Dron Star Wars skrzydłami niewidomego

Prawie każdy człowiek marzy od dzieciństwa, aby móc wznieść się wysoko ponad chmury. Oczywiście w dzisiejszych czasach nie jest to już żaden problem, ponieważ wszyscy, nawet osoby z dysfunkcją wzroku mogą bez przeszkód polecieć samolotem na przykład na wycieczkę do innego kraju. Jednak niektórzy chcieliby móc chociaż raz zasiąść za sterami takiej powietrznej maszyny i tutaj jest już o wiele większy problem. Przyszły pilot musi przejść najpierw szkolenia i egzaminy, ma też obowiązek wylatać określoną liczbę godzin – i to wszystko za ogromne pieniądze. Oczywiście osoba niewidoma lub słabowidząca jest z powodu braku wzroku wykluczona z takiej możliwości. Na szczęście nowoczesna technologia przychodzi nam z pomocą i możemy za kilkaset złotych stać się pilotem małego samolotu zwanego dronem.

Zawsze chciałem móc posterować dronem odkąd usłyszałem w mediach o ich popularności. Ceny tych małych samolotów wahają się od stu złotych, jak kwadrokopter, który wyglądem przypomina helikopter, do kilku tysięcy złotych, za które można kupić profesjonalny dron służący głównie do robienia zdjęć. Jakiś czas temu przeczytałem informacje o wejściu na rynek Dronów Star Wars marki Propel, które miały służyć głównie do zabawy. Jako wielki fan Gwiezdnych Wojen po przeczytaniu kilku recenzji i opinii oczywiście zdecydowałem się na zakup kolekcjonerskiej wersji tego małego samolotu. Kosztował on wtedy około 700 zł, ale teraz można kupić go o wiele taniej. Od razu zwróciło moją uwagę opakowanie, które miało kształt wysokiego prostokąta, a na przedzie znajdowała się metalowa figurka Drona, którą mogłem obejrzeć za pomocą dotyku. Jednak prawdziwa niespodzianka czekała mnie, kiedy podniosłem górną część prostokątnego opakowania. Ponieważ posiadam jeszcze szczątkowe widzenie, moim oczom ukazała się szklana kopuła, za którą był umieszczony Dron posadzony na podstawce świecącej jasnym kolorem. Jednak najlepsze wrażenie na mnie zrobiła muzyka z Gwiezdnych Wojen, która grała za każdym razem, kiedy podnosiłem górny element opakowania. Kiedy zdjęło się Drona z podstawką, w dolnej części znajdowały się tekturowe pudełeczka ze śmigłami, dwiema bateriami i ładowarką, pilotem oraz zapasowymi częściami.

Sam dron wyglądem przypomina trochę samolot. Składa się z długiego kadłuba, podwójnych skrzydeł odchodzących w lewo i prawo z tyłu kadłuba oraz z przodu odchodzą na boki dwa ramiona. Na spodzie samolotu są umieszczone cztery pręciki, do których wczepia się dołączone śmigła. Niestety, przy zakładaniu śmigieł jest potrzebny wzrok, ponieważ są oznaczenia A i B, i trzeba odpowiednio pozakładać śmigła, aby dron mógł w ogóle wystartować. Dla początkujących dołączona jest jeszcze plastikowa podstawka, którą zakłada się nad śmigłami. Ochrania ona samolot przed uderzeniami i upadkami.

Oprócz małego samolotu, drugim najważniejszym przedmiotem w tym zestawie jest pilot, którym steruje się drona. Jest on dosyć duży, ma kształt kwadratu z zaokrąglonymi rogami. Przyciski znajdują się na górnej oraz tylnej części pilota. Na górnej części idąc od dołu umiejscowiony jest duży okrągły przycisk do włączania/wyłączania pilota, nad nim po lewej i prawej stronie są umieszczone dwa drążki. Ten po lewej służy do podnoszenia, opadania, obracania w lewo i prawo maszyny, prawym przyspieszamy i lecimy do przodu, do tyłu oraz skręcamy dronem w lewo i prawo. Pomiędzy dwoma drążkami znajdują się cztery przyciski do wstępnej konfiguracji, startowania i lądowania oraz do robienia sztuczek w powietrzu. Na tylnej ściance są cztery przyciski po dwa na rogach, które odpowiadają za triki, włączenie trybu trening mode, który jest dobry dla początkujących lotników, oraz do strzelania (jest to dodatkowa funkcja dronów marki Propel). Jeśli w powietrzu znajdowałyby się dwa samoloty z tej samej serii, to można prowadzić walki strzelając laserami do naszego przeciwnika. Po kilkukrotnym trafieniu dron opada tak jakby został zestrzelony. Dodaje to jeszcze więcej zabawy tym wspaniałym samolotem.

Po włożeniu baterii zarówno do drona, jak i pilota, nie pozostaje nam nic innego, jak tylko wzbić się w przestworza. Musimy jednak pamiętać, że jedna bateria wystarczy jedynie na około 7 minut lotu (aby dron nie zaczął nagle niekontrolowanie spadać). Na początku najlepiej polatać na dworze, kiedy nie ma wiatru. Niestety, samolot ma bardzo małą masę i lekki podmuch wiatru potrafi go przesunąć o dużą odległość. Najlepiej polatać na otwartych przestrzeniach jak łąka czy pole, gdzie nie ma niebezpieczeństwa zderzenia się z drzewem czy budynkiem. Po opanowaniu latania na zewnątrz z tym samolotem spokojnie możemy wrócić do domu i tam próbować swoich sił.

Przed startem najlepiej postawić drona na ziemi z dala od przeszkód, aby zdążyć samolot opanować po starcie. W następnym kroku należy włączyć pilot przytrzymując duży okrągły przycisk na dole górnej ścianki i poczekać kilka sekund. Tutaj znowu spotkała mnie duża niespodzianka, ponieważ pilot też zawiera melodie z Gwiezdnych wojen, a dodatkowo komentarze bohaterów Star Wars w języku angielskim. Wyżej w artykule pisałem o wstępnej konfiguracji. Jest to sekwencja naciskania przycisków i przesuwania dźwigni, aby pilot połączył się z samolotem. W związku z tym musimy kolejno przesunąć lewą dźwignię najpierw w górę, potem w dół, a następnie nacisnąć prawy górny przycisk w zestawie klawiszy pośrodku dżojstików. Każda czynność zostanie potwierdzona piknięciami i głosowymi komunikatami. Teraz już jesteśmy gotowi do startu na sto procent. Aby wznieść się w górę należy przytrzymać lewy dolny przycisk w tym samym zestawie klawiszy co powyżej. Usłyszymy dźwięk startu w pilocie, a następnie szum śmigieł. Teraz dron wzniesie się lekko w górę i musimy zacząć nim sterować. Trzeba to zrobić dosyć szybko, ponieważ samolot lekko skręca w lewo. Dżojstikami regulujemy wysokość i prędkość drona. Trzeba to robić ostrożnie, ponieważ ten samolot potrafi lecieć około 30 kilometrów na godzinę, więc nie można maksymalnie przesunąć dźwigni, ponieważ daleko nam odleci.

Kiedy będziemy już pewni naszych umiejętności pilotowania, to możemy spróbować porobić sztuczki w powietrzu. Do tego służą przede wszystkim klawisze na rogach pilota. Po naciśnięciu któregoś z nich dron zrobi np. beczkę czy pętlę. Po około pięciu minutach najlepiej wylądować, aby samolot nie spadł z powodu rozładowanej baterii. Lądujemy w taki sam sposób jak przy starcie maszyny. Po kilkunastu udanych lotach i wyczuciu samolotu możemy naszą zabawę przenieść do własnego zacisza domowego. Należy pamiętać jednak, aby latać ostrożnie i nie wpadać z dużą prędkością na przykład w ściany, aby go nie uszkodzić. Dron na szczęście jest dosyć wytrzymały i przeżył już niejeden mój wypadek.

Moje wrażenia po wielu już odbytych lotach są bardzo pozytywne. Jest to wspaniała zabawa nawet dla osób niewidomych i słabowidzących. Osoby niewidome mogą spokojnie takim dronem polatać w odpowiednio dużej przestrzeni i przy pomocy oka, a słabowidzący powinni sobie bez problemu sami poradzić z tą czynnością. Dla mnie jest to doskonała odskocznia od codzienności i wspaniale jest widzieć i słyszeć, jak dron reaguje na moje zmiany prędkości czy wysokości. W takich momentach czuję się jak zaawansowany pilot samolotów.

Podsumowując już ten długi artykuł uważam, że jest to wspaniała przygoda, która jest dostępna dla osób z dysfunkcją wzroku. Możliwość poczucia wiatru tworzonego przez śmigła, usłyszenia dźwięków i wczucia się w rolę pilota jest niezapomniana. Zachęcam wszystkich zainteresowanych lotnictwem i dobrą zabawą do zastanowienia się nad zakupem takiego małego samolotu.

Szkoleniowiec osób niewidomych

Na ostatnim roku studiów magisterskich w Lublinie zacząłem rozmyślać w jakiej branży mógłbym pracować po zakończeniu drogi edukacyjnej. Od kilku lat myślałem o pracy jako nauczyciel na przykład informatyki w szkole podstawowej. Jednak, abym mógł w ogóle starać się o taką posadę w szkole dla osób niewidomych i słabowidzących, musiałbym skończyć jeszcze studia podyplomowe, co przedłużyłoby moją edukację o kolejne miesiące. Na szczęście dzięki przypadkowym spotkaniom i dobrej pamięci tych osób moja droga zawodowa potoczyła się nieco inaczej.

Wszystko zaczęło się w grudniu podczas ostatniego roku studiów magisterskich, kiedy to zapytał mnie kolega czy chciałbym uczestniczyć w spotkaniu z ciekawą osobą w „TPG”, czyli w Towarzystwie Pomocy Głuchym. Po chwilowym namyśle zdecydowałem się aby pójść tam ze znajomym. Głównymi uczestnikami tego spotkania były osoby niedosłyszące i głuche, ale ja, jako osoba niewidoma, też mogłem w tym uczestniczyć oraz bez problemu wszystko zrozumieć. Okazało się, że głównym gościem tego wydarzenia jest osoba, o której już trochę słyszałem. Opowiadała o swoim życiu jako osoby niewidomej i niesłyszącej, jak radzi sobie z czynnościami dnia codziennego oraz jak zarządza firmą, którą prowadzi. W przerwie podszedłem do niego i chwilę porozmawialiśmy. Po chwili wyszedł temat szkoleń osób niewidomych i słabowidzących, ponieważ był prezesem firmy zajmującej się właśnie tym zagadnieniem. Powiedziałem, że potrafię bardzo dobrze obsługiwać systemy operacyjne takie jak Windows, iOS oraz Android i że chętnie poprowadziłbym szkolenia dla osób z dysfunkcją wzroku. Po jeszcze kilku wymianach zdań na koniec wymieniliśmy się numerami telefonów i po kilku dniach zapomniałem o tym spotkaniu.

Kilka tygodni później odezwała się do mnie fundacja, w której miałem zajęcia orientacji przestrzennej z informacją, że w projekcie, w którym jestem uczestnikiem, muszę wybrać jeszcze jedną formę wsparcia. Zdecydowałem się na kurs programowania w języku PHP. Fundacja znalazła firmę szkoleniową i dwa miesiące później wyjechałem do innego miasta na szkolenie. Podczas kursu poznałem właściciela tej firmy szkoleniowej i podczas wspólnych rozmów znowu wyszedł temat szkoleń osób niewidomych i słabowidzących. Niestety, jeśli szkoliłbym w tej firmie, musiałbym się liczyć z wyjazdami poza miejsce mojego zamieszkania. Mając już własną rodzinę nie chciałem w każdym tygodniu wyjeżdżać na drugi koniec Polski, więc podziękowałem za ofertę pracy.

Pod koniec kwietnia niespodziewanie dostałem telefon z firmy szkoleniowej, z której właścicielem rozmawiałem w grudniu. Okazało się, że chcieliby abym poprowadził szkolenia indywidualne z zakresu nowoczesnych technologii takich jak smartfon i komputer, w Warszawie. Był to projekt trwający od maja do listopada i odbywający się w Polskim Związku Niewidomych na ul. Konwiktorskiej. Musiałem się dobrze zastanowić czy dam radę jeździć z Lublina do Warszawy na prowadzenie tych szkoleń. Ponieważ studiowałem zaocznie na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim Jana Pawła II, od poniedziałku do piątku miałem wolne. W Warszawie też mogłem nocować bez problemu. Wiadomo było, że czekała mnie jeszcze obrona pracy magisterskiej, co też jest ważnym i wyczerpującym zajęciem. Jednak wiedziałem, że jak nie wykorzystam tej szansy, to następna może się już nigdy nie nadarzyć, więc postanowiłem dać pozytywną odpowiedź. W pierwszych dniach maja wyjechałem do Warszawy na prowadzenie szkoleń indywidualnych. Na początku miałem duży stres, ale w miarę upływu czasu moje obawy były coraz mniejsze. Uczyłem głównie osoby starsze, albo mające małe doświadczenie z nowoczesnymi technologiami. Głównymi tematami była podstawowa obsługa komputera z systemem Windows, w tym praca na plikach i folderach, obsługa Internetu, poczty e-mailowej oraz pisanie i edycja dokumentów tekstowych. Drugą kategorią najczęściej wybieraną przez uczestników była nauka obsługi iPhone z systemem iOS, w tym podstawowe gesty Voice Overa oraz przydatne aplikacje w życiu codziennym dla osób niewidomych i słabowidzących. Zdarzyło się też, że jeden z uczestników chciał się nauczyć tworzyć strony internetowe w językach HTML5 oraz CSS3, więc przeprowadziłem też i takie szkolenie. Na szczęście udało mi się pogodzić pracę z końcówką moich studiów i zdałem bez problemu egzamin magistra. Po studiach przeprowadziłem się na stałe do Warszawy i mogłem dalej pracować jako szkoleniowiec.

Dodatkowo pod koniec czerwca dostałem drugą propozycję szkoleń od firmy, w której uczyłem się języka programowania PHP. Miały to być szkolenia na tygodniowych zjazdach w Radomiu. Na szczęście po uzgodnieniach udało się ustalić, że będę razem z moją żoną. W związku z tym w pierwszym tygodniu lipca zacząłem szkolić grupowo osoby z obsługi smartfonów z systemem Android oraz iOS. Niestety dla mnie szkolenia grupowe okazały się dosyć trudne. Każda osoba co innego umiała, każdemu zależało na czym innym, każdy chciał coś powiedzieć, o coś zapytać i trzeba było umieć opanować ten chaos. Udało mi się jednak podzielić całą moją grupę na dwu-, trzyosobowe zespoły, które chciały mniej więcej nauczyć się tego samego i dzięki temu mogłem bez problemu dalej szkolić te osoby.

Od tego czasu szkoliłem w Warszawie indywidualnie, a w jednym tygodniu każdego miesiąca wyjeżdżałem szkolić grupowo do Radomia. Starałem się jak mogłem, aby chętne osoby nauczyły się tego co chciały zrobić na danym urządzeniu. Dzięki temu kilka osób było mi bardzo wdzięcznych za przeprowadzone szkolenia i nawiązałem z nimi nowe znajomości, które utrzymujemy do dzisiaj.

Po zakończeniu obu projektów, w których byłem szkoleniowcem, przeprowadzałem jeszcze indywidualne szkolenia w programie Aktywny Samorząd dla osób, które poznałem na wakacjach oraz na wcześniejszych szkoleniach. Byłem również blisko prowadzenia grupowych szkoleń dla dzieci widzących ze szkół podstawowych oraz licealnych z życia osób niewidomych i słabowidzących. Nie udało mi się jednak prowadzić tych kursów, ponieważ znalazłem stacjonarne zatrudnienie w innej firmie. Miałem tutaj okazję prowadzić indywidualne szkolenie oraz szkolenie wyjazdowe do innego miasta. Obecnie przygotowuję się do nowego projektu, gdzie będę szkolił osoby niewidome i słabowidzące z obsługi smartfonów z systemem Android oraz iOS.

Mogę tak na prawdę podziękować tym dwóm osobom, które pamiętały, że jestem zainteresowany szkoleniem osób niewidomych i słabowidzących z nowoczesnych technologii. Dzięki nim mogłem rozpocząć pracę w tym zawodzie, a potem sukcesywnie ją kontynuować, co nadal mi się udaje. Pomaga to mi w samoudoskonalaniu się ze znajomości nowych rozwiązań w postaci urządzeń czy aplikacji pomagających w codziennym życiu osobom niewidomym i słabowidzącym. Dlatego bardzo się cieszę, że zacząłem taką zawodową przygodę.

Niewidomy protokolant sądowy

Kilka lat temu w przerwie pomiędzy studiami chciałem nauczyć się pracować w nowym zawodzie. Akurat udało mi się dostać na kurs transkrypcji nagrań audio w projekcie dla osób niewidomych. Transkrypcja polega na przepisywaniu na wersję tekstową nagranych wypowiedzi, jak na przykład wywiady czy sprawy sądowe. Po zdanym kursie mogłem tylko czekać na pracę w tym zawodzie. Los jednak bywa przewrotny i po dwóch miesiącach zacząłem pracować jako protokolant sądowy w Sądzie Okręgowym Warszawa-Praga w Warszawie.

Protokolant to osoba, która uczestniczy w rozprawach sądowych i notuje najważniejsze wypowiedzi sądu oraz stron konfliktu. Codziennie rano przy wchodzeniu do sądu musiałem przejść kontrolę. Ochrona sprawdzała czy nie wnoszę nic niebezpiecznego do sądu. W pierwszym miesiącu mojej pracy uczyłem się jak w ogóle wygląda praca w tym zawodzie. Uczestniczyłem w cywilnych sprawach sądowych słuchając jak wyglądają pojedyncze rozprawy, słuchałem innych protokolantów, którzy tłumaczyli mi jak zapisuje się rozprawy sądowe oraz czytałem przykładowe dokumenty tekstowe ze spraw sądowych. Jednak prawdziwy test zaczął się po miesiącu, kiedy miałem usiąść do pierwszego, samodzielnego protokołowania rozprawy rozwodowej.

Już po wejściu na salę rozpraw, gdzie miałem być protokolantem, złapał mnie duży stres. Moje miejsce było przy krótszym boku stołu, przy którym siedział sędzia oraz dwóch ławników. Po lewej stronie było miejsce dla strony pozwanej. Przede mną stał komputer z klawiaturą, na której miałem pisać protokoły spraw odbywających się w tym dniu. Dodatkowo sędzia miał monitor i myszkę, dzięki czemu sam mógł monitorować to, co ja piszę i ewentualnie korygować, co czasami się przydawało. Dodatkowego stresu dodawała mi toga, czyli płaszcz noszony przez skład sędziowski, który jako protokolant też musiałem założyć. Kiedy strona sędziowska była już gotowa, moim obowiązkiem było wyjście z sali i zawołanie strony powodowej i pozwanej na rozprawę. Następnie siadałem przy komputerze i czekałem z otwartym plikiem protokołu aż wszyscy zajmą swoje miejsca. Dodam jeszcze, że na uszach miałem słuchawki nauszne, aby móc słyszeć program udźwiękawiający. Było to dosyć trudne zadanie: z jednej strony słuchać syntezatora mowy, a z drugiej tego, co mówią osoby na sali. Zacząłem pisać protokół pierwszej rozprawy. Niestety, nie było łatwą sprawą nadążyć za sędzią oraz adwokatami i wszystko odpowiednio napisać. Potem przyjąłem strategię, że pisałem tak, aby dla mnie było zrozumiałe to, co zapisałem, a w wolnej chwili pomiędzy sprawami poprawiałem plik, aby był czytelny dla sędziego.

Na pierwszych rozprawach napotkałem na spory problem z programem Microsoft Word, którego nigdy wcześniej nie miałem. Otóż z powodu bardzo, bardzo szybkiego pisania na klawiaturze, aby nadążyć za mówiącymi osobami sprawy sądowej, naciskały mi się niechcący różne skróty klawiszowe. Między innymi był to skrót ALT+r, który wstawiał niepotrzebny znak zarejestrowany, albo ALT+j, który wstawiał przypis dolny. Pierwszy skrót nie był dużym problemem, ponieważ wystarczyło ten znak standardowo usunąć klawiszem Backspace, ale za to nie dało się już tak łatwo usunąć przypisu dolnego i czasami była potrzebna pomoc sędziego, który myszką szybko usuwał ten element. Na szczęście, po zgłoszeniu tej sprawy do sądowych informatyków, udało się po wyszukaniu odpowiedniej pozycji w ustawieniach programu Microsoft Word pousuwać działanie tych skrótów, które robiły takie spustoszenie w protokole sądowym.

Z dnia na dzień szło mi coraz lepiej i sprawniej pisałem protokoły. Siedziałem głównie na sprawach rozwodowych, więc miałem czego posłuchać, a także czasami na sprawach cywilno-budowlanych, co było dosyć monotonne i nudne. Protokołowałem również pojedyncze sprawy sądowe o ubezwłasnowolnienie osób starszych, albo niepełnosprawnych intelektualnie. Oczywiście nie mogłem i nie mogę nikomu zdradzać szczegółów spraw sądowych, w których brałem udział, ponieważ obowiązuje mnie tajemnica zawodowa, która akurat w tym przypadku jest bardzo ważna, ponieważ dotyczy zazwyczaj szczegółowej historii życia osób biorących udział w rozprawie.

Po jakimś czasie sąd udostępnił mi mikrofon, który stał u mnie na biurku. Dzięki temu bez wychodzenia na korytarz mogłem po naciśnięciu przycisku wywołać osoby do danej sprawy. Po kilku tygodniach spraw sądowych wiedziałem już u którego sędziego pisze mi się lepiej, a u którego gorzej. Było to związane na przykład z tym, że jeden sędzia dyktował mi wprost to, co mam pisać, a drugi mówił: „Proszę pisać najważniejsze kwestie” i to już ode mnie zależało, co zapisałem. Codziennie po przyjściu do pracy dowiadywałem się u kogo dzisiaj będę pisał protokoły. Niestety, były w tej pracy również minusy, ponieważ zdarzało się tak, że na cały dzień zaplanowana była jedna sprawa, w której miało być przesłuchiwanych dwudziestu świadków. A tu nagle jedna ze stron wnosi o przełożenie tej sprawy na inny termin z jakiegoś powodu. Przez to już po kilkunastu minutach miałem wolne do końca dnia i mogłem siedzieć przy komputerze w moim pokoju. Było też często odwrotnie: zostawałem jedną lub dwie godziny dłużej, ponieważ sprawy się przedłużyły i nie mogłem niestety wyjść o godzinie 16, tak jak powinienem. Moim rekordem było skończenie pracy o godzinie 19. Opóźnienia najczęściej wynikały z długiego prowadzenia sprawy przez danego sędziego. Niestety były takie rozprawy, które trwały kilka godzin. Było to dosyć ciężkie wyzwanie, aby pisać w skupieniu przez tyle czasu. Podczas rozpraw, w których uczestniczyłem, zdarzały się też dosyć groźne sytuacje. Na przykład jedną ze stron wprowadzało dwóch funkcjonariuszy policji, którzy przyprowadzili stronę konfliktu z więzienia. Podczas rozprawy osoba w kajdankach siedziała cały czas otoczona policjantami. Zdarzyło się również tak, że jedna ze stron nagle straciła przytomność z powodu stresu i upadła na podłogę tuż koło mnie.

Z mojego doświadczenia, które nabyłem przez kilka miesięcy pracy w tym zawodzie wiem, że sprawy rozwodowe mają dwa wymiary. Jednym z nich jest długa batalia męża i żony o winę, albo opiekę nad dziećmi, a drugim jest rozwód w ciągu 10-15 minut. W pierwszym wypadku sprawy mogły trwać nawet 6 lat, co było spowodowane po pierwsze nowymi świadkami i dowodami w sprawie, które trzeba było przesłuchać oraz przeanalizować, a po drugie, że tylko około dwóch spraw rocznie mogło się odbyć z powodu obciążenia sądu rozprawami sądowymi. Natomiast jeśli dwie osoby były zgodne i chciały rozwodu bez orzekania o winie, taka sprawa trwała około 10 minut. Jeśli małżeństwo miało dzieci, ale nadal było zgodne i chciało się rozwieść bez orzekania o winie, można było to zrobić w ciągu piętnastu minut. Te pięć minut więcej było spowodowane tym, że w okoliczności posiadania dziecka lub dzieci przez strony była potrzeba przesłuchania świadka, z zeznań którego miało wynikać, że potomstwo jest zadbane i dobrze wychowywane.

Podsumowując, cieszę się, że jako osoba niewidoma mogłem poznać świat polskiego sądownictwa od środka. Historie ludzi, których słuchałem i zapisywałem na rozprawach sądowych, na długo zostaną w mojej pamięci. Było to też dla mnie ciekawe doświadczenie życiowe i zawodowe. Niestety, z powodu braku etatów w sądzie po całych dziewięciu miesiącach pracy skończyła się moja przygoda w pracy jako protokolanta sądowego i zacząłem szukać nowych wyzwań zawodowych.

Pierwsza gwiazdka za długo świeci na niebie

Święta, święta, święta. Słowa te słychać w społeczeństwie wokół nas dużo wcześniej niż człowiek w ogóle pomyśli o Świętach Bożego Narodzenia. Szał świąteczny, który ogarnia całą Polskę zaczyna się zaraz po zakończeniu innego ważnego święta, czyli Wszystkich Świętych. Kiedy ze sklepowych półek znikają znicze i kwiaty, na ich miejscu pojawiają się świąteczne ozdoby, dekoracje, no i oczywiście najważniejsze dla dzieci zabawki. Ale czy to trochę nie za szybko? Czy czas tak pędzi, że musimy mieć prawie dwa miesiące na myślenie o świętach? Czy nie zapominamy o tym, co w Wigilię Bożego Narodzenia jest najbardziej istotne? Na te pytania postaram się odpowiedzieć w poniższym artykule.

Święta Bożego Narodzenia, jak sama nazwa mówi, są uczczeniem najważniejszych narodzin dziecka w historii świata chrześcijańskiego. Oczywiście chodzi o narodzenie Jezusa Chrystusa, który został przysłany na Ziemię przez Pana Boga. W związku z tym w Wigilię tego cudownego wydarzenia obchodzone są co roku święta. Niestety, media, sklepy, supermarkety i tym podobne jednostki starają się już od bardzo dawna zrzucić obchodzenie narodzin Jezusa na dalszy plan, a na przód wyciągają ozdoby, dekoracje i przede wszystkim prezenty, bez których większość współczesnego społeczeństwa nie wyobraża sobie Świąt Bożego Narodzenia.

Dwadzieścia lat temu, kiedy byłem mały, zawsze czekałem na ten cudowny okres świąt. Jako dziecko lubiłem oglądać gazetki z zabawkami i marzyć co chciałbym dostać od Świętego Mikołaja pod choinkę. Uwielbiałem też spędzać dużo czasu w dziale z zabawkami w supermarketach, który w tym czasie był trzykrotnie większy niż w pozostałej części roku. Jednak dwadzieścia lat później moje myślenie oczywiście się zmieniło i teraz współczesne święta są według mnie za długie. Dla mnie okres świąteczny zawsze kojarzył się z grudniem i białym puchem otaczającym świat. Oczywiście z powodu ocieplania się klimatu ciężko jest już zobaczyć śnieg w okolicach świąt, ale grudzień pozostał i ma on w sobie taką atmosferę Świąt Bożego Narodzenia. Kiedy słyszę w listopadzie reklamy pełne świątecznych dzwonków i melodyjek, to jak nadchodzi czas Wigilii nie mam ochoty nawet słuchać żadnych świątecznych piosenek. Dla mnie po prostu trwa to wszystko za długo. Ale w tym całym szale nie to jest niestety najgorsze. Najgorsze jest to, że większość osób zapomina o świątecznych tradycjach, które są najważniejsze w tym czasie. Z mojego dzieciństwa pamiętam Wigilijną wizytówkę, kiedy to w jednym pokoju stała duża, udekorowana choinka, obok której przy dużym stole zastawionym różnymi potrawami siedziała cała rodzina, a w drugim pokoju przy zgaszonym świetle stała mała choinka, drewniana składana szopka, do której włożona była świecąca lampka z choinki i radio, z którego grały kolędy. To właśnie ten pokój dawał wspaniały nastrój świąteczny, a razem z całą rodziną przy dużym stole tworzył niezapomnianą wizytówkę Świąt Bożego Narodzenia. Pamiętam też jak przy naszym Kościele stała piękna żywa szopka, w której było dużo zwierząt tworzących wspaniałą atmosferę. Niestety, po tych niezapomnianych chwilach pozostały tylko wspomnienia, ponieważ czasy się zmieniają i biegną w zawrotnym tempie. Z tego powodu – jeśli można – trzeba święta obchodzić z tradycjami i całą naszą rodziną.

Ważnym elementem jest choinka, która powinna być ładnie, ale skromnie udekorowana. Na jej gałęziach na początku musimy założyć świecące lampki, a potem możemy zawiesić kolorowe bombki, albo własnoręcznie zrobione ozdoby. Na czubie choinki najlepiej zawiesić gwiazdę, a całą choinkę przykryć łańcuchami. W tym pokoju warto też postawić szopkę, która przypomina o tym ważnym wydarzeniu, jakim jest narodzenie Jezusa Chrystusa. W dniu Wigilii trzeba pamiętać, że obowiązuje post i nie można spożywać potraw mięsnych. Na stół Wigilijny powinno się przygotować dwanaście różnych dań, których liczba związana jest z liczbą apostołów Jezusa Chrystusa. Dania, tak jak pisałem wyżej, muszą być bezmięsne, ale na pewno nie zabraknie pomysłów na wspaniałe potrawy. Oczywiście w różnych częściach Polski są inne tradycyjne dania, ale u mnie, w centralnej Polsce, zawsze były pierogi z kapustą i grzybami, zupa pieczarkowa, postny bigos, śledzie, ryby w różnych postaciach, sałatki, jajka faszerowane, no i na deser kilka ciast. Przygotowując świąteczny stół nie można zapomnieć o położeniu siana pod obrus, zawieszenia jemioły na żyrandolu i przede wszystkim o postawieniu jednego dodatkowego talerza dla tak zwanego wędrowca, co oznacza chrześcijańską gościnność. Zanim zacznie się jeść ze świątecznego stołu, należy z każdym podzielić się poświęconym wcześniej opłatkiem, składając życzenia świąteczne. Jeśli z kimś z rodziny byliśmy pokłóceni, to zwyczaj nakazuje, aby w ten wspaniały dzień wybaczyć każdemu wszystkie zwady i zasiąść z nim do wspólnego posiłku. Na pewno we współczesnych czasach tradycją jest dawanie sobie nawzajem prezentów. Każde dziecko czeka na pierwszą gwiazdkę na niebie, która to zwiastuje przyjście Świętego Mikołaja. Oczywiście nie jest to zły zwyczaj pod warunkiem, że nie dajemy bardzo drogich, bogatych prezentów naszym dzieciom. Powinny to być raczej upominki zarówno dla dzieci, jak i dorosłych mówiące o tym, że pamiętamy o drugiej osobie. Podczas Wigilii ważne jest, aby być razem z rodziną przy świątecznym stole, a nie na przykład patrzeć we włączony telewizor i oglądać któryś tam odcinek telenoweli. Dobrego nastroju mogą dodać kolędy grające z radia. W noc Wigilijną nie zapomnijmy o pójściu na Pasterkę, zaczynającą się o północy.

Odpowiadając na trzy pytania, a tym samym pisząc podsumowanie tego artykułu uważam, że za szybko zaczyna się dzisiaj myślenie o świętach, co może spowodować u niektórych wypaleniem na ten najważniejszy dzień. Racją jest, że dla wszystkich czas pędzi i ciężko zrobić to, co zaplanowaliśmy, ale z pewnością trzy tygodnie grudnia wystarczą każdemu na przygotowanie się do Świąt Bożego Narodzenia. Co do tradycji świątecznych, to niestety część osób zapomina o tych zwyczajach zastępując je albo dużymi i drogimi prezentami, albo jakimiś samotnymi wyjazdami na święta, aby odpocząć od życia codziennego. Oczywiście takie wyjazdy są też każdemu człowiekowi potrzebne, ale podczas Świąt Bożego Narodzenia powinno się być razem z całą rodziną w świątecznym nastroju, a wyjechać możemy chociażby na Sylwestra, który jest zaraz po świętach. Kończąc już rozważania na powyższy temat życzę wszystkim Czytelnikom wesołych, rodzinnych i ciepłych Świąt Bożego Narodzenia spędzonych w gronie najbliższych i spełnienia najskrytszych marzeń w nadchodzącym Nowym Roku.