Smutni kochankowie

Wstęp

Przedstawiłem Państwu w poprzednich numerach genialnego niewidomego profesora Witolda Kondrackiego. Nie powtarzając więc informacji o nim dodam jedynie, że mimo wybuchu, który sam spowodował w wieku 14 lat i utraty wzroku, zachował zdolność niebywałej wyobraźni. Nie byłoby w tym nic specjalnego, gdyby nie fakt, że ta jego wyobraźnia była właśnie nieprzeciętna, znaczy rzadko spotykana, albo wręcz niespotykana.

Właśnie prezentujemy Państwu kolejne opowiadanie Witka, w którym chyba nikt nie zdołałby odnaleźć potwierdzeń, iż autor nic nie widział. Jak się okazało, normalnie widząc do czternastego roku życia zdołał tyle zapamiętać i tak świetnie zrozumieć naturę światła, obrazu, wreszcie całej wizualnej rzeczywistości, że starczyło na pozostałe mu pół wieku życia. Dzięki temu opowiadał o świecie nie tylko wysłuchiwanym, ale także oglądanym. Czytając poniższe opowiadanie właśnie taka myśl do nas przychodzi, opanowuje nas. Z każdym zdaniem rośnie szacunek dla tego człowieka, ale nie tylko dzięki powyższej zdolności. Gdy to już „przeżyjemy”, „przedumamy”, dochodzą do głosu kolejne, pełne uznania wrażenia i myśli. W każdym opowiadaniu Kondrackiego jesteśmy zauroczeni jego talentem. Opowiadania to oczywiste perełki. Jak on to zrobił, że pisał wyłącznie „do szuflady”?! A jak inni „zrobili”, że w tej szufladzie pozostały? Czy świat kompletnie „zwariował” i nie jest w stanie docenić takich perełek? Czy nadeszły czasy już tak byle jakie, że geniuszy, gdy nawet żyją wśród nas, nikt ich nie chce znać?

Marek Kalbarczyk

Nie wiem jak znalazłem się w tym pokoju. Nic nie pamiętam. Czasem wydaje mi się, jakbym spędził tu wiele lat… Chodzę bezustannie dookoła pokoju, nieskończenie kontemplując jego ciemne, jakby okopcone ściany. Na bieli wyraźnie odznaczają się smugi czarnej sadzy. Niekiedy widzę jak spomiędzy nich wyłania się twarz dziewczyny o czarnych włosach. Widzę też jej delikatną, smukłą sylwetkę.

Zdarza się, że rozmawiamy, bez głosu, odkryliśmy bowiem, że istnieje sposób bezpośredniego przekazywania myśli i uczuć. Te przepojone smutkiem i melancholią dialogi są jednak sporadyczne. Wydaje mi się, że kiedyś kochałem tę dziewczynę. Nie mogę sobie przypomnieć… Nie pamiętam nawet jak ma na imię. Zdaje mi się, że kiedyś przed wielu laty, widziałem jej profil na tle płomieni. W czarnych włosach zamigotały wtedy drobne światełka, a twarz lekko ściemniała. Zresztą, może to wszystko nieprawda. Może to po prostu był tylko straszny sen. Swoją drogą wydaje mi się, że nie spałem już od wielu lat. Nocami obserwuję gwiazdy, widoczne przez szczeliny w spękanym suficie. Jest to jedyny kontakt jaki mam ze światem. Mimo, że znam już na pamięć wszystkie widoczne gwiazdozbiory, za każdym razem wzrusza mnie ich majestatyczne, pełne spokoju i równowagi piękno. Lubię dzielić się tą fascynacją z dziewczyną. Widzę wtedy jej smutny, pełen zadumy uśmiech i wydaje mi się, że moja samotność nie jest aż tak wielka. Lecz po jakimś czasie dziewczyna odchodzi, cofając się w głąb ściany i znowu zostaję zupełnie sam.

Nie lubię deszczu. Woda przecieka przez dziury w suficie i zimne krople przelatują na wskroś przeze mnie. Przypomina mi to, że coś jest ze mną nie w porządku. To samo zresztą tyczy się dziewczyny, która jak mi się wydaje, w dużej mierze jest cieniem…

Gdybym mógł sobie przypomnieć… Ona miała chyba na imię Irena… Czy to możliwe, żeby mnie kiedyś kochała?… Ile to mogło być lat temu?…

Dlaczego czasem wydaje mi się, że widziałem płomienie w oknie?… Dziś okno jest zabite deskami. Mrok rozświetlają tylko wąskie promienie przeciskające się przez szpary. Czasem smuga światła pada w dół i widać zwęgloną podłogę.

Jak to było?… Ona chyba miała na imię Danuta. Nie pamiętam. …I ten ból, który towarzyszy mi od tylu lat… Dlaczego tak boli?… Gdy ona przychodzi, czuję ulgę, tak jakby cierpienie dzieliło się na nas dwoje.

Widzę jej cień, przesuwający się po ścianie. Nie odchodź! Już znikła… Został tylko cień uśmiechu, ale on też się rozpływa… A może to tylko przywidzenie…

Moim przyjacielem jest duży, stary pająk. Lubię patrzeć, jak codziennie pracowicie udoskonala i rozbudowuje swoją misterną sieć. Jest kosmaty, brunatny, z białym kropkowanym krzyżem na grzbiecie. Często tkwi nieruchomo, zawieszony w swej pajęczynie, spędzając dziesiątki godzin na czekaniu. Jego czas musi płynąć chyba tak powoli jak mój. Przypuszczam, że jest filozofem, a w każdym razie na pewno myślicielem; jakże inaczej mógłby znieść swoją nieskończoną samotność. Ciekaw jestem czy mnie dostrzega… Myślę, że nie, bo nigdy nie okazał mi ani zainteresowania, ani strachu.

Niekiedy obserwuję, jak na ścianie powstaje pęknięcie. Zrazu jest ono drobne, przypominające kształtem kurzą łapkę. W miarę upływu czasu pogłębia się jednak i wydłużą, a w szczelinie gromadzie się kurz. Ilość pęknięć rośnie z miesiąca na miesiąc, nadając ścianom dodatkową, niebanalną fakturę pełną zawiłych arabesek i zagadkowych symboli. Obserwowanie tego procesu pozwala mi unaocznić sobie, jak bardzo nietrwałe jest wszystko to, co materialne.

…i proszę panią, to już będzie z osiem albo i dziewięć lat jak ten dom się spalił. Nikt go nie chce kupić, bo powiadają, że tam straszy. Właściciel się tam spalił razem z jego kochanką. Całkiem na węgiel się upiekli. Żona, powiadają, dowiedziała się, że on tam jest z kochanką, wzięła kanister z benzyną i podpaliła. I oni teraz tam straszą. Byli tacy, co nawet chcieli kupić tę ruinę, ale jak tylko tam wchodzili, to taki żal ich ogarniał i strach jakiś, że rezygnowali. I tak stoi to i niszczeje, a ludzie powiadają, że oni… no wie pani, oni… tam w środku… żyją…

Lotnisko

To było dziwne lotnisko. Byłem jednym z nielicznych pasażerów, którzy po całonocnym rejsie z południowej Azji przesiadali się tu do samolotów lecących w głąb kontynentu. Był wczesny ranek. Za kilka godzin miałem odlecieć na wschód, do mojej Ojczyzny. Przy drzwiach samolotu żegnał mnie rząd służbowo uśmiechniętych stewardes. Ukłoniłem się im uprzejmie, podziękowałem za wspólny lot i wszedłem w głąb rękawa. Po chwili stałem przy zautomatyzowanym stanowisku kontroli dokumentów. Wsunąłem w szparę paszport i bilet, podstawiając równocześnie twarz pod oko kamery. Po sekundzie głośnik umieszczony w pulpicie wypowiedział w moim ojczystym języku komunikat, który równocześnie pojawił się na ekranie wielkiego monitora: ”Pański samolot odleci za pięć godzin i dwadzieścia jeden minut z terminalu T9. Aby się tam dostać, proszę skorzystać z lotniskowej kolejki, do której trafi pan po przejściu przez stanowisko kontroli bezpieczeństwa. Proszę nie zapomnieć o wzięciu dokumentów i karty identyfikacyjnej”. Ze szpary wysunął się mój paszport, bilet i niewielka plastikowa płytka z trójwymiarową fotografią mojej twarzy. Pod spodem widniał napis: ”Ta karta pozwala korzystać ze wszystkich możliwości oferowanych przez lotnisko, życzymy przyjemnego pobytu”. W tej samej chwili na ścianie po mojej prawej stronie, pojawił się napis ”Kontrola bezpieczeństwa” i półprzezroczysta pancerna płyta odsunęła się bezgłośnie, ukazując niewielkie, jasno oświetlone pomieszczenie. Wszedłem… Ściana zamknęła się za mną. Przez chwilę niewidzialne promienie penetrowały moje ciało i bagaż w poszukiwaniu broni, narkotyków i materiałów wybuchowych. Kontrola wypadła pomyślnie, bo na ścianie przed moją twarzą zabłysnął zielony napis ”Wyjście” i płyta bezszelestnie odsunęła się, ukazując pustą, rzęsiście oświetloną salę. W jednej ze ścian zauważyłem kolejną szklaną taflę, na której napis głosił: ”Kolejka lotniskowa przyjedzie za 124 sekundy, jeśli chcesz wsiąść, włóż identyfikator do otworu”. Włożyłem. W odpowiedzi pojawił się zielony napis: ”Kolejka dojedzie do terminalu T9 po czterech minutach i trzydziestu dwóch sekundach.” Poniżej pojawiły się litery w ostrzegawczym żółtym kolorze: ”Sprawdź czy masz ze sobą wszystkie należące do ciebie bagaże i przedmioty”. Po chwili za szybą przesunęły się światła i ściana odsunęła się, ukazując wnętrze komfortowo urządzonego wagonu. Wszedłem. Szklana tafla zasunęła się automatycznie i wagon ruszył.

Gdy wysiadłem, znalazłem się w obszernym korytarzu zalanym światłem, którego kolor do złudzenia przypominał blask pogodnego, słonecznego dnia. Postanowiłem się przejść i zorientować w sytuacji. Mam przecież kilka godzin, które trzeba jakoś wykorzystać. Po obu stronach szerokiego jak ulica korytarza, ciągnęły się rzędy ekskluzywnych wolnocłowych sklepów, w których zakupów można było dokonywać posługując się kartami kredytowymi. Sklepy wyglądały na zamknięte. Czy to z powodu wczesnej pory? Jest dopiero parę minut po szóstej rano. No i przecież dzisiaj niedziela! Że też o tym nie pomyślałem. Szkoda, kupiłbym coś dla żony… Na próbę pchnąłem drzwi perfumerii. O dziwo ustąpiły. Wszedłem do środka. Zaopatrzenie znakomite. W maleńkich szklanych kasetkach lśnią wielobarwnymi refleksami kryształowe buteleczki najlepszych francuskich, amerykańskich i angielskich perfum. Jest kolekcja Diora i Giorgio Armani. Są wody po goleniu firmy Hugo Boss i dezodoranty Sun Flowers. Włożyłem do szpary moją kartę kredytową i dotknąłem kasetki, w której znajdowała się buteleczka perfum Paco Rabanne. Szybka odchyliła się i równocześnie z karty kredytowej automatycznie pobrana została należność. „A więc tak to się tu odbywa” – pomyślałem, wkładając perfumy do teczki. Wyszedłem. Trochę dalej znajdował się bar samoobsługowy. Napis na szybie głosił, że jest to bezpłatny bar lotniskowy i że korzystać z niego mogą wszyscy pasażerowie tranzytowi. Wystarczy tylko wsunąć do szczeliny swoją kartę identyfikacyjną. W pierwszej chwili zamierzałem pójść dalej, zwłaszcza, że tuż przed wylądowaniem zjadłem obfite śniadanie. Nagle dostrzegłem przygarbioną postać starego mężczyzny, gestem ręki przyjaźnie zapraszającego mnie do środka. Był to pierwszy człowiek, którego zauważyłem od momentu przejścia przez pomieszczenie kontroli bezpieczeństwa. Nie śpiesząc się, skierowałem swoje kroki w kierunku wejścia do baru. Drzwi rozsunęły się przede mną i zasunęły po moim wejściu. Podszedłem do siedzącego przy barze mężczyzny. Miał spokojną, poważną i chyba trochę smutną twarz. Zauważyłem od razu, że jego cera jest blada i niezdrowa, tak jakby od bardzo długiego czasu nie wychodził na świeże powietrze.

– Dobry wieczór panu – powiedział ni w pięć ni w dziewięć.

– Chyba raczej dzień dobry – odpowiedziałem z uprzejmym uśmiechem.

– Co za różnica? – odparł znużonym głosem – tu na lotnisku każda pora jest taka sama…

– Długo pan czeka na swój lot? – spytałem, by odmienić nieco nostalgiczną atmosferę rozmowy.

– O tak… – odpowiedział z zadumą – bardzo długo… Zjemy coś? – spytał nagle, a w jego wyblakłych oczach pojawiło się ożywienie – tu wszystko jest bezpłatne, o ile jest się pasażerem tranzytowym oczywiście. Niech pan włoży swoją kartę identyfikacyjną i zaraz wybierzemy jakieś dania.

Włożyłem… Na ciekłokrystalicznym ekranie przymocowanym do baru wyświetlone zostało menu. Mężczyzna wyciągnął rękę i palcem dotknął kilku pozycji. Po chwili uchyliła się klapka w blacie i na stół wypchniętych zostało kilka kolorowych pojemników z potrawami, sztućce owinięte w serwetkę, torebki i słoiczki zawierające przyprawy oraz niewielkie buteleczki czerwonego wytrawnego wina. Mężczyzna zabrał się do jedzenia, ja zaś odnalazłem na ekranie pozycję ”Johnnie Walker Black Label”, którą dotknąłem palcem i po paru sekundach na blacie baru pojawiła się buteleczka, pojemnik z lodem, puszeczka wody sodowej Perrier i niska, pękata, grubodenna szklaneczka. Z przyjemnością nalałem sobie whisky i wrzuciłem lód. W powietrzu rozszedł się ostry zapach trunku. Skosztowałem… W pierwszej chwili smak wydał mi się sztuczny, ale to na pewno było tylko złudzenie. Spróbowałem jeszcze raz. Tak, to musiała być oryginalna szkocka whisky, zresztą tu, na lotnisku wszystko jest w najlepszym gatunku, więc chyba niemożliwe, żeby ten trunek był po prostu syntetyczny.

– Wie pan – zwróciłem się do mężczyzny, który na dźwięk głosu odwrócił ku mnie swą spokojną, okoloną siwiejącą brodą twarz – imponuje mi sposób organizacji tego lotniska. Wydaje mi się, że wszystko jest tu tak dalece zautomatyzowane, że personel jest w zasadzie niepotrzebny. Prowadzi to, jak sądzę, do wielkiej redukcji kosztów utrzymania lotniska.

– Tak, ma pan rację – odpowiedział z namysłem – dzięki niesłychanemu rozwojowi techniki, ludzie zostali wyeliminowani. Jedyne, z czym się nie mogę zgodzić, to to, że lotnisko jest zautomatyzowane. Ono jest po prostu automatyczne. Tu nie pracuje ani jeden człowiek. Jak pan wie, lotnisko jest największe na kontynencie i dziennie lądują tu setki, a może nawet tysiące samolotów. Każdy z nich pozostawia pasażerów tranzytowych, a następnie tankuje najlepszą lotniczą benzynę z ogromnych zbiorników. Paliwo dopływa do nich bezpośrednio z rafinerii, połączonej rurociągiem z szybami naftowymi i zasilanej przez elektrownię jądrową, w której zapas plutonu wystarczy jeszcze na wiele lat pracy. W pobliżu znajdują się też ogromne, całkowicie zautomatyzowane zakłady chemiczne, produkujące wszystko to, co potrzebuje lotnisko, począwszy od topionych serków i wina, a skończywszy na perfumach i tekstyliach.

– Czy to możliwe? – zadumałem się podnosząc do ust szklaneczkę whisky, której smak i zapach wydały mi się bardziej syntetyczne niż na początku.

– Co więcej – ciągnął dalej starzec – w pobliskim mieście, które jeszcze przed kilku laty było wspaniałą wielomilionową metropolią, będącą symbolem nowoczesności i postępu technicznego, nikt dzisiaj nie mieszka. Zresztą niech pan weźmie kilka gazet – powiedział, wskazując mi stojak – to sam pan zobaczy.

Podszedłem bliżej i na chybił trafił wyciągnąłem parę czasopism. Każde z nich miało pięknie wydrukowaną wielobarwną stronę tytułową z dzisiejszą datą. Po niej następowały zupełnie puste, choć ponumerowane strony. Tylko gdzieniegdzie widać było nagłówki: ”Wiadomości sportowe” lub ”Program telewizyjny”, a dalej nie następował żaden tekst.

– Sam pan widzi – odezwał się z satysfakcją mój rozmówca – drukarnia jest źle skonfigurowana i stale produkuje czasopisma, mimo że nie ma już ani dziennikarzy piszących artykuły, ani czytelników. Komputerowa sieć podająca treść artykułów przeznaczonych do druku milczy, lecz maszyny drukarskie pracują nadal pełną parą i system dystrybucji działa także bez zarzutu.

– Jak do tego doszło? – spytałem wykorzystując moment, gdy mężczyzna zamilkł nalewając sobie kolejną szklaneczkę Bordeaux – rocznik 1934.

– Ach, jaki wspaniały bukiet – zachwycał się przez chwilę – podobno w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym czwartym lato było szczególnie słoneczne i dlatego wina z tego rocznika mają niepowtarzalny aromat. Widzi pan – ciągnął dalej – po okresie burzliwego rozwoju technicznego zaczęto przeprowadzać redukcje zatrudnienia. Wielu ludzi znalazło się ”na bruku”. Pozostałych zatrudniono w niepełnym wymiarze godzin. Po jakimś czasie okazało się, że z punktu widzenia ekonomiki procesu produkcyjnego ludzie są zbędni. Ich praca była po prostu zbyt droga w porównaniu z pracą automatów. Zaczęto więc wypłacać bardzo wysokie renty i zasiłki. Ludzie wydawali pieniądze garściami. I wtedy właśnie nawiedziła miasto potężna fala samobójstw. Wkrótce po niej nastąpił gwałtowny rozwój chuligaństwa i bandytyzmu, i wreszcie ogromny exodus ludności w kierunku słabo rozwiniętych południowych i wschodnich krajów. Ludzie poszukiwali miejsc, w których mogliby się osiedlić, pracować uczciwie i żyć skromnie, ale za to mieć poczucie własnej wartości i przydatności. Bo widzi pan… człowiek może wytrzymać bardzo długo w nieskończenie trudnych warunkach, nie może jednak czuć się niepotrzebny. Stąd biorą się różne choroby społeczne i w końcu ucieczka. Tak, proszę pana, człowiek nie może żyć bez nadziei i poczucia sensu.

– Ale pan przecież został? – powiedziałem, przyglądając się jego siwiejącej brodzie. Skąd ja znam ten kształt brody?… – zastanawiałem się… Musiałem ją widzieć na którymś z obrazów Rembrandta, przedstawiających proroków Starego Testamentu… Nie, to może być raczej Mojżesz Michała Anioła… Zresztą wszystko jedno.

– Ja zostałem – powiedział mężczyzna – bo ktoś musi zostać, by dać świadectwo prawdzie. I – jakby domyślając się moich skojarzeń, spytał:

– Czy pan myśli, że czas proroków już minął? Za dawnych czasów prorocy byli potrzebni, bo nauka i związana z nią wiedza nie były dostatecznie rozwinięte. Potem wydawało się, że wiedza może zastąpić prawdę. A dzisiaj, gdy rozwój nauki i techniki zaszedł tak daleko, że zagraża podstawowym potrzebom ludzi, przychodzi znowu czas proroków… Ktoś musi ostrzegać. Inaczej wszystko może stracić sens.

Zauważyłem, że jego oczy są białe jak mróz.

– Tak… Tak! Przychodzi czas proroków; inaczej się nie obronimy… – powiedział podsumowując.

W tym momencie naprzeciw mojej twarzy odezwał się ukryty w ścianie głośnik. Syntetyczny kobiecy głos zapowiedział odlot mojego samolotu i zażądał, by pasażerowie tranzytowi niezwłocznie stawili się przy wyjściu. Niespiesznie dopiłem whisky i wstałem, rozprostowując kości.

– No, na mnie już czas – powiedziałem – muszę lecieć. Będę pamiętał wszystko, o czym pan mówił – dodałem, serdecznie ściskając podaną mi dłoń. – Za dwie godziny znajdę się w normalnym kraju, wśród normalnych ludzi, otoczony przez moją rodzinę, za którą się bardzo stęskniłem.

– Szczęśliwy pan jest – powiedział prorok, a jego oczy pogłębiły się nagle i w otwierającej się przestrzeni dojrzałem na moment bezmiar cierpienia i ogromny ciężar proroctwa, który musiał dźwigać. Z ulgą wyszedłem na rozświetlone sztucznym, słonecznym światłem korytarze i pośpieszyłem do odlatującego na wschód samolotu.