Oto foto, a oto wystawa

Niebawem miną 23 lata od chwili, gdy zarzuciłem na ramię swój pierwszy aparat fotograficzny i poszedłem gdzieś, na tory. Tak sobie pstrykałem przez te lata w różnych miejscach Polski i nie tylko. Przeszedłem przez rozdział, gdy biała laska kłóciła się z aparatem fotograficznym. Wyciągając aparat chowałem laskę i odwrotnie. Było to niebezpieczne i chyba niepoważne. W tych wyprawach wiele osób mi towarzyszyło jako przewodnicy. Jednych przewodników kolej pociągała, innych nie. Wiele tras przebyłem sam.

Pod koniec 2016 roku zdarzyło się tak, że w moim aparacie padły bateryjki. Szukałem długo, gdzie by takie nabyć. Od zakupu akumulatorków do fotograficznej wystawy wydaje się daleka droga i nieprawdopodobna. Wydawać by się mogło, że to posty na blogu się pomyliły i gdy polecający mi bateryjki Zbyszek mówił coś o oglądaniu moich fotek, też mi się tak wydawało. Obejrzeliśmy fotki i Zbyszek orzekł: trzeba to pokazać.

Początkowo włożyłem to gdzieś między bajki, ale nie na długo. Z wielu setek zdjęć wybrano kilkadziesiąt takich, co to i kadr, i klimat jakiś jest zachowany. Wystawa będzie, a mam nadzieję, że moi przewodnicy się uśmiechną na wspomnienie przygód ze szlaku. Każde zdjęcie tej wystawy to jakaś przygoda, historia czy zabawne wydarzenie.

Do dnia 20 stycznia zostało niewiele czasu, a ja mam stracha. Czemu? Bo takie leczniczo-wzrokowe pstrykanie będzie oglądane i lekkiego stracha każdy chyba by miał. W czasie wystawy będą towarzyszyć nam dźwięki nagrywane metodą binauralną. Będziemy wewnątrz lokomotyw, dworców i wagonów. Tym dobrym aniołom, co jeździli ze mną w wiele tras, bardzo dziękuję. Oczywiście proszę o więcej i więcej. Oto foto, czyli po wystawie.

Gdy do wystawy było daleko, myślałem sobie, że pewnie kilka osób zechce przyjść i łaskawym okiem rzucić na fotki. Im bliżej wystawy, tym łapki drżały nieco. Moje dziewczyny popełniły bardzo dobre wypieki, wskoczyłem w koszulkę, wypiłem coś gorącego i w drogę. Fort 49 okazał się pięknie zaadaptowany. Galeria wystawowa oświetlona tak, by zdjęcia fajnie wyglądały. Prawie od progu usłyszałem, że gdy się widzi taką wystawę, to „chce się chcieć”. Te słowa powiedział Dyrektor Domu Kultury. Przecież miało to być tylko pstrykanie, ćwiczenie oka i nic wielkiego. Takich słów na otwarciu wystawy było wiele. W tle wystawy zabrzmiał gwizd parowozu i pojechał niejeden pociąg. Co jakiś czas brzmiały zapowiedzi z różnych dworców.

Wystawa ta była podziękowaniem dla tych, co towarzyszą mi podczas wielu wypraw. Układ zdjęć także był odpowiednio dobrany. Jest tam zdjęcie przedstawiające wielką grupę ludzi z wycelowanymi aparatami fotograficznymi. Pośrodku tej wielkiej grupy, wydający się być małym – parowóz. Jest również podobający się wielu osobom wagon do przewozu piwa. Uśmiech na twarzach powodowało zdjęcie, gdy parowóz wjeżdżał pod wiadukt i mocno przykopcił tym, co chcieli go fotografować z wiaduktu. Podobno nie wiedzieli czy się poświęcić, czy twardo fotografować.

Tytułowe zdjęcie to takie, przy którym nieźle wymarzliśmy. Fotka przedstawia mozolnie wspinający się pociąg w śniegu. Wynurza się czerwona jednostka. W dali – gdyby nie mgła, Tatry jak na dłoni. I tutaj zawsze już chyba będę miał wspomnienie wiatrowo-wiśniówkowe. Do zaopiekowania dostałem cenny podarunek – bilet kolejowy z 1921 roku na trasę z miejscowości Tarnopol do Czortkowa. Bilet kosztował 24 marki polskie.

Tą wystawą chciałem także złamać stereotyp. Czemu to niedowidzący człowiek nie może iść i fotografować, gdy go to kręci? Wiele razy podczas tych kilku godzin słyszałem słowo „wariat”. To jednak było takie jakieś dobre i budujące. Do takich dni wśród uśmiechu drugiego człowieka można wracać w chwilach zwątpienia. Zbyszek powiedział, że to wypali – i chyba wypaliło.

Dyscypliny sportu uprawiane przez niewidomych i słabowidzących

Blind football – gra zespołowa, w której drużyna składa się z pięciu osób. Wymyślono go w Brazylii w latach 60. XX wieku.

Blind Tennis – Japończyk Miyoshi Takei przystosował tenis do możliwości osób niewidomych. Pierwsze zawody o tytuł najlepszego niewidomego tenisisty odbyły się w roku 1990.

Jazda na tandemach – bardzo popularny sport o charakterze integracyjnym. Osoby niewidome jeżdżą w parze z widzącymi. Popularne są rajdy tandemowe.

Showdown – początki tego sportu to lata 60. XX wieku. Wymyślił go Joe Lewis – niewidomy Kanadyjczyk. Gra się przy użyciu tzw. wiosełek oraz udźwiękowionej piłeczki. Od roku 2016 w Rio de Janeiro showdown wszedł w skład dyscyplin paraolimpijskich.

Goalball – pierwsza gra drużynowa dla niewidomych i słabowidzących. Rozgrywki w tej dyscyplinie zaprezentowano na Igrzyskach Paraolimpijskich w Toronto w 1976 roku, a 4 lata później została na stałe włączona do programu Igrzysk.

Strzelectwo laserowe i pneumatyczne – uczy koncentracji i motoryki. Jest wspaniałą zabawą także dla osób widzących, które zasłaniają oczy i trafiają do tarczy „na słuch”.

Ping-pong – są różne wersje tej gry. Autorem pierwszej jest Marek Kalbarczyk, który zaprezentował ją kilka lat temu podczas konferencji REHA. Autorem innej jest Leszek Szmaj. Pierwsza akcentuje charakter integracyjny gry, a drugą cechuje bardziej rygorystyczny regulamin.

Wioślarstwo – sport dla wszystkich. Wyścigi odbywają się na dystansie 2000 m, tak samo jak w przypadku zawodników pełnosprawnych. Jest to sport zarówno indywidualny, jak i grupowy. Do kanonu Igrzysk Paraolimpijskich został wprowadzony dopiero w Pekinie.

Szachy – mimo różnych opinii, Międzynarodowy Komitet Olimpijski uznaje szachy za dyscyplinę sportu. Pierwszy klub niewidomych szachistów powstał w 1924 roku w Niemczech. Niewidomi grają na takich samych zasadach jak widzący. Wymagają jedynie zaadaptowanej szachownicy i figur. W środku pól wywierca się otworki, w które wsuwa się kołeczki wystające z podstawy figur. Figury czarne mają gwoździki wbite na ich szczycie.

Brydż – niewidomi i słabowidzący grali w brydża już w latach 70. i 80. XX wieku. Od roku 1998 są rozgrywane drużynowe Mistrzostwa Polski, a od 2002 roku indywidualne.

Bowling i kręgle klasyczne – obie dyscypliny są doskonałą formą rehabilitacji. To jeden z najpopularniejszych sportów naszego środowiska, ponieważ nie wymaga dostosowań.

Reversi i warcaby – jedne z ulubionych gier planszowych. Plansza i pionki są specjalnie oznakowane. Dzięki temu może w nie grać cała rodzina.

Golf – zainicjowano go w Stanach Zjednoczonych w 1925 roku. Zainteresował się nim Clint Russell. Został spopularyzowany pod koniec XX w. Wacław Laszkiewicz (zawodowy golfista) rozpoczął promocję tej dyscypliny w Polsce.

Nordic Walking – najczęściej organizuje się wycieczki dużymi grupami. Widząca i niewidoma osoba idą zawsze w parze – łączy je rozciągliwa linka o długości około 1,5 m.

Żeglarstwo – sport, który zrzesza osoby widzące i niewidome. Wszyscy wykonują rozmaite zadania związane z funkcjonowaniem żaglowca. W Polsce istnieje wiele organizacji, które zachęcają do wzięcia udziału w morskiej przygodzie.

Narciarstwo – coraz więcej niewidomych i słabowidzących zakłada narty, a nawet odważa się zjeżdżać na stokach.

Tandemy – pasja łącząca ludzi

„Rower ma duszę. Jeśli go pokochasz, da ci emocje, których nigdy nie zapomnisz” – te słowa, których autorem jest Mario Cipollini, wielokrotny zwycięzca etapów wyścigu Giro d’Italia, najdobitniej ukazują sens jazdy na rowerze, w tym także na tandemie. Dla osób niewidomych jest to raj dla zmysłów, bo siłą własnych mięśni wprowadzają go w ruch, a dzięki temu mogą się przemieszczać. Szum wiatru, ptaków śpiew, odgłosy otaczającej rzeczywistości oraz poczucie wolności i swobody – to wszystko sprawia, że jak ktoś już zaczął swoją przygodę z tandemami, to nie chce jej kończyć. Rowerowy bakcyl jest jak narkotyk, chce się po niego sięgać więcej i częściej.

O ile kilkadziesiąt lat temu niewidomi nie byli najaktywniejszymi osobami na świecie, o tyle ostatnio zaczęło się to zmieniać. Coraz częściej wychodzą z domów, chcą żyć aktywnie, korzystać z wszelkich dobrodziejstw obecnego świata, a także realizować się na studiach, w pracy czy w sporcie. W wielu dyscyplinach mogą startować samodzielnie, ale są i takie, które wymagają pomocy osoby pełnosprawnej. Jest ona potrzebna chociażby przy jeździe rowerem. Ten rodzaj aktywności stał się bardzo popularny w Polsce w ostatnich latach. Jak grzyby po deszczu wyrastają ścieżki rowerowe, a poszczególne miasta serwują swoim mieszkańcom rowerową alternatywę zamiast samochodu. Można rzec, że rodacy zakochali się w kolarstwie. Rekreacyjnie rowerem jeżdżą mali i duzi, pełno– i niepełnosprawni, bogaci i biedni. Słowem – rower jest dla każdego.

Ja swój pierwszy rower dostałem na komunię. Wówczas jeszcze widziałem na tyle dobrze, że mogłem jeździć samodzielnie, ale stosunkowo szybko mój wzrok się pogorszył, przez co ten rodzaj aktywności poszedł w odstawkę na długie, długie lata. Pewnie byłoby tak nadal, gdyby znajomy nie namówił mnie do wzięcia udziału w corocznym święcie cyklicznym w Szczecinie, ale tym razem na tandemach. Wówczas po raz pierwszy zetknąłem się z tego typu rowerami.

Mimo, że pogoda nas nie rozpieszczała, bo pokonywaliśmy piękne uliczki zachodniopomorskiej stolicy w strugach ulewnego deszczu, jednak nie zniechęciło mnie to do tandemów. Wówczas poczułem, że mogą one stanowić dodatkowy bodziec do podjęcia aktywności sportowej. Dlatego w kolejnych tygodniach były następne wyjazdy z różnymi pilotami. Pokonywane trasy były dłuższe i krótsze, ale dzięki temu miałem możliwość spędzenia czasu na świeżym powietrzu, poznania nowych ludzi, a także odwiedzania ciekawych miejsc.

Jednak przełom w mojej rowerowej przygodzie nastąpił we wrześniu 2017 roku, kiedy to praktycznie bez żadnego przygotowania pojechałem na kilkudniowy rajd organizowany przez fundację Niewidomi na Tandemach. Obaw było sporo. Przede wszystkim te kondycyjne. Nigdy wcześniej przez kilka dni z rzędu nie pokonywałem odcinków o długości 60-75 km, więc było to dla mnie spore wyzwanie. Ale okazało się, że nie taki wysiłek straszny jak go malują. Mimo, że w trakcie rajdu dały o sobie znać pewne części ciała, to jednak ten dyskomfort był niczym w porównaniu do wielu pięknych chwil, które zapadną mi w pamięci, tym bardziej, że przecież ból jest tymczasowy, a skutki rezygnacji z jazdy na rowerze są wieczne – jak mawiał klasyk, czyli Lance Armstrong.

W minionym roku fundacja zorganizowała trzy rajdy w województwach: wielkopolskim, warmińsko-mazurskim i zachodniopomorskim. W każdym z nich brało udział około 15 tandemów, którymi przemieszczali się ludzie będący w różnym wieku i pochodzący z różnych zakątków Polski. Często pilot i osoba niewidoma kompletnie się wcześniej nie znali, a musieli sobie zaufać i stworzyć zgrany duet w trakcie jazdy.

– Jeśli ktoś w ogóle podejmuje się jazdy tandemem, to według mnie jest to osoba, która wie z czym to się je. Bardziej bałam się o siebie, ponieważ jazda przez cztery dni po 70 km była dla mnie czymś nowym. Nie wiedziałam czy dam radę przejechać tak duży dystans, ale na szczęście dałam radę. Przeżyłam przygodę życia. Sprawdziłam się, poznałam fajnych ludzi, z którymi kontakt mam do tej pory – nie ukrywa satysfakcji Patrycja Klakla, niewidoma uczestniczka rajdu zachodniopomorskiego.

W podobnym tonie wypowiada się inny z niewidomych uczestników. – Jazda na tandemie ma dla mnie kilka aspektów – ruchowy i sportowy, bo nie pobiegam za piłką, a tandem daje możliwość aktywnego spędzania czasu. Towarzyski, bo na różnych wypadach można poznać dużo fajnych osób. I poznawczy, bo można poznać ciekawe miejsca – tłumaczy Mateusz Przybysławski.

Jeden z uczonych mawiał, że życie jest jak jazda na rowerze. Żeby utrzymać równowagę, musisz poruszać się naprzód. Trudno odmówić trafności temu stwierdzeniu, ale w jeździe na tandemie nie chodzi tylko o samą aktywność fizyczną, ale przede wszystkim o przełamywanie własnych barier i słabości, o walkę z przeciwnościami losu i wychodzenie z domu, a nie zamykanie się w czterech ścianach. Wreszcie, o poznawanie nowych ludzi, a także o uświadamianie pełnosprawnych o potrzebach osób niewidomych.

– Wcześniej widziałam, więc wiem jak wyglądają drzewa, zwierzęta i inne rzeczy. Lubię wiedzieć, co się wokół mnie dzieje. Nie widzę, ale za to mam wyostrzone inne zmysły. Otaczającą rzeczywistość odbieram słuchem i zapachem. Podczas jazdy tandemem dużą rolę odgrywa pilot, który opisuje teren, a wtedy mogę sobie go wyobrazić. Wówczas jazda nabiera większych emocji. Nie chodzi tylko o pedałowanie, ale też o podziwianie tego, co jest wokół nas – podkreśla Patrycja.

Coraz częściej na rajdy jako piloci zgłaszają się osoby, które nigdy wcześniej nie jeździły na tandemach z osobami niewidomymi. Chcą spróbować swoich sił w jeździe rowerem w duecie. Stanowi ona dla nich pewnego rodzaju zagadkę, wyzwanie, z którym zazwyczaj bardzo dobrze sobie radzą, choć nie ukrywają, że na początku swojej przygody z jazdą na tandemach mają pewne obawy.

– Obawiałam się, czy w ogóle odnajdę się w rajdzie z osobami niewidomymi. Bałam się, że nie sprostam wyzwaniu, a ktoś przeze mnie będzie miał nieudany wyjazd. Nie wiedziałam też czy dam radę jechać na tandemie, ale jakoś poszło, a moje obawy się nie sprawdziły. Wrażenia mam bardzo pozytywne, miło wspominam wyjazd i absolutnie nie żałuję, że zdecydowałam się wziąć w nim udział. Jeśli jeszcze kiedyś nadarzy się okazja, to chętnie ponownie wezmę udział w takim rajdzie – twierdzi Joanna Polak, jedna z pilotek rajdu zachodniopomorskiego.

Nie każdy lubi wysiłek fizyczny, ale zachęcam do spróbowania swoich sił w jeździe na tandemie. Nie jest to wielka filozofia, a frajda może być ogromna. Osoby niewidome coraz częściej mają własne tandemy, ale istnieje niedobór pilotów. Do tanga, a właściwie do tandemu trzeba dwojga, a często brakuje osób widzących, które chciałyby zrobić coś pro publico bono i dać porwać się przyjemności związanej z jazdą rowerem w duecie z osobą niewidomą. Oby tandemów na ulicach polskich miast było jak najwięcej. Oby niewidomi jak najczęściej korzystali z możliwości aktywnego spędzania czasu i zwiedzania ciekawych miejsc. Oby pojawiali się nowi piloci, bo bez nich nawet największy, niewidomy fan kolarstwa daleko nie zajedzie. Tandemy łączą, a przynajmniej powinny łączyć ludzi. Dlatego szanowny Czytelniku wsiadaj na rower, niczego nie żałuj, przez życie pedałuj!

DNA Sportu

Do mety zostało jeszcze 50 metrów, czyli dokładnie połowa dystansu. Po nawrocie, który zazwyczaj jest dla mnie najbardziej newralgicznym momentem, odbijam się nogami od ściany z ulgą stwierdzając, że i tym razem udało się trafić w nią idealnie. Parę kopnięć pod wodą i wracam na powierzchnię. Delikatnie schodzę do prawej strony toru, żeby odnaleźć linę i nie uderzyć w nią ręką lub barkiem, bo to skutkowałoby zgubieniem rytmu i nieznośną stratą cennego czasu. Jest! Odzyskuję pełną orientację w basenie i staram się przyspieszyć. Przede mną ostatnia prosta. To teraz trzeba wydobyć z siebie wszelkie rezerwy, jakie są zmagazynowane w mięśniach. Skupiam się na zachowaniu prostej linii i mocnych pociągnięciach ramion. Dzięki temu odwracam uwagę od narastającego zmęczenia. Zostało 20, może 15 metrów do końca. Częstotliwość pracy rąk mimowolnie spada. Coraz ciężej mi przerzucać je dynamicznie nad wodą.

W tym momencie staram się położyć nacisk na nogi, żeby utrzymać odpowiednie ułożenie ciała. Czując, że to już ostatnie metry i za kilka sekund będzie po wszystkim, z jeszcze większą łapczywością zagarniam wodę, jakbym przedzierał się przez gęstwinę. Czuję puknięcie pałką, którą taper, czyli najczęściej trener, oznajmia mi, że zbliżam się do nawrotu lub zakończenia. Uderzam ręką w tablicę, zatrzymując biegnący beztrosko czas i koniec…

Wyszło czy nie wyszło?

Nic więcej zrobić ani poprawić już nie można. Jestem na mecie. Wszystkie emocje i odczucia ulatniają się niczym rozpuszczone przez chlor i pozostawiają mnie w stanie, który roboczo nazwałem „szokiem postartowym”. Po wielu miesiącach przygotowań do tego jednego, najważniejszego startu w roku, poświęceniu się pracy i wreszcie osiągnięciu głębokiej koncentracji, bliskiej transowi przed wyścigiem, zrobiłem co tylko mogłem, ale już po wszystkim. Zrzucenie z siebie takiego ładunku emocjonalnego wprawia mnie w stan odrętwienia, dezorientacji, a wręcz obojętności. Stoję na podnóżku w wodzie po szyję, ledwo trzymając się krawędzi ściany. Serce wali jakby chciało się przebić przez żebra na zewnątrz i zaczerpnąć jeszcze więcej powietrza. Nawet nie próbuję uspokajać oddechu i pozwalam organizmowi dotleniać się do syta. Słyszę, że na torze obok ktoś jeszcze dopływa. Nie jest źle, bo to oznacza, że przynajmniej nie jestem ostatni. Nadal nie znam rozstrzygnięcia tego wszystkiego. Nie widzę przecież tablicy z wynikami, bo jakbym mógł ją widzieć, skoro jestem niewidomy. Po chwili, która zdaje się ciągnąć bez pardonu, dociera do mnie głos trenera:

– Jesteś drugi, masz medal…

– Co? – wyduszam z siebie, jakby te słowa padły w jakimś obcym języku i były dla mnie niezrozumiałe.

– Jesteś drugi – powtarza cicho, żeby nie zwrócić na siebie uwagi sędziów.

To zdanie dociera do mnie bardzo powoli, jakby uszy nie radziły sobie z przekazaniem go do mózgu, a ten nie wiedział, co ma z tą informacją zrobić. Z niedowierzaniem opuszczam głowę i wypuszczam powietrze z płuc. Nie okazuję żadnej radości. Powoli przepływam pod linami przez sąsiednie tory, aby dostać się do drabinki.

Według przepisów niewidomy zawodnik nie może porozumiewać się ze swoim trenerem, dopóki nie wyjdzie z wody, więc teoretycznie dobre kilkadziesiąt sekund po dopłynięciu do mety nie powinien znać ani swojego czasu, ani miejsca, które właśnie zajął. Sam nie wiem, co jest bardziej męczące, sam start, czy ta barbarzyńska nieświadomość po nim. Dopiero po kontroli sędziowskiej czepka i okularków, trener już oficjalnie potwierdza:

– Gratuluję, jesteś drugi!

Wtedy już wyrzucam ręce do góry w geście powodzenia i zdobywam się na ochrypły, bliżej nieokreślony okrzyk, który jest mieszaniną radości i ulgi. Cała uporczywa praca, trudy i niepokoje, zostają w jednej chwili anulowane i odchodzą w niepamięć. Nigdy nie czuję tak dosadnie i szczerze, że po prostu kocham żyć i nigdy nie czuję się tak spełniony, jak wtedy.

Bo wiem, po co

Atmosfera i echa zawodów milkną jednak bardzo szybko. Jedno powodzenie nie pociąga za sobą kolejnego automatycznie, a wręcz przeciwnie. Rozsmakowywując się zbyt długo w słodkim smaku osiągnięcia, łatwo można przegapić moment, w którym należy wrócić do ostrej pracy, życząc sobie następnych.

Zatem już parę tygodni później, dokładnie o 05:20, wyrywa mnie ze snu stonowana melodia. To mój budzik, który zresztą zmieniam co jakiś czas, kiedy poprzedni staje się dla mnie już irytujący i oznajmia, że najwyższa pora wstawać. Wyłączam go jak najszybciej, żeby nie obudził mojej dziewczyny i leżę jeszcze kilkadziesiąt sekund, żeby uszły ze mnie resztki snu. Nigdy nie ustawiam dodatkowych drzemek. Wstaję bez wahania, bo wiem, po co wstaję. Czterdzieści minut później wskakuję już do basenu. Nigdy nie myślę o tym, co się zaraz stanie, przygotowując się do tego stojąc na brzegu. Wskakuję do wody, bo wiem dlaczego trzeba to zrobić. Ona przez pierwsze kilka minut treningu próbuje ochłodzić mój zapał, bo wydaje się zwyczajnie zimna w porównaniu do przyjemnego ciepła pościeli, ale po kilkuset metrach rozgrzewki jest dużo lepiej. Rozruszawszy się zapominam, że jeszcze godzinę temu spałem sobie w najlepsze i skupiam się na tym, co mam przepłynąć.

Trening męczy czasem mniej, a czasem bardziej. Jest to dosyć specyficzny rodzaj zmęczenia, ponieważ są pewne sposoby, żeby nad nim nieco zapanować. Przede wszystkim jeżeli wiem, po co się męczę, to przestaję się tego obawiać i dzięki temu stać mnie na więcej. W dodatku, jeśli czuję satysfakcję z treningu, wyrabiam się w limitach czasowych i jestem w stanie utrzymać tempo, to działa jak potężny zastrzyk kofeiny dla organizmu. Najciężej natomiast jest wtedy, gdy pojawia się ból z powodu tak zwanych zakwasów, a zdarza się to wcale nie rzadko. Potrzebuję wtedy znacznie więcej czasu, żeby rozruszać mięśnie i pozbyć się tego nieprzyjemnego uczucia, jakby pomiędzy ich włókna dostały się ziarenka piasku i tarły o nie uporczywie. Zmęczony mięsień nie jest tak wydajny, jak wypoczęty, co przekłada się na możliwości w trakcie treningu. Głowa prze na przód i chciałaby pociągnąć za sobą ręce i nogi, ale te nie są w stanie jej posłuchać i najlepiej zrobić po prostu tyle, na ile jest się w stanie, a potem zadbać o regenerację.

Dzień jak co dzień

Regeneracja jest właściwie tak samo ważna jak trening. Ciało jest dla mnie narzędziem pracy, o które mam obowiązek dbać. Pierwsze, o czym myślę po treningu, jest ponad wszystko jedzenie. Głód bywa tak napastliwy, że dopóki porządnie się nie najem, nie odbieram nawet telefonu, bo nie mam na to najmniejszej ochoty. Staram się wczuwać w to, co organizm mi podpowiada i rozumieć kiedy potrzebuję zjeść coś zdrowego, bogatego w różne składniki odżywcze, a kiedy bez zastanowienia pochłonąć bardzo wysokokaloryczny posiłek. Pływak potrzebuje i jednego, i drugiego, trzeba tylko nauczyć się wsłuchiwać w siebie.

Następnym krokiem jest bezdyskusyjnie sen, któremu nawet nie próbuję się opierać. Jeżeli nie poddam się mu z własnej woli na około dwie godziny po porannym treningu, to on prędzej czy później pokona mnie sam w ciągu dnia, odbierając świadomość gdzieś w komunikacji miejskiej lub w jakichkolwiek innych okolicznościach. O tym, jak niedobór snu jest fatalnym stanem świadczy to, że będąc niewyspanym miewam nawet kłopoty z płynnym poruszaniem się z białą laską. Kompletnie nie mogę się wtedy skupić, mam problemy z zachowaniem prostej linii, a moje reakcje są spowolnione, co jest dla mnie wręcz niebezpieczne. Z tego powodu nigdy nie żałuję czasu na spanie i zawsze planowanie dnia po porannym treningu zaczynam właśnie od tego.

Celowo podkreślam słowa: „poranny trening”, ponieważ na jednym w ciągu dnia kończyć się nie może w przypadku uprawiania sportu wyczynowo. Zwykle jest jeszcze drugi po południu lub wieczorem w wodzie, a każdy z nich trwa mniej więcej dwie godziny. Nie można przy tym zapomnieć o czymś, co pływacy jako istoty prawie wodne nazywają „lądem”. Chodzi zwyczajnie o odpowiednie ćwiczenia na siłowni, dopasowane do konkretnego zawodnika. Każdy z nas ma w końcu jakieś braki, a pływanie ich nie wybacza. Trzeba je nadrabiać poświęcając na to uczciwą ilość czasu, bo bez tego przygotowanie fizyczne może okazać się niewystarczające.

– A co z czasem dla siebie? – mógłby ktoś zapytać. Otóż on jest gdzieś w ciągu dnia, o ile mądrze sobie go ułożymy. Sportowiec, poza paroma tygodniami wakacji i świąt, cały rok żyje według dokładnie skrojonego schematu doby pod kątem pór treningowych i nie wolno pozwolić sobie na zignorowanie czegokolwiek, bo jedno spóźnienie pociągnie za sobą drugie i cały grafik się rozsypie, tak samo jak w kolejce do lekarza.

– A co w takim razie z pracą? – może zapytać ktoś inny. Pracą dla sportowca wyczynowego jest sport i łączenie go z inną pracą na pełen etat jest niemożliwe.

Samemu donikąd

Wracając po tym wszystkim wieczorem do domu, nie ma nic bardziej napawającego otuchą niż to, że ktoś tam jest i czeka na twój powrót. To nieocenione, że ten ktoś rozumie przy tym, dlaczego nie chce ci się gadać, zanim się porządnie nie najesz, że znów nie zdążycie obejrzeć razem filmu, bo niedługo musisz położyć się spać i czemu po raz kolejny musicie odłożyć na inny dzień wyjście do znajomych czy na zakupy. Moja kobieta to wszystko rozumie i bez jej wsparcia, zrozumienia, a czasem nawet samej obecności, nie dałbym rady okiełznać tej układanki.

Będąc szczerym, nie ma mowy o żadnym powodzeniu bez innych osób obok. Samodzielnie sportowiec ma nikłe szanse, aby dojść do czegokolwiek, bo począwszy od odpowiedniego trenera, przez innych zawodników, z którymi trenuje, aż po fizjoterapeutę, trenera od przygotowania motorycznego, czy nawet lekarza, każdy ma swoją, nieodzowną rolę. Wyniki jednego zawodnika są sumą wkładu i doświadczenia kilkunastu osób, a włączając w to bliskich i przyjaciół, ta grupa robi się naprawdę liczna. W dzisiejszych czasach, kiedy rezultaty są coraz bardziej wyśrubowane, a sport, również ten paraolimpijski, wymaga coraz bardziej zaawansowanego podejścia, a co za tym idzie też i nakładów, w otoczeniu zawodnika nie powinno zabraknąć żadnej z tych osób.

Zakładając, że uda się to wszystko zebrać w całość i zorganizować życie tak, aby móc bez reszty poświęcić się dla sportu, nadal nie ma gwarancji na ostateczny sukces. Sport nie działa bowiem jak zwykła matematyka, gdzie dwa plus dwa zawsze wyniesie cztery, ale jest bardziej jak rachunek prawdopodobieństwa. Każdy zawodnik ryzykuje, rzucając w ofierze lata regularnego wysiłku, rozłąki z bliskimi i czas na wszystko inne, dla marzeń, które mogą się spełnić, albo i nie.

Można by więc na koniec zapytać, po jakie licho w takim razie to wszystko? Odpowiedź jest prosta: życie z wielkimi celami ma wielki sens, a próba osiągnięcia tych celów już sama w sobie jest sukcesem. A jeżeli drogi Czytelniku dla Ciebie to jeszcze za mało, cofnij się proszę do ostatniego zdania drugiej części tego tekstu, a z pewnością do reszty mnie zrozumiesz.

Jestem fotografem. Co ma masaż do kolei?

To trochę dziwne: mieć przy sobie aparat fotograficzny i białą laskę. Jasne, bo jak to może być? Te urządzenia nie współgrają ze sobą i może nawet rażą, gdy są wspólnie.

Będąc człowiekiem z dużą wadą wzroku, jestem zakręconym maniakiem kolei i dużo łażę z aparatem fotograficznym po różnych torach. Lubię szczególnie te nieprzejezdne, zapomniane. Nie gardzę też klimatycznymi stacyjkami i dworcami jeszcze przed remontem.

Fotografowanie zaczęło się od mojej Pani Doktor, zresztą okulistki. Posiadam w swoim arsenale również coś, co się zwie oczopląs – znaczy to, że kobiecie nie spojrzę prosto w oczy. Aby to trochę pohamować, zaproponowała mi Pani Doktor bym zakupił aparat fotograficzny z wizjerem. Wizjer ma dać dużo światła. Mam wpatrzyć się w niego, wyczuć odpowiedni moment zrobienia zdjęcia i pstryknąć. Pozwoli to choć na chwilę zatrzymać drganie oka. Zaproponowała mi Pani Doktor, bym znalazł sobie jakiś temat fotografowania, który by mnie cieszył. Temat przyszedł automatycznie: kolej była duża, wyraźna i interesująca. Od 1993 roku zrobiłem wiele zdjęć – dobrze, że mamy teraz technikę cyfrową. Nie mieściłbym się w szafie. Aparatów też przefotografowałem wiele. Zacząłem od małpiatkowatego Canona, następnie był lustrzany Olympus, Zenit 122 i teraz Canon EOS 350. Z fotografowaniem dzisiaj nie ma problemu, przy każdym telefonie jest aparat. U mnie jednak w fotografowaniu idzie o wizjer i celowanie, czyli ćwiczenie oka.

Na początku było mi trochę ciężko, bo jak to wygląda? Biała laska daje bezpieczeństwo na drodze i torach. Co ludzie powiedzą? To jednak dziwne. Składałem laskę, wyciągałem z plecaka aparat i łaziłem torem, peronem czy gdzieś tam po niezbyt przyjaznym dla niewidomego podłożu. Po kilku wykolejeniach fotografa doszedłem do wniosku, że trzeba się przełamać. Pierwsze „focenie” z laską było zza krzaka, nie widziałem, że ktoś mnie i owszem widział. Podchodzili ludzie i reagowali różnie. Do dziś różnie reagują. Od bardzo nieprzychylnych reakcji, po wręcz podziw, że jednak można. Pracując kiedyś w szpitalu udało mi się pomóc pewnemu fajnemu kolejarzowi. Postanowił się za pomoc odwdzięczyć. Dostałem zezwolenie na przebywanie na terenie kolei całej Polski i w kabinach lokomotyw wszelkich trakcji. Oto jak masaż połączył się z koleją.

Z aparatem Zenit 122 miałem fajną przygodę. W tym aparacie wszelkie sterowanie odbywa się za pomocą pokręcania pierścieniem dalmierza oraz pierścieniem przesłony. Bym w wizjerze widział zapalające się światełka czerwone i zielone od przesłony, wzmocniono je usuwając jakby kalkę z żaróweczek. Pierścienie na obiektywie pozaznaczano mi klejem typu „kropelka”. Nauczyłem się, co jakie oznaczenie znaczy i Zenit się dobrze sprawował. Jednak były lepsze aparaty, które mniej męczyły oko. Oko ma ćwiczyć, ale się nie zamęczać.

Wpatrywanie się w światełka było jednak ponad siły. Zenit jednak pozostawił wiele fajnych zdjęć, bo go zrozumiałem. Koledzy fotografowie nauczyli mnie pewnych zasad fotografii, takich, które mi się przydadzą. Opanowałem głębię ostrości – oczywiście w moim wydaniu. Teraz są aparaty pomagające i wiele wybaczające.

Kolejnym połączeniem masażu tym razem z fotografią jest obecnie posiadany Canon EOS 350. Znowu kolegę fajnie postawiłem na nogi przez manewry jego powięzią. On wymanewrował mi fajny aparat. Ten przywędrował do mnie z Ameryki i choć nie jest najnowszą maszynką, Paweł pomógł mi go odpowiednio dla mnie ponastawiać i zrozumieć. Musiałem swoje oko nauczyć „prostości” zdjęć. Ciężkie to było. Kupiłem więc urządzenie zwane Monopodem. Jest to laska stawiana na ziemi jak statyw, tylko na jednej nodze. Przykręcona do aparatu i wisząca pod nim znakomicie pionizuje, działa jak murarski pion. Nauczono mnie też wybrać sobie coś pionowego bądź poziomego, np. słup, poziomy tor, ustawić równolegle do krawędzi wizjera, lekko odsunąć i już.

Takie sobie triki, które dla widzącego fotografa są niepotrzebne. Nieraz moi znajomi ze mnie się śmieją mówiąc, że zostanie mi odebrana inwalidzka grupa, ale póki co nie boję się. Nowatorska forma okulistycznych ćwiczeń przeszła w pasję, a to jednak ma więcej plusów.

Kiedyś miałem nawet problem z zakupem aparatu. Poszedłem z kolegą by coś wybrać i zakupić. Gdy już wybrałem Olympusa, chciałem go ratalnie kupić. Zażądano dowodu i książeczki wojskowej lub innego dokumentu tożsamości. Książeczki nie miałem, dałem więc legitymację inwalidzką w pełni ważną i uwiarygadniającą, z dowodem. Pan odrzekł, że na taki dokument aparatu mi nie sprzeda. Było śmiesznie nawet, gdyż już byłem na takim etapie, że nie przejmowałem się takimi przeciwnościami. Musiał zainterweniować kierownik sklepu i wszystko stało się możliwe.

Bardzo lubię stację Kraków Płaszów. Pomaszerowałem sobie kiedyś ku głowicy stacyjnej ścieżeczką i z laseczką. Na ramieniu aparat i w oddali dźwięk niemodernizowanej SM42. Kolejarze wiedzą jak urokliwie to mruczy i zwane jest wibratorem. Słyszę za sobą biegnącego człowieka. Okazał się nim przejęty strażnik. Spytał, czy wiem, gdzie jestem. Odpowiedziałem, że idę sfotografować „esemkę na żeberku”. Zdziwił się: że jak to fotografować? Zaproponował pomoc. Bardzo chętnie ją przyjąłem, bo z ludem kolejarskim pogadać można i jest przyjazny. Nagrałem i fotografowałem do woli. Teraz na Płaszowie i na kilku stacjach nikt się nie dziwi takiemu wariatowi. Nie bardzo się już przejmuję będąc z laską i aparatem. Laska posłużyć może czasem jako statyw, by nie było drgań przy fotografowaniu. Jeżeli ktoś się temu dziwi, to opowiem historię o nowatorskiej metodzie leczenia oczopląsu.

Aby było bezpieczniej, trzy razy posłucham wchodząc na tor, nim przez niego przejdę. To forma jakby szacunku i pokory dla kolei. Może ona być niebezpieczna. Gdy idę na jakąś lokomotywownię, wiem jak można się poruszać w takim miejscu nie przeszkadzając innym w pracy. Ze strony kolejarzy nigdy nie spotkałem się z nieżyczliwością, a w wielu miejscach byłem. Ostatnimi czasy również nagrywam kolejową muzykę szyn. Do nagrań nie trzeba włazić na tory. Mikrofony wyłapią dźwięki i tak. I tak to masaż i kolej przeplatają się. I cieszę się z tego.

Jestem… wyróżniony

Prezydent Andrzej Duda odznaczył wybitnych niewidomych i osoby widzące, które poświęciły wiele lat inwalidom wzroku

Janusz Skowron, wybitny niewidomy pianista jazzowy, kompozytor i aranżer, decyzją Pana Prezydenta Andrzeja Dudy został odznaczony Złotym Krzyżem Zasługi po raz drugi. Po raz pierwszy otrzymał Złoty Krzyż Zasługi z rąk Prezydenta Lecha Kaczyńskiego w 2009 r.

Jest absolwentem Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych w Laskach. Ukończył Szkołę Muzyczną II stopnia im. Józefa Elsnera w Warszawie, w klasie organów. Jeszcze w trakcie nauki rozpoczął współpracę z zespołem jazzowym perkusisty Kazimierza Jonkisza – wystąpił na festiwalu Jazz Jamboree ’80 i uczestniczył w nagraniu pierwszego krążka tego zespołu. W 1981 roku rozpoczął współpracę z zespołem String Connection, założonym przez skrzypka Krzesimira Dębskiego. Grupa biła rekordy popularności, występowała wielokrotnie na festiwalach Jazz Jamboree i na wszystkich większych festiwalach jazzowych na świecie, m.in. we Francji, w Niemczech, na Węgrzech, w Kanadzie. W 1985 roku Janusz Skowron podjął współpracę z zespołem Free Electronic wybitnego trębacza Tomasza Stańki, z którym występował na festiwalach w Grecji, Niemczech, Francji, Szwajcarii i na rodzimym Jazz Jamboree. W 1990 r. zaczął współpracować z kolejnym znanym muzykiem jazzowym, saksofonistą Zbigniewem Namysłowskim, z którym koncertował w Polsce, Izraelu, Niemczech i Czechach. W 1997 roku rozpoczął współpracę z zespołem Walk Away perkusisty Krzysztofa Zawadzkiego. Współpracował i nadal współpracuje z gitarzystą basowym Krzysztofem Ścierańskim, skrzypkiem Maciejem Strzelczykiem, saksofonistą Zbigniewem Jaremko i nieżyjącym już kontrabasistą Zbigniewem Wegehauptem. Ma również w swoim dorobku występy i nagrania z wybitnymi amerykańskimi muzykami jazzowymi – Erickiem Marienthalem, Billem Evansem, Randy Beckerem, Deanem Brownem, Davidem Gilmorem i Kenny Wheelerem, a także z gwiazdami polskiej muzyki pop: Marylą Rodowicz, Hanną Banaszak, Łucją Prus, Majką Jeżowską, Ewą Bem, Grażyną Łobaszewską, Anną Serafińską, Justyną Steczkowską i z rockowymi grupami Lady Pank i Perfect. Uczestniczył w nagraniu ponad 80 płyt. Ma w swoim dorobku własne kompozycje i aranżacje. Jest laureatem wielu nagród, m.in. nagrody Fundacji Kultury Polskiej im. Krzysztofa Komedy i Państwowej Nagrody Artystycznej Młodych im. Stanisława Wyspiańskiego. Niemal nieprzerwanie od 1982 r. jest corocznym laureatem Jazz Top – ankiety czytelników pisma Jazz Forum w jednej z dwóch kategorii: syntezator i fortepian.

Igor Busłowicz – wybitny niewidomy informatyk został uhonorowany Złotym Krzyżem Zasługi. Całe życie zawodowe poświęcił osobom z dysfunkcją wzroku. Jako informatyk popularyzuje i udostępnia im najlepsze dostępne rozwiązania technologiczne ułatwiające naukę, pracę i życie. W 2009 r. został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi.

Igor Busłowicz ukończył studia wyższe na Wydziale Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Jest autorem oprogramowania do translacji tekstu zapisanego elektronicznie na postać brajlowską i drukowania jej na drukarkach brajlowskich oraz oprogramowania do ewidencji katalogu książek dla niewidomych i obsługi procesu wypożyczania. Stworzenie tych rozwiązań było przełomem w życiu pracowników drukarni i biblioteki Polskiego Związku Niewidomych oraz niewidomych czytelników w całej Polsce.

Jako współzałożyciel firmy Altix uczestniczył w tworzeniu najpowszechniej używanego w Polsce w latach 90. syntezatora mowy ReadBoard. Tworzył programy powiększające tekst wyświetlany na ekranie i wyświetlające w powiększeniu dokumenty tekstowe zapisane w różnych formatach. Przygotował polskie wersje wielu zagranicznych programów i urządzeń ułatwiających życie osobom z dysfunkcją wzroku. Przeszkolił rehabilitacyjnie wiele osób, otwierając im nowe perspektywy zawodowe i hobbystyczne. Dzięki jego staraniom Fundacja Szansa dla Niewidomych wydała po polsku biografię Ludwika Braille’a, dzięki czemu w 200-lecie urodzin twórcy pisma dla niewidomych można było zapoznać się z życiem i działalnością człowieka, który otworzył niewidomym drzwi do nowoczesnej cywilizacji.

Jako znawca problematyki zapisu wzorów matematycznych stworzył oprogramowanie służące do translacji tekstów zwykłych oraz zawierających wzory matematyczne na postać brajlowską i odwrotnie. Prace te były wykonywane dla Instytutu Podstaw Informatyki Polskiej Akademii Nauk i zostały ocenione jako „znakomite”. Komitet Badań Naukowych ocenił je na piątkę z wyróżnieniem. Prace te umożliwiają tworzenie e-podręczników matematycznych dla niewidomych.

Na skutek wylewu krwi do mózgu po urazie porodowym Igor Busłowicz jest nie tylko osobą niewidomą, ale ma też niepełnosprawność sprzężoną.

Barbara Planta została odznaczona Złotym Krzyżem Zasługi. Od 2007 r. pełniła funkcję dyrektora Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowawczego dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących w Krakowie. W przeszłości była już odznaczana przez Prezydenta RP: Brązowym Krzyżem Zasługi w 1995 r. i Srebrnym Krzyżem Zasługi w 2000 r.

Sprawując funkcję dyrektora otaczała opieką i wspierała dzieci i młodzież, wysuwając na plan pierwszy ich dobro. Starała się zapewnić im najlepsze formy edukacji oraz wszechstronnego rozwoju. Skutecznie wspomagała i motywowała nauczycieli do podnoszenia kwalifikacji i rozwoju zawodowego. Udzielała porad nauczycielom wielu szkół ogólnodostępnych i integracyjnych, kształcących również uczniów z dysfunkcją wzroku. Prowadziła zajęcia z pedagogiki specjalnej na kursach kwalifikacyjnych z tyflopedagogiki. Pełni funkcję egzaminatora Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej.

Barbara Planta od wielu lat inicjuje i organizuje liczne działania wspierające uczniów, umożliwiając im uczestnictwo w zróżnicowanych zajęciach pozalekcyjnych, projektach unijnych, wycieczkach, zajęciach szczepu harcerskiego, wymianie międzynarodowej. Szczególną wagę przywiązuje do przełamywania barier i włączania młodzieży w szeroki nurt życia społecznego, stwarzając warunki do uczestnictwa uczniów w licznych konkursach wiedzy, artystycznych czy sportowych. Organizowała również pomoc materialną dla uczniów. Współpracuje ze stowarzyszeniami, fundacjami i innymi instytucjami działającymi na rzecz dzieci o specjalnych potrzebach edukacyjnych.

W głosowaniu działaczy Fundacji Szansa dla Niewidomych oraz internautów została wybrana na IDOLA tego środowiska. Jako wolontariusz Fundacji współorganizuje rozliczne konferencje dotyczące dziedziny, dla której poświęciła kilkadziesiąt lat życia.

Michał Bałamut to wybitny niewidomy informatyk, który został uhonorowany Srebrnym Krzyżem Zasługi. Jest twórcą i współtwórcą nowoczesnych rozwiązań informatycznych, które zmieniają życie tysięcy osób niewidomych i słabowidzących. Od ponad 10 lat pracuje jako profesjonalny programista, tłumacz i administrator serwerów. Brak wzroku w jego przypadku nie okazał się barierą nie do pokonania. Uważa się, że obok Igora Busłowicza jest najlepszym niewidomym informatykiem w Polsce.

W 2006 r. ukończył Wydział Informatyki na Politechnice Śląskiej. Współtworzył kilka syntezatorów mowy dla systemu operacyjnego Windows. Jest głównym autorem aplikacji Magni, służącej do odczytywania tekstów zapisanych w różnych formatach i zamieniającej je na postać dźwiękową. Uczestniczy w pracach nad audytami i usprawnieniem stron internetowych rozlicznych instytucji, co przyczyniło się do zwiększenia dostępności Internetu dla osób z dysfunkcjami wzroku.

Największym dokonaniem i dziełem Michała Bałamuta jest zaprojektowanie i stworzenie pakietu Euler 2.0 służącego do redakcji tekstu brajlowskiego, translacji zwykłego tekstu na wersję brajlowską, obsługującego również wyrażenia matematyczne. Jego program jest wykorzystywany w powstałych niedawno e-podręcznikach, z których będą korzystali uczniowie z dysfunkcją wzroku w całej Polsce. W czasie wolnym od pracy szkoli osoby niewidome z obsługi komputerów i smartfonów. Jest twórcą gry edukacyjnej Kulturalny Erudyta.

Henryk Rzepka jest wybitnym niewidomym informatykiem i tyflopedagogiem. Jego prace i dzieła zmieniają życie tysięcy osób niewidomych i słabowidzących w Polsce. Został wyróżniony przez Pana Prezydenta Srebrnym Krzyżem Zasługi.

W 2000 r. ukończył tyflopedagogikę w Wyższej Szkole Pedagogiki Specjalnej, a w 2001 r. Wydział Fizyki Teoretycznej, Informatyki i Matematyki Stosowanej na Politechnice Łódzkiej. Od ponad 15 lat pracuje jako profesjonalny programista i tyflopedagog. W latach 2012-2015 pracował jako nauczyciel tyfloinformatyki w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych w Laskach. Jako informatyk i pedagog wdrożył nowoczesny system szkoleń informatycznych dla osób niewidomych. Pokonał wiele trudności wynikających z utraty wzroku, osiągając unikalne umiejętności z zakresu tyflopedagogiki i informatyki. W tych dziedzinach jest wysokiej klasy ekspertem i specjalistą.

Stworzył program do tworzenia publikacji cyfrowych w formacie DAISY. Jest autorem aplikacji Euler Math Equation, dostępnej dla wszystkich (niewidomych i widzących) i służącej do tworzenia wizualnych wzorów matematycznych, fizycznych i chemicznych.

Jest specjalistą dostępności stron internetowych i dokumentów elektronicznych. Prowadził wiele szkoleń w tym zakresie oraz audytował wiele stron www. Prace te przyczyniły się do zwiększenia dostępności Internetu dla osób z dysfunkcjami wzroku.

We współpracy z Towarzystwem Pomocy Głuchoniewidomym opracował autorskie metody i techniki nauczania obsługi komputerów osób z niepełnosprawnością wzroku i słuchu. Największym dokonaniem i dziełem Henryka Rzepki jest zaprojektowanie i stworzenie pakietu translatorów, służących do przekształcania wzorów matematycznych, fizycznych i chemicznych na różne wersje, w tym na wersję brajlowską. Jego program jest wykorzystywany w powstałych niedawno e-podręcznikach, z których będą korzystali uczniowie z dysfunkcją wzroku w całej Polsce.

Jako wolontariusz Fundacji Szansa dla Niewidomych bierze aktywny udział przy opracowaniu standardów dostępności przestrzeni publicznej. Jest autorem wielu rozwiązań w tej dziedzinie oraz publikacji promujących zasady projektowania uniwersalnego, które przyczyniają się do integracji społecznej i zawodowej osób niewidomych i niedowidzących.

Marek Tankielun został uhonorowany Srebrnym Krzyżem Zasługi. Jest pierwszym niewidomym absolwentem Politechniki Wrocławskiej. Aktualnie pracuje tam jako kierownik laboratorium badawczego prowadzącego badania w zakresie udostępniania treści technicznych osobom niepełnosprawnym, a w szczególności osobom z dysfunkcją wzroku, w tym technik pozwalających na sprawną adaptację materiałów do postaci dostępnej dla nich.

Inicjuje i realizuje działania promujące edukację na poziomie szkoły wyższej na kierunkach technicznych oraz w szkołach ponadgimnazjalnych, ukierunkowanych na kształcenie młodzieży z dysfunkcją wzroku. Od 2010 r. jest aktywnym członkiem Stowarzyszenia „Twoje Nowe Możliwości” działającego w zakresie zmian i podniesienia poziomu jakości wsparcia studentów z niepełnosprawnością. Stowarzyszenie zostało dwukrotnie wyróżnione nagrodą „Lodołamacz” za kompleksowość oferowanego wsparcia i skalę działalności.

Marek Tankielun jest współautorem unikalnej w skali kraju adaptacji podręcznika w piśmie punktowym Braille’a dotyczącego wstępu do Analizy Matematycznej oraz Algebry Liniowej. Współpracował przy adaptacji dla osób niewidomych skryptu ”Wstęp do analizy i algebry. Teoria, przykłady, zadania” Mariana Gewerta i Zbigniewa Skoczylasa. Pozwala ona osobom niewidomym na łagodne przejście między wiedzą zdobytą w szkole ponadgimnazjalnej a wiedzą, która jest zdobywana na uczelni wyższej. Skrypt przygotowuje osoby niewidome do posługiwania się brajlowskim zapisem matematycznym na poziomie edukacji wyższej.

W ramach podejmowanych działań dotyczących aktywizacji osób z dysfunkcją wzroku oraz ułatwiania im dostępu do informacji otrzymał od Fundacji Szansa dla Niewidomych wyróżnienie IDOL ŚRODOWISKA 2013. Otrzymana nagroda była ściśle związana z tematem przewodnim konferencji: „Wykształcenie najlepszym antidotum na dyskryminację niewidomych”. W trakcie konferencji naukowej „Nowocześni niewidomi i słabowidzący w dostosowanym dla nich świecie” w 2016 r. wygłosił referat pt. „Technologia informacyjna prezentująca kompleksową analizę aktualnych możliwości w dziedzinie niwelowania skutków inwalidztwa wzroku, w tym analizę standardów dotyczących potrzeb tej grupy obywateli na różnych etapach rozwoju edukacyjnego i zawodowego”.

Sławomir Sarota został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. To bardzo ceniony w środowisku osób z dysfunkcją wzroku nauczyciel i tyfloinformatyk. Jako nauczyciel dyplomowany od wielu lat naucza przedmiotów informatycznych w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących w Krakowie. Działa na rzecz unowocześnienia tej szkoły i stosowania w niej najnowocześniejszej technologii edukacyjnej. W swojej karierze zasłużył się wieloletnią działalnością na rzecz osób niewidomych i słabowidzących, uczestnicząc w wielu międzynarodowych i krajowych projektach.

W ramach swojej działalności wspierającej rozwój podopiecznych ośrodka w Krakowie, przyczynił się do pozyskania przez SOSW znacznych środków finansowych na zakup pomocy dydaktycznych i wyposażenie pracowni przedmiotowych w sprzęt komputerowy niezbędny do nauczania osób z dysfunkcją wzroku. Stworzył pracownię tyfloinformatyczną, niezbędną do uruchomienia kształcenia w zawodzie technik tyfloinformatyk. Współtworzy i rozwija szkolną platformę Moodle. Przygotowuje pomoce naukowe i oprogramowanie służące do przeprowadzania egzaminu maturalnego i zawodowego oraz dostosowuje oprogramowanie i sprzęt do potrzeb uczniów niewidomych i słabowidzących. Jest również współautorem wielu programów kształcenia i publikacji dotyczących standardów edukowania uczniów z dysfunkcją wzroku. Wszystkie jego działania od lat pozwalają uczniom zdobyć wymarzone kwalifikacje i kontynuować edukację na uczelniach wyższych oraz odnaleźć się na rynku pracy.

Współpracował z przedstawicielami 11 krajów (Bułgaria, Dania, Estonia, Finlandia, Francja, Holandia, Irlandia, Niemcy, Rumunia, Wielka Brytania, Włochy) w obszarze kształcenia osób niewidomych i słabowidzących, czego owocem było przeniesienie na grunt polski nowoczesnych rozwiązań dla niewidomych, stosowanych w Europie.

Tomasz Flaga został uhonorowany Srebrnym Krzyżem Zasługi. Jest dyplomowanym nauczycielem matematyki i przedmiotów zawodowych w zawodzie technik tyfloinformatyk w Specjalnym Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych i Słabowidzących w Krakowie. Swoją karierę zawodową poświęcił pedagogice i matematyce, działając na rzecz dzieci i młodzieży z niepełnosprawnością wzroku. Ukończył studia magisterskie na kierunku fizyka z informatyką w Wyższej Szkole Pedagogicznej w Krakowie. Swoją wiedzę poszerzał na kierunkach tyflopedagogika w Wyższej Szkole Pedagogiki Specjalnej w Warszawie (2000 r.) oraz matematyka w Akademii Pedagogicznej im. Komisji Edukacji Narodowej w Krakowie (2007 r.).

Jest współautorem podręcznika dla nauczycieli „Brajlowska notacja matematyczna, fizyczna, chemiczna”, podstawy programowej kształcenia zawodowego w zawodzie technik tyfloinformatyk, programów i planów nauczania do tego zawodu oraz arkuszy egzaminacyjnych. Od 2010 współpracuje z Galicyjskim Ośrodkiem Doskonalenia Nauczycieli – prowadzi zajęcia dla studentów tyflopedagogiki z dydaktyki i wykorzystania komputerów w rewalidacji osób z niepełnosprawnością wzrokową oraz z dydaktyki przedmiotów ścisłych.

Od 2008 roku aktywnie działa w zespole międzyośrodkowym ds. polskiej matematycznej notacji brajlowskiej. Opracowuje pomoce dydaktyczne dla uczniów niewidomych w formie adaptacji do postaci brajlowskiej z rysunkami wypukłymi: m.in. zbiór zadań do matematyki, zbiory szkoleniowych arkuszy maturalnych i zeszytów ćwiczeń do matematyki wg własnego pomysłu. Przygotowuje adaptacje do postaci brajlowskiej lektur szkolnych. Prowadzi dla nauczycieli Specjalnych Ośrodków Szkolno-Wychowawczych szkolenia z tworzenia grafiki wypukłej oraz dotyczące nowych zasad notacji brajlowskiej.

Marta Zielińska to wybitna przedstawicielka nielicznej grupy ludzi, którzy poświęcili dziesiątki lat swojego życia, osobiste zdolności i siły, a także rozliczne kontakty w kraju i zagranicą, by pomagać niewidomym. Została odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi.

Jej życiorys jest w dużym stopniu typowy dla osób, które urodziły się przed wojną, we Lwowie oraz ucierpiały od represji ze strony władz PRL w roku 1968. Właśnie w ich wyniku, razem z mężem byli zmuszeni do wyjazdu z kraju. Osiedlili się w Anglii. Stąd też podwójne obywatelstwo obojga małżonków – polskie i brytyjskie. Jest wdową po wybitnym ekonomiście śp. Januszu Gedyminie Zielińskim (januszgzielinski.pl – w obronie dobrego imienia), dla którego była nie tylko najbliższą osobą, ale także współpracownikiem. Po jego śmierci zdecydowała się powrócić do kraju. Po powrocie odświeżyła kontakty z osobami pracującymi dla dobra niewidomych, zainicjowane jeszcze w młodości, na przełomie lat 50. i 60. Po śmierci męża, zaangażowanie się w pomoc osobom tak bardzo poszkodowanym przez los, było zbawienne. Rola ta stała się głównym celem i wyzwaniem życia Pani Marty. Ta działalność nie polegała jedynie na pracy etatowej, lecz na zaangażowaniu przez cały czas, z czego skorzystało wiele setek, a być może tysięcy uczniów niewidomych i słabowidzących, jak również dorosłych niewidomych – pracujących w zakładzie oraz absolwentów tego ośrodka.

Formalnie pracowała w Towarzystwie Opieki nad Ociemniałymi w Laskach w latach 1981 – 1999. Była główną współpracowniczką śp. Zofii Morawskiej, pierwszej w Polsce kobiety odznaczonej Orderem Orła Białego. Mimo zakończenia formalnej współpracy z Towarzystwem, pracuje społecznie na rzecz tego Towarzystwa i niewidomych do tej pory. Była członkiem władz tego Towarzystwa. Jest bliskim współpracownikiem Tadeusza Potworowskiego, prowadzącego w Anglii fundację Found for the blind of Laski. Jest jej przedstawicielką w Polsce, powiernikiem Zarządu tej organizacji. Współpracowała ze Stanleyem Świderskim, założycielem i prezesem Nowojorskiego Komitetu Pomocy Niewidomym w Polsce oraz była członkiem Komisji Rewizyjnej stworzonej przez tę fundację jej polskiego odpowiednika – Fundacji Pomocy Niewidomym w Polsce.

Jest zaangażowanym działaczem Prawa i Sprawiedliwości. Od lat współdziała z wybitnymi przedstawicielami Solidarności i Kościoła. W Stanie Wojennym była współpracownikiem Prymasowskiego Komitetu Pomocy Internowanym na Piwnej. Należy podkreślić, iż klasztor na Piwnej od wielu lat opiekuje się niewidomymi i jest związany z Laskami. Marta Zielińska pracuje także na rzecz kontroli wyborów parlamentarnych i samorządowych.

Na co dzień – jest niebywałym człowiekiem: bardzo religijna, oczytana, zna wielu wybitnych intelektualistów, z którymi współpracuje z sukcesami, jest przez nich bardzo ceniona, zaangażowana politycznie i społecznie. Podejmuje się wykonania trudnych misji, nie tylko dla niewidomych, także dla kościoła i środowisk patriotycznych.

Janusz Mirowski – wolontariusz, Członek Rady Patronackiej Fundacji Szansa dla Niewidomych, IDOL XXV-lecia tej organizacji, Członek Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Związany ze środowiskiem „od urodzenia” – jego śp. matka (dyrektor Biblioteki Centralnej Polskiego Związku Niewidomych) była niewidoma. Jest z wykształcenia dziennikarzem specjalizującym się w komunikacji społecznej oraz IT. Swoje całe dorosłe życie poświęcił służbie niewidomym i ich bliskim. Jest generalnym dyrektorem w firmie tyfloinformatycznej, ekspertem w dziedzinie rehabilitacji, dostępności zarówno stron internetowych, jak i obiektów użyteczności publicznej, specjalistycznych wydawnictw. Współpracuje z wieloma poważnymi instytucjami, m.in.: PFRON, MEN, MAC, MIR, MKIDN oraz producentami związanymi z dziedziną niwelowania skutków inwalidztwa wzroku na całym świecie: Freedom Scientific, Optelec, Perkins, Index. Uczestnik międzynarodowych wystaw i konferencji: CSUN San Diego, SightCity Frankfurt, Sight World Tokio, Vision Melbourne, Reatech Sao Paulo, Techshare New Delhi. Dzięki swojej wiedzy i kontaktom zagranicznym doprowadził do dostosowania do potrzeb osób niepełnosprawnych kilkudziesięciu obiektów publicznych oraz przeprowadzenia szkoleń dla tysięcy osób.

Współpracuje z naukowcami, rehabilitantami, menadżerami oraz działaczami w dziedzinie rehabilitacji osób niepełnosprawnych wzroku w wielu krajach, m.in.: Nurit Neustadt-Noy z Izraela, Tobias Winnes z Niemiec, Jim Pors i Jan Bloem z Holandii, Dan Gardner z USA, Román Suárez z Meksyku, Gordon Hudek z Kanady, Raed Shehada z Arabii Saudyjskiej, Bjorn Lofsted ze Szwecji.

Janusz Mirowski bierze udział w najważniejszych projektach Fundacji Szansa dla Niewidomych: Konferencja REHA FOR THE BLIND IN POLAND, Tyflobus, Kwartalnik Help, Nowocześnie Zrehabilitowani Niewidomi, audyt stron internetowych i obiektów. Współautor pionierskiej publikacji o audiodeskrypcji „Świat Opisywany Dźwiękiem”.

Jako współtwórca hasła „Widzieć więcej”, stara się wcielić to hasło w życie.

Zrealizowane przez Pana Mirowskiego projekty:

Niewidomi biznesmeni – czas na własną firmę

Wirtualna Warszawa

Mazowsze dostępne dla wszystkich! – Raport audytorski

Udostępnienie Lotniska Chopina w Warszawie – pierwszy etap

Dostosowanie Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku

Tyflografika w urzędach dzielnicy w Warszawie

Wyspa Młyńska w Bydgoszczy także dla niewidomych i wiele innych.

Jolanta Kaufman to wybitna, niemal niewidoma śpiewaczka sopranistka. Została odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi.

Debiutowała jako solistka podczas III Międzynarodowego Festiwalu Chórów Chłopięcych w Poznańskiej Filharmonii w lutym 1983 roku. Jest laureatką Ogólnopolskiego Konkursu Moniuszkowskiego w Warszawie.

Podstawową wiedzę muzyczną i kulturę wokalną zdobyła już w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych w Laskach, w którym przebywała od dzieciństwa. Później ukończyła studia na Wydziale Wokalnym Poznańskiej Akademii Muzycznej w klasie Prof. Ireny Winiarskiej, uzyskując dyplom z wyróżnieniem.

Specjalizuje się w wykonawstwie dzieł oratoryjnych i kantat. Prowadzi działalność koncertową na terenie całego kraju i za granicą, popularyzując dzieła kompozytorów polskich i obcych: od francuskiego i angielskiego Baroku, aż po kompozycje współczesne. Brała udział w licznych zagranicznych tournée po krajach europejskich, Stanach Zjednoczonych, Kanadzie i Australii.

Dokonała nagrań radiowych, telewizyjnych i płytowych, m.in. z pieśniami Józefa Elsnera i Stanisława Moniuszki, utworami sakralnymi kompozytorów polskich, pieśniami starocerkiewnymi oraz najpiękniejszymi polskimi kolędami. Wykonywała dzieła oratoryjne największych kompozytorów, m.in.: Jana Sebastiana Bacha: Pasję wg. Św. Jana, Wielką Mszę h-moll, Magnificat i liczne kantaty; Wolfganga Amadeusza Mozarta: Requiem d-moll, motet solowy Exsultate jubilate i Mszę Koronacyjną; Missa Brevis Josepha Haydna; Ein Deutsches Requiem Johannesa Brahmsa i Requiem Gabriela Fauré. Jest znana dzięki recitalom pieśni polskich, niemieckich, angielskich, francuskich, z towarzyszeniem fortepianu, klawesynu oraz różnych zespołów kameralnych.

Od lat zajmuje się działalnością pedagogiczną. Prowadzi zajęcia emisji głosu w chórze akademickim Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego, kierowanym przez wybitnego organistę i dyrygenta Michała Dąbrowskiego. Wspólnie z nim koncertowała w kościołach polskich i poza granicami kraju.

Jacek Kwapisz to wybitny rehabilitant i wychowawca, wieloletni współpracownik Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach, gdzie wychował i usamodzielnił życiowo wiele pokoleń niewidomych uczniów. Został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi.

Jest autorem i współautorem wielu poradników rehabilitacyjnych, a także nauczycielem orientacji przestrzennej oraz wychowania fizycznego. Prowadził wiele obozów turystycznych i sportowych. Jest współzałożycielem Fundacji Szansa dla Niewidomych, w której był pierwszym Prezesem Zarządu, a następnie wieloletnim Przewodniczącym Rady Fundatorów. Jako pedagog i wychowawca chętnie dzieli się zdobytą wiedzą, również już po przejściu na emeryturę zawodową.

W czerwcu 1980 r. uzyskał tytuł magistra pedagogiki specjalnej w zakresie specjalizacji „Rewalidacja niewidomych i niedowidzących” w Wyższej Szkole Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie. Wcześniej, w 1979 r. ukończył Kurs dla Instruktorów Orientacji Przestrzennej i Samodzielnego Poruszania się Niewidomych, prowadzony przez prof. Stanleya Suterko z West Michigan University. Kwalifikacje zawodowe podnosił podczas studiów podyplomowych: w 1998 r. w zakresie Administracji na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Warszawskiego oraz w 2008 r. w zakresie Organizacji i Zarządzania Oświatą w Centrum Kształcenia Podyplomowego Wyższej Szkoły Handlu i Prawa im. Ryszarda Łazarskiego w Warszawie.

Całą swoją karierę zawodową poświęcił działalności na rzecz dzieci, młodzieży i dorosłych z niepełnosprawnością wzroku. W latach 1984-1985 był starszym wykładowcą w Wyższej Szkole Pedagogiki Specjalnej im. Marii Grzegorzewskiej w Warszawie, gdzie prowadził zajęcia w zakresie orientacji przestrzennej i samodzielnego poruszania się niewidomych. W 1969 r. związał się zawodowo na długie lata z Ośrodkiem Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych im. Róży Czackiej w Laskach Warszawskich. W latach 1969-1992 pracował tam jako wychowawca, nauczyciel i rehabilitant. Od października 1992 r. do kwietnia 2007 r. pełnił funkcję wicedyrektora departamentu i głównego wizytatora ds. kształcenia uczniów ze specjalnymi potrzebami edukacyjnymi w Ministerstwie Edukacji Narodowej. W 2002 r. uzyskał stopień nauczyciela dyplomowanego. Rola pedagoga od zawsze była jego powołaniem, więc w 2007 r. wrócił do pracy pedagogicznej w Ośrodku Szkolno-Wychowawczym dla Dzieci Niewidomych w Laskach, aż do przejścia na emeryturę w 2016 r. W tym okresie nauczał orientacji przestrzennej dzieci niewidome w różnym wieku, pracował także z rodzicami dzieci niewidomych (ćwiczenia w symulatorach, wsparcie w problemach wychowawczych, wyborze zabawek i problemach domowych). Prowadził zajęcia ze studentami podczas praktyk i prezentacji zajęć. Był również członkiem Zespołu Wczesnego Wspomagania Rozwoju Niewidomego i Słabowidzącego Dziecka.

W roku 1996 prowadził zajęcia orientacji przestrzennej dla nauczycieli na Litwie. Przez siedem lat, w czasie wakacji, pracował jako wolontariusz z dziećmi niewidomymi i ich rodzicami oraz nauczycielami na Ukrainie.

Krzysztof Kulik został odznaczony Srebrnym Krzyżem Zasługi. Od wielu lat zajmuje się nowoczesnymi rozwiązaniami i technologiami dedykowanymi osobom z niepełnosprawnością wzroku. Jego babcia i inni członkowie najbliższej rodziny są niewidomi. Zapewne również ten fakt zainspirował go do poświęcenia swojej pracy zawodowej tej tematyce. W życiu pozazawodowym na co dzień pomaga wielu osobom niewidomym, m.in. jako wolontariusz Fundacji Szansa dla Niewidomych oraz Polskiego Związku Niewidomych.

Krzysztof Kulik pełni funkcję dyrektora innowacyjnego działu tyflografiki i brajlowskiej drukarni w spółce Altix (firmie założonej przez niewidomych informatyków dla niewidomych), która od 28 lat oferuje rozwiązania dla osób z niepełnosprawnością wzroku. Jest absolwentem studiów inżynierskich na kierunku Zarządzanie Systemami Informacyjnymi w Warszawskiej Wyższej Szkole Informatyki oraz studiów magisterskich na kierunku E-biznes na Wydziale Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego.

Mimo tak młodego wieku, posiada 18-letnie doświadczenie w dziedzinie nowoczesnej rehabilitacji osób niewidomych i słabowidzących. Jest wybitnym projektantem w dziedzinie projektowania uniwersalnego przestrzeni publicznej i współtwórcą rozlicznych rozwiązań dla kreowania przyjaznego świata dla osób niepełnosprawnych: autor wzoru użytkowego „SoundBox” – urządzenia udźwiękawiającego przestrzeń, współtwórca koncepcji Multimedialnego Terminala Informacyjnego nagrodzonego Godłem „Teraz Polska” za rok 2017, pomysłodawca i projektant uniwersalnego modułu elektronicznego wykorzystywanego w terminalach informacyjnych i urządzeniach udźwiękawiających, pomysłodawca i projektant aplikacji mobilnej Your Way na smartfony – nawigacji dla niewidomych. Jest także autorem artykułów popularno-naukowych opisujących najnowsze technologie wykorzystywane do udostępniania przestrzeni.

Wśród swoich osiągnięć zawodowych na swoim koncie ma przystosowanie wielu obiektów użyteczności publicznej, w tym: Metro Warszawskie, budynki wszystkich Wydziałów Obsługi Mieszkańców Urzędu m.st. Warszawy, Muzeum Pana Tadeusza we Wrocławiu, Muzeum Papiernictwa z Dusznikach Zdroju, Muzeum II Wojny Światowej w Gdańsku, budynków PKP w Warszawie, Katowicach, Częstochowie, Szczecinie, Lublinie, Toruniu, Bydgoszczy. Oprócz działalności krajowej realizuje też dostosowania obiektów poza granicami Polski, m.in. przystosowanie uczelni wyższej w Arabii Saudyjskiej oraz dostosowania obiektów m.in. w Norwegii, Rumunii, Rosji.

Ilona Nawankiewicz została odznaczona Srebrnym Krzyżem Zasługi. Jest specjalistką w dziedzinie tyflorehabilitacji, sama bardzo słabo widzi. Od niemal 15 lat z ogromnym zaangażowaniem i poświęceniem wspiera niewidomych i niedowidzących oraz wpływa na mentalność lokalnego społeczeństwa, stopniowo zmieniając postrzeganie możliwości i potrzeb niewidomych ze szczególnym uwzględnieniem miasta Opola i województwa opolskiego. Będąc tzw. resztkowcem, z bardzo dobrymi wynikami ukończyła studia wyższe i uzyskała tytuł magistra na wydziale historyczno-pedagogicznym Uniwersytetu Opolskiego na kierunku Pedagogiki opiekuńczej i pracy socjalnej.

Ukończyła liczne kursy i szkolenia podnoszące kwalifikacje, m.in. uzyskała uprawnienia asystenta osoby niewidomej. W 2004 r. była założycielem tyflopunktu Fundacji Szansa dla Niewidomych w Opolu – pierwszego tego typu pozawarszawskiego punktu konsultacyjnego w kraju, który do dnia dzisiejszego integruje, wychowuje i aktywizuje niewidomych z tamtego regionu. Koordynowała szereg projektów aktywizujących społecznie i zawodowo osoby z dysfunkcją wzroku, w tym projekty centralne, takie jak „Dotrzeć do celu”, „Niewidomi biznesmeni – czas na własną firmę” czy „Kwalifikacje drogą do pracy” oraz projekty o charakterze lokalnym, m.in.: „Muzeum Śląska Opolskiego wreszcie otwarte dla niewidomych”, „Radość z życia to przywilej nas wszystkich – niecodzienna inicjatywa w Opolu” czy też „Dotknij pięknej Opolszczyzny” (pierwszy w regionie przewodnik turystyczny dedykowany niewidomym, wydany w brajlu i druku transparentnym). Ponadto realizowała liczne projekty o charakterze szkoleniowym bezpośrednio skierowane do niewidomych, ale również do wolontariuszy, rodzin i osób zajmujących się zawodowo bądź społecznie pomocą niewidomym. Dzięki niej niewidomi oraz szeroko pojęte otoczenie niewidomych, wszyscy, którzy chcą mieć wpływ na poprawę jakości życia tych osób, mają niebywałą okazję poznać najnowsze rozwiązania technologiczne, zmienić swój los poprzez aktywność zawodową i formy spędzania czasu wolnego.

Realizując powyższe działania stale współpracuje z lokalnymi organizacjami pozarządowymi oraz z administracją publiczną na szczeblu samorządowym oraz z lokalnymi mediami. W ten sposób zagadnienia dotyczące sytuacji tego środowiska trafiają do szerokiego grona odbiorców, a osoby mające głos decyzyjny w sprawach niepełnosprawnych mogą efektywnie wspierać tę grupę obywateli.

W tym roku weszła w skład Opolskiej Rady Działalności Pożytku Publicznego. Jest prekursorem w zakresie dostosowania przestrzeni publicznej do możliwości niewidomych, m.in. Muzeum Śląska Opolskiego, Muzeum Wsi Opolskiej, Opolskiego Zoo. Za swoje działania została nagrodzona statuetką IDOLA i awansowana na kierownika merytorycznego wielu tyflopunktów.

Niewidomy dziennikarz – czy to w ogóle możliwe?

Od dziecka pasjonowałem się sportem, a w szczególności siatkówką. Uwielbiałem słuchać barwnych, radiowych komentarzy Tomasza Zimocha oraz telewizyjnych Zdzisława Ambroziaka. To one pobudzały moją wyobraźnię. Sprawiały, że sport przestawał być już tylko i wyłącznie sportem, a stawał się podszytym emocjami widowiskiem. Dla mnie jako osoby bardzo słabo widzącej istotne było to, żeby na złotej tacy mieć podane nie tylko suche fakty, ale też solidną garść emocji wzbogacającej cały sportowy spektakl.

Z czasem sport zaczął wciągać mnie coraz bardziej, działał na mnie jak coraz mocniejszy narkotyk. Nie wyobrażałem sobie igrzysk olimpijskich, Mistrzostw Świata czy Europy bez śledzenia poczynań biało-czerwonych. Interesowały mnie przeróżne dyscypliny – od skoków narciarskich przez lekkoatletykę, na piłce ręcznej kończąc. Jednak moim ulubionym sportem stała się siatkówka. Turnieje, wyniki, składy zespołów – wszystko to miałem w jednym palcu. Nie miałem też problemów z poprawną polszczyzną, więc pewnego dnia – mimo dużej wady wzroku – postanowiłem zrobić krok do przodu, podejmując wyzwanie sprawdzenia się jako dziennikarz sportowy.

Pewnie w XX wieku moje możliwości w tym zakresie byłyby bardzo ograniczone. Wszak głosu radiowego nie mam, w telewizji też raczej kariery bym nie zrobił, tym bardziej, że w tym medium rzadko spotyka się niepełnosprawnych dziennikarzy. Natomiast do gazet poświęconych tematyce sportowej trudno byłoby mi się przebić. Z pomocą przyszedł mi Internet, który na rynku medialnym odgrywa coraz większą rolę. To w nim od przełomu XX i XXI wieku jak grzyby po deszczu zaczęły powstawać różne portale tematyczne, które stanowiły odpowiedź na zapotrzebowanie społeczne, wypełniały różne nisze tematyczne. Wszak nie wszystkie informacje były przekazywane przez radio czy telewizję, a nie każdy chciał wydawać kilka lub kilkanaście złotych miesięcznie na kupowanie gazet lub czasopism. Ponadto w świecie dziennikarskim liczy się czas przekazu, a kto pierwszy, ten lepszy. Właśnie w tym aspekcie Internet zaczął mieć przewagę nad innymi mediami. Stał się również szansą na zaistnienie dla pasjonatów takich jak ja. Nie byłbym sobą, gdybym z tej szansy nie skorzystał. Postanowiłem więc zgłosić się do portalu internetowego siatka.org, do propozycji współpracy dołączając kilka wcześniej napisanych tekstów. Odzew ze strony redakcji był bardzo pozytywny i tak zaczęła się moja już prawie dziewięcioletnia przygoda ze Strefą Siatkówki, najpierw na stanowisku korespondenta, a następnie – redaktora. W międzyczasie pojawiły się jeszcze staże w innych portalach, a nawet w Gazecie Wyborczej, ale wierny pozostałem portalowi siatka.org, dla którego nadal piszę.

Początki wcale nie były łatwe, tym bardziej, że wszystko było dla mnie nowe, a dodatkową barierę stanowił problem ze wzrokiem. Na szczęście technologia tak poszła do przodu, że w obecnych czasach udźwiękowiony komputer, telefon czy prosty w obsłudze dyktafon nie powinny już nikogo dziwić. Są to sprzęty, które w znaczący sposób ułatwiły mi pracę i sprawiły, że do tej pory pisanie o siatkówce sprawia mi przyjemność. Patrząc na wszystko z perspektywy czasu, aż sam się sobie nie mogę nadziwić, wspominając emocje, które towarzyszyły pierwszemu opublikowanemu tekstowi mojego autorstwa. Wówczas satysfakcja była ogromna, ale mieszała się również ze stresem. To był czynnik, z którym musiałem dość długo walczyć, szczególnie przy przeprowadzaniu wywiadów.

Oczywiście nie obyło się też bez wpadek. Wszak dziennikarz bez potknięcia to jak żołnierz bez karabinu. W trakcie przeprowadzania jednego z pierwszych wywiadów w dyktafonie wyczerpała mi się bateria, przez co w trakcie rozmowy musiałem ją wymieniać. Było to dość niezręczne, moje zakłopotanie wówczas było spore, ale po latach wspominam tamtą historię z uśmiechem na ustach.

Wiele osób dziwiło się, że jako osoba prawie niewidoma zajmuję się dziennikarstwem. Nie jest to łatwe, bo są sytuacje, w których muszę korzystać z pomocy innych ludzi, którymi zazwyczaj są członkowie rodziny lub znajomi. Dzieje się tak wtedy, kiedy dana osoba doprowadza mnie do konkretnego zawodnika, zawodniczki, trenera, czyli po prostu rozmówcy, z którym chcę przeprowadzić wywiad po meczu. Z reguły nikt nie robi problemów, żeby odpowiedzieć na kilka pytań. Na palcach jednej ręki mogę policzyć przypadki, w których ktoś nie chciał rozmawiać, ale było to spowodowane przede wszystkim emocjami po przegranym spotkaniu. Przeprowadzanie wywiadów zaczynałem od graczy II-ligowych, później była I liga, a następnie elita. I tak mam na koncie rozmowy z mistrzami Europy, świata, mistrzami olimpijskimi z 1974 roku, ze związkowymi działaczami, a także czołowymi trenerami w Polsce oraz szkoleniowcami młodzieżowych i seniorskich reprezentacji Polski. Zapewne siedząc w domu i spoglądając jedynie w ekran telewizora, nie miałbym możliwości poznania tych ludzi, zetknięcia się z nimi chociaż przez chwilę. A byli, są i mam nadzieję, że jeszcze długo będą to przeróżni ludzie. Niektórym wystarczy zadać pojedyncze pytanie, na które odpowiadają przez pięć minut, a innych trzeba wyciągać za uszy, żeby powiedzieli więcej niż zdanie, tak aby „wpleść” je później w tekst. Są i tacy mistrzowie, którzy nie do końca odpowiadają na pytania, albo mają gotowe formułki kilkuzdaniowe, które wygłaszają jakby byli na konferencjach prasowych, ale na wszystko trzeba być przygotowanym.

Innym problemem jest posiadanie asystenta, który pomaga mi dotrzeć do hal oraz przy poruszaniu się w nich. Wszak nie znam wszystkich tego typu obiektów w Polsce, a „mixed zony”, czyli strefy, w których przeprowadza się wywiady także są umiejscowione w różnych częściach hal. Na szczęście ani kluby, ani Polski Związek Piłki Siatkowej nie robiły mi nigdy problemów w związku z faktem, że potrzebna była dodatkowa akredytacja dla mojego opiekuna. Pisanie relacji przez osobę słabowidzącą też jest ciekawym zagadnieniem, bowiem trzeba korzystać z wielu bodźców, nad którymi osoba widząca pewnie wcale się nie zastanawia. Ważne są reakcje zawodników, zachowanie publiczności, komentarze spikera, choć oczywiście często zdarza się, że muszę podpytać kolegi lub koleżanki siedzących obok, kto akurat atakował, blokował czy zagrywał. Przecież sam nie jestem w stanie tego dostrzec. Są więc pewne ograniczenia, ale przy odrobinie kreatywności, pomocy ze strony innych ludzi i własnemu samozaparciu można je obejść. Wówczas ogromna jest satysfakcja z przełamywania pewnych barier, stereotypów oraz z udowadniania samemu sobie, że mimo niepełnosprawności można robić coś ciekawego w życiu, mając jednocześnie styczność ze sportowcami, którzy odnoszą sukcesy. Słowem, dziennikarstwo to zajęcie, dzięki któremu realizuję się, spełniam małe marzenia z dzieciństwa, czego również wam Drodzy Czytelnicy życzę!

Szansa dla najlepszych. Wywiad ze zwycięzcami konkursu „Jestem lepszy od…”

Za nami druga już edycja konkursu „Jestem lepszy od…”, który promuje i nagradza ciekawe pomysły i interesujące działania na rzecz środowiska osób niepełnosprawnych wzroku. W roku 2016 odbyła się pierwsza jego edycja. Wtedy zwyciężył projekt promujący nieznaną widzącym bezwzrokową dyscyplinę sportu blind football. Ogłoszeniem tego konkursu zainteresowało się wtedy około 400 tysięcy internautów. W tym roku doszły do nich kolejne tysiące osób. Jak widać, akcje mające cechy autentyczności są dla internautów interesujące. Po sukcesie pierwszego roku, Fundacja Szansa dla Niewidomych zorganizowała drugą jego edycję.

Spotkanie z jego zwycięzcami – trójką laureatów wyłonionych w głosowaniu internautów i wyróżnionych decyzją Kapituły Konkursu odbyło się tym razem w Salonie Prezentacyjno – Szkoleniowym Fundacji Szansa dla Niewidomych. Spotkanie, które poprowadził prezes Fundacji Marek Kalbarczyk, było okazją, by zamienić kilka słów z ludźmi, którym losy osób niepełnosprawnych nie są obojętne, a działanie na ich rzecz stanowi nie tylko pracę, lecz przede wszystkim pasję.

Na trzecim miejscu znalazł się projekt Nietoperz, polegający na stworzeniu systemu nawigacji i ostrzegania dla osób niewidomych. Niestety, jego twórca nie mógł wziąć udziału w rozdaniu nagród. Udało nam się natomiast krótko porozmawiać z panią Karoliną Włodarską z Opola – laureatką drugiej nagrody – za projekt Tandemem przez Polskę. Jego celem było między innymi zorganizowanie wycieczki rowerowej z udziałem osób niewidomych i słabowidzących.

– Dlaczego akurat tandemy? Skąd wziął się pomysł na taką akcję?

– To taka trochę kontynuacja akcji „Tandem pod choinkę”, którą udało nam się zrealizować na początku tego roku. Założeniem akcji było zebranie środków pieniężnych na zakup i złożenie tandemu dla niewidomej Alicji Stelmaszczyk z Opola. Akcja bardzo szybko przerosła zakładany plan, dzięki czemu udało się obdarować podobnymi rowerami jeszcze dwie osoby – niedowidzącego Mateusza Jończy z okolic Nysy i chorującego na autyzm Artura Kurnytę z Opola.

Tym razem planujemy złożyć tandem, z możliwością regulacji jego wielkości, tak aby mogły się nim poruszać osoby różnego wzrostu. Zależy nam również na tym, aby był wygodny i bezpieczny, żeby każda podróżująca nim osoba mogła bez obaw pokonywać kolejne kilometry.

Rower przeznaczony będzie do użytku przez osoby niewidome i niedowidzące, które będą chciały doświadczać wrażeń z jazdy jednośladem. Jazda rowerem to świetny sposób na rehabilitację, ale również na dobrą zabawę, odskocznia od codziennych obowiązków, na poznanie siebie i pokonywanie własnych słabości.

– Na co dzień pracuje Pani z osobami niewidomymi?

– Na co dzień pracuję w Makro i odbieram telefony od klientów (śmiech).

– Skąd w takim razie dowiedziała się Pani o projekcie?

– Jedna z moich znajomych udostępniła post z konkursem na swojej tablicy na Facebooku.

– Proszę powiedzieć, jak wyglądała realizacja projektu. Co robiliście, czy ktoś pomagał? To chyba nie jest łatwe, szczególnie dla kobiety?

– Za zebrane wcześniej pieniądze zakupiliśmy ramę, amortyzator i korby do tandemu. Od bliskich nam osób dostaliśmy jeszcze kilka części. Do całkowitego złożenia naszego roweru potrzeba nam jeszcze ok. 2000 zł i w obecnej chwili jesteśmy w trakcie poszukiwania sponsora bądź sponsorów, którzy wesprą naszą akcję. W przyszłym tygodniu opolska TV chce nam pomóc w tym przedsięwzięciu.

Mamy nadzieję, że do połowy września rower będzie gotowy do użycia.

– Serdecznie gratulujemy drugiej nagrody. Jakie ma Pani w związku z tym plany na przyszłość?

– Ja, mój partner i wielu naszych przyjaciół jesteśmy mocno związani z pasją rowerową i organizujemy wiele wycieczek tego typu. Jeszcze we wrześniu chcielibyśmy zorganizować wspólny wyjazd dla osób niewidomych, niedowidzących, a także widzących.

Niedowidząca Emilia Marcinkowska z Poznania otrzymała pierwszą nagrodę za zorganizowanie warsztatów kulturalnych „Horyzonty”. Były one okazją do wymiany poglądów na temat szeroko pojętej kultury: filmu, teatru czy literatury. Zapytana o swoją pracę i zainteresowania mówi:

– Na co dzień pracuję zawodowo. Stanowisko pracy mam przystosowane do moich potrzeb, gdyż jestem osobą niedowidzącą.

W czasie wolnym działam społecznie na rzecz środowiska osób z dysfunkcją wzroku w Klubie Młodych i Aktywnych działającym przy Okręgu Wielkopolskim Polskiego Związku Niewidomych w Poznaniu. Lubię aktywny wypoczynek i chodzenie po górach. Interesuję się modą i florystyką. Lubię słuchać książek, a także piec ciasta.

– Proszę powiedzieć kilka słów o tym, czym się Pani zajmuje w pracy. Rozumiem, że ma Pani styczność z osobami niewidomymi?

– Tak. Pełnię funkcję społeczną w Zarządzie. W naszym Klubie podejmujemy różnorodne działania, które mają na celu mobilizowanie młodych osób do aktywnego życia, do wyjścia z domu, rehabilitacji i pozytywnego myślenia. Jest to szczególnie ważne dla osób, które mieszkają w małych miejscowościach i wsiach naszego województwa. Sama mieszkam w takiej wsi i często zastanawiam się, co bym robiła, gdyby nie działania Klubu. To dzięki działaniom podejmowanym w pierwszych latach działalności Klubu zmieniłam własny sposób myślenia i patrzenia w przyszłość. Brałam udział w wielu szkoleniach i projektach dla osób niepełnosprawnych, dzięki którym „nabrałam wiatru w żagle” i dziś działam na rzecz osób z dysfunkcją wzroku. Pozytywne myślenie jest podstawowym krokiem do własnego rozwoju i osiągania różnych sukcesów. Klub działa już 10 lat. Nasze spotkania cieszą się dużym zainteresowaniem. Mimo problemów komunikacyjnych raz w miesiącu nasza sala jest pełna. Staramy się, aby nasze spotkania były różnorodne i ciekawe. Podejmowane są działania aktywizujące osoby niewidome i niedowidzące: sportowo, kulturalnie, turystycznie, a także zajęcia rozwijające koordynację wzrokowo – ruchową, w tym różnego rodzaju zajęcia plastyczne, by przyczyniały się do rozwoju osobistego każdego z nas. Do naszych działań należy także prezentowanie środowiska na zewnątrz – spotkania z innymi organizacjami pozarządowymi, uczestnictwo w warsztatach, konwentach.

– Jak trafiła Pani na informacje o konkursie?

– O konkursie dowiedziałam się od Przewodniczącej Klubu Młodych i Aktywnych, Magdaleny Orzeszko. Szukamy różnych źródeł finansowania naszych pomysłów, poszukujemy w różnych miejscach. Magda wysłała mi link do strony o ogłoszonym konkursie.

– I udało się! Zdobyliście pierwszą nagrodę. Proszę powiedzieć jak wyglądają takie warsztaty. O czym rozmawiacie, co oglądacie?

– Projekt jest w realizacji (należy go zrealizować do dnia 1 października 2017 r.). Podczas trzydniowych warsztatów w Gnieźnie, w dniach 25-27 sierpnia odbędzie się spotkanie z książką, filmem, teatrem. Będziemy dyskutować o tym, co warto przeczytać, obejrzeć, usłyszeć. Zaplanowane są: spacer po mieście z przewodnikiem, zajęcia z instruktorem orientacji przestrzennej, wyjście na koncert gitarowy. Planujemy noc filmową, gdzie będą prezentowane filmy z audiodeskrypcją. Obecnie trwa głosowanie na filmy, które chcemy obejrzeć. Za nami jest pokaz filmu ”Grawitacja”, a przed nami „Most Szpiegów” i „Koneser” w kinie Pałacowym CK Zamek w Poznaniu, gdzie współpracujemy z Panem Janem Rajpold. Do Teatru Muzycznego w Poznaniu pójdziemy na sztukę pod tytułem „Akompaniator”.

– W takim razie życzymy miłych wrażeń i jeszcze raz gratulujemy zwycięstwa. Ma Pani już jakieś pomysły i plany na przyszłość?

– Oczywiście: powstanie Klubu książki i kinomaniaka, zorganizowanie obozu sportowo – artystycznego, zorganizowanie warsztatów zdrowego żywienia, podczas których moglibyśmy udoskonalić swój warsztat kulinarny zarówno w teorii, jak i w praktyce, poćwiczyć układanie zdrowego menu, zapoznać się z technikami dekorowania potraw i przyrządzania deserów, wyjazd do Bochni do Kopalni Soli, gdzie miałam przyjemność być kilka lat temu i uważam, że jest to miejsce godne polecenia i poznania.

– W takim razie życzymy spełnienia planów i powodzenia.

Informacji o kolejnych edycjach Konkursu prosimy szukać na stronie internetowej Fundacji: www.szansadlaniewidomych.org

Jestem… niewidomym sportowcem. Bieg po marzenia – paraolimpijskie refleksje

Mam 22 lata. W dzieciństwie zdiagnozowano u mnie zwyrodnienie barwnikowe siatkówki i dzisiaj pozostały mi tylko resztki widzenia. Jestem niewidzącym biegaczem, który w tym roku miał zaszczyt reprezentować Polskę na Igrzyskach Paraolimpijskich w Rio de Janeiro.

Moja przygoda z Rio zaczęła się dużo, dużo wcześniej – od przygotowań, a konkretnie od morderczych treningów, ogromnego stresu przed każdym meetingiem i zawodami. Moje życie podporządkowane jest bieganiu: rano odbywam trening, później chodzę na zajęcia na uczelni, znowu wracam na trening… i tak każdego dnia. Mówiąc szczerze, nawet nie mam czasu na życie osobiste i z tego powodu nie chcę obarczać żadnej kobiety ciągłym przebywaniem w samotności. Albo trening, albo nauka, albo zgrupowania i zawody. Tak wygląda mój kalendarz odkąd zacząłem trenować lekkoatletykę. Nie ukrywam, że pierwsze sukcesy, które odniosłem, były dla mnie ogromnym motywatorem, dlatego właśnie poświęciłem swój czas i energię bieganiu.

Bardzo ważnym dla mnie człowiekiem jest trener Jacek Szczygieł. Jest moim mentorem. Dzięki niemu osiągnąłem wiele i myślę, że osiągnę jeszcze więcej. Bardzo zależy mi na tym, żeby go nie zawieść i by był ze mnie dumny. Zaufał mi, więc muszę stanąć na wysokości zadania.

Ogromnym wsparciem są dla mnie Rodzice – Ewa i Bolek. Mama pracuje w Gimnazjum Integracyjnym w Kielcach m.in. z niewidomymi i słabowidzącymi, ucząc tam języka polskiego. Mama zawsze dbała, abym nie zaniedbywał nauki, podobnie tata, który też jest nauczycielem i instruktorem karate. Zawsze hołdował maksymie: ”Pierwsi w walce, pierwsi w nauce” i przekazał to mnie. Trenuje razem ze mną, gdy biegam na długie dystanse. Jest obok mnie – jedzie na rowerze. Rodzice nieustannie mnie motywują do pracy, zawsze pozytywnie – nawet wtedy, gdy jestem wściekły, gdy coś mi nie wychodzi, albo jestem tak zmęczony, że mam ochotę to wszystko rzucić.

Kolejnym ważnym momentem w moim życiu było poznanie Sylwka Lepiarza, mojego przewodnika. Biegaliśmy razem 2 lata, odnosząc sukcesy, ale i ponosząc porażki. Do historii przejdzie mój bieg w Grosseto, gdzie odbywały się Mistrzostwa Europy Niepełnosprawnych w Lekkiej Atletyce. Już po 120 metrach zostałem „zdeptany” przez jednego z przewodników i but zsunął mi się ze stopy. Chciałem przerwać bieg, ale mój przewodnik stanowczo zabronił. Przez pierwsze 600 metrów nie odczuwałem dużego dyskomfortu, to chyba zasługa adrenaliny, ale ostatnie 900 m do mety biegłem już raczej siłą woli. Moja stopa była w opłakanym stanie, ale taka jest cena medalu, który zdobyłem. Te mistrzostwa były dla mnie ostatnią szansą na zdobycie przepustki do Rio. Zdobyłem ją! Od tego momentu zaczęły się intensywne przygotowania do Igrzysk, okupione hektolitrami potu.

Wreszcie wylot do Rio i jestem w miejscu, o którym marzyłem przez ostatnie lata, o którym marzy każdy sportowiec. Jestem uczestnikiem Igrzysk Paraolimpijskich! Wioska olimpijska zrobiła na mnie duże wrażenie – wielka przestrzeń, właściwie miasto, wieżowce, na których były wywieszone kolorowe banery różnych państw. Dookoła wszechobecna zieleń, fontanny i tłum ludzi mówiących językami z całego świata. Wszyscy uśmiechnięci, a w powietrzu czuć radość i nadzieję – nadzieję na osiągnięcie sukcesu.

Igrzyska to wielkie święto sportu, czas, w którym ludzie, zwłaszcza niepełnosprawni, czują moc, są pewni swoich możliwości, stają się odważniejsi i potrzebni.

Zakwaterowano nas w przestronnych pokojach z wielkimi tarasami, z których rozciągał się zapierający dech w piersiach widok. Dla mnie i moich kolegów zupełna nowość, egzotyka, coś, co mogłem zobaczyć jedynie w kolorowych folderach reklamowych. Mówiono, że wioska nie była doskonale przygotowana na przyjęcie sportowców, być może tak było. Pewnie ci, którzy uczestniczyli w igrzyskach w ubiegłych latach, nie byli do końca zachwyceni, ale dla mnie nie miało to wielkiego znaczenia, najważniejsze, że mogłem tu być. Na początku trudno mi było przystosować się do zmiany czasu, ale wkrótce i to minęło. Zacząłem realizować ustalony harmonogram: rano śniadanie, trening, obiad, odpoczynek, kolacja i kontakt z bliskimi. Właśnie – te rozmowy z Rodzicami, bratem i przyjaciółmi znaczyły dla mnie bardzo wiele, bo z dnia na dzień, mimo tylu atrakcji, nowych doznań zaczynałem już czuć niepokój. Widok mamy i spokój taty dodawał mi otuchy, a brat i przyjaciele nie pozwalali na strach. Każdy mi powtarzał, że jest dumny ze mnie, że będzie dobrze, że i tak osiągnąłem wielki sukces będąc tu, w Brazylii. Zresztą każdy z nas, kadrowiczów, wspierał się wzajemnie i podtrzymywał na duchu. Byliśmy razem fizycznie i psychicznie. Cieszyliśmy się z sukcesów, medali już zdobytych, wspieraliśmy tych, którym się nie powiodło. A ja przed moim startem jak mantrę powtarzałem sobie: muszę być pewny siebie, mam być opanowany i skoncentrowany, jestem wojownikiem, dam z siebie wszystko! Byłem mocno zmotywowany i dobrze przygotowany.

Bieg na dystansie 1500 m w kategorii T11, a więc dla niewidomych, poprzedzał start kwalifikacyjny. W takich warunkach – 35 stopni gorąca, duża wilgotność – to morderczy bieg dla Europejczyka. Ogromny stres, psychiczna presja, żeby nie zawieść siebie i innych z jednej strony, z drugiej ogromna koncentracja i nadzieja, że dam radę, że się nie poddam, że przyjechałem tu po to, żeby zwyciężyć. I być może tak by się stało, gdyby mój przewodnik Sylwek nie przekroczył pierwszy linii mety. Jest to niedopuszczalne w biegach niewidomych, tuż przed linią mety przewodnik ma obowiązek odpiąć smycz, łączącą jego rękę z ręką biegacza, umożliwiając temu ostatniemu samodzielne przekroczenie mety. Niestety, nie mogłem już pobiec w finale. Co czułem? Najpierw niedowierzanie, później rozpacz i złość, a jeszcze później pomyślałem sobie, że to się stało i nic już nie poradzę. Pozostało do powrotu do Polski kilka dni. Nie ukrywam, że już chciałem wracać. Ten wolny czas poświęciłem na oglądanie cudów Rio, ale już bez radości. Brazylia to piękny kraj, Brazylijczycy to ciepli i radośni ludzie i taki obraz pozostanie w mojej pamięci.

To doświadczenie uświadomiło mi, jak wielu ludzi jest mi życzliwych. Natychmiast po moim biegu odezwali się różni ludzie, którzy pisali o mnie i do mnie same dobre rzeczy. Oczywiście moja Rodzina – Rodzice, Brat i jego dziewczyna, ciocie, wujkowie, ukochani moi dziadkowie, przyjaciele moi i rodziców, nawet uczniowie Gimnazjum Integracyjnego nr 4 w Kielcach, których przecież nie znam, nauczyciele, którzy kiedyś mnie uczyli i wiele innych osób. Było to dla mnie ważne i bardzo motywujące.

Nie poddam się. Nadal walczę, konsekwentnie wypełniam zadania, które stawia przede mną mój trener. Przede mną Mistrzostwa Świata w Londynie, a później Igrzyska w Tokio, w których mam nadzieję uczestniczyć. Jestem bogatszy o nowe doświadczenia, bardzo mocno zmotywowany, biegam z innym przewodnikiem i myślę, że uda mi się zdobyć medal olimpijski.

Jakie jest życie w mroku? Wbrew pozorom nie jest tak źle. Jestem nieustannym optymistą, nie roztkliwiam się nad sobą. Każda niepełnosprawność utrudnia normalną egzystencję, ale ważne jest, żeby nauczyć się z nią żyć, zaakceptować ją w końcu, chociaż to piekielnie trudne. Nie ukrywam, było mi bardzo ciężko, kiedy z dnia na dzień traciłem wzrok i wokół mnie robiło się ciemno. Z wielu rzeczy musiałem zrezygnować, wiele musiałem się nauczyć, chociażby nalewania do szklanki wody, chodzenia z laską, słuchania. Wydawałoby się zwyczajne czynności, ale dla mnie stanowiły problem. Jestem wdzięczny moim Rodzicom, że nie rozkładali nade mną ochronnego parasola, że dużo ode mnie i mojego brata, który też nie widzi, wymagali, że nauczyli nas samodzielności i otwartości na ludzi i świat. Dużo też zawdzięczam nauczycielom, którzy pracowali ze mną w gimnazjum i w szkole średniej, motywowali i wierzyli we mnie. Zresztą tak jest do dziś, bo na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach, gdzie studiuję, także wszyscy traktują mnie z życzliwością, umożliwiając mi realizowanie mojej pasji, jaką jest bieganie.

Nazywam się Aleksander Kossakowski, jestem niewidomym biegaczem, który może dzisiaj nazwać się olimpijczykiem!

Jestem… beneficjentem. Nie jesteś sam! REHA łączy ludzi

Czym tak naprawdę jest REHA? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie rozmawiając z uczestnikami XIV edycji konferencji REHA, którzy opowiedzą o swoich odczuciach dotyczących tego wydarzenia.

REHA każdego roku jest inna i daje jej gościom inne emocje. Mogę sobie pozwolić na takie stwierdzenie, gdyż w kwietniu minie pięć lat odkąd pracuję w bydgoskim tyflopunkcie Fundacji Szansa dla Niewidomych, miejscu szczególnym, wręcz magicznym, w którym każdego dnia dzieją się cuda – mniejsze lub większe. Takich miejsc jest 16 na terenie całego kraju – po jednym w każdym województwie. Pracują tam ludzie, którzy niosą pomoc osobom niewidomym i słabowidzącym. Ta nasza, najszerzej rozumiana pomoc, przejawia się w realizacji innowacyjnych projektów, pomocy w doborze sprzętu specjalistycznego niwelującego skutki niepełnosprawności oraz codziennym wsparciu psychicznym i motywacyjnym tych osób.

Od stycznia słyszę „Pani Ewelino, kiedy będzie REHA? Proszę mnie zapisać na listę uczestników – tak bardzo chcę tam być.” Ja ostrożnie odpowiadam, że będzie jak zwykle pod koniec roku i wpisuję kolejne osoby na listę chętnych zaznaczając, że ostateczną rezerwację potwierdzę, gdy będzie jasne, że konferencja się odbędzie. Nigdy nie wiemy, jakimi funduszami będziemy dysponowali. Wszystko zależy od dofinansowania, jakie uda się nam uzyskać i ile wniosą do wspólnej puli sponsorzy. Wiem natomiast, że nasze kierownictwo zawsze walczy do końca, aby konferencja REHA się odbyła. Stawiamy to sobie za punkt honoru. Wiemy, że ludzie na to czekają, że to bardzo ważne i pożyteczne.

Czym więc jest ta nasza REHA FOR THE BLIND IN POLAND organizowana w Warszawie? Jak jest oceniana ta impreza, skupiająca środowisko osób niewidomych i słabowidzących? Czy to naprawdę interesująca wystawa sprzętu tyflorehabilitacyjnego połączona z ciekawymi wykładami merytorycznymi? Czy może bardziej towarzyska integracja osób z dysfunkcją wzroku z ludźmi widzącymi? Co ona wnosi do życia uczestników? A może jest jednak przereklamowana i pozostawia wiele do życzenia? Zadałam te pytania uczestnikom grudniowej REHY 2016, którzy pojechali na to wydarzenie razem ze mną z Bydgoszczy.

Jak mówi polskie przysłowie: „Jeszcze się taki nie urodził, żeby wszystkim dogodził”. I tak jest w przypadku opinii osób dotyczących konferencji REHA FOR THE BLIND IN POLAND. Pani Stanisława, energiczna słabowidząca beneficjentka bydgoskiego tyflopunktu, siedzi w pociągu w drodze powrotnej do domu zamyślona.

– Jak się udała konferencja Pani Stasiu? – pytam.

– Wspaniale, Pani Ewelino. Jestem w stu procentach zadowolona. Dowiedziałam się tylu ciekawych rzeczy, zobaczyłam i dotknęłam urządzeń, o których czytałam, a nigdy nie widziałam. Tyle wystawców, firm… Ale największą wartością dla mnie jest wymiana uwag i doświadczeń z innymi uczestnikami. Wiem, że inne osoby mają podobne problemy wzrokowe jak ja i świetnie sobie samodzielnie radzą. Dzięki nowoczesnym rozwiązaniom technologicznym mogą zniwelować skutki swojego inwalidztwa. Nie możemy się załamywać. Trzeba żyć dalej i się realizować. Teraz dopiero widzę jak Fundacja Szansa dla Niewidomych dużo robi. W każdym mieście inne projekty dające inspirację i chęć do działania. Zyskałam tu wielu znajomych, którzy uświadomili mi, że pogłębiająca się wada wzroku nie jest końcem mojego życia. Wręcz przeciwnie – stała się jego początkiem. Teraz na pewne rzeczy i sytuacje będę patrzyła po prostu inaczej – chyba uważniej. Takie spotkania uświadamiają, że jedyne granice jakie mamy, to te w naszych głowach. To bezcenne zyskać nadzieję…

Damian, jak zwykle uśmiechnięty w czasie podróży, również jest zadowolony, mimo wielkiego zmęczenia.

– Co się tak uśmiechasz Damian? – pytam.

– Przeglądam zdjęcia. Mam jedno z Panem Piotrem Adamczykiem, sławnym polskim aktorem, który też odwiedził naszą REHĘ. Cieszę się, że go spotkałem. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie prezentacje i pokazy dyscyplin sportowych, które można uprawiać z zamkniętymi oczami. Muszę wrócić do sportu. Moja wada wzroku nie może mnie pozbawić przyjemności wynikającej z rywalizacji sportowej, satysfakcji ze zwycięstwa i endorfin, które pojawiają się tuż po fizycznym wysiłku. Inni z tego nie zrezygnowali mimo przeszkód i barier. REHA mi to uświadomiła… Wracam do sportu i tyle.

Patrycja, Mirka i Natalia, czynne wolontariuszki bydgoskiego tyflopunktu Fundacji, jak zwykle rozbawione, rozmawiają w pociągu. Są to dziewczyny, na które zawsze można liczyć – zarówno ja, jak i beneficjenci bydgoskiego tyflopunktu.

– Jak tam dziewczyny? Zadowolone z REHY?

Mirka jakaś zamyślona spogląda na mnie i odpowiada:

– To moja pierwsza REHA, ale już wiem, że nie ostatnia. Tylko czynne pomaganie daje satysfakcję. Dzięki konferencji zobaczyłam ludzi, którzy pomimo swoich ograniczeń chcą normalnie żyć, rozwijać się i realizować. Są uśmiechnięci, pełni życia. Taka postawa sprawia, że mam wyrzuty sumienia, że sama się tak życiem nie cieszę jak oni. Takie spotkania dają perspektywę, punkt odniesienia, uświadamiają i uwrażliwiają. Żadne zajęcia teoretyczne na studiach tyle mi nie dały, co przyjazd tutaj. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że chcę pomagać.

Zmęczona, ale szczęśliwa spoglądam na ludzi w pociągu. Wracamy do Bydgoszczy, mamy opóźnienie – około dwóch godzin. Jakiś wypadek, musimy czekać. Patrzę na ludzi i widzę, że są szczęśliwi. Każdy z REHY wynosi coś osobistego, coś dla siebie samego. Każdy jest inny i czego innego poszukiwał. To jest bezcenne, lecz jak wiadomo, żeby taką konferencję zorganizować, potrzebne są pieniądze i ogromna pracowitość bardzo wielu ludzi.

Spotkałam też osoby, którym nadal czegoś brakuje w tej naszej konferencji. Nie wszyscy się tam odnajdują – mnóstwo ludzi, wręcz tłok, duży hałas, sport, który nie każdemu imponuje, wystawcy, wśród których zabrakło kolejnej ważnej firmy, referaty na inne tematy, niż te, które zdaniem tych osób są jeszcze ważniejsze itd.

Zawsze chciałoby się wszystkiego jeszcze więcej. Jednak widzę po swojej licznej grupie, że to odosobnione opinie, które nie zdobywają poparcia, lecz wywołują grymas na twarzach. Ktoś właśnie powiedział, że jeszcze się taki nie urodził, żeby wszystkim dogodził. Dla większości wyszukiwanie niedostatków w tak udanym wyjeździe to już przesada i przypomina jedynie o charakterystycznej dla osób niepełnosprawnych postawie roszczeniowej, w ramach której nawet gdy się coś docenia, to i tak się tego nie pochwali. I mimo tylu atrakcji i przeżyć wypowie się opinię, że obiad był za mały, wykład za krótki, kawa za gorąca! I zgoda – na pewno wszystko może być jeszcze lepsze, tyle że trudno to osiągnąć, gdy już zrobiło się tak wiele i osiągnęło tak wysoki poziom. Razem z moją grupą byliśmy w miejscu, gdzie na naszych oczach dzieje się coś niebywałego, wręcz magicznego… Niewidomi i niedowidzący w ciągu dwóch dni „wracają do życia”.