Oto foto, a oto wystawa

Niebawem miną 23 lata od chwili, gdy zarzuciłem na ramię swój pierwszy aparat fotograficzny i poszedłem gdzieś, na tory. Tak sobie pstrykałem przez te lata w różnych miejscach Polski i nie tylko. Przeszedłem przez rozdział, gdy biała laska kłóciła się z aparatem fotograficznym. Wyciągając aparat chowałem laskę i odwrotnie. Było to niebezpieczne i chyba niepoważne. W tych wyprawach wiele osób mi towarzyszyło jako przewodnicy. Jednych przewodników kolej pociągała, innych nie. Wiele tras przebyłem sam.

Pod koniec 2016 roku zdarzyło się tak, że w moim aparacie padły bateryjki. Szukałem długo, gdzie by takie nabyć. Od zakupu akumulatorków do fotograficznej wystawy wydaje się daleka droga i nieprawdopodobna. Wydawać by się mogło, że to posty na blogu się pomyliły i gdy polecający mi bateryjki Zbyszek mówił coś o oglądaniu moich fotek, też mi się tak wydawało. Obejrzeliśmy fotki i Zbyszek orzekł: trzeba to pokazać.

Początkowo włożyłem to gdzieś między bajki, ale nie na długo. Z wielu setek zdjęć wybrano kilkadziesiąt takich, co to i kadr, i klimat jakiś jest zachowany. Wystawa będzie, a mam nadzieję, że moi przewodnicy się uśmiechną na wspomnienie przygód ze szlaku. Każde zdjęcie tej wystawy to jakaś przygoda, historia czy zabawne wydarzenie.

Do dnia 20 stycznia zostało niewiele czasu, a ja mam stracha. Czemu? Bo takie leczniczo-wzrokowe pstrykanie będzie oglądane i lekkiego stracha każdy chyba by miał. W czasie wystawy będą towarzyszyć nam dźwięki nagrywane metodą binauralną. Będziemy wewnątrz lokomotyw, dworców i wagonów. Tym dobrym aniołom, co jeździli ze mną w wiele tras, bardzo dziękuję. Oczywiście proszę o więcej i więcej. Oto foto, czyli po wystawie.

Gdy do wystawy było daleko, myślałem sobie, że pewnie kilka osób zechce przyjść i łaskawym okiem rzucić na fotki. Im bliżej wystawy, tym łapki drżały nieco. Moje dziewczyny popełniły bardzo dobre wypieki, wskoczyłem w koszulkę, wypiłem coś gorącego i w drogę. Fort 49 okazał się pięknie zaadaptowany. Galeria wystawowa oświetlona tak, by zdjęcia fajnie wyglądały. Prawie od progu usłyszałem, że gdy się widzi taką wystawę, to „chce się chcieć”. Te słowa powiedział Dyrektor Domu Kultury. Przecież miało to być tylko pstrykanie, ćwiczenie oka i nic wielkiego. Takich słów na otwarciu wystawy było wiele. W tle wystawy zabrzmiał gwizd parowozu i pojechał niejeden pociąg. Co jakiś czas brzmiały zapowiedzi z różnych dworców.

Wystawa ta była podziękowaniem dla tych, co towarzyszą mi podczas wielu wypraw. Układ zdjęć także był odpowiednio dobrany. Jest tam zdjęcie przedstawiające wielką grupę ludzi z wycelowanymi aparatami fotograficznymi. Pośrodku tej wielkiej grupy, wydający się być małym – parowóz. Jest również podobający się wielu osobom wagon do przewozu piwa. Uśmiech na twarzach powodowało zdjęcie, gdy parowóz wjeżdżał pod wiadukt i mocno przykopcił tym, co chcieli go fotografować z wiaduktu. Podobno nie wiedzieli czy się poświęcić, czy twardo fotografować.

Tytułowe zdjęcie to takie, przy którym nieźle wymarzliśmy. Fotka przedstawia mozolnie wspinający się pociąg w śniegu. Wynurza się czerwona jednostka. W dali – gdyby nie mgła, Tatry jak na dłoni. I tutaj zawsze już chyba będę miał wspomnienie wiatrowo-wiśniówkowe. Do zaopiekowania dostałem cenny podarunek – bilet kolejowy z 1921 roku na trasę z miejscowości Tarnopol do Czortkowa. Bilet kosztował 24 marki polskie.

Tą wystawą chciałem także złamać stereotyp. Czemu to niedowidzący człowiek nie może iść i fotografować, gdy go to kręci? Wiele razy podczas tych kilku godzin słyszałem słowo „wariat”. To jednak było takie jakieś dobre i budujące. Do takich dni wśród uśmiechu drugiego człowieka można wracać w chwilach zwątpienia. Zbyszek powiedział, że to wypali – i chyba wypaliło.

Jestem fotografem. Co ma masaż do kolei?

To trochę dziwne: mieć przy sobie aparat fotograficzny i białą laskę. Jasne, bo jak to może być? Te urządzenia nie współgrają ze sobą i może nawet rażą, gdy są wspólnie.

Będąc człowiekiem z dużą wadą wzroku, jestem zakręconym maniakiem kolei i dużo łażę z aparatem fotograficznym po różnych torach. Lubię szczególnie te nieprzejezdne, zapomniane. Nie gardzę też klimatycznymi stacyjkami i dworcami jeszcze przed remontem.

Fotografowanie zaczęło się od mojej Pani Doktor, zresztą okulistki. Posiadam w swoim arsenale również coś, co się zwie oczopląs – znaczy to, że kobiecie nie spojrzę prosto w oczy. Aby to trochę pohamować, zaproponowała mi Pani Doktor bym zakupił aparat fotograficzny z wizjerem. Wizjer ma dać dużo światła. Mam wpatrzyć się w niego, wyczuć odpowiedni moment zrobienia zdjęcia i pstryknąć. Pozwoli to choć na chwilę zatrzymać drganie oka. Zaproponowała mi Pani Doktor, bym znalazł sobie jakiś temat fotografowania, który by mnie cieszył. Temat przyszedł automatycznie: kolej była duża, wyraźna i interesująca. Od 1993 roku zrobiłem wiele zdjęć – dobrze, że mamy teraz technikę cyfrową. Nie mieściłbym się w szafie. Aparatów też przefotografowałem wiele. Zacząłem od małpiatkowatego Canona, następnie był lustrzany Olympus, Zenit 122 i teraz Canon EOS 350. Z fotografowaniem dzisiaj nie ma problemu, przy każdym telefonie jest aparat. U mnie jednak w fotografowaniu idzie o wizjer i celowanie, czyli ćwiczenie oka.

Na początku było mi trochę ciężko, bo jak to wygląda? Biała laska daje bezpieczeństwo na drodze i torach. Co ludzie powiedzą? To jednak dziwne. Składałem laskę, wyciągałem z plecaka aparat i łaziłem torem, peronem czy gdzieś tam po niezbyt przyjaznym dla niewidomego podłożu. Po kilku wykolejeniach fotografa doszedłem do wniosku, że trzeba się przełamać. Pierwsze „focenie” z laską było zza krzaka, nie widziałem, że ktoś mnie i owszem widział. Podchodzili ludzie i reagowali różnie. Do dziś różnie reagują. Od bardzo nieprzychylnych reakcji, po wręcz podziw, że jednak można. Pracując kiedyś w szpitalu udało mi się pomóc pewnemu fajnemu kolejarzowi. Postanowił się za pomoc odwdzięczyć. Dostałem zezwolenie na przebywanie na terenie kolei całej Polski i w kabinach lokomotyw wszelkich trakcji. Oto jak masaż połączył się z koleją.

Z aparatem Zenit 122 miałem fajną przygodę. W tym aparacie wszelkie sterowanie odbywa się za pomocą pokręcania pierścieniem dalmierza oraz pierścieniem przesłony. Bym w wizjerze widział zapalające się światełka czerwone i zielone od przesłony, wzmocniono je usuwając jakby kalkę z żaróweczek. Pierścienie na obiektywie pozaznaczano mi klejem typu „kropelka”. Nauczyłem się, co jakie oznaczenie znaczy i Zenit się dobrze sprawował. Jednak były lepsze aparaty, które mniej męczyły oko. Oko ma ćwiczyć, ale się nie zamęczać.

Wpatrywanie się w światełka było jednak ponad siły. Zenit jednak pozostawił wiele fajnych zdjęć, bo go zrozumiałem. Koledzy fotografowie nauczyli mnie pewnych zasad fotografii, takich, które mi się przydadzą. Opanowałem głębię ostrości – oczywiście w moim wydaniu. Teraz są aparaty pomagające i wiele wybaczające.

Kolejnym połączeniem masażu tym razem z fotografią jest obecnie posiadany Canon EOS 350. Znowu kolegę fajnie postawiłem na nogi przez manewry jego powięzią. On wymanewrował mi fajny aparat. Ten przywędrował do mnie z Ameryki i choć nie jest najnowszą maszynką, Paweł pomógł mi go odpowiednio dla mnie ponastawiać i zrozumieć. Musiałem swoje oko nauczyć „prostości” zdjęć. Ciężkie to było. Kupiłem więc urządzenie zwane Monopodem. Jest to laska stawiana na ziemi jak statyw, tylko na jednej nodze. Przykręcona do aparatu i wisząca pod nim znakomicie pionizuje, działa jak murarski pion. Nauczono mnie też wybrać sobie coś pionowego bądź poziomego, np. słup, poziomy tor, ustawić równolegle do krawędzi wizjera, lekko odsunąć i już.

Takie sobie triki, które dla widzącego fotografa są niepotrzebne. Nieraz moi znajomi ze mnie się śmieją mówiąc, że zostanie mi odebrana inwalidzka grupa, ale póki co nie boję się. Nowatorska forma okulistycznych ćwiczeń przeszła w pasję, a to jednak ma więcej plusów.

Kiedyś miałem nawet problem z zakupem aparatu. Poszedłem z kolegą by coś wybrać i zakupić. Gdy już wybrałem Olympusa, chciałem go ratalnie kupić. Zażądano dowodu i książeczki wojskowej lub innego dokumentu tożsamości. Książeczki nie miałem, dałem więc legitymację inwalidzką w pełni ważną i uwiarygadniającą, z dowodem. Pan odrzekł, że na taki dokument aparatu mi nie sprzeda. Było śmiesznie nawet, gdyż już byłem na takim etapie, że nie przejmowałem się takimi przeciwnościami. Musiał zainterweniować kierownik sklepu i wszystko stało się możliwe.

Bardzo lubię stację Kraków Płaszów. Pomaszerowałem sobie kiedyś ku głowicy stacyjnej ścieżeczką i z laseczką. Na ramieniu aparat i w oddali dźwięk niemodernizowanej SM42. Kolejarze wiedzą jak urokliwie to mruczy i zwane jest wibratorem. Słyszę za sobą biegnącego człowieka. Okazał się nim przejęty strażnik. Spytał, czy wiem, gdzie jestem. Odpowiedziałem, że idę sfotografować „esemkę na żeberku”. Zdziwił się: że jak to fotografować? Zaproponował pomoc. Bardzo chętnie ją przyjąłem, bo z ludem kolejarskim pogadać można i jest przyjazny. Nagrałem i fotografowałem do woli. Teraz na Płaszowie i na kilku stacjach nikt się nie dziwi takiemu wariatowi. Nie bardzo się już przejmuję będąc z laską i aparatem. Laska posłużyć może czasem jako statyw, by nie było drgań przy fotografowaniu. Jeżeli ktoś się temu dziwi, to opowiem historię o nowatorskiej metodzie leczenia oczopląsu.

Aby było bezpieczniej, trzy razy posłucham wchodząc na tor, nim przez niego przejdę. To forma jakby szacunku i pokory dla kolei. Może ona być niebezpieczna. Gdy idę na jakąś lokomotywownię, wiem jak można się poruszać w takim miejscu nie przeszkadzając innym w pracy. Ze strony kolejarzy nigdy nie spotkałem się z nieżyczliwością, a w wielu miejscach byłem. Ostatnimi czasy również nagrywam kolejową muzykę szyn. Do nagrań nie trzeba włazić na tory. Mikrofony wyłapią dźwięki i tak. I tak to masaż i kolej przeplatają się. I cieszę się z tego.