Facet, który nie znał granic. Wspomnienie o naszym niewidomym przyjacielu – prof. Witoldzie Kondradzkim

Był:

  • niewidomym, który widział o wiele więcej niż inni,
  • wesoły i dowcipny, a zajmował się bardzo poważną dziedziną nauki, jaką jest matematyko-fizyka,
  • Polakiem z krwi i kości, który myślał „kosmicznie”.

Witek zaskakiwał, ale tylko tych, którzy spotykali go po raz pierwszy. Ci, którzy znali go wcześniej, wiedzieli, na co go stać. Gdy mieli do rozstrzygnięcia trudną kwestię, wpadali na wyjątkowo prosty pomysł rozwiązania – zadzwonić do niego i zapytać. Nie pamiętam, by nie potrafił doradzić. Z czego to wynikało? Był nieprzeciętnie inteligentny, to znaczy mniej więcej genialny. Do tego dochodziła ogromna wiedza. Nie znam dziedziny, w której wiedziałby mniej od innych moich znajomych. Po prostu coś nieprawdopodobnego.

Urodził się w 1950 roku – żył 65 lat. Od urodzenia, z kilkuletnią przerwą, mieszkał w rodzinnym domu na warszawskim Żoliborzu. Zgodnie z tradycją kontynuowaną w tej rodzinie od pokoleń, każdy pierworodny syn dostawał imię Witold. I tak ojciec czy syn Witka nazywali się tak samo jak on.

Jego dom to bardzo specjalne miejsce. Kogo tam nie było! Spotkałem u Witka wielu wybitnych ludzi, którzy przychodzili do niego tak samo chętnie jak ja. I wszyscy przeżywaliśmy wyjątkowe „spektakle” – zwykłe rozmowy na niezwykłym poziomie.

Razem (Witek Kondracki, Sylwek Peryt i ja) stworzyliśmy spółkę Fonon, która wystąpiła o koncesję na częstotliwość dla warszawskiej stacji radiowej przeznaczonej dla osób niepełnosprawnych, zwłaszcza niewidomych i niedowidzących. Nasz pomysł spodobał się środowisku, a także wielu osobistościom życia politycznego, gospodarczego oraz przedstawicielom mediów. Udzielaliśmy wywiadów i opowiadaliśmy, że w nowych czasach trzeba pomóc tym, którzy nie widzą, ale mogą i chcą słuchać. Kończyła się epoka książek nadawanych w Polskim Radiu w formie wieloodcinkowych słuchowisk, które uwielbiali niewidomi. Chcieliśmy stworzyć radio informacyjne: dużo literatury, muzyki, wiadomości, dyskusji, szkoleń. Jako pierwsi, w trakcie specjalnej uroczystości, otrzymaliśmy do wypełnienia koncesyjny wniosek. Walczyliśmy o to radio jak lwy i prawie się nam udało. Każdy z nas miał inne zdolności i zadania do wykonania. Sylwek Peryt – działacz Polskiego Związku Niewidomych – był najpierw jego Sekretarzem Generalnym, a potem prezesem zarządu. Ja zostałem prezesem spółki i miałem za zadanie być najbardziej przebojowym, a Witek (intelektualista) był naszym strategiem. To on wymyślił, że możemy zorganizować radio z prawdziwego zdarzenia. Pierwszy pomysł, by niewidomi mieli swoje radio rzucił Tadeusz Madzia, gdy był szefem Związku. Jednak jemu chodziło o CB radio. Było to jednak w trakcie tworzenia ustawy o radiofonii i telewizji, wobec czego Witek sprowadził nas na właściwe tory: „Panowie, po co jakieś przestarzałe rozwiązanie, gdy można zorganizować radio nadające na falach ultrakrótkich, jak Trójka!”

Długo czekaliśmy na decyzję Rady Radiofonii, bo chętnych było o wiele więcej, niż miejsc na UKF.

Wreszcie coś się ruszyło. Z tą dobrą wieścią pojechaliśmy z żoną do Witka. Wpadliśmy jak burza, przekazaliśmy wiadomość o sukcesie, a on zadysponował, by Małgosia, jego młodsza córka, pobiegła do sklepu na Plac Wilsona po wino – musujące.

Siedzieliśmy w jego pokoju i gawędziliśmy. Małgosia przejęła się swoją rolą może nieco zanadto i gdy kupiła to wino, pospiesznie wracała. Pewnie podbiegała machając siatką z „szampanem”. Wręczyła go ojcu, a on się przyznał, że nie jest mistrzem w otwieraniu szampanów. Ja też nie byłem i nadal nie jestem, ale nie sprawia mi to większych kłopotów. Wziąłem wino do rąk i usiadłem na kanapie. Zabrałem się do rozbrajania korka i… nie musiałem czekać zbyt długo na zaskakujące efekty. Przekroczyły wszelkie nasze wyobrażenia. Szampan wybuchł, a sążnista piana otoczyła najpierw butelkę, potem dłonie, mnie całego i sięgnęła o wiele wyżej ponad głowę. Rozwinęła się na boki i gdzie popadło, i wpłynęła do rękawów mojej marynarki kompromitując mnie ostatecznie. Gdy szampan się opanował, a jego siła rozprężania wyczerpała, wstałem, oddałem butelkę żonie i zacząłem wytrzepywać tę pianę z rękawów. Witek pękał ze śmiechu, czym nas też zaraził. I tak we troje najpierw przeżyliśmy coś, co szczególnie teraz, po jego śmierci, jest takie warte wspomnienia i drogie, a potem ten ogromny wspólny śmiech, który był nie do zahamowania. Przecież nie każdemu zdarza się taka heca. Właśnie takiego stosunku do życia uczył mnie i innych Witek.

Był zdrowym dzieckiem i młodzieńcem, ale czekał go los wyjątkowo trudny. Świetnie się uczył, ale nie było to najważniejsze. On był „ponad to”! Fascynował się nauką nieprawdopodobnie. Chciał odkryć każdą prawdę i zbadać naturę rzeczy jak najdokładniej. W wieku 13 lat stracił wzrok podczas „naukowej zabawy” – eksperymentów z chemikaliami. Powiedział kiedyś rodzinie, że dostał zestaw Małego Chemika, ale miał większe ambicje, więc sięgnął (nie do końca legalnie), po zasoby pracowni chemicznej w szkole. Zabawa skończyła się tragicznie – potężną eksplozją, która zniszczyła mu twarz, dłonie oraz oczy. Po wielu miesiącach spędzonych w szpitalach wrócił do zdrowia ogólnego, ale wzroku mu nie przywrócono. Kontynuował naukę w tej samej szkole. Chemii nie porzucił i nadal ją ubóstwiał. Jako niebywałego niewidomego, ubóstwiali go inni uczniowie i nauczyciele.

Zaprzyjaźnił się z – naówczas chłopcem, który był do niego bardzo podobny – Włodkiem Wysockim. On też był widzący i fascynował się między innymi matematyką, fizyką i chemią. Także on eksperymentował i w wyniku wybuchu stracił wzrok. Włodzimierz także studiował matematykę i jest doktorem tej dziedziny. Jakież miałem szczęście, że mogłem poznać ich obu. Najwyraźniej sam musiałem stracić wzrok, żeby było to możliwe. Bez tych trzech wypadków nie mogłoby to się zdarzyć. Dzięki tym przyjaźniom często mówię, że utrata zdrowia może mieć jednak bardzo pozytywne znaczenie.

Studiował matematykę, w trakcie której rozpoczął również fizykę. Finalnie skończył studia z tytułem magistra matematyki, a potem obronił doktorat z fizyki. Większość jego dorobku naukowego skupiała się na zagadnieniach z pogranicza matematyki i fizyki. Został doktorem habilitowanym, profesorem. Przez wiele lat pracował w Instytucie Matematycznym Polskiej Akademii Nauk, gdzie zatrudnił się bodajże w 23. roku życia. Dużo czasu w trakcie naukowej kariery spędził na stypendiach zagranicznych – w USA, Niemczech, we Włoszech, Francji. Jako pracownik Instytutu Matematycznego uczestniczył w naukowych konferencjach, które odbywały się na całym świecie. Między innymi dzięki tym naukowym podróżom, pokochał wschodnią Azję. Był w Kambodży, Tajlandii, Korei Północnej, Nepalu, Indiach, Malezji, Laosie, Wietnamie, Singapurze i Birmie. Oprócz tego zwiedził bliską Europę, Gruzję, Turcję, Afganistan, Iran, Stany Zjednoczone, a nawet Gwadelupę.

O swoich podróżach opowiadał czytelnikom w dawniejszych numerach naszego Helpa.

Fascynowała go geografia. Znał mapę całego świata i wielu krajów z osobna. Ja mam takie samo zainteresowanie i uwielbiałem z nim o tym rozmawiać. Znajomość geografii łączyła się z wiedzą o historii i polityce. Nie można dyskutować, gdy nie ma się pojęcia o miejscu kraju na mapie świata oraz o jego losach. Co można powiedzieć o sytuacji współczesnej Grecji, gdy nie wie się o jej starożytnej cywilizacji, o zajęciu Bałkanów przez Turków i muzułmanów, o wyzwoleniu z tamtej niewoli, o niemieckiej okupacji i o powojennym konflikcie wewnętrznym, wywołanym przez ruch lewicowy, związany ze Związkiem Radzieckim? Witek wiedział o Grekach i o innych narodach tyle, że mogłem odłożyć na bok książki historyczne i dowiedzieć się tego wszystkiego od niego.

W ostatnich latach stworzył wymarzoną drużynę, z którą przemierzał Azję. Zawsze szczegółowo planował przebieg podróży. Przygotowywał się do nich merytorycznie – poznawał kraje, ich historię, tradycje i obyczaje. Uwielbiał Wschód i tęsknił za nim, ale gdy tam był, myślał po polsku. Interesował się wszystkim i wszystkimi, ale najwięcej wiedział o tym, co otaczało go na co dzień – rodzina, kraj, matematyka, literatura.

Był nowoczesnym patriotą. W latach 80. wspierał Solidarność i w miarę możliwości angażował się w walkę z komuną. Rodzice zajmowali się w tym czasie dystrybucją konspiracyjnych ulotek. W stanie wojennym, mimo ogromnego ryzyka, w żoliborskim domu Witek z żoną przechowywali opozycyjnych działaczy, naszych bohaterów z pierwszych stron gazet.

Witek nie tylko dużo czytał, lecz również pisał – najczęściej do szuflady. Nie zależało mu na publikowaniu tego. Znam jego artykuły i opowiadania. Szkoda, że chował je przed światem, bo były bardzo ciekawe. Emocjonował się muzyką. Uwielbiał wsłuchiwać się w otaczające nas dźwięki. Nie umiał grać, ale umiał przeżywać muzykę. Wydawało się, że wpada w rezonans z dźwiękami, które słyszy. Im więcej wibracji, tym lepiej. Rozczulał się wtedy i marzył.

Grał w szachy. Bałem się z nim grać, bo trudno wygrać z takim intelektualistą. Na szczęście podczas partii gadaliśmy o różnych rzeczach, „pojadaliśmy” przy tej okazji co nieco i udawało mi się doczekać do jakiegoś jego błędu. Dawało mi to szansę na wyrównane pojedynki.

Przez wiele lat Witek zajmował się numizmatyką. Tak, tak – niewidomy matematyk zajmował się i tą dziedziną. Jak wiadomo, kiedy czymś się zainteresował, stawał się w tej dziedzinie znawcą nieprzeciętnym. Wspomniana już tutaj Małgosia opowiada: „Mój tata bardzo, ale to bardzo dużo czytał. Dzięki temu miał wszechstronną wiedzę. Proszę sobie wyobrazić, że będąc matematykiem, a nie kimś innym, wytłumaczył mi na przykład istotę chorób nowotworowych i metody ich leczenia. Rozjaśnił mi, jak przebiega proces rozrodczy roślin dwuliściennych. Znał historię, geografię, literaturę – rzadko się zdarzało, że nie znał odpowiedzi na jakieś pytanie. Nigdy jednak się nie chwalił i nie mądrzył. Nie obnosił się ze swoją wiedzą. Był po prostu skromny. Zawsze chętnie pomagał. Iluż znajomych zdało dzięki niemu z klasy do klasy, zdawało maturę z matematyki i fizyki! Cierpliwie tłumaczył, opisywał, pokazywał SWOJĄ matematykę, a oni zaczynali ją rozumieć.

Był mentorem, ale także równym gościem. Nie czuło się dystansu, różnicy wieku i poziomu, gdy razem z naszymi znajomymi spędzaliśmy czas na balangach i spontanicznych spotkaniach towarzyskich w ogrodzie. Wszyscy go znali, szanowali, cenili. Dał się poznać jako normalny, fajny facet, z dystansem do samego siebie.

Miał wielkie serce dla zwierząt, a kiedyś zdecydował się na psa przewodnika. Pojechał w tym celu do Łodzi na specjalne szkolenie, gdzie najpierw zaprzyjaźnił się z instruktorem i jego rodziną, a potem z psem, który towarzyszył mu i pomagał przez wiele lat. To był ukochany pies przewodnik – Kama. Po jej śmierci nie odstąpił od niej na krok przez całą dobę. Był to dla niego ogromny cios.”

(To dzięki niemu przekonałem się do pomysłu, by mieć psa i pojechałem do Łodzi, w to samo miejsce i za jego przykładem wziąłem stamtąd aż dwa psy przewodniki, których co prawda nie wykorzystywałem do tego celu, ale miałem z nich wiele radości. Potrafiły być przewodnikami, bo przeszły żmudne szkolenia, ale przez życiowy pech straciły swoich opiekunów. Witek namówił mnie, by je wziąć i ratować.)

Małgosia kontynuowała: „Witek przygarniał psy i koty, żadnemu nie odmówił pomocy. Bywało, że kotów było w domu aż kilkanaście oraz zawsze 2-3 psy. Chętnie utrzymywał całe to towarzystwo. Jego ukochany kot – Tygrys – bardzo przeżył śmierć swojego pana. Niech nikt nie ma wątpliwości, czy koty przywiązują się do miejsc, a nie ludzi. Tygrys jest żywym zaprzeczeniem takich teorii.

Czego Witek nie potrafił? Ja nie wiem. Dla niego nie istniały granice pomiędzy dziedzinami wiedzy. Przechadzał się między nimi z wielką swobodą. Podobnie nie interesował go fakt, że istnieją między państwami jakieś granice. Również je przekraczał swobodnie i co bardzo ważne – potrafił wejść w naturę i charakter ludzi, do których docierał tak głęboko, że stawał się członkiem ich społeczności. To z kolei pozwalało mu poznawać ich jeszcze lepiej. Gdy był w Indiach, Hindusi uważali go za bardzo bliskiego im hinduskiego Polaka. Gdy wracał do kraju, nazywaliśmy go Hindusem – tak bardzo chciał się do nich upodobnić.”

Nie ma już Witka. Zmarł kilka dni temu. Straciliśmy naszego niewidomego przyjaciela, który pokazywał jak się przekracza granice między niemożnością a szansą na jej pokonanie. Był i jest naszym idolem i pozostanie w naszej pamięci jako niewidomy, który potrafi więcej niż wielu innych widzących.