System edukacji w Austrii

System edukacji w Austrii – wywiad z Evelyn Pammer i Danielem Miskulnig

Daniel Miskulnig jest głuchoniewidomy. Uczęszczał do szkoły biznesu w swoim rodzinnym Klagenfurcie i posiada dyplom Uniwersytetu w Linz. Obecnie pracuje dla rządu federalnego w Karyntii.

Evelyn Pammer jest widząca. Studiowała pedagogikę (przedmioty: angielski i filozofia/psychologia) w Wiedniu. Obecnie pracuje w austriackim parlamencie, specjalizując się w polityce dotyczącej niepełnosprawności.

Evelyn i Daniel poznali się podczas projektu dofinansowanego z programu Erasmus+ mającego na celu integrację i szkolenie niewidomych i niedowidzących z Austrii, Belgii i Polski.

Jak wygląda system edukacji w Waszym kraju?

W Austrii dziewięć lat nauki szkolnej jest obowiązkowych: cztery lata w szkole podstawowej (Volksschule) i cztery lata w gimnazjum (Hauptschule). Uczniowie, którzy chcą odbyć praktykę zawodową, muszą dodatkowo udać się na rok do szkoły technicznej (Polytechnische Schule). Po znalezieniu stanowiska praktykanta przez trzy lata muszą oni chodzić do szkoły zawodowej (Berufsschule). Pod koniec tych trzech lat muszą zdać egzamin końcowy z praktyki (Lehrabschlussprüfung).

Uczniowie, którzy chcą zdobyć dyplom, muszą ukończyć cztery do pięciu lat w szkole wyższej (Höhere Schule) lub w szkole zawodowej z wyższym wykształceniem (Berufsbildende Höhere Schule). Większość tych szkół wymaga zdania egzaminu wstępnego lub uzyskania wysokiej oceny na świadectwie ukończenia szkoły. Egzamin końcowy jednej z tych szkół wyższych to egzamin maturalny. Po tym czasie można bezpłatnie udać się na uniwersytet, choć niektóre z kierunków wymagają dodatkowych egzaminów wstępnych (np. medycyna).

Czy niepełnosprawni uczniowie uczęszczają do szkół ogólnodostępnych czy specjalnych?

Obecnie jest trochę pół na pół. Oczywiście celem jest zwiększenie dostępu do edukacji, począwszy od najmłodszych lat (przedszkole), ale jest jeszcze długa droga do przebycia. Na przykład szkoły specjalne kończą się na poziomie edukacji obowiązkowej, co oznacza, że uczeń kończący tę szkołę nie może przystąpić do matury, co jest warunkiem przyjęcia na studia wyższe. Największe bariery istnieją w ludzkich głowach. Sposób myślenia, że niepełnosprawni nie odnajdą się w szkołach ogólnodostępnych, nadal jest powszechny. Dodatkowo, jak wiemy, edukacja jest kwestią wysoce polityczną, stąd też zmienia się wraz ze zmianą rządów.

Jak wygląda dostępność informacji dla niepełnosprawnych studentów?

Na szczęście w dzisiejszych czasach dostępnych jest wiele informacji. Jakieś dwadzieścia lat temu, kiedy Daniel chodził do szkoły, było to znacznie większe wyzwanie. Istnieją również ośrodki doradcze lub uniwersytety, które mają specjalnie wyszkolonych doradców w tej dziedzinie. Oczywiście, w dobie Internetu i komunikacji cyfrowej, a także mediów społecznościowych jest dużo łatwiej w tym zakresie.

Czy uczniowie mają wsparcie finansowe, aby mieć specjalny sprzęt i pomoce, np. od rządu?

W zasadzie i mniej więcej tak, ale ponieważ Austria składa się z dziewięciu powiatów, trzeba powiedzieć, że istnieje około dziewięciu różnych sposobów postępowania w tym zakresie. Niektóre szkoły są zarządzane przez powiaty, inne przez państwo, co również powoduje różnice. Jest to zatem kwestia bardzo indywidualna.

Jak wygląda proces kształcenia osoby niewidomej?

Jak wspomniano powyżej, Austria ma zarówno szkoły integracyjne, jak i specjalistyczne. To, czy niewidome dziecko uczęszcza do jednej czy drugiej, zależy w dużej mierze od wsparcia i punktu widzenia rodziców i nauczycieli. Daniel miał szczęście, że jego rodzina wspierała go bardzo, nie szczędząc czasu i pieniędzy. Jego kariera nie byłaby możliwa w przeciwnym razie. Należy bowiem wziąć pod uwagę fakt, że nie każda rodzina jest w stanie zaoferować takie wsparcie i uzupełnić to, czego np. nauczyciel/system nie jest w stanie zapewnić w takim stopniu, w jakim jest to konieczne dla danego dziecka.

Poziom edukacji ma ogromny wpływ na nasze późniejsze życie zawodowe. Czy zatem w Austrii osoby niepełnosprawne pracują na otwartym rynku pracy, czy w specjalnych firmach?

Około jedna trzecia osób zatrudnionych jest na otwartym rynku pracy. Zdecydowana większość pracuje w firmach specjalnych (gdzie nie otrzymują odpowiedniego wynagrodzenia, tylko „kieszonkowe” i nie są w pełni ubezpieczeni jak każdy inny pracownik) lub jest bezrobotna. Podczas gdy ogólna stopa bezrobocia w Austrii spada, stopa bezrobocia wśród osób niepełnosprawnych wciąż rośnie. Do lat 90. XX wieku wizerunek osób niepełnosprawnych różnił się znacznie od dzisiejszego. Osobę niepełnosprawną traktowano bowiem bardziej jak pacjenta, którym trzeba się zająć i który przez swoją chorobę nie może uczestniczyć w zajęciach i pracować. Powoli się to zmienia. Obecnie przechodzi się z „medycznego modelu niepełnosprawności” do „społecznego modelu niepełnosprawności”. Ten pierwszy zakłada, że niepełnosprawność sama w sobie jest powodem niepełnosprawności. Drugi natomiast zakłada, że niepełnosprawność jest wynikiem złej organizacji społeczeństwa, w którym żyją osoby z konkretnymi dysfunkcjami lub chorobami.

W Austrii sytuacja osób niepełnosprawnych w kontekście edukacji jest zróżnicowana ze względu na wiele czynników, w tym głównie politycznych. Jednakże najbardziej znaczącym jest czynnik społeczny i podejście do niepełnosprawności. Jak wspomnieli Daniel i Evelyn, największe ograniczenia są w naszych głowach. Ważne jest, że wszystko się zmienia na lepsze i niepełnosprawni mają coraz większe możliwości rozwoju.

Kolędowe TonAkcje z „Nawigacją”

Z różnych moich doświadczeń życiowych wynika, że wiele rzeczy, które początkowo wydają się bez znaczenia, stają się niezwykle istotne i ważne, gdy patrzy się na nie z perspektywy czasu. Tak właśnie było z koncertami, o których pragnę opowiedzieć. Dwa lata temu, mniej więcej w połowie grudnia, do kieleckiego biura Fundacji przyszedł zaprzyjaźniony z nami aktor. Nie pamiętam teraz, jaki był cel jego wizyty, w każdym razie wspomniał, że wraz z kilkoma jeszcze osobami powołują do życia stowarzyszenie, a jego inauguracją ma być koncert świątecznych piosenek, pastorałek i kolęd. Zaproponował, żeby ktoś z naszej Fundacji mógł wystąpić. Świetny pomysł. Czasu jednak mało… W związku z tym postanowiłam „wziąć to na siebie” i zaśpiewać. Muzyka zawsze była i jest moją ogromną pasją. Już jako dziecko byłam pewna, że zostanę skrzypaczką, co się nie spełniło, ale pozostawiło pewną wrażliwość oraz ogromną radość, która muzykowaniu towarzyszy. Moim odwiecznym problemem była jednak nieustannie towarzysząca mi trema, której nie potrafiłam zupełnie okiełznać. Kiedy zgodziłam się na występ, wiedziałam, że będzie trudno. Nie miałam jednak pojęcia, że ten wieczór zmieni na zawsze moje podejście do publicznych występów.

Zbliżał się dzień koncertu. Bardzo niewiele wiedziałam o wykonawcach. Skupiałam się głównie na tym, żeby zaśpiewać. Świetnie zdawałam sobie sprawę, że analizowanie wykonawców, ich artystycznego dorobku, talentów, na nic dobrego się nie przyda. Może co najwyżej spowodować, że ucieknę z estrady przed samym występem. Długo zastanawiałam się, co zaprezentować… Ostatecznie wybrałam angielską kolędę „What child is this”. Kiedy weszłam do kieleckiego Teatru Lalki i Aktora „Kubuś”, od razu wiedziałam, że chcę zawrócić. Usłyszałam bowiem próbę i mistrzowsko grającego na gitarze Michała Zapałę, którego wtedy jeszcze nie znałam, a który później okazał się jednym z twórców Stowarzyszenia Działań Twórczych i Rozwoju „Nawigacja”, organizatora całego przedsięwzięcia. Dzięki Opatrzności nie byłam jednak sama i ucieczka z teatru była niemożliwa. Później przyszedł czas i na moją próbę. A potem… Potem już zaczął się koncert i moja „lekcja”. Okazało się, że wykonawcami byli różni ludzie: młodzież z domu poprawczego, a także osoby z intelektualną niepełnosprawnością. Nigdy nie zapomnę dwóch dziewcząt, które przygotowały kilka znanych, polskich kolęd. One całe były tą muzyką! To one właśnie, jak nikt, wiedziały dokładnie, co śpiewają. Bo skoro „Bóg się rodzi”, to jest radość, szczęście i wszystko, co piękne. Nie ma znaczenia, że ten dźwięk był zaśpiewany zbyt wysoko, ta fraza była za bardzo forte, a tamta znów powinna być bardziej piano… Pomyślałam wtedy, że tak bardzo się stresowałam poziomem wykonawczym swojego występu, jakością swojej prezentacji, że zapomniałam, gdzie jest głębia i sens… Analizując wszystko takt po takcie, zatraciłam radość chwili i wdzięczność za sam fakt, że mogę zaśpiewać. Jeśli się to komukolwiek spodoba, to dobrze. Jeśli nie, OK. Ma do tego prawo. Muzyka jest dobrem dla każdego z nas. Każdy też odbiera ją inaczej. Dla mnie jest ona całym mnóstwem rzeczy, ale przede wszystkim magiczną energią, przepływającą między wykonawcą a słuchaczami.

Na koniec jeszcze słów kilka o samej „Nawigacji”, która pokazała mi, że muzyka to nie tylko wzorowe oddanie tego, co w partyturze, ale przede wszystkim emocje i radość dzielenia się z innymi. Autorką poniższego tekstu jest Aneta Kołodyńska-Salwa – dobry duch stowarzyszenia i jedna z osób je tworzących.

Życie – Droga – Nawigacja

Nasze Stowarzyszenie oficjalnie rozpoczęło działalność pod koniec 2016 roku. Od początku zastanawialiśmy się jak zaakcentować nasze „narodziny”. Ponieważ wspólnym mianownikiem naszych działań jest twórczość i pomaganie drugiemu człowiekowi, a nasze dusze przepełnia muzyka, to pewne było, że najlepszym sposobem zaprezentowania się będzie organizacja koncertu. Z uwagi na to, że zbliżały się święta Bożego Narodzenia, postanowiliśmy zorganizować koncert piosenek świątecznych i kolęd o nazwie Kolędowa TonAkcja. Muzyka to taka magiczna dziedzina, która nie uznaje podziałów, ograniczeń, która stwarza okazję do spotkania ludzi, którzy być może w innych okolicznościach nigdy by się nie poznali. Jako, że założyciele Stowarzyszenia na co dzień pracują z osobami z niepełnosprawnościami oczywiste było, że swoje możliwości zaprezentują nasi podopieczni. Z każdym rokiem organizuje się coraz więcej przeglądów twórczości i festiwali skierowanych do osób niepełnosprawnych, ale chcieliśmy podejść do tematu nieco inaczej. Przecież nie powinno być żadnych podziałów! Dlaczego zatem na jednej scenie ramię w ramię nie mieliby zaprezentować się po prostu ARTYŚCI, wszyscy ci, którzy kochają śpiew, muzykę? Dzięki uprzejmości Dyrektora Teatru Lalki i Aktora „KUBUŚ” mogliśmy zapewnić wydarzeniu wspaniałą oprawę. Oczywiście możliwości wykonawców są bardzo różne, ale entuzjazm i radość ze wspólnego bycia, ekspresji i przeżywania jest tym, co nas łączy. A chyba o to chodzi w sztuce? Publiczność bardzo serdecznie i ciepło nas przyjęła, dlatego w ubiegłym roku odbyła się Kolędowa TonAkcja II, a na ten rok planowana jest III edycja. Chcemy pokazywać ludziom, światu, że osoby niepełnosprawne mogą być pełnoprawnymi uczestnikami życia publicznego, czasem tylko wymaga to większego wsparcia. Każdy z nas ma jakieś problemy, złe momenty na swojej drodze i warto wtedy wyciągnąć do niego dłoń, być taką życiową nawigacją.

Jako Stowarzyszenie realizujemy bardzo wiele projektów zarówno z dziedziny kultury i sztuki, jak ochrony i promocji zdrowia, i działalności na rzecz osób niepełnosprawnych. Organizujemy wyjazdowe warsztaty z zakresu muzykoterapii i choreoterapii (terapia tańcem, przyp. red.), zwiedzamy Polskę (choć nieśmiało myślimy już o zagranicznych wyjazdach) i staramy się udowadniać, że MOŻEMY WIĘCEJ. W ramach działalności Stowarzyszenia staramy się też propagować twórczość rodzimych artystów – nawet tych „troszkę” starszych jak Jan Kochanowski czy Cyprian Kamil Norwid. Udało nam się wydać płytę „Jednak mam tę nadzieję”, zawierającą ciekawe i niestandardowe interpretacje muzyczne poezji Mistrza z Czarnolasu.

Bardzo ważna jest dla nas wspólnota i przyjaźń. Jednego z założycieli Stowarzyszenia nie ma już wśród nas, ale jest wciąż obecny w naszych sercach i myślach, dlatego co roku w okolicach Jego urodzin organizujemy spotkanie muzyczne, podczas którego prezentujemy Jego twórczość – poezję i wspaniałe obrazy. Życzę zatem nam wszystkim, na ten grudniowy czas, radości ze wspólnego bycia: radości, która nie uznaje podziałów i ograniczeń.

„Norwid” – moja szkoła

Wybranie ścieżki edukacyjnej niewidomemu dziecku nie jest rzeczą prostą. W Polsce, zwłaszcza w małych miejscowościach, nadal niewiele jest szkół przystosowanych i otwartych na przyjęcie niewidomego ucznia. Wciąż bowiem mała jest świadomość, że niewidomy uczeń to przede wszystkim uczeń. Brak wzroku nie determinuje go jako człowieka. Należy od niego wymagać, ale też zapewnić mu równy dostęp do tego wszystkiego, z czego bez najmniejszych trudności korzystają uczniowie, którzy widzą. Moi rodzice takiej szkoły nie znaleźli. Dlatego postanowili oddać mnie do ośrodka w Laskach. To był trudny czas dla nas wszystkich, zwłaszcza na początku. Małemu, niezmiernie wrażliwemu dziecku ciężko bowiem było wytłumaczyć, że dzięki takiej szkole w przyszłości będzie bardziej samodzielne, niezależne; że będzie się tam mogło rozwijać i budować poczucie własnej wartości. Ono chciało do domu, do swoich zabawek, ulubionych dróżek i zwierzątek.

W Laskach spędziłam dziesięć lat swojego życia i bardzo dużo się tam nauczyłam. Przyszedł jednak czas kolejnych wyborów. Gimnazjum właśnie się skończyło. Trzeba wybrać jakieś liceum. Ale jakie? Czułam, że, mimo wszystko, potrzebuję zmian, że Laski są świetnym miejscem, ale ja, żeby się rozwijać, muszę wszystko to, czego się nauczyłam, zastosować „w praktyce”, żyjąc także wśród widzących rówieśników. Rodzice zaczęli rozglądać się za jakąś szkołą dla mnie. Znaleźli. Pojechaliśmy tam i było rzeczywiście całkiem miło. Ja jednak nie czułam się do końca przekonana. Dlaczego? Bo wiedziałam, że poza zwykłymi klasami, posiada ona także oddziały integracyjne, gdzie jest maksymalnie 20 uczniów, spośród których kilku to osoby z różnymi niepełnosprawnościami. Ponadto, na lekcjach obecnych jest dwóch nauczycieli, z których jeden prowadzi lekcje, a drugi, nazywany nauczycielem wspomagającym, pomaga uczniom niepełnosprawnym, którzy mają z czymś problem. Takie przynajmniej jest teoretyczne założenie. Ja bardzo nie chciałam trafić do takiej klasy, ponieważ byłam wówczas na etapie, który dziś nazywam: „Ja wam pokażę, że sobie radzę. SAMA”. Teraz mnie to bawi, ale wtedy było moją zmorą.

Jakimś cudem udało się jednak rodzicom i nauczycielom przekonać mnie, że klasa integracyjna „to nie jest samo zło” i we wrześniu 2010 roku rozpoczęłam naukę w klasie 1g w III Liceum Ogólnokształcącym z Oddziałami Integracyjnymi im. C.K. Norwida w Kielcach. Teraz, z perspektywy czasu, myślę, że to był naprawdę dobry wybór. Nie zamierzam oszukiwać, że szkoła była perfekcyjnie przygotowana na to, żebym mogła się w niej uczyć, mimo że nie byłam pierwszą osobą niewidomą, która ją ukończyła. Często czegoś nie było albo ktoś czegoś nie wiedział i nie chciał się dowiedzieć; często miałam ochotę powiedzieć: „dość!” i wrócić do Lasek. Nigdy tego jednak nie zrobiłam. Mimo tych wszystkich trudności, spotkałam tam kilka naprawdę niezwykłych osób, które pokazały mi, że, nawet jeśli się nie ma wypukłych pomocy, to świat się nie kończy, bo można je zrobić. Jak? Na przykład wstać o czwartej rano, żeby niewidomej uczennicy wyrysować na folii ŚRUBOKRĘTEM, bo innych, nieco bardziej pożądanych do tego celu narzędzi nie było, schemat ludzkiego mózgu, ponieważ dobrze byłoby, żeby wiedziała, jak wygląda. To moja wychowawczyni – biolożka, pani Agnieszka Woźnicka, która pokazała mi, że bycie nauczycielem to powołanie przez wielkie P.

Kolejną taką niezwykłą osobą, którą zawsze wspominać będę bardzo ciepło, jest Profesor Arendarski – polonista. Na jego zajęciach zawsze miałam wszystko to, co ma reszta. Gdy klasa otrzymywała materiały spoza podręcznika, ja też je dostawałam na pendrive’ie w formie elektronicznej. Poza tym pan profesor prowadził, nadal zresztą tak jest, grupę teatralną, której poświęcał masę swojego wolnego czasu. Ja, że jestem istotą lubiącą zarówno czynny, jak i bierny udział w artystycznych aktywnościach, już na początku liceum „zabłądziłam” na spotkanie grupy i czasem im podgrywałam do różnych ciekawych spektakli. Nawet ostatnio, mimo, że skończyłam liceum już pięć lat temu, miałam przyjemność występowania z tą grupą w Kieleckim Centrum Kultury. Graliśmy „Listy Katyńskie” – przedstawienie, którego częścią były autentyczne listy polskich oficerów zamordowanych przez NKWD podczas II wojny światowej. To było piękne – móc z perspektywy czasu i własnych, dorosłych doświadczeń obserwować, z jaką pasją grają zarówno uczniowie, jak i pan profesor – ich reżyser, mentor i opiekun.

Ktoś powiedział mi kiedyś, że „Norwid” to szkoła z atmosferą i ja wiem, że to jest prawda. Jest to przestrzeń do przeróżnych, twórczych działań, w których biorą udział zarówno sprawni, jak i niepełnosprawni. To nie ma znaczenia. Liczą się chęci i umiejętności. Resztę można zaadaptować tak, żeby wszystko się udało zrobić.

Dzisiaj mogę też powiedzieć, że trzy lata spędzone w trzecim liceum także wiele mnie nauczyły. Przede wszystkim tego, że czasem jest naprawdę potwornie trudno, ale można zdać maturę nawet gdy nie ma się dostępu do wszystkich podręczników i materiałów, które w szkołach dla niewidomych są codziennością. Poza tym nauka w klasie z widzącymi to naprawdę inna bajka niż ta, której bohaterami są tylko niewidomi. Ta lekcja była chyba dla mnie najtrudniejsza: zaakceptować, że ludzie mnie czasem nie rozumieją, że nie wiedzą, co potrafię i mogę zrobić, a czego nie. Nauczenie się przebywania i obcowania z widzącymi kolegami i koleżankami zajęło mi też chyba najwięcej czasu, bo wiązało się z budowaniem nowego poczucia własnej wartości. Wśród niewidomych rówieśników byłam raczej osobą, która zazwyczaj ze wszystkim sobie radziła, nierzadko pomagała także innym. Z widzącymi znajomymi sprawa wyglądała nieco inaczej, bo nagle okazywało się, że to ja potrzebowałam jakiejś ich pomocy, bo trzeba coś przepisać z tablicy albo opisać obrazek, gdyż tego akurat wymagało zadanie z angielskiego. Dlatego właśnie uważam, że odejście z ośrodka dla niewidomych do szkoły średniej, gdzie uczyli się pełnosprawni ludzie, było bardzo dobrą decyzją. Czy III liceum w Kielcach to idealny wybór? Myślę, że naprawdę dobry i z czystym sumieniem poleciłabym tę szkołę jako przyjazną i otwartą na uczniów z różnymi niepełnosprawnościami.

Podróże w ciemno nie muszą być straszne

Trudno mi przypomnieć sobie konkretny moment, w którym po raz pierwszy usłyszałam o Hani. Było to prawdopodobnie jeszcze w podstawówce. Chodziłam do szkoły w Laskach, a Hania była jej absolwentką – jedną z tych, o których się mówiło i myślało: „legenda laskowskich uczniów”. Zawsze wiedziałam, że to zdolna dziewczyna, ambitna i z wielkimi pasjami. Jakimi? Tego już powiedzieć nie potrafiłam. Kiedy stałam się absolwentką Lasek i byłam już na pierwszym roku studiów, zupełnie przypadkiem trafiłam na przeprowadzany przez Michała Olszańskiego wywiad z Hanią w radiowej Trójce. Dowiedziałam się wówczas, że jest to rzeczywiście zdolna, ambitna i pełna pasji osoba. Co jest jej wielką pasją? Podróże! Chociaż wywiad wywarł na mnie wrażenie, nie analizowałam tego jednak wnikliwie. Kilka lat później Hania „wróciła” do mnie w radiowej Dwójce, która patronuje jej najnowszej książce „Moje podróże w ciemno”. Ponownie pozytywnie zaskoczyła mnie ta informacja. W Internecie znalazłam zapowiedzi audycji „tyflopodcast” i zapowiedź rozmowy z Hanią. Przemknęło mi wtedy przez myśl, że fajnie byłoby ją kiedyś poznać. Jednocześnie pomyślałam, że to na pewno mało realne. Po pierwsze Hania to przecież osoba niezwykle zajęta, a po drugie nie wiedziałam gdzie mogłabym ją spotkać. Znowu zajęłam się innymi rzeczami, zapominając o ewentualnym spotkaniu. Jednak… miało się ono najwidoczniej odbyć. Gdy tylko zostałam poproszona o zorganizowanie spotkania autorskiego w nowo dostosowanej do potrzeb czytelników niewidomych i słabowidzących filii nr 9 Miejskiej Biblioteki Publicznej, od razu pomyślałam: Hania!

Spotkanie odbyło się w sobotę, dziesiątego grudnia. Chociaż dzień był deszczowy i zimny, aura wcale na nas nie wpłynęła. Dla nas – uczestników tego inspirującego spotkania – świecił wyjątkowo jasnym światłem. Dlaczego? Cóż, odpowiedź chyba tkwi w tym, co robi i kim jest zaproszona na nie autorka – Hanna Pasterny. To niewidoma podróżniczka, pisarka, romanistka, wolontariuszka, działaczka społeczna, ale przede wszystkim niezwykle sympatyczna i ciepła osoba. Podczas kieleckiego spotkania opowiadała o swoich trzech książkach: „Jak z białą laską zdobywałam Belgię”, „Tandem w szkocką kratkę”, „Moje podróże w ciemno”. Każda z nich jest zapisem wyjątkowych historii i przeżyć. Pierwsza opowiada o 4-miesięcznym pobycie Hani na Europejskim Wolontariacie w Belgii.

Druga to niezwykła opowieść o przyjaźni niewidomej autorki i pani profesor z Glasgow, cierpiącej na zespół Aspergera. Jest to jedno z zaburzeń ze spektrum autyzmu. Marion Hersh, występująca w książce pod pseudonimem Helen jest jej bohaterką. Czytając tę, chwilami zabawną, a w innych momentach niezwykle wzruszającą i skłaniającą do refleksji opowieść, wiele można dowiedzieć się na temat zaburzenia, na które cierpi Helen. Historia ta uczy czytelnika o szeroko pojętej inności, różnorodności i tolerancji oraz otwartości na człowieka, który może mieć różne problemy i trudności, czasem bywa mocno ekscentryczny. Ale ta ekscentryczność czy dziwne zachowanie zawsze wynikają z jakichś konkretów, których na zewnątrz nie widać. Otwartość i podejmowanie próby nieoceniania po pozorach to uniwersalne wartości, płynące z „Tandemu w szkocką kratkę”.

Trzecia książka Hani to natomiast zabawnie skonstruowany pamiętnik z podróży. Są to podróże różne i z różnych okresów. Niektóre są dłuższe, inne krótsze. Jest tam również rozdział o zabawnych wpadkach językowych. W książce autorka opisuje także problemy, na jakie napotyka, podróżując jako osoba niewidoma, np. w hotelach, którym dużo brakuje jeszcze do ideału, czy środkach transportu. Co ciekawe, Polska, z różnymi swoimi bolączkami i brakami, nie wypada najgorzej na tle innych państw. Np. jej zdaniem asysta na lotniskach w Stanach Zjednoczonych działa dużo gorzej niż w Europie, a udźwiękowione przejścia dla pieszych w Nowym Jorku to prawdziwy rarytas. Mimo tych wszystkich trudności, Hania jednak podróżuje i nawet nie próbuje rezygnować ze swojej pasji.

W spotkaniu uczestniczyły osoby niewidome i słabowidzące – podopieczni kieleckiego Tyflopunktu Fundacji Szansa dla Niewidomych i przewodnicy ze stowarzyszenia „Ziemia Świętokrzyska”. Wszyscy wyszli z niego bardzo zadowoleni i podbudowani. Niejednokrotnie podchodzili do mnie, mówiąc: „ Dziękuję, że miałam/miałem możliwość bycia dzisiaj z Wami. Hania to niezwykła osoba: tyle podróżuje, jest aktywna. Ja nie mam problemów ze wzrokiem, a mam wrażenie, że nie robię nic”. Uśmiechałam się tylko na te słowa. Cel został osiągnięty! Udało się zarazić ludzi pozytywną energią i pokazać im, że trudności to nie bariery nie do pokonania, lecz wyzwania, których podejmowanie definiuje nasze życie. Każdy z nas ma problemy – małe, duże lub wielkie. Chodzi o to, żeby umieć sobie z nimi radzić, ciągle brnąc w szarzyźnie codzienności. Wokół siebie mamy przecież ludzi, którym pomagamy i którzy nam pomagają. Na początku „Tandemu w szkocką kratkę”, znajduje się motto: „Jeśli pragniesz żyć, nie zatrzymuj swego życia dla siebie. Ono musi głaskać inne brzegi i nawadniać inne ziemie”. Ten cytat pięknie podsumowuje kieleckie spotkanie i jest cudownym prezentem, który, wyjeżdżając, zostawiła nam Hanna Pasterny. Oby tak było: oby nasze życia „głaskały inne brzegi i nawadniały inne ziemie”, inspirując do działania owocnego i konstruktywnego.

Niewidomi za kierownicą. Kielecki tyflopunkt przełamuje stereotypy

„Sami możemy tak niewiele; razem możemy tak dużo”. Słowa wypowiedziane niegdyś przez Helen Keller to cytat, który, moim zdaniem, najtrafniej opisuje to, co zdarzyło się jedenastego czerwca na torze w Miedzianej Górze koło Kielc. Czy cała ta niezwykłość mogłaby mieć miejsce, gdyby tylko jedna osoba była w nią zaangażowana?

„Niewidomi za kierownicą”. Kiedy pierwszy raz usłyszałam o projekcie, pomyślałam: „Wow! To niesamowite, niezwykle kreatywne przedsięwzięcie. Ale… czy możliwe? Jak przekonać ludzi, że coś takiego ma sens? Czy łamanie stereotypów i pokonywanie ograniczeń w taki sposób się sprawdzi? Mimo tych pytań miałam gorącą nadzieję, że tak i mocno trzymałam kciuki, żeby projekt się powiódł. I powiódł się! Myślę, że to było jedno z najbardziej niezwykłych doświadczeń mojego życia. I to nie tylko dlatego, że mogłam przez chwilę pokierować samochodem. To było bardzo przyjemne i myślę, że odnalazłabym się jako kierowca, ale najpiękniejsza dla mnie była obecność tylu cudownych i dobrych ludzi, którzy zgodzili się być z nami tego dnia. Dla mnie możliwość udziału w tym projekcie to zaszczyt i niesamowita frajda. Mogłam „poczuć wiatr we włosach” na motocyklu i cudowny dreszcz adrenaliny jako pasażerka szybkiego, sportowego samochodu; mogłam usiąść za kierownicą auta i na własnej skórze poczuć, jak to jest nim kierować; mogłam dowiedzieć się mnóstwa praktycznych informacji i poznać tajniki pracy policjantów, strażaków i ratowników medycznych. Wszystko to pokazano bowiem w sposób czytelny, konkretny i przystępny dla osoby niewidomej.

Dla mnie „Niewidomi za kierownicą” to też trochę projekt edukacyjny dla widzących. Byli z nami także wolontariusze, którzy po raz pierwszy zetknęli się z osobami niewidomymi w takiej sytuacji. Ich obawy były na pewno ogromne. Podjęli jednak ryzyko i otworzyli się na „nowe”. Czy rzeczywiście było to wydarzenie, które coś im pokazało, czegoś nauczyło? Poniżej krótka refleksja jednej z wolontariuszek – Kamili Janiec.

11 czerwca 2016 roku był jednym z najbardziej magicznych dni w moim życiu. Pamiętam, że rano, przed wyjściem z domu, miałam wiele obaw czy sobie poradzę i czy będę w jakikolwiek sposób naprawdę przydatna. Moja wiedza o osobach niewidomych była dosyć ograniczona. Na miejscu postanowiłam jednak zdać się na swoją intuicję, ciągle bojąc się pytać o cokolwiek. Już sam pomysł, by osoby niewidome prowadziły samochód, wydawał mi się niemożliwy do czasu, kiedy moja koleżanka ze studiów zasiadła za kierownicą. Siedząc na tylnym siedzeniu, początkowo patrzyłam tylko na instruktora. Patrzyłam jak sobie poradzi, jakie będzie wydawał jej instrukcje. Jazda trwała około 20 minut, a moja koleżanka z każdą minutą coraz pewniej kręciła kierownicą, dodając gazu! Poradziła sobie wspaniale. Nie mogłam wyjść z podziwu. Zdałam sobie sprawę, jak często nie wierzymy w ludzi i jacy jesteśmy ograniczeni przez naszą niewiedzę. Byłam pewna, że ta jazda będzie wyglądać inaczej. Często osoby widzące mają ogromne problemy z pierwszą jazdą, ale ona ich nie miała. Była odważna i pozwoliła się poprowadzić, czerpiąc z nowego doświadczenia mnóstwo przyjemności. Takich osób poznałam oczywiście więcej. Wszyscy ambitni, pracujący lub studiujący i oczywiście z głową pełną marzeń! Nauczyłam się wiele o osobach niewidomych. Są niesamowicie wartościowi, potrafią wiele dawać z siebie, tak naprawdę nie oczekując niczego wielkiego oprócz miejsca i szansy dla siebie, szansy dla niewidomych.