Nasze przygody w Wietnamie cz. 2

Jaskinie Ninh Binh

Po przespaniu nocy wygodnym hotelu ponownie wypożyczyliśmy skuter i pojechaliśmy na wycieczkę do Trang An Cave. Ninh Binh nie przyciąga wielu turystów. Samo miasto jest raczej pozbawione ciekawych obiektów i traktowane głównie jako baza wypadowa do położonych w pobliżu atrakcji przyrodniczych: wapiennych skał wyrastających wysoko ponad płaskie tereny wioski Tam Coc oraz parku narodowego Cuc Phuong, właśnie tam można popływać łódkami. Obie trasy – Tam Coc i Trang An są podobne, więc pojawiło się odwieczne pytanie: które wybrać? My wybraliśmy Trang An, bo jest dłuższa i ma więcej jaskiń, a przeciskanie się łódką przez jaskinie wydało nam się interesujące. Eksploracja jaskiń znajdujących się na terenie Trang An wykazała ślady ludzkiej aktywności na tym terenie od 30 tysięcy lat! Oprócz skał i jaskiń znajdują się tu również małe wioski, świątynie oraz pola ryżowe. Po dojechaniu na miejsce naszym oczom ukazał się piękny krajobraz – już wtedy wiedzieliśmy, że będzie to jedno z najładniejszych miejsc, jakie zobaczymy w Wietnamie. Pływaliśmy ok. 3 h. Łódki sterowane są przez kobiety, to taki spływ po rzece jak w Polsce z flisakami, tylko z niesamowitymi widokami i jaskiniami. Nie bez przyczyny miejsce to nazywane jest Ha Long na lądzie. Bajka! Co ciekawe, Tarang An zwiedza wielu Wietnamczyków, na naszej łódce i na łódce obok byliśmy jedynymi Europejczykami, co bardzo nam się podobało, ponieważ znowu mogliśmy bliżej poznać tę kulturę, oprócz wspólnego wiosłowania udało nam się nawet pośpiewać.

Cesarskie Miasto Hue

Jeszcze tego samego dnia opuściliśmy hotel i wybraliśmy się na stację kolejową, tam czekała na nas luksusowa kuszetka do Hue. Wreszcie miejsca na nogi było pod dostatkiem. Wyspani, rano wyruszyliśmy na pieszą wycieczkę do cytadeli (duży teren), można ją zwiedzać samemu lub z przewodnikiem. My, jak nie musimy brać przewodnika, sami odkrywamy takie miejsca.

Cesarska Cytadela

Historia miasta związana jest ściśle z dynastią Nguyen. To właśnie założycielom tego miasta udało się zjednoczyć cały Wietnam. Byli również jedyną wietnamską dynastią, której władcy zaczęli nazywać się cesarzami.

Cesarska cytadela była dawną siedzibą władców Hue. Składa się na nią kompleks budynków, który już w 1993 roku został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Należała ona do najwspanialszych dworów cesarskich Azji, o powierzchni ponad pięciu kilometrów kwadratowych. Już z zewnątrz budowla robi wrażenie. By dostać się do środka trzeba pokonać wysokie na 6 metrów, a dodatkowo szerokie mury. Sercem cytadeli jest cesarskie miasto, które również jest otoczone murami oraz dodatkowo fosą. Do środka prowadzą cztery bramy. Weszliśmy przez najważniejszą: Bramę Południową, zwaną bramą Ngo Mon. To właśnie na obszernym placu zlokalizowanym przed wejściem, odbywały się parady i procesje, które z balkonu obserwował cesarz. Z tego balkonu również ostatni cesarz ogłosił swoją abdykację. Następnie przeszliśmy przez Most Złotej Wody, otoczony z obu stron przez stawy, w których pływają złote rybki i weszliśmy na Dziedziniec Ceremonii. Zlokalizowany jest na nim powstały w 1805 roku Pałac Niebiańskiej Harmonii (Thai Hoa). W dawnych czasach miały w nim miejsce najważniejsze ceremonie i uroczystości, a obecnie można zobaczyć m.in. salę tronową oraz film ukazujący jak cesarskie miasto wyglądało w przeszłości.

Zakazane Purpurowe Miasto i polski ślad

Po drugiej stronie pałacu jest wyjście na dziedziniec, gdzie znajdowały się Złote Wrota, kiedyś prowadzące do Zakazanego Purpurowego Miasta, do którego dostęp miał tylko cesarz, jego rodzina i wybrani służący. Niestety, wszystko to zostało zniszczone podczas pierwszej wojny indochińskiej w roku 1947. Hue zostało również bardzo zniszczone w roku 1968, kiedy stało się miejscem walk oraz masakry dokonanej przez wojska Północnego Wietnamu. Po dwóch stronach dziedzińca zlokalizowane są Hale Mandarynów. Z ponad 40 budynków jakie powstały w Zakazanym Mieście w chwili obecnej można zobaczyć tylko kilka. Po większości pozostały jedynie fundamenty. Jednak kto wie, może za kilka lat te budynki zostaną odbudowane, gdyż na terenie cytadeli wciąż prowadzone są takie działania. Szczególnie spodobały nam się zlokalizowane po dwóch stronach serca cesarskiego miasta pięknie zdobione i wyglądające jakby dopiero co zostały wykonane, drewniane, czerwone Pawilony Czytelnicze. W południowo-zachodnim narożniku miasta położona jest świątynia The Mieu, zwana również Świątynią Pokoleń. Wewnątrz umieszczono ołtarze poświęcone poszczególnym władcom dynastii. Obok lewego wejścia znajdujemy polski ślad. Zostały tu umieszczone tablice upamiętniające pomoc Polski w odbudowie tej świątyni oraz informacje o Kazimierzu Kwiatkowskim, polskim konserwatorze zabytków. W Polsce „Kazik”, jak do niego mówili Wietnamczycy, nie jest znany. Dla Wietnamu była to jednak osoba bardzo zasłużona. Przez 16 lat swojej pracy w Wietnamie nadzorował prace konserwatorskie i renowacyjne w Hue, My Son i Hoi an. To właśnie dzięki niemu teraz te miejsca przyciągają turystów z całego świata.

Cesarskie grobowce

Następnego dnia wybraliśmy całodzienną wycieczkę do cesarskich grobowców. Wycieczkę wykupiliśmy w hotelu.

W dynastii Nguyen było 13 cesarzy, ale tylko 7 zmarło śmiercią naturalną i to właśnie ich grobowce można obecnie oglądać. Wszystkie są położone wśród wzgórz, na południe od Hue, po obu stronach rzeki Perfumowej. Nguyenowie, uważali się za Synów Niebios. Wierzyli, że ich życie nie kończyło się na ziemi. Aby w zaświatach wiodło im się równie wspaniale, wzorem cesarzy z chińskiej dynastii Ming, budowali niesamowite, przypominające pałace grobowce.

Zachwycający grobowiec Khai Dinha

Zanim dotrzemy do głównych budynków, musimy przejść po monumentalnych schodach na kolejne dziedzińce, schody wyglądają jak z filmu. Na ostatnim jest ustawiona niewielka armia kamiennych żołnierzy – nie tak imponująca jak terakotowa w Chinach.

Przepięknie wygląda szczególnie główna sala pałacu, na którego terenie znajduje się grobowiec – cała ozdobiona szklanymi mozaikami, w centralnym miejscu jest pomnik cesarza siedzącego na tronie.

Co ciekawe, budowę grobowca rozpoczęto jeszcze za panowania Khai Dinha, w roku 1920. Ukończono go 11 lat później, w roku 1931. Warto zwrócić uwagę na nietypową architekturę budynku, będącą połączeniem stylu europejskiego oraz orientalnego. Khai Dinh nie był popularny wśród swoich poddanych, między innymi ze względu na decyzję o podniesieniu podatków o 30%. Uzyskane w ten sposób pieniądze zostały przekazane na… budowę mauzoleum władcy.

Najokazalszy z grobowców – grobowiec cesarza Tu Duca

Ogrom tego grobowca zupełnie nas zaskoczył. Tu Duc zbudował letni pałac, z pawilonami dla nałożnic, pawilonem herbacianym oraz parkiem, w którym polował, a wszystko to w pięknym, bogatym stylu.

Tu Duc był ciekawym władcą. Przy wzroście 152 cm, nawet jak na jego czasy uchodził za niskiego, za to jego kompleksy najwyraźniej były olbrzymie. Posiadał 142 żony, z którymi siadał w pawilonie herbacianym i czytał im poezję. Mimo tylu żon nie doczekał się potomka i w końcu adoptował syna. Budowa kompleksu pałacowego, który nazwał swoim grobowcem, pochłaniała mnóstwo pieniędzy, wywołując niezadowolenie i spisek, aby Tu Duca zamordować. Spisek wykryto i Tu Duc mógł w spokoju dokończyć swoje dzieło. Jednak po śmierci, w obawie przed rabusiami, Tu Duca pochowano w zupełnie innym miejscu! Do tego wszystkim dwustu sługom pomagających w pochówku ścięto głowy, aby nie mogli wyjawić miejsca faktycznego pochówku. Tu Duc był ostatnim suwerennym władcą Wietnamu. W 1883 roku, na kilka miesięcy przed śmiercią cesarza, Francuzi opanowali całkowicie władzę w kraju i utworzyli na jego terenie protektorat.

Plażowanie w H?i An

Uff! W końcu czas na odpoczynek! Wybraliśmy hotel z basenem oddalony około 10 km od centrum miasta, blisko rewelacyjnej plaży. Przez cały jeden dzień nie robiliśmy nic! No, prawie nic – wieczorem wybraliśmy się do niesamowitego centrum miasta zlokalizowanego nad jeziorem. W nocy oświetlone kolorowymi lampionami wygląda jak z bajki! Warto zobaczyć stare miasto, które jest plątaniną uliczek z mnóstwem pięknej, chińskiej architektury. Na każdym rogu można tu znaleźć małe restauracje, herbaciarnie, świątynie, galerie, warsztaty rzemieślnicze, pracownie artystów, a także sklepy dla turystów.

H?i An – miasto w środkowym Wietnamie, w prowincji Qu?ng Nam, dawny portugalski port morski i faktoria handlowa Faifo, położony ok. 30 km na południe od Đ? N?ng. W 2009 roku liczyło 69 222 mieszkańców. W 1999 roku miasto zostało wpisane do rejestru zabytków światowego dziedzictwa UNESCO. Hoi An słynie z salonów krawieckich i szewskich, można za rozsądne pieniądze uszyć na zamówienie m.in. sukienkę, garnitur, płaszcz, buty. Trzeba tylko zaraz po przyjeździe udać się do salonu, ustalić co będzie szyte, zdjąć miarę i za ok. 3 dni zamówione ubranie jest do odbioru.

M? S?n – wietnamskie Angkor Wat

Do My Son wykupiliśmy całodzienną wycieczkę z przewodnikiem, który sam w sobie był atrakcją. Zabawny, inteligentny, ze świetnym angielskim, co nie jest częste. Wycieczka występuje w różnych opcjach, my wybraliśmy opcję w jedna stronę busem i powrót łódką z lunchem.

My Son to ruiny wspaniałego niegdyś świętego miasta z czasów dynastii Czam (IV-XII wiek). Na skutek upływu czasu oraz amerykańskich bombardowań niestety, niewiele pozostało dziś z kilkudziesięciu hinduistycznych świątyń oraz budynków mieszkalnych. Miejsce jest dość malowniczo położone, w dolinie, wśród porośniętych dżunglą wzgórz. Podobnie jak Angkor w Kambodży, My Son na kilkaset lat został opanowany przez dżunglę i zapomniany przez ludzi. Odkryty dopiero pod koniec XIX wieku stał się wielką atrakcją archeologiczną.

My Son (wymawia się „mej son”) oznacza „piękną górę”, stanowi pozostałość po hinduistycznym sanktuarium religijnym ku czci Śiwy, narodu, który nazywa się Czamowie. Zamieszkiwali oni środkowy Wietnam w państwie Czampa, w okresie od II do XIX wieku. Pierwsze budowle w My Son powstały w IV wieku, a używane były do XV wieku. Później, podobnie jak Angkor, popadły w zapomnienie i w posiadanie przejęła je dżungla. Powodem upadku sanktuarium był wzrost liczby ludności wyznającej buddyzm i przejęcie władzy na tym terenie przez Wietnamczyków. Budynki zostały ponownie odkryte przez Francuzów pod koniec XIX wieku. Na nas zrobiło ogromne wrażenie, czuliśmy się jak bohaterowie filmu z Indiana Jonesem lub Larą Croft, szczególnie, że tego dnia było około 40 stopni w cieniu!

Sajgon, czyli Ho Chi Minh

Z Hoi An polecieliśmy do Sajgonu, naszego pierwszego i zarazem ostatniego punktu w Wietnamie. Miasto nosiło nazwę Sajgon do 1975 roku. Obecną dostało, gdy upadł Wietnam Południowy. Nazwa Ho Chi Minh upamiętnia przywódcę północno-wietnamskich komunistów. W Sajgonie dobra dzielnica do zamieszkania to dystrykt pierwszy, czyli stara dzielnica Sajgonu. Jest to drugie miasto, które moglibyśmy zaliczyć do przyjaznych dla niewidomych, ale jak widać – bez przewodnika ani rusz! Pierwszego dnia zdecydowaliśmy się na wycieczkę pieszą.

W Ho Chi Minh istnieją dwa miejsca, które aż nadto pokazują, jak tragiczny los spotkał Wietnamczyków w XX wieku. Pierwsze z nich to Muzeum Pozostałości Wojennych (War Remnants Museum), które znajdziemy w trzecim dystrykcie. Muzeum to poświęcone jest II wojnie indochińskiej przeciwko Stanom Zjednoczonym, ale opowiada również o pierwszej wojnie indochińskiej przeciwko Francuzom, mającej miejsce kilka lat wcześniej. Drugie miejsce, oddalone nieco od miasta, to Tunele Cu Chi. Tutaj można na własne oczy zobaczyć i zrozumieć jak Wietkong walczył przeciwko Amerykanom.

Muzeum Pozostałości Wojennych

Obecna nazwa muzeum używana jest od 1995 roku, po tym, jak stosunki między Wietnamem i USA zostały unormowane. Poprzednią nazwę przetłumaczyć można jako Muzeum Amerykańskich Zbrodni Wojennych (Exhibition House for Crimes of War and Agression).

Przy wejściu do muzeum zobaczymy różne pojazdy używane przez armię amerykańską podczas wojny, które zostały w Wietnamie porzucone. Kilka czołgów, samolotów, armat, helikopterów… A pojazdów tych wysłano do Wietnamu tysiące, by walczyć z komunistami z północy.

Główny budynek podzielony jest na kilka pokoi. Zwiedzanie trwa około dwóch godzin. Pokój, który zrobił na nas największe wrażenie, pełen był zdjęć ofiar broni chemicznych, takich jak Napalm czy Agent Orange (mieszanka pomarańczowa). Do dziś dzieci rodzą się z problemami zdrowotnymi spowodowanymi faktem, że ich rodzice przebywali w zanieczyszczonym otoczeniu. Cytując moją żonę: „Okropność”. Niektórzy twierdzą, że w muzeum sporo materiałów jest propagandowych. Możliwe, ale prawda jest jedna — nie wyjdziecie stąd obojętni.

Wojna, która zmieniła nas wszystkich

Wojna wietnamska (zwana też drugą wojną indochińską) – działania militarne na Półwyspie Indochińskim w latach 1957–1975. W konflikt zaangażowane były z jednej strony komunistyczna Demokratyczna Republika Wietnamu (Wietnam Północny, wspierany przez inne kraje socjalistyczne, gł. Związek Radziecki oraz Chiny, ale też w mniejszym stopniu przez niektóre kraje niesocjalistyczne (np. Szwecję) i kontrolowane przez to państwo organizacje komunistyczne w Wietnamie Południowym, Laosie i Kambodży, a z drugiej strony Republika Wietnamu wraz z międzynarodową koalicją obejmującą Stany Zjednoczone i ich sojuszników – Koreę Południową, Tajlandię, Australię, Nową Zelandię i Filipiny. Wbrew woli, stronami konfliktu były również Kambodża i Laos.

Straty zaangażowanych w konflikt stron były ogromne, źródła podają ponad 3 mln ludzi, w tym:

Wietnam Północny i Wietkong – 900 tysięcy żołnierzy zostało zabitych, a spośród ludności cywilnej zginęło 65 tysięcy osób, 250 tysięcy zostało rannych,

Wietnam Południowy – 196 863 zabitych i 502 tysiące rannych,

Stany Zjednoczone – 58 325 zabitych, 313 tysięcy rannych (w tym 153 311 z trwałymi uszkodzeniami ciała) i 2413 zaginionych,

Korea Południowa, Filipiny, Australia, Nowa Zelandia i Tajlandia łącznie – 5225 zabitych i około 12 tysięcy rannych,

Straty ludności cywilnej sięgnęły 2 milionów zabitych.

Wojna w Wietnamie poważnie zachwiała w społeczeństwie amerykańskim pewność siebie i wiarę we własne możliwości. Przez następne 20 lat w amerykańskiej polityce istniał „syndrom Wietnamu”, czyli niechęć do angażowania sił amerykańskich w jakiekolwiek długotrwałe działania zbrojne w krajach Trzeciego Świata.

W Stanach Zjednoczonych wojna wywoływała ostre konflikty społeczne. Działania w Wietnamie wymagały powiększenia wielkości armii o dodatkowy milion żołnierzy. Powiększenie zakresu poboru i rosnące straty w Wietnamie prowadziły do masowego uchylania się od obowiązkowej służby wojskowej (ucieczki do Kanady i Meksyku, a nawet potajemnie na Kubę). 20 tysięcy osób znalazło się w sytuacji ukrywających się dezerterów, a około 1000 osadzono w więzieniach.

Chwila spokoju po rozmyślaniu o wojnie

Emperor Jade Pagoda w Ho Chi Minh City jest znana jako jedna z najbardziej tajemniczych i klimatycznych pagód w Wietnamie. Główny ołtarz składa się z 4-metrowych posągów bóstw, wyglądających bardzo groźne w stalowych zbrojach. Tutaj spotykamy wiernych wyznawców taoizmu, którzy składają kwiaty i kadzidła pod ołtarzem i modlą się o powodzenie i bogactwo dla siebie i rodziny. W kolejnym pokoju znajduje się posąg Thanh Hoang – władcy piekieł – z jego czerwonym koniem i towarzystwem innych bóstw, które każą ludzi za złe uczynki. Ostatni pokój wypełniony jest małymi rzeźbami dwunastu kobiet, które reprezentują ludzkie cechy: dobre i złe. Główne miejsce zajmuje posąg Hoa Thanh Mau – władczyni kobiet.

Katedra Notre Dam

Z muzeum całkiem niedaleko do Katedry Notre Dame. Katedra powstała w latach 1863-1880, gdy w Wietnamie rządzili francuscy kolonizatorzy. Co ciekawe, materiały budowlane sprowadzono niemal w całości z Francji. Obecnie katedra interesująco komponuje się z wszechobecnymi skuterami i z kobietami sprzedającymi przed starym budynkiem kiście małych bananów lub inne street foodowe przysmaki.

Budynek poczty

Wybudowany w XIX wieku budynek głównego urzędu pocztowego H? Chí Minh jest jednym z najstarszych budynków w mieście. Starannie odrestaurowana Poczta Główna stanowi znaczącą osobliwość miasta. Koniecznie należy zwiedzić wnętrze gmachu, gdzie gigantyczna hala z okienkami przypomina stare czasy, a ogromny portret „Wujka Ho” (Nguy?n Sinh Cunga znany także jako H? Chí Minh) – późniejsze dzieje miasta. Stalową konstrukcję hali zaprojektował sam Gustave Eiffel w czasach, gdy Wietnam był kolonią i częścią tzw. Indochin Francuskich. Budowa poczty rozpoczęła się w 1886 roku i trwała 5 lat. Budynek łączy w sobie cechy typowe dla architektury gotyckiej, renesansowej oraz francuskiej architektury kolonialnej.

Pałac Zjednoczenia

Pałac Zjednoczenia nazywany był kiedyś Pałacem Niepodległości. Jego budowę ukończono w 1966 roku, a autorem awangardowego projektu był wykształcony w Paryżu wietnamski architekt, Ngo Viet Thu. W pałacowym ogrodzie stoją dwa czołgi – te same, które 30 kwietnia 1975 roku obaliły żeliwną bramę pałacu, rozpoczynając ostateczny szturm na siedzibę rządu Wietnamu Południowego. Kapitulacja Sajgonu i aresztowanie ostatniego przywódcy Wietnamu Południowego, generała D??ng Văn Minha oznaczała ostateczne zwycięstwo komunistycznego Północnego Wietnamu i zjednoczenie kraju. Pod pałacem, o ile pałacem można nazwać wielki, betonowy klocek, można zwiedzić rozległe podziemne bunkry, w których mieściło się zaplecze centrum dowodzenia podczas wojny. Wystrój i wyposażenie pałacu nie zmieniły się od kapitulacji Południa.

Ulica jak z Blade Runnera

Pewnie pamiętacie te sceny z Blade Runnera, gdy porucznik Deckard zamawia jedzenie u Chińczyka? Właśnie tak wygląda ulica Pham Ngu Lao. Jest kolorowo, turystycznie, tłoczno, głośno, z obu stron dużo ludzi i klubów. Po tak mocnym dniu chętnie posłuchaliśmy muzyki i wypiliśmy po lekkim azjatyckim piwie.

Gry uliczne

W Wietnamie nie ma czasu na asymilację. Turysta od razu wpada w objęcia, nie tylko nieprawdopodobnych zasad ruchu drogowego, ale i odmiennych zwyczajów oraz totalnie innego myślenia. W Ho Chi Minh City mieszka 8,5 miliona ludzi, z których większość spędza dzień na ulicy. Upał sprawia, że domy i mieszkania służą jedynie do snu; handel, usługi i spotkania towarzyskie odbywają się głównie pod gołym niebem. Fryzjer? Proszę bardzo, możemy ostrzyc na trawniku. Pedicure? Dlaczego nie robić tego koło poczty? Chodniki są zajęte przez dziesiątki tysięcy (dosłownie) kramików, przydrożnych barów, punktów sprzedaży i naprawy wszystkiego, co tylko może być potrzebne. W księgarni natykamy się na dwie dziewczyny (sprzedawczynie, klientki?), które jak gdyby nigdy nic śpią na ziemi pomiędzy regałami z książkami na twarzach.

Niektóre sklepy i restauracje są również miejscem zabawy, odpoczynku i snu dzieci, których rodzice pracują do później nocy. Na chodnikach urządza się towarzyskie imprezy, a ich uczestnicy siedząc w kucki do późna w nocy, bawią się, jedzą i piją. Nikomu też nie przychodzi do głowy, by widzieć w tym cokolwiek niestosownego. Tak po prostu jest i już. Największa aglomeracja Wietnamu bez przerwy tętni życiem i, mimo że dawno minęły czasy podziału państwa, nadal wyczuwa się tu pozostałości dekadenckiej atmosfery minionej epoki. Dostojne, secesyjne budowle nadają miastu jednoznaczny styl dawnej, kolonialnej metropolii.

W labiryncie elektrycznych spraw

To można zobaczyć tylko w Wietnamie. Wzdłuż ulic ciągną się linie elektrycznych w dość oryginalnych konfiguracjach. Wyglądają jak koszmarny sen szalonego elektryka. Liczące czasem po kilkaset przewodów wiązki zwieszają się z słupów niczym rozczochrane brody, tworząc ponad ulicami gigantyczną pajęczynę drutów. Sami Wietnamczycy zdają sobie zresztą sprawę z osobliwości tego rozwiązania i sprzedają nawet koszulki z obrazkami skłębionych kabli. Jeśli nie można czegoś zmienić, trzeba to zaakceptować, albo uczynić z tego dodatkowy walor.

Jest jeszcze jedna ikona dużych miast w tej części świata. To domy tunelowe. Niewiarygodnie wąskie i głębokie domy, kamienice wyglądające jak pudełka czekoladek ustawione pionowo. To z oszczędności. Najdroższa jest ziemia przy ulicy, więc od frontu trzeba wykorzystać jak najmniej miejsca. Centrum Ho Chi Minh City pomału jednak upodabnia się do wielkich miast azjatyckich, a stara architektura ustępuje stopniowo miejsca nowoczesnym biurowcom. Ponad miastem góruje ukończony w 2010 roku wieżowiec Bitexco Financial Tower, drugi dziś co do wysokości budynek w Wietnamie. Wzbija się w niebo na wysokość 258 m.

Spełniamy marzenia – wycieczka do delty Mekongu

Zawsze marzyłem, żeby spłynąć deltą Mekongu! Główną atrakcją jest rzeka Mekong, tysiące kanałów i małych rzeczek odpływających od niego i rozlewających się w wielką deltę, tworząc wiele wysepek. Dla tych kanałów w środku dżungli, po których pływa się małymi, tradycyjnymi łodziami zwanymi sampang, tysiące turystów przyjeżdżają co roku do delty. Są tu wioski na wodzie i floating markets – „centra handlowe” na małych łódkach, których właściciele oferują wszelkie niezbędne artykuły. Ciekawostką jest, że delta Mekongu, mimo sporej liczby turystów, nie jest bardzo skomercjalizowana. Pływające rynki są nastawione na lokalnych odbiorców, nie na turystów, a jeśli ktoś się zagłębi w małe uliczki nadrzecznych miejscowości, to odkryje zupełnie inny od naszego świat. My zwiedziliśmy świątynię buddyjską, pływaliśmy w kanałach, odwiedziliśmy miodową pasiekę i zjedliśmy węża!

Tunele Cu Chi

Ostatniego dnia czekała nas wycieczka wykupiona w hotelu do Cu Chi tunnels, powrót po południu, zakup pamiątek w Ben Thanh market, wieczorem Uber na lotnisko i – do domu.

Około 50 kilometrów poza miastem znajdują się tunele Cu Chi. Cu Chi było bazą wojskową Wietkongu. System tuneli, który oglądać możemy na terenie muzeum, stanowi jedynie niewielką część ogromnej struktury tuneli o łącznej długości ponad 130 kilometrów. Z Cu Chi można było niezauważenie dostać się pod ziemią aż do Ho Chi Minh. Życie w tunelach było ciężkie ze względu na brak powietrza, jedzenia, wody i ciągłej obecności trujących pająków, mrówek i innych robaków. Choroby były codziennością. Szacuje się, że podczas wojny przynajmniej połowa wojska zarażona była malarią. Dzięki systemowi tuneli, wojska Wietkongu ciężkie były do zlokalizowania. Gdy żołnierze byli gonieni przez wroga, mogli praktycznie w każdej chwili „zapaść się pod ziemię”, a następnie wyjść kilkanaście metrów za plecami wroga, by go zaskoczyć. Ponadto Wietkong stosował niezliczoną liczbę pułapek. Były to głównie zakamuflowane dziury w ziemi wypełnione zaostrzonymi bambusowymi patykami i innymi śmiercionośnymi gadżetami. Gdy armia amerykańska odnajdywała tajemne wejście do tunelu, nie była w stanie zniszczyć całego systemu. Do środka nie odważyli się wejść, bo tunele były śmiertelnie niebezpieczne i… ciasne. Zwiedzający Cu Chi mają okazję przejść przez jeden z tuneli mający prawie 100 metrów długości. Tunel ten jednak został powiększony, tak aby turyści byli w stanie się w nim zmieścić. Jest to klaustrofobiczne, ale jednocześnie ciekawe przeżycie.

W 1966 roku Amerykanie zrzucili na Cu Chi 30 ton bomb, próbując zlikwidować tunele. Nie udało im się. Żołnierze Wietkongu, choć mieli tylko prowizoryczną broń i buty zrobione ze starych opon, byli w stanie odeprzeć największą na świecie armię na tyle długo, by Amerykanie w końcu się poddali i opuścili Wietnam. Co ciekawe, nasz przewodnik był weteranem, który walczył po stronie amerykańskiej. Opowiedział nam wiele historii i pokazał jak różne mogą być spojrzenia na jeden temat. Z pewnością nie ma jednej historii, a prawda nie jest oczywista. Do dziś zdania na temat wojny na północy i na południu kraju są podzielone, jednak oficjalnie rację ma północ i głośno nie wolno mówić inaczej.

Na terenie muzeum można strzelić z kilku różnych karabinów maszynowych. Ja już strzelałem z takich karabinów, więc odpuściłem, ale żona próbowała i szybko przekonała się ile one robią hałasu.

Wietnamczycy żyją teraz w pokoju, jednak przeszli przez naprawdę trudne czasy. Miejmy nadzieję, że pokój ten się utrzyma.

Czy Wietnam jest dostępny?

Na pewno zwiedzenie go samodzielnie przez osobę niewidomą byłoby wyczynem, jednakże gdyby wybrać się z osobą widzącą, jest w pełni dosiężny – bardziej niż dla osoby na wózku. Naszą największą pomocą był telefon komórkowy, który przecież teraz jest udźwiękowiony. Zwiedzenie tego kraju przez osobę z dysfunkcją wzroku mogłoby jej przynieść ogromną satysfakcję i zmienić podejście do wielu spraw. Jego mieszkańcy zawsze pomagają turystom, są bardzo mili, otwarci i bezpośredni – chętnie poklepują po plecach i szeroko się uśmiechają. Myślę, że mogą wiele nas nauczyć. Przeszli piekło, a w przyszłość patrzą z podniesioną głową.

Nasze przygody w Wietnamie cz. 1

Nie samą pracą człowiek żyje. Czasem warto zrobić sobie urlop. Najlepiej jak najdalej od codziennego otoczenia, poznać i zatopić się w inną kulturę. Jednym z najciekawszych, a dostępnych cenowo kierunków jest Azja. My wybraliśmy Wietnam, który jest bardziej dziki od Malezji, a mniej komercyjny od znanej wszystkim Tajlandii. Podczas wycieczki zastanawialiśmy się czy niewidomy ma jakiekolwiek szanse w takim kraju? Czy jest w stanie samodzielnie się przemieszczać? Na te i kilka innych pytań postaramy się odpowiedzieć opisując nasze przygody w Wietnamie.

Jedno jest pewne – podróże kształcą i rehabilitują. Będąc w podróży uczymy się samodyscypliny, zaradności i pokonywania przeciwności. Poznając nową kulturę stajemy się bardziej tolerancyjni i otwarci na inność. Podróże, choć fascynujące, nie zawsze są łatwe. Ale właśnie dzięki temu mogą nauczyć nowych umiejętności. Najlepiej bowiem uczymy się wtedy, kiedy nie mamy wyboru, lecz po prostu musimy działać. Przez ten czas jesteśmy Panami swojego losu i decydujemy o swoim życiu w każdym jego aspekcie. Czy można sobie wyobrazić lepszą formę rehabilitacji?

Viet Nam

Wietnam, Socjalistyczna Republika Wietnamu ? państwo w Azji Południowo-Wschodniej, położone na Półwyspie Indochińskim, graniczące z Chińską Republiką Ludową, Laosem i Kambodżą. Posiadając liczbę ludności ponad 90 mln jest piętnastym co do wielkości populacji państwem świata.

Powierzchnia Wietnamu wynosi około 331 210 km?. Długość granic kraju to 4639 km. Najwyższą górą jest Phan Xi Păng 3143 m n.p.m., najdłuższa rzeka to Rzeka Czerwona (450 km na terytorium Wietnamu).

Podróż krok po kroku

Mieliśmy dwa tygodnie na zwiedzenie Wietnamu – to mało i dużo. Każdemu polecam się zastanowić czy zwiedziłby dostatecznie dobrze Polskę w dwa tygodnie, mniejszy kraj, który znamy jak własną kieszeń i mówimy w tym samym języku, a następnie dopiero usiąść do planowania. Optymalnie jest mieć 3 tygodnie, ale w 2 tygodnie, jak zaraz to opiszemy, też się da, trzeba jednak więcej samozaparcia.

Wizy

Wizę do Wietnamu można dostać na dwa sposoby:

  • składając wniosek o jej wydanie w konsulacie Wietnamu w Warszawie
  • działając przez pośrednika, załatwić promesę wizową.

Pierwsza opcja jest dobra dla mieszkańców stolicy, gdyż w konsulacie trzeba pokazać paszport. Znajoma taki wniosek złożyła na odległość, wysyłając paszporty pocztą.

Koszty: 8$ – promesa, 47 PLN – honorarium pośrednika, 25$ – wiza (płatne na lotnisku w Wietnamie). Prościzna.

Szczepienia

Lecąc do egzotycznych krajów warto się zaszczepić. My ostatecznie zdecydowaliśmy się na podstawowy zestaw, w którym były szczepionki m.in. przeciwko żółtaczce typu A i B oraz dur brzuszny. Oczywiście czytając o chorobach w Azji można się było przerazić. Dur brzuszny, denga, japońskie zapalenie mózgu, malaria. Na niektóre nie było szczepionek. Na inne były, ale efekty uboczne potrafiły być gorsze od samej choroby. Jednak warto się zaszczepić, gdy człowiek jest rozsądny nie powinno mu się nic stać.

Jak się spakować?

Jeżeli planujecie samodzielnie zwiedzić jakiś kraj pociągami i samolotami, zapomnijcie o walizkach na kółkach. To dobre rozwiązanie, gdy wybieramy się na wakacje w jedno miejsce. Gdy zmieniamy miejsce co 2-3 dni tak jak my, najlepiej zmieścić się w plecak 40-50 litrowy. Ubrania po tygodniu można wyprać za kilkanaście złotych i zawsze można coś dokupić. Ja doszedłem do opcji: apteczka, podróżna kurtka przeciwdeszczowa, kocyk do przykrycia, polar, spodnie z odpinanymi nogawkami, krótkie spodenki sportowe, 7 koszulek, 7 par majtek, kilka skarpetek, sandałki i japonki. Resztę zajmuje sprzęt foto, który też ograniczam do minimum (dwa obiektywy). Z żoną jest trochę gorzej, ale mieści się w te 50 litrów… Warto mieć drugi plecak szkolny na codzienne wojaże, można go zabrać jako bagaż podręczny, ale lepiej zmieścić do plecaka, żeby nie nosić go podczas przemieszczania po kraju docelowym.

Wylot z Warszawy do Sajgonu

Lot trwa około 14 h z przesiadką w Doha. Bilety warto kupić wcześniej i zaczaić się na okazję, zazwyczaj udaje się kupić bilet w cenie ok. 2000 zł. Można zrobić to jeszcze taniej lecąc z innego kraju, ale dodając koszty dojazdu i stratę cennych dni, nie zawsze jest to optymalne rozwiązanie.

Lotnisko w Sajgonie

Pierwsza rzecz to wymiana pieniędzy na Dongi, ale uwaga! Nie wymieniajcie wszystkich, na początek wystarczy 100 dolarów. Kurs Donga do Dolara to 22 803, więc otrzymuje się miliony, jak w latach 90 w Polsce. W Wietnamie jest dosyć bezpiecznie, ale warto przeliczyć czy dobrze wydają nam pieniądze i trzymać je rozdzielone w różnych miejscach – nieważne w jakim jesteś kraju. Z międzynarodowego lotniska w Sajgonie od razu zdecydowaliśmy się lecieć na północ kraju do Hanoi i zjeżdżać w dół kraju. Poszliśmy więc na terminal lokalny. Warto wcześniej się zorientować w Internecie, jakie są opcje. Samoloty latają mniej więcej co 1-2 h, a ceny wahają się od bardzo tanich do bardzo wysokich: od ok. 200 zł za bilet do nawet 900 zł. Lot do Hanoi zajmuje około 1 godzinę.

Przylot do Hanoi

Po przylocie jedziemy od razu do hotelu. To jedyny hotel, który zarezerwowaliśmy wcześniej. W naszych podróżach chcemy być jak najbardziej elastyczni i następne hotele wyszukujemy poprzez portal Booking.com – jest ich pod dostatkiem. Jednak ten pierwszy hotel po kilkunastu godzinach lotu warto już mieć. Na pierwszą noc wybieramy lepsze hotele, bo po prostu szybko trzeba się zregenerować. Drogę z lotniska do hotelu najlepiej pokonać busem (ok. 10 zł od osoby), taksówki to ostateczność w każdej podróży, niestety, szczególnie na lotniskach jest drogo, a kierowcy lubią oszukiwać, więc warto ustalić na początku cenę. My, jeśli musieliśmy, korzystaliśmy z Ubera.

Jet Lag

Wylecieliśmy ok. 18 z Polski, a w Hotelu Hanoi byliśmy ok. godziny 18 następnego dnia (trzeba doliczyć 7 godzin do przodu). Po krótkiej drzemce w hotelu kusi człowieka, żeby wyjść na miasto, ale zrobiliśmy to tylko po to, aby coś zjeść. Jak najszybciej trzeba przestawić się na czas lokalny, więc gdy przyjeżdżamy rano nie pozwalamy sobie na długi sen, by w nocy usnąć o godzinie lokalnej, tak jak w domu. Gdy zaniedba się przestawienie, można dochodzić do siebie kilka dni, a na to po prostu nie ma czasu. Najlepsza dzielnica do mieszkania to Hoan Kiem, blisko do głównego deptaka i najważniejszych atrakcji.

Pierwsze wrażenie

Najbardziej lubię ten moment, gdy wychodzimy z lotniska i odczuwamy inny klimat kraju, w którym jesteśmy. Pierwsze co do mnie dociera, to oczywiście temperatura i inna wilgotność powietrza. Azja jest wilgotna i parna, potrzeba kilku sekund, żeby złapać oddech. Następnie widzę te kompletnie inne twarze i inny sposób bycia ludzi – to oczywiście pozory, bo głęboko wierzę, że środku wszyscy jesteśmy tacy sami. W Wietnamie przez wojnę sporo osób zna angielski, więc z dogadaniem się nie ma problemu, choć swojskie migi są zawsze pomocne. Ludzie zachowują się jak stereotypowi Azjaci, są uprzejmi i gdy nawet nie wiedzą co powiedzieć, to uprzejmość nie pozwala im nie odpowiedzieć, więc trzeba uważać, bo potrafią pokierować w kompletnie złą stronę.

Hanoi

Pierwsze nasze spotkanie z wietnamską ulicą. Tysiące straganików, restauracji i setki skuterków. Można było poczuć klimat i historię tego miejsca. Mieliśmy wrażenie, że coś podobnego widzieliśmy w popularnych filmach o Wietnamie. Najlepsze i najbardziej satysfakcjonujące jest jedzenie. Zazwyczaj to uliczne biznesy jednoosobowe. Pani kucharka ma duży garnek zupy Pho lub innej, jakieś mięso na grillu i masę warzyw. Dla gości jest dostępny malutki dziecięcy stoliczek i równie małe stołeczki do siedzenia w kucki – zgodnie możemy powiedzieć, że takiego jedzenia nie zjecie w najlepszej Azjatyckiej restauracji w Polsce, a posiłki kosztują od 5 do 10 zł! Polecamy zupę o nazwie Bún ch?. To jedno z naszych ulubionych dań – proste, ale wymaga kolektywnej pracy wielu osób. Bún ch? grillowana i jedzona w samotności po prostu nie smakuje! Jej sekretem jest ekstremalnie świeże mięso – w Wietnamie ze względu na klimat nie ma mowy o długim przechowywaniu nieprzetworzonych składników. Być może w następnych numerach damy przepis na tę zupę – jeśli chcecie, napiszcie do redakcji Helpa!

Hanoi – stolica i największe obok Ho Chi Minh miasto Wietnamu, usytuowane w Delcie Rzeki Czerwonej, w Tonkinie. Mimo wielokrotnych zniszczeń w Hanoi wciąż istnieje wiele zabytków starej architektury, szczególnie na Starym Mieście (dzielnica Ho?n Ki?m). Jest tu wciąż praktykowanych wiele tradycyjnych rzemiosł, jak formowanie brązu, produkcja wyrobów z laki, grawerstwo czy haft.

Hanoi jako jedno z niewielu miast w Wietnamu jest dosyć dostępne dla niewidomych, na chodnikach są ścieżki naprowadzające. Niestety, ogromny ruch, tłok i szalone przejścia dla pieszych są przerażające dla widzących, a co dopiero dla niewidomych. Oczywiście lokalni niewidomi poruszają się po mieście, ale jest to widok bardzo rzadki.

Szok co krok

Dla Europejczyka wielkie miasta Wietnamu są prawdziwym wyzwaniem. Szokiem natomiast jest organizacja ruchu ulicznego. Na pierwszy rzut oka setki tysięcy pojazdów, od rowerów przez wszechobecne skutery najróżniejszych marek po luksusowe suwy i ciężarówki, niczym lawa, bez żadnego porządku, przelewają się przez ulice miasta. Nikt nie respektuje tu sygnalizacji świetlnej, obowiązującego kierunku ruchu, czy nawet przejść dla pieszych. Powody są dwa.

Po pierwsze, każdy Wietnamczyk od dziecka słyszy, że kolor czerwony to kolor socjalizmu, zwycięstwa i partii, a te nie zatrzymują się przed przeciwnościami losu, lecz pokonują przebojem wszelkie pojawiające się na ich drodze przeszkody. Nikt więc nie respektuje takiej błahostki jak czerwone światło na przejściu. Po drugie, Wietnamczycy nie znają poczucia strachu – wierzą, że skoro nie pokonali ich Mongołowie, Chińczycy, Francuzi ani nawet Amerykanie, nie pokona ich nikt, cóż znaczy więc jadący w ich stronę samochód. Wydawać się może, że na ulicy obowiązuje prawo silniejszego, ale to tylko nasza, europejska logika.

Kiedy chce się przejść przez ulicę, po której płynie nieprzerwana rzeka pojazdów, wystarczy zapomnieć o strachu, zamknąć oczy i przejść nie zatrzymując się pod żadnym pozorem. Pędzące pojazdy jakimś niezrozumiałym cudem potrafią ominąć piechura. I tu dają znać o sobie zakorzenione w wietnamskim prawie zwyczaje. To niesamowite, ale dzieci ze szkoły wracają w ten sposób do domu i nie słychać o wypadkach.

Zdecydowanie warto spędzić w Hanoi przynajmniej 2 dni. My zwiedzaliśmy je przez jeden dzień, następnie służyło nam 3 dni jako punkt wypadowy.

Widzieliśmy:

Hoan Kiem Lake i świątynia Jadeitowa

Oznacza dosłownie w języku polskim jezioro zwróconego miecza. Nazwa ściśle wiąże się z legendą, o której za chwilę. Jezioro jest częścią szerokiej Rzeki Czerwonej. Jednakże w wyniku zmian geologicznych i krajobrazowych odsunęło się od niej i obecnie zlokalizowane jest około dwa kilometry od niej. Bardzo znana legenda głosi, że w XV wieku jeden z ubogich rybaków, którego nazywano Le Loi, został obdarowany wyjątkowym mieczem przez żółwia żyjącego w jeziorze. Były to czasy okupacji chińskiej i walk z wrogiem. Miecz miał nadzwyczajną moc. Rybak użył go podczas walki z Chińczykami. Dzięki niesamowitym właściwościom, jakie posiadał magiczny miecz, pokonał on dynastię Ming, kończąc jej panowanie w dawnym Wietnamie. Za ten niezwykły czyn uhonorowano go i ogłoszono królem. Po koronacji nowy władca udał się nad jezioro chcąc podziękować bogom za ocalenie kraju. Wówczas wydarzyła się historia niezwykła. Z jeziora wynurzył się żółw, a miecz samoistnie wrócił do niego. Ponoć zamienił się on w smoka, uniósł do góry, a następnie zniknął w głębinach jeziora. Król z wdzięczności nakazał zmianę nazwy jeziora na Hoan Kiem. Wybudowano także wieżę, która miała upamiętniać żółwia, który czuwał nad krajem. Od tej pory żółwie stały się symbolem pokoju. Obecnie Hoan Kiem Lake jest miejscem, które bardzo chętnie odwiedzają turyści i mieszkańcy Hanoi. Toń jego wody ma zielony kolor, a głębokość wynosi maksymalnie dwa metry. Dookoła porastają je drzewa, których rozłożystość sprawia, że dają cień i schronienie podczas upalnych dni.

W północnej części jeziora znajduje się Den Ngoc Son, czyli Świątynia Jadeitowa. Została zbudowana na cześć konfucjanisty, taoisty i filozofa oraz bohatera narodowego Tran Hung Dao. W roku 1865 rozbudowano ją i w takim kształcie można ją podziwiać do dziś. Prowadzi do niej czerwony mostek Cau The Huc, czyli Most Witający Słońce. Wewnątrz świątyni wyróżnia się obiekty Thap But, Dac Nguyet i Dinh Tran Ba oraz płytę Dai Nghien, mające znaczenie symboliczne dla Wietnamczyków.

Muzeum Kobiet

Vietnamese Women’s Museum zostało założone przez Związek Kobiet Wietnamskich. Otwarto je w 1995 roku. W latach 2006 i 2010 zostało odnowione. Zlokalizowane jest w centrum Hanoi, zaledwie 500 metrów od jeziora Hoan Kiem. Zadedykowano je w całości mieszkankom Wietnamu, ich roli w historii kraju i obecnie. Misją muzeum jest podniesienie poziomu wiedzy społeczeństwa i zrozumienie historii oraz dziedzictwa kulturowego wietnamskich kobiet, a także przyczynienie się do promowania równości płci. Muzeum Kobiet jest miejscem, w którym zgromadzono wszelkie wyniki badań nad życiem kobiet i kolekcje różnorodnych zbiorów. Łącznie zebrano około 28000 artefaktów, które można podziwiać na dość dużej powierzchni. Są one podzielone na zbiory specjalne, takie jak tekstylia, metale, drewno, papier, ceramikę, wyroby ze skóry, rogu, gleby i szkła. Wystawa stała została podzielona na trzy części: Kobiety w Rodzinie, Kobiety w Historii i Kobiety w Modzie. Dotyczą one bardzo złożonego życia wietnamskich kobiet i ich roli w życiu kraju.

Świątynia literatury

Bez wątpienia jedną z największych atrakcji stolicy Wietnamu jest Świątynia Literatury. Spośród prawie 200 świątyń w Hanoi ta jest prawdopodobnie najwspanialsza. Została wybudowana w 1070 roku przez króla Lý Thánh Tông ku czci chińskiego filozofa Konfucjusza. Na początku pełniła rolę religijną, natomiast po kilku latach zaczęła być miejscem edukacyjnym, powstał tu pierwszy Narodowy Uniwersytet. Świątynia Literatury położona jest na południe od Mauzoleum Ho Chi Minha i Pagody na Jednej Kolumnie w ruchliwym centrum miasta. Otoczona jest wysokim murem, co sprawia, że wchodzimy do oazy spokoju.

Świątynia Literatury składa się z pięciu dziedzińców (ustawione jeden za drugim) symbolizujących pięć elementów natury: wodę, ogień metal, drewno i ziemię. Środkiem prowadzi droga, która przeznaczona była dla króla, natomiast bocznymi ścieżkami wchodzili urzędnicy, wojskowi, uczniowie, nauczyciele…

Mauzoleum Ho Chí Minha

Lăng Ch? t?ch H? Chí Minh – monumentalna budowla ulokowana na placu Ba Đ?nh w Hanoi, w której spoczywa wietnamski przywódca H? Chí Minh, twórca Demokratycznej Republiki Wietnamu. Ho Chi Minh pozostawił niezatarty ślad w historii Wietnamu. W Hanoi nadal uznawany jest za największego lidera kraju. Czczą go niemal wszyscy i potocznie nazywają „wujkiem Ho”.

Prace nad mauzoleum rozpoczęły się 2 września 1973 r. jednak jego budowa formalnie została zainaugurowana 29 sierpnia 1975 r. Za inspirację posłużyło Mauzoleum Lenina w Moskwie, ale do budowli dodano też wiele elementów z typowo wietnamskiej architektury, jak chociażby pochyły dach. Fasadę wyłożono szarym granitem, a wnętrze szarymi, czarnymi i czerwonymi, gładkimi kamieniami. Na portyku mauzoleum umieszczono napis „Ch? t?ch H? Chí Minh” (Przewodniczący H? Chí Minh). Zabalsamowane ciało przywódcy spoczywa w centralnej sali budynku, przy którym wartę pełni straż honorowa. Ciało leży w szklanym sarkofagu z przyćmionymi światłami.

Budowla mierzy 21,6 m wysokości i 41,2 m szerokości. Otaczają ją dwie schodkowe platformy widokowe. Plac przed mauzoleum składa się z 240 zielonych kwadratów podzielonych ścieżkami. W ogrodach otaczających budynek rośnie prawie 250 gatunków roślin i kwiatów, które pochodzą z różnych regionów Wietnamu.

Park Lenina

To park, w którym bawi się masa dzieci i można poobserwować lokalną społeczność. Ciekawostką jest pomnik Lenina, który jest czczony w Wietnamie podobnie jak w Rosji.

Water Puppet Show

Jest takie miejsce w Hanoi, do którego warto zajrzeć i zostać choć na chwilkę. Nie opera to, nie kino, nie teatr w dosłownym tego słowa znaczeniu. Można tutaj być widzem spektaklu i to całkiem niebanalnego. Musimy się przyznać, że zmęczeni po pierwszym dniu prawie odpuściliśmy to show – byłby to wielki błąd! Teatr Kukiełek w Hanoi powstał w XX wieku i odniósł niemały sukces. Jednak jego korzenie sięgają do XI wieku, bowiem tradycja marionetek na wodzie zrodziła się wówczas we wsiach delty Rzeki Czerwonej i należy do najważniejszych wydarzeń kulturalnych w północnych prowincjach Wietnamu. Stąd uważa się tę część kraju za kolebkę lalek na wodzie. Scenę, stanowiącą tło, tworzy jezioro, czyli rodzaj zbiornika przypominającego basen. Z kolei bohaterowie odgrywający główne role to drewniane lalki wystrugane z niezwykłą precyzją i polakierowane. Wsparte są na prętach bambusowych i sterowane przez ludzi. Obok wyjątkowej sceny i marionetek główną rolę odgrywa muzyka grana na instrumentach ludowych: bębny, drewniane dzwonki i dzwoneczki, bambusowe flety, rogi i cymbały. Muzyka przejmująca, żywa i związana z tradycjami wietnamskimi. Jej dźwięki stanowią doskonałe połączenie z akcją, która ma miejsce na scenie. Grane utwory opowiadają wietnamskie historie. Są to zarówno opowieści ludowe, jak i legendy.

Te punkty zaliczyliśmy jednego dnia, na piechotę (bez zwiedzania mauzoleum Ho Chi Minha od środka) jest to plan dość wymagający.

Wycieczka na Ha Long Bay – widoki jak z pocztówki

Jedno z najbardziej znanych i popularnych miejsc w Wietnamie, które trzeba odwiedzić. Widoki są niesamowite, spełniają oczekiwania o egzotycznym kraju widzianym w telewizji, zresztą jak cały Wietnam!

V?nh H? Long – zatoka w północnej części Wietnamu, odnoga Zatoki Tonkińskiej, leżąca w pobliżu miasta H? Long (ok. 164 km na południowy wschód od Hanoi). Zajmuje powierzchnię 1500 km?, na której rozsianych jest ok. 1900 skalistych wysp i wysepek. Większość wysp ma formę wapiennych słupów wyłaniających się wysoko ponad powierzchnię wody. Wapienne podłoże sprzyja powstawaniu licznych jaskiń i grot. W rosnących tu lasach deszczowych występuje duża różnorodność świata zwierzęcego i roślinnego. W 1962 wietnamskie Ministerstwo Kultury, Sportu i Turystyki ustanowiło zatokę „pomnikiem krajobrazowym”. W 1994 UNESCO umieściło ją na swojej Liście Światowego Dziedzictwa.

Wycieczkę warto wykupić w hotelu lub w biurze wycieczek, których jest pełno na każdym kroku (ceny są porównywalne, a firmy współpracują ze sobą) można wybrać wycieczkę jedno– lub dwudniową z noclegiem na statku. My zdecydowaliśmy się na jednodniową. Wcześnie rano wyjazd spod hotelu busikiem, trasa ok. 4h do przystani Ha Long Bay. Na miejscu przesiadka na prom. W cenie wycieczki może być lunch na statku (napoje dodatkowo płatne). Rejs po zatoce, zwiedzanie dwóch wysp, wejście do jaskiń, postój na samodzielne pływanie po zatoce. Do wyboru kajaki lub tzw. bamboo boat kilkuosobowe z wioślarzem, jeśli zdrowie pozwala, polecam kajaki!

Sleeping Bus

Tego samego dnia po powrocie z Ha Long Bay wybraliśmy nocny autobus (sleeping bus) do Sa Pa. To typowy środek transportu w Azji. Wygodny, z łóżkami na dwóch piętrach do spania, dla Europejczyka nawet niewysokiego tak jak ja (1,75 m) łóżka są trochę za krótkie, ale jedzie się przyjemnie, a noc mija szybko, można przykryć się użyczanym bezpłatnie kocem. W autobusach można nawiązać nowe znajomości i wymienić się wrażeniami z innymi podróżnymi, zazwyczaj 80% to turyści.

Homstay w Sa Pa – bliskie spotkanie z Wietnamską rodziną

Do Sa Pa dotarliśmy z samego rana, bo od godziny 4.00 do 7.00 rano pozwolili nam spać w autokarze. Gdy wychodzi się z autobusu, natychmiast pojawiają się kobiety w tradycyjnych kolorowych strojach, proponując nocleg. Można zostać na nocleg w Sa Pa w hotelu, ale lepszym rozwiązaniem jest popularny homestay. Lokalsi wiedzą kiedy przyjeżdża autobus z Hanoi i czekają na turystów na przystanku, oferują homestay w pobliskich wioskach. Można wybrać opcję z dowozem lub samemu dojechać skuterem. My wybraliśmy tę drugą opcję, a tak naprawdę nie mieliśmy wyboru, bo namiary na Homestay mieliśmy już wcześniej od znajomych. Trochę baliśmy się u kogoś zamieszkać bez wcześniejszego polecenia. Te obawy były bezpodstawne, ale o tym później. Mając adres w ręku: wioska Ta Phin, Mrs. May, poszliśmy wypożyczyć skuter. Po krótkich negocjacjach udało się wziąć najmocniejszą maszynę, jaka była dostępna. Jechaliśmy jednym skuterem we dwójkę w górzystym terenie, więc warto było mieć te kilka koni więcej. Zaczęło padać. Poprosiliśmy o mapę i wskazówki dojazdu i sami dojechaliśmy do wioski (ok. 12 km). To było dosyć długie 12 kilometrów: najpierw miasto, w którym przepisy drogowe są traktowane dosyć luźno, następnie podróż po górskich kamiennych ścieżkach w deszczu. Gdy już mokrzy, ale szczęśliwi dojechaliśmy do Ta Phin, zapytaliśmy o panią May, oczywiście okazało się, że wszyscy tu nazywają się May. Na szczęście mieliśmy telefon i właściwa pani May się odnalazła.

Sa Pa to nieduże miasteczko z chłodniejszym klimatem w północnym Wietnamie w prowincji L?o Cai. Zostało założone przez Francuzów w czasach kolonialnych. Położone wysoko w górach, leży na wysokości ok. 1600 m n.p.m., na wzgórzach oddzielonych głęboką doliną od masywu Phan Xi Păng (3143 m n.p.m.), zwanego „Dachem Indochin”. Jest zasłużenie popularne wśród turystów ze względu na wspaniałe górskie widoki, piękną scenerię, tarasy ryżowe, przyjemny klimat oraz sielską atmosferę. W okolicach Sapy żyje kilka różnych mniejszości etnicznych – plemion górskich. Powstająca infrastruktura turystyczna zmieniła całkowicie gospodarczy charakter rejonu. Rolnicza dotychczas ludność przestawiła się na produkcję wyrobów rękodzielniczych i usługi turystyczne.

Atrakcje:

  • pobliskie wioski, piękne widoki na tarasy ryżowe
  • wodospady Love i Silver Waterfall (wycieczka na 1 dzień)
  • kąpiele w baliach z ziołami (świetne po górskich spacerach).

Wietnamskie góry mają do zaoferowania o wiele więcej niż tylko piękne widoki czy możliwość zrobienia wspaniałych zdjęć. To, co urzeka większość przyjezdnych, także i nas, to możliwość spotkania przedstawicieli różnych mniejszości etnicznych. Kwieciści H’mongowie w wielokolorowych pasiastych spódnicach, Dzao z ogromnymi turbanami czy też skromni Czarni i Biali H’mongowie dziarsko przemierzają górskie tereny, pracują w polu, na plecach noszą swoje pociechy, wyszywają kolorowe chusty, dbają o dom i rodzinę. Jak już pisaliśmy, wybraliśmy Homstay (zakwaterowanie u rodziny) w wiosce Ta Phin. Przez 2 dni mieszkaliśmy, jedliśmy i żyliśmy razem z wietnamską rodziną. Poznaliśmy kulturę plemiona Dzao, z którego pochodzi Pani May, dowiedzieliśmy się, że to kobiety w Sa Pa odgrywają główną rolę. Chętnie uczą się angielskiego i chodzą na uniwersytety, są też główną siłą roboczą: to kobiety można spotkać na straganach i polach – jest to bardzo ciężka praca. Zrozumieliśmy też, jak inaczej społecznie zorganizowany jest ten kraj. Jednak mimo wszystko potwierdziliśmy to, co podróże pokazują nam od dawna – ta rodzina nie różniła się bardzo od takiej z Polski. Przy kolacji było dużo śmiechu, cała rodzina, a szczególnie dzieci, były ciekawe nas i Polski. A tata mimo, że nie znał angielskiego, chętnie z nami siedział i dzielił się winem ryżowym. Bardzo trudno było nam się rozstać, ale musieliśmy ruszać dalej.

Szalony powrót

Powrót z Ta Phin był wzywaniem. Najpierw rano pojechaliśmy na skuterze do Sa Pa, oddaliśmy go do wypożyczalni, wsiedliśmy w autobus do Hanoi (ok. 8 h) i wróciliśmy do hotelu – naszej „bazy wypadowej”, gdzie zostawiliśmy bagaże – do Sa Pa chcieliśmy zabrać jak najmniej, żeby na skuterach nie przeszkadzały nam plecaki. Tego samego dnia udaliśmy się na wieczorny pociąg do Ninh Binh.

Altix w Madrycie!

W dniach 17-19 Listopada 2017 roku Altix był wystawcą na targach TifloInnova ONCE w Hiszpanii! Zaprezentowaliśmy mówiące plany dotykowe, prace tyflograficzne, multimedialne terminale informacyjne, książki i tabliczki brajlowskie. Największym zainteresowaniem cieszyły się nasze drewniane gry dla niewidomych, takie jak chińczyk czy warcaby oraz oprogramowanie do translacji brajla Euler.

TifloInnova 5.0 … Globalna technologia

ONCE jest gospodarzem wystawy pod hasłem „TifloInnova 5.0 … Globalna technologia”. Po raz kolejny TifloInnova – to już piąta edycja – zgromadziła wystawców z całego świata, umożliwiając odwiedzającym zapoznanie się z najnowszymi innowacjami i rozwiązaniami.

TifloInnova jest obecnie jednym z najlepszych miejsc spotkań technologicznych, platformą wymiany informacji, uczenia się (z pierwszej ręki) o nowych trendach, analizowania najnowszych i nadchodzących produktów. Wystawa odbywa się co dwa lata już od 10 lat. W tym roku zgromadziła 33 wystawców, a odwiedziło ją około 3000 gości.

ONCE – najbogatszy związek niewidomych w Europie

Narodziny ONCE w 1938 roku były możliwe dzięki połączeniu szeregu czynników historycznych i społecznych, w wyniku czego powstała unikalna organizacja członkowska, która jest nieporównywalna z niczym innym na świecie. Wyjątkowy moment polityczny w historii Hiszpanii i odwaga grupy niewidomych mężczyzn i kobiet, którzy nie zgodzili się na ich marginalizowanie w społeczeństwie i potwierdzili swoje liczne umiejętności, to dwa kluczowe elementy, które przyczyniły się do powstania ONCE.

Instytucja ta położyła fundamenty pod system specjalistycznych usług socjalnych dla osób niewidomych, który dziś stanowi podstawę stowarzyszeń dla niewidomych na całym świecie i jest wymaganym standardem dla specjalistów usług socjalnych. Jest to system, który kładzie nacisk na rehabilitację jako podstawę do przezwyciężenia przeszkód wynikających z braku wzroku i na rozwój społeczny, zawodowy i osobisty. Samodzielność, usługi edukacyjne, normalizacja pracy i powszechna dostępność to tylko niektóre elementy składające się na strukturę usługową ONCE.

Codzienna życzliwość społeczeństwa hiszpańskiego zapewnia niezbędne wsparcie finansowe dla tej instytucji, którą Hiszpanie uważają za swoją. Wsparcie jest realizowane poprzez zakup losów w loterii „Cupón” i w innych grach losowych sprzedawanych przez ONCE. Środki uzyskiwane z loterii są tak duże, że ONCE, poprzez swoją Fundację, przeznacza część dochodów na rzecz innych grup osób niepełnosprawnych.

CIDAT – Ośrodek Badawczy ONCE

CIDAT jest Ośrodkiem Badawczym ds. Badań, Rozwoju i Wdrażania Urządzeń Technicznych w ONCE, w zakresie urządzeń wspomagających i technologii dla niewidomych i niedowidzących.

Jest to dział w obrębie ONCE odpowiedzialny za zarządzanie produkcją, pozyskiwaniem, dystrybucją urządzeń dla osób niewidomych i niedowidzących oraz za dostarczanie wszystkich niezbędnych zasobów do adaptacji stanowisk pracy i studiów. Poza tym koordynuje wszystkie działania badawcze, rozwój, projektowanie i produkcję, podejmowane w ramach technologii pomocniczej na poziomie instytucjonalnym.

Personel CIDAT to ponad 65 wysoko wykwalifikowanych pracowników. Posiada wystarczającą wiedzę techniczną do obsługi różnych obszarów zainteresowania Ośrodka.

Madryt

Madryt (hiszp. Madrid) – stolica i największe miasto Hiszpanii, położone w środkowej części kraju na Wyżynie Kastylijskiej u podnóża Sierra de Guadarrama nad rzeką Manzanares.

Centrum administracyjne ma powierzchnię 606 km? i liczbę ludności 3,2 mln. Region autonomiczny Comunidad de Madrid ma powierzchnię 8022 km? i liczbę ludności prawie 6,5 mln. Jest to trzecie co do wielkości miasto Unii Europejskiej (po Londynie i Berlinie) oraz trzeci co do wielkości monocentryczny obszar miejski w UE (po Londynie i Paryżu). Madryt jest siedzibą rządu, parlamentu, ministerstw, agencji i innych przedstawicielstw międzynarodowych, jak też oficjalną rezydencją króla Hiszpanii. Na płaszczyźnie ekonomicznej Madryt jest czwartym najbogatszym miastem w Europie (po Londynie, Paryżu i Moskwie) oraz trzecim w ramach UE. Madryt jest siedzibą Światowej Organizacji Turystyki, należącej do ONZ. Mieszczą się tutaj instytucje związane z regulacją języka hiszpańskiego w świecie m.in.: Akademia Języka Hiszpańskiego czy Królewska Akademia Hiszpańska. Miasto jest wpływowym ośrodkiem kulturalnym na świecie. Swoją siedzibę ma tu wiele prestiżowych instytucji, np. Muzeum Prado, Muzeum Narodowe Centrum Sztuki Królowej Zofii czy Muzeum Thyssen-Bornemisza, które znajdują się w gronie jednych z najczęściej odwiedzanych muzeów na świecie.

Pochodzenie nazwy miasta

Istnieje kilka teorii dotyczących pochodzenia nazwy „Madryt”. Według legendy Madryt został założony przez Ocno Bianora (syna króla Toskanii i Mantui Tyrrheniusa); został on pierwotnie nazwany „Metragirta” lub „Mantua Carpetana”, inni zaś twierdzą, że pierwotną nazwą tego miasta była „Ursaria”, ze względu na dużą liczbę niedźwiedzi znalezionych w sąsiednich lasach, które wraz z drzewkiem truskawkowym („madro?o” w języku hiszpańskim) stały się herbem miasta od czasów średniowiecza.

Niemniej jednak powszechnie uważa się, że obecna nazwa miasta pochodzi z II wieku p.n.e., kiedy to Imperium Rzymskie ustanowiło osadę nad brzegiem rzeki Manzanares. Termin Madryt przechodził w różnych okresach historii ewolucje. W VII wieku, od czasu islamskiego podboju Półwyspu Iberyjskiego, zmieniono nazwę na „al-Majr??” (z arabskiego „Mayra”), co oznaczało odniesienie wody (w tym przypadku rzeki Manzanares) jako „drzewa” lub „dawcy życia”. We współczesności nazwa „Madrid” („Madryt” w jęz. polskim) wyewoluowała od słowa „Matrit” w języku mozarbic, która to nazwa jest używana w chwili obecnej.

Co warto zobaczyć?

Sercem miasta jest Puerta del Sol (Brama Słońca) – owalny plac otoczony ze wszystkich stron kremowymi XVIII-wiecznymi domami. Jest to hiszpański „kilometr zero”, oznaczony płytą chodnikową naprzeciwko wieży zegarowej – punkt, od którego mierzy się wszystkie odległości i główne drogi Hiszpanii. Na środku placu znajduje się posąg brązowego niedźwiedzia, zjadającego owoce z drzewa poziomkowego (nawiązanie do herbu Madrytu), ulubione miejsce randkowiczów. W Sylwestra o północy zbierają się tu mieszkańcy, by zgodnie z tradycją zjeść 12 winogron, jedno po każdym uderzeniu zegara. U wylotu Calle del Carmen – jednej z promieniście odchodzących od placu ulic – stroi trójwymiarowy herb Madrytu.

Atrakcję stanowi również Plaza Mayor (Główny Plac), będąca pozostałością z XVII w., i choć przestała już być centrum miasta, przyciąga wielu mieszkańców. Mówi się o niej „teatr pod niebem Madrytu”. Jest przestronna, wybrukowana i zamknięta dla ruchu kołowego. Plaza Mayor jest symbolem Madrytu. Dziewięć bram otwiera się na plac wzniesiony na kolumnadach. Można tu zobaczyć m.in. freski na Casa de la Panaderia i pomnik Filipa III na koniu.

Plaza de Oriente – istotnym elementem Madrytu jest Palacio Real (Pałac Królewski) – po tym jak w Wigilię Bożego Narodzenia 1734 r. spłonął doszczętnie alkazar Habsburgów, Filip rozpoczął budowę gmachu bardziej odpowiadającego potrzebom dynastii Burbonów. Pałac wznosi się na pozostałościach starożytnego zamku obronnego Alcazar, pochodzącego z epoki Habsburgów.

Plaza de Espa?a (Plac Hiszpański) – zamknięty z dwóch stron wysokimi wieżowcami jeden z głównych placów Madrytu. Pośrodku placu hiszpańskiego znajduje się wysoki biały cokół – pomnik Cervantesa, przed nim na postumencie wzniesiono wielkie posągi Don Quijote’a i Sancho Panzy wraz z ich wiernymi wierzchowcami, po bokach zaś dwie rzeźby z piaskowca przedstawiają ukochaną rycerza – Dulcyneę.

Brama Europy – miasto doskonale łączy ze sobą architekturę historyczną pochodzącą sprzed wieków z elementami nowoczesnej architektury, której przykładem jest Puerta de Europa – są to dwie, bliźniacze wieże 115 metrowej wysokości, nachylone ku sobie pod kątem 15 stopni.

Gran Vía – jest jedną z najbardziej reprezentacyjnych arterii Madrytu. Ciągną się wzdłuż niej wysokie budynki o ciekawej architekturze – niektóre zwieńczone wieżami. Całości dopełniają sklepy, restauracje, kina, hotele.

Plaza de Cibeles – nazwa tego placu pochodzi od uchodzącej za wizytówkę miasta Fuente de Cibeles – fontanny z posągiem frygijskiej bogini płodności Kybele. Znajduje się tu również Palacio de Comunicaciones – gmach poczty głównej, zbudowany w latach 1904–1917 z zachowanym bizantyjskim stylem oraz neobarokowy Palacio de Linares, mieszczący instytucje związane z Ameryką Łacińską.

Plaza Cánovas del Castillo – plac ten rozpoczyna aleję Paseo del Prado; jego środek zajmuje Fuente de Neptuno – Fontanna Neptuna. W pobliżu znajdują się: Muzeum Prado, które powinien odwiedzić każdy, Muzeum Thyssen-Bornemisza prezentujące dzieła malarstwa zachodnioeuropejskiego z XV–XX w. i klasycystyczny Congreso de los Diputados, czyli Kortezy, niższa izba parlamentu hiszpańskiego.

Muzeum Prado działa od 1918 r. w budynku z 1785 r. Zbiory muzeum tworzy dawna kolekcja królów Hiszpanii, w której znajdują się dzieła takich twórców jak: Francisco Goya, Diego Velázquez, Bartolomé Esteban Murillo, czy Francisco de Zurbarán. Warto zwrócić uwagę na Las Meninas (Panny dworskie, 1656 r.), dzieło Velazqueza przedstawiające infantkę Małgorzatę wśród jej dwórek i autoportret samego artysty. Niedaleko znajduje się dodatkowy budynek muzealnego kompleksu Prado, Casón del Buen Retiro, gdzie znajdują się skarby sztuki hiszpańskiej z XIX wieku.

Plaza de Colón (pol. Plac Kolumba) – wraz z przylegającym do niego parkiem Jardines de Descubrimiento – stanowi cały węzeł komunikacyjny miasta. Pod placem ma swoją siedzibę Centrum Kulturalne Madrytu, nad nim zaś wznosi się potężna neogotycka kolumna z posągiem odkrywcy Ameryki, otoczona fontanną. Przy placu mieści się także gmach Biblioteki Narodowej i Muzeum Archeologicznego.

Plaza de Toros de las Ventas – to madrycka arena do walki byków, zbudowana w latach 1929–1931. Jej czerwony mur zdobią łuki i ceramiczne płytki, przed nią zaś ustawiono dwa pomniki sławnych matadorów. Prócz walk odbywają się tu również koncerty rockowe, a także zawody z cyklu Red Bull X Fighters. Mieści ona niemal 25 tys. widzów i jest to największa arena w całej Hiszpanii oraz jedna z najważniejszych na świecie.

Fani piłki nożnej z pewnością nie odmówią sobie wizyty na stadionie Santiago Bernabeu, będącym siedzibą jednego z najlepszych klubów piłkarskich świata – Realu Madryt. Macierzysty obiekt mistrzowskiego klubu udostępniany jest turystom. Można zwiedzać nie tylko trybuny czy wejść na murawę, ale nawet zajrzeć do szatni i łazienek. Od strony Calle del Padre Damian znajduje się sklep, w którym można kupić pamiątki i gadżety ulubionego klubu oraz reprezentacji Hiszpanii.

Madryt to miasto żyjące głównie nocą. Lokale otwarte są aż do świtu. Największe skupisko barów jest w centrum miasta. Najbardziej uczęszczany jest rejon ulic Huertas i Plaza de Santa Ana oraz okolice Alonso Martinez oraz Plaza de Santa Barbara. Dzielnica Moncloa i Arguelles skupiają głównie studentów i młodszą klientelę. Madryckie bary proponują różnorodną ofertę muzyczną. Dużą atrakcją jest wizyta w klubach zapraszających śpiewających kompozytorów, tzw. cantautores.

W aglomeracji Madrytu znajdują się trzy obiekty z listy światowego dziedzictwa UNESCO: Escorial – monumentalny architektoniczny zespół pałacowo-klasztorno-biblioteczny, uniwersytet i historyczny okręg Alcalá de Henares oraz kulturowy krajobraz Aranjuez wraz z pałacem królewskim.

Od baru do baru

Współczesna kuchnia łączy tradycyjne potrawy z wytrawnymi narodowymi daniami. Typową madrycką potrawą są callos (flaki) oraz cocido madrile?o – gulasz z grochem, jarzynami, mięsami oraz peklowiną. Podawane jest również besugo al horno, bacalao, chuletones oraz kastylijska zupa z czosnkiem.

Najlepszym sposobem na poznanie madryckich specjałów kulinarnych jest przechadzanie się od baru do baru i degustowanie kulinarnych specjalności – co jest starym madryckim zwyczajem. Oczywiście jedzeniu zwykle towarzyszy hiszpańskie (aczkolwiek niekoniecznie) wino oraz piwo.

Dużą kulinarną atrakcją Madrytu są wyroby cukiernicze. Ich wyrób związany jest z obchodzonymi świętami w ciągu roku. Turrón i marcepany to słodkości podawane w czasie świąt Bożego Narodzenia. Z kolei Torrijas i huesos de barquillos spożywa się w czasie Wielkiego Tygodnia Wielkanocnego. Narodowe Święto San Isidro obfituje w barquillos i rosquillos. Zimą mamy okazję do spróbowania bunuelos de viento. Natomiast o każdej porze roku śniadania obfitują w słodkie churros oraz porras.

Prócz kuchni tradycyjnej, bardzo lubiane i serwowane w wielu restauracjach są dania z różnych zakątków świata – począwszy od kuchni arabskiej, a skończywszy na kuchni iberoamerykańskiej.

Dostępne miasto

Madryt jest miastem przyjaznym niewidomym: większość chodników, metro i inne środki komunikacji miejskiej są dostosowane. Na przykład autobusy i przejścia są udźwiękowione, a chodniki wyposażone w dotykowe ścieżki naprowadzające, coraz częściej widuje się plany tyflograficzne.

Nie zobaczyć Madrytu, to nie poznać Europy.

Źródło: pl.wikipedia.org

Altix w Californii

W dniach 21-23 marca firma Altix brała udział w konferencji i wystawie CSUN w San Diego! To jedno z największych na świecie cyklicznych wydarzeń poświęconych niepełnosprawności. W tym roku odbyło się już po raz trzydziesty trzeci.

W wystawie sprzętu dla osób niepełnosprawnych wzięło udział ponad 120 wystawców z całego świata. Altix był jednym z nich! Zaprezentował produkty tyflograficzne, plany mówiące i bazy udźwiękowione SoundBox, TouchIt, tabliczki i książki brajlowskie oraz oprogramowanie do składu brajla Euler 2.0. Dużym zainteresowaniem cieszyły się także nasze usługi audytów miejsc publicznych i stron internetowych oraz prototypy nowych produktów tyflograficznych.

Organizatorzy CSUN zaplanowali wiele ciekawych warsztatów, wystąpień i paneli dyskusyjnych dotyczących dostępności: dokumentów i stron internetowych, telefonów, komputerów, obszaru usług, przestrzeni publicznej i miejsc pracy.

Ciekawe produkty

Nasi eksperci na wystawie, poza prezentacją własnych rozwiązań, szukali także nowych produktów, które Altix wprowadzi do swojej oferty. Oto najciekawsze z nich:

BuzzClip – echolokacja dla każdego

BuzzClip to mały klip, który można przyczepić do koszuli lub zawiesić na szyi. BuzzClip za pomocą ultradźwięków wykrywa przeszkody i powiadamia o nich niewidomego użytkownika wibrując. Przeszkody mogą mieć różną wysokość, nawet do wysokości użytkownika.

Jest bardzo poręczny i nie zwraca na siebie uwagi, chyba, że zauważy coś, o czym bez jego wibracji niewidomi nie wiedzą, a nie lubią spotykać na swojej drodze. Waży zaledwie 62 gramy i jest bardzo dyskretny!

Taptilo – nowe urządzenie do nauki brajla

Taptilo jest urządzeniem, które sprawia, że nauka brajla jest łatwa dla każdego. Jest wyposażone w innowacyjną technologię odświeżalnego brajla. Można je podłączyć do telefonu, dzięki któremu łatwiej nim sterować. Taptilo posiada dwa rzędy po dziewięć około 10-krotnie powiększonych komórek brajlowskich. Pierwszy rząd wyświetla litery, drugi służy do ich układania. Każdą komórkę można odłączyć od urządzenia i układać litery brajlowskie, a następnie odłożyć je na miejsce. Urządzenie dzięki syntezie mowy poinformuje użytkownika czy została ułożona odpowiednia litera – w ten sposób można budować zdania, przechodzić przez różnego rodzaju testy i ćwiczenia, które uczą brajla.

Orcam i inne urządzenia rozpoznające tekst i otoczenie

Na CSUN zaobserwowaliśmy wysyp urządzeń korzystających z kamery oraz oprogramowania do rozpoznawania tekstu, ludzi, przedmiotów. Najczęściej takie urządzenie jest zamontowane na oprawce okularów i jest połączone kablem z jednostką centralną o rozmiarze paczki papierosów. Wystarczy aktywować je gestem dłoni i palców, po czym wystarczy popatrzeć choćby na osobę przed sobą, by system opisał to, co widzi. Przykładowo opis może brzmieć „przed tobą jest mężczyzna” lub, gdy zakodujemy w systemie twarz danej osoby wraz z jej danymi, urządzenie rozpozna i odczyta użytkownikowi nazwisko tego człowieka.

Innym zastosowaniem jest odczytywanie napisów i treści. Wystarczy wskazywać palcem tekst lub używając gestu „zakreślić go”, a system odczyta treść na głos. Ułatwi to nie tylko czytanie gazet, książek, ale też pisanych drobnym drukiem etykiet na towarach, nominałów banknotów, niezbyt wyraźnych oznaczeń ulic, etc. Urządzenie ma także możliwość wykorzystania tłumacza, który przyda się choćby podczas odczytywania napisów w menu restauracji, na opakowaniu, podczas podróży zagranicznej – nazwy ulic, dokumentów, etc.

Kolejnym zastosowaniem jest rozpoznawanie przedmiotów. System odczyta i zinterpretuje kształt, kolor, czasem nawet fakturę i materiał. Altix niebawem wprowadzi takie urządzenia do swojej oferty.

Prawie w Meksyku, czyli słoneczne San Diego

To położone w stanie Kalifornia miasto, które uznaje się za piątą z najbogatszych metropolii w USA. Historia San Diego, od momentu założenia, liczy już prawie 300 lat, chociaż informacje o zamieszkujących te ziemie Indianach datowane są na około 10 tysięcy lat wstecz. San Diego słynie z łagodnego klimatu – średnia temperatura roczna wynosi tam +18 stopni. Główne gałęzie gospodarki stanowią: przemysł obronny, elektroniczny, a także turystyka. Prężnie działają stocznie czy fabryki metalu. To miasto jest również ostoją jednego z najbardziej wykształconych społeczeństw – ponad 40% mieszkańców powyżej 25. roku życia zdobyło tytuł licencjata. W tej przeszło milionowej metropolii znajduje się 18 uczelni wyższych, spośród których najbardziej popularne to Uniwersytet Kalifornijski, State University czy Alliant International University.

Historia

Okolice San Diego były zamieszkane już 10 tys. lat temu przez Indian Kumeyaay. W 1542 roku dopłynął tu Juan Rodríguez Cabrillo, portugalski odkrywca podróżujący pod hiszpańską banderą. Cabrillo ogłosił, że zatoka należy do Hiszpanii i nazwał miejsce San Miguel.

W 1602 roku w okolice dzisiejszego San Diego przybył Sebastián Vizcaíno, aby stworzyć mapę Kalifornii. Vizcaíno postanowił nazwać dzisiejsze rejony Mission Bay i Piont Loma San na cześć świętego Dydaka (hiszp. San Diego). W 1769 powstał tam pierwszy fort w okolicy dzisiejszego Old Town San Diego State Historic Park, a w 1797 roku – misja chrześcijańska Mission San Diego de Alcalá prowadzona przez franciszkanina, ojca Junípero Serra.

Pierwsze zabudowania miejskie w San Diego powstały w okolicach dzisiejszego Old Town San Diego State Historic Park. Lokalizacja nie była jednak idealna – ludzie osiedlili się zbyt daleko od oceanu, portu i szlaków żeglugi. Pod koniec lat 60. XIX wieku tutejszy kupiec Alonzo Horton postanowił przenieść główną część miasta na brzeg oceanu, tam, gdzie obecnie znajduje się centrum (Downtown). Zbudował pierwsze budynki i namówił do tego samego innych zamożnych mieszkańców. Miasto zaczęło bardzo dynamicznie się rozwijać.

Położenie

Miasto położone jest na południowo-zachodnim krańcu Kalifornii i kontynentalnego USA, ok. 2 godzin jazdy samochodem od Los Angeles. Na południu graniczy z Meksykiem. Po stronie meksykańskiej znajduje się miasto Tijuana. Na zachodzie – Ocean Spokojny, na wschodzie – pasmo gór (Laguna Mountains) i pustynny Park Stanowy Anza-Borrego. Samo miasto poprzecinane jest kanionami, przepływa przez nie rzeka San Diego (ang. San Diego River).

Atrakcje turystyczne

Balboa Park z licznymi muzeami, zabytkowymi XIX-wiecznymi i XX-wiecznymi budynkami w stylu hiszpańskim i ogrodami.

Old Town – stare miasto.

Downtown San Diego – centrum miasta, w którym pierwsze kamienice powstały w drugiej połowie XIX wieku, z Little Italy, starą dzielnicą włoskich rybaków i Gaslamp Quarter, odrestaurowanym XIX-wiecznym kompleksem ulic z latarniami gazowymi.

San Diego-La Jolla Underwater Park – podwodny park narodowy z wieloma gatunkami ryb i ptaków, m.in. rekiny szare, lwy morskie, albatrosy, wieloryby (przepływają nieopodal w czasie corocznej migracji z Hawajów na Alaskę.

Ocean Beach – dzielnica położona nad oceanem. W latach 60. stała się centrum ruchu hippisowskiego, porównywana do Haight-Ashbury w San Francisco. Charakter z lat 60. i 70. dzielnica zachowała do dzisiaj. Jest tam wiele barów, spółdzielni (np. działająca od lat 70. People’s Organic Food Co-op), sklepów vintage, sklepów z żywnością organiczną, hemp shops itp.

Plaże – m.in. w dzielnicach Pacific Beach, Ocean Beach, Mission Beach, La Jolla.

Wyspa Coronado i zabytkowy wiktoriański Hotel del Coronado – największy drewniany budynek w USA.

Hillcrest – malownicza dzielnica stanowiąca od końca lat 60. XX wieku centrum ruchu LGBT, z licznymi barami i klubami. Co roku odbywa się w niej San Diego Pride Parade.

La Jolla – kurort z La Jolla Cove (skalista zatoka z morskimi jaskiniami) i La Jolla Childrens Pool (osłonięta falochronem plaża, rezerwat).

San Diego Zoo z pandami wielkimi oraz Frozen Zoo przy San Diego Zoo Conservation Research.

Torrey Pines Reserve – pocięty kanionami nadmorski rezerwat przyrody z unikalną sosną Torrey pine.

San Diego river estuary – ujście rzeki San Diego z roślinnością słonolubną i ptactwem.

Star of India – żaglowiec-muzeum.

USS Midway (CV-41) – lotniskowiec-muzeum.

SeaWorld San Diego – jeden z bardziej znanych w USA parków rozrywki m.in. z orkami i delfinami.

Co zobaczyliśmy w San Diego?

Na pierwszy ogień poszedł Point Loma i Cabrillo National Monument. Point Loma to miejsce, „gdzie zaczęła się Kalifornia”. W 1542 roku wylądował tu portugalski żeglarz Juan Rodríguez Cabrillo. Mamy nadzieję, że Portugalczycy nie obrażą się za hiszpańską pisownię. Oba narody mocno walczą o tę postać. I tę rywalizację widać na Point Loma. Skoro wszędzie pisze się o hiszpańskiej wyprawie Cabrillo, to dla równowagi pół wieku temu Portugalczycy postawili tablicę ku czci portugalskiego żeglarza i jeszcze dorzucili pisownię nazwiska po swojemu. Amerykanie przejmują się tym tak mocno, jak Rosjanie sporem czy Mickiewicz był Polakiem czy Litwinem.

Stara latarnia na Point Loma to ikona San Diego, którą można zobaczyć na różnych znaczkach czy pocztówkach. Wybudowana w połowie XIX wieku wygląda bardzo zgrabnie, a jednocześnie dostojnie. W środku zrekonstruowano pokoje jednego z latarników, który wiódł tam pustelnicze (o ile można tak napisać) życie z rodziną. Żyli w osamotnieniu, 18 mil spaceru krętą dróżką od San Diego. Niezbyt często więc się wybierali na zakupy czy do kawiarni.

Wszystkie rozrywki mieli na miejscu. Piękno przyrody, codziennie wiatr idealny na puszczanie latawców, na początku każdego roku tysiące migrujących wielorybów, przepływające statki, muszelki, kraby, itp. Sielanka.

Na wzgórzu jest pomnik Cabrillo z portugalską tablicą oraz fantastyczny widok na San Diego. To też doskonały punkt obserwacyjny lotniska. Jest ono przy samym centrum miasta i wejściu do zatoki San Diego. Kiedy stoi się na szczycie Point Loma, samoloty są mniej więcej na tej samej wysokości w odległości zaledwie 1-2 kilometrów. Z tej strony podchodzą chyba głównie samoloty wojskowe, a startują cywilne. Główny kierunek lądowania samolotów cywilnych jest z drugiej strony – znad centrum. Przelatują one wtedy tuż nad budynkami. Wygląda to niesamowicie, ale dla mieszkańców zbyt fajne nie jest.

Na Point Loma jest też baza wojskowa. Obejrzeć można tylko budkę z wystawą przedstawiającą działanie baterii artyleryjskich na wybrzeżu. Pokazano nam jak namierzano pozycję statków i czym je ostrzeliwano. Tak naprawdę chyba nigdy nikogo nie ostrzelano – japońskie okręty nigdy nie podpłynęły tak blisko.

Coronado – najdroższe miejsce do życia w USA

Samo Coronado na to nie wygląda, ale w 2000 roku zostało ogłoszone najdroższym miejscem do życia w USA. Jak przystało na tak drogie miejsce, głównym pracodawcą jest amerykańska armia, która ma na wyspie bazę marynarki. Prowadzący tam most Coronado Bridge, który – jak większość amerykańskich mostów – mnie oczarował, jest bardzo stromy (średnio ponad 4 procent nachylenia) i bardzo wysoki – nawet największe niszczyciele muszą pod nim przepłynąć. Coronado ma urokliwą główną ulicę oraz swoją najsłynniejszą atrakcję – Hotel del Coronado. Zbudowany w stylu wiktoriańskim w 1888 roku miał lepsze i gorsze momenty. Najlepszym było na pewno nakręcenie w nim wielu scen do „Pół żartem, pół serio”. Potem, w latach 70-tych, przyszedł lekki upadek, a teraz znowu jest na fali wznoszącej. Wygląda jak z innej bajki, jest ogromny (ma 757 pokoi), luksusowy i ma piękną plażę, gdzie powstają fantastyczne zamki z piasku.

USS Midway – szczęściarz na emeryturze w San Diego

To najdłużej służący lotniskowiec w amerykańskiej armii – odsłużył w niej 50 lat, a potem trafił do San Diego na emeryturę. Naprawdę warto tam wpaść choćby na chwilę. Zwiedzać można prawie wszystko, idąc od góry przez mostek kapitański, pokład startowy, hangary, kajuty zwykłych marynarzy, pilotów, oficerów, kapitana, kończąc na maszynowni. Wystawionych do oglądania jest też kilkadziesiąt samolotów i helikopterów. Do wielu można wejść i poczuć się jak pasażer czy pilot. USS Midway służył w armii tyle czasu, że jeśli chodzi o maszyny latające, przeżył kilka rewolucji. Przekrój czasowy widać na obu pokładach.

Stojąc na górnym można zdać sobie sprawę, jak mało miejsca mają samoloty na start. Największe wrażenie robi chyba katapulta parowa, która ma na 100 metrach nadać samolotowi takie przyspieszenie, żeby wystartował. Te niecałe dwie sekundy piloci opisują jako przeżycie nieporównywalne z niczym innym.

Zoo, czyli pandy w San Diego

Niestety, można się zawieść, po opisach spodziewałem się miejsca dużo bardziej interaktywnego, z dużą ilością opowiadających strażników, ale poza ogromnym rozmiarem, zoo w San Diego można porównać np. do zoo w Warszawie.

Największymi zaletami tego zoo jest wspomniany fakt, że jest po prostu duże i można tam chodzić godzinami. Do tego jest ładne i wciągające. No i chyba najważniejsze – są tam pandy i niedźwiedź polarny! Pandy stanęły na wysokości zadania i się pokazały, a miś dumnie pływał w swoim basenie!

Old Town i smaki Meksyku

Old Town San Diego State Historic Park to stare miasteczko zbudowane w pierwszej połowie XIX wieku, wykorzystywane jako plan filmowy w westernach. Wygląda jak osada meksykańska i jest jedną z najciekawszych atrakcji San Diego. To właśnie tam możemy poczuć się jak w Meksyku czy Miasteczku USA w którym mieszkają Meksykanie, możemy tam też spróbować kuchni meksykańskiej.

A Meksyk to kulinarny raj na ziemi – jeśli ktoś lubi fasolę. Nie bez powodu kuchnia meksykańska nazywana jest jedną z najlepszych na świecie i nie bez powodu w 2010 została wpisana na listę niematerialnego dziedzictwa UNESCO. Wszystko jest pyszne, świeże, kolorowe i bardzo aromatyczne.

Meksykanie nie utrudniają sobie życia – gotują z pasją, ale używają do tego najprostszych składników (tylko w najdroższych restauracjach serwują dania z kaktusem czy z wykwintnymi owocami morza).

Smaki Meksyku

Kuchnia meksykańska to przede wszystkim limonka, która dodawana jest absolutnie do wszystkiego, od dań obiadowych i zup, po słodkie desery. Możecie nie dostać sztućców, ale łódeczkę zielonej cytrynki macie jak w banku. Na stole króluje również chili (a wyróżnić można prawie 100 rodzajów i odmian), tabasco i ostra salsa pomidorowa. Na szczęście, w przeciwieństwie do Azji, Meksykanie dają turystom wybór i wszystkie ostre przyprawy możemy dodać sobie sami, wedle własnych upodobań.

Podstawą kuchni meksykańskiej jest również bardzo charakterystyczna kolendra dodawana do mięs, kanapek i bulionów, fasola w każdej postaci (w Meksyku występuje aż 20 gatunków!) oraz awokado podane w formie guacamole, sałatki lub dodatku samego w sobie. Kurczaka i wieprzowinę najczęściej marynuje się w fajicie, czyli w przyprawie złożonej z mieszanki mąki kukurydzianej, kuminu, chili w proszku, czosnku, cukru, pieprzu i słodkiej papryki. Dobrze przygotowana potrafi dodać daniu niesamowitego aromatu i smaku.Każdemu daniu towarzyszą również małe placuszki tortilli oraz prosta sałatka. Ważnym składnikiem jest również kukurydza podawana na milion sposobów, tłusta śmietana, majonez i ketchup.

Kraina tacos!

Mówisz Meksyk – myślisz tacos? No i masz rację! Tacos to najpopularniejsze danie w kuchni meksykańskiej, składające się z malutkiej tortilli z mąki kukurydzanej oraz masy dodatków (do wyboru: z kurczakiem, serem, fasolą, kiełbasą chorizo, podrobami, mieloną wieprzowiną lub wegetariańskie). Całość skrapia się oczywiście limonką i zalewa aromatycznym guacamole lub salsą pomidorową. Ich zaletą jest zdecydowanie sposób oraz szybkość przygotowania. Istnieje tak duża ilość wariacji na temat tacos, że nigdy się nie nudzą.

Warto spróbować tortas – to odpowiednik naszej kanapki. W gigantycznej bułce znajdziemy mix mięs, sałaty, pomidorów, awokado i majonezu, a przy niewielkiej dopłacie również stopiony, ciągnący się ser.

Burrito meksykańskie czy amerykańskie?

Burrito lub taco de harina – to potrawa pochodząca z Meksyku i kuchni Tex-Mex, ale wymaga oddzielnego omówienia. Słowo burrito w języku hiszpańskim dosłownie oznacza „osiołek”, pochodzi od słowa burro, co oznacza „osioł”. Składa się z pszennej tortilli (w odróżnieniu od tortilli do tacos robionych z mąki kukurydzianej), która jest zawinięta wokół farszu. Tortilla zwykle jest lekko zgrillowana lub podgrzana na parze w celu jej zmiękczenia i uelastycznienia. W Meksyku jedynym wypełnieniem jest zazwyczaj fasola, meksykański ryż lub mięso i tortilla jest mniejsza. W Stanach Zjednoczonych nadzienie zawiera bogatszą kombinację składników, takich jak meksykański ryż, fasola, sałata, salsa, mięso, guacamole, ser i śmietana, a rozmiary tortilli są różne – niektóre burritos są znacznie większe niż ich odpowiedniki meksykańskie. Ja preferuję zdecydowanie wersję Amerykańską!

Ciekawostki

Z San Diego pochodzi wielu znanych ludzi, spośród których można wymienić Cameron Diaz, Betsy Russel czy Tony’ego Hawka oraz zespoły: Pearl Jam oraz Blink 182. W San Diego produkuje się telefony – są tutaj zakłady takich firm jak Sony, Nokia czy Novatel. Co ciekawe, drugie pod względem obsługiwanego ruchu lotnisko w USA, znajduje się właśnie w tej miejscowości.

San Diego to jedyne w swoim rodzaju miejsce, w którym można poznać świat widziany oczami uśmiechniętych Amerykanów oraz poznać kulturę meksykańską. To miejsce, do którego każdy z nas, przynajmniej raz w życiu powinien pojechać, żeby zrozumieć czym jest Kalifornia i Ameryka, którą widzimy w TV.

Altix na Bliskim Wschodzie, część 2

Wystawa SightMe

W dniach 13-15 lutego 2018 roku ponownie odwiedziliśmy Zjednoczone Emiraty Arabskie! Nasze produkty tyflograficzne cieszyły się tak dużym zainteresowaniem na AccessAbillities w Dubaju, że postanowiliśmy ponownie wziąć udział w wystawie odbywającej się w okolicach Dubaju – Sight Me w Expo Centre Sharjah. Zaprezentowaliśmy wiele ciekawych rozwiązań dedykowanych osobom z dysfunkcją wzroku, między innymi mówiące plany dotykowe oraz program do składu brajla Euler 2.0.

W odróżnieniu do AccessAbllities, SightMe poświęcona jest wyłącznie niewidomym. Spotkaliśmy tam więc wiele znajomych firm i twarzy. Wśród prawie 50 wystawców z całego świata byli między innymi: Freedom Scientific, Dolphin, Human Ware, Optelec, Braillo, a nawet Japoński Nippon Telesoft. SightMe jest imprezą mniejszą, która odbywa się co dwa lata, odwiedzają ją jednak praktycznie wszyscy niewidomi w kraju. Przez 3 dni mają odpowiednią ilość czasu, aby zapoznać się ze wszystkimi produktami. Ludzie są bardzo przyjaźni i ciekawi nowości, z wielką radością odkrywali kształty naszych tyflografik. Jedną z ciekawostek był specjalny namiot, w którym można było spożywać arabskie potrawy w ciemnościach, by poczuć się jak niewidomy. Jednym z celów imprezy jest bowiem edukacja społeczeństwa dotycząca praw i potrzeb osób z dysfunkcją wzroku, dlatego też wielu gości to osoby widzące, urzędnicy, nauczyciele i dzieci z okolicznych szkół. Przedstawianie im produktów takich jak nasze to duża przyjemność, ponieważ z wielką atencją podchodzą do wszelkich szczegółów, jakby te produkty były dla nich samych. To jedna z różnic kulturowych, odróżniająca Arabów od Europejczyków. Kolejną ciekawostką jest sposób traktowania kobiet. Specyficzne tutaj są traktowane kobiety niewidome – szczególnie z bogatszych domów. Zazwyczaj ubrane w czarne szaty, tzw. burki, z mocnym makijażem oczu lub w przeciwsłonecznych okularach, ze złotymi ozdobami na ramionach lub rękach, są prowadzone przez kobiety lub mężczyzn, którzy nie mają prawa ich dotykać. Niewidome kobiety trzymają na przykład kartkę, która oddziela je od prowadzącego mężczyzny. W tej sytuacji prezentacja naszych produktów bez dotykania była nie lada wyzwaniem.

Sharjah – trzecie miasto w UAE

Sharjah (Szardża) w którym odbyła się wystawa, jest trzecim pod względem ludności miastem kraju. Z powodu dużej dysproporcji w cenach mieszkań, miasto jest zamieszkałe przede wszystkim przez ludzi pracujących w Dubaju. Wielu turystów wybiera właśnie je ze względu na niższe ceny, ładne plaże i około 30-minutową odległość od Dubaju. Szardża jest stolicą emiratu o tej samej nazwie – to największy i jeden z najpiękniejszych krajów wchodzących w skład Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Historycznie Szardża (Ash-Sh?riqah) była jednym z najbogatszych miast w regionie i najważniejszym portem w Zatoce Arabskiej. To tu, w 1932 roku, powstało pierwsze międzynarodowe lotnisko na wybrzeżu zatoki. W 1971 roku Szardża stała się częścią Federacji Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Zima najlepsza na zwiedzanie

Najlepszy czas na odwiedzenie emiratu to listopad do kwietnia; jest tam wtedy najlepsza pogoda, dni są ciepłe i słoneczne, a wieczory chłodniejsze, z niską wilgotnością powietrza. Temperatura w ciągu dnia wynosi od 18°C do 30°C, a w nocy spada do 12°C. Od maja do września jest bardzo gorąco, temperatury w lipcu, sierpniu i wrześniu, osiągają ponad 40°C przy dużej wilgotności powietrza. Noce są wtedy bardzo ciepłe, a temperatury przekraczają 30°C.

„Bogate” muzea

Władcą Szardży i Członkiem Rady Najwyższej ZEA jest Jego Wysokość Szejk Mohammad bin Sultan dr Al Quasimi, który panuje od 1972 roku. Władca ten dba o ochronę dziedzictwa i kultury emiratu. W starej części stolicy zachowały się dawne bazary, meczety i budynki mieszkalne. W sąsiedztwie malowniczego deptaku Corniche znajduje się Centrum Sztuki w pięknie odrestaurowanych kamienicach oraz XVIII-wieczny meczet. Jest tu także kilka ciekawych muzeów. W Muzeum Morskim można zobaczyć tradycyjne, drewniane żaglowe łodzie dhow, używane do żeglugi jako statki handlowe oraz do rybołówstwa i połowu pereł.

Kalendarz pełen imprez

Szardża słynie też ze światowej klasy festiwali, takich jak Festiwal Światła (w lutym), podczas którego międzynarodowi artyści, wykorzystując nowoczesne technologie oświetleniowe 3D, tworzą magiczną atmosferę, opowiadają historię ewolucji kulturalnej emiratu. Codziennie wieczorem przychodziliśmy nad jezioro Khalid oglądać widowisko razem tłumami widzów – i było to wspaniałe doświadczenie! Dalej w kalendarzu mamy kolejne imprezy: Festiwal Wodny (Sharjah Water Festival) – odbywa się w grudniu każdego roku wraz z Mistrzostwami Świata Motorówek Grand Prix Sharjah. Międzynarodowe Targi Książki na przełomie października i listopada to najstarsza i największa impreza tego typu w regionie, przyciągająca międzynarodowych wydawców, autorów i miłośników książek. Jednym z najbardziej popularnych festiwali w regionie jest Międzynarodowy Festiwal Koni Arabskich, ściągający w marcu do Szardży wielu miłośników koni arabskich, oraz Dni Dziedzictwa Szardży. Ten coroczny karnawał upamiętnia dziedzictwo kulturowe mieszkańców Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Jezioro Khalid i okolice

Większość czasu spędziliśmy w okolicach Jeziora Khalid, a idąc dalej promenadą przez park Al Majaz docieraliśmy do Al Noor Mosque, czyli przepięknego meczetu, który wygląda niesamowicie o każdej porze dnia! Miałem okazję obserwować go za dnia, podczas zachodu słońca i o zmierzchu. Zdecydowanie zadbano tutaj o odpowiednie oświetlenie, przez co świątynia przykuwa uwagę każdego. Zaraz obok meczetu znajduje się kolejna przestrzeń zielona – AlNakheel Oasis, czyli miejska oaza palmowa przez mieszkańców wykorzystywana jako zwykły park. Naprzeciw oazy oraz meczetu stworzono sztuczną wyspę na jeziorze. Wybudowano na niej park motyli. Można tam dotrzeć specjalnie wybudowanym mostem pieszo-rowerowym. Sam budynek wygląda bardzo ciekawie, zwłaszcza o zmierzchu, kiedy jego elewacja zmienia kolory.

Jedzenie ciekawsze niż w Dubaju!

Dzięki temu, że Szardżę zamieszkuje mniej turystów, mieliśmy szansę skosztować więcej kuchni arabskiej niż w Dubaju i lepiej poznać kulturę tego kraju. Termin „kuchnia arabska” obejmuje potrawy pochodzące z krajów świata arabskiego i w każdym z tych regionów znacznie się różni. Wspólnymi elementami są: upodobanie do warzyw (bakłażan, pomidory, papryka, cukinia, pietruszka, cebula, czosnek), owoców (granaty, cytryny, figi), ziół i przypraw, ryżu, kasz (unika się ziemniaków) oraz roślin strączkowych, zwłaszcza ciecierzycy i soczewicy. Długo nie musieliśmy szukać, a znaleźliśmy restaurację prowadzoną przez Syryjczyków, w której pracowała cała rodzina. Posiłki spożywaliśmy w miłym towarzystwie, ponieważ do restauracji przychodziły całe rodziny. Dla kultur Bliskiego Wschodu ogromne znaczenie ma wspólne spożywanie posiłków we wspólnym gronie. To wspaniała okazja do spędzenia czasu z najbliższymi. Tradycyjnie w dawnych czasach każdy posiłek był jedzony razem, jednak obecnie, ze względów praktycznych, w wielu rodzinach śniadanie ma nieco luźniejszy charakter. Wspólne biesiadowanie zostało ograniczone do obiadu, który stanowi największy i najbardziej obfity posiłek w ciągu dnia.

Orientalne przyprawy i aromaty

Berberys – małe, jaskrawoczerwone jagody pochodzącego z Iranu krzewu berberysu mają orzeźwiający, kwaskowaty smak. Jagody berberysu dodaje się do dań jednogarnkowych, omletów oraz potraw z ryżu.

Kwiat róży – suszone wydrążone płatki róży dodaje się do przyprawy ras-el-hanout i do konfitur. Wodą różaną, którą otrzymuje się przez silne rozcieńczenie olejku różanego, perfumuje się desery.

Pomarańcze – sałatkę pomarańczową doprawianą wodą z kwiatów pomarańczy podaje się w krajach arabskich na deser, a w Maroku także na przekąskę.

Limonki – w Iranie, Iraku, rejonie Zatoki Perskiej oraz w Egipcie limonki stosuje się tak jak cytryny, do nadawania potrawom kwaskowatego smaku. Do dań dodaje się je w całości lub sproszkowane i gotuje razem z potrawą.

Sumak – przed pojawieniem się cytryny kwaskowe owoce sumaka były w kuchni arabskiej dodatkiem zakwaszającym. W Syrii, Palestynie, Libanie oraz Iraku sumakiem posypuje się sałatki, ryby, drób oraz szaszłyki.

Owoce tamaryndowca – owoce te w rejonie Zatoki Perskiej stosuje się do nadawania słodko-kwaśnych nut smakowych potrawom rybnym i warzywnym. Strąki tamaryndowca zawierają pastę o intensywnym, kwaskowatym smaku.

Tahina – pasta sezamowa stosowana w kuchni wschodnioarabskiej i egipskiej.

Harissa – ostra pasta z dodatkiem chili, czosnku, soli, ziół oraz przypraw z olejem. W kuchni północnoafrykańskiej harissę dodaje się do dań jednogarnkowych, zup, kuskusu oraz potraw mięsnych.

Prohibicja

Z ciekawostek: emirat Shajrah jest jedynym w ZEA, w którym obowiązuje bezwzględna prohibicja. W praktyce oznacza to, że nie ma tam sklepów z alkoholem, w hotelach nie serwują drinków, a pechowcy przewożący alkohol w aucie, zatrzymani przez policję, mogą mieć kłopoty. W żargonie mówi się, że to emirat suchy.

Czy warto?

Szardża to kierunek niskobudżetowy, od Dubaju jest tańsza nawet o 30-40%, co także widać gołym okiem. Jednakże jeśli wybierasz się na Bliski Wschód, to nie po to, by czuć się jak w Bangkoku, Nowym Jorku czy Paryżu, prawda? Niektóre części Dubaju czy Abu Dhabi, przypominają, a raczej chcą naśladować słynne miejsca w Europie, Stanach czy na Dalekim Wschodzie. To nie ma sensu. Jeśli chcesz zobaczyć Luwr, jedziesz do Paryża, a nie do Abu Dhabi.

Sharjah pod tym względem jest podręcznikowa i zdaje egzamin na piątkę. Będąc tu nie ma się wątpliwości gdzie się jest. Niemalże każdy budynek, sklep, bar i człowiek na ulicy jest taki, jakiego spodziewasz się ujrzeć na Bliskim Wschodzie. Polecam!

Altix na Bliskim Wschodzie, część 1

Altix od wielu lat realizuje swoją strategię eksportową. Mamy nadzieję, że nasze produkty tyflograficzne, docenione w Polsce i w Europie, znajdą nabywców również poza granicami Unii Europejskiej. Pomagają nam w tym dofinansowania ze środków europejskich oraz dobra znajomość rynków zagranicznych, którą uzyskaliśmy poprzez kontakty z producentami różnorodnych, oferowanych przez nas produktów. Staramy się wykorzystać nasze korzystne położenie geograficzne oraz rekomendacje naszych partnerów handlowych.

Na przełomie roku 2017/2018 Altix odwiedził Hiszpanię oraz dwukrotnie Zjednoczone Emiraty Arabskie. O Hiszpanii napiszę w którymś z następnych numerów Helpa. Teraz w kilku słowach przedstawię wyprawę do egzotycznych Emiratów.

Część 1: AccessAbilities Expo w Dubaju

W dniach 7-9 listopada 2017 r. wystawialiśmy się na targach AccessAbilities Expo w Dubaju. Targi odwiedziło 6000 osób, a zaprezentowało się 148 wystawców z 41 krajów. Altix jako jedyna firma z Polski przedstawił swoje najnowsze produkty służące mi.in. dostosowywaniu przestrzeni do potrzeb osób z dysfunkcją wzroku: mapy i plany tyflograficzne, terminale multimedialne, tabliczki brajlowskie i magnigraficzne, oprogramowanie do składu brajla Euler, publikacje naszej drukarni oraz drewniane gry planszowe. Największym zainteresowaniem cieszyły się produkty działu tyflografiki, a w szczególności Multimedialne Terminale Informacyjne. Nie było to dla nas zaskoczeniem, ponieważ to właśnie w Emiratach Arabskich postawiono sobie za cel dostosowanie wszelkich instytucji publicznych do wszystkich rodzajów niepełnosprawności.

Targi AccessAbilities Expo to impreza poświęcona wszystkim niepełnosprawnym, nie tylko niewidomym. Mogliśmy więc zapoznać się z różnymi rozwiązaniami technologicznymi i dotrzeć do nowych klientów. W Emiratach wiele uwagi poświęca się osobom niesłyszącym oraz innym z problemami komunikacyjnym, na porządku dziennym są aplikacje do transmisji video, które instaluje się w urzędach, a dzięki nim urzędnicy łączą się z tłumaczami języka migowego i mogą swobodnie obsługiwać osoby niesłyszące. Podobnie każdy urząd posiada powiększalniki i drukarki brajlowskie, dostosowane są budynki dla osób na wózkach, powoli instalowane są linie dotykowe dla niewidomych oraz plany tyflograficzne. Jeszcze 3 lata temu metro było niedostępne, a teraz mogliśmy przetestować ścieżki dotykowe dla niewidomych. Usłyszeliśmy zapewnienia, że już niebawem będą zainstalowane plany tyflograficzne, a perony zostaną udźwiękowione. W Dubaju te kwestie traktuje się na serio, dlatego wszystkie ministerstwa i urzędy wystawiły się na targach i dumnie prezentowały, w jaki sposób już są dostosowane. W Dubaju nie do pomyślenia jest, aby nie wykonać zarządzenia Szejka Muhammada ibn Raszid Al Maktuma, który jest premierem i wiceprezydentem Zjednoczonych Emiratów Arabskich, a to właśnie on, uznawany za bardzo postępowego, ogłosił, że Emiraty nie będą nowoczesne, dopóki nie staną się dostępne dla wszystkich swoich obywateli.

Problemy Dubaju

Dubaj niestety ma swoje problemy. To prawda, że urzędy są dostępne, a szkoły dobrze wyposażone. To jednak Dubaj, przynajmniej dla nas Europejczyków, głównie niepełnosprawnych, jest trudnym miejscem do poruszania się. W Dubaju jest wysoki wskaźnik wypadków na drogach (prawie co 3 minuty). Przez wypadki drogi są często zablokowane. Praktycznie nigdzie nie da się dostać pieszo, bo po prostu nie ma chodników. Można się poruszać metrem – od stacji do stacji, które – co ciekawe – jest obecnie największym metrem całkowicie sterowanym automatycznie, albo samochodem. Trzeba wspomnieć o autobusach, ale nie mieliśmy odwagi z nich skorzystać – służą jako środek transportu dla najbiedniejszych. Oczywiście na problem poruszania się niepełnosprawnych znaleziono rozwiązanie. Wszyscy niepełnosprawni, jeżeli tego potrzebują, mają zapewniony transport samochodem – rozwiązanie w Europie nie do pomyślenia, a w Dubaju oczywiste. W metrze można spotkać samodzielnie poruszających się niepełnosprawnych, ale są to wyjątki. Wygodniej jest przecież dojechać do pracy lub szkoły samochodem z szoferem.

O Dubaju

Dubaj – miasto w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, stolica emiratu Dubaj. Leży przy południowym wybrzeżu Zatoki Perskiej i jest największym i najbardziej zaludnionym miastem w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. W 2016 liczyło ok. 2,5 mln mieszkańców.

Dubaj był niegdyś niewielką wioską rybacką słynącą z połowu pereł. Rozkwit miasta datuje się na lata 80., kiedy to utworzono specjalną strefę ekonomiczną nastawioną na inwestorów, w której nie obowiązują opłaty celne czy korporacyjne podatki.

Większość populacji Dubaju to obcokrajowcy m.in. z Azji Południowej i Azji Południowo-Wschodniej, a 25% populacji ma korzenie irańskie. W Dubaju mieszka także m.in. ponad 100 tys. Brytyjczyków. Rząd ZEA nie zezwala na żadną formę naturalizacji dla obcokrajowców. Prawie wszystkie komercyjne zakłady są prowadzone przez obcokrajowców przy współpracy lokalnego przedsiębiorcy, który zapewnia licencję za odpowiednią opłatą. Liczne strefy wolnego handlu umożliwiają obcokrajowcom nabycie pełnej własności. Powiększa się także liczba willi i apartamentów na sztucznych wyspach, np. Wyspy Palmowe oraz w wielu częściach Dubaju, takich jak The Greens, Dubai Marina, International City.

Decyzja rządu o przejściu z gospodarki uzależnionej dochodowo od wydobycia ropy na nastawioną na usługi i turystykę uczyniła nieruchomości bardziej wartościowymi i skutkowała tzw. „boomem” budowlanym w latach 2004-2006. Budowy na dużą skalę uczyniły z Dubaju jedno z najszybciej rozrastających się miast, porównywalne jedynie z największymi miastami Chin.

Najwyższy budynek na świecie i inne ambitne budowle

Rozwój budowlany zaowocował powstaniem projektów na wodzie (Palm Islands, The World) i na lądzie (Dubai Marina, Burdż Chalifa, Business Bay i Dubailand). Prace nad projektami prowadzą największe firmy na tamtejszym rynku: Emaar Properties, Al Nakheel Properties i Dubai Properties. Aspiracje rządzącego szejka są odzwierciedlone przez ultranowoczesną architekturę, unikatowe wieżowce, takie jak Emirates Towers, które są dwunastym i dwudziestym czwartym budynkiem na świecie pod względem wysokości oraz Burdż al-Arab (Wieża Arabska), czyli hotel-żagiel wybudowany na sztucznej wyspie.

W 2009 Emaar Properties oddało do użytku budynek, który z wysokością 850 m jest najwyższą konstrukcją wybudowaną przez człowieka. Budowa, rozpoczęta 21 września 2004, zakończyła się 16 sierpnia 2009. Wysokość budowli wynosi 829 metrów i została osiągnięta 17 stycznia 2009. Budynek ma 163 piętra użytkowe. Oficjalne jego otwarcie nastąpiło 4 stycznia 2010, a koszt budowy to 1,5 miliarda dolarów. Burdż Chalifa zaprojektowany został przez przedsiębiorstwo architektoniczne Skidmore, Owings and Merrill, które projektowało także budynki Sears Tower oraz Wieżę Wolności.

Ogólny wygląd i plan wieży nawiązuje do kwiatu pustyni oraz architektury islamu (różne ornamenty). Wieżowiec składa się z centralnego rdzenia oraz trzech „ramion” – w miarę wzrostu wysokości wieżowca są one coraz mniejsze, co nadaje mu smukłość i niezbędną aerodynamikę. Na samym szczycie centralny rdzeń przechodzi w iglicę wieńczącą budynek. Najniższe piętra wieży zostały przeznaczone na hotel, którego wystrojem zajął się Giorgio Armani. Obok Burdż Chalifa wybudowano największe centrum handlowe na świecie – The Dubai Mall, również ukończone w 2009 roku. Już wkrótce Burj Khalifa może stracić tytuł najwyższego budynku świata. Emaar Properties rozpoczęło w Dubaju budowę kolejnej inwestycji – „The Tower”. Deweloper nie ujawnia ostatecznej wysokości projektu, zapewnia jednak, że „The Tower” będzie wyższy niż Burj Khalifa. Spekuluje się, że przekroczona zostanie bariera 1000 metrów. Otwarcie planowane jest na 2020 rok, kiedy Dubaj będzie gospodarzem Expo.

Realizowany jest także projekt Business Bay, który ma być nowym centralnym dystryktem biznesowym Dubaju. Gdy projekt zostanie ukończony, będzie składał się z 500 wieżowców wybudowanych wokół sztucznego poszerzenia istniejącej Cieśniny Dubajskiej. W lutym 2005 roku rozpoczęła się budowa Dubai Waterfront, który będzie 2,5 razy większy od Waszyngtonu i siedem razy większy od Manhattanu. Dubai Waterfront będzie stanowił kompleks kanałów oraz wysp pełnych hoteli i budynków mieszkalnych. Cały projekt spowoduje wydłużenie linii brzegowej kraju o 500 mil.

Dubaj założył także Dubiotech, park umożliwiający firmom z branży biotechnologicznej prace nad genetyką, lekarstwami i obroną biologiczną. Celem parku jest rozwój tego sektora w Dubaju.

Co jeść?

Dubaj to miejsce, które kojarzy się z ogromnym bogactwem i przepychem. Sporo osób ma wrażenie, że trzeba mieć bardzo gruby portfel, aby móc sobie pozwolić na luksusy, jakie mogą nam zaserwować Emiraty. To prawda, żeby skorzystać z najwyższej klasy dobrodziejstw, warto zabrać walizkę z pieniędzmi.

To właśnie tutaj jest jedyny 7-gwiazdkowy hotel na świecie – Burj Al Arab, w którym cena noclegu w pokoju typu Royal oscyluje w granicach 45 000 zł. Można również udać się do ociekających luksusem sklepów czy restauracji, w których będziemy musieli zostawić fortunę.

To nie oznacza jednak, że Dubaj jest dostępny tylko dla najzamożniejszych. Miasto przyjmuje miliony turystów każdego roku i każdy z nich znajduje sporo atrakcji na swoją kieszeń. Jedni wylegują się na plaży, inni omiatają wzrokiem widoki, jakie serwowane są z licznych tarasów widokowych, a jeszcze inni biegają odhaczając kolejne atrakcje, jakie gotuje dla nich miasto.

Dubaj prezentuje ogromny wachlarz restauracji i barów. Ilość i zróżnicowanie tego typu miejsc pokazuje nam niezwykle multikulturową twarz miasta. My, na przykład, w starej dzielnicy – Deirze – znaleźliśmy lokal, w którym zjedliśmy obfity obiad dla dwóch osób z napojami za niecałe 30 zł. Był absolutnie wyśmienity. Takich miejsc na starym mieście jest całe mnóstwo. Jako, że w Dubaju trudno o lokalną kuchnię, stare miasto obfituje w kuchnie hinduskie, libańskie, pakistańskie czy irańskie. Takie lokale są z reguły bardzo małe, ale można w nich naprawdę tanio i smacznie się posilić.

Brakuje lokalnej kuchni, ale oczywiście znajdzie się kilka popularnych pozycji, których nie da się przeoczyć:

Hummus – pasta z gotowanych i przetartych nasion ciecierzycy. Smakuje dużo lepiej niż ta, którą możemy nabyć w polskich marketach.

Mutabal – pasta z bakłażanów. Jedliśmy w kilku miejscach i za każdym razem zaskakiwała.

Labneh – ser pochodzenia libańskiego robiony z jogurtu. Najprostszy ser na świecie. Można go przygotować w domu – jest pyszny!

Tabbouleh – libańska odmiana sałatki warzywnej z pomidorów i bulguru, z dodatkiem cebuli, czosnku, ogórka i czerwonej papryki. Smak i aromat sałatki tabbouleh wzbogacony jest miętą, cytryną i natką pietruszki, co nadaje jej fajnej świeżości.

Oczywiście wedle potrzeb znajdziemy tutaj również kuchnię francuską, japońską, tajską i wiele, wiele innych. W zależności od lokalizacji i standardu, będą one różniły się cenami. Rozpiętość cenowa potrafi być bardzo duża, ale właśnie dlatego miasto jest tak elastyczne dla odwiedzających. Aczkolwiek najlepiej jeść tam, gdzie jedzą lokalni mieszkańcy, dlatego polecamy każde miejsce, gdzie serwuje się kuchnię hinduską, libańską, pakistańską czy irańską.

Dobrą wiadomością dla osób, które nie lubią lub nie chcą wydawać pieniędzy w restauracjach, będzie informacja, że ceny w sklepach są podobne do cen w Polsce! Ogromny Carrefour, do którego trafiliśmy, był bezapelacyjnie najobficiej wyposażonym marketem, w jakim byliśmy do tej pory. Ilość świeżych ryb czy owoców morza rozkładała na łopatki.

Bardzo popularne są daktyle przygotowane na 1000 sposobów. Morze egzotycznych owoców i oczywiście bardzo wygodne stoisko typu „weź i idź”, aż uginało się od wszelkiego rodzaju przekąsek. Można tam kupić absolutnie wszystko, pomijając alkohol, który w Dubaju turyści mogą nabyć tylko w hotelach i restauracjach posiadających licencję.

Co zwiedzić?

Dubaj nie jest miastem z wielką historią, dlatego dla wielu może nie być miejscem, które zainteresuje na dłużej. Dubaj to głównie plaże, hotele i ultranowoczesne miasto. Jednak jest w nim kilka atrakcji, które niezaprzeczalnie warto zobaczyć, przynajmniej raz w życiu.

Fontanny przy Dubaj Mall

Jednymi z ciekawszych atrakcji są przepiękne pokazy fontann. Za każdym razem jest to zupełnie inny układ i muzyka. Każdy, kto odwiedzi Dubaj, powinien ten przepiękny spektakl zobaczyć. Pokazy odbywają się o 13:00 i 13:30 oraz od godziny 18:00. Wieczorne pokazy robią jeszcze większe wrażenie, ponieważ pojawia się również gra świateł, a na Burj Khalifa w tym czasie migoczą tysiące białych lampek oraz wyświetlane są od czasu do czasu kolorowe animacje.

Burj Khalifa – najwyższy budynek świata

Lecąc do Dubaju trzeba odwiedzić najwyższy budynek świata. Cena za bilet to 125 aed, gdy wjazd jest w godz. 8:00 do godz. 15:00 oraz od 18:30 do ostatniego wjazdu. Pomiędzy godz. 15:30 a 17:30 (zachód słońca) opłata jest większa. Gdy się ogląda budynek z zewnątrz, jego rozmiar trudno zrozumieć. Niełatwo objąć go wzrokiem, tak jest wysoki.

Safari – przygoda na pustyni

To dla wielu ważny punkt wycieczki do Dubaju. Ceny za Safari zaczynają się w granicach 80 aed (ok. 90 zł), a kończą nawet na 300 aed. Wszystko zależy od tego, w jakiej firmie zamówi się wycieczkę i czy chce się mieć pełen pakiet „vip”. W normalnej cenie zazwyczaj znajduje się: jazda jeepem po pustyni, jazda na desce po piasku, krótka jazda na wielbłądzie, tatuaż z henny, czas wolny + zachód słońca na pustyni oraz wieczorek rozrywki, na którym odbywają się pokazy tańca, w tym tańca brzucha.

Dubai Mall – warto odwiedzić, ale nie dla zakupów

Największe na świecie centrum handlowe, które ma powierzchnię, uwaga: 1,1 miliona metrów kwadratowych. Znajduje się tuż obok Burj Khalifa i można tam znaleźć mnóstwo najlepszych, światowych marek, wiele punktów rozrywki, np. akwarium czy wodospad. W Dubai Mall jest 120 restauracji i 1200 sklepów, ceny są podobne jak w Polsce, więc oprócz rozmiarów, centrum nie ma zbyt wiele do zaoferowania, jest jednak ciekawe architektonicznie.

Targi złota i przypraw – najciekawsze miejsce w Dubaju

Jest to miejsce interesujące dla wszystkich, ale mam wrażenie, że świetnie odnalazłyby się tam osoby z dysfunkcją wzroku. Postaram się to opisać, tak, aby mogli Państwo to zobaczyć:

Najpierw uderza w nas armia zapachów. Słodkie i cierpkie aromaty mieszają się ze sobą splatając w wonną opowieść o Dubaju i jego portowej historii, pisanej przez indyjskich i perskich kupców, którzy przybywali drewnianymi kutrami wypełnionymi przyprawami orientu.

A może to dźwięk dosięga nas pierwszy? Stukot koszy wypełnionych dobrami, które sprzedawcy muszą ciągle przestawiać, by z najgłębszych zakamarków swoich ciasnych sklepików wydobyć towar „specjalnie dla nas”. Grzechot drobinek wyschniętej żywicy. Szczęk metalowych dzbanków o wyciągniętej, smukłej szyjce i wygiętym dziobku, zwanych dallah, służących do podawania lokalnej gahwah – kawy przyrządzanej z zielonych jeszcze ziaren. Turkot wózków, którymi tragarze mozolnie dowożą zapasy artykułów z nieopodal zakotwiczonych łodzi.

Cokolwiek by to nie było, zapachy i dźwięki przenoszą nas w czasie do lat 40. XX wieku albo jeszcze wcześniej, kiedy Dubaj żył z pereł, połowów i handlu.

Położone niemal naprzeciw Bastakiya, po drugiej stronie zatoki, są dwa targi, tradycyjnie zwane souq, których będąc w Dubaju nie można przegapić.

Spice Souq, Targ Przypraw, wita nas koszami wypełnionymi suszonymi ziołami, kadzidłami, naturalnymi barwnikami, henną i liśćmi hibiskusa. Tutaj można kupić shishę, znaleźć orientalne aromaty, albo świeżą wanilię w bardzo dobrej cenie.

Po sąsiedzku jest Gold Souq, Targ Złota, gdzie sklepik przy sklepiku na sprzedaż wystawiane są produkty z drogocennego kruszcu. Jest to idealne miejsce dla miłośników biżuterii, a jeśli na poważnie podchodzimy do zakupów, można nawet sporo utargować. Targowanie się jednak – dobrze jest pamiętać – w przypadku złota może dotyczyć jedynie kosztów robocizny, gdyż cena kruszcu ustalana jest przez giełdę.

Mówiąc o targowaniu, dobrze jest chociaż spróbować swoich sił w tej kwestii na Targu Przypraw, gdzie poza kulinarnymi dodatkami można zakupić również pamiątki. Nigdy nie należy się zgadzać na pierwszą podaną ceną. Trzeba upierać się przy swojej (zazwyczaj zaczynam od trochę poniżej połowy tego, co mi proponuje sprzedawca) i w kółko pytać o „best price”.

Muhammad ibn Raszid Al Maktum (ur. 22 lipca 1949 w Al Shindagha) – szejk arabski, emir Dubaju, premier i wiceprezydent Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Trzeci z czterech synów emira Dubaju, Raszida ibn Sa’ida Al Maktuma, zdobył podstawowe i średnie wykształcenie w Dubaju. Studiował w Anglii (Cambridge University). W styczniu 1995 jego starszy brat Maktum ibn Raszid Al Maktum, kolejny emir Dubaju, mianował go następcą tronu. Przyczynił się do rozwoju Dubaju. Zaplanował uczynienie z miasta jeden z najważniejszych ośrodków finansowych świata i gospodarczego lidera regionu. Zainicjował m.in. budowę planowanego najwyższego budynku na świecie Burdż Dubaj, otwartego jako Burdż Chalifa. Uważany za jednego z najbogatszych ludzi na świecie, znany jest ze swojej pasji jeździeckiej. Z jego inicjatywy odbywają się zawody jeździeckiego Pucharu Świata w Dubaju. W styczniu 2006, po śmierci szejka Maktuma, został emirem Dubaju. Kilka dni później z nominacji prezydenta Zjednoczonych Emiratów Arabskich Chalify objął także stanowiska premiera i wiceprezydenta kraju, zajmowane dotychczas przez zmarłego brata. Ma sześć żon; jedną z nich jest córka Husajna ibn Talala i przyrodnia siostra Abd Allaha II, królów Jordanii. Jest ojcem dwudziestu czterech dzieci.

Ciąg dalszy nastąpi.

Ulubione sporty niewidomych na świecie

Według oficjalnych zaleceń WHO, osoby dorosłe powinny przeznaczać minimum 150 minut tygodniowo (czyli średnio trochę ponad 20 minut dziennie) na umiarkowaną aktywność fizyczną lub 75 minut na aktywność intensywną (nieco ponad 10 minut dziennie). Jak wprowadzić te zalecenia w życie, jeśli do tej pory nie byliśmy zbyt aktywni? Wyrobienie nawyku regularnych ćwiczeń jest trudne dla większości ludzi. Dla osób zmagających się z utratą wzroku wyjście na basen czy przejażdżkę rowerem wiąże się z dodatkowym zestawem przeszkód, który tym bardziej zniechęca do porzucenia kanapy i pilota od telewizora.

Postanowiłam dokonać przeglądu Internetu, żeby sprawdzić, które formy ruchy są szczególnie lubiane przez osoby niedowidzące i niewidome w różnych krajach. Mam nadzieję, że ten przegląd zainspiruje Czytelników – zarówno tych, którzy przygodę ze sportem chcieliby zacząć od zera lub po dłuższej przerwie, jak i tych wysportowanych, którzy poszukują zupełnie nowych wrażeń. Jeżeli natomiast są wśród Was osoby, które mają swoje ulubione sporty przyjazne niewidomym i niedowidzącym, chętnie o nich przeczytam. Piszcie do mnie na adres elzbieta.bednarek@gmail.com.

Maribel Steel, niewidoma pisarka, blogerka i edukatorka z Melbourne w Australii najbardziej lubi energiczne spacery w miejskim ogrodzie botanicznym. Wygodne, szerokie, żwirowe ścieżki biegnące pośród bujnej zieleni pozwalają poczuć się pewnie w trakcie spaceru. Ogród botaniczny w Melbourne jest popularnym miejscem odwiedzanym przez wielu spacerowiczów i uprawiających jogging, dlatego oprócz kontaktu z niesamowitą roślinnością, można w nim doświadczyć żywej, energicznej atmosfery. Na marginesie warto dodać, że na terenie ogrodu, podobnie jak w obiektach tego typu w Polsce, zabroniona jest jazda na rowerach, deskorolkach, hulajnogach i wrotkach. Dzięki temu niedowidzący spacerowicze nie muszą obawiać się zderzenia z nieuważnym lub lekkomyślnym rowerzystą czy wrotkarzem.

Mary Hiland, emerytowana dyrektor zarządzająca Amerykańską Radą do Spraw Niewidomych w Ohio, oprócz zażywania spacerów ćwiczy przy użyciu niewielkiej trampoliny z uchwytem zabezpieczającym przed upadkiem. Zdaniem Mary to najprostsze i najtańsza metoda, żeby ćwiczyć przyjemnie i bezpiecznie. Kolejną zaletą trampoliny jest możliwość stopniowania wysiłku – w zależności od aktualnej kondycji można intensywnie skakać w rytm ulubionej muzyki, albo po prostu zrobić sobie delikatną rozgrzewkę. Trampolina zajmuje mniej miejsca niż na przykład bieżnia czy rower stacjonarny (także wymieniane przez wielu niewidomych jako lubiana przez nich forma aktywności), a do tego niektóre modele można złożyć i schować w miejsce, gdzie nie będą zawadzać. Jest też stosunkowo niedroga w porównaniu do bieżni, orbitreków i innych domowych maszyn sportowych.

W Irlandii NCBI (Narodowa Rada do Spraw Niewidomych w Irlandii) organizuje dla swoich beneficjentów wiele wydarzeń sportowych o charakterze rekreacyjnym, takich jak grupowe przebieżki w parkach lub piesze wędrówki wśród natury. Dla bardziej wysportowanych i lubiących współzawodnictwo istnieje natomiast możliwość przyłączenia się do drużyny NCBI startującej w maratonach i konkursach biegowych. Zawodnikom z niepełnosprawnością wzroku może towarzyszyć osoba widząca w charakterze przewodnika. Zeszłoroczny mini maraton kobiet w Dublinie, w kategorii niepełnosprawnych wzrokowo, wygrała Niamh Delaney. Przed wygraną startowała w mini maratonie od kilku lat. Bieganie to jej hobby oraz forma aktywności, którą w jej opinii może uprawiać bezpiecznie jako osoba słabowidząca. Zdolność do pokonania linii mety jest dla Niamh najlepszym sposobem, aby poczuć się wolną i niezależną. Start w maratonie jest też okazją do zbierania funduszy na wybraną organizację charytatywną, którą w przypadku Niamh jest NCBI.

Niewidomi w Niemczech mogą wziąć udział w zajęciach ze wspinaczki. Na pomysł zorganizowania takich zajęć wpadł Johannes Egerer, trener wspinaczki, kiedy podjął pracę w Niemieckim Stowarzyszeniu Niewidomych i Niedowidzących. Uczestnicząca w nich Jutta Ruetter, członkini Stowarzyszenia, opisuje zajęcia jako bardzo odprężające – wspinaczka wymaga bowiem tak głębokiego skupienia, że zapomina się o wszystkich sprawach wywołujących stres. Równocześnie dla osób, które wcześniej się nie wspinały, jest to interesujące doświadczenie – zaskakujące jest ilu różnych chwytów można użyć, ciało uczy się nowych, nieznanych wcześniej ruchów, aktywują się rzadko wykorzystywane mięśnie. Ściankę wspinaczkową można badać dotykowo, ale pomoc widzących niekiedy pozwala szybciej znaleźć optymalny chwyt. Pomysłodawca zajęć opisuje je jako bardzo satysfakcjonujące i rozwijające także dla niego jako trenera – wymagają bowiem precyzyjnego i uważnego formułowania instrukcji, na które nie zawsze wystarczająco zwraca się uwagę pracując z widzącymi.

Na koniec pamiętajmy o tym, że ważne jest nie tylko to, ile czasu przeznaczamy na ćwiczenia, ale też co robimy przez resztę dnia, w szczególności ile czasu spędzamy w pozycji siedzącej. Zdaniem ekspertów siedzenie jest najbardziej podstępną formą bezruchu – z pozoru wydaje się bezpieczne i naturalne, a tymczasem liczne badania naukowe wykazały, że spędzanie kilku godzin dziennie w pozycji siedzącej wiąże się z krótszą długością życia niezależnie od poziomu aktywności fizycznej przez resztę dnia. Wyrobienie nawyku regularnego wstawania z fotela, żeby się rozruszać, to najlepszy plan treningowy dla początkujących. Opanowanie niesiedzenia do perfekcji pozwoli nam odnieść pełnię korzyści ze spacerów, jogi, jazdy tandemem i każdego innego sportu, któremu poświęcimy nasz wolny czas.

Niewidomi w Irlandii po raz pierwszy zagłosują samodzielnie

Podczas majowego referendum w Irlandii dotyczącego aborcji niewidomi i niedowidzący po raz pierwszy w historii tego kraju skorzystają z dotykowych nakładek do głosowania.

Plastikową nakładkę umieszcza się na karcie do głosowania. Dzięki wypukłym literom, powiększonym czcionkom i brajlowskim napisom, będą mogły z niej korzystać osoby o różnym stopniu niepełnosprawności wzrokowej. Kwadratowe otwory pomogą zlokalizować kratkę do zaznaczenia swojego głosu. Do tej pory osoby, które ze względu na wzrok nie mogły samodzielnie wypełnić karty do głosowania, musiały korzystać z pomocy widzących. To z kolei naruszało ich prawo do prywatności, ponieważ aby zagłosować musieli zdradzić drugiej osobie jak zamierzają głosować. Nie mogli też mieć pewności, że karta do głosowania została wypełniona zgodnie z ich intencją.

Bodźcem do zmiany tej sytuacji było rozstrzygnięcie Wysokiego Trybunału w Dublinie (High Court) w sprawie wniesionej w 2016 roku przez Robbie’ego Sinnotta, niepełnosprawnego wzrokowo dublińczyka, przeciwko ministrowi środowiska i państwu. Sinnott domagał się, aby państwo irlandzkie potwierdziło jego prawo do głosowania w wyborach i referendach w sposób tajny i bez pomocy osób trzecich.

W trakcie rozprawy zwracano uwagę na wieloletnią opieszałość państwa we wdrażaniu dotykowego systemu do głosowania, pomimo braku jakichkolwiek przeszkód prawnych oraz nieznaczny koszt wdrożenia takiego systemu dla referendów – szacowany wówczas na 42 tysiące euro (koszt ten byłby wyższy dla wyborów powszechnych). Trybunał zobowiązał Ministra do podjęcia odpowiednich działań, w rezultacie czego w najbliższym referendum irlandzcy niepełnosprawni wzrokowo będą mogli po raz pierwszy zagłosować samodzielnie.

Nakładki zostały wyprodukowane zgodnie z rekomendacjami NCBI (National Council for the Blind of Ireland), organizacji pozarządowej działającej na rzecz osób z niepełnosprawnością wzroku w Irlandii. W trakcie referendum nakładki będą dostępne na życzenie w każdym lokalu wyborczym na terenie Irlandii. Osoby, które chciałyby z nich skorzystać, mogą wcześniej przetestować je w punktach NCBI.

W Irlandii żyje ponad 50 tysięcy osób z niepełnosprawnością ze względu na wzrok, w tym niewidomych. Największą grupę wśród nich stanowią osoby po sześćdziesiątym piątym roku życia. Prognozuje się, że wraz ze starzeniem się społeczeństwa, liczba mieszkańców Irlandii borykających się z utratą wzroku będzie wzrastać.

W Polsce nakładki dla niewidomych głosujących w wyborach zastosowano po raz pierwszy w 2010 roku. Ogłoszono przetarg na ich wykonanie, w którym mogły wziąć udział wszyscy, którzy byli w stanie je wykonać. Są dwie takie firmy: Altix oraz Studio Tyflografika Marka Jakubowskiego. Po zrealizowaniu zamówienia oraz przeprowadzeniu samych wyborów, niewidomi ocenili nakładki. Zdania były podzielone. Z jednej strony stanowią one duży krok naprzód w kwestii włączania niepełnosprawnych w życie całego społeczeństwa. Z drugiej jednak, nakładki nie są w stanie umożliwić niewidomym prawdziwie samodzielne zagłosowanie. Jak dotąd nie wymyślono jednak lepszej praktycznej metody w tej sprawie.

Widzieć wewnętrznym okiem

Poruszać się w ciemności z zupełną swobodą, bez lęku, niepewności, sprawnie i szybko? Iść na spacer, wyruszyć na górską wędrówkę, biegać i jeździć na rowerze – wszystko samodzielnie, bezwzrokowo! Mimo, że wydaje się to prawie niemożliwe bez nowoczesnych urządzeń tyflorehabilitacyjnych, są na świecie ludzie, którzy twierdzą, że to osiągalne. Wystarczy solidne skupienie, trochę praktyki i można wyćwiczyć percepcję tak bardzo, że poruszanie się za pomocą „wewnętrznego sonaru” będzie proste i w zasięgu ręki. A wszystko to dzięki ludzkiej echolokacji.

W encyklopedii możemy odczytać, że echolokacja to system określania położenia przeszkód lub poszukiwanych obiektów w otoczeniu, z użyciem zjawiska echa akustycznego. Ten sposób percepcji jest bardzo dobrze znany w świecie zwierząt. Wszyscy wiemy, że z echolokacji korzystają nietoperze, delfiny i niektóre ptaki. Wytwarzany przez nie krótkotrwały dźwięk o wysokiej częstotliwości wędruje w przestrzeni, a gdy napotyka na swojej drodze przeszkodę (na przykład słup, drzewo, ścianę budynku), wraca do uszu zwierzęcia w postaci fal odbitych od tej bariery. Na podstawie kierunku, czasu powrotu, natężenia powracającego dźwięku, da się zatem określić kierunek, odległość i wielkość przeszkody.

Echolokacja to bardzo praktyczna umiejętność. Wydawałoby się jednak, że ludzie nie zostali nią obdarzeni lub utracili tę zdolność w procesie ewolucji. Tymczasem nauka zna pojęcie tak zwanej ludzkiej echolokacji. Pojawiło się ono w latach 40. XX wieku. Wcześniej uważano, że pojedyncze przypadki korzystania z echolokacji przez człowieka to pomyłka. Sądzono, że ludzie potrafią się poruszać w ciemności – nie tak, jak twierdzą – za pomocą „wewnętrznego sonaru”, lecz dzięki nadzwyczajnie czułej skórze, zdolnej odczuwać najdrobniejsze zmiany ciśnienia. Szereg badań potwierdził jednak, że nie zmysł dotyku, ale zmysł słuchu odgrywa kluczową rolę w badanym zjawisku.

Zatem ludzka echolokacja to nic innego jak zdolność człowieka do wykrywania obiektów w swoim otoczeniu poprzez odbieranie echa z tych obiektów.

Aby korzystać z echolokacji, trzeba więc wydać dźwięk. Emitując określone brzmienie, na przykład kląskając językiem, stukając obcasami czy białą laską, człowiek jest w stanie wywołać echo. Echo pozwala na precyzyjne zorientowanie się w przestrzeni, kierując się jedynie słuchem.

Aby przekonać się jak to działa, wystarczy zrobić prosty eksperyment, do którego potrzebna jest kartka papieru trzymana bezpośrednio przed twarzą. Szepcząc „szszszszsz” przesuwajmy kartkę od strony prawej do lewej, w górę i w dół, i słuchajmy zmiany intensywności dźwięku odbijającego się od kartki. Osoby przeszkolone w echolokacji mogą interpretować fale dźwiękowe odbite przez pobliskie obiekty, precyzyjnie identyfikując ich położenie i rozmiar.

Ostatnimi czasy najbardziej znanym propagatorem ludzkiej echolokacji jest Daniel Kish – przewodniczący stowarzyszenia World Acces for the Blind. Daniel Kish jest niewidomy niemalże od urodzenia. W wyniku nowotworu stracił obie gałki oczne zanim skończył półtora roku. Utrata wzroku nie przeszkodziła mu jednak w aktywnym życiu, zwłaszcza odkąd odkrył w sobie umiejętność wykorzystywania wewnętrznego sonaru. Zyskał sobie nawet przydomek – Człowiek Batman. Zdaniem Daniela Kisha wszyscy mamy potencjał, niezależnie od tego czy widzimy, czy nie. Każdy z nas jest w stanie wyćwiczyć umiejętność echolokacji, wystarczy systematycznie trenować.

Swoimi doświadczeniami Daniel Kish podzielił się dwa lata temu, na wystąpieniu podczas Konferencji TedX – Technologia Rozrywka i Design. Opisał echolokację w bardzo obrazowy sposób: „To są krótkie dźwięki, które rozchodzą się i odbijają od powierzchni dookoła i wracają do mnie z informacjami, tak jak do was światło. Z tych informacji mój mózg przetwarza dane i widzę moim wewnętrznym sonarem. Tak właśnie nauczyłem się widzieć poprzez ślepotę. By patrzeć, nie używam oczu – używam mózgu.”

Daniel Kish twierdzi, że sonar daje mu to, czego nie mają widzący, między innymi nieograniczone pole ”widzenia” – widok na 360 stopni. „Sonar” Daniela działa tak samo dobrze przed nim jak i za nim oraz przez powierzchnie. Zupełnie jak promienie Roentgena. Daniel określa swoje widzenie jako rodzaj rozmytej trójwymiarowej geometrii.

Daniel Kish widzi w ludzkiej echolokacji ogromny potencjał, nie tylko dla niewidomych. Jak sam twierdzi, dzięki niej możemy się zintegrować i pokonać wszystkie bariery, które sami przed sobą stawiamy. Cytując Daniela: „Kiedy niewidomi uczą się widzieć, widzący są zainspirowani i chcą się nauczyć widzieć na ich sposób, lepiej, wyraźniej, z mniejszym lękiem, bo to przykład ogromnych możliwości drzemiących w każdym, żeby przechodzić każdy rodzaj wyzwania, każdej formie ciemności, żeby odkrywać to, co niewyobrażone”.

Daniel Kish wdraża w życie wszystkie swoje idee związane z echolokacją. Hasłem przewodnim założonej przez niego siedemnaście lat temu organizacji charytatywnej World Acces for the Blind jest: „our vision is sound” – „naszym wzrokiem jest dźwięk”. Kish uczy niewidomych widzieć na nowo, a widzących – nowego spojrzenia na samo zjawisko niewidzenia. Kursanci Kisha poznają jak posługiwać się swoim wewnętrznym okiem, tak by obserwować otoczenie za pomocą dźwięku. Rezultaty są naprawdę zdumiewające. Na filmach dokumentujących różne nowatorskie projekty organizacji widzimy niewidomych swobodnie wędrujących po górskich przełęczach, pokonujących slalomy na rowerze, poruszających się szybko i sprawnie w naprawdę trudnych warunkach. Nie ma chyba lepszego dowodu na to, że metoda Kisha działa i tak, jak twierdzi Daniel – każdy z nas pod okiem instruktora jest w stanie wyćwiczyć w sobie wewnętrzny sonar. Oczywiście nie jest to proste, ale cierpliwość i systematyczność to klucz do celu.

Oprócz Daniela Kisha, ze zjawiskiem ludzkiej echolokacji było związanych kilka nazwisk, między innymi Tom De Witte, Lucas Murray, Kevin Warwick, Juan Ruiz, Ben Underwood czy też Lawrence Scadden. Wszyscy potrafili doskonale orientować się w przestrzeni pomimo braku wzroku. Echolokacja umożliwiła im samodzielne bieganie, grę w koszykówkę, jazdę na rowerze, a nawet jazdę na łyżworolkach. To wszystko brzmi nieprawdopodobnie, ale wydarzyło się naprawdę. W sieci jest dostępnych mnóstwo filmów dokumentalnych dotyczących wykorzystania echolokacji przez wyżej wymienionych niewidomych. To naprawdę wspaniałe źródło motywacji.

Zjawisko ludzkiej echolokacji jest na tyle fascynujące, że inspiruje twórców filmowych. Chyba najbardziej znanym superbohaterem jest Daredevil, z serialu pod tym samym tytułem. To niewidomy prawnik, który dzięki swoim nadludzko czułym zmysłom zwalcza przestępczość w Nowym Jorku. Echolokację znajdziemy również w hinduskim filmie Thaandavam, grze video Perception czy też w amerykańskim serialu Avatar: Legenda Aang.

W polskim dorobku filmowym echolokację przedstawiono w filmie Imagine w reżyserii A. Jakimowskiego. Fabuła jest niezwykle poruszająca. Do szkoły dla niewidomych dzieci przyjeżdża nowy nauczyciel. Za pomocą praktykowanej przez siebie nowatorskiej metody orientacji przestrzennej, pokazuje uczniom jak przekraczać codzienne ograniczenia.

Filozofia zaprezentowana w filmie Imagine jest zbieżna z postawą Daniela Kisha i zapewne wszystkich aktywnie korzystających z „wewnętrznego sonaru” niewidomych. W życiu każdy akt odwagi rodzi ryzyko, bez którego nie sposób poznać smaku wolności. Bo przecież wszyscy stoimy w obliczu wyzwań, wszyscy mierzymy się z nieznanym.

Wdrażanie Konwencji o Prawach Osób Niepełnosprawnych

Czy pamiętają Państwo rok 2012? Czy był on dla Państwa ważny? A czy dla Polski był w jakiś sposób istotny? Na pewno był wyjątkowy, ze względu na organizowane u nas EURO 2012. Ale 2012 rok obfitował również w inne ważne wydarzenia, także natury politycznej, zarówno w Polsce, jak i na świecie. Dlaczego o tym wspominam? W 2012 r., a dokładnie 6 września, Prezydent RP ratyfikował Konwencję ONZ o prawach osób niepełnosprawnych, która została sporządzona w Nowym Jorku 13 grudnia 2006 r. Jest to potężny dokument, zarówno rangą, jak i objętością. Zawiera 50 artykułów poświęconych zasadom, jakie przyświecają realizacji umowy przez sygnatariuszy, obowiązkom, jakie mają spełnić oraz dziedzinom i obszarom, w których niwelowanie barier jest kluczowe dla realizacji idei równości.

Od ratyfikacji umowy minęło 5 lat, natomiast od jej stworzenia już 11. Jest to niezwykle powolny proces, który mimo upływu wielu lat jest wciąż na początku swojej żmudnej drogi. Jeżeli chcemy być szczerzy w swoich sądach, musimy się zgodzić, że zadanie wdrożenia Konwencji nie będzie proste. Konwencja zawiera 30 obszarów normatywnych, z których każdy wydaje się oczywisty i niezbędny do prawidłowego funkcjonowania osób niepełnosprawnych w społeczeństwie. Oczywisty w rozumieniu szeroko pojętej sprawiedliwości społecznej. Jednak patrząc realnie na dotychczasowe osiągnięcia nie tylko Polski, ale i innych krajów Europy i świata, wiele z nich okazuje się prostymi jedynie na papierze. Obszary, o których mowa, to m.in.:

  • równość i niedyskryminacja,
  • podnoszenie świadomości,
  • dostępność,
  • prawo do życia,
  • równość wobec prawa,
  • dostęp do wymiaru sprawiedliwość,
  • wolność i bezpieczeństwo,
  • wolność od wykorzystywania, przemocy i nadużyć,
  • ochrona integralności osobistej,
  • niezależne życie i włączanie w lokalną społeczność,
  • mobilność,
  • wolność wypowiadania się i wyrażania opinii oraz dostęp do informacji,
  • poszanowanie prywatności,
  • poszanowanie domu i rodziny,
  • edukacja,
  • zdrowie,
  • rehabilitacja,
  • zatrudnienie,
  • odpowiednie warunki życia i ochrona socjalna,
  • udział w życiu politycznym i publicznym,
  • udział w życiu kulturalnym, rekreacji, wypoczynku i sporcie.

Wydaje mi się, że większość spośród wymienionych dziedzin można by zamknąć w jednym kluczowym sformułowaniu – niezależne życie. Osobiście korci mnie, aby stan, w którym wszyscy niewidomi w Polsce mogliby swobodnie wybierać ścieżkę rozwoju, placówki edukacyjne i miejsce zatrudnienia (z których wszystkie byłyby dostosowane do ich potrzeb), a w wolnym czasie bez skrępowania poruszać się po mieście, instytucjach użyteczności publicznej i ośrodkach kultury, nazwać utopią. Jednak nie zrobię tego. Utopia jest z założenia ideą tak dobrą, że aż niemożliwą do zrealizowania. A przecież należy ufać, że prace na szczeblu takiej organizacji jak ONZ, a w konsekwencji także w poszczególnych krajach, przyczynią się do realnych działań i nałożenia na instytucje publiczne oraz przedsiębiorców obowiązków przystosowania do potrzeb niewidomych.

Skala przedsięwzięcia, jakim jest wdrożenie Konwencji, nie powinna zniechęcać, ale raczej motywować władze, instytucje i wszystkich obywateli do podjęcia jak najsprawniejszych działań.

13 września odbyła się w Warszawie debata doradczo-programowa dotycząca dostosowywania rzeczywistości prawnej i społecznej do potrzeb osób niewidomych. Jej organizatorami byli Polskie Forum Osób Niepełnosprawnych (PFRON), Warmińsko-Mazurski Sejmik Osób Niepełnosprawnych, Lubelskie Forum Organizacji Osób Niepełnosprawnych – Sejmik Wojewódzki, Akademia Pedagogiki Specjalnej oraz Kancelaria prawna Domański Zakrzewski Palinka. Cykl konsultacji był elementem projektu „Wdrażanie Konwencji o prawach osób niepełnosprawnych – wspólna sprawa”, prowadzonego przez powyższe instytucje. Podobne spotkania odbywają się także w gronie specjalistów i osób dotkniętych innymi rodzajami niepełnosprawności.

Na debacie nie zabrakło oczywiście przedstawicieli Fundacji Szansa dla Niewidomych. Doświadczenie pracowników Fundacji dało niemałą wartość dodaną do prac we wskazanym temacie. Organizowana nie tak dawno (28-29.10.2016 r.) przez naszą organizację Konferencja w Serocku, pt. „Nowocześni niewidomi i słabowidzący w dostosowanym dla nich świecie”, dostarczyła nam także wiedzy na temat postulatów środowiska w tym zakresie. Poruszane były liczne tematy, jak: aktywność zawodowa, dostęp do informacji czy problem wykluczenia społecznego, a publikacja stanowiąca efekt podjętych tam prac stanowiła podstawę do rekomendacji ze strony Fundacji.

W związku z tą małą rocznicą 5-lecia ratyfikacji, wzmożyło się zainteresowanie środowiska pracami nad jej wdrożeniem. Objawem tego była Konferencja zorganizowana przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej, Katolicki Uniwersytet Lubelski oraz PFRON w Lublinie na wspomnianym Uniwersytecie. Podsumowując minione 5 lat, organizatorzy skupili się na temacie dostępności przestrzeni publicznej i aktywności zawodowej osób niepełnosprawnych. Zwłaszcza aktywność zawodowa jest palącym tematem, zważywszy iż mimo tendencji wzrostowej, jej poziom jest na niezmiernie niskim poziomie. Bazując na Badaniu Aktywności Ekonomicznej Ludności (BAEL) opublikowanym na stronie Biura Pełnomocnika Rządu ds. Osób Niepełnosprawnych, przez te 5 lat poziom aktywności zawodowej ON wzrósł z 27,6% do 29,6%. Podczas Konferencji były poruszane w szczególności takie tematy jak: bariery w zatrudnianiu osób niepełnosprawnych na otwartym rynku pracy czy indywidualne i społeczne korzyści aktywizacji osób niepełnosprawnych. Biorąc sobie do serca motto, iż jeden gram praktyki jest lepszy od tony teorii, mam nadzieję, że słowa wypowiedziane na Konferencji, widziane jako dobre praktyki czy godne powielania standardy i działania, coraz częściej będą widziane przeze mnie i Państwa w codziennym życiu.

Czas ucieka wyjątkowo szybko, jeżeli mowa o działaniach na tak wielką skalę. Wspomniane 5 lat od ratyfikacji Konwencji minęło w zaskakującym tempie, jednak nie można pozwolić, by czas dalej uciekał. Walka z dyskryminacją osób niepełnosprawnych powinna być priorytetem dla wszystkich, którym leżą na sercu podstawowe wartości naszej zachodniej społeczności – poszanowanie godności wszystkich obywateli, dostęp do edukacji, wolność i równość wszystkich obywateli.