej nauczyć się tego samego i dzięki temu mogłem bez problemu dalej szkolić te osoby.

Od tego czasu szkoliłem w Warszawie indywidualnie, a w jednym tygodniu każdego miesiąca wyjeżdżałem szkolić grupowo do Radomia. Starałem się jak mogłem, aby chętne osoby nauczyły się tego co chciały zrobić na danym urządzeniu. Dzięki temu kilka osób było mi bardzo wdzięcznych za przeprowadzone szkolenia i nawiązałem z nimi nowe znajomości, które utrzymujemy do dzisiaj.

Po zakończeniu obu projektów, w których byłem szkoleniowcem, przeprowadzałem jeszcze indywidualne szkolenia w programie Aktywny Samorząd dla osób, które poznałem na wakacjach oraz na wcześniejszych szkoleniach. Byłem również blisko prowadzenia grupowych szkoleń dla dzieci widzących ze szkół podstawowych oraz licealnych z życia osób niewidomych i słabowidzących. Nie udało mi się jednak prowadzić tych kursów, ponieważ znalazłem stacjonarne zatrudnienie w innej firmie. Miałem tutaj okazję prowadzić indywidualne szkolenie oraz szkolenie wyjazdowe do innego miasta. Obecnie przygotowuję się do nowego projektu, gdzie będę szkolił osoby niewidome i słabowidzące z obsługi smartfonów z systemem Android oraz iOS.

Mogę tak na prawdę podziękować tym dwóm osobom, które pamiętały, że jestem zainteresowany szkoleniem osób niewidomych i słabowidzących z nowoczesnych technologii. Dzięki nim mogłem rozpocząć pracę w tym zawodzie, a potem sukcesywnie ją kontynuować, co nadal mi się udaje. Pomaga to mi w samoudoskonalaniu się ze znajomości nowych rozwiązań w postaci urządzeń czy aplikacji pomagających w codziennym życiu osobom niewidomym i słabowidzącym. Dlatego bardzo się cieszę, że zacząłem taką zawodową przygodę.

Nie widzę przeszkód, by pracować. Rozmowa z Panią Patrycją Klaklą

Katarzyna Kozak: Pani Patrycjo, od 16 lat pracuje Pani jako dyplomowany technik masażysta. Proszę powiedzieć, skąd pomysł na takie zajęcie?

Patrycja Klakla: Zanim podjęłam decyzję o byciu masażystką, byłam agentem ubezpieczeniowym, pracowałam także w radiu. Wiele moich koleżanek było masażystkami, więc zawód ten był zawsze gdzieś blisko mnie. Jestem otwartą osobą, lubię kontakt z ludźmi, a są to cechy raczej wymagane przy wykonywaniu tej pracy. Z czasem tak się jakoś złożyło, że i ja zostałam masażystką.

K.K.: Jakie musiała Pani nabyć uprawnienia, jaką ukończyć szkołę lub kurs aby móc wykonywać ten zawód?

P.K.: Skończyłam 2,5-letnie policealne studium masażu dla osób niewidomych. W ten sposób zdobyłam tytuł dyplomowanego technika masażysty i możliwość wykonywania zawodu. Szkolę się w zasadzie do tej pory. Należę do Sekcji Niewidomych Masażystów (Krajowa Sekcja Niewidomych Masażystów i Fizjoterapeutów, przyp. aut.), co kilka miesięcy spotykamy się, wymieniamy doświadczeniami, bierzemy udział w szkoleniach. Szkolenia pozwalają uczyć się nowych terapii związanych z naszym zawodem, nabywać nowych umiejętności. Od blisko 10 lat, czyli odkąd moje dzieci nieco podrosły, jeżdżę na szkolenia dość intensywnie. Chcę się rozwijać i być na bieżąco w branży, ponieważ rynek jest dość przeładowany i po prostu trzeba się szkolić i rozwijać. Żeby się przebić na rynku, trzeba pokazać, że jest się dobrym w tym zawodzie.

K.K.: Czy trudno było znaleźć pracę?

P.K.: Po ukończonej szkole miałam 2-miesięczne praktyki w jednym ośrodku. Potem zaszłam w ciążę i po roku mój mąż, również masażysta (pracujący na kontrakcie) potrzebował pomocy do pracy. Zaproponował swojej szefowej mnie. I tak się zaczęło. Najpierw przychodziłam tylko na kilka godzin, ale z czasem pacjentów było coraz więcej i 3 godziny dziennie okazało się zbyt mało. Obecnie pracuję dwa razy tyle. Od 14 lat w Ośrodku Leczniczo-Wypoczynkowym Kormoran w Kołobrzegu.

K.K.: Zatem Pani mąż również pracuje jako masażysta?

P.K.: Pracował. Od 6 lat jestem wdową. Razem z mężem ukończyliśmy szkołę. Ja nie pracuję na kontrakcie, bo przy dwójce dzieci nie miałabym tyle czasu. Mam skrócony czas pracy (6 godzin dla niewidomego masażysty), jednak praca ta bywa męcząca fizycznie. Dziennie zdarza mi się przyjąć po kilkunastu pacjentów. Wykonywanie zabiegów wymaga używania siły fizycznej, więc też bycia w dobrej kondycji. Często pracuję z osobami starszymi, rozmawiamy o różnych sprawach i różnych problemach, swoich i cudzych. Zdarza się, że problemy innych przynosi się do domu.

K.K.: Co Pani najbardziej lubi w swojej pracy, co daje satysfakcję?

P.K.: To, że sporo pacjentów wraca, są zadowoleni i chcą brać kolejne zabiegi. Bardzo miłe są również sytuacje, gdy mój pacjent, będący akurat w naszym ośrodku (nie umówiony ze mną tego dnia na wizytę), zaczepia, wita się, poznaje mnie i zagaduje, tak po prostu, z czystej sympatii. Odnajduję się w tej pracy i naprawdę ją lubię. Teraz akurat mam urlop i bardzo już mi się chce z niego wrócić. Czekam na powrót do pracy. Okres zimowy nie nastraja mnie urlopowo. Praca nadaje rytm dnia, jego schemat i dzięki temu dzień inaczej upływa. W czasie wolnym muszę gospodarować sobie czas inaczej. Dzieci są na tyle duże, że nie wymagają już ciągłej opieki, mam więcej czasu dla siebie. Zwykle czytam książki.

K.K.: Jakie możliwości rozwoju daje Pani ta praca?

P.K.: Rozwija, to na pewno. Otwiera na inne osoby i na świat. Spotykam się z bardzo różnymi ludźmi, z różnym poziomem wykształcenia i na różnym poziomie intelektualnym. Mój mąż był osobą zamkniętą, a ta praca go otworzyła. Już sam etap przeprowadzania wywiadu z pacjentem wymaga otwarcia, empatii. Trzeba zadawać pytania, poznajemy w ten sposób innego człowieka. Poza tym wizyty są regularne, spotykamy się systematycznie z daną osobą. Praca pomogła mi po śmierci męża. Dała mi też możliwość czerpania z doświadczenia starszych osób. To mi pokazało, że nie jestem sama z problemami.

K.K.: Jakie bariery i trudności napotykała Pani na etapie poszukiwania zajęcia lub napotyka teraz, podczas pracy?

P.K.: W samej pracy nie napotykam na bariery, bo współpracowników mam w pełni sprawnych. Koleżanki z pracy dużo mi pomagają. Po ośrodku potrafię poruszać się z laską, a w razie potrzeby zawsze ktoś chętnie mi pomoże i podprowadzi. Wiadomo, że są osoby bardziej przyjazne i otwarte oraz te mniej, ale to nie wynika z niepełnosprawności, tylko z charakteru. Wśród w pełni sprawnych osób też tak jest. Kogoś lubimy bardziej, a kogoś mniej.

Po śmierci męża wyrobiłam sobie pieczątkę, żeby być bardziej samodzielną. Po zabiegu muszę zawsze zostawić podpis w karcie pacjenta, więc posiadanie pieczątki umożliwia mi wykonanie tego bez pomocy osoby trzeciej (nie podpiszę się, ale pacjent może postawić pieczątkę). Wykonuję swoją pracę w pełni, tak jak pozostali pracownicy. Jedynie grafiki masaży układają mi koleżanki, bo nie jestem w stanie tego zrobić sama. Staram się dużo rzeczy robić samodzielnie, żeby nie obciążać koleżanek. Poza tym lubię czuć, że jestem samodzielna, że mogę zrobić coś sama.

K.K.: Czy jakieś instytucje lub osoby prywatne pomogły Pani znacząco w znalezieniu zatrudnienia?

P.K.: Głównie Sekcja Niewidomych Masażystów. Wiem też, że inni szukają pracy zazwyczaj przez znajomych. Albo ktoś zostaje wolontariuszem w danym miejscu, żeby wykazać się swoją wiedzą, a potem udaje mu się dostać zatrudnienie. Mój kolega zdobył w ten sposób pracę. Niektórzy masażyści pracują na kontrakcie, czyli mając własną działalność gospodarczą; mają płacone od masażu i wtedy robi się trochę taki wyścig szczurów, bo trzeba wyszukiwać klientów, zdobywać ich. Poza tym, różne ośrodki różnie płacą za zabiegi. Dużo zależy od wielkości miejscowości, od charakteru i rangi danego miejsca pracy. Bardzo różnie z tym jest. A jeśli ktoś szuka pracy na umowę o pracę, to bardzo dużym argumentem dla pracodawcy będzie to, że może się on ubiegać w PFRON o dofinansowanie do stanowiska pracy dla pracownika z niepełnosprawnością.

K.K.: Czy ma Pani w pamięci jakąś sytuację lub wydarzenie, które Panią pozytywnie zaskoczyło w pracy, jakieś miłe wspomnienie?

P.K.: Musiałabym się zastanowić, bo takich wydarzeń było mnóstwo. Ostatnio np., kiedy moja pacjentka, która mnie obserwowała, zaproponowała mi wywiad w ogólnopolskiej gazecie. Mówiłam tam o swoim życiu i swoich pasjach. Pani redaktor znała mnie z opisów moich pacjentów. Przyszła do mnie do gabinetu i zaproponowała przeprowadzenie wywiadu. Było to niezwykłe przeżycie, bo ja dla siebie zawsze byłam taka dość zwyczajna, a tu się okazuje, że dla kogoś jestem osobą interesującą i to na tyle, że chce o tym napisać w gazecie. Wiele koleżanek wypowiadało się na mój temat i mówiły mnóstwo dobrych rzeczy, to było dla mnie bardzo motywujące. Jak tylko gazeta się ukazała, koledzy z pracy poszli do kiosku ją kupić. To jest bardzo satysfakcjonujące, że ktoś docenia moją pracę i jeszcze chce o tym napisać. Dzięki temu dostałam jeszcze większego „kopa”.

K.K.: Co by Pani poradziła osobom słabowidzącym lub niewidomym poszukującym pracy lub zniechęconych do poszukiwań przez swoją dysfunkcję wzroku?

P.K.: Odpowiednie nastawienie. To jest podstawa. Mam pacjentów z dysfunkcją wzroku i czasami się ich wstydzę. Są osoby, które siedzą na zasiłku i to im wystarcza; zapominają, że rodzice, z którymi teraz mieszkają, kiedyś odejdą i sam ich zasiłek już nie wystarczy do przeżycia.

Poza tym, praca naprawdę rozwija człowieka. Jeśli ktoś szuka pracy, to powinien mieć pozytywne nastawienie i chęć do rozwoju. Możemy się kształcić komputerowo i w tej branży szukać pracy. Dużo jest obecnie pracy zdalnej dla informatyków. Trzeba się zastanowić, co byśmy chcieli robić i dążyć do tego. Przeanalizować, co nasza niepełnosprawność umożliwia, jaki zawód możemy wykonywać. Jeśli słabo widzimy, to możemy robić więcej niż osoba całkiem niewidoma, ale to też nie dyskryminuje niewidomych. Jest wiele opcji: jak nie masaż czy komputer, to inna praca. Można być muzykiem, pracować, np. w rejestracji w przychodni. Wszystko zależy od naszego podejścia. Nie można z góry zakładać, że „nic nie będę robił, bo jestem niepełnosprawny i macie mi płacić więcej i już”. To jest najgorsze, co można zrobić.

Kiedyś pracowałam w radiu, mówiłam swoje wiersze. Potem byłam agentem ubezpieczeniowym. W wieku 23 lat zaczęłam uczyć się masażu. Każdy w życiu musi znaleźć swoją drogę. To nie jest tak, że niepełnosprawność nas ogranicza. Ogranicza nas szukanie dziury w całym. Można szukać zatrudnienia nawet na otwartym rynku pracy. Najważniejsza jest chęć do pracy, a niestety sporo jest ludzi, którzy po prostu nie chcą pracować.

To jest kwestia tego jak my, niepełnosprawni, chcemy być postrzegani przez środowisko. Czy chcemy być nieporadni i żeby inni myśleli, że nic nie potrafimy robić, tylko siedzieć bezproduktywnie. Mam nadzieję, że ten stereotyp się zmienia i ludzie zaczną myśleć inaczej. Ja obracam się w środowisku osób, które chcą być aktywne. Pokończyli szkoły, mają wykształcenie, założyli rodziny i realizują się zawodowo.

K.K.: Czy myślała Pani kiedyś o zmianie zajęcia?

P.K.: Gdybym widziała albo była młodsza, to pewnie byłabym dziennikarką. Zawsze lubiłam pisać wiersze, potem pracowałam w radiu. To była moja pasja. Już w szkole pisałam artykuły do gazetki szkolnej. Myślę, że w tym bym się odnalazła – dawało mi to możliwość wypowiedzenia się. Ale to już nie ten wiek i nie ten czas. Już o tym nie myślę. Jest dobrze tak, jak jest i tu, gdzie jestem.

K.K.: Serdecznie dziękuję za poświęcony czas i wyczerpujące odpowiedzi!

Sto lat wolnej Ojczyzny, sto lat pewnej rodziny. Wiele nocy i dni w mroku i ciszy

Jestem lepszy od – III edycja konkursu

Człowiek jest tyle wart

ile jest w stanie dać drugiemu człowiekowi

11 listopada 1918 r. zakończyła się I wojna światowa, co przypieczętowano podpisując rozejm w podparyskim Compiegne. Tego samego dnia w Warszawie Rada Regencyjna przekazała władzę twórcy Legionów i bojownikowi o wolną Polskę, Józefowi Piłsudskiemu. Później dzień ten określano jako dzień odzyskania przez Polskę niepodległości po 123 latach niewoli w okowach wrogich sąsiadów – zaborców.

Moja mama Petronela, zwana też Władzią, miała wówczas 4 lata i nic o tych bardzo poważnych i bardzo ważnych sprawach nie wiedziała, chociaż ciągle słuchała o strasznej wojnie, bo ta zabrała jej ojca, a mojego dziadka, który powołany do carskiego wojska walczył w wielu bitwach, docierając aż do Morza Czarnego. Szczęśliwie przeżył krwawą rewolucję i dopiero w 1921 r. wycieńczony, bez żadnego żołdu, cudem przybył do Brześcia, gdzie odebrała go babcia i pierwszy raz widziana przez ojca Petronela. Rodzina o szlacheckich korzeniach, za cara całkiem zamożna, w czasie wojny bez ojca zbiedniała, stopniowo tracąc rodowe dobra. Ojciec zrujnowawszy zdrowie na wojnie wkrótce zmarł, osierocając mamę i jej brata.

Babcia zdecydowała, że mama po ukończeniu szkoły powszechnej nauczy się pożytecznego zajęcia, które zapewni jej w przyszłości utrzymanie i niezależność. I tak Władzia zaczęła uczęszczać do sławnej w Lublinie pracowni haftu i szycia Swarowskich.

Mimo nabytych umiejętności mama nie została zawodową krawcową, gdyż jako piękna dziewczyna miała duże powodzenie u chłopców. Niemal co dzień przychodził jakiś kawaler i starał się o jej rękę i względy. Babcia upatrzyła dla jedynej córki bogatego co prawda, ale starego i brzydkiego Józefa. A serce Mamy wyrywało się do urodziwego i wesołego, ale biednego jak mysz kościelna, wiejskiego chłopaka Janka. Ileż łez mama wylała, bo babcia upierała się przy Józefie, który zapisał przyszłej żonie całkiem duży majątek, a ksiądz z ambony już głosił zapowiedzi. Mama ciągle błagała o zgodę na ślub z Jankiem, aż zdesperowana babcia zdecydowała się uwięzić mamę w komorze, gdzie pod okienko, pod osłoną nocy zakradał się Janek. Młodzi i zakochani wspólnie pocieszali się i naradzali co począć. Mama użyła najcięższej broni, wyznała babci, że wydana za Józka niechybnie się zabije. Dopiero teraz babcia się ugięła i wyraziła zgodę na ślub z Jankiem. Był skromny i cichy, trochę smutny, bo babcia mamę wydziedziczyła i nie wzięła udziału w uroczystości, a trochę wesoły, bo zapowiadał szczęście we dwoje i dozgonną miłość.

Janek zabrał mamę z dużego, wygodnego domu do małej wiejskiej chatki.

Ojciec Janka, tak jak i dziadek, był żołnierzem w czasie „wielkiej wojny”. Zawędrował aż do Turcji, szczęśliwie powrócił, a nawet przywiózł zaoszczędzone złote monety. Za część powiększono gospodarstwo, a część zamieniono na banknoty.

Pewnego razu rodzice odwiedzili babcię taty, staruszkę liczącą 100 lat. Babcia nie widziała i nie słyszała od jakiegoś czasu, chociaż będąc młodą osobą miała doskonały wzrok i słuch. Przypuszczam, że prababcia chorowała na „chorobę Ushera”, rozpoznaną i opisaną dopiero w końcu XX wieku. Później mama poznała innych członków rodziny taty dotkniętych tą chorobą.

Życie na wsi, zwłaszcza dla mamy, nie było lekkie, ale dzięki ciężkiej pracy rodzice usamodzielnili się. Tata został kierownikiem spółdzielni mleczarskiej. Dbał o skup mleka z okolicznych wsi i transport do Lublina, albo do wielkiej mleczarni w Krasnymstawie. Mamie bardzo przydała się umiejętność szycia. Dzięki niej powiększająca się rodzina, choć biedna, była zawsze schludnie i czysto ubrana.

Względna stabilizacja nie trwała długo, gdyż wybuchła II wojna światowa. Ojciec prowadząc mleczarnię był pod ciągłą kontrolą Niemców, jednak, jak mówią, pod latarnią najciemniej. Dzięki licznym kontaktom z rolnikami ojciec mógł pomagać Żydom, wyszukiwał dla nich bezpieczne kryjówki u uczciwych ludzi. Potem wspierał partyzantów, przekazując żywność i tworząc skrzynkę kontaktową.

Mimo wojen i pojedynczych ludzkich tragedii życie musi toczyć się dalej. Miłość Władzi i Janka nierzadko podlewana łzami zaowocowała czwórką dorodnych dzieci. Wkrótce skończyła się wojna, ale czas pokoju niewiele był lepszy od znienawidzonej okupacji hitlerowskiej. Przyszła nowa władza i nowe porządki, do których trzeba było się przyzwyczaić.

W 1956 r. urodziłam się ja. Ojciec był już wtedy poważnie chory i wkrótce zmarł. Mama została sama z piątką dzieci, wystawiona na żer sępów z rodziny ojca.

Pamiętajmy, że były to lata 50. Kraj dopiero podnosił się z ruiny wojennej, pomoc socjalna jeszcze nie była dobrze zorganizowana. Cały ciężar utrzymania domu i rodziny spadł na barki drobnej, lecz silnej duchowo Władzi – mojej matki.

Pomimo sugestii z zewnątrz nie oddała dzieci ani do „bidula”, ani do adopcji, co w ówczesnych czasach nie było rzadkie. Mama uważała, że wielu ludzi ma jeszcze gorzej i biedniej, i nie rozczulała się nad swoim losem. Przeciwnie, zawsze była pogodna, uczynna i dobra. Sprawiało jej radość, gdy mogła pomóc innym, bardziej potrzebującym i biedniejszym. Tej dobroci serca nauczyła nas – swoje dzieci. Kiedy ja przyszłam na świat, moja najstarsza siostra miała 15 lat, była dla matki dużym wsparciem, a dla pozostałego rodzeństwa drugą matką.

Sytuacja polityczna i ekonomiczna w Polsce zmobilizowała rodzeństwo do nauki, wszyscy sobie nawzajem pomagaliśmy i wspieraliśmy się. W domu było przeważnie biednie, ale zawsze wesoło.

Jednak jednego z dorastających braci dopadła choroba oczu. Leczenie przez kolejnych lekarzy nie przyniosło efektów, choroba systematycznie pogłębiała się, a wkrótce do ślepoty dołączyła się głuchota.

Matka bardzo przeżywała chorobę syna, na dodatek przyszły kolejne kłopoty. Na serce zmarł mój drugi brat. W końcu, mając 21 lat, zachorowałam i ja. Stało się to po porodzie mojego pierwszego syna. Zaczęłam tracić wzrok i słuch. Najpierw nieznacznie, w dalszym ciągu pracowałam, ale już rozpoczęłam swoje wędrówki po lekarzach. Gdy usłyszałam diagnozę „Zespół Uschera” – choroba dziedziczna, zaczęliśmy sobie przypominać i analizować podobne przypadki w rodzinie ze strony ojca, stuletnią babcię, która przekazała w genach wadę następnym pokoleniom. Okazało się, że chorych krewnych było więcej – choroba ujawniła się u mojego brata i u mnie.

W ówczesnych czasach niepełnosprawność była sprawą wstydliwą. Często rodzice ukrywali niepełnosprawne dzieci w domu, chcąc im umniejszyć bólu przezwisk, ośmieszania i wykluczenia. Sama słyszałam jak nauczyciel w klasie bezmyślnie i bezkarnie wyzywał ucznia „ślepoto” lub „głucha siekiero”. Tak więc izolacja osób niepełnosprawnych, chociaż dawała spokój, to jednak pozbawiała szansy na w miarę normalne życie i wzajemne oswajanie ludzi zdrowych i chorych.

Z biegiem lat sytuacja zaczęła się zmieniać. Przyczyniła się przemyślana polityka państwa w tym zakresie, powszechny dostęp do opieki zdrowotnej i uświadamianie w szkołach i przedszkolach. Wymyślono i upowszechniono wiele urządzeń i pomocy ułatwiających życie osób dotkniętych niepełnosprawnością. Ludzie cywilizowali się coraz bardziej, powstały spółdzielnie pracy dla inwalidów, przedszkola i szkoły integracyjne, nawet paraolimpiada, gdzie swoimi możliwościami, uporem, odwagą i siłą walki imponują właśnie osoby nie w pełni sprawne. Powstało nawet pojęcie „sprawni inaczej”. Dzisiaj też buduje się inaczej, z troską, aby ludzie niewidomi czy na wózkach inwalidzkich mogli pokonywać bariery komunikacyjne. Takie podejście, z troską i chęcią pomocy nam – sprawnym inaczej – bardzo pomaga w życiu, gdyż zmniejsza strach i obawy o przyszłość, daje optymizm i wiarę, że nie jesteśmy sami, zdani wyłącznie na swój los i pomoc tylko najbliższych.

Ja mimo choroby urodziłam i wychowałam z mężem trzech wspaniałych synów, prowadząc dom i pracując zawodowo. Mój mąż Paweł, w trosce, aby rodzinie żyło się lepiej, pracował przy budowie wszystkich elektrowni w kraju. W uznaniu jego pracowitości, fachowości i uczciwości został oddelegowany na kontrakty zagraniczne, gdzie brał udział w budowie kolejnych elektrowni, przywożąc tak cenne wówczas dewizy do Polski.

Z biegiem lat, gdy dzieci podrosły, a choroba jeszcze nie była tak uciążliwa, rozpoczęłam przygodę z otwarciem własnej działalności gospodarczej. Po uzyskaniu kwalifikacji na początku lat dziewięćdziesiątych, otworzyłam sklep zielarsko-drogeryjny. Działalność ta – kontakty z ludźmi, sprowadzanie towaru, zaspokajanie potrzeb klientów, wiele rozmów i wiele znajomości – przyniosła mi duże zadowolenie i satysfakcję. Niestety, choroba pogłębiała się, dodatkowo wpływając na osłabienie serca. W konsekwencji przerwałam pracę i przekształciłam się w rencistkę.

Zespół Ushera – choroba, która wkradła się w życie naszej rodziny, jest chorobą genetyczną. Odziedziczyłam ją po prababci. Najprawdopodobniej matka ojca (Jana) przeniosła ją od swojej matki, która u schyłku życia nie widziała i nie słyszała. Siostra ojca również przekazała chorobę trojgu z pięciorga dzieci.

Byłam radosną, beztroską nastolatką, ale z lekkim niedosłuchem. W domu mówiło się, że w dzieciństwie leczono mnie streptomycyną, która uszkadzała słuch. Dziś wiem, że były to objawy właśnie tej choroby. Pomimo niełatwej sytuacji materialnej mama szukała pomocy u kolejnych specjalistów. Łucja, jako najstarsza, obracała się w kręgu elit szpitalnych i miała możliwość korzystania z wiedzy na temat choroby Ushera. Brat Edward już w wieku 20 lat miał poważne problemy ze słuchem i wzrokiem – mówiono, że wpadł do wody i dlatego tak się działo. Lekarze specjaliści przepisywali kolejne medykamenty, ponadto mama udawała się do znachorów, zielarzy i księży w poszukiwaniu pomocy. Na jednej z wizyt zielarz ksiądz powiedział – „Pan straci całkiem wzrok i słuch”. Bratu zawalił się wtedy świat. Miał przecież dopiero 20 lat. Przeżył załamanie nerwowe, próbę samobójczą, popadł w alkoholizm. Na szczęście trwało to krótko. Rozpacz mamy i reszty rodzeństwa, prośby, tłumaczenia przyniosły efekty. Zaczął wychodzić na prostą, poznał dziewczynę, nauczył się odpowiedzialności. Na przykład tuż po zapadnięciu zmroku wracał do domu, mówiąc narzeczonej: „Muszę wracać, bo mama nie wie, gdzie poszedłem”. Na szczęście dziewczyny to nie zraziło i została jego żoną, natomiast sytuacja przetworzyła się w rodzinny dowcip o Edziu, który od narzeczonej biegł do mamusi od razu jak zrobiło się ciemno. Brat pracował zawodowo i dopiero wypadek przy pracy, gdzie zasypała go ziemia – spowodował, że znalazł się na rencie. Pogłębiła się choroba, może przez ten wypadek, a może lata zrobiły swoje. Dziś ma 73 lata, bardzo mało widzi i bardzo słabo słyszy, w terenie jest niesamodzielny.

Młodość spędziłam w dużym mieście, uczęszczając do szkoły średniej i mając różne towarzystwo. Dziś wiem, że podświadomie unikałam wieczornych wyjść. Nawet spacer na stare miasto, gdzie były wąskie i ciemne uliczki, sprawiał mi problem. Tłumaczę sobie, że organizm sam walczył z mrokiem, gdy ja jeszcze nie byłam świadoma choroby. Pamiętam, gdy będąc nad jeziorem z moim obecnym mężem, wieczorem pokazywał w oddali łódkę, której nie widziałam, skwitowałam – „nie widzę, bo ciemno”. Już wtedy zwrócił uwagę, że on to widział, a ja nie i takie zdarzenia powtarzały się, gdy ja zaznaczałam: „nie idę, bo ciemno” albo: „nie widzę, bo ciemno”. Mnie wydawało się to wtedy normalne. Mama nie zwróciła na te przypadki uwagi, bo przecież się nie uskarżałam, a ostrość wzroku miałam fenomenalną. Kiedy urodziłam pierwszego syna, siostra podając mi butelkę z mlekiem, której oczywiście nie widziałam, wykrzyknęła przerażona – „Terenia, ty nie widzisz”. Prawie natychmiast po wyjściu ze szpitala rozpoczęły się wędrówki po specjalistach. Diagnoza była straszna – mam podobną chorobę jak brat. Lekarze zalecali spokojny tryb życia i witaminy. Przepisywali kolejne okulary, które były źle dobrane, ponieważ ostrość widzenia była dobra, a kurczyło się pole widzenia. Na widzenie świata w szarych barwach okularów nie ma. Także „różowe” nie poprawiają widzenia. Jednak prowadzę normalny tryb życia, rodzę drugie dziecko, mało się przejmuję postępem choroby. Pracuję jako przedszkolanka, co sprawia mi frajdę. Ludzie zwracają uwagę, że mówię zbyt głośno, bo słyszę zbyt cicho. Oczywiście mrok jest przeszkodą, więc unikam wieczornych wyjść i dalej próbuję żyć normalnie, jakby nic się nie działo. Obserwuję sąsiadkę, która nie widzi. Wszyscy o tym wiedzą, tylko ona udaje, że jest OK. Jednak godzinę myje okno, bardzo długo wyciera stół, bardzo długo odkurza – wszystko stara się zrobić tak dokładnie. Być może ze mną było tak samo, ale wtedy się nad tym nie zastanawiałam.

I po co chora osoba oszukuje siebie czy innych, udając, że wszystko jest OK?

Gdy urodziłam trzecie dziecko, ogólny stan mojego zdrowia pogorszył się, ale zmienialiśmy miejsce zamieszkania, więc nie miałam czasu, by się tym martwić. Byłam wówczas w domu, opiekując się dziećmi. Po wypełnieniu zajęć domowych i opiekuńczych zaczęłam myśleć co będzie dalej. Zapisałam się na roczny kurs zielarsko-drogeryjny i otworzyłam działalność – drogerię z kosmetykami i ziołami, co sprawiło mi ogromną radość i satysfakcję. Ale problemy w codziennym funkcjonowaniu były coraz bardziej dotkliwe. Oszukiwałam siebie i innych, że nic się nie dzieje. Na przykład dwukrotnie sklep okradziono podczas mojej obecności. Złodziej zauważył, że patrząc na wprost nie widzę co się dzieje z boku tuż przy mnie i wykorzystał chorobę do swoich celów. Kiedyś weszła koleżanka i mówi do mnie wprost „Teresa, ty bardzo źle widzisz, ciebie łatwo okraść. Zrób z tym coś!”.

Po raz pierwszy szczerze porozmawiałam z siostrą, wyznając moje problemy ze wzrokiem i słuchem. Poleciła mi kilku specjalistów, a choroba przybierała na sile. Widziałam gorzej, jesienią na zamknięcie sklepu i odprowadzenie mnie do domu przychodzili moi synowie, pogorszył się też mocno słuch. Gdy ktoś zasugerował, że powinnam nosić aparat słuchowy, natychmiast go założyłam. Ktoś podpowiedział mi wizytę w Kajetanach. Dopiero tam skierowali mnie na badania genetyczne w Szpitalu Praskim w Warszawie. Tam po raz pierwszy lekarze napisali właściwą diagnozę: „Zespół Ushera”. Miałam wtedy 47 lat. W tym czasie przytrafiały mi się problemy z odróżnianiem kolorów. Wcześniej byłam w stanie pięknie rysować i malować, a także haftować, kolory i ich odcienie nie miały przede mną tajemnic. Zdarzyła się zabawna sytuacja z wyborem sukienki, kupowałam granatową, a wszyscy mówili, że jest fioletowa. Później przydarzyła mi się podobna sytuacja z butami, kiedy miałam kupić czarne, a kupiłam brązowe. To nauczyło mnie przy zakupach pytać o kolor, oczywiście zawsze starałam się być bardzo samodzielna.

Tymczasem w naszym życiu nastał trudny okres. Mąż stracił pracę, pojawiły się problemy z nastoletnimi, dorastającymi synami i moje trudności zawodowe i zdrowotne. Suma nieszczęść doprowadziła mnie do dwóch zawałów. Pojawiła się depresja, poważne zwyrodnienie w kręgosłupie szyjnym w szybkim tempie pogłębiły moją chorobę zasadniczą. Kolejny profesor rozwiał złudzenia, mówiąc wprost: „Szkoda Pani jeździć po lekarzach, Pani wzrok się kończy”. W tym czasie nosiłam dwa aparaty słuchowe i świetnie sobie radziłam ze słyszeniem, byłam już na rencie chorobowej i w silnej depresji. Wizyta u lekarza psychiatry nie przyniosła efektu, leki psychotropowe działały na mnie niekorzystnie. Dopiero będąc w sanatorium natrafiłam na mądrą terapię psychologiczną, która wstrząsnęła mną i powoli zaczęłam logicznie myśleć, mówiąc sobie, że trzeba coś z tym zrobić, a przede wszystkim odganiać myśli samobójcze, jakie pojawiały się proporcjonalnie do ilości połkniętych tabletek. Starsi synowie już wyfruwali z domu, ale był jeszcze najmłodszy, miałam ukochaną działkę, uwielbiam kwiaty, więc miałam dla kogo żyć, a pracując w ogrodzie realizowałam się. Gdy byłam sama, by zagłuszyć myśli słuchałam bardzo dużo głośnej muzyki. Ostrość widzenia nie opuściła mnie do 60 roku życia, więc mogłam sobie pozwolić na doglądanie kwiatów. Kiedy mąż przeszedł na emeryturę, mogliśmy sobie pozwolić na wspólne wyjazdy po kraju, co psychicznie mnie hartowało. Już od 55 roku życia nie mogłam samodzielnie wychodzić o zmroku z domu. Razem z kolejnym zawałem przeszłam śmierć kliniczną. Po wybudzeniu narodziłam się po raz drugi i od tej chwili patrzę inaczej na świat. Mając 57 lat, po incydencie na ulicy, gdy weszłam wprost pod jadący samochód, wzięłam do ręki białą laskę.

Czy wstydziłam się laski ?

W swoim środowisku być może tak, ale często wyjeżdżałam do Warszawy i wiedziałam, że mając białą laskę ktoś mi pomoże. Powoli laska stała się nieodłącznym rekwizytem.

Zetknęłam się z grupą TPG, pojechałam do Warszawy na spotkanie. Tam uzmysłowiłam sobie, że ja już życie mam za sobą, a tu są młodzi ludzie. W kontaktach z nimi okazało się, że mam w sobie ogromne pokłady energii, że świetnie się czuję z młodymi ludźmi i jestem im w stanie coś z siebie dać. Zbyt dużo wolnego czasu źle wpływa na psychikę, więc stawia się deprymujące pytanie: co dalej? Z grupą tą wyjechałam na pierwsze warsztaty do Łucznicy. Miejsce to wydaje mi się magiczne, z pokładami pozytywnej energii. W grupie człowiek nie myśli o tym, że jest chory i ile ma lat, w grupie wszyscy jesteśmy równi. W Łucznicy padło hasło „może byś coś napisała” – i tu otwiera się przede mną nowy etap życia. Pisanie wierszy sprawia mi ogromną frajdę, rodzina jest zachwycona, że czymś się zajęłam i kibicują w moich poczynaniach. Choroba jest kontrolowana przez lekarzy z ośrodka w Kajetanach, o mój wzrok troszczy się profesor, a ja staram się żyć w miarę normalnie. Uczestniczę w życiu kulturalnym naszego miasta w grupie poetyckiej Erato, w grupie teatralnej naszego Domu Kultury oraz uczęszczam na wykłady Uniwersytetu III wieku. W moich oczach zostało jeszcze trochę widoczności, widzę postacie, chociaż ich nie rozróżniam, rozpoznaję barwy jasne i ciemne. O dziwo oczy nie tracą blasku, patrzą na słuchającego normalnie, czym daję złudzenie, że widzę. Ktoś mówi: „Jak nie widzi, jak patrzy?”. W domu dobrze sobie radzę, ważne jest, by nikt niczego nie przestawiał, położenie noża po drugiej stronie wprowadza w niepotrzebny stres, bo ręce wtedy nerwowo szukają. Długo trwało uczenie domowników, że szafka ma być zamknięta, krzesło dosunięte, buty odstawione w odpowiednie miejsce. Wszystko to można wypracować, trochę spokojem, trochę nerwami. Nawet pies wychowany przeze mnie wie, że ja nie widzę i gdy idę, to schodzi mi z drogi. Bywam na ukochanej działce jako autorytet, siła doradcza. Czasami, w zależności od natężenia światła, uda mi się coś zobaczyć. Sama robię zdjęcia i przy powiększeniu jestem w stanie moje fotografie obejrzeć. Na miarę swojej choroby jestem samodzielna, staram się sama wychodzić do sklepu, urzędu, do przyjaciół, bo to mi daje poczucie wolności.

Mimo licznych niedomagań fizycznych i choroby nasz dom był zawsze otwarty dla grona licznych znajomych i przyjaciół. A liczba ich wzrosła wraz z pójściem synów na studia i nawiązaniem przez nich nowych znajomości. W naszym domu zaczęli pojawiać się Litwini, Białorusini, a nawet mieszkańcy Kazachstanu. Staraliśmy się nauczyć synów postawy dobroci i ofiarności, aby zawsze umieli postawić pytanie „ile i co potrzeba”, aby unikali słów „nie mam, nie mogę”. Świąteczne rodzinne spotkania zawsze były wesołe, a gdy gościliśmy któregoś z zagranicznych kolegów synów, często śmieszne, z powodu ich nieznajomości języka, albo polskich obyczajów i problemów. Zagraniczni goście otrzymywali od nas wsparcie na miarę możliwości. Zdarzyło się nawet, że zameldowaliśmy w swoim domu Siergieja i jego brata z Kazachstanu, co ułatwiło im uzyskanie polskiego obywatelstwa. Dzisiaj miło jest dostawać pozdrowienia z różnych stron świata. Gorąco wierzę, że dobro przekazane innym wraca do nas zwielokrotnione.

Nasi synowie nauczeni przykładem rodziców kultywują tę tradycję, niosąc pomoc innym ludziom – Polakom i przybyszom z zagranicy. Młode pokolenie ma więcej możliwości niż nasze. Są lepiej wykształceni, znają języki, zwiedzili świat, lepiej rozumieją jak ta pomoc ma wyglądać w realiach współczesnego świata. Zatrudniają w swoich firmach także Ukraińców, Nepalczyków oraz studentów innych narodowości, odpowiednio ich wynagradzając. Czasem zdarzy się, że ktoś nie odpowie dobrem na dobro, ryzyko zawsze jest, jak to w życiu. Jednak tłumaczę synom, że ostatecznie dobro musi zwyciężyć.

Będąc na rencie musiałam zagospodarować swój czas i energię, która mimo choroby aż we mnie kipi. Przyszła kolej na zaangażowanie się na działce. Uprawiałam ją z zamiłowaniem, dbając o kolejne krzewy róż, różaneczników czy okazy ukochanych słoneczników. Serce włożone w uprawę działki, oczywiście z pomocą ukochanego męża, przyniosło owoc w postaci uznania burmistrza i nagrody za najpiękniejszą działkę. Cieszyłam się z nagrody, chociaż wiem, że dość zadowolenia daje życie na łonie przyrody wśród pachnących, barwnych kwiatów i ziół, śpiewu ptaków, muzyki owadów.

Mimo radości dnia codziennego, mimo leków i pomocy optycznych, zasłona na oczach opada coraz niżej, a serce bije coraz słabiej. Coraz częściej nurtowało mnie pytanie co będzie dalej? Czym wypełnię czas? Na jakie życie wystarczy mi sił?

Gdy miałam 54 lata nagle straciłam przytomność i weszłam w stan śmierci klinicznej. Na szczęście był ktoś przy mnie, kto wezwał pogotowie. Pomoc lekarska podczas operacji serca była skuteczna. Jakaż była moja radość po wybudzeniu! Poczułam, że narodziłam się po raz drugi. Może to zrozumieć tylko ktoś, kto jak ja otarł się o śmierć. Jednak nadal miałam niepokój o przyszłość, głowiłam się jak żyć, aby nie być ciężarem dla innych. Przed ludźmi ukrywałam kiepski stan mego wzroku i słuchu.

Przełomem stała się zabawna historia z butami. Otóż pewnego dnia kupiłam brązowe pantofle, mimo że potrzebne mi były czarne. Gdy rozpatrzyłam się co i jak, następnego dnia kupiłam takie same, ale we właściwym kolorze, nikomu o tym nie mówiąc. Wkrótce sama o tym zapomniałam, do czasu, gdy wychodząc do miasta założyłam dwa buty – takie same w kroju, ale w różnych kolorach. Od tego momentu nauczyłam się pytać i prosić.

Wkrótce po tej przygodzie przeczytałam ogłoszenie TPG, gdzie prosili o nadesłanie śmiesznych historii związanych z niepełnosprawnością. Bez zastanowienia opisałam historię z butami i wysłałam na wskazany adres. Jednak zapomniałam o podaniu adresu nadawcy, a szkoda, bo po kilku latach, mając już nowe kontakty dowiedziałam się, że moja opowieść bardzo się spodobała i byłaby opublikowana, ale bez braku mojej zgody nie mogli tego uczynić.

Dzisiaj rozwój nauki i medycyny pozwala korzystać z dobrodziejstw techniki. Świetnie dobrane aparaty słuchowe pozwalają obcować z ulubioną muzyką i odsłuchiwać ukochaną literaturę z kaset. Już mniej boję się nudy, życia bez bodźców wzrokowych i słuchowych. Jednak przebywanie na działce, korzystanie z laptopa to dla mnie za mało, by wypełnić czas i zaspokoić potrzebę wyżycia się. Na szczęście dzięki PZN-owi poznałam ciekawych ludzi w Bydgoszczy, cierpiących tak samo jak ja. W Bydgoszczy nauczyłam się jak sobie pomóc. Dostałam po raz pierwszy propozycję pisania artykułów do gazety dla niepełnosprawnych. Dzięki poznanym ludziom i mojej aktywności pojechałam do Łucznicy, miejsca warsztatów dla osób z niepełnosprawnością i miejsca, gdzie napisałam swój pierwszy wiersz.

Łucznica, gdzie duch Potockich krąży ponad drzewami, jest miejscem cudownym, gdzie panuje przyjazna atmosfera, gdzie zapomina się o wieku. Prowadzone warsztaty na powrót wprowadzają nas w lata szkolne. Zabawa z wikliną, papierem, gliną. Rozmowy przy kawie. To wtedy ktoś podpowiedział mi napisanie wiersza – tak powstała pierwsza rymowanka pt. „Łucznica”, a po niej następne i następne… W wierszach opisuję swoje przemyślenia, obserwacje, otoczenie i stan mojego ducha.

Chętnie biorę udział w kursach i szkoleniach przysposabiających do korzystania z syntezatora mowy podłączanego do komputera i telefonu. Wymaga to samodyscypliny, uporu i wytrwałości, ale są efekty. Dzięki pomocy finansowej Państwa mogę posługiwać się drogim sprzętem, który pisze i czyta na głos za mnie.

Moja twórczość literacka ujrzała światło dzienne dzięki inspiracji koleżanek ze stowarzyszenia emerytów, którego też jestem członkiem. Dzięki ich namowie i pomocy w zaprzyjaźnionej bibliotece, miałam swój pierwszy wieczór autorski. Siedziałam wówczas przy stoliku w centrum uwagi, a zaprzyjaźnione koleżanki deklamowały moje wiersze, inne koleżanki śpiewały nastrojowe piosenki, do których w części ja ułożyłam słowa.

W spotkaniu wzięło udział dużo moich przyjaciół z lokalnego związku osób niewidomych i niedowidzących, stowarzyszeń emeryckich oraz rodziny. Lokalna telewizja nagrała z tego wydarzenia krótki program, który potem był kilkakrotnie emitowany w lokalnych wiadomościach. Sprawiłam radość rodzinie, znajomym i sobie. Osiągnęłam coś, o czym może marzyć wiele osób zupełnie zdrowych i sprawnych, a brakuje im pomysłów, albo woli lub determinacji.

Dzisiaj już zupełnie nie widzę, słyszę tylko dzięki aparatowi, ale ciągle mam w myśli, że mimo wszystko mogę dawać ludziom siebie, rozrywkę, chwilę zadumy i refleksji oraz dobry przykład, że nie wolno się załamywać, że utrata wzroku i słuchu to przecież nie koniec świata.

Po sukcesie w bibliotece, gdy moje życie jakby kolejny raz zaczęło się na nowo, od roku należę do grupy poetyckiej „Erato” działającej przy domu kultury, gdzie moje wiersze są drukowane w miejscowej gazetce.

Co mi to wszystko daje? Częściową niezależność, otwarcie na ludzi, odwagę w proszeniu o pomoc. Odwagę w dźwiganiu swojej ułomności. Mogę posłużyć jako przykład dla tych, którzy nie chcą korzystać z dobrodziejstw techniki i nauki, a powinni, bo wtedy można w miarę normalnie funkcjonować w społeczeństwie, bez lęku, kompleksów i obawy przed odrzuceniem. Na moim przykładzie, pomimo że nie jestem samodzielna, sprawdzają się słowa „ucz się i pracuj, a dojdziesz do celu”. To co osiągnęłam zawdzięczam sobie, mojemu mężowi, rodzinie, przyjaciołom. Wszystkim ludziom, którzy mnie wspierali i ciągle we mnie wierzą. Tylko tyle i jednocześnie aż tyle.

Pomyśl człowieku, ile możesz dać innemu będąc niepełnosprawnym? Zrozum, że obdarowujesz również siebie!

Czy pomaganie innym jest w cenie?

Okres świąteczno-noworoczny to czas większej otwartości serc. W szkołach organizowane są zbiórki zabawek dla potrzebujących dzieci, studenci zbierają karmę dla zwierząt ze schroniska, częściej niż zwykle wolontariusze odwiedzają Domy Pomocy Społecznej, a w sklepach spożywczych zdarza się wrzucić produkt do koszyka ze zbiórką żywności osobom, które na co dzień są przeciwne tego typu działaniom. Czy Ty również zauważyłeś wyjątkową otwartość serca w okresie świątecznym?

Warto zadać sobie pytanie: czym jest pomaganie? Z pomocą przychodzi słownikowa definicja: „pomaganie oznacza dokonanie jakiegoś wysiłku dla dobra jakiejś osoby, aby jej coś ułatwić lub poratować ją w trudnej sytuacji lub podarowanie komuś czegoś”.

Słowem klucz jest tutaj „wysiłek”. Wysiłek to nic innego jak wytężenie sił fizycznych lub psychicznych dla osiągnięcia lub zrobienia czegoś /wg SJP/. Zdecydowanie pejoratywne znaczenie. Wysiłek utożsamiany jest bardzo często z trudem, zmęczeniem, spadkiem sił fizycznych, względnie obniżonym samopoczuciem, potrzebą odpoczynku.

Na potrzeby tego artykułu przeprowadziłam krótką ankietę wśród studentów pedagogiki na UMK w Toruniu. Zadałam w niej pytanie: W jaki sposób pomagasz?

Oto przykładowe odpowiedzi: „starszym osobom w sklepie, gdy nie sięgają same po produkt z wysokiej półki”, „ludziom, gdy mają trudność w przejściu przez ruchliwą ulicę”, „po prostu działam, gdy zauważę, że ktoś potrzebuje pomocy i jestem w stanie temu zaradzić”, „w sytuacjach życia codziennego, najbliższym, znajomym”, „dzieciom z domu dziecka poprzez zbiórki charytatywne”, „oddając ubrania dla potrzebujących i biedniejszych osób”, „rozmawiam, starając się podnosić na duchu osoby, które są przygnębione”, „oferuję swój czas”, „działam w kilku fundacjach jako wolontariusz, prowadzę grupę młodzieży, której celem jest pomoc biednym, starszym i niepełnosprawnym z mojej okolicy”, „pomagam w różnego rodzaju zbiorach żywności, odzieży, pieniędzy”.

Każda z ankietowanych osób odpowiedziała w jaki sposób pomaga, co jest jednoznaczne z tym, że pomaga. Każdy z ankietowanych inaczej definiuje pomoc. Pomoc nie jest mierzalna. Efekt pomocy – owszem. Uwielbiamy patrzeć na pomyślny koniec sprawy, w który się angażujemy. Pomoc powinna być zespołowa. Mamy świadomość, że w pojedynkę często nic się nie zwojuje. Wchodząc do siedziby Stowarzyszenia Dzieciom i Młodzieży WĘDKA im. każdego Człowieka nad drzwiami wejściowymi jest wyryty na drewnianej desce napis: „Dzień dobry. W czym mogę pomóc?”. Jest to swoiste hasło, które wypowiada każdy przychodzący codziennie do tego miejsca. Powszechność udzielania tutaj pomocy wpływa na efektywność.

Wyjątkowym rodzajem niesienia pomocy jest dar z samego siebie: honorowe oddanie krwi, zarejestrowanie się w bazie potencjalnych dawców szpiku kostnego, oddanie ściętych włosów dla fundacji tworzących peruki dla osób chorych na nowotwór… Jednak nie każdemu stan zdrowia pozwala na taki sposób pomocy innym. Wiele osób również uważa, iż nie ma czasu na bezinteresowną pomoc m.in. ze względu na długi czas pracy, obowiązki domowe, nieustanny pośpiech. W jaki sposób możemy pomóc innym nie wychodząc z domu?

Darowizna

Darowizna to pieniądze lub rzeczy, które należą do nas i które przekazujemy komuś innemu, nie chcąc nic w zamian. Tak podpowiada nam intuicja. Oficjalna definicja z kodeksu cywilnego (art. 888) potwierdza to, mówiąc, że darowizna to „forma umowy, w której darczyńca zobowiązuje się do bezpłatnego świadczenia na rzecz obdarowanego, kosztem swego majątku”. Podkreślmy: o darowiźnie mówimy wtedy, kiedy dzielimy się swoją własnością, czyli przekazujemy pieniądze z własnej kieszeni lub rzeczy, które do nas należą.

Od podstawy opodatkowania można odliczyć darowizny w kwocie nie wyższej niż 6% uzyskanego dochodu, kiedy darczyńcą jest osoba fizyczna, natomiast osoby prawne mogą odliczyć darowizny w kwocie nie wyższej niż 10% dochodu.

1/100 podatku dochodowego

1% – tak w skrócie mówimy o 1% podatku dochodowego osób fizycznych, który od 2004 roku podatnicy mogą przekazywać wybranej przez siebie organizacji pożytku publicznego (OPP). 1% nie jest darowizną ani ulgą.

Ze społecznego punktu widzenia możliwość przekazywania 1% podatku organizacjom OPP jest przejawem demokracji bezpośredniej. Dzięki niemu każdy polski podatnik może samodzielnie zadecydować, do kogo trafi część podatku dochodowego, który powinien zapłacić państwu. Korzystając z tej możliwości „wspomagamy” ministra finansów w dystrybucji środków publicznych. Jeśli nie zdecydujemy się na przekazanie 1% dla organizacji pożytku publicznego, podatek za dany rok trafi do „wspólnego worka”, o którego przeznaczeniu decyduje rząd i sejm.

Z prawno-podatkowego punktu widzenia 1% to pieniądze należne państwu, które i tak podatnik musi „oddać”. Przekazując 1% podatku dochodowego nie dysponujemy zatem własnymi pieniędzmi, a tylko korzystamy z „uprzejmości” państwa, które pozwala podatnikom samodzielnie zadecydować, gdzie trafią państwowe pieniądze. Nie jest to więc darowizna, którą wykłada się dobrowolnie z własnej kieszeni.

Od stycznia do kwietnia każdego roku podatnicy wypełniają swoje zeznania podatkowe, potocznie nazywane „pitami”. W zeznaniu podatkowym wskazują, jaką kwotę podatku zapłacili już w zaliczkach podatkowych odprowadzanych co miesiąc i obliczają należny podatek za dany rok. W corocznym zeznaniu podatkowym podatnicy mogą też wskazać, że 1% należnego państwu podatku chcą przekazać wybranej przez siebie organizacji pożytku publicznego. Podatnicy podają wtedy jej nazwę i numer KRS w odpowiedniej rubryce formularza PIT. Podatnicy nie dokonują jednak samodzielnie wpłaty na konto organizacji. Pieniądze przekazuje później wskazanym przez podatników organizacjom pożytku publicznego urząd skarbowy.

Społeczna odpowiedzialność

Jak możemy zauważyć, aby pomagać wystarczy bardzo niewiele, albo jednocześnie bardzo wiele – chęć niesienia pomocy. Form niesienia pomocy jest tyle, ile osób pomagających. Każde działanie, którego celem jest dobro drugiego człowieka, nazywamy mianem zachowania prospołecznego. W niektórych przypadkach zachowania prospołeczne podejmuje się we własnym interesie, w nadziei otrzymania czegoś w zamian. W przeciwieństwie do altruizmu wynikającego wyłącznie z pragnienia pomagania drugiemu nawet własnym kosztem.

Trudno jest jednoznacznie odpowiedzieć na pytanie, dlaczego pomagamy innym, jednak warto zatrzymać się na chwilę w codziennym zabieganiu, w natłoku spraw, aby dostrzec, że wokół nas są osoby potrzebujące naszej pomocy. Nie bądźmy obojętni.

Niewidomy protokolant sądowy

Kilka lat temu w przerwie pomiędzy studiami chciałem nauczyć się pracować w nowym zawodzie. Akurat udało mi się dostać na kurs transkrypcji nagrań audio w projekcie dla osób niewidomych. Transkrypcja polega na przepisywaniu na wersję tekstową nagranych wypowiedzi, jak na przykład wywiady czy sprawy sądowe. Po zdanym kursie mogłem tylko czekać na pracę w tym zawodzie. Los jednak bywa przewrotny i po dwóch miesiącach zacząłem pracować jako protokolant sądowy w Sądzie Okręgowym Warszawa-Praga w Warszawie.

Protokolant to osoba, która uczestniczy w rozprawach sądowych i notuje najważniejsze wypowiedzi sądu oraz stron konfliktu. Codziennie rano przy wchodzeniu do sądu musiałem przejść kontrolę. Ochrona sprawdzała czy nie wnoszę nic niebezpiecznego do sądu. W pierwszym miesiącu mojej pracy uczyłem się jak w ogóle wygląda praca w tym zawodzie. Uczestniczyłem w cywilnych sprawach sądowych słuchając jak wyglądają pojedyncze rozprawy, słuchałem innych protokolantów, którzy tłumaczyli mi jak zapisuje się rozprawy sądowe oraz czytałem przykładowe dokumenty tekstowe ze spraw sądowych. Jednak prawdziwy test zaczął się po miesiącu, kiedy miałem usiąść do pierwszego, samodzielnego protokołowania rozprawy rozwodowej.

Już po wejściu na salę rozpraw, gdzie miałem być protokolantem, złapał mnie duży stres. Moje miejsce było przy krótszym boku stołu, przy którym siedział sędzia oraz dwóch ławników. Po lewej stronie było miejsce dla strony pozwanej. Przede mną stał komputer z klawiaturą, na której miałem pisać protokoły spraw odbywających się w tym dniu. Dodatkowo sędzia miał monitor i myszkę, dzięki czemu sam mógł monitorować to, co ja piszę i ewentualnie korygować, co czasami się przydawało. Dodatkowego stresu dodawała mi toga, czyli płaszcz noszony przez skład sędziowski, który jako protokolant też musiałem założyć. Kiedy strona sędziowska była już gotowa, moim obowiązkiem było wyjście z sali i zawołanie strony powodowej i pozwanej na rozprawę. Następnie siadałem przy komputerze i czekałem z otwartym plikiem protokołu aż wszyscy zajmą swoje miejsca. Dodam jeszcze, że na uszach miałem słuchawki nauszne, aby móc słyszeć program udźwiękawiający. Było to dosyć trudne zadanie: z jednej strony słuchać syntezatora mowy, a z drugiej tego, co mówią osoby na sali. Zacząłem pisać protokół pierwszej rozprawy. Niestety, nie było łatwą sprawą nadążyć za sędzią oraz adwokatami i wszystko odpowiednio napisać. Potem przyjąłem strategię, że pisałem tak, aby dla mnie było zrozumiałe to, co zapisałem, a w wolnej chwili pomiędzy sprawami poprawiałem plik, aby był czytelny dla sędziego.

Na pierwszych rozprawach napotkałem na spory problem z programem Microsoft Word, którego nigdy wcześniej nie miałem. Otóż z powodu bardzo, bardzo szybkiego pisania na klawiaturze, aby nadążyć za mówiącymi osobami sprawy sądowej, naciskały mi się niechcący różne skróty klawiszowe. Między innymi był to skrót ALT+r, który wstawiał niepotrzebny znak zarejestrowany, albo ALT+j, który wstawiał przypis dolny. Pierwszy skrót nie był dużym problemem, ponieważ wystarczyło ten znak standardowo usunąć klawiszem Backspace, ale za to nie dało się już tak łatwo usunąć przypisu dolnego i czasami była potrzebna pomoc sędziego, który myszką szybko usuwał ten element. Na szczęście, po zgłoszeniu tej sprawy do sądowych informatyków, udało się po wyszukaniu odpowiedniej pozycji w ustawieniach programu Microsoft Word pousuwać działanie tych skrótów, które robiły takie spustoszenie w protokole sądowym.

Z dnia na dzień szło mi coraz lepiej i sprawniej pisałem protokoły. Siedziałem głównie na sprawach rozwodowych, więc miałem czego posłuchać, a także czasami na sprawach cywilno-budowlanych, co było dosyć monotonne i nudne. Protokołowałem również pojedyncze sprawy sądowe o ubezwłasnowolnienie osób starszych, albo niepełnosprawnych intelektualnie. Oczywiście nie mogłem i nie mogę nikomu zdradzać szczegółów spraw sądowych, w których brałem udział, ponieważ obowiązuje mnie tajemnica zawodowa, która akurat w tym przypadku jest bardzo ważna, ponieważ dotyczy zazwyczaj szczegółowej historii życia osób biorących udział w rozprawie.

Po jakimś czasie sąd udostępnił mi mikrofon, który stał u mnie na biurku. Dzięki temu bez wychodzenia na korytarz mogłem po naciśnięciu przycisku wywołać osoby do danej sprawy. Po kilku tygodniach spraw sądowych wiedziałem już u którego sędziego pisze mi się lepiej, a u którego gorzej. Było to związane na przykład z tym, że jeden sędzia dyktował mi wprost to, co mam pisać, a drugi mówił: „Proszę pisać najważniejsze kwestie” i to już ode mnie zależało, co zapisałem. Codziennie po przyjściu do pracy dowiadywałem się u kogo dzisiaj będę pisał protokoły. Niestety, były w tej pracy również minusy, ponieważ zdarzało się tak, że na cały dzień zaplanowana była jedna sprawa, w której miało być przesłuchiwanych dwudziestu świadków. A tu nagle jedna ze stron wnosi o przełożenie tej sprawy na inny termin z jakiegoś powodu. Przez to już po kilkunastu minutach miałem wolne do końca dnia i mogłem siedzieć przy komputerze w moim pokoju. Było też często odwrotnie: zostawałem jedną lub dwie godziny dłużej, ponieważ sprawy się przedłużyły i nie mogłem niestety wyjść o godzinie 16, tak jak powinienem. Moim rekordem było skończenie pracy o godzinie 19. Opóźnienia najczęściej wynikały z długiego prowadzenia sprawy przez danego sędziego. Niestety były takie rozprawy, które trwały kilka godzin. Było to dosyć ciężkie wyzwanie, aby pisać w skupieniu przez tyle czasu. Podczas rozpraw, w których uczestniczyłem, zdarzały się też dosyć groźne sytuacje. Na przykład jedną ze stron wprowadzało dwóch funkcjonariuszy policji, którzy przyprowadzili stronę konfliktu z więzienia. Podczas rozprawy osoba w kajdankach siedziała cały czas otoczona policjantami. Zdarzyło się również tak, że jedna ze stron nagle straciła przytomność z powodu stresu i upadła na podłogę tuż koło mnie.

Z mojego doświadczenia, które nabyłem przez kilka miesięcy pracy w tym zawodzie wiem, że sprawy rozwodowe mają dwa wymiary. Jednym z nich jest długa batalia męża i żony o winę, albo opiekę nad dziećmi, a drugim jest rozwód w ciągu 10-15 minut. W pierwszym wypadku sprawy mogły trwać nawet 6 lat, co było spowodowane po pierwsze nowymi świadkami i dowodami w sprawie, które trzeba było przesłuchać oraz przeanalizować, a po drugie, że tylko około dwóch spraw rocznie mogło się odbyć z powodu obciążenia sądu rozprawami sądowymi. Natomiast jeśli dwie osoby były zgodne i chciały rozwodu bez orzekania o winie, taka sprawa trwała około 10 minut. Jeśli małżeństwo miało dzieci, ale nadal było zgodne i chciało się rozwieść bez orzekania o winie, można było to zrobić w ciągu piętnastu minut. Te pięć minut więcej było spowodowane tym, że w okoliczności posiadania dziecka lub dzieci przez strony była potrzeba przesłuchania świadka, z zeznań którego miało wynikać, że potomstwo jest zadbane i dobrze wychowywane.

Podsumowując, cieszę się, że jako osoba niewidoma mogłem poznać świat polskiego sądownictwa od środka. Historie ludzi, których słuchałem i zapisywałem na rozprawach sądowych, na długo zostaną w mojej pamięci. Było to też dla mnie ciekawe doświadczenie życiowe i zawodowe. Niestety, z powodu braku etatów w sądzie po całych dziewięciu miesiącach pracy skończyła się moja przygoda w pracy jako protokolanta sądowego i zacząłem szukać nowych wyzwań zawodowych.

Smaczna Wigilia

Głównym akcentem kulinarnym Świąt Bożego Narodzenia zawsze była i pozostała nadal wieczerza wigilijna. W następne dni jadało się i jada suto i mięśnie, ale potrawy nie różnią się za bardzo od tych podawanych przy innych świątecznych okazjach. Słodkie ciasta wypiekane na Boże Narodzenie były mniej urozmaicone od ciast wielkanocnych. Pierwsze miejsce od zawsze zajmowały pierniki i makowce oraz inne korzenne ciasteczka. Wieczerza wigilijna składała się i składa po dziś dzień z dwunastu dań, tylu „ilu było apostołów”. Dominowały głównie dania rybne przygotowane na najróżniejsze sposoby. Wieczerzę jednak otwierała jedna z tradycyjnych zup wigilijnych: barszcz czerwony z uszkami lub zupa grzybowa. Oprócz dań rybnych podawano również groch z kapustą, potrawy z suszonych grzybów, kompoty z suszonych owoców, głównie śliwek oraz we wschodnich częściach Polski słynną kutię, a także świąteczne ciasta.

Dziś takie wieczerze wigilijne należą do bezpowrotnej przeszłości. Ale Wigilie urządzamy dalej, jest w nich bowiem nie tylko tradycja, lecz i atmosfera rodzinnego ciepła. A smak i ceremonia tradycyjnych potraw wigilijnych posiadają dar ich wywoływania, pozwalając sięgnąć wspomnieniami w przeszłość. Rodzinne biesiadowanie należy do najmilszych chwil podczas świąt. A ponieważ nic tak nie łączy pokoleń, jak wspólne posiłki, można nawet tradycyjne potrawy podać w nieco odmłodzonej i unowocześnionej wersji.

Poniżej przedstawiam kilka moich propozycji dań wigilijnych. Myślę, że warto w menu wigilijnym wprowadzić trochę nowości. Mam nadzieję, że moje propozycje kulinarne spotkają się z Państwa zainteresowaniem i że będą smakować biesiadnikom przy wigilijnym stole.

Tatar śledziowy

Składniki

1 kg matiasów

5 jajek ugotowanych na twardo

1 cebula

4 ogórki konserwowe

strąk czerwonej konserwowej papryki

12 grzybków marynowanych

1 kajzerka, najlepiej czerstwa lub 2 kromki razowego chleba na zakwasie

3 łyżki oliwy z oliwek

2 łyżki musztardy kremskiej horcice

1 szklanka mleka

pieprz do smaku

Wykonanie

Matiasy namaczamy w wodzie, zazwyczaj wystarczy ok. 3 godz. (ja zmieniam wodę kilkakrotnie). Przez ostatnią godzinę moczę śledzie w wodzie i mleku (ok. 1/2 szklanki mleka plus woda).

W maszynce mielimy: wymoczone filety śledziowe, 4 jajka ugotowane na twardo, odciśniętą kajzerkę (wcześniej namoczoną w mleku) lub 2 kromki chleba razowego na zakwasie. Zmielone składniki mieszamy, dodajemy 3 łyżki oliwy, 2 łyżki musztardy i doprawiamy pieprzem (sól zazwyczaj jest niepotrzebna).

Cebulę, 3 ogórki konserwowe, 8 grzybków, pół strąka konserwowej czerwonej papryki siekamy drobno.

Jeśli chcemy serwować pojedyncze porcje: układamy pojedynczą porcję tatara (możemy użyć jako foremki filiżanki), polewamy małą ilością oliwy. Wierzch posypujemy posiekanym jajkiem, po bokach układamy posiekaną cebulę, ogórki i grzybki (ilość zależna od upodobań). Jeśli chcemy podać w salaterce: całość tatara układamy w naczyniu, wyrównujemy górę. Polewamy oliwą z oliwek 1-2 łyżki. Na środku układamy posiekane jajko, późnej krąg z ogórka, na końcu krąg z cebuli, papryki i grzybków.

Pasztet rybny

Składniki

80 dag filetów rybnych

1 litr wywaru z warzyw

2 czerstwe kajzerki

1 szklanka mleka

2 łyżki masła

1 łyżka mąki

2 jajka

1 czubata łyżka posiekanego koperku

2 łyżeczki przyprawy do ryb

1 łyżeczka słodkiej sproszkowanej papryki

2 łyżeczki gałki muszkatołowej

1 łyżeczka sproszkowanego imbiru

pieprz, sól

Wykonanie

Filety umyć, włożyć do wrzącego wywaru i gotować na małym ogniu, aż będą miękkie (15 minut), po czym wyjąć łyżką cedzakową i lekko przestudzić.

Bułkę namoczyć w mleku. Rybę i odciśniętą bułkę zemleć w maszynce do mięsa. W rondelku zrobić z masła i mąki jasną zasmażkę, rozprowadzić ją zimnym mlekiem i chwilę gotować, mieszając. Gdy sos zgęstnieje zdjąć z ognia, lekko przestudzić, doprawić solą i pieprzem.

Żółtka chwilę ubijać w garnuszku, wymieszać z odrobiną gorącego sosu i wlać do rondelka, energicznie mieszając. Następnie porcjami dodawać sos do masy rybnej, mieszając. Doprawić wszystko do smaku przyprawami, wymieszać z zieleniną, a na końcu – ze sztywną pianą ubitą z białek.

Przełożyć masę do wysmarowanej masłem podłużnej formy do pieczenia, wstawić do gorącego (190 st.) piekarnika i piec, aż pasztet ładnie się zrumieni. Podawać na gorąco lub na zimno z pieczywem, piklami i sosem chrzanowym.

Tuszanina

Bardzo smaczne danie, pochodzące z Kresów. Znam jego smak z domu rodzinnego. Zawsze przyrządzała je moja babcia, a teraz ja je przygotowuję i uwielbia je cała moja rodzina. Spróbujcie, zachęcam.

Składniki

1,5 kg ziemniaków

70 dag filetów śledziowych a’la matias

1,5 szklanki mleka

0,5 szklanki śmietany

1 łyżka mąki pszennej

3 cebule

sól, pieprz

0,5 kostki masła

1 szklanka grzybowego rosołu z kostki

50 dag świeżych pieczarek

5 dag suszonych grzybów

3 łyżki siekanej natki pietruszki

1 łyżeczka ziół prowansalskich

2 łyżeczki przyprawy do ryb

Wykonanie

Filety śledziowe namoczyć w wodzie na 2 godziny, następnie zlać wodę i dalej moczyć je w mleku.

Ziemniaki obrać i po zagotowaniu gotować jeszcze tylko 5 min.

Grzyby namoczyć na pół godziny, następnie ugotować w tej samej wodzie, po ugotowaniu odcedzić na sicie, ale wody nie wylewać. Grzyby posiekać, pieczarki oczyścić, drobno posiekać. Cebulę zeszklić na 2 łyżkach masła. Dodać siekane, ugotowane grzyby i pieczarki oraz dusić do miękkości pod przykryciem. Następnie zdjąć pokrywkę i odparować nadmiar wody.

Śledzie pokroić w dzwonka. Duże, żaroodporne naczynie lub brytfannę natłuścić i warstwami układać w nim ziemniaki, śledzie i cebulę z pieczarkami i grzybami. Każdą warstwę lekko oprószyć przyprawami oraz posypać siekaną natką pietruszki. Ostatnią warstwą powinny być ziemniaki.

W wywarze grzybowym rozpuścić kostkę grzybową, schłodzić i dodać śmietanę. Następnie dobrze wymieszać z przesianą mąką, zalać potrawę. Resztę masła pokroić w plasterki i obłożyć ziemniakami.

Przykryć pokrywą, włożyć do piekarnika i zapiekać, aż ziemniaki się zarumienią, około 1,5 godziny.

Gołąbki z dorszem

Składniki

1 włoska kapusta

0,5 kg filetów ze świeżego dorsza

150 g kaszy jęczmiennej

4 białe cebule

1 litr rosołu

sok z 1 cytryny

2 łyżeczki przyprawy do ryb

łyżeczka Vegety

1 łyżeczka słodkiej sproszkowanej papryki

1 łyżeczka bazylii

sól, pieprz

Wykonanie

Zaczynamy od kapusty. Po wycięciu głąba parzymy ją w dużym garnku z osoloną, wrzącą wodą. Rybę dokładnie czyścimy, myjemy i mielimy (można usunąć skórę).

Cebulę kroimy w drobną kosteczkę, solimy, wkładamy do lnianej ściereczki i odsączamy sok. Dzięki temu usuniemy nadmiar goryczy. Cebulę dodajemy do ryby.

Kaszę jęczmienną do gołąbków gotujemy we wrzącej wodzie z łyżeczką Vegety i ziołami. Schładzamy i dodajemy do farszu. Całość doprawiamy pieprzem, solą i przyprawą do ryb.

Wszystko mieszamy aż do połączenia składników. Na sparzone wcześniej liście kapusty układamy farsz i zawijamy podobnie jak krokiety. Gołąbki z dorszem obsmażamy na dużej patelni, tak by zarumieniły się z każdej strony. Następnie układamy je w żaroodpornym naczyniu, zalewamy bulionem i wkładamy do nagrzanego do 180 st. piekarnika. Zapiekamy ok 40 min.

Karp pieczony w płatkach migdałowych

Składniki

1 sprawiony karp

2 cytryny

3 łyżki masła

150 gramów płatków migdałowych

1 łyżeczka suszonej szałwii

sól, pieprz

Wykonanie

Karpia dokładnie opłukać i osuszyć papierowym ręcznikiem.

Z jednej cytryny wycisnąć sok. Drugą sparzyć i pokroić w cząstki.

Rybę skropić od środka i na zewnątrz sokiem z cytryny, natrzeć solą i wstawić na 1-2 godziny do lodówki.

Po wyjęciu pokroić w dzwonka i przełożyć do naczynia żaroodpornego. Polać stopionym masłem. Obłożyć listkami szałwii i piec 20 minut w piekarniku nagrzanym do 180 st.

Na mocno rozgrzanej patelni bez tłuszczu zrumienić płatki migdałowe. Posypać nimi rybę. Przed podaniem obłożyć ją cząstkami cytryny.

Moja rada

Ryba będzie lepsza, jeśli do jej pieczenia lub smażenia użyjemy tak zwanego klarowanego masła, które można kupić lub zrobić samemu: 4 kostki zwykłego masła kroimy, wkładamy do garnka, zalewamy 3/4 litra wody i gotujemy na małym ogniu około 45 minut. W trakcie gotowania zbieramy pianę z wierzchu. Tłuszcz po przestygnięciu przelewamy przez gazę i pozostawiamy do stężenia. Przechowujemy w lodówce nawet przez rok.

Poncz w śniegowej czapie

Składniki (8 porcji)

1 litr gorącej gorzkiej herbaty

miód

sok wyciśnięty z 2 cytryn

sok wyciśnięty z 2 pomarańczy

300 mililitrów likieru pomarańczowego

łyżeczka mielonego cynamonu

szklanka śmietany kremówki

Wykonanie

W herbacie rozpuścić miód, aby była bardzo słodka.

Dodać oba soki, likier i cynamon. Podgrzać, mieszając (nie gotować).

Śmietanę kremówkę ubić na sztywno.

Napój rozlać do szklaneczek. Udekorować bitą śmietaną.

Orzechowiec z krakersami

Składniki na biszkopt orzechowy

6 jajek

1 szklanka zmielonych orzechów włoskich

4 łyżki bułki tartej

1/2 szklanki cukru

1 łyżeczka proszku do pieczenia

1 łyżka mąki tortowej

1 łyżka ciemnego kakao

szczypta soli

Składniki na krem

2 łyżki mąki tortowej

2 łyżki mąki ziemniaczanej

4 żółtka

500 ml mleka

1/2 szklanki cukru

250 g masła

120 g kawy cappuccino orzechowej

1-2 opakowania krakersów

Składniki na poncz

1/4 szklanki wody

2 łyżki białego rumu

1 łyżeczka cukru pudru

kilka kropel soku z cytryny

Wykonanie

Zmielone orzechy mieszamy z bułką tartą, kakao, mąką oraz proszkiem. Białka oddzielamy od żółtek i ubijamy ze szczyptą soli na sztywną pianę. Pod koniec dodajemy stopniowo cukier i miksujemy, aż masa stanie się gęsta i lśniąca. Następnie dodajemy po jednym żółtku, cały czas miksując na niskich obrotach. W kilku partiach dodajemy mieszankę z orzechami, mieszając dużą łyżką, aby jak najmniej ciasto straciło na puszystości. Przekładamy do 2 foremek o wymiarach 20×30 cm wyłożonych pergaminem. Pieczemy w temperaturze 170 st. przez około 30 minut, do tak zwanego suchego patyczka.

Żółtka mieszamy z cukrem. W 1/2 szklanki mleka rozpuszczamy mąkę oraz mąkę ziemniaczaną i mieszamy z żółtkami. Pozostałe mleko doprowadzamy do wrzenia. Zdejmujemy z ognia i stopniowo łączymy z masą żółtkową oraz przesianą kawą cappuccino, cały czas mieszając. Ponownie podgrzewamy, aż powstanie gęsty budyń. Owijamy folią i zostawiamy do wystudzenia. Później miksujemy masło na puch. Następnie stopniowo dodajemy masę budyniową.

Jeden biszkopt nasączamy połową ponczu i wykładamy 1/4 masy. Na masie układamy krakersy jeden obok drugiego i znów masę, tak na przemian. Na wierzchu układamy nasączony biszkopt i jeszcze raz wykładamy ostatnią część masy. Na koniec posypujemy pokruszonymi krakersami. Wkładamy do lodówki na kilka godzin.

Ciasto chałwowe bez pieczenia

Składniki na krem

600 ml mleka

1/2 szklanki cukru

2 x 40 g budyniu waniliowego

200 g masła

300 g chałwy waniliowej

szczypta soli

Składniki na polewę

80 ml śmietanki kremówki 30%

80 g gorzkiej czekolady

Dodatkowo

2 x 250 g herbatników kakaowych

1 słoiczek powideł śliwkowych

Wykonanie

500 ml mleka zagotowujemy ze szczyptą soli oraz cukrem. W pozostałym mleku rozpuszczamy przesiany proszek budyniowy i cały czas mieszając dodajemy do gorącego mleka. Gotujemy, aż budyń będzie gęsty. Zdejmujemy z ognia, przykrywamy folią i zostawiamy do wystudzenia.

Miękkie masło miksujemy na tzw. puch, następnie dodajemy po łyżce budyniu. Chałwę kruszymy i dodajemy do kremu.

Formę o wym. 24×24 wykładamy folią lub papierem do pieczenia. Na dnie układamy herbatniki i smarujemy niewielką ilością powideł oraz 1/3 kremu. Ponownie herbatniki, powidła i krem, następnie ponownie powtarzamy, kończąc herbatnikami. Śmietankę mocno podgrzewamy i dodajemy kawałki czekolady, mieszamy do połączenia. Wylewamy na wierzch ciasta.

Życzę smacznych, zdrowych Świąt Bożego Narodzenia i pomyślnego nowego 2019 roku.

Tyflopedagogika w oczach tyflopedagoga

Pedagogika, jako kierunek naukowy, od lat cieszy się dużym zainteresowaniem przyszłych studentów. Czym kierują się podczas wyboru swojej zawodowej ścieżki życiowej? Czy wyobrażenia kierunku pedagogicznego pokrywają się z zastaną rzeczywistością? Jakie zadania czekają w pracy zawodowej tyflopedagoga? Czy obowiązuje kodeks etyczny?

Pedagogika jest to wszechstronna nauka o wychowaniu, której istotę stanowi całożyciowy rozwój człowieka oraz wszelkie tak dodatnie, jak i ujemne wpływy jednych ludzi na drugich oraz wpływy środowiska. nauka o wychowaniu.

Nazwa dyscypliny pochodzi od dwóch słów: 1. pais – chłopak, 2. ago – prowadzę, wiodę; co daje nam słowo paidagogos – prowadzący chłopca.

Pedagogikę możemy podzielić na kilka subdyscyplin, m.in. ze względu na zadania, których się podejmuje. Jest to: pedagogika społeczno – opiekuńcza, pedagogika zdrowotna, pedagogika rodziny, pedagogika resocjalizacyjna, pedagogika wojskowa, pedagogika pracy oraz pedagogika specjalna.

Z racji omawianego tematu tyflopedagogiki przybliżmy na wstępie pojęcie pedagogiki specjalnej. Pedagogika specjalna to dział pedagogiki, którego podstawowym obiektem zainteresowania jest człowiek wymagający wsparcia i pomocy w przekraczaniu różnorakich trudności, utrudniających mu rozwój i funkcjonowanie społeczne. Zajmuje się osobami w każdym wieku, starając się odpowiadać na ich szczególne potrzeby: rozwojowe w wieku niemowlęcym, edukacyjne i wychowawcze w wieku przedszkolnym, szkolnym oraz dorastania, a także socjalizacyjne i zawodowe w wieku dojrzałym.

Główne działy pedagogiki specjalnej to: pedagogika rewalidacyjna, rehabilitacyjna, np. oligofrenopedagogika, surdopedagogika, tyflopedagogika; pedagogika lecznicza lub inaczej pedagogika terapeutyczna; pedagogika zdolnych i uzdolnionych; pedagogika korekcyjna; pedagogika resocjalizacyjna.

Tyflopedagogika (z greckiego typhlos – niewidomy) to dział pedagogiki specjalnej zajmujący się wychowaniem, edukacją, terapią i rehabilitacją osób niewidomych i niedowidzących w placówkach oświatowych (w tym integracyjnych) oraz poradniach specjalistycznych.

W ramach podejmowanego tematu tyflopedagogiki rozmawiałam z Panią Eweliną Czerwińską, tyflopedagogiem oraz pracownikiem Centrum Terapii Zmysłów w Bydgoszczy.

Roksana Król: Pani Ewelino, jakie zadania ma do wykonania tyflopedagog?

Ewelina Czerwińska: Zasadniczym zadaniem tyflopedagoga jest wspomaganie procesu uczenia się dzieci niewidomych i słabowidzących. W przypadku tych drugich rolą tyflopedagoga jest mobilizowanie uczniów do korzystania z posiadanych przez nich możliwości wzrokowych we wszystkich możliwych dla nich sytuacjach, jak również niesienie im w tym zakresie pomocy. Polega ona między innymi na udostępnieniu pacjentom pomocy optycznych, elektronicznych i innych, ułatwiających korzystanie z osłabionego wzroku w procesie edukacji, podczas spędzania wolnego czasu, poruszania się, a także wykonywania rozmaitych zadań.

RK: W jaki sposób w swojej pracy zawodowej pomaga Pani w kształtowaniu prawidłowej samooceny osoby niewidomej?

ECZ: Praca tyflopedagoga polega w głównej mierze na rozwijaniu kompetencji miękkich poprzez modelowanie pozytywnego nastawienia do siebie, wytrwałości, współpracy, odpowiedzialności, zachęcanie do samooceny przez porównywanie aktualnych i poprzednich osiągnięć, udzielanie adekwatnego wsparcia oraz bycie otwartym na informacje płynące od pacjenta, wspieranie kreatywności, spontaniczności, pomysłowości. Tyflopedagog jest otwarty na pomoc specjalistyczną i współpracę z innymi osobami wspierającymi rozwój pacjenta. Poprzez zajęcia przyzwalamy na popełnianie błędów (tzw. bezpieczna porażka), uczymy czerpania korzyści z popełnianych błędów, towarzyszymy zamiast wyręczania oraz podkreślamy mocne strony. Ważne dla naszych pacjentów jest również tworzenie warunków do ujawniania i rozwijania zainteresowań, a także dawanie okazji do realizowania się w różnych rolach społecznych.

RK: Jakimi zasadami kieruje się tyflopedagog w pracy ze swoimi pacjentami?

ECZ: Tych zasad jest kilka.

Zasada indywidualizacji – maksymalna indywidualizacja pracy uwzględniająca możliwości wzrokowe i intelektualne ucznia, jego wolniejsze tempo spostrzegania, poznawania zjawiska, pracy (czytania, pisania), dostosowanie sposobów poznawania rzeczywistości do możliwości ucznia.

Zasada stopniowania trudności, czyli dostosowanie do poziomu sprawności i umiejętności (przechodzi się od zadań prostych do bardziej złożonych).

Zasada korekcji i kompensacji polegająca na tworzeniu mechanizmów kompensacyjnych, czyli zastępowaniu wzroku innymi zmysłami, wspieraniu zaburzonej funkcji przez sprawną lub mniej zaburzoną. Ćwiczenia powinny być układane tak, aby w ciągu jednostki lekcyjnej były usprawniane wszystkie funkcje).

Zasada kształtowania u pacjenta pozytywnej motywacji do nauki, kształtowania wiary we własne siły i umiejętności przezwyciężania trudności (krok po kroku).

Zasada optymizmu pedagogicznego polega na wierze we własne możliwości pacjenta, dostrzeganiu najdrobniejszych sukcesów, atmosferze sympatii, pozytywnym oddziaływaniu.

RK: Co według Pani jest najważniejsze w pracy z osobą niewidomą?

ECZ: Liczni badacze podkreślają, iż dobre nastawienie pacjenta do pracy wzmaga jego procesy zarówno intelektualne, jak i biologiczne, co korzystnie wpływa na efekty jego postępów. Pacjenci posiadający dysfunkcję wzrokową bardzo często przejawiają onieśmielenie, lęk przed nowymi sytuacjami i należy temu właśnie przeciwdziałać, rozwijając ich zainteresowania, ułatwiając zrozumienie przerabianych treści nauczania.

RK: Jaki cel widzi Pani w swojej pracy? Czy jest on wymierny?

ECZ: Podstawowym celem pracy tyflopedagoga jest rehabilitacja, która ma na celu wydobycie potencjału pacjenta oraz wskazanie mu możliwości wykorzystania w pełni swoich zdolności oraz dalszego rozwoju. Najważniejsze jest pokonywanie ograniczeń życiowych oraz mentalnych pacjenta. W związku z tym, iż katalog oddziaływań specjalistycznych tyflopedagoga jest bogaty, to i sam proces terapeutyczny i edukacyjny jest bardzo dynamiczny i zróżnicowany. Jednym zdaniem: na monotonność zajęć tyflopedagog nie narzeka.

Słowem podsumowania, tyflopedagog to specjalista, którego zawodową rolą jest wieloaspektowa pomoc osobom z dysfunkcją wzroku. W kwestii rehabilitacji tyflopedagog będzie terapeutą widzenia i nauczycielem orientacji przestrzennej, a pod pojęciem edukacji kryje się zarówno nauczanie samo w sobie (na wszystkich szczeblach), jak też adaptacja materiałów edukacyjnych i modyfikacja niektórych treści zawartych w programach nauczania. Tyflopedagog jest w stanie zapewnić wsparcie (samodzielne, bądź we współpracy z innymi specjalistami) w każdej kluczowej dziedzinie życia osoby z dysfunkcją wzroku.

Propozycje na prezenty świąteczne

Wielkimi krokami zbliżają się Święta Bożego Narodzenia, a więc wspaniała okazja do obdarowywania swoich bliskich prezentami. No ale co wybrać? To może nie być łatwe zadanie, dlatego postaramy się pomóc. Przedstawimy ciekawe gadżety dla całej rodziny, dla młodzieży i seniorów, dla słabowidzących i tych z dobrym wzrokiem.

Zaczynamy z najniższej półki, czyli do stówki. Jak wiadomo kobiety i kabelki niespecjalnie się lubią, szczególnie jeśli chodzi o przewody do ładowarek. Zazwyczaj gdzieś się zapodziewają i często panie zabierają je nam, facetom. A gdyby kabelek był jednocześnie bransoletką? Cena z przesyłką to kilkanaście złotych. Wiadomo, że to nic specjalnego, ale odpowiednio wręczone może być zabawne. Gdy jesteśmy już w temacie ładowania telefonów, można postarać się pominąć kable i pomyśleć o ładowarce bezprzewodowej. Ceny najtańszych zaczynają się poniżej stu złotych. Ważne, aby komórka obdarowywanej osoby posiadała funkcję ładowania indukcyjnego. Taka ładowarka to najczęściej estetyczna podstawka, którą podłączamy do fabrycznej ładowarki, kładziemy na biurku czy komodzie i od tej pory wystarczy, że odłożymy na nią telefon, aby rozpocząć ładowanie. Jest to rozwiązanie wygodne i estetyczne. Idąc dalej tropem komórek, w tej kwocie możemy kupić różnej maści futerały czy etui. Mogą być otwierane jak notes, kolorowe, w śmieszne wzory z tworzywa lub skórzane. Tu ogranicza nas właściwie tylko nasza wyobraźnia. Można również zakupić tak zwane plecki w komplecie ze szkłem. Taki prezent z pewnością wydłuży życie niejednego wyświetlacza. W tej kwocie zmieszczą się również najtańsze słuchawki bezprzewodowe. Najczęściej jednak jakość jest wystarczająca jedynie do słuchania audiobooków. Ciekawą propozycją w tej kategorii mogą okazać się słuchawki Xiaomi Airdots. Kosztują około 50 dolarów. Z pewnością niebawem pojawią się również na polskich portalach aukcyjnych. Dla porównania słuchawki Apple AirPods to wydatek ponad sześciuset złotych.

Pozostając w świecie audio, nie sposób pominąć tematu głośników przenośnych. Tu rozpiętość kwoty, jaką można na nie wydać, jest ogromna. Startujemy od kilkudziesięciu złotych, a kończymy na kilku tysiącach. Wybór urządzeń jest równie wielki, zarówno w produktach znanych firm, jak i z wytwórni dalekowschodnich. W najtańszych głośniczkach trudno znaleźć wyszukane brzmienie, jednak jak na swoje gabaryty i cenę, zaskakują możliwościami. JBL GO 2, właściwie miniaturowe urządzenie nieco większe od paczki papierosów, zagra znacznie lepiej i głośniej niż większość smartfonów. Jest odporny na wilgoć i kurz. Wbudowany akumulator umożliwi pięć godzin pracy. Cena 120 zł. Kolejny produkt z tej rodziny JBL, to kosztujący 370 zł Flip 4. To nieco większe urządzenie, które będzie lepiej brzmiało, a przy tym fajnie wygląda. Na jednym ładowaniu może grać do dwunastu godzin, a wykorzystując aplikację JBL Connect mamy możliwość połączenia wielu głośników z jednym telefonem. Idąc dalej, dochodzimy do dość mocnego JBL Charge 3. Ten model to poważny zawodnik. Może pływać w basenie, nie boi się małych upadków, mocy starcza mu na 24 godziny, można go użyć jako powerbank, a naprawdę przyzwoitego dźwięku wystarczy na plenerowe biesiadowanie, albo spontaniczną domówkę. Zarówno ten głośnik, jak tańsze modele, mogą służyć jako zestaw głośnomówiący. Koszt zakupu to już ponad 500 zł. Dla tych, którym zależy na naprawdę dobrym brzmieniu, można zaproponować model Harman Kardon Go+Play Black. Ten model lepiej sprawdzi się w domu czy w biurze. Wypełni pomieszczenie dźwiękiem wysokiej jakości, choć cena, jaką za niego trzeba zapłacić, jest dość wysoka, bo wynosi około 1400 zł. Jak na prezent to dość duży wydatek, ale jeśli ktoś ceni wysoką jakość, warto zrobić rodzinną zrzutkę, gdyż ten model gra wyjątkowo dobrze, jak na kategorie przenośnych głośników bluetooth.

Gadżeciarski sprzęt domowy to kopalnia pomysłów na ciekawe prezenty. Niestety często są to kosztowne zabawki, ale czy radość bliskich nie jest bezcenna?

Thermomix jest wszechstronnym urządzeniem kuchennym, które łączy w sobie funkcję wielu niezbędnych w kuchni przyrządów i urządzeń. Gwarantuje profesjonalne gotowanie w każdym domu. Urządzenie to zostało wyprodukowane przez firmę Vorwerk, a nazwa pochodzi od kombinacji „thermo” (ogrzewanie) i „mix” (mieszanie). Thermomix ma element grzejny, wagę oraz silnik do szybkiego lub wolnego mieszania i miksowania. Przygotowywanie potraw w tym urządzeniu jest proste i przyjemne, a uzyskane posiłki są smaczne i zdrowe, bez względu na to, czy przygotowywał je początkujący adept sztuki kulinarnej, czy też kucharz z wieloletnim stażem.

Kuchnia już ogarnięta, wszyscy najedzeni, więc pozostaje do rozwiązania jeszcze jedna nielubiana sprawa, czyli sprzątanie. Kto by nie marzył o tym, aby wymigać się od sprzątania? Prawie nikt tego nie lubi, więc dlatego powstały roboty sprzątające. Ich zadaniem jest samoczynne sprzątanie podłogi. Zamiatają, a niektóre modele potrafią również mopować. Na rynku jest wiele modeli do wyboru. Liderem na rynku jest Roomba od iRobot, choć mocną konkurencją stają się urządzenia od Xiaomi. Ceny zaczynają się od około półtora tysiąca złotych, górna granica to niemal 4 000 zł. Robot sprzątający dobrze się sprawdzi pod warunkiem, że w mieszkaniu na podłodze nie ma wysokich progów, a meble nie przeszkadzają w dostępie. Co istotne, obsługa sprowadza się właściwie tylko do wysypania raz na jakiś czas śmieci ze zbiornika. Robot po zaprogramowaniu sam się włączy, wykona swoje zadanie, a na koniec wróci na bazę, aby naładować akumulator. My dzięki temu zyskujemy czas i czysty dom.

Mówiąc o czasie można płynnie przejść do zegarków. Ale nie takich zwykłych, klasycznych, tylko oczywiście gadżeciarskich. Smartwatch można kupić już za niecałe sto złotych. Chińscy producenci oferują wiele modeli o różnej jakości wykonania, ale właściwie podobnych funkcjach. Standardowo mamy zegarek, budzik, krokomierz, powiadomienia, wiadomości tekstowe, spis połączeń oraz odbieranie rozmów, odbiornik GPS, a nawet pulsometr. Możemy znaleźć wersje dla dzieci, dzięki której rodzice mogą monitorować lokalizację swojej pociechy, w razie potrzeby również się skontaktować. Górna półka to między innymi Samsung Galaxy Watch. Tegoroczny model ma ekran OLED o przekątnej 46 mm. Dzięki temu jest czytelny nawet w jasnym słońcu czy w ruchu. Doskonale nadaje się do rejestrowania aktywności fizycznej. Jest wodoszczelny, koperta wykonana jest ze stali i charakteryzuje się zwiększoną odpornością na uderzenia. Bateria w praktyce wytrzyma od dwóch do sześciu dni. Zegarek łączy się z telefonem poprzez Bluetooth, a kiedy to połączenie zostanie zerwane, przełącza się na zapamiętane sieci Wi-Fi. Współpracuje ze smartfonami z systemem Android oraz iOS. Miłośnicy Apple z pewnością bardziej ucieszą się z czwartej generacji smartwatch’a z nadgryzionym jabłkiem. Ekran w tym zegarku to również wyświetlacz OLED o maksymalnej przekątnej 44 mm. Tu mamy nadal do czynienia z klasycznym prostokątnym kształtem – Samsung ma okrągłą tarczę. Apple Watch Series 4 poza pomiarem tętna potrafi również monitorować pracę serca, a co najważniejsze można go obsługiwać bezwzrokowo. VoiceOver działa tu tak jak w iPhone. Szczęśliwi podobno czasu nie liczą, ale gdyby chcieli kupić taki zegarek muszą odliczyć dwa tysiące złotych. Pozostając w temacie Apple, nie można nie wspomnieć o pozostałych produktach, które niedawno miały swoją premierę. W tym roku pojawiły się aż trzy nowe iPhone’y: XS, XS Max oraz XR. XS to delikatnie odświeżony model zeszłorocznej dziesiątki. Ma poprawiony aparat, 1 Gb pamięcią RAM więcej oraz jeszcze wydajniejszy procesor. MAX pod względem parametrów jest właściwie identyczny, jednak zdecydowanie większy. Ma genialny wyświetlacz o przekątnej 6,5 cala zamiast 5,8 jak w podstawowym modelu. XR to nie tania, choć odrobinę tańsza opcja. Wymiarami plasuje się pomiędzy wspomnianymi modelami, ale pomimo dumnej nazwy Liquid Retina HD, jego wyświetlacz to zwykły ekran LCD o rozdzielczości 1792 na 828 pikseli. Pozostaje jeszcze wspomnieć o nowych iPad’ach oraz MacBook’ach. Cen w przypadku Apple nie można nazwać okazyjnymi, więc dyskretnie przemilczymy ten temat. Gdyby jednak ktoś dostał gorączki przeglądając cennik, polecamy mówiący termometr MesMed za jedyne 119 zł. Zmierzy temperaturę ciała, powierzchni, np. cieczy oraz temperaturę pokojową. Wskazania wyświetla na małym ekraniku i oznajmia naturalnym głosem.

Fajnie jest dostawać prezenty, ale chyba jeszcze lepsze jest uczucie kiedy wiemy, że sprawiliśmy radość swoim bliskim. Jeśli na dodatek bliscy choć odrobinę lubią gadżety, to nawet znaczne nadwyrężenie domowego budżetu zostanie przyjęte ze zrozumieniem. Nam pozostanie tylko czekać na kolejną okazję, aby znów móc kupić coś fajnego, co w codzienność wniesie dodatkową porcję pozytywnej energii.

Niezwykły nauczyciel historii

Na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie ukończył historię. W tym samym mieście w VIII LO uczy od 24 lat. Od 18 lat jest niewidomy. Przez lata ukrywał, że nie widzi z obawy o utratę pracy. Na kanwie jego historii powstał film „Carte Blanche”, z aktorem Andrzejem Chyrą w roli głównej. Niewidomy nauczyciel, Pan Maciej Białek, bo o nim mowa, odpowiada mi na kilka pytań na temat roli historii w jego życiu i w społeczeństwie.

E.M.: Skąd narodziło się u Pana zamiłowanie do historii?

M.B.: Historia jako wybór drogi zawodowej pojawiała się pod koniec szkoły średniej, w klasie maturalnej. Duży wpływ na tę decyzję miał człowiek, który jako student historii odbywał praktyki w mojej klasie. Imponował mi wiedzą oraz sposobem jej prezentowania na lekcjach. Ponadto na uczelni prowadził koło historyczne dla studentów i licealistów. Tam mogłem bliżej poznać klimat i środowisko studentów historii. Od niego dowiedziałem się, jak wyglądają studia historyczne i czym absolwenci historii mogą zajmować się po studiach.

Ponadto w moim domu, odkąd pamiętam, obecne były książki. Gdy miałem 4 lata potrafiłem już samodzielnie czytać, sztuki tej nauczyła mnie mama. W domu nie było wówczas telewizora, więc książka była swoistym oknem na świat. To książki przenosiły mnie do świata baśni, odległych indiańskich prerii, w świat dawnych wojowników i rycerzy. Jednocześnie byłem chłopakiem grającym w piłkę, wspinającym się na drzewa. Trzeba było również czasem umieć wywalczyć sobie miejsce w grupie rówieśniczej. Około 50 metrów od mojego rodzinnego domu mieściło się kino „Grunwald”, w którym mogłem odkryć drugie narzędzie poznania świata bez ograniczeń czasu i miejsca. I tak zarówno książki, jak i filmy stworzyły we mnie grunt pod najpierw studenta, a potem nauczyciela historii. W jednym z esejów Normana Davisa stwierdza on, że historyk nie musi widzieć, musi mieć na tyle bogatą wyobraźnię, aby móc przenieść się mentalnie w czasy, którymi się zajmuje i spróbować wczuć się w ich realia. Dzięki temu będzie mógł o nich lepiej opowiedzieć współczesnym sobie. Początkowe zauroczenie historią poparte coraz bardziej świadomą lekturą stopniowo rodziło zamiłowanie trwające do dziś.

E.M.: Marszałek Józef Piłsudski powiedział: ,,Kto nie szanuje i nie ceni swojej przeszłości, ten nie jest godzien szacunku teraźniejszości ani prawa do przyszłości”. Naucza Pan historii w VIII LO w Lublinie. Czy wśród Pana uczniów można zauważyć zainteresowanie i szacunek do historii Polski?

M.B.: Tak, młodzież w sposób naturalny jest zainteresowana historią, problem polega na tym, żeby jej nie zniechęcić. Może dzisiaj, w odróżnieniu od czasów marszałka, ilość bodźców działających na młodego człowieka kolosalnie wzrosła, zmieniło się również otoczenie polityczne. Świat współczesnych młodych ludzi to niepodległa ojczyzna, Unia Europejska bez granic oraz szerokie perspektywy rozwoju i możliwości dorabiania się. To wszystko bardzo angażuje wyobraźnię i czas. Priorytety czasów marszałka to walka, aby marzenie o wolnej Polsce stało się rzeczywistością. Dla dzisiejszej młodzieży urodzonej i wychowanej w wolnej Polsce ważniejsza, bo bliższa osobistym wyborom jest przyszłość, a nie przeszłość. Nie oznacza to, że nie identyfikują się z ideałami takich ludzi jak Józef Piłsudski.

E.M.: Czy jako nauczyciel uważa Pan, że historia nie jest zwykłym, szkolnym przedmiotem, że w naszym społeczeństwie uwrażliwienie na sprawy przeszłości jest większe niż w innych krajach?

M.B.: Uważam, iż historia nie jest przedmiotem specjalnie wyróżnionym w systemie szkolnym. Maturzysta w naszym kraju nie ma obowiązku wykazać się znajomością historii ojczystej. System szkolny pozwala na promowanie z klasy do klasy ucznia, który wykazał się wiedzą co najmniej w 30%. Chciałbym, aby ranga tego przedmiotu była wyższa. Co do uwrażliwienia naszego społeczeństwa na sprawy związane z historią, to ma ono raczej charakter incydentalny, uważam, że coraz częściej historia wykorzystywana jest przez różne środowiska instrumentalnie. Jest to niestety możliwe z powodu niskiego poziomu rzetelnej wiedzy. W większości społeczeństwo posługuje się stereotypami, wiedzą szczątkową, wyrwaną z kontekstu historycznego, swoistymi „apokryfami”, którym bliżej do wygodnego mitu niż do historii. Jednocześnie dostrzegam nie tyle wrażliwość, co nadwrażliwość na próby odbrązowienia naszej nie zawsze chlubnej przeszłości. Chcąc uniknąć dysonansu poznawczego wolimy pozostać przy własnych wyobrażeniach niż odkrywać prawdziwy obraz.

E.M.: Jaką ma Pan receptę na dotarcie do młodych osób?

M.B.: Po pierwsze traktuję ich poważnie. Staram się ustalać jasne zasady i być słownym, nawet jeśli jest to dla mnie niewygodne. Uczniowie uczą się tego, że nie ocena, a wiedza jest wartością samą w sobie. Moi uczniowie wiedzą, że nie widzę. To samo w sobie rodzi podejrzenia o chęć nadużycia tej okoliczności. Zdarza się to jednak rzadko. Relacja ta uczy ich, że przyzwoitym człowiekiem nie jest się wtedy, kiedy ktoś patrzy im na ręce, a kiedy nikt nie patrzy można oszukiwać. Mają do mnie zaufanie, że wiedza, którą im podaję jest rzetelna, a to jest możliwe dzięki osiągnięciom naukowo-technicznym, które nas – niewidomych – już nie wykluczają ze sfery nauki. Staram się również, aby opowieść o przeszłości nie tyle była naszpikowana faktografią, co podana w sposób ciekawy i zrozumiały dla uczniów. Mam to szczęście, że zarabianie na chleb w moim przypadku wiąże się z zamiłowaniem do historii i przyjemnością pracy z młodzieżą.

E.M.: Serdecznie dziękuję za udzielenie wywiadu i życzę dalszych sukcesów w pracy.