Jedna metoda na różne absurdy

W poprzednim numerze HELPa informowaliśmy o konkursie MUSI BYĆ INACZEJ, zwanym potocznie „konkursem na absurd”. Po kilku miesiącach od tego wydarzenia skontaktowaliśmy się z finalistkami konkursu: Kingą Burdą i Olą Boruch, bo choć każda z nich wskazała zupełnie inne absurdy życia codziennego, doszły do podobnych wniosków. Jak wspominają konkurs, co teraz robią i jak walczą z absurdami?

Moją pierwszą rozmówczynią była Kinga Burda z Krakowa, która zajęła w konkursie pierwsze miejsce.

– Skąd dowiedziałaś się o konkursie?

– O konkursie dowiedziałam się dzięki koleżance, która współpracowała z Fundacją Szansa dla Niewidomych. To ona zabrała mnie na spotkanie z pracownikiem Fundacji, które było u mnie na uczelni. Tam właśnie dowiedziałam się o konkursie na absurd.

– Miałaś wcześniej kontakt z osobami niewidomymi?

– Studiuję pracę socjalną na Uniwersytecie Pedagogicznym w Krakowie. I tam miałam zajęcia poświęcone osobom niewidomym i głuchym. Interesuje mnie praca z ludźmi niepełnosprawnymi, dlatego nagrodę w tym konkursie przeznaczyłam na kurs języka migowego.

– Biorąc udział w naszym konkursie na absurd napisałaś, że najbardziej irytuje Cię to, że autobus linii 139 zawsze się spóźnia. To właśnie na ten wpis zagłosowała zdecydowana większość uczestników. Jak myślisz, dlaczego?

– Bo nikt nie lubi, jak jego autobus się spóźnia. To niby taka błaha sprawa, ale jaka irytująca! Zwłaszcza, jak nie masz wyboru, żadnej innej opcji, to czekasz na niego i się denerwujesz…

– Dokąd jeździsz słynnym już autobusem linii 139?

– Jeżdżę nim na Uniwersytet. To jedyny autobus, który tam dojeżdża i jak na złość notorycznie się spóźnia. Zwłaszcza wtedy, kiedy wszyscy śpieszymy się na egzamin.

– Od konkursu i Twojego wpisu minęło pół roku. Czy autobus nadal ma takie opóźnienia?

– Tak! Nic się nie zmieniło. Spóźniał się nawet w wakacje.

– Czy myślisz, że masz szanse to zmienić?

– Sama? Nie, nie sądzę.

– Czy zatem można wygrać z absurdami dnia codziennego?

– Można, tylko, że to nie jest wcale takie łatwe. Musi się zaangażować naprawdę dużo osób, a ludzie są zbyt leniwi, nie chce im się działać. Dlatego tak trudno cokolwiek zmienić.

Porozmawiałam również z Panią Olgą Boruch z Olsztyna, która w konkursie MUSI BYĆ INACZEJ zajęła trzecie miejsce.

– Skąd dowiedziałaś się o konkursie?

– Szukałam wtedy zajęcia i znalazłam ogłoszenie o pracy w Fundacji Szansa dla Niewidomych. Zainteresowało mnie, więc zaczęłam szukać informacji o Fundacji. Zajrzałam na Face–booka, bo teraz każdy tam ma swoją stronę, a tam dowiedziałam się o konkursie.

– Czy miałaś wcześniej styczność z osobami niewidomymi?

– Tak, studiowałam oligofrenopedagogikę i tam miałam kontakt z osobami niewidomymi.

– A czym się teraz zajmujesz?

– Niedawno skończyłam pracę i teraz podążam za marzeniem, czyli fotografią. Specjalizuję się w fotografowaniu ludzi i przyrody, a najchętniej pracuję z dziećmi, bo są najwdzięczniejszym obiektem zdjęć. Cieszę się, bo nagrodę, którą otrzymałam w tym konkursie od Fundacji, mogłam przeznaczyć właśnie na moją pasję – Kupiłam odpowiednią lampę do aparatu foto–graficznego.

– Biorąc udział w konkursie napisałaś, że mamy w kraju wiele absurdów: że mordercy są łagodniej sądzeni niż złodzieje, że bardziej opłaca się wyrzucić żywność niż ją rozdać biednym. Wskazałaś, że to typowo polskie – a czy za granicą nie ma absurdów?

– Na pewno za granicą też one są. Jednak to o naszych wiemy najwięcej – bo najwięcej można dostrzec w miejscu, w którym się mieszka. Na pewno Niemcy też mają swoje, mimo, że uważamy ich za taki dobrze zorganizowany naród.

– Czy myślisz, że te nasze polskie absurdy można zmienić?

– Oczywiście, że można, ale pod warunkiem, że zaangażuje się dużo osób, które faktycznie będą chciały coś zrobić, coś zmienić – a nie tylko narzekać.

– Czy takie zmiany są łatwe?

– Nie, ponieważ wymagają zaangażowania wielu osób, żeby ich głos był usłyszany i miał szanse coś zmienić. Samemu bardzo trudno osiągnąć sukces na tym polu, musimy się wszyscy zorganizować.

Aby wygrać z absurdami, aby świat wyglądał inaczej, musimy połączyć siły. Nie tylko o tym mówić, nie tylko planować, ale działać. Wspólnie możemy zmienić świat na lepsze.

Opowieść z odległego lądu. Jak powstawała biblioteka dla niewidomych w RPA

Gdy wybierałam kierunek studiów – bibliotekoznawstwo na UW, nie spodziewałam się, że dwa lata później uczelnia wyśle mnie i dwójkę innych studentów do Republiki Południowej Afryki. Wyjazd do ośrodka dla dzieci niewidomych i niedowidzących zmienił moje życie i podejście do świata.

Zakład w Siloe został założony w północnej, ubogiej części RPA w latach 50 przez belgijskie zakonnice. Od 2007 roku jest prowadzony przez Siostry Franciszkanki Służebnice Krzyża. W 2009 roku ośrodek prowadziły trzy wspaniałe kobiety: Siostra Fides, Siostra Angelika i Siostra Bogumiła, które ściągnęły tam trójkę studentów bibliotekoznawstwa, by zorganizowali od podstaw bibliotekę dla mieszkańców zakładu.

W Siloe było wtedy prawie 200 dzieci z wadami wzroku oraz około 400 dzieci widzących – mieszkańców pobliskich wiosek. Inwalidzi wzroku mieszkali w ośrodku na stałe, wracając (często dość niechętnie) do swoich domów na ferie i wakacje.

Starano się zapewnić dzieciom ten sam poziom nauki, co w szkołach dla osób widzących, wykorzystując dostępny w ośrodku sprzęt. Bardzo szybko i sprawnie pisały na starych, zielonych perkinsach, dobrze posługiwały się systemem brajla i korzystały z brajlowskich książek. Nie miały, niestety, dostępu do linijek brajlowskich, więc często nosiły ze sobą te wielkie tomy. Ze względu na wiek książek i ich częste użytkowanie, jakość wydruków nie była zbyt dobra. Jednym z naszych zadań podczas tego wyjazdu, było przygotowanie podwalin pod drukarnię brajlowską.

Jednak – wracając do naszego celu wyprawy – pojechaliśmy tam zorganizować bibliotekę, w dawnym budynku kościoła, dlatego śmialiśmy się, że jedna świątynia zmieniła się w drugą. Zaczęliśmy od przeglądania księgozbioru – tutaj bardzo przydała nam się pomoc niewidomej nauczycielki historii, która zajęła się selekcją starych książek historycznych. Ze względu na trudną historię tamtego regionu, w tym apartheid, stare książki zawierały wiele rasistowskich i krzywdzących kwestii. Były tam również książki zupełnie zbędne – np. drugi tom nieaktualnego już rozporządzenia ministra sprzed 20 lat w 20 egzemplarzach. Albo książki, w których większość kartek wyjadły szkodniki. Na marginesie dodam, że szkodników, pająków i owadów było tam dużo, więc jak ktoś się ich boi, to nie polecam takich wyjazdów.

Zakupiliśmy wiele nowych książek, głównie czarnodrukowych lub z drukiem powiększonym, bo tylko takie można było kupić w najbliższym mieście Polokwane, odległym od Siloe o 40 km. Książki brajlowskie zamówiliśmy z katalogu, niestety nie wszystkie zdążyły dotrzeć do biblioteki przed naszym wyjazdem – bo w RPA, jak pewnie w całej Afryce, życie toczy się spokojnym, powolnym, wręcz odrębnym tempem.

Kupiliśmy również komputery z dużymi ekranami oraz gry i encyklopedie. Ale ponieważ największą rolę w tamtejszym regionie odgrywa kultura mówiona, wyposażyliśmy bibliotekę w odtwarzacze CD i kaset magnetofonowych. I to właśnie audiobooki cieszyły się największą popularnością.

Dla najmłodszych stworzyliśmy kącik dziecięcy z najprostszymi książeczkami w brajlu i z tyflografiką, by maluchy mogły odkrywać świat książek już od najwcześniejszych lat życia. Do tego kilka zabawek i gier edukacyjnych. Duże powodzenie zdobył brajlowski chińczyk i puzzle brajlowskie z alfabetem. Przestrzeń zorganizowaliśmy tak, by Boni – przyszły bibliotekarz – miał wszystkich na oku. Staraliśmy się również nie rezygnować z wolnego dostępu do książek – przynajmniej tych najpopularniejszych, by również niewidomi mogli samodzielnie, bez pytania o pomoc, wybrać sobie interesującą książkę. Wymagało to od nas sporo wysiłku, by odpowiednio oznaczyć przestrzeń, półki i książki.

Mogliśmy liczyć na pomoc różnych osób. Najchętniej przychodzili do nas nastoletni chłopcy – praktycznie codziennie po szkole. I właściwie robili więcej zamieszania niż faktycznie pomagali, ale przecież to miejsce miało być również dla nich, dlatego chcieliśmy, by aktywnie uczestniczyli w jego tworzeniu.

Dzieci cieszyły się z naszego przyjazdu, choć na początku dziewczynki były bardzo nieśmiałe. Chłopcy dużo szybciej się przełamali. Rozmawialiśmy z nimi po angielsku – był to język wykładowy w szkole. Z młodszymi dziećmi mieliśmy większy problem – nie znaliśmy lokalnego języka sepedi, one jeszcze nie znały angielskiego, a przecież ciężko jest porozumieć się z niewidomym na migi. Nauczyliśmy się więc kilku zdań w lokalnym języku, np. „jestem przyjacielem”, „nie bój się”, „nie znam twojego języka”. Nad najmłodszymi użytkownikami bibliotek opiekę od samego początku przejął Boni – nasz następca.

Ponieważ dzieci nigdy wcześniej nie miały kontaktu z biblioteką, wszystko było dla nich nowe i musieliśmy im wiele pokazać. Dlatego przychodziły do nas na lekcje biblioteczne i uczyły się zasad dbania o książki, przeznaczenia słowników i encyklopedii, a także organizacji przestrzeni i zasad wypożyczania książek. Największym zaskoczeniem dla nich było to, że książki można czytać również dla przyjemności. Dzieciom kojarzyły się one wyłącznie z nauką, bo tylko do takich zasobów miały do tej pory dostęp.

W wolnych chwilach, poza pomaganiem nam w bibliotece, dziewczynki bawiły się lalkami, a chłopcy chętnie grali w piłkę – robili je ze starych torebek foliowych i sznurka. Taka piłka była świetnym rozwiązaniem – była lekka, więc nie mogła nikomu zrobić krzywdy, szeleściła, więc można ją było zlokalizować, była łatwa do zrobienia, więc gdy zaginęła, chłopcy szybko robili następną. Dzieci były bardzo muzykalne, więc razem śpiewały i uczyły się grać na różnych instrumentach. Bardzo chętnie ćwiczyły grę na „udawanych” bębnach tj. odwróconych koszach na śmieci, najlepiej o szóstej rano. Dla mnie była to niesamowita, choć dość głośna pobudka.

Przyjeżdżając tam, już pierwszego dnia siostry obiecały nam, że jeśli będziemy przykładać się do naszej pracy, one zabiorą nas w nagrodę na kilka wycieczek. I tak faktycznie było, ale to już treść innych, długich historii…

I w ten sposób, pracując przez półtora miesiąca zorganizowaliśmy bibliotekę, salę kinową i podwaliny pod drukarnię brajlowską. Było to niesamowite doświadczenie. Pobyt w tym odległym kraju, w zupełnie innej kulturze, sprawił, że zaczęłam inaczej patrzeć na świat: z większym szacunkiem dla odmienności

i z większą pokorą. Stałam się bardziej otwarta i ciekawa świata. Zapragnęłam kolejnych takich wyjazdów, które – jak wierzę – jeszcze kiedyś nastąpią.