Nie widzi, a jednak kieruje!

Wyjechaliśmy samochodem do pracy. Po drodze mieliśmy kupić kwiaty. Zatrzymaliśmy się pod kwiaciarnią – tuż obok – i chwilę zastanawialiśmy, czy żona idzie po nie sama, czy ze mną.

– Idź sama. Będzie szybciej, a ja i tak w niczym tu nie pomogę.

Poszła. Zostałem w aucie z synem. Rozmawialiśmy sobie miło. W pewnym momencie usłyszałem klakson, a chwilę później drugi. Syn powiedział:

– Tato, to chyba do nas.

– Jak to do nas? Stoimy na parkingu?

– Tak, na parkingu.

– To nie może być do nas.

Klakson znowu się powtórzył. Trochę się zaniepokoiłem. Faktycznie był bliski i głośny. Usłyszałem otwierane drzwi sąsiedniego samochodu, a następnie ich zamknięcie. Wtedy syn powiedział:

– Tato, jakiś gość idzie do nas.

Nie uwierzyłem, bo po co miałby do nas iść jakiś gość, gdy stoimy sobie grzecznie na parkingu. Minęła chwila i słyszę mocne, wręcz niegrzeczne pukanie do mojej szyby. Nie wiem, jak zareagować. Może to być jakiś chuligan, może też chodzić o coś zupełnie innego. Uchylam jednak drzwi i pytam:

– O co chodzi? – a gość odpowiada:

– Nie słyszy pan klaksonu? – powiedział raczej napastliwie.

– Słyszę, a co?

– Mógłby pan więc zareagować!

– Nie mógłbym, bo jestem niewidomy.

– Skąd miałbym to wiedzieć, gdy ma pan okulary na oczach – odrzekł zaskoczony.

– Nie ma sprawy, ale o co pan wnosi? – zapytałem, a on mimo, że już wie, iż nie widzę, mówi:

– Niech pan przestawi auto.

A ja na to:

– Nie mogę, bo nie umiem.

Na szczęście właśnie wtedy wróciła żona i zaczęła go przepraszać, bo jednak nie staliśmy na parkingu, lecz tuż obok i blokowaliśmy wjazd na jego posesję.

Dwadzieścia lat wcześniej zaparkowaliśmy na Marszałkowskiej, obok Rysiej. Poszliśmy załatwiać sprawy, a gdy wróciliśmy, mieliśmy zablokowane koła. Zadzwoniłem pod wskazany numer i powiedziałem:

– Mam zablokowane koła! Nie wiem dlaczego, bo stoję inwalidzkim samochodem na miejscu dla inwalidów.

– A jest tam za szybą specjalna karta?

– Jest! Jestem niewidomy i mam do tego prawo.

Gość odsuwa nieco słuchawkę i mówi do kolegi z pracy:

– Hej, dzwoni jakiś niewidomy kierowca, któremu zablokowaliśmy koła, a stoi na miejscu dla inwalidów!

Przyjechali po kwadransie, odblokowali koła i przepraszali. Wtedy jednak dowiedzieli się, że to nie ja jestem kierowcą.

Gra dla miliardów w rozumie. Reversi

Kto by się spodziewał, że w szkole w Laskach będzie ciekawiej niż gdziekolwiek indziej? Najpierw czułem się załamany, gdy musiałem wyjechać z domu i zamieszkać w internacie. Z czasem jednak przywykłem, a potem zacząłem korzystać z rozmaitych dobrodziejstw, które tam na mnie i innych chłopców czekały. Jednym z tych dobrodziejstw była możliwość grania w gry planszowe. W karty, chińczyka i warcaby grałem już wcześniej – z rodzicami, krewnymi. Na samym początku pobytu w Laskach nauczyłem się grać w szachy. W którymś momencie doszło do tych zabaw Reversi. Wcześniej o tej grze nie słyszałem. Gdy poznałem zasady, zrozumiałem, jaka to świetna, strategiczna gra! Moja fascynacja nią trwa do tej pory. W związku z tym za każdym razem, gdy mam taką możliwość, promuję „ściganie się” na dziurawej planszy, gdzie włożenie w otworek jednego pionka może dać graczowi przechwycenie kilkunastu innych, albo zajęcie jednego otworka na brzegu lub w samym rogu planszy stworzy taką strategiczną przewagę, że przeciwnik już się nie pozbiera. Skoro więc tak cenię Reversi, opowiem, jak się w to gra.

Co to jest Reversi

W Reversi grają ze sobą dwie osoby – nieważna jest płeć, wiek, staż pracy, grupa inwalidzka, rodzaj niepełnosprawności i wykonywany zawód. Gra jest po prostu dla każdego.

Rozgrywka odbywa się na kwadratowej planszy z okrągłymi otworkami – 8 x 8, spośród których na początku rozgrywki 60 jest pustych, a tylko 4 są wypełnione. Mamy także 64 pionki (tyle samo, co otworków, po 32 do dyspozycji każdego gracza). Pionki mają kształt małych, podłużnych walców, które są na jednym końcu wypukłe, a na drugim wklęsłe. Końcami pionków nazywam podstawy tych małych walców. Oba końce mają też odmienne kolory. Gracze wybierają jeden z dwóch kolorów, co jest równoznaczne z wyborem: wypukłe czy wklęsłe. W ten sposób widzący gracze wybierają kolory, a niewidomi kształt. Raz dokonanego wyboru nie można w trakcie gry zmieniać. Można natomiast losować kształt pionków, czyli swój kolor, poprzez rzut monetą, ale wyłącznie przed rozgrywką. Przydaje się to, gdy gracze nie mogą dojść do porozumienia w tej kwestii.

Ruch w Reversi polega na jak najmądrzejszym wyborze otworka, w który gracz włoży pionek. Za każdym razem gracz wkłada go w taki sposób, by jego koniec pionka wystawał ku górze, a koniec pionka przeciwnika schował się w środku. Raz zajęty otworek pozostanie taki do końca gry. W jej trakcie może być jedynie zmieniony koniec, który będzie wystawał nad planszę. Najlepszy ruch ma tę cechę, że w jego wyniku (od razu lub później) pojawi się na planszy więcej naszych pionków. Z konieczności odbędzie się to kosztem przeciwnika. Ta przewaga może być uwidoczniona od razu (po dokonaniu bieżącego ruchu), albo po kilku następnych ruchach. Właśnie z tego powodu Reversi należy do gier strategicznych. Trzeba planować rozmieszczenie pionków z analizą kilku, kilkunastu, albo jeszcze więcej ruchów do przodu.

Wsadzanie pionków jest proste: gracz wkłada je tak, by jego strona była zwrócona ku górze. Właśnie tę stronę widać ponad planszą. W związku z tym, że z jej kolorem związana jest wypukłość lub wklęsłość, niewidomy gracz może czuwać nad tym, by na planszy wystawało jak najwięcej wybranych przez niego pionków, (wklęsły lub wypukły), a gracz widzący – nad widocznym od góry kolorem.

Początek gry

Przed rozpoczęciem rozgrywki pionki leżą obok planszy. Gra rozpoczyna się od umieszczenia na jej środku (koniecznie po skosie) czterech pionków – dwa wypukłe i dwa wklęsłe. Podczas ruchu gracze wkładają po jednym swoim pionku, tzn. wkładają je swoją stroną ku górze. Gracze wykonują ruchy przemiennie – gracz po graczu, aż do zapełnienia wszystkich otworków, albo zablokowania możliwości wykonania prawidłowego ruchu. Normalnie każdy gracz wykona 30 ruchów, a więc 30-krotnie wstawi pionek swoją stroną do góry. Jednak, gdy okaże się, że na jakimś etapie gry nie może wykonać prawidłowego ruchu, traci go.

Co to jest prawidłowy ruch?

Już wiemy, jak technicznie wykonać ruch. Bierzemy do ręki jeden pionek spośród tych, które leżą obok planszy i wstawiamy go właściwą stroną. Zasady utrudniają to wkładanie. Nie można włożyć pionka wszędzie. Można jedynie tam, gdzie pionek rozbudowuje istniejącą linię pionków wsadzonych wcześniej. Na dodatek kolejny pionek musi sąsiadować z pionkiem lub pionkami przeciwnika. Nie może sąsiadować wyłącznie z pustymi otworkami i naszymi pionkami. Gracze mogą więc wkładać swoje pionki na trzy akceptowalne sposoby: rozbudowując poziome, pionowe lub ukośne linie pionków wyłącznie tam, gdzie spełnione są łącznie poniższe warunki:

w bezpośrednim sąsiedztwie wypełnianego otworu znajduje się pionek przeciwnika,

w tej samej linii może być więcej pionków przeciwnika, ale na końcu ich grupki stoi nasz pionek,

pomiędzy naszym (nowo ustawianym) pionkiem i tym naszym (ostatnim w grupie pionków) mogą być jedynie pionki przeciwnika.

Zamienianie pionków przeciwnika na swoje

W każdym ruchu zamykamy (jakby nawiasem) pionki przeciwnika. Gra polega na tym, by zamknięte w takim „nawiasie” pionki należy zamienić na swoje. Wykonuje się to poprzez ich odwrócenie „do góry nogami”. Zamiana pionków na własne dotyczy wszystkich trzech kierunków, jeśli są spełnione powyższe kryteria. Zamiana w jednej linii nie może przekroczyć miejsca, w którym już stoi nasz pionek. W ten sposób wkłada się jeden własny pionek, a uzyskuje o wiele więcej. Zamienione pionki nie muszą pozostać naszymi. Przeciwnik też chce zamieniać i gdy tylko będzie mógł wykonać stosowny ruch, zamieni je z powrotem.

Cel gry

Wygrywa gracz, który na koniec, tj. po całkowitym zapełnieniu planszy lub wyczerpaniu się możliwości wykonania ruchu, uzbiera więcej pionków.

Rady dla tych, którzy chcą wysilać miliardy w rozumie

Warto zauważyć, że:

Przeciwnik nigdy nie zdoła zamienić naszego pionka na swój, gdy ten stoi w rogu planszy.

Fajnie jest zająć otworki na brzegu planszy, gdyż one są bezpieczniejsze niż stojące w innych miejscach, choć w tym przypadku nie ma już takiej gwarancji.

Należy myśleć strategicznie, bo nie każda zamiana się opłaca. Czasem zamieniamy kilka pionków na swoje, powodując zamianę odwrotną w kolejnym ruchu przeciwnika.

Gdy staramy się zająć róg planszy, zdaje się musimy oddać przeciwnikowi co najmniej jeden otworek w jego sąsiedztwie.

Trzeba sprawdzać pionki we wszystkich kierunkach, by zamieniać na swoje jak najwięcej pionków przeciwnika.

Należy grać prowokacyjnie i „kusić” przeciwnika, by stawiał pionki w miejscach dających nam przewagę.

Skoro zależy nam na brzegach i rogach planszy, należy nakłaniać przeciwnika, by wkładał swoje pionki w otworki sąsiednie, czyli w drugich rzędach od brzegów planszy. To z kolei oznacza, że nam opłaci się wkładać pionki w trzecich rzędach itd.

Grajmy:

Wyjmujemy grę z szuflady.

Kładziemy planszę na stole i wysypujemy obok niej pionki.

Wybieramy swój kolor lub wklęsłość, albo się spieramy i losujemy.

Bierzemy pierwsze dwa pionki i wkładamy je na środek planszy – dwa środkowe, ukośne otworki.

Nasz przeciwnik bierze dwa kolejne pionki i wkłada je w dwa pozostałe, ukośne otworki na środku.

Pierwszy gracz wykonuje swój ruch: bierze do ręki trzeci pionek i wkłada go tak, by sąsiadował z pionkiem przeciwnika. Z konieczności będzie to w trzecim rzędzie od któregoś brzegu planszy. Zamienia pionek przeciwnika na swój poprzez jego wyjęcie z planszy i odwrócenie końców.

Teraz gracz decyduje, który otworek zająć. Bierze swój trzeci pionek ze stołu i wkłada go tam. Zamienia na planszy nasz pionek lub pionki.

Staramy się grać strategicznie i pilnujemy rzędów, a najbardziej brzegów i rogów.

Pilnujemy samych siebie i przeciwnika, by ruchy były wykonywane prawidłowo, byśmy wkładali pionki w otworki zgodnie z zasadami oraz wymieniali pionki jego na nasze i nasze na jego.

Na koniec gry zliczamy pionki stojące na planszy – tu nasze, tam przeciwnika, tu wklęsłe, tam wypukłe, tu na przykład zielone, tam o kolorze drewnianym. Kto ma więcej, ten wygrywa.

Ping, pong, pong, pong…

Kilka lat temu Fundacja Szansa dla Niewidomych zainicjowała akcję promowania specjalnych dyscyplin sportowych, w których można brać udział bez względu na to, ile się widzi. Zdecydowaliśmy się na jak najpoważniejszą promocję takiej aktywności sportowej, wobec czego skorzystaliśmy z wszelkich dostępnych dla nas okazji, by je pokazywać i wyjaśniać. Najefektywniej udaje się to w trakcie edycji REHA FOR THE BLIND IN POLAND. „Bawiliśmy się” w show-down, który jest specjalną, paraolimpijską odmianą tenisa stołowego w wersji przeznaczonej dla niewidomych. Zorganizowaliśmy mecz, w którym wzięli udział dwaj profesjonalni sportowcy: z Czech i z Polski. Wtedy wygrał Czech, a sprawozdawcą był sam Dariusz Szpakowski. Rok później odbył się w tej dyscyplinie turniej w randze mistrzostw Polski, w której wzięło udział wielu zawodników. W tym samym czasie zainteresowaliśmy się strzelectwem laserowym, czyli dźwiękowym. To był „strzał w dziesiątkę”. W zawodach chciało wziąć udział tyle osób, że kolejka oczekujących nie mieściła się w wynajętej dla tego celu sali. Sport ten przyciąga tłumy przy każdej okazji. Podobnie było również podczas ostatniej REHA, zarówno w Warszawie, jak i w innych miastach, w których miały miejsce wojewódzkie edycje konferencji.

Zaprezentowaliśmy także golf dla niewidomych i ponownie osiągnęliśmy pozytywne opinie. Organizowaliśmy zawody i pokazy różnych dyscyplin sportowych, ale też quasi sportowych, na przykład gry planszowe: szachy, warcaby, reversi, chińczyk itd.

Najwięcej czasu i wysiłku poświęciliśmy jednak ping-pongowi dla niewidomych. Dlaczego? Przede wszystkim dlatego, że stoły do tej gry można znaleźć niemal wszędzie, gdzie głównym celem jest odpoczynek i rekreacja. Poza tym, nie ma co ukrywać, gdy tę specjalną grę wymyśliłem ja, a jestem szefem tej Fundacji, trudno sobie wyobrazić, by ktoś odważył się mieć krytyczną opinię o tym pomyśle. Tymczasem oczywiście jest lepiej mieć obiektywne opinie. Być może jednak gra się po prostu spodobała, gdy widać zafascynowane miny graczy z opaskami na oczach lub po prostu niewidzących.

Do gry w tę odmianę ping-ponga potrzebny jest zwykły stół do tenisa stołowego ze zdjętą siatką, dwie paletki i normalne piłeczki. Stół można ustawić gdziekolwiek, a więc zarówno w domu, na sali gimnastycznej, jak i na dworze, na przykład w ogrodzie, na działce, obok boiska szkolnego itd. Należy dopilnować, by stół mający stać na dworze był odporny na warunki atmosferyczne. Inne stoły nie poradzą sobie z zimnem, deszczem czy śniegiem.

Gracze są ustawieni po swoich stronach stołu, jak w zwykłej grze. W meczu biorą udział dwaj zawodnicy i sędzia, który obserwuje odbicia, ocenia ich prawidłowość i oblicza punkty. Dobry dla graczy sędzia „gania” dookoła stołu i podaje im piłeczkę, która z każdym zdobytym (względnie straconym) punktem, wypada na podłoże. Sami zawodnicy są zajęci walką i nie lubią „ganiać” za piłeczką. Jeszcze trudniej byłoby ją szukać zawodnikom niewidzącym.

Zawodnicy trzymają w rękach paletki (każdy swoją), które służą do odbijania piłeczki. Niewidomych graczy lub widzących, którzy zdecydowali się grać z zasłoniętymi oczami, posługujący się tylko słuchem, których określamy wspólnym mianem „niewidzący”, dotyczą zasady bezwzrokowego bronienia swojej strony stołu. Osób widzących, które nie zasłaniają oczu, dotyczą trudniejsze warunki gry, dzięki czemu szanse obu grup (niezależnie od tego czy widzą, czy nie) są mniej więcej wyrównane.

W czasie rozgrywki musi panować względna cisza, tzn. widownia powinna się tak zachowywać, by gracze mogli słyszeć piłeczkę odbijającą się od stołu. W praktyce jest więc mniej więcej tak, jak w tenisie. Podczas rozgrywki sala musi się wyciszyć. Dopiero po zakończeniu wymiany podań można „odetchnąć” i zareagować oklaskami, owacjami, względnie jękami zawodu.

W związku z tym, że można grać na dwa sposoby: wzrokowo oraz bezwzrokowo, wyróżniamy trzy możliwe warianty gry:

Mogą grać ze sobą dwie osoby niewidzące. Każda z nich musi uderzać piłeczkę w taki sposób, by – zanim dotrze do przeciwnika – odbiła się od stołu trzykrotnie.

Może niewidomy grać z widzącym, który ma dodatkowe utrudnienia – proporcjonalnie do większych możliwości wynikających z faktu, że tor lotu lecącej w jego stronę piłeczki jest mu znany od momentu jej uderzenia paletką przez przeciwnika. Niewidzący gracze rozpoznają ten tor bardzo późno – często dopiero po trzecim „pingnięciu” piłeczki o stół.

Mogą także grać ze sobą dwaj widzący i mają wtedy wybór – mogą grać na nasz sposób, albo w zwykłego ping-ponga z siatką i standardowymi zasadami tego sportu.

Z dotychczasowych doświadczeń wynika, że najlepiej wychodzą mecze niewidomych z widzącymi. Nie jest to ujmą dla naszego projektu. Przeciwnie, bo przecież właśnie o taki cel nam chodziło – integracja. Niewidomi często nie mają co robić w ośrodkach wczasowych, sanatoriach, hotelach – na przykład gdy jest zła pogoda lub brakuje interesującego programu pobytu. Widzący idą na bilard, piłkarzyki, air hockey, kręgle, albo właśnie na ping-pong. Nie wszystko da się zaadaptować do potrzeb niewidomych, ale ping-pong to umożliwił. Zmodyfikowane zasady nie są do końca zweryfikowane i wymagają dopracowania, jednak grać, czyli bawić się, ruszać, odchudzać, integrować się da. Chodziło właśnie o to, by i niewidomi mogli się bawić, ćwiczyć i współzawodniczyć. Dzięki temu projektowi mogą pójść na ping-pong wszędzie, gdzie znajdzie się zwykły stół i zagrać z każdym chętnym. Zasady są takie, że można je przedstawić i wyjaśnić w ciągu paru minut. Gra sprzyja aktywności fizycznej, wyrabianiu refleksu, rozwijaniu korelacji ruchowo-słuchowej.

Jak grać? Podobnie do zwykłego ping-ponga, choć ze znaczącymi modyfikacjami wynikającymi z potrzeby dostosowania zasad do gry bez wzroku. Pierwszy zawodnik odbija piłeczkę, czyli podrzuca piłeczkę i uderza w nią paletką. Rzut musi być sensownie zaplanowany i zrealizowany. Zawodnik wie, gdzie skierować piłkę, by zaskoczyć przeciwnika. Chodzi o to, by ten nie odbił jej z powrotem lub odbił tak, by wyleciała na out. W każdym razie zadaniem gracza jest tak skierować piłeczkę, by zdołała trafić w stół, a następnie nie została odbita i wyleciała na out. Wtedy gracz podający dostaje kolejny punkt. Zadaniem przeciwnika jest jednak dobrze zanalizować tor jej lotu i ją odbić tak, by znowu odbiła się od stołu, zaskoczyła pierwszego gracza i wyleciała po jego stronie. Wtedy odbijający gracz dostaje punkt. I tak dalej.

Aby prosta, wzdłuż której leci piłka, była zidentyfikowana przez osobę niewidzącą, należy tak ją uderzyć, by odbiła się od stołu co najmniej trzykrotnie. Okazało się, że tyle odbić jest potrzebnych oraz jest wystarczających, by przy pomocy słuchu określić kierunek jej lotu i przewidywać jej położenie w czasie. Piłka może odbijać się więcej niż trzy razy, ale to z kolei za bardzo ułatwia grę przeciwnikowi. Musi skakać stosunkowo nisko, na wysokość zbliżoną do rozmiaru paletki, by niewidzący gracz miał szansę obrony i jej odbicia na drugą stronę stołu. Można powiedzieć, że w ten sposób nasza gra jest nieco spłaszczona, dwu i pół wymiarowa, a nie w pełni trzywymiarowa. Bez wzroku nie da się zidentyfikować toru lotu piłeczki, gdy nie ograniczy się wysokości lotu, czyli trzeciego wymiaru. Gdy piłka skierowana w stronę gracza niewidzącego odbije się mniej niż 3 razy, podający traci punkt. Gdy podaje się do gracza widzącego, piłeczka ma się odbić tylko raz – jak w zwykłej grze. Za każdym razem piłeczka może odbijać się w dowolnym punkcie na stole. Tak więc osoba zagrywająca do gracza niewidzącego stara się, by piłeczka skakała po stole, a ten drugi musi odbić ją raz i stara się, by piłeczka odbiła się na końcu stołu po stronie widzącego przeciwnika, by miał największe trudności w jej odbiorze. W obu przypadkach im prędkość piłeczki większa, tym trudniej się obronić.

Gracz niewidzący broni tylko swojego końca stołu, czyli krawędzi od lewego do prawego rogu stołu. Gdy piłeczka lecąca w jego stronę nie doleci do tej krawędzi lub wyleci bokiem poza stół, przeciwnik traci punkt. Gdy piłeczka doleci do gracza prawidłowo, a ten jej nie odbije, traci punkt z kolei on.

Gracz widzący broni większego obszaru – zarówno końcowej krawędzi, jak też części lewego i prawego boku stołu, dokładnie – od jego rogu do punktu leżącego na połowie jego połowy, czyli w jednej czwartej stołu. Punkt ten został wyznaczony praktycznie, a nie teoretycznie. Po prostu statystyka wygranych wykazała, że widzący musi mieć dokładnie takie utrudnienie. Większa część stołu za bardzo go dyskryminuje, a mniejsza niż czwarta część – dyskryminuje niewidzącego gracza. W przypadku ich obu, piłeczka wylatująca na out zawsze powoduje dodanie punktu graczowi odbierającemu. W każdym momencie gracz widzący może zasłonić oczy i przejść na zasady gry obowiązujące gracza niewidzącego.

Punktacja jest dokładnie taka sama jak w zwykłym ping-pongu. Gramy do dwóch wygranych setów, a w secie do wygranych 11 punktów oraz co najmniej dwóch punktów przewagi. Gdy (z powodów praktycznych) zawody mają ograniczony czas, sędziowie mogą zarządzić inną punktację:

gra się na przykład tylko jeden set,

gra się na czas – wygrywa gracz, który zdobył więcej punktów,

gra się do momentu, w którym pierwszy z graczy uzyskuje określoną liczbę punktów, na przykład 11.

Nie jest łatwo grać w tenisa stołowego posługując się słuchem. Potrzebna jest względna cisza na sali i skupienie graczy, by słyszeć „pingnięcia” piłeczki. Podczas odbijania piłeczki trzeba uważnie transponować w wyobraźni otaczającą przestrzeń dźwiękową na obraz, uzmysłowić sobie tor lotu piłki i trafić w nią w taki sposób, by poleciała na drugi koniec stołu. Przeprowadzone do tej pory zawody wykazały, że zamysł jest interesujący. Dzięki dodatkowemu utrudnieniu widzący gracze mają wyrównane szanse z niewidzącymi. Nie zaobserwowano, by któraś z tych dwóch grup zdobyła w zawodach zauważalną przewagę.

Gdy widzący grają bez sędziego, sami podnoszą piłeczkę z podłoża. Gdy jednak grają niewidzący, muszą znaleźć „pomocnika”, albo robić to osobiście. Jakoś muszą dać sobie radę. Nie powinni szukać piłeczki, gdy są w towarzystwie osób widzących, bo to po prostu „obciach”.

Zabawa wymaga ćwiczeń, sprawności i sprytu. Służy zdrowiu psychicznemu i fizycznemu. Może służyć do wykształcenia dobrej wyobraźni przestrzennej, umiejętności przekładania bodźców dźwiękowych na obrazy. Summa summarum – służy do wyrabiania w sobie zdolności „trzeciego oka”, o których często opowiadam.

Helpowe refleksje

Do kogo adresujemy nasz Help? Dla kogo ma być interesujący, komu właściwie ma pomagać i komu ma się przydać? Fundacja Szansa dla Niewidomych, a wcześniej firma Altix, wydają go od roku 1992, mieliśmy więc okazję wielokrotnie omawiać tę kwestię. Gdy właśnie w tym roku Help zmienia swoją formę z kwartalnika na miesięcznik uznaliśmy, że po raz kolejny należy się nad tym zastanowić.

Czy Help jest po prostu dla niewidomych, czy może bardziej dla słabowidzących? Co z ich otoczeniem, czyli osobami widzącymi, którzy mają bliski kontakt z naszym środowiskiem? Artykuły i treści, które tu zamieszczamy, całkowicie zależą przecież od tego ustalenia. Mimo, że decyzja ta jest ważna i pilna, trudno nam ją podjąć. Z jednej strony chcemy przekazywać nasze wiadomości, poglądy i refleksje niewidomym, dzięki czemu być może będą mogli lepiej radzić sobie w życiu. Z drugiej strony misja pisania o świecie dotyku i dźwięku i wyjaśniania osobom widzącym na czym to polega, wydaje się jeszcze ważniejsza. Jaką decyzję powinniśmy podjąć?

Postanowiliśmy kontynuować dotychczasową ścieżkę. Polega ona na uwzględnieniu obu grup czytelników. Piszemy więc do niewidomych i słabowidzących, jak również ich otoczenia, czyli rodzin, grona przyjaciół, urzędników, którzy załatwiają nasze sprawy jako petentów, nauczycieli, którzy uczą naszych następców, pracowników rozmaitych instytucji, którzy mają z nami do czynienia.

Mówi się, że osób z pewnymi ubytkami wzroku jest w Polsce nawet 2.7 mln. Jeśli to prawda, tych osób razem z ich otoczeniem jest pewnie około 10 mln. Czy to prawda? Trudno powiedzieć. Na pewno całkowicie niewidomych jest około 15 tys. Osób, które naprawdę źle widzą jest około 100 tysięcy. Skąd się bierze liczba 2.7 mln? Chodzi o osoby, które na co dzień odczuwają dyskomfort z powodu wzroku. Nie widzą zbyt małych liter w książkach i wymagają powiększenia obrazu. Nie mogą odczytać ogłoszeń na plakatach i bilboardach. Widzą sceny w filmie emitowanym w telewizji, ale nie mogą odczytać napisów na pasku informacyjnym itd. Każdego niewidomego i słabowidzącego otaczają ludzie pełnosprawni – przecież nie jedna osoba, lecz co najmniej kilka, albo kilkanaście. Wspomniana liczba 10 mln osób z pewnością nie jest niewłaściwa. Czy zatem nasz Help jest wydawany dla całej tej grupy? Szczerze mówiąc wygląda na to, że właśnie tak jest.

Jak można pisać do tak różnych osób jak niewidomi i ich otoczenie? Przecież są to dwa odmienne środowiska. Dawno temu zdecydowaliśmy jak to może i powinno być realizowane. Do osób widzących piszemy o naszym świecie, to znaczy o tym, jak w nim egzystujemy. Wyjaśniamy na czym polega życie, w którym się nie widzi lub widzi niewiele, a wzrok jest lepiej lub gorzej zastępowany przez inne zmysły. Okazuje się, że te „inne zmysły” zazwyczaj nie są w przypadku ludzi zdrowych w kwestii wypełnienia roli wzroku rozwijane. Widzący mogą przecież zamknąć oczy i próbować tak działać na przykład przez jedną godzinę, by wiedzieć jak to jest, ale raczej tego nie robią. Stąd biorą się takie scenki, jak rozmawianie z innymi widzącymi z pominięciem niewidomych – byle tylko patrzeć w oczy rozmówcy. Kiedy indziej nie wiedzą jak podejść i coś wyjaśnić. Wolą więc wcale nie podchodzić. Jak deskrybować niewidomemu film, gdy na ekranie dużo się dzieje, a w warstwie dźwiękowej niemal nic? Jak opisać krajobraz, gdy brakuje słów adekwatnych do tego, co się widzi? Dla osób widzących są to trudne zagadnienia głównie dlatego, że nieprzemyślane. Nasz Help ma ambicję uzupełniania tych braków. Uczymy pełnosprawnych czytelników rozumienia naszego środowiska, jego możliwości i trudności, zalet i wad.

Znakomicie, tyle że Help jest adresowany również do samych niewidomych i słabowidzących! Co mamy do powiedzenia naszym czytelnikom? Przecież oni wszystko wiedzą i rozumieją. Nie widząc sami doświadczają świata, o którym opowiadamy. Po co więc mówi o tym Help, gdy ewentualni czytelnicy wiedzą więcej niż autorzy naszych artykułów?

Otóż jest ważny powód, dla którego warto wydawać Help z myślą o niepełnosprawnych wzrokowo. Staramy się wyjaśniać, na czym polegają różnice pomiędzy wymienionymi grupami czytelników. Zależy nam na tym, by niewidomi wiedzieli, jaki jest świat ludzi widzących. Co z kolei oni wiedzą i jak nas postrzegają? W czym mogą nam pomóc, a co jest nierealne? Opisujemy więc charakter obu grup, ich wzajemne relacje. Zwracamy uwagę na niedostatki komunikatów kierowanych wzajemnie przez obie te grupy. Dobrym na to przykładem jest przekazywanie informacji o aktywności fizycznej, a nawet sportowej niewidomych. To ważny dla osób pełnosprawnych komunikat. Dla ludzi, którzy są przekonani, jak niewiele może umieć osoba niewidoma, wiadomość o fantastycznych osiągnięciach niewidomego sportowca jest wręcz sensacyjna. Z drugiej strony bardzo ważne jest uświadomienie niewidomych o tym, że ludzi widzących tego rodzaju wiadomości zaskakują. Opowiadanie jacy jesteśmy działa na rzecz akceptacji i otwarcia się na nas. To z kolei powinno powodować, że mając szansę na bliskie kontakty z innymi, staramy się do nich upodobnić. W naszej opinii na tym polega prawdziwa integracja. A więc nie chodzi o teoretyczną deklarację – bądźmy razem, lecz o praktyczne wdrożenie tej idei. W ten oto sposób naszym hasłem przewodnim stało się: „Jesteśmy razem”, co z jednej strony jest życzeniem nie znoszącym sprzeciwu, jak również konstatacją faktu, że kto tylko może, już teraz jest razem.

W naszej opinii w najbardziej spektakularny sposób realizują tę misję autorzy trzech artykułów wskazanych na okładce. Niewidomy medalista z Rio, ludzie, którzy zachęcają niewidomych do jazdy na motocyklach oraz niemal niewidomy fotograf, zafascynowany robieniem zdjęć, najbardziej zbliżają do siebie obie grupy naszych czytelników – niewidomych i słabowidzących do osób pełnosprawnych. Inni autorzy piszą w tym samym tonie. Help jest poświęcony integracji, którą ułatwia wiedza o tym, jacy jesteśmy. Prawdziwy proces rehabilitacji oraz skuteczne przekształcanie otoczenia, by było dostępne dla niewidomych, ułatwiają realizację naszego celu. Nie pozostaje nic innego jak namówić Państwa do lektury. Już samo przejrzenie Helpa i zapoznanie się z przedstawionymi tutaj zdjęciami przynosi ogromny pożytek. Co dopiero odczytanie zamieszczonych tu artykułów! Zapraszamy więc do zapoznania się z bezwzrokowymi dyscyplinami sportu, czyli tyflosportem. To fascynujące, gdy niewidomi zdobywają medale olimpijskie, jeżdżą na motocyklach lub rowerach, grają w piłkę lub ping-ponga. Jak się okazuje, mogą także układać kostki Rubika. Prawda, że świat dba również o nas?

Brajl odświeżalny wygrywa z papierowym

Odświeżalne może być powietrze, a nawet zbyt stare rzeczy, ale brajl? Nie ma co ukrywać – tytuł artykułu jest dziwaczny. Co to jest brajl odświeżalny i o co chodzi z tym wygrywaniem? Niezależnie od tego, jak dziwne są te słowa, w tytule jest zawarta prawda. Nie ma co się dziwić, należy to po prostu wyjaśnić.

System zapisu wymyślony przez Ludwika Braille’a to zarówno kod zawarty w sześciu punktach ułożonych w dwóch pionowych kolumnach po 3 w każdej oraz technika uwypuklania punktów polegająca na nakłuwaniu grubszego niż zwykły papieru w celu uzyskania wystających punktów wyczuwalnych przez opuszki palców. 200 lat temu nie byłoby notacji brajlowskiej, specjalnych książek dla niewidomych, a w konsekwencji ich istnienia bibliotek czy szkół, gdyby nie fakt, że papier świetnie się nadaje do uwypuklania okrągłych punktów. Nie polega to na braniu do ręki kartki papieru (z oczywistej konieczności nieco grubszej niż zwykła, mniej więcej więc kartonu) i nakłuwaniu jej, lecz na wsadzaniu kartki w tzw. Brajlowską tabliczkę. Takie tabliczki używaliśmy jeszczeza moich szkolnych czasów. Spotykamy je jeszcze teraz. W tych tabliczkach są poziome rzędy małych, prostokątnych otworów (kratek), które odsłaniają 6 małych, okrągłych wgłębień odpowiadających brajlowskim punktom. Tabliczka składa się z dwóch połaci połączonych zawiasami. Otwieramy ją, wkładamy kartkę i zamykamy. W prostokątnych kratkach widzimy gładki papier. Tabliczkę kładziemy na stole, a w ręku trzymamy tzw. Dłutko. Jego cienki, niespecjalnie długi rylec wkładamy do kratki, w której chcemy napisać literę i trafiamy w miejsce papieru, pod którym znajduje się jedno z sześciu wgłębień. Pod wpływem nacisku w papierze powstaje wypukły punkt. Jego wypukłość jest od spodniej strony, a od góry jest widoczna mała, okrągła wklęsłość. Po zapisaniu tekstu otwieramy tabliczkę i wyjmujemy kartkę. Aby odczytać tekst musimy odwrócić kartkę, w związku z czym musimy zapisywać tekst od prawej strony, a nie lewej.

Przyznacie, że opisane czynności wyglądają na skomplikowane. Pewnie domyślacie się także, że pisanie wiąże się z pewnym hałasem oraz dużym wysiłkiem. Nakłucie kilku punktów może być nawet zabawne, ale napisanie w szkole wypracowania musi powodować ból mięśni piszącej ręki .

Pisanie brajlem ułatwiło się, gdy zastosowano tzw. Brajlowską maszynę do pisania. Gdy się ją posiada, można odłożyć tabliczkę i dłutko do szuflady. Kartkę wkłada się na wałek w mniej więcej taki sam sposób jak w przypadku zwykłej maszyny do pisania. Obie maszyny mają jednak inne głowice oraz klawiatury. Klawiatura brajlowskiej maszyny ma 6 klawiszy odpowiadających brajlowskim punktom oraz klawisz spacji czyli odstępu. Wypukły znak zapisujemy poprzez jednoczesne naciśnięcie kilku klawiszy odpowiadających punktom wchodzących w skład znaku. W przypadku dłutka każdy punkt wymaga osobnego nacisku.

Naciśnięcie klawisza w maszynie powoduje podniesienie specjalnego bolca, który nakłuwa papier. W głowicy jest umieszczonych 6 takich bolców, które mogą się podnosić jednocześnie. Dzięki temu pisanie jest znacznie szybsze niż w tabliczce. Jest też głośniejsze. Często w klasach uczniowie widzący skarżyli się na hałas.

Pisanie dłutkiem na tablicce lub maszynie są trudne. Zapisujemy znak po znaku, linijkę po linijce, kartkę po kartce. Wyobraźcie sobie, że sienkiewiczowski „Potop” składa się z 22 tomów, a każdy z nich nie jest małą książeczką, lecz ciężką księgą o wadze niemal jednego kilograma, formacie bliskiego A4. Trudno się dziwić, że niewidomi marzyli o tym, by ktoś wynalazł inną metodę zapisu w alfabecie Braille’a. Wreszcie się udało.

Rewolucję w dziedzinie dostępu niewidomych do informacji zawdzięczamy technologii komputerowej, czyli elektronice i informatyce. Skoro komputer „wie” jakie znaki ma wyświetlić na zwykłym ekranie, tak samo „wie”, jakie punkty powinny być pokazane w formie wypukłej. Gdy to stało się oczywiste, pozostało wynaleźć metodę uwypuklania punktów inną, niż w papierze. I wymyślono brajlowskie monitory komputerowe.

W brajlowskim monitorze głównym elementem jest linijka brajlowskich modułów, które przypominają sześciopunkt w brajlowskiej tabliczce do pisania. Są różnice, ale niewielkie. W związku z tym, że Braile’owi wystarczyło sześć punktów, gdyż alfabety mają mniej niż 64 znaki, a właśnie tyle różnych kombinacji można zaprojektować w ramach sześciu punktów, w systemach komputerowych używa się o wiele więcej znaków. Na przykład kod ASCII składa się z 256 znaków, a liczba ta jest równa dwójce do potęgi ósmej. Z tego powodu w brajlowskich monitorach moduły mają 8 otworków po 4 w dwóch pionowych kolumnach. Moduły są ułożone poziomo, stąd określenie „linijka”. Na jakiej zasadzie uwypuklają się w nich punkty?

Wgłębi otworków znajdują się cieniutkie bolce, które mogą unosić się do góry i wystawać ponad powierzchnię linijki. Pod tymi bolcami znajduje się element piezoelektryczny, który pod wpływem napięcia elektrycznego wygina się powodując wypchnięcie bolca do góry. Gdy napięcie to zniknie, element piezoelektryczny się wyprostuje, a bolec opadnie w dół. W pamięci komputera są zapisane liczby odpowiadające znakom, które mają być wyświetlone. Monitor brajlowski wie, które punkty mają być wysunięte, by pokazać odpowiedni znak, wobec czego regulują „ruchem” napięcia elektrycznego. Nad linijkę modułów wyskakują odpowiednie bolce i możemy czytać tekst jak na kartce.

Brajlowskie monitory mogą mieć linijki o różnej długości, czyli liczbie znaków – od kilku do kilkudziesięciu. Najpopularniejsze mają 40 znaków, ale do profesjonalnej pracy używa się 80 znaków. W celach transportowych stosuje się mniejsze urządzenia, na przykład 20- a nawet 12 znakowe.

Wreszcie zasadnicze pytanie: skąd się bierze określenie „odświeżalny brajl”? Brajlowskie znaki pojawiają się na linijce niemal natychmiast. Szybko się wychylają i tak samo szybko znikają. Pod palcami niewidomego czytelnika pojawiają się kolejne fragmenty tekstu. Gdy przesuwamy po tekście kurusor w dół, brajlowskie znaki „wariują”. Kolejne literki znikają tak prędko, że nie można ich zauważyć. Dzęki temu niewidomi mogą odczytywać całe książki dysponując jedną linijką znaków. Linijka najpierw pokazuje pierwszą linijkę tekstu. Po jednokrotnym naciśnięciu klawisza strzałki w dół – drugą, potem trzecią, czwartą i tak dalej. Mamy jeden monitor brajlowski, jedną linijkę modułów i znaków, a możemy oglądać/odczytać 22 tomy brajlowskiej wersji „Potopu”. Zapis na naszym urządzeniu się zmienia, odświeża i dlatego ten rodzaj brajla nazywamy odświeżalnym. Jedno urządzenie o niewielkiej wadze może nam „wyświetlić”, czyli zaprezentować miliony stron tekstu. Co będziemy czytać? To już tylko nasz wybór. Kiedyś czytaliśmy w brajlu tylko to, co zostało wydrukowane na papierze, a teraz wszystko, co można mieć w formie tekstowych plików zapisanych na cyfrowych nośnikach informacji. Prawda, że to fascynujące? Trudno się więc dziwić, że brajl odświeżalny wygrał z papierowym!!! I nic tu nie wskórają komputerowe brajlowskie drukarki, które ułatwiają drukowanie tekstu w brajlu, ale nadal zużywają papier w niebotycznych ilościach. Pewnie niszczą go więcej, niż lubujące się w nim mole.

Co było, gdy Braille’a i brajla jeszcze nie było?

Oto krótka notka o Louisie Braille’u i znaczeniu jego wynalazku

Urodził się w Coupvray pod Paryżem w 1809 r. Jego ojciec wytwarzał rozmaite użytkowe przedmioty i ozdoby ze skóry. Trzyletni Louis, bawiąc się w jego warsztacie, uszkodził sobie jedno oko, a niedługo potem, na skutek oftalmii współczulnej, zaniewidział także na drugie. Dołączył do naszego grona (niewidomych na całym świecie) i już z nami pozostał.

Jako młody chłopiec pragnący się uczyć, samodzielnie czytać i pisać, zapoznawszy się z różnymi sposobami zapisu dającymi się odczytywać dotykiem, dokonał swojego wynalazku. Zrozumiał, że do zapisu liter wystarczy niewielki zbiór uporządkowanych punktów. Alfabet zawiera około 30 liter, a znaków interpunkcyjnych jest jeszcze mniej. Wystarczy więc 6 punktów, by każdemu znakowi przypisać odrębny kształt. Aby te 6 punktów było rozpoznawalnych dla opuszków palców, ułożył je w dwie pionowe kolumienki – po trzy punkty w każdej. Pozostało zdecydować, jaki układ ma reprezentować poszczególne litery. Nietrudno zgadnąć, że pierwsza litera alfabetu Braille’a – „a” to po prostu jeden punkt – lewy górny „b” to dwa pionowo ustawione punkty – także lewe górne „c” to również dwa górne punkty, ale ustawione poziomo. I tak znak po znaku, Louis ułożył alfabet. Im dalsza litera, tym bardziej skomplikowany układ punktów.

Znaki brajlowskie są od niemal 200 lat uwypuklane na papierze, chociaż teraz częściej oglądamy je w wersji elektronicznej – na tzw. brajlowskich linijkach, monitorach. Tak czy inaczej, od tylu lat każdy wykształcony niewidomy wie, że czyta i pisze brajlem, a na horyzoncie nie widać kolejnego pomysłu na przekazywanie niewidomym informacji w sposób porównywalny do zwykłego druku. Czytamy więc kładąc palce na uwypuklonych powierzchniach i dziękujemy Bogu za wynalazek młodego Louisa.

Jak było wcześniej? Jak żyli niewidomi ponad 200 lat temu? Czy Państwo się tego nie domyślają?

Louis nie był znany, ani doceniany przez współczesnych mu ludzi. To kolejny wybitny człowiek, który nie miał łatwego życia. Pierwsza szkoła, do której uczęszczał (Królewska Instytucja dla Niewidomej Młodzieży), mieściła się w jednej z najgorszych dzielnic Paryża. Pomieszczenia były wilgotne i brudne, co skutkowało częstymi chorobami dzieci i nauczycieli. Przez warunki panujące w tej szkole Louis zachorował na gruźlicę, która ostatecznie odebrała mu życie.

Był człowiekiem zaangażowanym i dobrym, mającym na uwadze przede wszystkim realizację misji. Udało mu się zmienić sytuację niewidomych na całym świecie – zarówno w XIX wieku, jak i teraz. Na krótko przed śmiercią powiedział: „Jestem przekonany, że moja misja na ziemi została dokonana…”. Pozostawił znaczne zapisy na rzecz Institut National des Jeunes Aveugles (Narodowego Instytutu dla Niewidomej Młodzieży), aby pomóc absolwentom w znalezieniu pracy, na rzecz Towarzystwa Opieki i Pomocy Niewidomym Pracownikom we Francji, w którego komitecie zasiadał. Grupa pomagała niewidomym w usamodzielnieniu się. Będąc żarliwym rzymskim katolikiem wsparł także Dzieło na rzecz Szerzenia Wiary. Wreszcie pewna suma trafiła do Mademoiselle Champion z Metz, by mogła kontynuować pracę nad książkami w druku wypukłym. Sam Louis nie ograniczył się do wynalezienia sposobu zapisu zwykłego tekstu, wynalazł także zapis matematyczny i muzyczny. Był przecież nauczycielem i muzykiem. Będąc doskonałym organistą, grywał w kilku paryskich parafiach.

Bez Braille’a niewidomi nie mogli czytać i kształcić się. Co więc robili wcześniej? Żebrali, nie mając przed sobą żadnych życiowych perspektyw. Louis Braille zostanie więc wśród nas zapewne na zawsze.

Helpowe refleksje

Help zmienia się jak wszystko – to oczywiście znaczy prawie wszystko. Nasze czasopismo ma wystarczająco długą historię, by było warto o niej opowiedzieć. Wpadłem na pomysł wydawania Helpa w roku 1992. Niedawno obchodził więc swoje ćwierćwiecze. W latach 90. był miesięcznikiem, a wydawała go spółka Altix. Kilka lat później nieco zmarniał i przestał wychodzić co miesiąc. Wynikło to z prozaicznej przyczyny. O ile w pierwszych latach komputeryzacji środowiska niewidomych i niedowidzących odczuwaliśmy ogromną potrzebę informowania o najnowszej technologii informatycznej i jej roli w dostępie do informacji, a co za tym idzie nowoczesnej rehabilitacji osób z dysfunkcją wzroku, kilka lat później wiele rzeczy stało się jasne, by nie rzec oczywiste. Help stracił na znaczeniu i wydawaliśmy go rzadziej.

Po latach kryzysu sytuacja się zmieniła i pojawiły się nowe powody, dla których warto wydawać Helpa. Zawarto więc porozumienie pomiędzy spółką Altix i Fundacją Szansa dla Niewidomych, w ramach którego Help stał się ich wspólnym dziełem. Następnie zauważyliśmy, że Czytelnicy coraz mniej interesują się informacjami o nowych produktach pojawiających się na rynku, a coraz bardziej działaniami prospołecznymi. Help stał się więc czasopismem samej Fundacji. O ile w latach 90. był publikowany własnym sumptem, niemal wyłącznie w formie cyfrowej, Fundacja od momentu jego przejęcia zdobyła uznanie Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych i zdobyła dofinansowanie dla tej publikacji (skromne, bo skromne, ale bardzo pomocne). Podtrzymując dotychczasową formę cyfrową, Fundacja zaczęła go wydawać także w wersji papierowej – w czarnym druku i brajlu. W związku z brakiem wystarczających funduszy, mimo dotacji, Help nie mógł już być miesięcznikiem i stał się kwartalnikiem.

Dzięki zwiększonej pomocy PFRON-u na rok 2018 Help wraca do grona miesięczników. Będziemy więc wydawali go trzy razy częściej niż ostatnio! To duże wyzwanie, ale też ogromna szansa na przekazanie wiadomości, na których zależy naszym Czytelnikom. I jaki ma być ten nowy Help? O szczegółach mówimy nieco dalej. Najważniejsza jest nasza misja. Help ma pomagać oraz – aby było to efektywne i doceniane – musi być po prostu fajny. Redakcja będzie się starała połączyć te dwa cele. Nie ma dobrze zrealizowanej misji, gdy nikt nie chce o niej wiedzieć. Z drugiej strony, po co komu fajne pismo, gdy nie służy ważnemu celowi!

W swojej historii dla Helpa pisały różne zespoły. Mamy wielu nowych autorów, ale są i tacy, którzy towarzyszą nam od początku. Jednym z nich jest Igor Busłowicz – Przewodniczący Rady Fundatorów naszej organizacji oraz Sylwester Peryt – były szef Polskiego Związku Niewidomych, wieloletni Członek Rady Patronackiej naszej organizacji. Z kolei ja jestem redaktorem naczelnym pisma lub jego merytorycznym opiekunem już od 26 lat. Jest to dla mnie wielki zaszczyt. Pisanie dla Czytelników, wyjaśnianie, co to jest świat dotyku i dźwięku, czyli świat, w którym się nie widzi, a tylko czuje i słyszy, jest fascynujące. Tworzę to pismo jak najlepiej potrafię, z wielką przyjemnością. Chciałbym oczywiście robić to jeszcze lepiej, ale udaje mi się jedynie to, co widać. Jeśli czegoś nie potrafię i Help nie jest wystarczająco fajny – przepraszam. Subiektywnie oceniając, jestem z Helpa zadowolony. Udaje się nam tyle, ile widać. Cieszę się, że z pomocą Przyjaciół możemy dokonywać zmian na lepsze. Help rośnie!

Jaki to będzie miesięcznik? Zdecydowaliśmy, iż miesięcznik będzie miał skrócony tytuł: „Help”. Dotychczasowy dodatek do tytułu „Wiedzieć więcej” już się nie przyda. Namawianie Czytelników do dowiadywania się i zamieszczanie tego w samym tytule po prostu się znudziło. Hasło to pozostaje myślą przewodnią Helpa.

Zmieniamy okładkę, wygląd stron oraz logotyp Helpa. Od teraz logotyp polega na naniesieniu brajlowskiego napisu „help” na czarnodrukowe litery tytułu. Na okładce znajdzie się wybrany cytat z jednego z artykułów w numerze, a obok jego autor i tytuł materiału, z którego pochodzi. Podamy numer strony, na której ten cytat występuje. Na okładce każdego numeru będziemy prezentowali ich główne tematy. Już teraz, na 15 miesięcy do przodu, wybraliśmy je i będziemy je skrzętnie realizowali. Okładka wersji brajlowskiej będzie drukowana zarówno w brajlu, jak i w czarnym druku. W tym przypadku graficzny napis „Help” będzie uwypuklony i wydrukowany dużymi literami.

Od tej pory nakład czasopisma wynosi 2000 w przypadku wydania czarnodrukowego oraz 80 brajlowskiego. Na drugiej stronie okładki zamieszczamy istotną dla redakcji klauzulę: „wszystkie prawa zastrzeżone”, która zabrania zmieniać, kopiować i w jakikolwiek sposób wykorzystywać utwór bez zgody autora (zwykle pisemnej). Dodajemy tam informację, że można w Helpie wykupić reklamę sponsorowaną, a stosowne zamówienie należy kierować na adres mailowy: promocja_help@szansadlaniewidomych.org

Na trzeciej stronie okładki (wewnętrznej stronie tylnej okładki) będziemy zamieszczali zamówione reklamy i ogłoszenia. Przychód uzyskany tą drogą ułatwi Fundacji sfinansowanie wkładu własnego, który należy wnieść w przypadku wielu rozmaitych projektów dofinansowanych ze środków publicznych. Pomoże to sfinansować także dodatkowe inicjatywy Fundacji, chociażby związane z Helpem.

Od stycznia 2018 nieco zmieniamy podział Helpa. Obok starych działów, pojawiają się nowe. Oto one:

  • Od redakcji – to przede wszystkim „Helpowe refleksje”, nasze uwagi, komunikaty, wyjaśnienia. Mogą się tu znaleźć odpowiedzi na Państwa pytania. Gorąco namawiamy do ich zadawania.
  • Aktualności – jak sama nazwa wskazuje – wszystko, co wydarzyło się w ostatnich tygodniach i jest istotne dla naszych Czytelników.
  • Wydarzenia – istotne wydarzenia związane z naszym środowiskiem i co ważne – mające miejsce zarówno w kraju, jak i za granicą. Będziemy dzielić przeznaczone na ten temat miejsce po równo – dla niewidomych, niedowidzących i ich bliskich.
  • Co wiecie o świecie? – tym razem chodzi wyłącznie o zagranicę, ale nie w kwestii wydarzeń, lecz życia środowisk niewidomych i słabowidzących w innych krajach, a więc zjawisk społecznych, które ich dotyczą, wynalazków medycznych i technicznych, które powstają w pracowniach naukowców i projektantów, które mają niwelować skutki niepełnosprawności w najbliższej przyszłości.
  • Tyflosfera – informacje o rozwiązaniach technicznych i metodologicznych przeznaczonych dla niewidomych, a także problemy związane z ich niepełnosprawnością. Mówiąc „niewidomi” mamy na myśli osoby całkowicie niewidzące, widzące bardzo niewiele (resztkowcy), osoby niewidzące od urodzenia oraz nowoociemniałe.
  • Świat magnigrafiki – dział dla osób słabowidzących – informacje o produktach przeznaczonych dla osób niedowidzących. Mają one inne problemy niż zarówno osoby całkowicie niewidzące, jak i osoby pełnosprawne.
  • Na moje oko – wywiady, felietony, komentarze itd.
  • Jestem… – dział z ewentualnymi rozlicznymi podtematami, zależnie od zgromadzonego materiału, m.in.:
  • Jestem urzędnikiem – materiały pisane piórem urzędników: co robią na co dzień, w jakich uwarunkowaniach pracują, jak mogą pomóc niewidomym i niedowidzącym, co utrudnia im pracę itd., Znajdą się tam także opinie Czytelników o pracy urzędów.
  • Jestem pracodawcą – artykuły z relacjami osób, które zatrudniają niepełnosprawnych oraz uwagi pracobiorców o ich pracodawcach – pozytywne i negatywne.
  • Jestem rodzicem – informacje o tym, jak sobie radzą z wychowaniem dzieci osoby niepełnosprawne wzrokowo, albo rodzice pełnosprawni, którzy mają niepełnosprawne dzieci.
  • Jestem nauczycielem – relacje o szkole, do której uczęszczają uczniowie niewidomi lub słabowidzący.
  • Prawo dla nas – gdy tylko będziemy mieli coś interesującego do powiedzenia na temat prawodawstwa, nie omieszkamy o tym poinformować.
  • Kultura dla wszystkich – organizuje się coraz więcej imprez, które mają charakter integracyjny, albo są wręcz specjalnie zaprojektowane dla osób niepełnosprawnych. Należy je promować, również w Helpie.
  • Ślepy los na wesoło – prawda, że warto troszkę pożartować? Niewidomi nie mogą się kojarzyć jedynie z problemami, miewają przecież prześmieszne historie.

Nie pozostaje nic innego, jak zaprosić do czytania Helpa oraz zgłaszania nam swoich uwag, pytań, a także propozycji artykułów, za które chętnie płacimy.

O nieudanym opolskim fotelu

Na długo przed konferencją w Opolu zdecydowałem, że muszę tam pojechać. Przekonywało mnie do tego wiele argumentów. 25 kwietnia miała się odbyć pierwsza konferencja w ramach kampanii informacyjnej naszej fundacji. Mieliśmy właśnie w Opolu jako pierwszym mieście sprawdzić, czy plan dotyczący naszych starań o zmianę postrzegania osób niewidomych i słabowidzących w społeczeństwie jest dobry. Mieliśmy też sprawdzić, czy nasz zespół dobrze go zrealizuje, czy to, co przygotowaliśmy będzie ciekawe dla naszego środowiska oraz innych gości. Impreza miała też stanowić jeden z elementów obchodów 25-lecia naszej organizacji. To poważne argumenty merytoryczne związane z naszą dziedziną. Były również inne, także ważne, ale nie dotyczące rehabilitacji osób niepełnosprawnych wzrokowo.

Lubię Opole. Byłem tam kilkanaście razy i zawsze było tam fajnie, gościnnie, miło, ciekawie, a także smacznie. Czy lubicie śląskie kluski, zrazy z mięska wołowego z ogórkiem kiszonym w środku, we wspaniałym sosie rozlanym na te kluski? A kapusta, którą tam nazywa się modrą, choć nie mam pojęcia czy naprawdę jest tego koloru oraz w ogóle jaki to właściwie kolor. Gdy piszę te słowa przypomina mi się, że kolor modry to chyba mniej więcej niebieski, ale czy kapusta może taka być? To Wy, Czytelnicy, musicie rozstrzygnąć. Można do mnie napisać i mnie pouczyć co to jest ten modry kolor: marek.kalbarczyk@szansadlaniewidomych.org.

Nie koniec argumentów na rzecz wyjazdu do Opola. Mam tam wielu przyjaciół. Sam także stałem się ich przyjacielem. Dostałem od tamtejszego środowiska odznaczenie „Przyjaciel niewidomych”. Prawda, że to cudowne? A zabytki i historia Opola? A jedna z najlepszych fundacyjnych placówek w tym mieście?

25 kwietnia rano wyruszyliśmy na trasę. Jechało się fajnie. Nowa trasa z Warszawy najpierw w stronę Poznania, gdy się jest na warszawskim odcinku S8, potem w stronę Wrocławia i Katowic, jest naprawdę bardzo wygodna. Mknęliśmy szybciutko pogadując o tym i owym. Zanim się obejrzeliśmy, już zjeżdżaliśmy z S8 w stronę Kluczborka. Od tej pory zrobiło się nudniej. Szosa zbyt wąska, by móc bezpiecznie wyprzedzać i jechać szybko. Jak zapewne wiecie, jazda za ociężałymi ciężarówkami to trudne wyzwanie dla takich jak my. Nawet nie chciało się rozmawiać. Wreszcie dojechaliśmy do Opola, minęliśmy ileś tam ulic i zaparkowaliśmy obok skrzyżowania Katowickiej i Kościuszki. Właśnie tam odbywało się spotkanie niewidomych i słabowidzących z mieszkańcami tego miasta.

Konferencja była bardzo dobrze zorganizowana. Zaproszono między innymi mnie do wygłoszenia jednego z referatów, co uczyniłem z przyjemnością. Po pierwsze jestem – i owszem – gadatliwy, a po drugie przekonywanie do nowoczesnej rehabilitacji, jak najbardziej urozmaiconego rozwoju rehabilitacyjnego, intelektualnego i duchowego, a także budowy mądrego społeczeństwa i państwa, to moje hobby. Wysłuchałem jedynie pewnych fragmentów innych referatów, bo przeszkodzili mi w tym przedstawiciele mediów, którym jak wiadomo nie można odmówić. Ledwo zaczęła się ta konferencja, już się skończyła i przeszliśmy na plac po drugiej stronie skrzyżowania, tuż obok kościoła parafialnego. Na tym placu miał się odbyć piknik integracyjny. Jako, że było to pierwsze spotkanie z cyklu ośmiu zaplanowanych w fundacyjnym projekcie „My nie widzimy nic, a Wy – czy widzicie nas?”, przyjechało do Opola wielu naszych przedstawicieli. Chcieliśmy wszystkiego dopilnować i zdobyć niezbędne doświadczenie, które potem miało się przydać w innych miastach.

25 kwietnia było w Opolu ciepło. W tych dobrych warunkach można było skorzystać z przygotowanych przez Fundację atrakcji: bezwzrokowe strzelanie z broni laserowej, gdzie nie patrzy się na tarczę, lecz zakłada słuchawki i słucha dźwięków – im wyższy ton, tym laserowy promień jest bliżej dziesiątki, a ton basowy gwarantuje porażkę, ping-pong dla niewidomych, gdzie słucha się piłeczki odbijającej się od stołu, a nie patrzy na nią, komputerowe stoisko z grami dźwiękowymi i smaczny poczęstunek. O innych atrakcjach już nie wspomnę, bo chcę skupić uwagę na tym poczęstunku. Nie dość, że był wspaniały, wsławił się prześmiesznym incydentem, którego bohaterem byłem ja sam.

Obejrzałem wymienione stanowiska i atrakcje, troszkę się pobawiłem, zagrałem w ping-pong, nie postrzelałem, bo było tam za wielu chętnych i skierowałem w stronę dobrodzieja kucharza. Postanowił ugotować dla nas i naszych gości cudowną zupę bogracz. Podszedłem bliżej, a on zapytał, czy chcę spróbować tej zupy. Nie trzeba było pytać – jak można odmówić, gdy nie dość, że sam bogracz to wymusza, po tylu godzinach naprawdę chciało mi się jeść. Szef kuchni zabrał się do nalewania zupy. Stanąłem bliziutko niego, on zwrócił uwagę, że muszę usiąść, a nie jeść na stojąco z miską w ręku. Ktoś tam podsunął mi ogrodowy fotel – taki zwyczajny z plastiku, z szerokim oparciem, czterema nogami i dwoma podłokietnikami. Ja odmówiłem, bo gdy inni jedli na stojąco, ja też potrafię, ale oni uznali, że to absurd.

Dostałem w rękę kajzerkę, którą wziąłem do prawej ręki. W lewej ręce trzymałem teczkę – taką lekką, nie stanowiącą większego problemu. Owszem, warto by było gdzieś ją położyć, ale tam, na tym placu, nie było odpowiedniego miejsca. Przełożyłem teczkę do prawej ręki, do której wziąłem też kajzerkę, by mieć wolną lewą rękę. Musiałem ocenić położenie podstawionego mi fotela, by prawidłowo usiąść. Pomacałem fotel wolną lewą ręką, odpowiednio się ustawiłem i spokojnie, powoli zasiadałem. Teczka wisiała na dwóch małych palcach prawej ręki, a kajzerkę trzymałem w trzech pozostałych palcach. Siadałem powoli, już dotykałem siedziska, pilnowałem kajzerki, by niczego nią nie dotknąć i jej nie zabrudzić. Wzmacniam nacisk na fotel i doprowadzam do załamania. Podłokietniki fotela najwyraźniej wcześniej uszkodzone, pod moim ciężarem stopniowo się rozchylają. Czuję to i jeszcze próbuję się unieść, ale środek ciężkości mojego ciała jest już za nisko i nie daję rady. Fotel jak na zwolnionym filmie psuje się stopniowo i powoli, obie jego strony rozchylają się coraz bardziej, siedzisko obniża, aż składa się całkiem. Ląduję na plecach. Pod nimi mam fotelowe oparcie, które jest teraz raczej plastikowym dywanikiem. Podłokietniki gdzieś znikły, najwyżej są moje kolana i ta nieszczęsna kajzerka, która miała się nie zabrudzić. I tak tkwię przez moment, a dookoła kompletnie zacichło. Jeszcze sekundę temu panował gwar, bo ktoś strzelał, inni grali w ping-ponga, jeszcze inni rozmawiali, a teraz zamilkli jakby na rozkaz. I właśnie ta cisza mnie do cna rozbawiła. Zdążyłem pomyśleć, o czym oni myślą, że tak się wyciszyli. Pewnie, że oto prezes fundacji dostał zepsuty fotel i doszło do kompromitacji. Pewnie zaraz się wkurzy i obrazi. I właśnie myśl o tym, jak oni są sparaliżowani obawą przed awanturą doprowadziła mnie do odlotowego śmiechu. Ja tutaj, w Opolu, z kajzerką w górze, teczką zwisającą pod nią, na plecach, z kolanami ku górze, a oni wystraszeni: „co teraz będzie?”. Już sobie wyobraziłem ich miny, gdy tak zamilkli i jak tu się nie śmiać?

Wstałem raz dwa i dalej się śmiałem. Oni wreszcie się odprężyli i także zaczęli się śmiać. Przecież to niczyja wina. To tylko śmieszny przypadek. Kto by mógł przewidzieć, że jakiś fotel jest pęknięty? Tego nawet nie widać, a jedynie gdy się go obciąży, rozlatuje się na lewo i prawo. Byłem zdecydowany jeść tę zupę jednak na stojąco, ale po raz drugi przekonano mnie, że to absurd. Zasiadłem tym razem na ławie obok Adama, z którym pojechaliśmy na to spotkanie i w rozkosznym nastroju zjadłem dwa talerze znakomitej zupy. A w niej wszystko, co lubię – mięsko, papryka, smak pomidorowy, ogóreczki kiszone i sam już nie wiem, co jeszcze.

Opole, pozdrawiam Was! Dziękuję za zupę, inne przekąski, za przemiłe spotkania i temat dla mojego artykułu. Od dawna chciałem napisać o tej przygodzie, ale nie było dobrej okazji. Teraz przypomniał mi to najmłodszy syn, który ma za zadanie pamiętać, co śmiesznego spotkało mnie albo innych niewidomych.

Gdyby ktoś spotkał się z kolejnymi śmiesznostkami, zapraszamy do napisania artykułu z cyklu „Ślepy los na wesoło”. Śmiechu i pozytywnego nastawienia do życia nigdy za dużo.

My nie widzimy nic, a Wy – czy widzicie nas?

Kilka lat temu w gronie współpracowników Fundacji Szansa dla Niewidomych zastanawialiśmy się nad hasłem, zgodnie z którym mieliśmy manifestować przed Pałacem Kultury i Nauki w Warszawie. Manifestacja była zaplanowana jako kulminacja Wielkiego spotkania niewidomych, niedowidzących i ich bliskich oraz Konferencji REHA FOR THE BLIND IN POLAND. Podczas dyskusji podnosiliśmy problemy naszego środowiska i uznaliśmy, że najważniejsze dla nas jest odwołanie się do całego społeczeństwa w kwestii jego dbałości o ludzi poszkodowanych przez los. A niewidomi są właśnie poszkodowani. Nie widzieć lub widzieć niewiele nie jest łatwo. Jak porównywać taki los z życiem innych ludzi wiedzą nowoociemniali. Wspominają jak to było, gdy byli pełnosprawni i oceniają swoją nową sytuację bardzo źle. Często dochodzi wśród nich do bardzo głębokiej depresji, utraty pracy, zaniechania własnych zainteresowań, ambicji, planów. Bywa, że ludzie, którzy tracą lub stracili wzrok, tracą też dochody, przyjaciół, nawet rodzinę. Niewidomi po tej życiowej zmianie nie potrafią się odnaleźć, nie radzą sobie z codziennymi czynnościami, nie wychodzą z domu, bo chodzenie z białą laską nie dość, że jest trudne, nie jest przez nich akceptowane.

Jest wiele sposobów na poprawienie sytuacji niewidomych i słabowidzących. Sprzyja temu rozległa wiedza dotycząca tzw. nowoczesnej rehabilitacji, a w jej ramach nauka orientacji przestrzennej i poruszania się po mieście, szkolenia w wykonywaniu codziennych czynności, technologia komputerowa dająca dostęp do informacji itd. To wszystko jednak zależy od dobrej woli społeczeństwa i władz. Często spotykamy się z jej brakiem. Każda pomoc – czy to zdrowotna, czy rehabilitacyjna, wymaga empatii i funduszy. Wszystko, co pomaga innym jest drogie. Często okazuje się za drogie. Gdy bierzemy udział w decydowaniu o przyznaniu środków finansowych na ten cel, słyszymy, że jest to niemożliwe, albo musi być wyraźnie ograniczone. Wtedy nawet możemy być zrehabilitowani, depresję mieć za sobą – podnosimy się z psychicznego dołka i już mamy nadzieję, że będzie lepiej, a tu wiele mocnych ciosów w plecy:

brajlowskie urządzenia służące niewidomym do czytania według decydentów są za drogie, choć naprawdę nasze państwo na nie stać,

podobnie elektroniczne, a nawet optyczne urządzenia i przyrządy, co spowodowało, że brakuje dofinansowania tego rodzaju zakupów dla osób słabowidzących z umiarkowanym stopniem niepełnosprawności, nie mówiąc już o stopniu lekkim,

ośrodki szkolno-wychowawcze dla niewidomych muszą być nazywane określeniem „specjalne”, mimo że od zawsze chcą być określane mianem „specjalistyczne” i muszą być finansowane lokalnie, mimo że uczą młodzież z całego kraju i nie mają funduszy nawet na podstawowe wydatki,

dookoła otoczenie nie jest dostosowane do potrzeb niepełnosprawnych wzroku, chociaż rozwiązań, które służą do tego celu oraz przykładów dostosowań za granicą jest mnóstwo,

brak wzroku oznacza brak pracy, pracę fikcyjną albo inną, ale za każdym razem bardzo niskopłatną,

zamiast pomagać i pomagać, trwa urabianie naszego środowiska, byle tylko niczego nie wymagało: może się nie uczyć, albo uczyć byle jak, może być wtórnymi analfabetami, może nie pracować i cieszyć się z rent socjalnych, albo pracować i jakoś tam zarabiać, byle nie wymagało za dużo.

Czy o to chodzi w kraju, który chce być traktowany poważnie? Czy o takim stanie rzeczy mogą marzyć chrześcijanie wyczuleni na biedę innych?

W wyniku dyskusji, która zwróciła uwagę zarówno na te problemy, jak i na wszelkie przejawy empatii i pomocy ze strony społeczeństwa i władz, zdecydowaliśmy się na wezwanie bliźnich do działania: my nie widzimy nic, albo widzimy mało i naprawdę potrzebujemy społecznego zrozumienia i pomocy. Aby stało się to realne, najpierw należy nas posłuchać, a potem zrozumieć. Stąd nasze hasło: „My nie widzimy nic, a Wy – czy widzicie nas?”

Idole 25-lecia Fundacji Szansa dla Niewidomych

25. rocznica powołania Fundacji obliguje do wspomnień, przypominania sobie wybitnych ludzi i wyjątkowych wydarzeń. Wśród rozlicznych inicjatyw związanych z tym wydarzeniem wypadało więc wyróżnić osoby, które zasłużyły się w życiu środowiska niewidomych i słabowidzących. Co roku wyróżniamy osoby, które zgłasza środowisko, a głosują internauci. Należy wyróżnić także osoby, które nie mogą podlegać zwykłemu głosowaniu. Tego rodzaju głosowanie nie odzwierciedla niektórych ważnych aspektów rzeczywistości. Dla przykładu, gdy ktoś pracował przez 50 lat, jest starszym człowiekiem, już ogranicza swoją aktywność, powszechnie się go nie zna. Nie powinien brać udziału w głosowaniu, w którym liczy się aktualna sytuacja. Takie są prawa demokracji. Nie zdołalibyśmy wybrać ludzi wartościowych, a wygraliby kandydaci najbardziej popularni.

W ramach podsumowania 25 lat przypominamy sobie historię środowiska niewidomych i słabowidzących oraz osoby, które tę historię tworzyły. Widzimy prawidłowość, że ogromne zasługi nie muszą iść w parze z ich uznaniem. Czujemy się zobowiązani, by podziękować wybitnym osobom, które powoli schodzą ze sceny, sceny, na której odgrywały bardzo ważne role. Jest jeszcze jedna ważna grupa osób. Teraz są aktywne, ale ich działalność nie jest znana szerszemu gremium. Fundacja chce zaprezentować również ich zasługi. Wyróżnienie tytułem IDOLA ŚRODOWISKA wynika z pozytywnej oceny działalności. Wyróżniamy, by wskazać najlepsze przykłady, wzorce, które należy szanować i naśladować. Mamy wrażenie, że inne organizacje zaniedbują tego rodzaju promocję dobrych wzorów. Tym bardziej my to robimy.

17 października, podczas uroczystości otwarcia XV edycji Konferencji REHA FOR THE BLIND IN POLAND przyznaliśmy tytuł IDOLA SPECJALNEGO kilku wspaniałym osobom. Oto krótkie notki o nich.

Stanisław Kotowski jest niewidomym intelektualistą. Jego główną cechą jest mądrość. W zasadzie już to wystarczy, by został przez nas wskazany jako przykład godny naśladowania. Niech inni staną się tak wykształceni i oczytani jak Pan Stanisław, a na pewno skorzystamy na tym wszyscy.

Poznaliśmy się gdy był szefem działu w Polskim Związku Niewidomych. Jako szef tego działu pomagał niewidomym w zdobywaniu przyrządów rehabilitacyjnych niwelujących skutki niepełnosprawności wzroku. Awansował i został dyrektorem Związku. W latach 90. był jednym z mózgów tej organizacji. Teraz jest na emeryturze, ale nadal wpływa na innych ludzi. Jest kompetentny i potrafi analizować sytuację, a następnie udzielać mądrych rad. Świat nie może się obejść bez takich osób. Skoro jest nam tak potrzebny, trudno się dziwić, że został idolem 25-lecia naszej Fundacji.

Był członkiem prezydium zarządu Głównego PZN w trzech kadencjach. Jest doktorem, specjalistą w dziedzinie rehabilitacji niewidomych i słabowidzących. Był redaktorem naczelnym czasopism związanych z naszym środowiskiem, twórcą własnego miesięcznika wydawanego w wersji elektronicznej: „Wiedza i Myśl”.

Donata Kończyk – w przeciwieństwie do Pana Kotowskiego – jest młodą, pełnosprawną osobą. Dlaczego więc została wybrana na IDOLA? Pracowała przez wiele lat na Uniwersytecie Warszawskim w Biurze Obsługi Niepełnosprawnych studentów. Od jej pracy zależało powodzenie studiów wielu osób. To mogłoby nie mieć tak dużego znaczenia, gdyby nie to, jak bardzo interesowała się swoją pracą i jak wiele dowiedziała się o dziedzinie adaptacji niewidomych oraz dostosowania otoczenia do ich potrzeb. Są na to konkretne dowody.

Pełni obowiązki Naczelnika Wydziału i jest Pełnomocnikiem Prezydenta m.st. Warszawy ds. dostępności. Inicjuje i koordynuje działaniami zmierzającymi do likwidacji barier utrudniających mieszkańcom miasta funkcjonowanie w społeczeństwie. Jest z wykształcenia tyflopedagogiem, instruktorem orientacji przestrzennej i rehabilitantem wzroku. Była wieloletnim pracownikiem Biura ds. Osób Niepełnosprawnych Uniwersytetu Warszawskiego, w którym kierowała i koordynowała wsparcie technologiczne osób z niepełnosprawnością oraz sprawdzaniem uniwersyteckich inwestycji, w tym architektonicznych, pod kątem dostępności do potrzeb osób z różnymi niepełnosprawnościami.

Artur Pozorek od wielu lat pomaga osobom niepełnosprawnym. Jest urzędnikiem, ale wymyka się powszechnemu ocenianiu tej grupy obywateli. Jako urzędnik ma na celu pomaganie i czyni to z poświęceniem bez względu na to, ile pracy to kosztuje. Jest absolwentem Wydziału Dziennikarstwa i Nauk Politycznych na Uniwersytecie Warszawskim. W latach 2004-2005 był Przewodniczącym Powiatowego Zespołu ds. Orzekania o Niepełnosprawności w Nowym Dworze Mazowieckim. Od 2005 r. jest Pełnomocnikiem Zarządu Województwa Mazowieckiego ds. Osób Niepełnosprawnych, a od niedawna Kierownikiem Wydziału ds. Osób Niepełnosprawnych Mazowieckiego Centrum Polityki Społecznej. W latach 2009 – 2011 był Doradcą Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi. Jest członkiem Mazowieckiej Rady Działalności Pożytku Publicznego.

Paweł Kacprzyk jest od kilku lat Prezesem Zarządu Towarzystwa Opieki nad Ociemniałymi w Laskach. Jest młodym działaczem i menadżerem, a już osiągnął ogromny sukces. Został wybrany na Prezesa po raz drugi, co oznacza bardzo dobrą ocenę jego pracy w pierwszej kadencji. Już teraz widać, że wprowadza do ośrodka nowy styl, nową jakość. Laski, bo tak skrótowo nazywamy ten ośrodek i stowarzyszenie, otwierają się na innych ludzi. Do tej pory były skupione na nauczaniu i wychowaniu niewidomych uczniów oraz pomaganiu dorosłym niewidomym, którzy są związani z nimi. Teraz Laski współpracują z innymi organizacjami i biorą aktywny udział w pracach realizowanych dla całego środowiska niewidomych i niedowidzących w kraju. Pan Paweł Kacprzyk razem z innymi Członkami Zarządu rozumie co to jest nowoczesna rehabilitacja i przeprowadza ośrodek przez bardzo trudny okres do nowej rzeczywistości politycznej, ustrojowej, społecznej i rehabilitacyjnej.

Marta Zielińska jest wybitną przedstawicielką nielicznej grupy ludzi, którzy poświęcili dziesiątki lat swojego życia dla niewidomych. Notkę życiorysową o Pani Marcie można znaleźć w osobnym artykule dotyczącym osób odznaczonych przez Pana Prezydenta, nie powtarzając więc tamtych informacji, pragniemy jedynie przypomnieć, że odegrała bardzo ważną rolę w powołaniu do działania również naszej Fundacji. Najpierw wróciła z zagranicy i udała się do Lasek. Niedługo potem kierowała tam Działem Darów, który odegrał ważną rolę w stanie wojennym. To do Lasek przychodziły tysiące paczek rozdawanych nie tylko niewidomym absolwentom. Została głównym współpracownikiem pani Zofii Morawskiej i była współpracowniczką władz Fundacji Pomocy Niewidomym w Polsce. Przy tej okazji odegrała ogromną rolę w stworzeniu pierwszego na rynku syntezatora mowy mówiącego po polsku oraz zaraz potem w utworzeniu pierwszej w kraju firmy tyfloinformatycznej Altix. Z kolei ta firma współtworzyła naszą organizację oraz jest jej generalnym sponsorem do dzisiaj.

Co nas zachwyca w Pani Marcie? Jest intelektualistką, niebywale oczytana, aktywna, zaangażowana politycznie po stronie patriotycznej i solidarnościowej. Dzięki takim osobom jak Ona, inni zmieniają się na lepsze. Dzięki Niej dorastają i mądrzeją. Działa na nich Jej przykład, poziom, wymagania od samej siebie i od innych.

Wszystkim IDOLOM SPECJALNYM serdecznie gratulujemy!