Dźwięk pod kontrolą – fascynująca wyprawa do laboratorium Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie

Kiedy nasz nauczyciel od realizacji nagrań powiedział nam, że długo oczekiwane wyjście do laboratorium AGH na dniach dojdzie do skutku, wszyscy byliśmy zachwyceni. Komora pogłosowa, komora bezechowa… Odliczałam dni do wycieczki, bo byłam niezmiernie ciekawa jak tam jest.

Nareszcie nadszedł ów wyczekiwany przez nas dzień. Z ośrodka wyszliśmy koło dwunastej. Akademię Górniczo-Hutniczą dzieli od naszej szkoły zaledwie kilka przystanków. Na miejscu powitała nas pani Dorota.

Pomieszczeniem, do którego udaliśmy się najpierw, była komora pogłosowa. Moje pierwsze wrażenie, no cóż – rozczarowanie. To ma być komora pogłosowa? – myślałam. Pogłos co prawda bardzo wyraźny, ale wchodząc tam wyobrażałam sobie, że będzie on olbrzymi – taki jak w katedrze, hali targowej, czy w jakimś obiekcie sportowym. Moje rozczarowanie trwało bardzo krótko, bo nasz nauczyciel wraz z panią Dorotą, cierpliwie wytłumaczyli nam, dlaczego to pomieszczenie, szumnie nazwane komorą pogłosową, jest właśnie takie, a nie inne.

– Ten pogłos wydaje wam się dziwny, bo nie jest on taki, jaki słyszycie na co dzień. Jest on równomierny, to znaczy, że wszystkie częstotliwości zanikają w tym samym czasie. Naturalny pogłos, taki z jakim stykacie się w życiu, jest nierównomierny, a przez to przyjemniejszy dla naszego ucha. Ten pogłos tutaj jest bardzo duży, a świadczy o tym fakt, że jeśli któreś z was stanęłoby na środku pomieszczenia i wygenerowało jakiś krótki, głośny impuls dźwiękowy np. wystrzał czy pęknięcie balonu, mogłoby dojść do utraty przytomności, a nawet śmierci, bo dźwięk odbijający się od ścian, dokładnie z każdej strony powracałby do tej osoby, a na dodatek jeszcze się dublował.

– Jest również kolejna ciekawa sprawa związana z pogłosem, nie tylko tym sztucznym – przejął inicjatywę pan Paweł. Umówmy się teraz, że przez około dwie minuty wszyscy będziemy mówić jednocześnie.

Podeszłam do najbliższej osoby i zaczęłam z nią rozmawiać. Reszta grupy zrobiła to samo i już po chwili okazało się, że hałas, jaki generujemy naszą rozmową wciąż narasta. Kiedy nauczyciel nakazał ciszę, powiedział:

– Jak widzicie, gdy zaczynaliście do siebie mówić, przeszkadzał wam pogłos, więc wszyscy automatycznie zaczęliście mówić coraz głośniej, więc i pogłos narastał, wy znów głośniej. A teraz spróbujcie mówić do siebie szeptem.

Zastosowaliśmy się do polecenia nauczyciela i rzeczywiście – o wiele łatwiej było nam się ze sobą porozumieć. Pan Paweł dodał jeszcze na koniec, że to właśnie pogłos, a nie duża ilość osób sprawia, iż po dłuższym przebywaniu w jakimś większym pomieszczeniu robi się tak męczący dla nas hałas.

Nadszedł wreszcie czas na najbardziej wyczekiwane przez wszystkich miejsce – komorę bezechową. Było to naprawdę niezwykle ciekawe pomieszczenie. Już sama jego budowa była bardzo specyficzna, bowiem to pomieszczenie nie było osadzone na ziemi, ale jak pudełko w pudełku. Cała komora bezechowa jest żelbetonową kostką osadzoną na warstwie wibroizolacyjnej tak, by nie docierały tam żadne dźwięki. W tym przypadku chodzi o te najniższe, np. przejazd tramwajów czy innych pojazdów oraz wszelkiego rodzaju drgania. Już od samego początku komora bezechowa wywarła na mnie niesamowite wrażenie. Samo to, że nie było tam zwykłej podłogi, ale sprężynowa siatka przypominało o tym, że bynajmniej nie znajdujemy się w zwykłym, świetnie wygłuszonym pokoju czy nawet studiu nagrań.

Zaraz na początku pobytu w komorze jednemu z moich kolegów zdarzyła się ciekawa przygoda. Pani Dorota poprosiła nas, byśmy nie dotykali ścian, dlatego Maciek chcąc uniknąć jakichkolwiek nieprzyjemnych sytuacji próbował mniej więcej zlokalizować najbliższą mu ścianę. Wyciągnął więc ręce i powoli posuwał się do przodu. Nagle z zaskoczeniem odskoczył lekko, bo dotknął palcami ściany. Powodem tej sytuacji było zaburzenie poczucia przestrzeni. Po przygodzie Maćka pani Dorota opowiedziała nam, że ci, którzy odwiedzają to pomieszczenie, dzielą się na dwie grupy. Jedni mają klaustrofobiczne lęki, drudzy zaś uważają, że jest tu za dużo przestrzeni. Teraz już widać jak niezwykła musi być ta komora, że ludzie odczuwają zupełnie przeciwne wrażenia dotyczące jednego i tego samego pomieszczenia. Ja nie miałam tam żadnych lęków. Najbardziej byłam ciekawa tej niezmąconej, wszechobecnej ciszy, bo słyszałam, że można usłyszeć nawet bicie własnego serca. Gdy pani Dorota poprosiła nas o absolutną ciszę, zamarłam na chwilę, by chłonąć dźwięki otoczenia, a raczej ich brak.

Muszę wam przyznać szczerze, że bicia serca nie słyszałam, ale jakby lekki szum. Taki szum ciszy. Pani Dorota wyjaśniła tym nieco rozczarowanym, że na usłyszenie bicia serca często trzeba trochę dłużej poczekać, a ile, to już zależy indywidualnie od każdego człowieka. Podkreśliła też, że najlepiej byłoby przebywać w komorze samemu, albo najwięcej w trzy osoby, a nie w piętnaście, jak to miało miejsce w naszej grupie. Na zakończenie pan Paweł pokazał jeszcze jedno doświadczenie. W czasie kolejnej chwili ciszy podchodził do każdego z nas i ogólnie przemieszczał się po całej komorze. Wtedy odkryliśmy, jak bardzo kierunkowy jest dźwięk w tym pomieszczeniu. Kiedy ktoś stał do nas przodem, jego głos był dobrze słyszalny, ale jeżeli się odwrócił – było go słychać bardzo słabo. To zjawisko również zrobiło na mnie wrażenie. Na koniec zrobiliśmy sobie parę zdjęć i wymieniliśmy się swymi osobistymi odczuciami. Po wyjściu z komory bezechowej słyszałam wszystko niezwykle wyraźnie i jaskrawie, może trochę tak, jak po porządnym płukaniu uszu u laryngologa. Oba pomieszczenia bardzo mi się podobały, choć bezechowa nie ma sobie równych. Na pewno chciałabym ją jeszcze raz odwiedzić, tym razem z mniejszą liczbą osób, albo najlepiej samemu, by wsłuchać się w jej ciszę, której nie znajdziemy nigdzie indziej, nawet w środku nocy i nawet w nie wiem jak odizolowanym miejscu.

Naprawdę polecam wszystkim odwiedzenie pomieszczeń należących do krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej, zwłaszcza komory bezechowej. Miejcie uszy otwarte, by poznać te – jakże pomocne dla nas, niewidomych – zjawiska dźwiękowe.