Mogę to zrobić z zamkniętymi oczami

Kiedyś napisano o nich tak: „Zebrała się taka sympatyczna grupa ludzi, którzy mają chęć. Chęć na gotowanie i nieuniknione konsekwencje – zajadanie. Mają chęć podzielić się tym, co robią. Mają chęć pięknie to podać. Uczyć im się zachciało! Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby Ci ludzie widzieli co wrzucają do garnka i słyszeli kiedy to się gotuje. I tutaj mała niespodzianka – każdy z nich ma uszkodzony słuch i wzrok. Wszyscy słyszą słabiej niż statystyczny obywatel świata. Część z nich nie widzi, część widzi słabo, część inaczej niż większość. Osoby z dysfunkcją wzroku przeważnie jednak nie widzą przeszkód i tak jest też w przypadku uczestników projektu „Mogę to zrobić z zamkniętymi oczami”. Toteż pod okiem instruktora i wolontariuszy, w Małopolskiej Jednostce Towarzystwa Pomocy Głuchoniewidomym dzieje się gotowanie.

Głuchoniewidomi

„Co – głuchoniemi”? „Głusi znaczy”?

Nie. Głuchoniewidomi. Osoby z jednoczesną niepełnosprawnością wzroku i słuchu. Całkiem spora grupa wśród osób niewidomych i słabowidzących. Szacuje się, że w Polsce grupa ta liczy 7-8 tysięcy osób. Głuchoślepota jest niepełnosprawnością wyjątkową, ponieważ w przypadku uszkodzenia jednego z głównych zmysłów, nie można go zrekompensować drugim. Osoby z tą niepełnosprawnością napotykają na duże trudności w codziennym życiu. Trudno im funkcjonować w satysfakcjonujący sposób bez zrozumienia ich szczególnych potrzeb oraz specjalistycznego wsparcia.

Szczęśliwie jednak uczestnicy projektu kulinarnego, o którym mowa, mają to zrozumienie i wsparcie. Jedni z nich w nabywaniu podstawowych umiejętności w obszarze „kuchnia”, inni w rozwoju swoich kulinarnych talentów. To, co było założeniem projektu, to pełna indywidualizacja programu dla każdej osoby. Nie tylko ze względu na możliwości, ale też z pełnym poszanowaniem potrzeb, a nawet zachcianek. A co! Nie tylko danie musi mieć smak. Całe życie musi je mieć. A zachcianka może być całkiem dobrą dla niego przyprawą.

Ten projekt jest wyjściem naprzeciw konkretnym osobom, mającym różne potrzeby, ale podobną motywację. Wszystkie chcą się uczyć gotować. Jedna z nich w sposób przemyślany, ze zdrowych produktów. Druga zgodnie ze swoją pasją gotowania – tak, żeby nie zatrzymać się w rozwoju i poszerzyć swój repertuar dań o nowe. Trzecia prosto i ekonomicznie. Inna żeby wesprzeć swój organizm, który mówi jej, że trzeba się o niego troszczyć, bo trochę szwankuje. Trzy osoby głównie po to, by stać się niezależnymi od innych, kiedy pójdą „na swoje” i jeść w sposób sensowny, a nie cokolwiek. I jeszcze jedna, która po prostu – chce być dobrą gospodynią.

Zaczynaliśmy od kanapek, teraz uczestnicy potrafią zaskoczyć tartą ze szpinakiem, pyszną ogórkową czy grecką musaką. Trzeba jednak powiedzieć, że to się nie dzieje ot tak. Uczestnicy muszą się solidnie napracować, żeby takie cuda wyszły spod ich rąk. Prawda, że zręcznych i wyczulonych na to, czego dotykają, ale pozbawionych wsparcia sokolego wzroku i uszu nietoperza.

Trzeba naprzypalać naleśników, zanim wyczuje się jak długo powinny smażyć się na konkretnej patelni i konkretnym piecu. Trzeba nauczyć się składać dwie identyczne patelnie naleśnikowe rączkami i wnętrzem do siebie, żeby te naleśniki odwrócić i usmażyć z dwóch stron. Kiedy nie słyszy się skwierczenia pieczarek na patelni, trzeba nauczyć się ręką wyczuwać różnicę w parowaniu świeżych pieczarek i tych już dosmażonych. Dotykając ucha garnka, kiedy zagotowuje się w nim wodę i wyczuwając różnicę w wibracjach na poszczególnych etapach gotowania, też można stać się swoistym specjalistą. Jest tych „specjalistycznych” umiejętności całkiem sporo. My je poznajemy, wykorzystujemy i zaskakujemy.

Tak jak założyliśmy w projekcie, zaskakujemy siebie nawzajem. Kiedyś zrobiła to jedna z uczestniczek, przygotowując na pieszą wycieczkę kanapki z burgerem jaglano-buraczanym. Po wielu kilometrach wędrowania, odpoczynek z takim posiłkiem to był luksus, który tamci wycieczkowicze do dziś wspominają z sentymentem. Każdy z uczestników urządza czasem przyjęcie dla innych uczestników, na którym podaje przygotowane przez siebie danie. To jest czas na dzielenie się nie tylko jedzeniem, ale też wiedzą zdobywaną podczas zajęć.

Zaskakujemy też osoby spoza grona projektowego, ponieważ innym założeniem było to, że jedne z zajęć każdy z uczestników poświęca na przygotowanie słodkiego poczęstunku dla osób bezdomnych w ramach krakowskiej inicjatywy „Zupa Na Plantach”. I tutaj zaskoczenie jest imponujące, bo jak to – osoba niewidoma przygotowała ciasto? To się niektórym w głowie nie mieści.

Nam, w miarę trwania projektu, w głowach coraz więcej się mieści. Coraz więcej się chce.

Chce nam się nagrać małą książkę kucharską, po to, żeby większość przetestowanych z powodzeniem przepisów była dostępna dla osób z dysfunkcją wzroku w wersji audio. Będzie za jakiś czas. Będziemy o tym informować na naszym facebookowym profilu o nazwie „Mogę to zrobić z zamkniętymi oczami”. Póki co, to tam zamieszczamy nasze przepisy i dzielimy się wskazówkami, które mogą być istotne dla innych osób z niepełnosprawnością wzrokową.

Tyle o nas. Na koniec jednak jeszcze o kimś. O firmie, której produkty niezwykle często goszczą w naszej kuchni. Dlaczego? Zrobiła coś, czego nie musiała, a dała tym piękny przykład dostępności towarów dla osób z niepełnosprawnością wzrokową. Na kartonowych opakowaniach produktów zbożowych firmy Melvit znajdują się napisy brajlowskie. Jeżeli ktoś czytający brajlem jeszcze tego nie odkrył, koniecznie powinien zajrzeć do większego marketu i poczuć tę radość, kiedy sam odnajduje potrzebny mu produkt. Potem niech wróci do domu, wykorzysta ten produkt testując jeden z naszych przepisów, a radość będzie podwójna.