Wstyd barierą dla niewidomych?

Człowiek jest istotą psychosomatyczną, która składa się z ciała i psychiki. Te dwa elementy wzajemnie na siebie oddziaływują i przenikają się. Jeśli ma on dysfunkcję fizyczną związaną chociażby z utratą wzroku, to bardzo często automatycznie pojawiają się u niego bariery mające podłoże w psychice.

Nowa sytuacja życiowa sprawia, że zaczynają dawać o sobie znać kompleksy, a one wywierają wpływ na zachowanie człowieka, przejawiają się w różnych postawach, lękach, obawach, dążeniach. W niniejszym tekście chciałbym skupić się na wstydzie, który często towarzyszy osobom niewidomym i słabowidzącym. Choć jest on absurdalną barierą, która w znaczący sposób utrudnia niepełnosprawnym normalne funkcjonowanie, to jednak w połączeniu z nieśmiałością wynikającą chociażby z charakteru jest bardzo często trudny do przezwyciężenia. Warto więc zastanowić się nad własnym podejściem do wstydu. A Ty, Czytelniku, wstydzisz się własnych problemów ze wzrokiem? Czujesz się niekomfortowo, kiedy korzystasz z pomocy innych ludzi? A może jesteś zażenowany, idąc z białą laską, albo z psem przewodnikiem? A może masz problem z tym, aby korzystać w przestrzeni publicznej z urządzeń, które ułatwią ci funkcjonowanie, ale jednocześnie zdradzą twoją niepełnosprawność? Czas to zmienić i popracować nad sobą.

Każdy z nas zapewne chciałby być piękny, młody i pełnosprawny, ale nie każdy ma tyle szczęścia, żeby przez życie przejść bez jakiejkolwiek dysfunkcji. Jeśli jednak już się ona pojawi, to u niektórych powoduje jeszcze większą motywację do działania, chęć udowodnienia losowi, że jako niepełnosprawni mogą osiągnąć jeszcze więcej. Niestety, dla znacznie większej części jest ciosem, z którym nie mogą sobie poradzić. Uwikłani w stereotypy i kompleksy podsycane lękami, obawami i wstydem zamykają się w sobie, albo przynajmniej nie korzystają z życia w takim stopniu, w jakim by mogli.

Zostawię na boku lęki i obawy, a skupię się na wstydzie, bo właśnie on jest jednym z największych hamulców utrudniających funkcjonowanie niepełnosprawnym. Czym on jest? Wstyd to emocja związana z funkcjonowaniem człowieka. Może być bolesnym przeświadczeniem o własnej ułomności, niedoskonałości. Często jest jednak wytworem psychiki, a praca nad sobą pozwala zniwelować jego negatywne skutki. Wstyd w codziennym funkcjonowaniu może towarzyszyć każdemu człowiekowi, ale ja chciałbym skupić się na osobach z dysfunkcją wzroku – zarówno niewidomych od urodzenia, jak i tych, które dopiero w trakcie swojego życia zaczęły tracić wzrok. Wydaje się, że na okiełznanie tej emocji nie ma cudownej recepty, ale lepiej z przełamywaniem lęków, barier i wstydu zazwyczaj radzą sobie osoby, które nie widzą od urodzenia. Znacznie trudniejsze zadanie czeka osoby, które przykładowo nagle zaczęły tracić wzrok. One muszą przestawić się na zupełnie inne funkcjonowanie, co w rzeczywistości wcale nie jest takie łatwe. A problemów codzienność dostarcza mnóstwo.

Zacznijmy może od osób, które cokolwiek widzą, ale mają opory związane z tym, jak ich niepełnosprawność będzie postrzegana przez ogół społeczeństwa. Wydaje im się, że niecodzienne zachowanie, by chociażby wspomnieć o odczytywaniu rozkładu jazdy za pomocą lupy albo trzymaniu telefonu czy książki bardzo blisko oczu spowoduje, że nagle inni będą na nich dziwnie patrzeć. W istocie pewnie większość ludzi wcale takiego zachowania nie zauważy, a dla części po prostu będzie to sygnał, że dana osoba ma kłopot ze wzrokiem. Nie należy się tym przejmować, robić z tego jakiejś tragedii. Warto przejść nad tym do porządku dziennego i wcale nie myśleć o tym, jak ludzie mogą zareagować, widząc, że dana osoba ma kłopot ze wzrokiem.

Innym aspektem wstydu jest korzystanie z białej laski, albo z psa przewodnika. Oba te elementy mocno rzucają się w oczy, z reguły powodują automatyczne zaszufladkowanie do danej grupy społecznej w myśl powiedzenia: jak cię widzą, tak cię piszą. Przypisują również stereotypy, czasami mogą powodować ciekawość u innych, ale w pewnych sytuacjach także ich strach przed nieznanym czy żarty. Na każdą reakcję trzeba być przygotowanym. Nie oznacza to jednak, że niewidomi powinni rezygnować z czegoś, co ułatwia im przemieszczanie.

Sam nie miałem problemów z tym, żeby zacząć korzystać z białej laski, ale znam osoby, dla których jest to spore wyzwanie, a wręcz bariera nie do przeskoczenia. A przecież nie warto udawać chojraka, bo przez nieodpowiednie zachowanie można stać się zagrożeniem nie tylko dla siebie, ale także dla innych ludzi. Wszak mało przyjemne będzie zderzenie się ze słupkiem czy drzewem, wejście na drugiego człowieka, albo zrobienie sobie innej krzywdy tylko przez fakt, że dana osoba nie chciała być utożsamiana z niepełnosprawnością i nie korzystała z pomocy psa przewodnika lub z białej laski.

Ze wstydem może łączyć się także proszenie o pomoc obcych ludzi. Trzeba się tego nauczyć, bowiem poniekąd może ono powodować, że niepełnosprawny czuje się bardziej niesamodzielny i zależny od innych ludzi. Pytania o drogę, o numer nadjeżdżającego autobusu, o kolor światła na przejściu dla pieszych, o produkt w sklepie, początkowo wcale nie muszą przychodzić z łatwością, ale nie należy się wstydzić ich zadawania. Wszak przecież koniec języka za przewodnika. Im więcej będziemy pytali ludzi, im częściej będziemy korzystali w przestrzeni publicznej z białych lasek, z pomocy psa przewodnika czy innych gadżetów dla osób mających problemy ze wzrokiem, tym częściej będziemy dostrzegani i tym większa część społeczeństwa będzie miała świadomość, że istniejemy, przez co staniemy się normalną częścią krajobrazu społecznego, a nie taką budzącą ciekawość, lęk przed nieznanym albo ironię i żarty.

W istocie nie ma obiektywnych przesłanek ku temu, żeby osoba niewidoma źle czuła się wśród pełnosprawnych ludzi. Owszem, mogą występować pewne niedogodności, utrudnienia z tym związane, ale nie ma barier nie do pokonania. Nie ma też racjonalnych przesłanek do tego, żeby dysfunkcja wzroku była powodem do wstydu. W praktyce nie jest to jednak takie oczywiste i proste do przezwyciężenia, tym bardziej, że emocje nie poddają się logicznemu rozumowaniu. Rządzą się swoimi prawami. Poczucia wstydu nie da się wyeliminować jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki. Do tego potrzebne jest odpowiednie nastawienie, wiara w siebie, przekonanie o własnej wartości, a i tak czasami to może nie wystarczyć, bo człowiek podświadomie będzie rezygnował z czegoś, albo zbyt mocno przejmował się tym, jak na jego niepełnosprawność zareagują inni ludzie. Trzeba jednak pracować nad nabieraniem dystansu zarówno do siebie, swojej niepełnosprawności, jak i do świata, bo to ułatwia codzienne funkcjonowanie. Warto żyć na miarę swoich możliwości i pokazywać ludziom wokół, że brak wzroku albo jego ograniczenie to nie koniec świata. Z taką dysfunkcją można normalnie żyć, spełniać swoje marzenia i przełamywać własne bariery, odrzucając poczucie wstydu, zażenowania czy lęku. Tego sobie i Tobie – drogi Czytelniku – życzę!

Tandemy – pasja łącząca ludzi

„Rower ma duszę. Jeśli go pokochasz, da ci emocje, których nigdy nie zapomnisz” – te słowa, których autorem jest Mario Cipollini, wielokrotny zwycięzca etapów wyścigu Giro d’Italia, najdobitniej ukazują sens jazdy na rowerze, w tym także na tandemie. Dla osób niewidomych jest to raj dla zmysłów, bo siłą własnych mięśni wprowadzają go w ruch, a dzięki temu mogą się przemieszczać. Szum wiatru, ptaków śpiew, odgłosy otaczającej rzeczywistości oraz poczucie wolności i swobody – to wszystko sprawia, że jak ktoś już zaczął swoją przygodę z tandemami, to nie chce jej kończyć. Rowerowy bakcyl jest jak narkotyk, chce się po niego sięgać więcej i częściej.

O ile kilkadziesiąt lat temu niewidomi nie byli najaktywniejszymi osobami na świecie, o tyle ostatnio zaczęło się to zmieniać. Coraz częściej wychodzą z domów, chcą żyć aktywnie, korzystać z wszelkich dobrodziejstw obecnego świata, a także realizować się na studiach, w pracy czy w sporcie. W wielu dyscyplinach mogą startować samodzielnie, ale są i takie, które wymagają pomocy osoby pełnosprawnej. Jest ona potrzebna chociażby przy jeździe rowerem. Ten rodzaj aktywności stał się bardzo popularny w Polsce w ostatnich latach. Jak grzyby po deszczu wyrastają ścieżki rowerowe, a poszczególne miasta serwują swoim mieszkańcom rowerową alternatywę zamiast samochodu. Można rzec, że rodacy zakochali się w kolarstwie. Rekreacyjnie rowerem jeżdżą mali i duzi, pełno– i niepełnosprawni, bogaci i biedni. Słowem – rower jest dla każdego.

Ja swój pierwszy rower dostałem na komunię. Wówczas jeszcze widziałem na tyle dobrze, że mogłem jeździć samodzielnie, ale stosunkowo szybko mój wzrok się pogorszył, przez co ten rodzaj aktywności poszedł w odstawkę na długie, długie lata. Pewnie byłoby tak nadal, gdyby znajomy nie namówił mnie do wzięcia udziału w corocznym święcie cyklicznym w Szczecinie, ale tym razem na tandemach. Wówczas po raz pierwszy zetknąłem się z tego typu rowerami.

Mimo, że pogoda nas nie rozpieszczała, bo pokonywaliśmy piękne uliczki zachodniopomorskiej stolicy w strugach ulewnego deszczu, jednak nie zniechęciło mnie to do tandemów. Wówczas poczułem, że mogą one stanowić dodatkowy bodziec do podjęcia aktywności sportowej. Dlatego w kolejnych tygodniach były następne wyjazdy z różnymi pilotami. Pokonywane trasy były dłuższe i krótsze, ale dzięki temu miałem możliwość spędzenia czasu na świeżym powietrzu, poznania nowych ludzi, a także odwiedzania ciekawych miejsc.

Jednak przełom w mojej rowerowej przygodzie nastąpił we wrześniu 2017 roku, kiedy to praktycznie bez żadnego przygotowania pojechałem na kilkudniowy rajd organizowany przez fundację Niewidomi na Tandemach. Obaw było sporo. Przede wszystkim te kondycyjne. Nigdy wcześniej przez kilka dni z rzędu nie pokonywałem odcinków o długości 60-75 km, więc było to dla mnie spore wyzwanie. Ale okazało się, że nie taki wysiłek straszny jak go malują. Mimo, że w trakcie rajdu dały o sobie znać pewne części ciała, to jednak ten dyskomfort był niczym w porównaniu do wielu pięknych chwil, które zapadną mi w pamięci, tym bardziej, że przecież ból jest tymczasowy, a skutki rezygnacji z jazdy na rowerze są wieczne – jak mawiał klasyk, czyli Lance Armstrong.

W minionym roku fundacja zorganizowała trzy rajdy w województwach: wielkopolskim, warmińsko-mazurskim i zachodniopomorskim. W każdym z nich brało udział około 15 tandemów, którymi przemieszczali się ludzie będący w różnym wieku i pochodzący z różnych zakątków Polski. Często pilot i osoba niewidoma kompletnie się wcześniej nie znali, a musieli sobie zaufać i stworzyć zgrany duet w trakcie jazdy.

– Jeśli ktoś w ogóle podejmuje się jazdy tandemem, to według mnie jest to osoba, która wie z czym to się je. Bardziej bałam się o siebie, ponieważ jazda przez cztery dni po 70 km była dla mnie czymś nowym. Nie wiedziałam czy dam radę przejechać tak duży dystans, ale na szczęście dałam radę. Przeżyłam przygodę życia. Sprawdziłam się, poznałam fajnych ludzi, z którymi kontakt mam do tej pory – nie ukrywa satysfakcji Patrycja Klakla, niewidoma uczestniczka rajdu zachodniopomorskiego.

W podobnym tonie wypowiada się inny z niewidomych uczestników. – Jazda na tandemie ma dla mnie kilka aspektów – ruchowy i sportowy, bo nie pobiegam za piłką, a tandem daje możliwość aktywnego spędzania czasu. Towarzyski, bo na różnych wypadach można poznać dużo fajnych osób. I poznawczy, bo można poznać ciekawe miejsca – tłumaczy Mateusz Przybysławski.

Jeden z uczonych mawiał, że życie jest jak jazda na rowerze. Żeby utrzymać równowagę, musisz poruszać się naprzód. Trudno odmówić trafności temu stwierdzeniu, ale w jeździe na tandemie nie chodzi tylko o samą aktywność fizyczną, ale przede wszystkim o przełamywanie własnych barier i słabości, o walkę z przeciwnościami losu i wychodzenie z domu, a nie zamykanie się w czterech ścianach. Wreszcie, o poznawanie nowych ludzi, a także o uświadamianie pełnosprawnych o potrzebach osób niewidomych.

– Wcześniej widziałam, więc wiem jak wyglądają drzewa, zwierzęta i inne rzeczy. Lubię wiedzieć, co się wokół mnie dzieje. Nie widzę, ale za to mam wyostrzone inne zmysły. Otaczającą rzeczywistość odbieram słuchem i zapachem. Podczas jazdy tandemem dużą rolę odgrywa pilot, który opisuje teren, a wtedy mogę sobie go wyobrazić. Wówczas jazda nabiera większych emocji. Nie chodzi tylko o pedałowanie, ale też o podziwianie tego, co jest wokół nas – podkreśla Patrycja.

Coraz częściej na rajdy jako piloci zgłaszają się osoby, które nigdy wcześniej nie jeździły na tandemach z osobami niewidomymi. Chcą spróbować swoich sił w jeździe rowerem w duecie. Stanowi ona dla nich pewnego rodzaju zagadkę, wyzwanie, z którym zazwyczaj bardzo dobrze sobie radzą, choć nie ukrywają, że na początku swojej przygody z jazdą na tandemach mają pewne obawy.

– Obawiałam się, czy w ogóle odnajdę się w rajdzie z osobami niewidomymi. Bałam się, że nie sprostam wyzwaniu, a ktoś przeze mnie będzie miał nieudany wyjazd. Nie wiedziałam też czy dam radę jechać na tandemie, ale jakoś poszło, a moje obawy się nie sprawdziły. Wrażenia mam bardzo pozytywne, miło wspominam wyjazd i absolutnie nie żałuję, że zdecydowałam się wziąć w nim udział. Jeśli jeszcze kiedyś nadarzy się okazja, to chętnie ponownie wezmę udział w takim rajdzie – twierdzi Joanna Polak, jedna z pilotek rajdu zachodniopomorskiego.

Nie każdy lubi wysiłek fizyczny, ale zachęcam do spróbowania swoich sił w jeździe na tandemie. Nie jest to wielka filozofia, a frajda może być ogromna. Osoby niewidome coraz częściej mają własne tandemy, ale istnieje niedobór pilotów. Do tanga, a właściwie do tandemu trzeba dwojga, a często brakuje osób widzących, które chciałyby zrobić coś pro publico bono i dać porwać się przyjemności związanej z jazdą rowerem w duecie z osobą niewidomą. Oby tandemów na ulicach polskich miast było jak najwięcej. Oby niewidomi jak najczęściej korzystali z możliwości aktywnego spędzania czasu i zwiedzania ciekawych miejsc. Oby pojawiali się nowi piloci, bo bez nich nawet największy, niewidomy fan kolarstwa daleko nie zajedzie. Tandemy łączą, a przynajmniej powinny łączyć ludzi. Dlatego szanowny Czytelniku wsiadaj na rower, niczego nie żałuj, przez życie pedałuj!

Niewidomi spełniają marzenia na motocyklach

Wydawać by się mogło, że niewidomi i motocykliści to dwie na tyle różne grupy, że nie można ich złożyć w jedną całość. Temu twierdzeniu zadało kłam stowarzyszenie Motocykliści dla Dzieci, które postanowiło otworzyć się na środowisko osób niewidomych i słabowidzących. Ideą stowarzyszenia jest pomaganie dzieciom, dla których los nie był łaskawy, czyli znajdującym się w szpitalach, domach dziecka czy świetlicach środowiskowych. Jest ono znane z takich akcji jak Moto Mikołaje czy Moto Zające, ale z inicjatywy Marka Gawłowskiego zaczęło współpracę z osobami niewidomymi. – Jesteśmy już dość dużym stowarzyszeniem, mającym spore możliwości organizacyjne. Chcieliśmy swój potencjał wykorzystać, żeby pokazać wam jakąś inną perspektywę życia. Wszystko zaczęło się powoli kręcić. Na razie była tylko jedna akcja, ale na pewno nie damy wam o sobie zapomnieć – skomentował wiceprezes stowarzyszenia, Marcin Pawełko.

Pierwsza wspólna wyprawa motocyklistów z niewidomymi odbyła się ze Szczecina do Nowego Warpna w październiku 2017 roku. Wzięło w niej udział kilkanaście niewidomych i słabowidzących osób, które stały się pasażerami motocyklistów, pokonując trasę w asyście kilkudziesięciu innych pasjonatów dwóch kółek. Osoby niewidome miały możliwość zetknięcia się z różnymi rodzajami motocykli – od tych szybkich, opływowych, sportowych, aż po takie, które nadają się do jazdy po różnym terenie i są przeznaczone na dłuższe trasy. Niewidomi zazwyczaj korzystali z tych drugich, na których jazda była dla nich bardziej komfortowa. – Były obawy głównie ze względu na bezpieczeństwo. Motocykl jest bardzo otwartą maszyną, więc musieliśmy uważać, żeby nikogo nie zgubić po drodze. Dlatego na początku wybieraliśmy motocykle, które były bardziej bezpieczne do jazdy, czyli miały kufer z tyłu i wygodne siedzenie. Ale uczestnicy próbowali jazdy także na motocyklach sportowych, na których pozycja jest bardziej skulona – zaznaczył Dariusz Rudkiewicz, członek stowarzyszenia Motocykliści dla Dzieci.

Większość motocyklistów nigdy wcześniej nie miała do czynienia z osobami niewidomymi, więc dla nich wspólna wyprawa była ciekawym przeżyciem, z którego wynieśli wiele cennych wskazówek. – Było to dla mnie nowe doświadczenie. Dużo się od was nauczyłem. Na początku byliśmy wobec was zbyt opiekuńczy. Próbowaliśmy wszystko za was robić, a zaobserwowaliśmy, że chcecie być jak najbardziej samodzielni. Byłem pod dużym wrażeniem tego, jak dobrze radzicie sobie w sytuacjach, które dla nas wydają się barierami nie do pokonania – ocenił Rudkiewicz.

Cała akcja miała na celu nie tylko zwrócenie uwagi na istnienie w społeczeństwie osób z dysfunkcją wzroku, ale także na wyciągnięcie ich z domów i dostarczenie im wrażeń, których nie mogą poczuć na co dzień, tym bardziej, że nie wszyscy są na tyle odważni, żeby samodzielnie przełamywać bariery i radzić sobie z trudami codzienności. – Albo moje środowisko jest na tyle hermetyczne, albo osób niewidomych po prostu nie widać. Nie wiem czy to wynika z faktu, że siedzą w domach i są ograniczone barierami związanymi z poruszaniem się, czy moje życie jest na tyle poukładane, że się nie spotykamy. Dlatego we wspólnej jeździe motocyklem podobało mi się to, że pokazaliśmy ludziom, że jesteście, że istniejecie, że można was zauważyć, że można z wami zrobić coś pożytecznego. Mam z tego powodu dużą satysfakcję – nie ukrywa Pawełko.

Osoby z dysfunkcją wzroku starają się być coraz aktywniejsze zawodowo i społecznie. Przełamują własne słabości i przekraczają bariery, które jeszcze kilkanaście lat temu zdawały się być nie do przeskoczenia. Udowadniają sobie, ale też wszystkim wokół, że mogą normalnie funkcjonować w społeczeństwie, a przy pomocy innych ludzi robić to, czego samodzielnie nie mogliby wykonać bez wzroku. Jazda motocyklem jest tego idealnym przykładem, bowiem oddziaływuje bardzo mocno na zmysły. Niewidomi słyszą ryk silnika, czują prędkość i swobodę związaną z przemieszczaniem się po drodze, a jednocześnie mogą naładować się pozytywną energią. – Od zawsze fascynowały mnie te pojazdy. Spotykając je na ulicy, przeraża mnie towarzyszący im hałas, który jest dla mnie bardzo dezorientujący. Kiedy jechałam motocyklem, było zupełnie inaczej. Ryk silnika, zapach spalin i skóry, pęd powietrza, adrenalina, szum wiatru pod kaskiem – to wszystko było niepowtarzalnym przeżyciem, którego sama sobie nie mogłabym dostarczyć – wspomina jedna z niewidomych uczestniczek wyprawy, Monika Czerczak.

Już w grudniu niewidomi mieli po raz drugi wyruszyć w trasę z motocyklistami. Tym razem mieli wziąć udział w akcji Moto Mikołaje, ale na przeszkodzie stanęła nieodpowiednia pogoda, dlatego ze względów bezpieczeństwa w ostatniej chwili wspólna wyprawa została odwołana. Było ślisko, więc mogły przytrafić się jakieś wywrotki, a wówczas zamiast radości ze wspólnej jazdy mogłyby pojawić się negatywne odczucia. – Stwierdziliśmy, że nie ma co się spieszyć, bo będą jeszcze okazje do kolejnych wspólnych wypraw. Mnie marzy się, żeby zabrać was nad morze, żeby była to już dłuższa, całodniowa wycieczka – snuje plany Rudkiewicz. Zanosi się więc na to, że współpraca stowarzyszenia Motocykliści dla Dzieci ze środowiskiem osób niewidomych będzie nadal się rozwijała. Obie strony mogą czerpać z niej dużo korzyści i satysfakcji. Być może dzięki kolejnej akcji jeszcze więcej osób z dysfunkcją wzroku odważy się zasiąść na motocyklu, a ludzie pełnosprawni dostrzegą, że my – niewidomi i słabowidzący – żyjemy wokół nich.

Jaki bank dla niewidomych?

W zamierzchłych czasach ludzie nie znali pieniądza. Wymiana towarów odbywała się na zasadzie barteru, czyli towar wymieniano na towar. Za prekursorów pieniądza uważa się Fenicjan, którzy najprawdopodobniej zapoczątkowali erę monet. Później doszły jeszcze nominały papierowe, a kolejnym etapem ujednolicania rynku pieniądza miało być wprowadzenie euro w całej Unii Europejskiej. Obecnie proces ten został nieco zahamowany, ale transformacja pieniądza nadal trwa, bowiem przechodzimy z ery pieniądza realnego do ery pieniądza wirtualnego. Coraz częściej korzystamy z bankowości elektronicznej, rachunki opłacamy korzystając z aplikacji, a w sklepach za towary i usługi płacimy kartą debetową lub kredytową, z tak zwanego plastiku, korzystamy z niej też płacąc chociażby u dentysty, za taksówkę czy bilety do kina. Coraz mniej jest miejsc, w których można płacić tylko i wyłącznie gotówką, choć oczywiście takie się jeszcze zdarzają, by wspomnieć chociażby lokalne sklepiki, bazary z owocami i warzywami czy opłaty za jakieś mniej popularne usługi. Słowem – trudno obejść się bez posiadania konta bankowego w pakiecie z kartą debetową. Pewnie dla wytrwałych jest to możliwe, ale po co sobie komplikować życie i zamykać drogę do korzystania z udogodnień, które w obecnych czasach serwuje nam technologia i informatyzacja?

Brzmi pięknie, ale z perspektywy osoby słabowidzącej lub niewidomej wcale tak kolorowo być nie musi. Niby wybór banków jest spory, ale niestety nie wszystkie dobrze radzą sobie z przystosowywaniem swoich stron internetowych i aplikacji mobilnych dla potrzeb osób z dysfunkcją wzroku. My jako osoby niepełnosprawne, podejmując decyzję o założeniu konta w banku musimy brać pod uwagę nie tylko cechy konta, ewentualne opłaty związane z jego prowadzeniem oraz z kartą debetową, ale przede wszystkim dostępność danego banku dla naszych potrzeb. Słowem – czy przy pomocy odpowiedniego oprogramowania będziemy w stanie poradzić sobie z obsługą bankowości elektronicznej czy aplikacji mobilnej? Tak się złożyło, że miałem możliwość przetestowania dostępności usług poszczególnych banków pod kątem osób niewidomych i chciałbym podzielić się swoimi spostrzeżeniami. Zaznaczę jednak, iż są to moje subiektywne odczucia i każdy z Was – drodzy Czytelnicy – może mieć inny pogląd w tej kwestii oraz inną hierarchię banków.

Jak dla mnie prym w dostępności wiodą trzy banki, czyli Millennium, Bank Zachodni WBK i ING Bank Śląski. Moim ulubionym jest ten ostatni, bowiem ma bardzo przejrzystą i łatwą w obsłudze bankowość elektroniczną, aplikacja mobilna jest trochę chaotyczna, ale również bez większych kłopotów da się z niej korzystać. Przejrzysty interface ma WBK, w którym także nie napotkałem na większe problemy. Jeszcze lepszą aplikację mobilną ma wspomniany powyżej portugalski bank. Łatwo można w niej robić przelewy, korzystać z blika, sprawdzać stan środków na koncie etc. Dobrze działającą aplikację mobilną ma też PKO BP (w tym Inteligo), ale u tego potentata znacznie gorzej jest z dostępnością bankowości elektronicznej. Trudno było mi się odnaleźć w jej układzie, nie wszystkie funkcje też były dostępne bez posiłkowania się okiem osoby widzącej. Podobnie ma się sytuacja w T-Mobile, gdzie swobodnie mogę korzystać z aplikacji, ale wiele do życzenia pozostawia bankowość elektroniczna. Na przeciwnym biegunie znajduje się w moim rankingu Getin Bank, w którym napotkałem na problemy zarówno w bankowości elektronicznej, jak i w aplikacji. Przykładowo w tej drugiej miałem kłopot choćby z założeniem lokaty, bowiem voice over nie czytał wszystkich elementów. Według mnie słabo wypada również BGŻ BNP Paribas, z którego obsługą bankowości elektronicznej kompletnie nie mogę sobie poradzić. Aplikacja mobilna tego banku też jest dość toporna i w sumie można w niej wykonać tylko podstawowe funkcje.

Bez wątpienia bankowość elektroniczna, ale również aplikacje mobilne poszczególnych banków mogą ułatwić nam codzienne funkcjonowanie, ale czyhają na nas też niebezpieczeństwa związane chociażby z aktualizacjami aplikacji mobilnych. Wszak nie od dziś wiadomo, że lepsze jest wrogiem dobrego, a nie ma co ukrywać, że bankowi spece informatyczni nie zawsze pamiętają o potrzebach osób niewidomych, czyli by wszystkie przyciski były zaetykietowane, a aplikacja poprawnie działała z voice overem. Stąd nie raz i nie dwa zdarzyło już się, że aplikacja, która była wcześniej dostępna, nagle stawała się znacznie mniej przyjazna dla osób z dysfunkcją wzroku i trzeba było czekać na kolejną aktualizację, by coś poprawiło się na lepsze. Tak było chociażby z aplikacjami Alior Banku i mBanku.

Wciąż też problemem są mówiące bankomaty. Powoli ich liczba rośnie, ale wciąż jest ich zbyt mało, by osoby niewidome mogły bez przeszkód z nich korzystać. Co więcej – pokusiłem się o skontaktowanie się z dziesięcioma bankami i żaden z konsultantów w nich pracujących nie był w stanie podać mi listy udźwiękowionych bankomatów, co najdobitniej potwierdza, że dla banków stanowimy marginalną część klientów, których potrzeby nie są do końca realizowane. Na szczęście są coraz częściej dostrzegane, więc może w niedalekiej przyszłości doczekamy się także listy mówiących bankomatów, które na pewno ułatwiłyby nam życie. Bo o ile w swojej okolicy możemy znać miejsce, w którym stoi udźwiękowiony bankomat, o tyle w innym mieście świadomość istnienia udźwiękowionego bankomatu może nam się bardzo przydać. Jest to o tyle istotne, że tendencja w bankowości jest taka, by ograniczać funkcjonowanie oddziałów, a w nich wycofywać się z obrotu gotówką. Już większość banków wprowadziła opłaty za wpłacanie lub wypłacanie pieniędzy w oddziale. Za wykonanie takiej operacji jednorazowo można zapłacić nawet 10 zł, a po co wzbogacać banki? Wszak z reguły osoby niepełnosprawne nie są krezusami finansowymi, więc po co jeszcze dawać możliwość do zarabiania na nas bankom?

O własne pieniądze należy dbać tak samo jak walczyć o dostęp do szerokich usług bankowych, które nie we wszystkich bankach są jeszcze dla nas dostępne ze względu na nieodpowiednie dostosowanie stron internetowych czy aplikacji do naszych potrzeb. Jednak przez ostatnie lata dużo zmieniło się w tym zakresie. Miejmy nadzieję, że w kolejnych miesiącach na lepsze zmieni się jeszcze więcej, a każdy z was – drodzy Czytelnicy – będzie mógł znaleźć taki bank, który będzie mu odpowiadał zarówno pod względem oferty, jak i dostępności. Pamiętajcie też, że nie jesteście na wieki wieków przypisani do jednego banku. Jeśli coś w waszym banku zmieni się na gorsze, to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby dokonać zmiany, wszak w bankowości – podobnie jak w życiu – nie może być próżni. Oferty banków się zmieniają, dostępność dla osób niewidomych również, zatem warto podążać za zmianami i wybierać najlepsze konto dostosowane do swoich indywidualnych potrzeb. Czego wam wszystkim życzę!

„Niepełnosprawny” system informacji pasażerskiej

Powoli kończą się czasy, w których niewidomi i niedowidzący skazani byli na wegetowanie w czterech ścianach. Coraz częściej wychodzą z domu, starają się korzystać z dobrodziejstw świata, przełamują własne bariery i udowadniają, że niewidomy nie jest synonimem nieszczęścia. Owszem, jest im trudniej, ale przezwyciężanie lęków i słabości motywuje do inwestowania w osobisty rozwój. Szkoda tylko, że nie zawsze mogą korzystać z dobrodziejstw technologii. Istnieje bowiem wiele takich aspektów, nad którymi pełnosprawni w ogóle się nie zastanawiają. Osobom z dysfunkcją wzroku mogą ułatwić funkcjonowanie, ale tylko wtedy, gdy są udostępnione.

Jak pomagają niewidomym zewnętrzne i wewnętrzne zapowiedzi emitowane w komunikacji miejskiej? Bez tej komunikacji trudno dotrzeć do szkoły, na uczelnię, do pracy, sklepu czy na spotkanie z przyjaciółmi. Czy oferowana na mieście pomoc wystarczy, by wsiąść do właściwego autobusu czy tramwaju i dojechać do celu? Wbrew pozorom nie jest to w przypadku niewidomych proste. Często trzeba prosić o informacje od innych pasażerów. Osoby niewidome i słabowidzące są czasem przesadnie ambitne i chciałyby być samodzielne. Wielkim ułatwieniem w podróżowaniu może być dobrze działający, automatyczny system informacji pasażerskiej. W tym miejscu warto postawić kluczowe pytania: czy poszczególni przewoźnicy zauważają odmienne potrzeby percepcyjne osób niewidomych i słabowidzących oraz na ile wykorzystywane są nowoczesne systemy takiej informacji w autobusach i tramwajach.

O ile w różnych miastach można dostrzec inwestycje w tabor komunikacyjny na przestrzeni ostatnich lat, o tyle trudno nie oprzeć się wrażeniu, że często nie idzie z nim w parze wdrażanie nowych technologii dostępowych, które w XXI wieku powinny być chlebem powszednim. Systemy zapowiedzi zarówno wewnętrznych, jak i zewnętrznych, są w miarę tanie oraz zdecydowanie ułatwiają niewidomym odnalezienie się w otoczeniu. Te pierwsze są emitowane w wielu miastach, a drugie wciąż należą do rzadkości. Nie ma jednego rozwiązania stosowanego w różnych miejscach. Jednym z polskich miast, które najlepiej poradziło sobie z tą kwestią, jest Wrocław. W stolicy Dolnego Śląska wprowadzono obligatoryjną emisję zapowiedzi zewnętrznych informującą o numerze autobusu/tramwaju oraz kierunku jazdy. Takie rozwiązanie może jest nieco uciążliwe dla okolicznych mieszkańców. Inne rozwiązanie zastosowano w Warszawie, gdzie kierowca/motorniczy ma obowiązek włączyć zapowiedź widząc na przystanku niewidomego. Teoria często mija się jednak z praktyką i bywa różnie z tym włączaniem.

W niektórych miastach wprowadzono specjalne piloty, przy pomocy których można się dowiedzieć o numerze zbliżającego się środka transportu. Prekursorami tego rozwiązania są Tarnów i Łódź. Te dwa miasta udowodniły, że nie ma rzeczy niemożliwych. Wyposażyły wszystkie pojazdy komunikacji miejskiej w systemy głośnomówiące. Szkoda, że w ich ślady nie poszły kolejne miasta.

Dziwna sytuacja jest w moim mieście – w Szczecinie. Nawet wewnętrzne komunikaty informujące o przystanku nie są emitowane za każdym razem, a zewnętrzne należą do rzadkości. Jedynie część taboru tramwajowego ma możliwość ich emisji, za to w autobusach się ich w ogóle nie stosuje, przez co piloty są nieprzydatne, a można je otrzymać w biurze PZN. Przy ich pomocy można dowiedzieć się co najwyżej za ile czasu przyjedzie wybrany środek transportu, ale dotyczy to tylko nielicznych przystanków, które są wyposażone w specjalne tablice elektroniczne. Szczecin jest dużym miastem wojewódzkim, a jednak nie radzi sobie z zapewnieniem komfortu podróżowania osobom niewidomym i niedowidzącym. Zapewne dopiero odgórne regulacje prawne zmobilizowałyby przewoźników do baczniejszego zwracania uwagi na tego rodzaju potrzeby. Na razie na to się jednak nie zanosi.

Niewidomi grają w kręgle – czemu nie?

W ubiegłym roku emocjonowaliśmy się występami biało-czerwonych nie tylko na igrzyskach olimpijskich, ale także na paraolimpijskich. Szczególnie w tych drugich medalowe żniwo Polaków było obfite. Zdobyli rekordową liczbę 39 medali. Świadczy to nie tylko o tym, że sport osób niepełnosprawnych stoi w Polsce na wysokim poziomie (choć często nie idą za tym odpowiednie warunki finansowe, lecz to temat na inną okazję), ale również o tym, że niepełnosprawni nie chcą już siedzieć w domach i wegetować w czterech ścianach. Coraz chętniej i częściej garną się do sportu widząc w nim nie tylko świetny sposób na osobistą rehabilitację i integrację społeczną, ale również czerpiąc z niego motywację do pokonywania własnych słabości i barier. To jednak jest wierzchołek piramidy, u podstaw której znajdują się sporty przeznaczone sensu stricto dla osób niepełnosprawnych, w tym również niewidomych, by chociaż wspomnieć o showdownie czy goalballu. Są to dyscypliny sportu, które rewelacyjnie spełniają funkcję integracyjną w społeczeństwie, bowiem swoich sił mogą w nich spróbować także osoby pełnosprawne. Ci drudzy muszą skorzystać z opasek zasłaniających oczy. Można też odwrócić sytuację i znaleźć sport przeznaczony dla pełnosprawnych, w którym mogą sobie radzić też niewidomi i słabowidzący. Mam na myśli na przykład bowling, który może stanowić doskonałe źródło nie tylko rywalizacji, ale też rozrywki i integracji.

Przyznam szczerze, że wcześniej wydawało mi się, iż jest to rozrywka, tudzież sport, zarezerwowany przede wszystkim dla osób widzących, ale zdanie na ten temat zmieniłem dzięki Fundacji Szansa dla Niewidomych, a ściślej mówiąc – dzięki jej zachodniopomorskiemu oddziałowi. Wraz z grupą innych niewidomych i słabowidzących osób wziąłem udział w projekcie, w ramach którego były organizowane różne zajęcia, ot chociażby wyjście do kręgielni, czy na ściankę wspinaczkową. Sam w kręgielni byłem po raz pierwszy. Byłem bardzo miło zaskoczony, bowiem na własnej skórze przekonałem się, że wiele barier tkwi w naszych głowach. Wiele z nich tworzymy sobie sami, a w istocie są do pokonania. Wcześniej wydawało mi się, że będąc osobą niemal niewidomą i nie korzystając ze specjalistycznego stojaka trudno mi będzie rzucić kulę tak, by strącić kręgle. Tymczasem okazało się, że jest to do wykonania. Wystarczył mały rekonesans stanowiska do rzucania, wymacanie środka toru, zaznajomienie się z ciężkością poszczególnych kul oraz otworami znajdującymi się w nich. Potem można skupić się na strącaniu kręgli. Brakowało mi odpowiedniej techniki, nie zawsze rzuty się udawały, ale nie było najgorzej. Ba, raz nawet udało mi się strącić wszystkie kręgle naraz, co sprawiło mi sporo frajdy i satysfakcji. Niby mała rzecz, a cieszy.

Rywalizacja sportowa zeszła tym razem na dalszy plan. Rzekłbym nawet, że była na samym końcu. Liczyła się przede wszystkim integracja społeczna, możliwość spróbowania czegoś nowego oraz udowodnienie sobie, że osoby niepełnosprawne mogą robić to, co pełnosprawne. Wszak nie można, albo przynajmniej nie powinno się funkcjonować tylko i wyłącznie w trójkącie: dom – szkoła – praca. Kiedyś trzeba mieć czas na odpoczynek, spędzanie czasu ze znajomymi, przełamywanie własnych słabości, a nawet dążenie do spełniania marzeń. Nie trzeba od razu porywać się z motyką na słońce, można krok po kroku dążyć do celu, próbować nowych aktywności, by inni nas dostrzegli, rozumieli nasze problemy i wiedzieli, że byliśmy, jesteśmy i będziemy głodni nowych wyzwań. Bez wzroku albo z jego resztkami też można się cieszyć życiem i poznawać świat przy pomocy pozostałych zmysłów.

Inicjatywa podjęta przez Fundację Szansa dla Niewidomych zasługuje na uznanie, gdy tak miło pozwala zaktywizować osoby niepełnosprawne, pobudzić do większej samodzielności, a także umożliwić poznawanie nowych osób. Jest to szczególnie ważne dla osób starszych, którym brakuje odwagi, żeby gdzieś wyjść z domu. Często właśnie oni nie mają z kim porozmawiać. Wyprawy razem z pracownikami fundacji stanowią ciekawe urozmaicenie szarej codzienności. Dla młodych także mogą stanowić interesujące dopełnienie studiów czy obowiązków w pracy. Dzięki takim wyjściom podopieczni fundacji mogą odkryć w sobie pasję chociażby do wspomnianego bowlingu. Mogą zasmakować w rywalizacji sportowej, co sprawi, że na poważnie zaczną go uprawiać. Warto spróbować sił w kręglach, na ściance wspinaczkowej, a jeśli nie w sporcie, to w pieczeniu pizzy i robieniu koktajli.