Podróże w ciemno nie muszą być straszne

Trudno mi przypomnieć sobie konkretny moment, w którym po raz pierwszy usłyszałam o Hani. Było to prawdopodobnie jeszcze w podstawówce. Chodziłam do szkoły w Laskach, a Hania była jej absolwentką – jedną z tych, o których się mówiło i myślało: „legenda laskowskich uczniów”. Zawsze wiedziałam, że to zdolna dziewczyna, ambitna i z wielkimi pasjami. Jakimi? Tego już powiedzieć nie potrafiłam. Kiedy stałam się absolwentką Lasek i byłam już na pierwszym roku studiów, zupełnie przypadkiem trafiłam na przeprowadzany przez Michała Olszańskiego wywiad z Hanią w radiowej Trójce. Dowiedziałam się wówczas, że jest to rzeczywiście zdolna, ambitna i pełna pasji osoba. Co jest jej wielką pasją? Podróże! Chociaż wywiad wywarł na mnie wrażenie, nie analizowałam tego jednak wnikliwie. Kilka lat później Hania „wróciła” do mnie w radiowej Dwójce, która patronuje jej najnowszej książce „Moje podróże w ciemno”. Ponownie pozytywnie zaskoczyła mnie ta informacja. W Internecie znalazłam zapowiedzi audycji „tyflopodcast” i zapowiedź rozmowy z Hanią. Przemknęło mi wtedy przez myśl, że fajnie byłoby ją kiedyś poznać. Jednocześnie pomyślałam, że to na pewno mało realne. Po pierwsze Hania to przecież osoba niezwykle zajęta, a po drugie nie wiedziałam gdzie mogłabym ją spotkać. Znowu zajęłam się innymi rzeczami, zapominając o ewentualnym spotkaniu. Jednak… miało się ono najwidoczniej odbyć. Gdy tylko zostałam poproszona o zorganizowanie spotkania autorskiego w nowo dostosowanej do potrzeb czytelników niewidomych i słabowidzących filii nr 9 Miejskiej Biblioteki Publicznej, od razu pomyślałam: Hania!

Spotkanie odbyło się w sobotę, dziesiątego grudnia. Chociaż dzień był deszczowy i zimny, aura wcale na nas nie wpłynęła. Dla nas – uczestników tego inspirującego spotkania – świecił wyjątkowo jasnym światłem. Dlaczego? Cóż, odpowiedź chyba tkwi w tym, co robi i kim jest zaproszona na nie autorka – Hanna Pasterny. To niewidoma podróżniczka, pisarka, romanistka, wolontariuszka, działaczka społeczna, ale przede wszystkim niezwykle sympatyczna i ciepła osoba. Podczas kieleckiego spotkania opowiadała o swoich trzech książkach: „Jak z białą laską zdobywałam Belgię”, „Tandem w szkocką kratkę”, „Moje podróże w ciemno”. Każda z nich jest zapisem wyjątkowych historii i przeżyć. Pierwsza opowiada o 4-miesięcznym pobycie Hani na Europejskim Wolontariacie w Belgii.

Druga to niezwykła opowieść o przyjaźni niewidomej autorki i pani profesor z Glasgow, cierpiącej na zespół Aspergera. Jest to jedno z zaburzeń ze spektrum autyzmu. Marion Hersh, występująca w książce pod pseudonimem Helen jest jej bohaterką. Czytając tę, chwilami zabawną, a w innych momentach niezwykle wzruszającą i skłaniającą do refleksji opowieść, wiele można dowiedzieć się na temat zaburzenia, na które cierpi Helen. Historia ta uczy czytelnika o szeroko pojętej inności, różnorodności i tolerancji oraz otwartości na człowieka, który może mieć różne problemy i trudności, czasem bywa mocno ekscentryczny. Ale ta ekscentryczność czy dziwne zachowanie zawsze wynikają z jakichś konkretów, których na zewnątrz nie widać. Otwartość i podejmowanie próby nieoceniania po pozorach to uniwersalne wartości, płynące z „Tandemu w szkocką kratkę”.

Trzecia książka Hani to natomiast zabawnie skonstruowany pamiętnik z podróży. Są to podróże różne i z różnych okresów. Niektóre są dłuższe, inne krótsze. Jest tam również rozdział o zabawnych wpadkach językowych. W książce autorka opisuje także problemy, na jakie napotyka, podróżując jako osoba niewidoma, np. w hotelach, którym dużo brakuje jeszcze do ideału, czy środkach transportu. Co ciekawe, Polska, z różnymi swoimi bolączkami i brakami, nie wypada najgorzej na tle innych państw. Np. jej zdaniem asysta na lotniskach w Stanach Zjednoczonych działa dużo gorzej niż w Europie, a udźwiękowione przejścia dla pieszych w Nowym Jorku to prawdziwy rarytas. Mimo tych wszystkich trudności, Hania jednak podróżuje i nawet nie próbuje rezygnować ze swojej pasji.

W spotkaniu uczestniczyły osoby niewidome i słabowidzące – podopieczni kieleckiego Tyflopunktu Fundacji Szansa dla Niewidomych i przewodnicy ze stowarzyszenia „Ziemia Świętokrzyska”. Wszyscy wyszli z niego bardzo zadowoleni i podbudowani. Niejednokrotnie podchodzili do mnie, mówiąc: „ Dziękuję, że miałam/miałem możliwość bycia dzisiaj z Wami. Hania to niezwykła osoba: tyle podróżuje, jest aktywna. Ja nie mam problemów ze wzrokiem, a mam wrażenie, że nie robię nic”. Uśmiechałam się tylko na te słowa. Cel został osiągnięty! Udało się zarazić ludzi pozytywną energią i pokazać im, że trudności to nie bariery nie do pokonania, lecz wyzwania, których podejmowanie definiuje nasze życie. Każdy z nas ma problemy – małe, duże lub wielkie. Chodzi o to, żeby umieć sobie z nimi radzić, ciągle brnąc w szarzyźnie codzienności. Wokół siebie mamy przecież ludzi, którym pomagamy i którzy nam pomagają. Na początku „Tandemu w szkocką kratkę”, znajduje się motto: „Jeśli pragniesz żyć, nie zatrzymuj swego życia dla siebie. Ono musi głaskać inne brzegi i nawadniać inne ziemie”. Ten cytat pięknie podsumowuje kieleckie spotkanie i jest cudownym prezentem, który, wyjeżdżając, zostawiła nam Hanna Pasterny. Oby tak było: oby nasze życia „głaskały inne brzegi i nawadniały inne ziemie”, inspirując do działania owocnego i konstruktywnego.

Niewidomi za kierownicą. Kielecki tyflopunkt przełamuje stereotypy

„Sami możemy tak niewiele; razem możemy tak dużo”. Słowa wypowiedziane niegdyś przez Helen Keller to cytat, który, moim zdaniem, najtrafniej opisuje to, co zdarzyło się jedenastego czerwca na torze w Miedzianej Górze koło Kielc. Czy cała ta niezwykłość mogłaby mieć miejsce, gdyby tylko jedna osoba była w nią zaangażowana?

„Niewidomi za kierownicą”. Kiedy pierwszy raz usłyszałam o projekcie, pomyślałam: „Wow! To niesamowite, niezwykle kreatywne przedsięwzięcie. Ale… czy możliwe? Jak przekonać ludzi, że coś takiego ma sens? Czy łamanie stereotypów i pokonywanie ograniczeń w taki sposób się sprawdzi? Mimo tych pytań miałam gorącą nadzieję, że tak i mocno trzymałam kciuki, żeby projekt się powiódł. I powiódł się! Myślę, że to było jedno z najbardziej niezwykłych doświadczeń mojego życia. I to nie tylko dlatego, że mogłam przez chwilę pokierować samochodem. To było bardzo przyjemne i myślę, że odnalazłabym się jako kierowca, ale najpiękniejsza dla mnie była obecność tylu cudownych i dobrych ludzi, którzy zgodzili się być z nami tego dnia. Dla mnie możliwość udziału w tym projekcie to zaszczyt i niesamowita frajda. Mogłam „poczuć wiatr we włosach” na motocyklu i cudowny dreszcz adrenaliny jako pasażerka szybkiego, sportowego samochodu; mogłam usiąść za kierownicą auta i na własnej skórze poczuć, jak to jest nim kierować; mogłam dowiedzieć się mnóstwa praktycznych informacji i poznać tajniki pracy policjantów, strażaków i ratowników medycznych. Wszystko to pokazano bowiem w sposób czytelny, konkretny i przystępny dla osoby niewidomej.

Dla mnie „Niewidomi za kierownicą” to też trochę projekt edukacyjny dla widzących. Byli z nami także wolontariusze, którzy po raz pierwszy zetknęli się z osobami niewidomymi w takiej sytuacji. Ich obawy były na pewno ogromne. Podjęli jednak ryzyko i otworzyli się na „nowe”. Czy rzeczywiście było to wydarzenie, które coś im pokazało, czegoś nauczyło? Poniżej krótka refleksja jednej z wolontariuszek – Kamili Janiec.

11 czerwca 2016 roku był jednym z najbardziej magicznych dni w moim życiu. Pamiętam, że rano, przed wyjściem z domu, miałam wiele obaw czy sobie poradzę i czy będę w jakikolwiek sposób naprawdę przydatna. Moja wiedza o osobach niewidomych była dosyć ograniczona. Na miejscu postanowiłam jednak zdać się na swoją intuicję, ciągle bojąc się pytać o cokolwiek. Już sam pomysł, by osoby niewidome prowadziły samochód, wydawał mi się niemożliwy do czasu, kiedy moja koleżanka ze studiów zasiadła za kierownicą. Siedząc na tylnym siedzeniu, początkowo patrzyłam tylko na instruktora. Patrzyłam jak sobie poradzi, jakie będzie wydawał jej instrukcje. Jazda trwała około 20 minut, a moja koleżanka z każdą minutą coraz pewniej kręciła kierownicą, dodając gazu! Poradziła sobie wspaniale. Nie mogłam wyjść z podziwu. Zdałam sobie sprawę, jak często nie wierzymy w ludzi i jacy jesteśmy ograniczeni przez naszą niewiedzę. Byłam pewna, że ta jazda będzie wyglądać inaczej. Często osoby widzące mają ogromne problemy z pierwszą jazdą, ale ona ich nie miała. Była odważna i pozwoliła się poprowadzić, czerpiąc z nowego doświadczenia mnóstwo przyjemności. Takich osób poznałam oczywiście więcej. Wszyscy ambitni, pracujący lub studiujący i oczywiście z głową pełną marzeń! Nauczyłam się wiele o osobach niewidomych. Są niesamowicie wartościowi, potrafią wiele dawać z siebie, tak naprawdę nie oczekując niczego wielkiego oprócz miejsca i szansy dla siebie, szansy dla niewidomych.