Genialny matematyko-fizyk, który był także podróżnikiem i pisarzem

To tylko krótka notka o Witoldzie Kondrackim, człowieku, którego już tutaj nie ma – odszedł jakiś czas temu. Wielka to strata i to z wielu powodów. Nie ma co pisać o mojej osobistej stracie. Tę przecież tylko ja odczuwam. Bardzo bolesna jest strata dla innych. Sądzę bowiem, że już nie ma wśród nas takiego gościa jak on. Nic to, że był matematykiem i fizykiem – jest ich na świecie mało, ale jednak są. Wśród nich nie ma jednak ani jednego naukowca niewidomego. Jest to zupełnie niebywałe, ale i to jeszcze nic. Trzeba do tego dodać kolejne talenty Witka. Był świetnym i znającym się na rzeczy podróżnikiem. Kto słyszał, by niewidomy prowadził eskapady do Indii albo Mjanma? Ba, nie jeździł jedynie do wielkich miast, lecz wszędzie. Z taką samą łatwością sam oglądał, a następnie pokazywał innym nieznane kraje – miasta Wschodu i dzikie, pełne niesamowitej przyrody tereny. Podczas swoich wypraw spotykał ludzi, którzy są zupełnie inni od nas, albo zwierzęta, których my się panicznie boimy, a on nie. Potem opowiadał o goniącym go wężu, niebezpiecznym słoniu, albo miejscach, gdzie zabłądził i nie wiedział jak się odnaleźć. Wracał do kraju i opowiadał. Jak? W każdy możliwy sposób, ale również w artykułach pisanych dla naszego Helpa. Właśnie to sobie przypomniałem. Nie, nie po raz pierwszy, ale za każdym razem przypomnienie tego mnie rozbudza. Gdy tylko pomyślę o Witku, mój umysł wchodzi na inny, nieco wyższy bieg. Dlaczego? Za życia Witek był bardzo wymagający. Nie można było przy nim myśleć byle jak i gadać byle co. Wymagał od rozmówcy odpowiedniego poziomu. Więc my wszyscy, jego przyjaciele i znajomi, wznosiliśmy się na ten właściwy poziom i czekaliśmy na znak akceptacji.

No więc Witek pisał. Były to nie tylko artykuły, ale także opowiadania. Są ciekawe i dobrze napisane. Witek popisywał się elokwencją i ogromną wyobraźnią. Tekst pozostawał niedokończony, albo niejednoznaczny. To czytelnik miał wiedzieć, co właściwie czyta, a co napisał Witek. Potem trwały dyskusje, o czym nas poinformował, jakie miał zdanie i jaką przekazał opinię.

Help lubił artykuły Witka, toteż po latach, gdy nasze czasopismo stało się miesięcznikiem, gdy wzbudza coraz większe zainteresowanie, postanowiłem zaprezentować także jego opowiadanie. Jako matematyk i fizyk, Witek dysponował bardzo dobrymi narzędziami. Jego język, opisy obrazów, prezentacja psychologiczna, wiedza o technologii i związanej z nią kulturze, są najwyższej próby. Witek to także wierny promotor nowoczesnej rehabilitacji, otoczony urządzeniami niwelującymi skutki niepełnosprawności wzroku – syntezatory mowy, brajlowskie monitory, komputery, Internet – na co dzień! Nie pamiętam rozmowy, w której osobnej części nie dopytywał się o nowości na tym rynku. Opowiadałem mu o nich, a jakiś czas potem on już tym dysponował.

Był więc niebywały, wyposażony przez Boga w o wiele więcej talentów niż inni. Potrafił też łączyć ze sobą twarde i szorstkie wymagania z miłym usposobieniem. Był lubiany. Czy jako matematyk i fizyk na pewno dobrze pisał? Nie ma potrzeby wierzyć mi na słowo. Zamiast tego można przeczytać opowiadanie, które tutaj cytujemy. „Lotnisko” to odbicie Witkowych obaw – co z naszą cywilizacją. Uwielbiał wszelkiego rodzaju wynalazki. Nie znosił jednak sposobu, w jaki je używamy. Do czego one prowadzą – służą człowiekowi, czy raczej jego zniszczeniu? Stąd „Lotnisko”. A może to, co tutaj opisuje, nie zasługuje na tę nazwę? Może jest to raczej „bezludnisko”? Czy taki budujemy świat? Nam ,jako niewidomym, na pewno Witkowi i mnie, taki jak opisany nie odpowiada. My chcemy „po ludzku”, gdzie jest nas dużo, każdy ma inną narrację, ale wspólnie dążymy do bycia razem. Na lotnisku Witka, jeśli jest się „razem”, to chyba jedynie z automatami. Jak dobrze, że pojawił się tam chociaż ten jeden gość, który przez swoją obecność i fakt, że jest ona wyjątkowa, tym bardziej pokazuje błąd, do którego na aktualnym poziomie rozwoju ludzkości dotarliśmy.

Zapraszam więc do lektury.

Praca to nie tylko obowiązek

Warto to powiedzieć, ba – wykrzyczeć. Praca to także przyjemność. To zupełnie oczywiste, a jednak ta ważna dla ludzi konstatacja gdzieś się zawieruszyła. Dlaczego? Jak to się stało?

Praca wiąże się z wysiłkiem, często z dużym ciężarem – fizycznym i psychicznym. Nie musi być łatwa i bezstresowa, a także może kojarzyć się z przykrym szantażem – nie będzie pracy, to także nie będzie pieniędzy. A przecież bez nich nie możemy nic. Brak pieniędzy uniemożliwia dokładnie wszystko – jak bez nich zrobić zakupy, zapewnić dach nad głową, co z jedzeniem, odpoczynkiem, posiadaniem dzieci, wywiązywaniem się z różnorodnych i rozlicznych zobowiązań? Bez pieniędzy we współczesnym świecie nie możemy istnieć. Jeśli ich nie mamy, a jednak jakoś sobie radzimy, to na pewno tylko dlatego, że ma je kto inny, kto nam pomaga i „na nas łoży”.

Wobec takiej natury zorganizowania życia na naszej planecie, musimy iść do pracy. Ten, co by nie rzec, szantażujący charakter cywilizacji, a w szczególności zatrudnienia powoduje, że możemy nabrać do pracy negatywnego stosunku. Możemy jednak odwrócić to myślenie „do góry nogami” i wziąć pod uwagę pozytywne aspekty pracy.

Gdyby udało się nie myśleć o wymaganiach naszej codzienności, uznać je za normę, którą tak czy inaczej spełnimy, przywrócilibyśmy pierwotny sens pracy. Od zainicjowania naszej cywilizacji właśnie praca pozwala ludziom przekształcać otoczenie zgodnie z ich marzeniami. Za każdym razem, gdy wpadamy na pomysł, by coś poprawić, rozwinąć, wynaleźć, zbudować, a oczekiwany, docelowy efekt nas inspiruje, bierzemy się do pracy z ochotą. Wykonujemy kolejne czynności i obserwujemy powstające dzieło. Jest coraz ciekawsze, w jakimś momencie staje się fascynujące i jakby nam mówiło: „Hej, widzisz jakie to ciekawe – zabrałeś się do pracy i już dostrzegasz, jaki płynie z tego pożytek”.

Praca jest tym więcej warta dla człowieka, im bardziej chce przekształcać otaczającą go rzeczywistość oraz im trudniej przychodzi mu zdobycie takiej możliwości. Z tego powodu na przykład osoby niepełnosprawne często pracę traktują lepiej i poważniej niż sprawni. Owszem, nie wszyscy, ale wielu z nas. Gdy się może mniej niż inni, praca i jej efekty stają się lekarstwem. Na co? Na kompleksy, brak wiary w nasze możliwości, nie zauważanie nas przez innych ludzi. Praca to także ciekawie spędzony czas. Ciekawie? Należy to mierzyć nie tylko wartością rezultatu, ale także klimatu, w jakim powstawał. Praca to także współpraca, dialog z innymi ludźmi, także współzawodnictwo i to w najbardziej pozytywnym jego sensie.

Redakcja miesięcznika Help – jesteśmy razem, namawia do pracy! I nie chodzi jedynie o jej znalezienie i wykonywanie, ale o czynienie tego z jak największą przemyślnością. Celem powinno być znalezienie takiego miejsca dla siebie, w którym będzie można realizować swoje zainteresowania i zdolności, a nie wykonywać polecenia z przymusu. Gdy się to udaje, życie nabiera sensu i możemy zapomnieć o ekonomicznym szantażu, że gdybyśmy pracy nie mieli, nie dostalibyśmy wynagrodzenia. Pieniądze przestają szantażować i stajemy się ludźmi wolnymi.

Nasza Fundacja specjalizuje się w tym, by nasi beneficjenci mogli ułożyć swoje życie na właśnie taki sposób. Prawda, że to fascynujące?

Helpowe refleksje

Głównym tematem niniejszego numeru Helpa jest tyfloinformatyka i elektronika z prawdziwego zdarzenia, które są równoważne sukcesowi programu Dostępność Plus.

Prawda, że to bardzo śmiała teza. Jednak jest ona prawdziwa, co więcej – bez tyfloinformatyki i elektroniki o prawdziwej dostępności w przypadku niewidomych można jedynie marzyć. Gdyby ktoś nie spotykał się z nami – niewidomymi – i nie wiedział jak to jest nie widzieć, warto przeczytać krótkie wyjaśnienia, które tu przedstawiam.

Każdy rodzaj niepełnosprawności jest niepowtarzalnym zbiorem utrudnień i niemożności. Powoduje zupełnie inne konsekwencje, które razem wzięte nie poddają się łatwym uogólnieniom i porównaniom. Konsekwencje te są tak rozliczne i rozmaite, że charakter codziennego życia osób niepełnosprawnych różnych grup nie pozwala na włożenie nas do jednego tygla. Problem jest jeszcze bardziej skomplikowany. Niepełnosprawności każdego są bardzo indywidualne nawet wtedy, gdy dotyczą tego samego rodzaju inwalidztwa. Z tego powodu promujemy ideę indywidualnego podejścia, a więc namawiamy do dogłębnej analizy możliwości każdego z osobna oraz do tworzenia „szytych na miarę” planów niwelowania skutków niepełnosprawności.

Może nie wszyscy wiedzą, że każdy niedowidzący widzi inaczej, a wobec tego często nie jest w stanie przewidzieć, co zobaczy ten drugi. Każdy niewidomy również „widzi” inaczej, to znaczy inaczej zastępuje brak wzroku. Zauważa co innego, odbiera inne bodźce, inaczej więc reaguje na to, co dookoła niego się dzieje. Wracając do odrębności różnych kategorii niepełnosprawności, proszę sobie wyobrazić, że gdy niewidomi mają na co dzień określone problemy wynikające z braku wzroku, a inni, widzący niepełnosprawni takich nie mają, niewidomi są gotowi powiedzieć, że ci drudzy są po prostu sprawni! Podobnie inwalidzi ruchu. Gdy niewidomi mogą samodzielnie poruszać się, biegać, pływać, a nawet zdobywać szczyty w górach, wydają się im pełnosprawni. Nawet niedowidzenie nie daje się porównać z niewidzeniem. Co by nie rzec, niedowidzenie jest jednak widzeniem. Okazuje się, że nawet szczątki wzroku mają ogromne praktyczne znaczenie. Osoba słabowidząca stwierdzi raczej, że widzi niż nie widzi. I ma rację. Widzenie nawet bardzo uproszczonego obrazu, w którym wytnie się kolory i rozmyje kształty, daje ogromną przewagę nad niewidzeniem. Nawet byle jaki obraz przekazuje tyle informacji, że osoby niedowidzące mogą czuć się jak pełnosprawni.

Jaka jest więc specyfika niepełnosprawności wzroku? Są więc dwie kategorie z tym związane: całkowity brak wzroku i częściowy jego brak. Coraz częściej mówi się o kolejnym ważnym rozróżnieniu. Inne utrudnienia dotyczą niewidomych od urodzenia oraz nowo ociemniałych. Wtedy mamy do czynienia już z trzema odrębnymi rodzajami niepełnosprawności. Ale to także jedynie kolejne zgrubne uogólnienie, których przecież nie lubimy. W kwestii niwelowania skutków niepełnosprawności te ostatnie podgrupy różnią się jednak niewiele, toteż rozwiązania, których wymagają, są w większości identyczne.

Głównym problemem osób niewidomych jest niemożność wykorzystywania wzroku do odbierania informacji – tekstowych i graficznych. Tak się składa, że wzrok zapewnia ludziom ponad 90% możliwych do pozyskania informacji. Inne zmysły mają niestety znacznie mniejsze znaczenie. Normalnie jest tak, że widzimy, to wiemy. Nawet słuch, najważniejszy spośród pozostałych zmysłów, jest zazwyczaj lekceważony. Pełnosprawni potrafią nie wiedzieć, że słabiej słyszą, że ich słuch zawodzi. Pokazuje to, jak bardzo koncentrują się na obrazie. Co dopiero dotyk, smak i węch – nie ma co mówić.

Pełnosprawni wiedzą więc, gdy widzą. A my? Usprawnianie niewidomych polega na nauczaniu wykorzystywania innych zmysłów do celu pozyskiwania informacji. Mają one w jak największym stopniu zastąpić wzrok. Niwelowanie skutków jego braku polega więc głównie na „wyostrzaniu” pozostałych zmysłów i wykorzystywaniu ich do wykonywania jak największego zbioru czynności. Niewidomi mogą zrobić wszystko pod warunkiem wszakże, że wiedzą co pokazują obrazy, które ich otaczają. Możemy poruszać się w przestrzeni zamkniętej i otwartej, wykonywać rozmaite czynności manualne, podejmować wykonania mnóstwa zadań, gdy dotrą do nas informacje, które dla osób widzących są dostępne naturalnie – łatwo i bez wysiłku. Aby zniwelować ten problem i zaangażować do tego celu inne zmysły, należy zastosować nowoczesną technologię, a więc informatykę i elektronikę. To one mogą dostarczyć informacje inaczej niż poprzez obraz. To one są w stanie wykorzystać słuch i dotyk, by niewidomi mogli się dowiedzieć. Służą do tego celu syntezatory mowy, brajlowskie urządzenia, uwypuklone obrazy. Dzięki niebywałemu rozwojowi technologii w drugiej połowie XX wieku i teraz, niewidomi mogą dowiadywać się pewnie o setkach razy więcej rzeczach niż kiedyś. Aby to było możliwe, nie wystarczy jednak by te informatyczne i elektroniczne rozwiązania były tworzone. Trzeba spowodować, by były dostępne w naszych domach, szkołach, zakładach pracy, urzędach itd. Taki cel ma, albo powinien mieć, program Premiera Morawieckiego Dostępność Plus.

Podobnie z osobami niedowidzącymi. Oni również wymagają pomocy ze strony informatyki i elektroniki. Im także pomagają urządzenia mówiące, ale urządzenia brajlowskie są w ich przypadku zastępowane przez optyczne i elektroniczne lupy, które powiększają obraz. Również chodzi o zaktywizowanie innych zmysłów, ale głównie o bardziej efektywne wykorzystywanie resztek wzroku.

W programie Dostępność Plus planuje się dokonanie rewolucji w tej dziedzinie, jednak czy pamięta się o zasadzie, że wszyscy niepełnosprawni są inni i wymagają innych rozwiązań niwelujących ich problemy? Czy tym razem nie powtórzy się błąd popełniony wcześniej, gdy ustawowy zapis o dostępności obiektów użyteczności publicznej, szczególnie w przypadku niepełnosprawnych ruchu, który w żaden sposób nie pomijał innych niepełnosprawnych, na przykład niewidomych czy niesłyszących, jest od lat odczytywany jako wymóg dbałości tylko o tę jedną grupę osób? Czy tym razem decydenci i realizatorzy programu Dostępność Plus wezmą pod uwagę specyfikę rozmaitych niepełnosprawności i tak, jak niepełnosprawni ruchu będą mogli dojechać tam, gdzie chcą, niewidomi dotrą do informacji, które są przecież przygotowane dla wszystkich obywateli? Skoro informatyka i elektronika dają takie możliwości, domagamy się ich zastosowania. Po prostu chcemy wiedzieć wszystko, czego mogą się dowiedzieć inni. Żadne rozwiązania połowiczne nie będą przez nas zaakceptowane. Nie ma mowy, byśmy nie mogli przeczytać jakiejś książki albo artykułu, obejrzeć jakiegoś filmu albo zawodów sportowych, dotrzeć do teatru albo kina, byśmy nie mogli zwiedzać zabytków albo dowiedzieć się o eksponatach w muzeach. Nie ma już na to zgody! Dostępność z prawdziwego zdarzenia musi polegać na doinformowaniu nas, a służą do tego celu informatyka i elektronika.

Zakład o wszystko

Dwóch niewidomych facetów w towarzystwie kilku osób widzących wybrało się na kręgielnię. Jednym z nich byłem ja, a drugim mój przyjaciel Igor, niewidomy, który jeszcze troszkę widzi. Nie mieliśmy ochoty tam iść, bo niby po co, ale inni nas przekonali: „Zobaczycie jak tam jest. Niewykluczone, że spróbujecie i być może traficie w kręgle”. Ja bywałem na kręgielni, on nie. Mnie już udawało się trafiać. Ustąpiliśmy pod naciskiem widzących i poszliśmy. Gdy poczuliśmy atmosferę konkurencji, zabraliśmy się do rzucania. Najpierw podano kulę mnie. Zbadałem otoczenie, zanalizowałem równoległości poszczególnych linii i rzuciłem. Raz czy dwa kula uderzyła o tor, głośno się potoczyła, by na koniec spaść na bok. Potem spróbował on, oczywiście z podobnym rezultatem. Po kilku próbach zaczęło się nam udawać. Przyjaciel robił to po raz pierwszy w życiu, więc pewnie dlatego wpadło mi coś głupiego do głowy. Zaproponowałem zakład:

– Igorze, zagrajmy o najwyższą stawkę.

– Jak to?

– No, taki zakład. Rzucamy trzykrotnie i zliczamy punkty. Jeśli uda ci się rzucić więcej niż mnie, wszystko jest twoje i vice versa.

Zastanawiał się. Sapał i kręcił się w miejscu, aż wreszcie powiedział ruszając wąsami:

– Dobra, gramy.

I zagraliśmy. On rzucał po raz pierwszy, więc spokojnie obserwowałem jego przymiarki. I nagle się rozbudziłem. Pierwszy rzut – 7 kręgli. Drugi – 6, a trzeci znowu 7. Przeraziłem się kompletnie – nigdy tyle nie uzyskałem. Zacząłem myśleć, co mam zrobić? Przegram, nie ma co gadać. Dwudziestu punktów nie uzyskam! Oddam mu wszystko, czy złamię słowo i go oszukam? Zacząłem kalkulować – bieda i honor czy kompromitacja?

Stanąłem przed torem, wziąłem do ręki kulę, jeszcze raz wymacałem wszystko dookoła, znalazłem linie naprowadzające, które miały ułatwić trafienie i rzuciłem: 6! Nie najgorzej, ale to jeszcze nie to. Znowu rzuciłem – 7! Coś podobnego – nigdy tyle nie uzyskałem. Czekał mnie trzeci rzut, decydujący. Ile muszę strącić, by wygrać i wyjść z twarzą? Potrzebuję co najmniej 7, bo przy remisie nie muszę wybierać: oddać wszystko, czy oszukać. Rzuciłem i… 8!

Wygrałem i odtajałem. Nie musiałem nic oddawać, ale co ważniejsze, nie byłem wystawiony na pokusę oszukania przyjaciela. Nigdy przedtem i nigdy potem ani on, ani ja, nie rzuciliśmy tak dobrze. Kto słyszał, by niewidomi mogli tak trafić? Czy to dlatego, że chodziło o ten hardkorowy zakład?

Dostępność na serio

W jakim właściwie świecie żyjemy? Jak go oceniamy? Czy w związku z jego globalizacją i niebywałym materialnym rozwojem, jest dla ludzi lepszy, łatwiejszy niż kiedyś? Które aspekty rozwoju należy brać pod uwagę, by go ocenić możliwie jak najsprawiedliwiej? Pewnie każdy ma inną opinię. Inaczej go ocenią ludzie zdrowi i pełnosprawni, zamożni, ludzie sukcesu, optymiści, którym nigdy nie brakuje niczego, a inaczej chorzy, słabi, ludzie, którym los nie sprzyja, nie mający przed sobą żadnych perspektyw, skazani na margines i życie w lokalnej społeczności nie mającej szans na wydobycie się z biedy. Wszystkie opinie mają jednak pewien wspólny mianownik. Chyba wszyscy tak samo negatywnie oceniamy brak pieniędzy, umiejętności, pracy, przyjaźni i empatii, poczucia bezpieczeństwa. Rozwój technologiczny w niewielkim stopniu wpływa na ocenę tych aspektów. Tak samo wszyscy jesteśmy zadowoleni, gdy mamy środki do życia, jesteśmy otoczeni dobrą rodziną i gronem przyjaciół, mamy stabilne miejsce w swojej społeczności i realizujemy swoje cele. Jak w tych sprawach spisuje się współczesny świat?

Niepełnosprawni mają prawo oceniać to w sposób specyficzny. Z jakiego powodu? Wiodą odmienne od reszty świata życie. O ile rozmaite problemy są dla ludzi sprawnych marginalne, dla nas stają się drastycznymi wyzwaniami. Podobnie z wszelkimi pozytywami. O ile dla ludzi zdrowych potrafią mało znaczyć, dla nas są decydujące w kwestii oceny jak nam jest. Dobrym przykładem znaczącej różnicy w ocenianiu tego samego jest dostępność. Osoby pełnosprawne radzą sobie w różnych sytuacjach – pokonują różne bariery z łatwością. Często nawet ich nie zauważają. Tymczasem te same są dla niepełnosprawnych przeszkodą nie do pokonania. Trudno się więc dziwić, gdy coś jest oceniane przez jednych jako dobre, a nawet w ogóle umyka uwadze, a dla drugich jest drastycznym utrudnieniem, powodującym izolację i wycofanie.

Czy zasadne jest ocenianie współczesnego świata poprzez jego dostępność? Moim zdaniem tak. To bardzo ważne. Kiedyś można było o tym nie myśleć. Po prostu nic nie było dostępne we współczesnym rozumieniu tego pojęcia. Jednocześnie to samo było dostępne w rozumieniu ludzi sprzed lat. Niewidomy poruszający się po przestrzeniach dawnych miast i wsi, macający ściany domów rękami, a podłoże stopami, zapewne nikogo nie dziwił. Jak to? Chodzi o zachowanie, które wtedy uchodziło za normalne – „niewidomy musi to robić, więc robi”. A teraz? Jak można narazić kogoś na tego rodzaju sytuacje? To wprost nie do pomyślenia. Dzisiaj osoby niepełnosprawne żyjące w społeczeństwach informacyjnych albo postinformacyjnych, nie zgadzają się na takie warunki. Stopniowo na coraz większym obszarze świata kształtują się kompleksowe kryteria określające nasze prawa. W zasadzie wszystko ma być dostępne, przy czym należy zdawać sobie sprawę z faktu, że słowa „wszystko”, a także „dostępne” mogą być interpretowane na wiele sposobów. Jak ja je rozumiem? Sądzę, że jak najbardziej wymagająco. Nie wyobrażam sobie, by ktokolwiek mógł wymagać jeszcze więcej. Zastanówmy się nad tymi pojęciami i konsekwencjami z nimi związanymi.

Co znaczy „dostępny”? Według PWN:

dostępny to taki, do którego można dojść bez przeszkód i na który można wejść stosunkowo łatwo,

nietrudny do zdobycia,

łatwy do przyswojenia,

taki, z którym można nawiązać kontakt.

Według Wikipedii dostępność to szerokie pojęcie używane do opisania stopnia, w jakim dany system może być używany przez możliwie dużą grupę ludzi. W przeciwieństwie do użyteczności jako „łatwości użycia” czy ergonomii użytkowania, dostępność oznacza „możliwość skorzystania” z funkcji lub właściwości danego systemu.

Co zatem ma być dostępne? Na pewno wszystko w ramach prywatnej przestrzeni, a więc w domu lub mieszkaniu i w ich najbliższym otoczeniu. Chodzi o przestrzeń, do której mamy prawo własności. W tych ramach musimy mieć nieskrępowany dostęp do każdego miejsca należącego do tej przestrzeni oraz wszystkich przedmiotów, które tam się znajdują. Mogą to być zarówno nieruchomości, jak i ruchomości, wszelkie wybudowane obiekty, elementy przyrody, umeblowanie i urządzenia techniczne. Dostępne powinny być także wszelkie inne obiekty. Nie chodzi jedynie o ich publiczny charakter, gdyż powinno to dotyczyć także obiektów prywatnych, do których chociażby czasem może musieć trafić osoba niepełnosprawna. Dobrym na to przykładem są prywatne gabinety dentystyczne, albo prywatne muzea, które w kwestii wymagań, o których mowa, niczym się nie różnią od innych gabinetów i muzeów. Dostępny musi być na przykład transport publiczny i infrastruktura, która mu służy, wszelkie informacje, które są przeznaczone dla wszystkich obywateli, a nie jedynie wybranych i tak dalej. Co najważniejsze – dostępni muszą być ludzie i systemy, które tworzą.

Jak to osiągnąć? Wystarczy, by społeczeństwa były w pełni solidarne. Nie ma praw człowieka, gdy ludziom i całym społeczeństwom brakuje solidarności. To ona wymusza zrozumienie potrzeb innych. Tylko to daje szanse na zrealizowanie słusznych postulatów. Według PWN solidarność to:

poczucie wspólnoty i współodpowiedzialności wynikające ze zgodności poglądów oraz dążeń,

odpowiedzialność zbiorowa i indywidualna określonej grupy osób za całość wspólnego zobowiązania.

A według Wikipedii: wspólnota działania, podyktowana wspólnotą interesów.

Nie ma mowy o udostępnianiu otoczenia bez społecznej i ogólnoświatowej solidarności. Aby jedni poświęcili swój czas i pieniądze dla drugich, niezbędne jest wychowanie ich w duchu solidarności. Kiedy to się udaje? Gdy ludzie są dobrze wychowani i uczeni empatii od urodzenia. Wedle PWN empatia to:

umiejętność wczuwania się w stan wewnętrzny drugiej osoby,

przypisywanie komuś własnych odczuć w danej sytuacji.

A według Wikipedii: zdolność odczuwania stanów psychicznych innych ludzi. Z kolei empatia emocjonalna to umiejętność przyjęcia ich sposobu myślenia, spojrzenia na rzeczywistość z ich perspektywy.

Zadaniem Fundacji Szansa dla Niewidomych i wszystkich innych instytucji publicznych i prywatnych jest promocja empatii prowadzącej do społecznej solidarności, której efektem docelowym będzie upowszechnienie dostępności dla osób chorych, słabszych, niepełnosprawnych. Musi to dotyczyć wszystkiego, co jest dostępne dla mocnych i zdrowych. Tylko wtedy tworzy się prawidłowo działająca wspólnota, która według PWN jest typem grupy (zbiorowości) społecznej o silnej więzi wewnętrznej, której podstawą są nie tyle świadomie wytknięte cele, ile czynniki emocjonalne, mające źródło w tradycji, obyczaju, wartościach, poczuciu obowiązku wobec grupy itp.

Aby móc w społeczeństwach o różnym poziomie rozwoju tworzyć tego rodzaju wspólnoty, niezbędna jest otwartość. Według PWN otwarty to m.in.:

skierowany do wszystkich, przeznaczony dla wszystkich lub taki, w którym każdy może wziąć udział, albo:

taki, który jest gotów na przyjęcie nowych idei lub propozycji; też: o poglądach i postawie takiej osoby,

taki, który nie ukrywa swoich myśli i uczuć.

Czytamy również, że człowiek otwarty to taki, który jest dostępny dla innych. I słusznie. Aby właściwe postawy stały się w danej społeczności powszechne, niezbędna jest przychylność większości obywateli dla innych. Według PWN przychylność to:

życzliwie usposobiony do kogoś; też: będący wyrazem takiej postawy,

zgodny z życzeniami, będący po czyjejś myśli.

Wielki Słownik Języka Polskiego wyjaśnia, że przychylność to cecha kogoś, kto jest przyjaźnie nastawiony do innych i chce czyjegoś dobra.

W społeczeństwach dobrze ukształtowanych i zorganizowanych, odpowiedzialnych, solidarnych i empatycznych, dba się o dostępność wszystkiego co możliwe i dla wszystkich, dla których ma to zbawienne znaczenie. Niestety, na aktualnym etapie rozwoju niemal nic nie jest dostępne na miarę oczekiwań osób niepełnosprawnych ze względu na wzrok. Wiele obiektów oraz ogromna część wytwarzanych informacji nie dociera do nas. Na szczęście coraz więcej ludzi popiera proces udostępniania, dzięki czemu widać optymistyczne światełko w tunelu. Nowe obiekty i systemy informacyjne są coraz częściej projektowane uniwersalnie i w znacznej części są dostępne. Inne, starsze obiekty czy systemy wymagają adaptacji, która według PWN jest dostosowaniem do potrzeb nowych odbiorców lub nowych środków rozpowszechniania.

Według Wikipedii adaptacja to dostosowanie zachowania do wymogów sytuacji i środowiska. Z kolei systemy czy rozwiązania adaptacyjne to załatwienie czegoś, poradzenie sobie z czymś oraz wynik, rezultat jakiegoś działania, konsekwencja i wynik poszukiwań, zaprojektowanie lub zrealizowanie planów architektonicznych czy artystycznych.

W świecie prawdziwie dostępnym dla niewidomych i słabowidzących, każdy obiekt i jego otoczenie są tak zaprojektowane, wybudowane i zorganizowane, że można do nich samodzielnie trafić i po nich się poruszać, korzystać z nich bez konieczności dobrego widzenia. Gdy sprawdzimy obiekty używane dzisiaj, niemal żaden nie spełnia tego kryterium. Fundacja stworzyła standard TyfloArea, który przedstawia stosowne wymagania, które mimo, że nie są bezkompromisowe, dla gospodarzy różnorodnych obiektów są zbyt trudne do spełnienia. I tak mamy w przestrzeni publicznej urzędy z: wejściami, do których nie prowadzą ścieżki naprowadzające, systemami informacyjnymi nie wyposażonymi w rozwiązania udźwiękawiające, urzędy, w których niewidomi nie wiedzą gdzie są windy, schody, toalety, poszczególne działy itd. Podobnie inne obiekty. A chodzi jedynie o dostęp do informacji. Jak to? Aby niewidomi i słabowidzący mogli korzystać z obiektów użyteczności publicznej, nie trzeba niczego przebudowywać, co ogranicza środki niezbędne na dostosowania. Wystarczy wykorzystać systemy audio i urządzenia brajlowskie w przypadku niewidomych oraz rozwiązania powiększające obraz (magnigraficzne), by zniknęły wszelkie problemy z dostępnością. Gdy się nie widzi gdzie jest wejście, wystarczy go udźwiękowić i ułatwić trafienie do niego poprzez zamontowanie wypukłej ścieżki naprowadzającej. Podobnie w przypadku innych ważnych dla petentów miejsc. Na drzwiach pokojów znajdują się przecież czarnodrukowe tabliczki, które informują widzących co to jest. Zapomniano o niewidzących, a przecież wystarczy zamontować tam tabliczki z tekstem brajlowskim. I tak dalej. Mimo, że prawo uzyskiwania informacji przysługuje każdemu jako jedno z podstawowych praw człowieka, zapomina się o nas. No to trzeba to jak najszybciej zmienić. Przecież Konstytucja RP posiada konkretne regulacje dotyczące uzyskiwania informacji publicznej, służące realizacji przez obywateli najważniejszej zasady konstytucjonalizmu demokratycznego – suwerenności narodu. Wikipedia poucza, że prawa obywatelskie to konstytucyjnie zagwarantowane prawa obywatela danego państwa, których celem jest ochrona jego interesów. Co mamy sądzić o tych wspaniałych zapisach, gdy w tym samym czasie tak wiele rzeczy umyka uwadze społeczeństwa i władz? Gdzie jest nasza solidarność, empatia, zrozumienie, przychylność oraz związana z nimi mądrość i przemyślność? Może ogłoszony niedawno przez Premiera Morawieckiego program „Dostępność Plus” zmieni naszą rzeczywistość aż tak bardzo, że odważymy się wyjść z domu by realizować nasze plany. Poczekamy, zobaczymy!

Helpowe refleksje

Wreszcie wiosna, owszem, niespecjalnie ciepła, ale aura z dnia na dzień staje się jednak coraz mniej zimowa. Myśląc o wydawaniu Helpa w bieżącym roku zaplanowaliśmy, by numer kwietniowy to zauważał. Cieplej, milej, widniej i weselej! Wyjdźmy więc z domu i zobaczmy jak jest dookoła. Pooddychajmy świeżym powietrzem i rozruszajmy rozleniwione mięśnie. Przy pozytywnym nastawieniu postarajmy się nie zauważać rosnącego w naszych miastach i wioskach hałasu, zanieczyszczeń różnego rodzaju, wzmożonego ruchu ulicznego, który nie jest naszym sprzymierzeńcem. Po prostu cieszmy się światem, do którego należymy i zabierzmy się do wiosennych porządków.

Gdy wyjdziemy na zewnątrz, sprawdzimy przy okazji czy dookoła coś się zmieniło? Czy obiekty użyteczności publicznej razem z ich otoczeniem stały się bardziej Dostępne dla osób niewidomych i słabowidzących niż miało to miejsce w tamtym roku? Sklepy, centra handlowe, restauracje, kawiarnie, urzędy, zabytki, przystanki, dworce? Jak je oceniamy? Na gruncie wiosennego nastroju przemieszczamy się z miejsca do miejsca i coraz bardziej się cieszymy, czy raczej powolutku tracimy humor, gdy nic, albo niewiele się poprawiło?

Nasza Fundacja spisała się na medal. Wyszliśmy z domu razem z naszymi beneficjentami i sprawdziliśmy empatię innych. Przeprowadziliśmy interesujące badanie sondażowe dotyczące dostosowania przestrzeni publicznej do potrzeb naszego środowiska. Szczegółowe wyniki tej ankiety przedstawimy w kolejnym numerze Helpa, a w niniejszym zamieszczamy na tylnej okładce jedynie skrótowe ich podsumowanie. Przyznają Państwo, że wypytanie niemal tysiąca osób, jak oceniają dostosowanie otoczenia oraz jakie zgłaszają uwagi i postulaty, to „dobra robota”. Niezależnie od tego, jak jest, nie tracimy przecież dobrego nastroju i klimatu sprzyjającego staraniom o poprawę sytuacji, lecz przeciwnie – korzystając z lepszej pogody uczymy się pokonywania barier i cieszymy się za każdym razem, gdy któraś z nich znikła.

Dostępność otoczenia jest głównym tematem tego Helpa. Zaplanowaliśmy tak dosyć dawno, mniej więcej pół roku temu, a wtedy jeszcze nie wiedzieliśmy, że premier Morawiecki ogłosi plan „Dostępność Plus”, który zakłada wydatkowanie poważnych funduszy na ten cel. Sprawdzając otoczenie zastanawiamy się, które z zauważanych na co dzień utrudnień uda się zlikwidować: rząd słupów, które stoją na środku chodnika, jakby nie mogły stać na jego brzegu, nieudane wyrównanie innego chodnika z nawierzchnią ulicy, przez co nie mamy pojęcia, czy jesteśmy bezpieczni, a może ścieżkę rowerową, która podoba się cyklistom, ale nam po prostu zagraża, gdy nie wiemy, gdzie ona jest? Zastanawiamy się też, które udogodnienia wreszcie pojawią się tam, gdzie musimy chodzić: może zostanie zamontowana ścieżka naprowadzająca, dzięki której będziemy wiedzieli, gdzie należy skręcić w stronę przystanku autobusowego, może ktoś zainstaluje dźwiękowy informator, który poinformuje, gdzie jest główne wejście do muzeum, a może zorganizuje wydawanie numerków w urzędzie w taki sposób, by mogli posługiwać się nimi niewidomi, albo posłowie zechcą wprowadzić do ustaw zapisy prawne gwarantujące niewidomym i słabowidzącym dostęp do wszelkich informacji, które są dostępne dla innych obywateli: menu w restauracjach, plany terenu wokół często uczęszczanych miejsc, informacje drukowane dla pełnosprawnych gości w hotelach itd.

Skoro władze planują wydatkowanie poważnych funduszy na ułatwienie życia osobom niepełnosprawnym, możemy przechadzać się po mieście z nadzieją w sercach – idzie dobra zmiana i niedługo będziemy mogli żyć zupełnie inaczej. Zaraz jednak zatrzymujemy się w miejscu, gdy nie wiemy, czy mamy skręcać w lewo już teraz, czy raczej za jakieś 20 metrów i dobry nastrój gdzieś się rozmywa. Stoimy i zastanawiamy się – nie ma żadnych oznaczeń, nikt nie idzie obok, nie mamy kogo zapytać, więc co robić? Stoimy dłuższą chwilę, a gdy nie widzimy rozwiązania, ruszamy. Skręcamy w lewo, by się przekonać, czy dobrze robimy. Uf, niedobrze! Po paru metrach dochodzimy do krzewów, co znaczy, że nie tędy droga. Wracamy do miejsca, w którym podjęliśmy niewłaściwą decyzję. No tak, ale gdzie jest to miejsce? Przecież nic nas do niego nie prowadzi! Jakoś go odnajdujemy i brniemy do przodu. Przesuwamy się o wspomniane 20 metrów i faktycznie – tutaj należy skręcić. Teraz jesteśmy pewni siebie, tyle że – czy to fajnie mieć takie kłopoty? Dlaczego nikt o nas nie pomyślał wcześniej i nadal myśli zbyt rzadko? Czy nie było nas widać, znaczy niewidomych? Czy gdzie indziej pomyślano o naszych? Gdzie? W Polsce, w innych krajach? Co to za fatum, gdy przy tak rozwiniętej technologii i stosunkowo niewielkich kwotach niezbędnych do naprawy sytuacji, unika się decydowania o pomocy skierowanej do naszego środowiska? Co „siedzi” w głowach ludzi widzących, że za każdym razem nie chcą zrozumieć obywateli, którzy nie widzą lub widzą za mało?

Docieramy do celu i czujemy się zmęczeni. Kto by się nie czuł na naszym miejscu! Nie ma co udawać bohaterów. Otoczenie jest dosyć straszne. 20 czy 30 lat temu nie były dostępne współczesne rozwiązania techniczne, ale nie było też takich utrudnień. Był znacząco mniejszy ruch samochodowy, mniejszy tłok na mieście, sklepy łatwiejsze dla nas, a obiekty użyteczności publicznej, mniej nowoczesne, były bardziej dostępne niż teraz. Musimy więc nieco odsapnąć i wpada nam do głowy niepokojąca myśl – czy w programie „Dostępność Plus” władze rzeczywiście pomyślą, co może nam pomóc? Gdy obserwujemy społeczeństwo i jego zachowania, nie jesteśmy optymistami. Zazwyczaj brakuje dobrej woli, co wiąże się z unikaniem wydatków dedykowanych rozwiązywaniu naszych problemów. Zaraz się okaże, że wszyscy mają ważniejsze sprawy. Dlaczego tak jest? Innych są miliony, a nas tylko tysiące!!!

Garść przepisów, których nie da się nie lubić

Gdy potrafimy kucharzyć z zamkniętymi oczami, ugotujmy coś, by móc wygodnie usiąść w miejscu, które najbardziej lubimy i zjeść coś dobrego, ba – najlepszego. Oto kilka przepisów, które polecamy.

Sprawdziliśmy je i możemy z pełną odpowiedzialnością polecić. Gdybyście jako nasi Czytelnicy mieli uwagi, komentarze, pochwały lub słowa krytyki na ich temat, serdecznie zapraszamy: help@szansadlaniewidomych.org

Autorom najciekawszych wiadomości zafundujemy obiad! Jaki? Najlepszy z możliwych, bo dokładnie taki, jaki sami uwielbiają.

Zupa, o której mało kto wie – pazibroda

Obrać ziemniaki i pokroić w grubszą kostkę. Wrzucić je do osolonego wrzątku.

Po 10–15 minutach dodać marchewkę startą na grubej tarce i pietruszkę w całości; doprawić liściem laurowym i zielem angielskim.

Kiedy ziemniaki są miękkie, dodać przesiekaną kapustę kiszoną, następnie posolić, popieprzyć; gotować 15 minut.

Pokrojoną w drobną kostkę cebulę usmażyć na roztopionym smalcu aż stanie się rumiana, pod koniec smażenia podprawić mąką pszenną.

Kiedy kapusta jest ugotowana, należy dodać rumianą cebulę ze smalcem i mąką.

Zupę podaje się z chlebem.

A teraz drugie danie – gołąbki kucharza amatora

0,5 kg mielonego mięsa wieprzowego, np. łopatki, 0,5 kg mielonej piersi indyka, duża główka kapusty (około 2 kg), 2 duże cebule, 2 łyżki smalcu, 2 kostki rosołowe do smaku, 1 puszka koncentratu pomidorowego, sól, pieprz, ewentualnie inne przyprawy i ulubione dodatki

Do dużego garnka, mogącego zmieścić główkę kapusty, wlewamy wodę, troszkę ją solimy i zagotowujemy.

Z kapusty odrywamy i wyrzucamy pierwsze, nieładne liście. Płuczemy całą główkę kapusty.

Wycinamy z niej głąb: ustawiamy główkę głąbem do góry i wrzynamy nóż niemal pionowo w dół, obok obrysu głąba.

Poruszając nóż pionowymi ruchami odcinamy go dookoła. Głąb ma zazwyczaj około 10 cm długości i 3 cm średnicy na zewnątrz. We wnętrzu główki jest cieńszy, toteż wprawiony kucharz nie ustawia noża całkowicie pionowo, lecz pod pewnym kątem, wynikającym z doświadczenia.

Do gotującej się wody wkładamy główkę kapusty. Gotujemy do miękkości. Nie może jednak być zbyt miękka i rozlatująca się.

Obieramy i myjemy cebule. Na drewnianej desce siekamy je na drobną kostkę.

Na patelni rozgrzewamy 2 łyżki smacznego smalcu i przysmażamy cebulę.

W głębokim talerzu łączymy ze sobą dwa zmielone mięsa, dokładnie mieszamy i przyprawiamy solą, pieprzem, dodajemy przesmażoną cebulę. Można próbować dodać kolejne przyprawy, zależnie od upodobań. Można też dodać kolejne dodatki: ryż, suszone śliwki pokrojone na drobno, rodzynki itd.

Wyjmujemy z garnka kapustę, kładziemy ją na głębokim talerzu, odczekujemy, by nieco się ochłodziła i obieramy kolejne liście z wierzchu. Wylewamy z garnka już bezużyteczną wodę.

Na dno pustego garnka układamy liście, które nie nadają się do zawijania gołąbków, bo są za małe lub zbyt uszkodzone.

Wybieramy najładniejsze i największe liście, kładziemy płasko na desce i ścinamy z nich zgrubienie na tzw. nerwie. Wykonujemy nożem poziome ruchy, by ściąć jedynie zgrubienie i nie uszkodzić samego liścia.

Nakładamy farsz mięsny na kolejne liście (po około 5-7 dag) i formujemy gołąbki. Składamy boki liścia do wewnątrz i formujemy eliptyczne bryłki.

Gołąbki układamy w garnku tak, aby przylegały do siebie. Układamy je warstwowo.

Przygotowujemy kolejną wodę. Gotujemy ją wkładając do niej dwie kostki rosołowe.

Zalewamy poukładane gołąbki przygotowanym rosołem tak, aby wszystkie były zanurzone w płynie. W razie potrzeby dolewamy wody. Gotujemy je 30-40 minut, na małym ogniu.

Na kilka minut przed wyłączeniem wkładamy do garnka zawartość puszki koncentratu pomidorowego. Sprawdzamy smak i w razie potrzeby dosalamy. Delikatnie mieszamy, by nie uszkodzić liści kapusty.

Podajemy gołąbki ze środka garnka, gdyż są najlepsze. Pozostałe mogą być nawet lepsze na drugi dzień, po odgrzaniu.

Czy znacie mazowiecki kartoflak?

2 kg ziemniaków, 40 dag kiełbasy i wędzonki, 3 dag smalcu, 2 cebule, 3 łyżki mąki, 2 jajka, 100 g śmietany (18%), pieprz, sól, tłuszcz do smarowania formy

Ziemniaki i cebulę obrać, umyć, zetrzeć na tarce o drobnych otworach – jeżeli jest zbyt dużo soku, należy trochę odlać.

Kiełbasę i wędzonkę pokroić w drobną kostkę i usmażyć na rozgrzanym smalcu.

Ziemniaki, cebulę, mąkę, jajka i usmażoną kiełbasę z wędzonką dokładnie razem wymieszać, doprawić solą i pieprzem.

Formę do pieczenia wysmarować tłuszczem, włożyć masę ziemniaczaną. Piec około 75-80 minut w piekarniku rozgrzanym do temperatury 180 st. C.

Babkę ziemniaczaną podawać gorącą, pokrojoną w grube plastry z pikantnymi sosami i dowolną surówką.

Nie ma jak porządny polski drób – Gęś z kaszą gryczaną

Gęś wagi do 4 kg, sól, pieprz, łyżka majeranku, marchew, 2 ząbki czosnku, sok z połowy cytryny

Farsz: 3 woreczki kaszy gryczanej, czyli 30 dag, spora garść suszonych grzybów, kostka rosołu warzywnego, sól, pieprz, jajko

W przeddzień gęś umyć, oczyścić, posypać solą i pieprzem zarówno z wierzchu, jak i w środku. Pokropić sokiem cytrynowym, posypać majerankiem i obłożyć pokrojoną w plasterki marchwią oraz także pokrojonym czosnkiem. Najlepiej marynować gęś w dużym naczyniu, np. w brytfannie do pieczenia, z pokrywką.

Gęś pod przykryciem wstawić do lodówki.

Następnego dnia godzinę moczyć grzyby w garnuszku z ciepłą wodą, po tym czasie dodać kostkę rosołu warzywnego i gotować grzyby do miękkości, ostudzić, posiekać.

Ugotować kaszę, osączyć, wymieszać z grzybami i wywarem od ich gotowania. Do wystudzonej kaszy dodać także surowe jajko, przyprawić do smaku pieprzem i – jeśli to potrzebne – solą.

Gęś napełnić farszem, spiąć wykałaczkami otwór po szyi i brzuszek.

Nagrzać piekarnik do 200 st. C i wstawić gęś bez przykrycia. Kiedy się leciutko zrumieni, przykryć brytfannę i piec przynajmniej 2-3 godziny, badając miękkość patyczkiem.

Wytapiający się tłuszcz przelewać do garnuszka. Można z niego przygotować smarowidło do chleba, co jest przysmakiem wielu osób. Pozostawić tylko minimalną jego ilość w brytfannie. Można dolać nieco wody, aby sos spod pieczystego stał się lżejszy.

Zupełnie miękką gęś zrumienić, zdejmując przykrywkę. Na chwilę po wystawieniu z piekarnika pozostawić, aby odrobinę wystygła, pokroić i podawać.

Tak przyrządzona gęś nie wymaga już innego dodatku: wystarczy smakowity farsz z kaszy.

Jako doskonałe tradycyjne dopełnienie – surówka z czerwonej kapusty lub kapusta czerwona na gorąco, ugotowana z dodatkiem borówki do mięsa.

Co się jada od wieków na Mazowszu – babka ziemniaczana z mielonym mięsem

1 kg ziemniaków, 4 jaja, łyżka oleju lub oliwy, łyżka masła, 3 dymki lub jedna duża cebula, sól, pieprz

Na farsz mięsny: 30 dag mielonego mięsa wieprzowego, czerstwa kajzerka, jajko, 2-3 łyżki śmietany, sól, pieprz

Do posmarowania formy: łyżka masła

Do wysypania formy: 2 łyżki tartej bułki

Ziemniaki obrać, pokroić na równe części, zalać wrzątkiem i ugotować, odcedzić, ostudzić, przepuścić przez praskę do ziemniaków lub zemleć w maszynce.

Posiekane dymki lub cebule podsmażyć na łyżce masła z olejem lub oliwą.

Ziemniaki wymieszać z żółtkami, solą i pieprzem oraz podsmażoną cebulą. Ubić sztywną pianę z białek, wymieszać z masą ziemniaczaną.

Czerstwą kajzerkę namoczyć w wodzie, odcisnąć i rozdrobnić, po czym dodać wraz z jajkiem, solą, pieprzem i śmietaną do mielonego mięsa i dokładnie wyrobić masę.

W posmarowanym masłem i wysypanym tartą bułką naczyniu do zapiekania ułożyć warstwę ziemniaków, na nich warstwę mięsa i na nim resztę ziemniaków. Wygładzić wierzch.

Rozgrzać piekarnik do temperatury 180 st. C. Piec potrawę 40-50 minut, do momentu, kiedy wierzch się zrumieni.

Schabowe nie muszą zawsze być jednakowe – teraz będą z jabłkami

4 centymetrowej grubości kotlety schabowe bez kości, 2 winne jabłka, 2 cebule, 2 łyżki mąki, sól, pieprz, 3 łyżki oleju do smażenia, łyżeczka majeranku, spora szczypta melisy, łyżeczka cukru

Kotlety rozbić lekko tłuczkiem do mięsa, posolić, posypać pieprzem i mąką.

Cebulę obrać i pokroić w cienkie plastry, podsmażyć na rozgrzanym oleju, po czym zdjąć z patelni.

Na pozostałym na patelni oleju usmażyć kotlety z obu stron na rumiano. Na każdym ułożyć porcję cebuli.

Obrać jabłka, przekroić na połówki, wykroić gniazda nasienne.

Na każdym kotlecie położyć połówkę jabłka przekrojem do dołu, okrywając w ten sposób cebulę. Posypać jabłko cukrem, majerankiem i melisą.

Podlać kotlety 3-4 łyżkami wody, zakryć patelnię przykrywką i dusić potrawę 8 minut.

Pasztet urozmaicony – ze śliwkami

80 dag wieprzowiny, 30 dag podgardla wieprzowego lub tłustego boczku, 50 dag cielęciny lub młodej wołowiny, 50 dag piersi z kurczaka, 40 dag wątróbki, 4-5 jajek, 10 suszonych grzybków, najlepiej prawdziwków, 20 dag suszonych śliwek, 3 czerstwe bułki, sól, pieprz, gałka muszkatołowa, imbir, kilka liści laurowych, estragon, bazylia, 2–3 cebule, 3 marchwie, 3 pietruszki, 10 dag słoniny

Suszone grzyby moczymy w niewielkiej ilości wody. Podobnie suszone śliwki w drugim naczyniu.

Mięso dzielimy na nie za duże porcje i obsmażamy, a następnie wkładamy do garnka. Dodajemy pokrojoną cebulę, warzywa, grzyby, liście laurowe i zalewamy wodą tak, aby mięso było zaledwie przykryte. Gotujemy na małym ogniu około 2 godzin.

Gdy mięso jest miękkie, wkładamy do garnka obraną z błon i pokrojoną w plastry wątróbkę i chwilę dusimy.

Zestawiamy garnek z ognia, do wywaru wkładamy bułki i pozostawiamy niemal do wystudzenia.

Mięso, bułki, warzywa i grzyby mielimy 2 razy w maszynce z drobnym sitkiem.

Do masy dodajemy stopniowo przyprawy i dokładnie mieszamy, by wyrównać wszędzie smak. Dodajemy jajka i ponownie mieszamy.

Zmiękczone śliwki kroimy na mniejsze kawałki i wsypujemy do mięsa, znowu mieszamy.

Formy do pieczenia pasztetu wykładamy pergaminem zabezpieczającym przed spaleniem, na dnie układamy ozdobnie pokrojone plastry słoniny, wkładamy masę mięsną i ugniatamy ją łyżką.

Pasztet w formach wkładamy do piekarnika nagrzanego do 160 st. C i pieczemy około 45 minut. Gdy boki zaczynają się rumienić, pasztet jest gotowy.

A teraz urozmaicona pieczeń

1,5 kg mielonej wieprzowiny, mała szklanka grubo posiekanego ogórka konserwowego, mała szklanka posiekanych suszonych śliwek, 2 łyżeczki sosu sojowego, sól, pieprz, trochę ostrej papryki, 2 jajka

Sos: 2 posiekane cebule, łyżka mąki, 2 łyżki smalcu lub masła,1 szklanka wody, 1 łyżka octu (6%), 6 łyżek pasty pomidorowej, 1 łyżeczka cukru, 3 roztarte ząbki czosnku, 2 listki laurowe

W małym rondlu topimy smalec, dodajemy cebulę, smażymy na średnim ogniu przez 2 minuty, kilkakrotnie mieszając.

Cebulę posypujemy mąką, smażymy przez minutę mieszając.

Mieszamy pozostałe składniki sosu i powoli wlewamy do zasmażki, stale mieszając.

Mięso mieszamy z ogórkiem, śliwkami, sosem sojowym, solą, pieprzem i papryką oraz jajkami. Wyrabiamy ręką i wkładamy do wysmarowanej tłuszczem brytfanny.

Pieczeń wstawiamy do nagrzanego do 200 stopni C piekarnika, pieczemy 15 minut, wyjmujemy, smarujemy sosem, zmniejszamy temperaturę w piekarniku i wstawiamy pieczeń ponownie do piekarnika. Pieczemy 45–60 minut.

Trzecie oko wystarczy, by smacznie gotować

Pogotujmy razem! Wiem, że gdy się nie widzi, jest ciężko. Ale czy to musi powodować, że zamykamy się w swoim pokoju i unikamy świata? Nie, nie musi. Jednym z fajniejszych sposobów na bycie razem z innymi jest wspólne kucharzenie, albo samodzielne kucharzenie, po którym wspólnie się je. Nie wiem, czy są bardziej jednoczące ludzi czynności niż gotowanie i konsumowanie smacznych dań. Co mam na myśli? Bycie razem z ludźmi, którzy nie muszą należeć do naszych najbliższych, a jednak, chociaż na moment, są razem z nami. Z najbliższymi możemy nawiązać mocniejsze relacje i przeżywać inne emocje, z ludźmi, których spotykamy tylko czasem, wiele z nich nie jest możliwe. Tymczasem gotowanie i wspólne spożywanie potraw nie jest niczym ograniczone i może cieszyć wszystkich.

No więc szkoda by było polec i darować sobie tę przyjemność. Przeciwnie, należy korzystać z każdej możliwości, by żyć jak inni. Mimo braku wzroku możemy wykonywać czynności, o których tak jeszcze niedawno nawet nie myślano. To nowoczesna rehabilitacja otworzyła dla nas świat. Nie musimy się wstydzić, że zamiast patrzeć – macamy, zamiast czytać zwykłe książki i gazety – słuchamy ich przez słuchawki. Zamiast wyjść z domu i kroczyć śmiało do przodu, rozglądając się milutko na lewo i prawo, musimy trzymać w ręku białą laskę, wymacywać przeszkody i liczyć na to, że satelitarna nawigacja nas nie zawiedzie. Mimo to możemy trzymać głowę do góry, wyglądać atrakcyjnie i uśmiechać się, gdy omijamy słup, na który niemal wpadliśmy.

Już wiemy, że mamy trzecie oko, dzięki któremu jakoś tam widzimy. Jak? Oczywiście, że inaczej, ale widzimy. O co chodzi? O wykształcenie wyobraźni, dzięki której wszystko, co słyszymy i czujemy, zamienia się na wyobraźnię. Lepszy lub gorszy obraz tworzy się w naszej głowie i umożliwia nam wykorzystywanie rozmaitych zdolności. Otwórzmy więc to trzecie oko w kuchni i coś ugotujmy. Gdyby miał to być pierwszy raz, może warto skorzystać z naszych porad.

Na początek ugotujmy ziemniaki. To takie polskie warzywo. Przybyło do nas dosyć niedawno, ale zdążyło się zadomowić na dobre w XIX wieku. Teraz jemy je niemal codziennie. Ziemniaki należy opłukać i włożyć do jakiegoś pojemnika. Bierzemy do ręki nóż do obierania kartofli i garnek, w którym mają być ugotowane. Można je wkładać po obraniu do zlewozmywaka, by je umyć, albo najpierw do tego pojemnika, by potem umyć wszystkie naraz. Czyste włożymy do przygotowanego garnka. Obierki należy wyrzucić do kosza na śmieci. Ja lubię obierać ziemniaki nad nim, by obierki od razu tam spadały. Można jednak to robić nad innym naczyniem, a potem wysypać je do śmieci. Można korzystać ze specjalnego nożyka do obierania, albo zwykłego noża, zależnie od tego, do czego się już przyzwyczailiśmy lub przyzwyczaimy się po opisanych tu próbach.

Chodzi o to, by ściąć z powierzchni ziemniaków cienką skórkę, na przykład o grubości jednego czy dwóch milimetrów. Jak to zrobić? Należy ustawić nożyk tak, by ostrze ułożyło się niemal równolegle do powierzchni ziemniaka. Dokładniej, chodzi o zgodność ze styczną do mniej więcej okrągłej powierzchni kartofla. Ma ono opierać się ostrą stroną na kartoflu, a jego brzeg ma się wcinać stabilnie pod powierzchnię skórki. Kciuk kontroluje ten ruch, dociskając ostrze w taki sposób, by miało ono stałe ustawienie względem ziemniaka. Inne palce i cała dłoń popychają nóż wzdłuż powierzchni kartofla. Jak wykonywać tę czynność i pilnować grubość obierek? Należy mocno trzymać nożyk pomiędzy kciukiem a resztą palców i czubkiem kciuka dotykać nie tylko ostrza, ale także ziemniaka. Należy wykorzystywać sprężystość mięśni kciuka i dłoni, by nożyk przesuwał się do przodu milimetr czy dwa w głąb ziemniaka. Gdy wejdzie nieco głębiej, nie trzeba panikować, lecz wycofać ostrze i skorygować kąt natarcia. Podobnie, gdy nożyk się omsknie i wyskoczy na zewnątrz. W miejscu, gdzie to się zdarzy, zaczynamy obieranie od nowa. Obierzemy jeden krąg skórki, a potem kolejne, równoległe do pierwszego, przenosząc ostrze noża na jeszcze nieobraną skórkę. Na koniec sprawdzimy opuszkiem palca, gdzie została skórka lub jakieś „czarne” miejsca. Skosimy je kolejnymi ruchami nożyka i zabierzemy się za następnego ziemniaka.

Podobnie obiera się jabłka i gruszki. Tak samo prowadzi się ostrze równo pod powierzchnią skórki, by ją odciąć. W tym przypadku skórka jest nieco cieńsza, co utrudnia zadanie, ale za to owoce są bardziej miękkie. O ile ziemniaki mogą być obierane od dowolnego miejsca, bo te miejsca niczym się nie różnią, jabłka i gruszki najlepiej zacząć od ogonka, ale niektórzy zaczynają od szypułki. Okrajamy te owoce, jak byśmy okrążali globus wzdłuż równoleżników. Najpierw blisko Bieguna Północnego, Arktyki, potem koliście, wzdłuż spiralnej ścieżki w stronę Polski. Mamy obrany pierwszy krąg, taki równoleżnikowy skórkowy pasek, potem drugi, nieco dalej od ogonka itd. Potem zbliżamy się do środka, czyli owocowego równika, gdzie paseczek jest najdłuższy, a wreszcie dojeżdżamy do szypułki, czyli Antarktydy. Wtedy zabieramy się do jedzenia, albo dzielimy owoc na ćwiartki – tak będzie kulturalniej. Najpierw kroimy owoce mocnym cięciem na pół wzdłuż pionowej osi, jakby Ziemskiej osi, a potem bierzemy kolejne połówki i dzielimy znowu na pół, wzdłuż tej samej osi. Mamy cztery ćwiartki i trochę niepotrzebnych „dodatków”. Wycinamy ogonki i szypułki oraz wykrawamy czubkiem nożyka owocnie.

Obieranie pietruszki i marchewki jest trochę trudniejsze, bo one są cienkie i podłużne, a ich powierzchnie nie są równe. Gdy ziemniak jest nieregularny – trudno. Nic się nie stanie. W przypadku tych drugich warzyw można się zagapić i tak ściąć skórkę, że prawie nic z warzyw nie zostanie. Bierzemy nożyk w jedną rękę, a marchew czy pietruszkę w drugą. Tniemy równolegle do ich osi, znowu blisko ich powierzchni – na milimetr głębokości. Przesuwamy ostrze pasek po pasku. Te paski nie układają się teraz na podobieństwo równoleżników, jak w przypadku jabłek, lecz południków – są podłużne od jednego końca warzywa do drugiego. Obracamy marchewkę o stosowną ilość stopni i tniemy znowu. Robimy to, aż pokonamy 360-stopniowy obrót.

A co zrobić z główką czosnku? Jest otoczona łuską, którą należy zdjąć. Czasem schodzi sama – wystarczy potrzeć palcami, a już się odkleja. Kiedy indziej trzeba zahaczyć nożykiem i pościągać ostrzem. Uwidaczniają się wtedy cząsteczki czosnku. Rozdzielamy je palcami i bierzemy tyle, ile nakazuje wybrany przepis. Każda cząstka jest w kolejnej osłonce. Ta nie schodzi już tak łatwo. Pomagamy sobie nożykiem, który poprzez skrobanie nadaje się lepiej do tej funkcji.

Jak przygotować jajka i to osobno białka i żółtka? Wygodnie jest użyć trzech kubków – dwa dla białka, a jeden dla żółtka. Pierwszy, do którego będziemy wlewać białko po białku, drugi do przelewania białek z pierwszego, gdy będzie pewność, że kolejne jajko jest w porządku. Trzeci kubek będzie przeznaczony na żółtka. Dokładnie myjemy jajka. Podkładamy je pod kran i myjemy mydłem. Należy je wysuszyć i najlepiej odłożyć do jakiegoś talerzyka. Wtedy nigdzie się nie przeturlają i nie spadną.

Bierzemy pierwsze jajko do jednej ręki, a nóż do drugiej. Jego ostrzem stukamy w skorupkę prostopadle do osi jajka, by nie przełamać go całkowicie, lecz tak, by zrobić dosyć niewielką szparę w górnej części. Teraz należy ująć jajko dwiema rękami, by rozchylić połówki skorupki. Trzymamy jajko nad pierwszym kubkiem, bo już wylewa się z niego białko. Ono może wydostać się z pękniętej skorupki, bo jest wystarczająco płynne. Żółtko jest natomiast zamknięte w osłonce i zostaje na miejscu. Gdy chcemy oddzielić białko od żółtka, nie mogą się wymieszać w jednym kubku. Gdy cała operacja nam się uda, białko będzie w pierwszym kubku, a żółtko wrzucimy do trzeciego. Sprawdzimy nosem, czy jajko jest w porządku i gdy tak będzie, przelejemy białko do drugiego kubka, do którego będziemy wlewali kolejne białka. Teraz możemy ubić pianę lub zrobić wiele rozmaitych czynności, zgodnie z przepisem, którym się kierujemy. Gdy chcemy użyć jajka w całości, nie oddzielamy białka, ale również sprawdzamy jego jakość. Za każdym razem przydaje się kubek zabezpieczający. Wlewamy do niego zawartość pojedynczego jajka, sprawdzamy i dopiero wtedy przelewamy docelowo. W innym przypadku wyrzucamy do odpadów.

Mamy już ziemniaki i inne warzywa, a także jajka. Czas na mięso. Powinno być wstępnie umyte – nie lubię pracować z nieumytymi produktami spożywczymi. Kupujemy schab z kością, chociaż łatwiej jest z mięsem bez kości. Skoro jednak mamy się uczyć, musimy założyć, że kości są. Należy je wytrybować. Kładziemy mięso na desce, wzdłuż – od lewej do prawej strony (schab jest bowiem podłużny). Nożem odkrawamy mięso od kości. Mięso jest jakby w objęciach żeberek i kręgów. Ustawiamy ostrze noża tak, by stopniowo odcinać mięso tuż przy kościach. Ostrze pracuje wzdłuż osi kręgosłupa, prostopadle do żeberek. Dochodzimy do miejsca, gdzie ostrze zatrzymuje się na kościach leżących na desce. Teraz obracamy schab o 90 stopni, by leżał na desce tymi kościami, które sterczą do góry i są już oddzielone, i wykonujemy to samo cięcie co wcześniej. Odcinamy to, co jeszcze wiąże mięso z kośćmi i mamy schab bez nich, jakbyśmy właśnie taki kupili w sklepie.

Teraz wytniemy kotlety. Ustawiamy nóż poziomo, ostrzem w płaszczyźnie prostopadłej do deski i osi schabu. Kierujemy ostrze w dół przy prawym końcu schabu. Odkrawamy kolejne, centymetrowe kotlety. Nóż należy trzymać w jednej dłoni, a palcami drugiej dłoni sprawdzamy, czy dobrze odmierzamy grubość krojonego mięsa i czy poprawnie ustawiamy kąt natarcia ostrza. Nie wystarczy dbać o samą grubość plastra od góry. Trzeba pilnować, by w trakcie cięcia w dół, ostrze poruszało się dokładnie pionowo. Gdy zboczy, kotlet będzie nierówny.

Teraz możemy usmażyć kotlety schabowe. Ukrojone kawałki mięsa kładziemy na desce. Trzeba je rozbić. Bierzemy kotlet po kotlecie, kładziemy na deskę i uderzamy stroną tłuczka z kolcami. Włókna mięsa muszą być rozbite i zmiękczone. Przygotowane plastry należy obtoczyć w mące, następnie w rozbitym jajku, a na koniec w tartej bułce. Wreszcie można przyprawiać gotowe kotlety, m.in. posolić i popieprzyć do smaku.

Czas na smażenie. Bierzemy butelkę z olejem i wlewamy go trochę na patelnię. W trakcie smażenia trzeba kontrolować ilość oleju. Za mało oleju to przypalone mięso. Kotlety smaży się po kilka naraz – tyle, ile się zmieści na patelni jeden obok drugiego. Wkładamy je na rozgrzany olej i smażymy mięso, każdą stronę po kilka minut. Są gorące i trudno się je dotyka, choć jest to możliwe. Bierzemy specjalną łopatkę, podkładamy pod kotlety i obracamy. Można dotknąć palcem wolnej ręki mięso od góry, najlepiej na jego środku, bo tam właściwie nie grozi nam oparzenie. Przewracamy mięso, znowu czekamy kilka minut i sprawdzamy, czy kotlety są już dobre. Jak to robimy? Dotykamy je ponownie z góry i oceniamy, na ile są usmażone. Decydujemy o tym zgodnie ze swoimi upodobaniami. Niektórzy wolą kotlety bardziej wysmażone, inni mniej. Możemy ich nie dotykać, gdy potrafimy rozpoznać ich stan po zapachu. Wtedy wąchamy, aż wyczujemy, że mamy już zapach, który kojarzymy z lubianym przez nas stanem mięsa.

Nie pozostaje nic innego, jak pójść do sklepu, zrobić zakupy, a następnie wejść do kuchni i coś ugotować. Wreszcie, gdy poczujemy się zmęczeni i głodni, możemy zaprosić bliskich do swojego stołu i powiedzieć: „Dzisiaj jemy to, co my ugotowaliśmy, a nie wy! Smacznego”.

Helpowe refleksje

To już trzeci tegoroczny numer Helpa. Od momentu, gdy stał się miesięcznikiem, mamy o wiele więcej pracy niż wcześniej – po prostu mnóstwo. Na to nie narzekamy. Help przekazuje trzy razy więcej informacji niż gdy był kwartalnikiem, mamy więc raczej powody do satysfakcji.

Co nas motywuje do jak najlepszego działania? Każdy numer musi być ciekawy i zachęcać do czytania coraz większe grono czytelników. Jak to zrobić? Oczywiście, artykuły i zdjęcia muszą być interesujące, ale to przecież już realizujemy na bieżąco. Mamy nadzieję, że Państwo oceniają nasze materiały jako ciekawe. Staramy się ile tylko można. Dotarcie do jak największej liczby osób wynika również ze sprawnego kolportażu i reklamy. Teraz to właśnie wymaga największego wysiłku, a zależy również od Państwa. Jako, że sami od dawna robimy wszystko, co potrafimy, liczymy na Państwa pomoc. Zgłaszajcie się więc do wojewódzkich punktów naszej Fundacji, w których zapraszamy do świata dźwięku i dotyku. Można także napisać na nasz e-mailowy adres: help@szansadlaniewidomych.org

Gdybyście zechcieli nam pomóc, niewidomi, słabowidzący oraz ich bliscy bardzo by na tym skorzystali. Żeby Państwa zaktywizować, ogłaszamy fajny konkurs z nagrodami.

Prenumerata Helpa – interesująca, bezpłatna, społecznie zaangażowana, pomocna dla niewidomych i ich bliskich!

Redakcja czeka na zgłoszenia osób chcących prenumerować i czytać naszego Helpa. Należy odwiedzić miejsca, do których Help jeszcze nie dociera i zebrać zgłoszenia zawierające następujące dane:

dla wersji elektronicznej: adres e-mail, na który ma być wysyłany miesięcznik

dla wersji drukowanej (graficznej lub brajlowskiej): imię, nazwisko (względnie nazwa instytucji, adres pocztowy z dopiskiem, o którą wersję chodzi.

Ci, którzy przekażą nam dane największej liczby nowych prenumeratorów, otrzymają atrakcyjne nagrody:

Pierwsza nagroda: 200 zł

Druga nagroda: 150

Trzecia nagroda: 100

Siedem kolejnych nagród: Jami

Nagroda dla wylosowanej osoby biorącej udział w konkursie: lokalizator przedmiotów

Jak uczynić, by kolejni czytelnicy zechcieli wziąć do rąk nasze pismo? To drugie zadanie konkursowe dla Państwa. Najciekawsze propozycje także będą nagrodzone.

Dla zachęty do prenumerowania Helpa informujemy, iż w każdym numerze będzie ogłaszany jakiś konkurs z nagrodami – każdy inny, by umożliwić udział jak najszerszej grupie osób: młodym i starszym, czytającym wersję brajlowską i czarnodrukową, z każdego zakątka kraju, z miast i wsi, osób prywatnych i urzędowych. Dla zachęty do lektury przedstawiamy listę tematów głównych kolejnych numerów Helpa – od stycznia i lutego 2018, które już wydaliśmy, do marca 2019 r. W każdym numerze temat główny będzie zajmować co najmniej 50% wydania. Poza tym zamieścimy inne artykuły. Zapraszamy do ich pisania. Każdy może być literatem, a gdy nie jest to Waszą mocną stroną, poprawimy teksty i zrobimy z nich perełki.

Tematy kolejnych Helpów

  • Styczeń 2018 – Brajl i Braille (o systemie zapisu dla niewidomych i jego autorze)
  • Luty 2018 – Tyflosport (a więc pomysły na aktywne spędzanie czasu, osiągnięcia niewidomych sportowców)
  • Marzec 2018 – Nie widzę, a gotuję! (tyflokuchnia – niewidomi w kuchni szykują święta)
  • Kwiecień 2018 – Idzie wiosna – wyjdźmy na zewnątrz (dostępne obiekty użyteczności publicznej i otoczenie)
  • Maj 2018 – Tyfloinformatyka i elektronika
  • Czerwiec 2018 – Turystyka (pomysły na wakacje)
  • Lipiec 2018 – Kultura: muzea, biblioteki, teatry czekają na niewidomych
  • Sierpień 2018 – Zabytki – najciekawsze miejsca w poszczególnych województwach dostosowane do potrzeb niewidomych i słabowidzących
  • Wrzesień 2018 – Edukacja – ranking szkół i uczelni (oferta dla niewidomych i słabowidzących)
  • Październik 2018 – REHA FOR THE BLIND IN POLAND (największe spotkanie środowiska w Polsce)
  • Listopad 2018 – Niewidomi w odrodzonej Polsce – 1918-2018 – sto lat rozwoju?
  • Grudzień 2018 – Wydanie świąteczne (ciekawostki, zabawne perypetie, rozrywka)
  • Styczeń 2019 – Dobroczynność: do kogo wyciągnąłem pomocną dłoń
  • Luty 2019 – Zatrudnienie niewidomych i słabowidzących
  • Marzec 2019 – Aktywność społeczna i nasze zaangażowanie

Zachęcamy więc do nadsyłania swoich propozycji artykułów na przedstawione tematy oraz na inne, które mogą zainteresować naszych Czytelników. Na razie omawiamy aktywność niewidomych i słabowidzących w kuchni. Gdy się lubi jeść i gotować, nawet brak wzroku nie powstrzyma przed „zabawą” w kucharzenie. Smacznego!

Nie widzi, a jednak kieruje!

Wyjechaliśmy samochodem do pracy. Po drodze mieliśmy kupić kwiaty. Zatrzymaliśmy się pod kwiaciarnią – tuż obok – i chwilę zastanawialiśmy, czy żona idzie po nie sama, czy ze mną.

– Idź sama. Będzie szybciej, a ja i tak w niczym tu nie pomogę.

Poszła. Zostałem w aucie z synem. Rozmawialiśmy sobie miło. W pewnym momencie usłyszałem klakson, a chwilę później drugi. Syn powiedział:

– Tato, to chyba do nas.

– Jak to do nas? Stoimy na parkingu?

– Tak, na parkingu.

– To nie może być do nas.

Klakson znowu się powtórzył. Trochę się zaniepokoiłem. Faktycznie był bliski i głośny. Usłyszałem otwierane drzwi sąsiedniego samochodu, a następnie ich zamknięcie. Wtedy syn powiedział:

– Tato, jakiś gość idzie do nas.

Nie uwierzyłem, bo po co miałby do nas iść jakiś gość, gdy stoimy sobie grzecznie na parkingu. Minęła chwila i słyszę mocne, wręcz niegrzeczne pukanie do mojej szyby. Nie wiem, jak zareagować. Może to być jakiś chuligan, może też chodzić o coś zupełnie innego. Uchylam jednak drzwi i pytam:

– O co chodzi? – a gość odpowiada:

– Nie słyszy pan klaksonu? – powiedział raczej napastliwie.

– Słyszę, a co?

– Mógłby pan więc zareagować!

– Nie mógłbym, bo jestem niewidomy.

– Skąd miałbym to wiedzieć, gdy ma pan okulary na oczach – odrzekł zaskoczony.

– Nie ma sprawy, ale o co pan wnosi? – zapytałem, a on mimo, że już wie, iż nie widzę, mówi:

– Niech pan przestawi auto.

A ja na to:

– Nie mogę, bo nie umiem.

Na szczęście właśnie wtedy wróciła żona i zaczęła go przepraszać, bo jednak nie staliśmy na parkingu, lecz tuż obok i blokowaliśmy wjazd na jego posesję.

Dwadzieścia lat wcześniej zaparkowaliśmy na Marszałkowskiej, obok Rysiej. Poszliśmy załatwiać sprawy, a gdy wróciliśmy, mieliśmy zablokowane koła. Zadzwoniłem pod wskazany numer i powiedziałem:

– Mam zablokowane koła! Nie wiem dlaczego, bo stoję inwalidzkim samochodem na miejscu dla inwalidów.

– A jest tam za szybą specjalna karta?

– Jest! Jestem niewidomy i mam do tego prawo.

Gość odsuwa nieco słuchawkę i mówi do kolegi z pracy:

– Hej, dzwoni jakiś niewidomy kierowca, któremu zablokowaliśmy koła, a stoi na miejscu dla inwalidów!

Przyjechali po kwadransie, odblokowali koła i przepraszali. Wtedy jednak dowiedzieli się, że to nie ja jestem kierowcą.