Niewidomy widoczny na scenie – rozmowa z Grzegorzem Dowgiałło

I.J: Mam przyjemność rozmawiać z Panem Grzegorzem Dowgiałło, niewidomym aktorem i muzykiem. Po raz pierwszy mogłam zobaczyć Pana na scenie Teatru Polskiego w Poznaniu w spektaklu „Odys”, wyreżyserowanym przez Ewelinę Marciniak. Jak to się stało, że dołączył Pan do tego zespołu i zaczął pracę z Panią Marciniak?

G.D: Jeżeli chodzi o spotkanie z Eweliną Marciniak, to tak na dobrą sprawę zaczęło się gdzieś w czasach, gdy dołączyłem do zespołu Recycling Band. Jest to zespół używający tak zwanych instrumentów odpadowych, czyli wykonanych z elementów, które nikomu już wydają się być niepotrzebne. Ewelina Marciniak została zaproszona na jedną z prób, było to niedługo przed tym, gdy zacząłem z nią współpracować przy pierwszym spektaklu. Ale po kolei. Pamiętam, że jednemu z kolegów wygadałem się trochę o swoich ambicjach, marzeniach. Zdarzyło się tak, że zostałem zaproszony do pracy w spektaklu „Gałgan” we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. „Odys” był drugim spektaklem. Pierwsze marzenie, czy spełnienie ambicji aktorskich, ziściło się.

I.J: Od razu nasuwa mi się pytanie: jak można odnajdywać się w przestrzeni teatralnej, miejscach, w których odbywają się spektakle, ale też scenografii i kostiumach, gdy jest się osobą niewidomą?

G.D: Nie jest to trudne, jeśli bierze się pod uwagę, że przygotowując spektakl teatralny uczestniczy się w dużej ilości prób. Jest czas, aby się zaprzyjaźnić z przestrzenią, tym co w niej jest i gdzie. W sytuacji, gdy przez parę miesięcy wykonuje się regularną pracę, jest czas, aby zostać samemu na scenie, obadać sobie przestrzeń. Zdarza się, że ktoś coś wytłumaczy, a poza tym, jeśli ktoś bardzo chce pracować i spełnić swoje marzenie, to jest na tyle zdeterminowany, że odnajduje się w przestrzeni. Ja staram się raczej zapamiętywać jakąkolwiek przestrzeń, w której się znajduję, w której muszę funkcjonować. Nie każdy ma tak rozwinięty zmysł orientacji, ale moim zdaniem jest to kwestia determinacji i tego, że chce się coś osiągnąć.

Myślę, że najważniejszy jest czas i pragnienie, że chce się uczestniczyć w spektaklu. Ewelina ma tyle kreatywności, że tak wszystko wymyśli, aby można było po prostu sprawnie grać i się poruszać bez problemów, więcej – żeby każdy z tego wziął, każdy skorzystał.

I.J: Mówi Pan o oswajaniu przestrzeni w długim i systematycznym trybie. Zastanawiam się, w jaki sposób buduje Pan role z pominięciem zmysłu wzroku. Czy są to metody, które stworzył Pan sam, czy korzysta Pan z zaplecza innych twórców teatralnych?

G.D: Muszę ponownie wspomnieć o Ewelinie Marciniak. Jest ona jedną z osób, które uwierzyły, że z osobą niewidomą można pracować, co niekoniecznie zdarza się na przykład w szkołach teatralnych. Czasem nie wiadomo jak pracować z taką osobą, jak zająć się nią w taki sposób, żeby nie psuła współpracy czy przygotowania się innym. Mówiłem o kreatywności Eweliny, ale chodzi też o metody – ja się przy niej dużo nauczyłem. Swego czasu bardzo interesowało mnie imitowanie postaci, ale też, nazwijmy to nadmuchane aktorstwo.

Na zdjęciu Grzegorz Dowgiałło w spektaklu Teatru Polskiego w Poznaniu pt. „Odys“ w reż. Eweliny Marciniak, fot. Magdalena Hueckel

I.J: Uwznioślone, patetyczne?

G.D: Tak, mnie to fascynowało i wręcz robiłem sobie z tego żarty. Ewelina pokazała mi drogę odszukiwania w sobie różnych stanów emocjonalnych, to znaczy odkrywania i wyciągania ich z siebie, przypominania ich sobie. Oczywiście czasem pytałem kolegów, czego oni się uczyli i przyswajałem to, jednak najważniejszą sprawą było szukanie tego w sobie. Dlatego dziś bardziej są mnie w stanie przekonać aktorzy, którzy niczego nie nadmuchują.

I.J: Jakie są największe trudności, z którymi spotkał się Pan w czasie tworzenia spektaklu? Mam na myśli te wewnątrz, jak i te które otaczają aktora – na przykład różne stereotypy.

G.D: Wydaje mi się, że trudności są wtedy, gdy człowiek musi wykonać na scenie coś, co w nim było trudnością. Są takie rzeczy, których człowiek nigdy nie robił i nagle mu się każe, albo nie robił z przekonania, że czegoś nie wolno, albo nie wypada, albo sam nie czuje się z tym dobrze. Wiadomo, że rola wymaga pewnych trudności, słyszałem o takich przypadkach, że ludzie kazali sobie zęby wybijać do roli. Niektórych rzeczy człowiek nie wykona z powodów ideowych. Są przecież role, których aktor nie chce grać. Najtrudniejsze jest chyba takie osobowe zetknięcie z tym, co człowiek powinien, co może.

I.J: Chodziło mi również o dezaprobatę, ze względu na to, że niewidomy może grać z aktorami pełnosprawnymi i odnosić sukcesy. Czy zetknął Pan się z tym kiedyś?

G.D: Ja się tym nigdy nie przejmowałem, bo miałem wrażenie, że pracuję z profesjonalnymi osobami. Nikt mi czegoś takiego nie powiedział. Zawsze starałem się, również w normalnym życiu, dorównać osobom, z którymi jestem. Właściwie najbardziej odczułem to na studiach, gdy byłem wśród osób widzących, nie zdarzyło mi się zetknąć bezpośrednio z niewidomymi. Powodowało to pewną motywację, nie słyszałem niczego w tym stylu. Można wyjść z założenia, że jeśli zajęła się mną profesjonalna reżyserka spektakli, które odniosły sukces, to znaczy, że pokłada ona we mnie nadzieje. Ewelina pokazała swoją kreatywnością, że nie można zorientować się, że jest jakaś różnica. Słyszałem komentarze od osób postronnych, że fajnie gram tego niewidomego. Jeżeli do tego czasem dochodzi, to znaczy, że…

I.J: Jest Pan wiarygodny.

G.D: Pracuję z osobami, które potrafią tak to zbudować, że można się cieszyć z bycia tam i że chce się z nimi pracować.

I.J: Dla mnie, widza, ważne jest włączanie osób z dysfunkcją wzroku w obieg kultury wysokiej. Rola Telemacha jest pokazaniem, że można użyć doskonałych środków teatralnych, które nie tylko wydobędą z aktora jego najlepsze cechy, ale też, że postać ta nie będzie odstawała profesjonalizmem od osób w pełni sprawnych. Nasi czytelnicy są różnorodni, interesuje ich wiele spraw, stąd pytanie o Pana plany na przyszłość. Gdzie będzie można Pana zobaczyć w najbliższym czasie?

G.D: W czasie, gdy jeszcze nie wybrzmiała premiera „Odysa”, nagle otrzymałem propozycję z Teatru Rozrywki w Chorzowie. Był to spektakl „Stańczyk”, być może właśnie tam będzie można mnie zobaczyć.

I.J: Rozumiem, że rozwój jako aktora teatralnego pozostanie w kręgu Pana zainteresowań.

G.D: Z pewnością. Dużo mnie to nauczyło. Nie wiem, na ile mógłbym być aktorem zawodowym, bo póki co, od roku 2014 brałem udział w czterech większych rzeczach, które reżyserowała Ewelina Marciniak. Ale gdyby zdarzyło się coś takiego przygotowywać, to jestem jak najbardziej otwarty. Dopóki ktoś we mnie wierzy, to też jest moją rolą to zaufanie spłacić tym, co potrafię robić najlepiej.

Duch teatru, czyli zwiedzanie dla niewidomych

Niewidomi i niedowidzący korzystają z wielu dóbr kultury – filmów z audiodeskrypcją, książki mówionej, telewizji, publikacji brajlowskich, muzyki odtwarzanej na różnego rodzaju nośnikach. Tego typu źródła rozrywki, czy też przyjemności, zapewniają powtarzalność – zawsze można wrócić do nagrania, konkretnego rozdziału czy fragmentu filmu, albo dotykiem odczytać książkę jeszcze raz. Co jednak zrobić z tak ulotną sztuką, jaką jest teatr?

Oczywiście, możliwe jest nagranie spektaklu z wielu miejsc – widowni, kulis, czy nawet sceny. Niestety, nawet najlepszy zapis kamery nie zastąpi udziału w spektaklu. Ale słowo „teatr“ ma wiele znaczeń – jedno z nich to budynek, w którym odbywają się przedstawienia. Prawdą jest, że w biegu historii również on się zmienia – pod panowaniem różnych władców, historii teatru, technologii czy zwyczajnie pieniędzy, ale też na przykład mody. Na szczęście wiele z budynków teatrów można oglądać do tej pory. Poznański tyflopunkt Fundacji miał możliwość zwiedzenia Teatru Polskiego w Poznaniu.

Teatr działa w Poznaniu od 1875 roku. Jego historia jest niezwykle ciekawa, głównie ze względu na fakt, że powstał w zaborze pruskim, ufundowany dzięki zbiórce pieniędzy. Na początku swojego istnienia znajdował się w Ogrodzie Potockiego – z każdej strony był otoczony kamienicami. Obecnie jest odsłonięty i można do niego wejść bezpośrednio z ulicy 27 Grudnia. Nad wejściem można zauważyć napis „Naród Sobie”. Jest on znaczący w kontekście historii budowy teatru, ale można go odczytywać na różne sposoby.

Pod tym napisem czekała na zwiedzających grupa interesująco ubranych postaci. Osoby niewidome mogły dotknąć kostiumów, zostały one też dokładnie dla nich opisane. Poza tym skądś wydobywała się mroczna muzyka – sugerowała, że będzie to zwiedzanie z duchem… Postaci przeprowadzały grupę przez mnóstwo zakamarków, normalnie niedostępnych dla widzów. Czasem trzeba było przeciskać się przez wąskie przejścia, wchodzić lub schodzić z wielu schodów. Dawało to wyobrażenie o codziennym życiu teatru. Grupa przeszła budynek od piwnic, w których odbywa się jeden ze spektakli (i gdzie na końcu można było przymierzyć niektóre kostiumy), poprzez scenę, widownię, sale prób i garderoby. Udało się też wyjść na taras, z którego mimo niskiej temperatury można było podziwiać okoliczne budynki Dzielnicy Cesarskiej.

Zwiedzanie budynków teatralnych przez osoby na co dzień nie związane ze sztuką teatralną może wydawać się nudne. Jednak łatwo można sobie wyobrazić, w jaki sposób na wszystkie zmysły oddziałuje faktura i ciężar kurtyny, dźwięk niosących się ze sceny rozmów, różnorodna forma rekwizytów, zapach unoszący się w foyer, czy wreszcie historie opowiadane przez przewodników. Poza tym jest to moment wejścia w ukryte miejsca, które pomagają w tworzeniu magii teatru.

Virtual Warsaw – miasto przyjazne dla niewidomych z poznańskiego punktu widzenia

Pierwsze wrażenie, jakie wywołuje CNK, to przede wszystkim ogrom przestrzeni. Budynek jest rozpoznawalny z daleka dzięki swojej architekturze. Po wejściu do środka wrażenie przestrzenności nie znika. CNK jest miejscem przyjaznym nie tylko dla widzących, którzy mogą polubić szklany wystrój. Uczestnikom konferencji łatwo było się odnaleźć. Skondensowana wystawa oraz (co najważniejsze) otwarcie konferencji i rozdanie nagród IDOL na jednym poziomie okazało się trafionym pomysłem. Przebywanie w tym miejscu wywołuje poczucie prestiżu i uczestnictwa w dobrze przygotowanym wydarzeniu.

CNK jest dostępne dla wszystkich – osoby niepełnosprawne ruchowo mogły poruszać się po obiekcie swobodnie. Różnorodność propozycji, zarówno podczas części merytorycznej, jak i pikniku przyciągnęła i zadowoliła uczestników. Możliwość wyboru i zaplanowania czasu w CNK sprawiła, że beneficjenci przemieszczali się pomiędzy panelami, wystawami i Bulwarami Wiślanymi. Same Bulwary, zwłaszcza przy tak dobrej pogodzie, były miejscem atrakcyjnym. Pozwalały również na odpoczynek na świeżym powietrzu. Oprawa wydarzenia zachęcała do udziału także pełnosprawnych warszawiaków.

Mocnym punktem konferencji według naszej grupy był wyjazd do Lasek. Mieli oni możliwość zwiedzenia całego obiektu w formie grupowych spacerów z przewodnikiem. Trasy zostały przygotowane indywidualnie dla każdej z grup. Ostatnim punktem była opowieść siostry zakonnej, która przybliżyła postać Matki Elżbiety Czackiej. Beneficjenci bardzo chwalili jej naturalność i ciepły sposób opowiadania.

Część beneficjentów spędzało czas w CNK i w okolicy po raz pierwszy, dlatego niezwykle ciekawa była dla nich wystawa stała muzeum oraz ogród na dachu, z którego widok oczarował tych, którzy widzą na tyle dobrze, by to docenić. Była to ostatnia atrakcja przed naszym wyjazdem, która okazała się przyjemnym zakończeniem pobytu w Warszawie.

W siodle i na oklep – hipoterapia w praktyce

Iga Jagodzińska w rozmowie z Joanną Kubisą z Fundacji Stworzenia Pana Smolenia

I.J.: Pani Joanno, słowem wstępu – czy może Pani opowiedzieć o codziennej działalności Fundacji Stworzenia Pana Smolenia?

J.K.: Jest nią prowadzenie zajęć hipoterapii, opieka nad naszymi końmi, które już trochę się zestarzały i wymagają coraz więcej pracy. Mamy też zajęcia parapowożenia, skierowane dla osób poruszających się na wózkach, ale mających sprawne ręce. Posiadamy specjalistyczne bryczki – konie zaprzęgowe są do tego przygotowane. Pracują z nami świetni trenerzy. Zajmujemy się też prowadzeniem nauki jazdy konnej, ale głównie dla rodzeństwa osób przyjeżdżających na zajęcia hipoterapii. Na pewno nie zmienimy się w szkółkę jeździecką – za bardzo lubimy konie.

I.J.: Czym zatem dla Państwa różni się hipoterapia od zwykłej nauki jazdy? Jaka jest podstawowa różnica?

J.K.: Są to dwie odrębne dziedziny. Hipoterapia jest skierowana do osób z niepełnosprawnością. Pracujemy stricte nad daną niepełnosprawnością. A my – sprawni – coraz częściej potrzebujemy tego typu pomocy, siedząc cały dzień przy komputerze. Jazda konna jest formą spędzania czasu, która niesie ze sobą wiele różnych korzyści w wielu sferach.

I.J.: Bardzo interesuje mnie, jak wygląda zwykły dzień w Fundacji. Od czego się zaczyna i czym się kończy?

J.K.: To zależy od pory roku. Teraz konie wypuszcza się o 5 rano, a w czasie upałów wieczorem i sprowadza około godziny 8, po całej nocy pobytu na łące. Warunki atmosferyczne dyktują plany. Pracy jest nieustająco bardzo dużo, nie jestem w stanie w żaden sposób jej przerobić (śmiech). Trzeba wybrać najważniejsze elementy. Podstawowym jest dobro naszych koni – to przede wszystkim one muszą być obsłużone – z prostej przyczyny – same tego nie zrobią. Drugim najważniejszym elementem, gdy koń jest już najedzony i przygotowany, są nasi pacjenci. Mamy regularne zajęcia, poza poniedziałkiem odbywają się codziennie. Są dni, gdy zaczynamy o 9 rano, a kończymy o 19. W takim tempie staramy się już nie pracować, bo ilość nie idzie w parze z jakością zajęć. Nawet jeżeli jest to tylko i aż 6 godzin pracy z pacjentami, jak to odbywa sie w sobotę i niedzielę, to tempo jest duże.

I.J.: Rozumiem, że przy tym tempie nadal ważne jest dla Państwa skupienie i na człowieku, i na koniu oraz ich współpracy. Jakie są metody pracy z osobami z niepełnosprawnościami? Jak wygląda pierwsze spotkanie osoby niepełnosprawnej z koniem, jeżeli nigdy wcześniej nie miała do czynienia z tego typu terapią?

J.K.: U każdego odbywa się to indywidualnie. Są osoby, które pierwszy raz widzą konia i natychmiast do niego podbiegają, od razu się przytulają, ale są też takie, które wymagają kilku spotkań, żeby w ogóle konia dotknąć. Nie ma jednej techniki pracy. Wydaje mi się, że osoby, które pracują w hipoterapii, są specyficzne, ponieważ są wyczulone na język ciała koni. Konie porozumiewają się ze sobą mową ciała i przekazują sobie mnóstwo istotnych dla nich rzeczy. Obserwacja koni przekłada się na obserwację pacjenta. Pacjent nie musi mówić, wystarczy obserwować jego mowę ciała, żeby zauważyć, co możemy zrobić, a czego nie.

I.J.: To prawda, w ciele zapisanych jest wiele informacji, których czasami nie chcemy udzielać, a które widać przy takiej pracy. Jak to jest z dobieraniem konia, który będzie odpowiedni dla danej osoby? Jest to proces, w którym pojawia się świadomość, z którym koniem współpraca będzie udana dla obu stron?

J.K.: Zasadą obowiązującą przy usprawnianiu ruchowym jest to, żeby koń poruszał się mniej więcej w tempie osoby, z którą pracujemy. Jeśli jest to dziecko, koń nie powinien być duży, bo ma bardzo długie kroki. Powinniśmy tak dostosować tempo, żeby ruch miednicy miał odwzorowanie ruchu człowieka. Zdarzało się, że małe, usprawniane ruchowo osoby siedziały na Czekanie (koniu służącym niegdyś w policji), bo było to ich marzeniem. W całej terapii najważniejszy jest aspekt psychologiczny. Jeżeli pacjenci będą pracować z radością, to dużo osiągniemy. Koń powinien być takim rodzajem terapii, która oprócz niebywałych walorów w aspekcie fizyczności, przynosi również przyjemność bycia z nim.

I.J.: Osobiście mam styczność z końmi od kilku lat i bardzo lubię kontakt ze zwierzęciem, które jest o wiele większe od nas, ale współpracuje – człowiek i jeździec to jedno. Wydaje mi się to ważne, nie tylko w kontekście jazdy konnej, ale w ogóle pracy z koniem. Myślę, że to trudny do osiągnięcia stan, ale możliwy.

J.K.: To tak właśnie działa, ale trzeba poświęcić trochę czasu. Mnie boli to, że w tej chwili komercja sięga wszędzie i nie mówię o hipoterapii, bo tu sprawa wygląda inaczej, ale o tym, że ludzie płacą, chcą pogalopować – i do domu. Na szczęście rozwija się szkoła natural horsemanship – po prostu bycia z koniem, obserwacji zwierzęcia, próby nawiązania z nim kontaktu, rozmowy, nie tylko poprzez realizację jakiejś jazdy od-do. Byłam w kilku takich ośrodkach i udawało mi się obserwować ludzi, którzy po prostu przyjeżdżają z koniem popracować, nie wsiadając na niego. Pracują z ziemi – i też nie po to, żeby osiągnąć nie wiadomo jaki efekt, tylko po to, by z tym koniem być. U nas się to też powoli pojawia – niektórzy rodzice dziecka, które jeździ konno, zajmują się na przykład koniem-emerytem. Proszę mi wierzyć, że zdrowe dzieci, które były u nas i wróciły, chciały coś powtórzyć. Wie Pani co? Tak zwaną końską restaurację, czyli jedziemy na oklep, bez siodeł i pasiemy konie. Siedzimy na nich, one sobie jedzą, a my gadamy. Piękne jest to, że one też to zobaczyły, że klucz nie jest w tym, jak wysoko skaczemy.

I.J.: A są przeszkody o ponad 2 metrach wysokości.

J.K.: Czy ktokolwiek myśli o tym, co taki koń czuje? Jest wożony z zawodów na zawody i jest wart tyle, ile wyskacze. Tylko nieliczni myślą o dobrostanie, również psychicznym, zwierzęcia.

I.J.: Mówi Pani o koniach-staruszkach, które wymagają innej ręki, może bardziej cierpliwej. Wydaje mi się, że mają one również własne niepełnosprawności. Nie pod względem ruchu, ale na przykład urazów, uprzedzeń, swoich historii. To też jest fascynujące, że jeździeć może dać coś koniowi i mu pomóc. Hipoterapia moim zdaniem nie jest przeznaczona tylko dla ludzi.

J.K.: W hipoterapii piękne jest to, że dzieci, którymi zazwyczaj ktoś się opiekuje, mogą zaopiekować się o wiele większym od siebie zwierzęciem. To nie jest tylko sprawczość, że kierują nim i on idzie w dobrym kierunku, ale również opieka.

I.J.: Chciałabym też zapytać Panią o pracę z osobami z dysfunkcją wzroku. Jak to wygląda? Dużo takich osób przyjeżdża do Państwa?

J.K.: Niestety, odległość hamuje spotkania na przykład z osobami z Owińsk, natomiast była u nas dziewczynka, która była wożona w klasycznej hipoterapii z pełną asekuracją, a u nas doszła do poziomu samodzielnej jazdy – jeździła kłusem.

I.J.: Niesamowite.

J.K.: Było to bardzo przyjemne – po pierwszym galopie opowiadała: „Mamo, fruwałam”.

I.J.: Dla człowieka, który widzi, jest to niesamowite i bardzo przyjemne uczucie. Czy osobom niepełnosprawnym jest łatwo nawiązać kontakt z koniem? Czy są bariery zarówno fizyczne i psychiczne, jakie te osoby napotykają podczas hipoterapii? Na pewno każdy przypadek jest inny, ale czy zauważa Pani jakąś prawidłowość?

J.K.: Nie przesadzałabym z myśleniem, że koń od razu zaopiekuje się taką osobą. Zdarzały mi się sytuacje, że na tym samym koniu jeździec siedział rano i nie mógł go utrzymać, a po południu siadała osoba niepełnosprawna jeżdżąca samodzielnie i koń chodził potulnie jak baranek. Jak mam to odczytać? Każdy człowiek przekazuje inne emocje koniowi. Jeżeli jeździec był bardzo spięty i chciał czegoś dokonać, to koń również się spinał. Jeżeli osoba niepełnosprawna nie miała takiej wewnętrznej energii, koń zachował się adekwatnie do energii tej osoby. Niepełnosprawni zazwyczaj nie są roszczeniowi, nie mają potrzeby, żeby coś zrobić natychmiast – i konie to odbierają. Oczywiście jeśli koń nie jest dobrze prowadzony, to będzie się zawsze bronił, ale gdy jest otwarty na człowieka – odbiera jego emocje. I – jeśli osoba ta ma dużą stereotypię zachowania, na przykład ze względu na autyzm i będzie wykonywała różne ruchy i wydawała dziwne dźwięki – to koń nie będzie czuł się komfortowo. Każdy przypadek jest niewątpliwie indywidualny, ale zdarza mi się mylić w ocenach i zarówno nasi jeźdźcy, jak i konie zaskakują mnie często bardzo pozytywnie.

I.J.: Czy są osoby, które przyjeżdżają tutaj od kilku, kilkunastu lat?

J.K.: Są takie, które przyjeżdżają od początku, czyli od 14 lat.

I.J.: Ostatnie pytanie: czy osoba niewidoma może spędzić na przykład wakacje w siodle?

J.K.: Tak.

Sztuka cyrkowa: czy tylko dla wybranych?

Iga Jagodzińska: Mam przyjemność rozmawiać z Panem Łukaszem Pieczykolanem z Fundacji Pro-Spin. Zasadnicze pytanie brzmi: co się kryje pod tą nazwą?

Łukasz Pieczykolan: To nie jest pytanie, na które istnieje łatwa odpowiedź. Po pierwsze: nazwa Pro-Spin sugeruje, że coś jest dla czegoś, czyli jako organizacja pozarządowa coś od siebie dajemy. Po drugie, spin jest pojęciem z dziedziny marketingu i zarządzania, kiedy staramy się „nakręcać” jakąś przedsiębiorczość czy działanie. Po trzecie, pro spin to termin techniczny z zakreu manipulacji obiektami, który nazywa się kręceniem poi i oznacza po prostu technikę ruchu.

Panie Łukaszu, spotykamy się w sprawie niecodziennej, jaką z pewnością jest sztuka cyrkowa. Kojarzy się ona z wyjątkowymi umiejętnościami czy predyspozycjami wykonawców. Czy rzeczywiście tak to wygląda?

Mówiąc krótko – nie do końca, dlatego, że nie jest to coś przeznaczonego dla ludzi wyjątkowych, specjalnych, dla tych, którzy mają nieprawdopodobny refleks. Nie jest to sztuka dla superbohaterów. Jest to sztuka dla osób, które mają w sobie tyle pasji i samozaparcia, żeby zająć się czymś, co może czasami wyglądać dziwnie czy śmiesznie i doprowadzić to do granic swoich możliwości fizycznych i technicznych. Mamy mnóstwo różnych rekwizytów cyrkowych, których używamy i większość z nich jest banalnie prosta. Ideałem jest piłka żonglerska, która jest po prostu okrągłym obiektem, z którym można robić praktycznie wszystko.

Jak odbywa się nauka podstawowych umiejętności cyrkowych?

Można ją zacząć na kilka różnych sposobów. Współcześnie jest o wiele łatwiej, bo mamy internet, youtube i tutoriale, które możemy obejrzeć i samemu zacząć. Jeśli więc ktoś nie próbuje samodzielnie akrobatyki powietrznej, to trudno zrobić sobie krzywdę. Natomiast jeśli chodzi o niebezpieczne rzeczy ze sztuki cyrkowej, jak na przykład bycie fakirem, sugerowabym znaleźć mentora, przekonać go do siebie tak, żeby chciał się podzielić swoją wiedzą, albo zwyczajnie pójść do szkoły cyrkowej. W Polsce jest jedna szkoła cyrkowa, znajduje się w Julinku pod Warszawą i wydaje mi się, że każda osoba, która skończyła liceum może do niej aplikować tak jak na studia, ale jest to studium trzyletnie.

Czy w takich szkołach i podczas pracy z mentorem istnieją i są wpajane zasady, na których opiera się kuglarstwo?

Odróżniłbym kuglarstwo od cyrku. Ja siebie uważam bardziej za kuglarza niż za cyrkowca, wiem natomiast, że wielu cyrkowców uważa porównanie siebie do kuglarza za lekką formę obrazy. Kuglarstwo kojarzy się bardziej z półamatorską sztuką uliczną, która czasem jest dobra, czasem zła, a absolwenci szkół cyrkowych są z reguły dyplomowanymi profesjonalistami, więc jestem w stanie to zrozumieć. Jest nieporównywalna różnica pomiędzy kuglarzami w typie samouków, którzy wyrażają siebie, a ludźmi, którzy mają ze sobą cały bagaż systemu wiedzy, który został im wpojony przez nauczycieli. Jeżeli chodzi o samo kuglarstwo, to nie sądzę, żeby były jakieś ogólne zasady. Na pewno jest BHP, które trzeba respektować, ale to w każdej dziedzinie życia. Bardzo wielu kuglarzy jest tancerzami z ogniem, więc zagrożenie jest dość oczywiste.

Pewnie domyśla się Pan, dlaczego padło takie pytanie, ponieważ niemożliwe wydaje się, żeby osoby niewidome również mogły za pomocą pewnego urządzenia, o którym mam nadzieję, że zaraz Pan opowie, nauczyć się na przykład żonglerki. Jak nazywa się ten sprzęt i jak on działa?

Z każdą osobą trzeba podejść do tej sprawy indywidualnie. Kiedy dochodzi do pracy z osobami z niepełnosprawnościami, to w moich oczach nie różnią się one wcale od osób, które nie mają żadnej niepełnosprawności. Nie są one inaczej traktowane niż osoba, która dopiero zaczyna, dlatego że i w jednym, i drugim przypadku należy zrobić pierwszą i bardzo ważną rzecz – zbadać, gdzie tak naprawdę zaczyna się początkowy pułap możliwości tej osoby. Wiadomo, że jeśli ktoś nie widzi, to będzie miał ograniczenia w postaci koordynacji wzrokowo-ruchowej, bo zwyczajnie nie ma wzroku.

I tę trudność napotyka w każdym aspekcie swojego życia.

Dokładnie. Możemy praktycznie zapomnieć o rozpoczęciu uczenia jej żonglerki od podrzucania przedmiotów. To jest dla niej zbyt wysoki próg wejścia. Natomiast można to ułatwić, dlatego że te same efekty można osiągnąć tocząc przedmioty i tu wchodzimy w urządzenie, które nazywa się juggle board, czyli po polsku deska do żonglowania. Wygląda ona jak kaloryfer, po którym toczy się piłki tam i z powrotem. Można to robić w parach i w pojedynkę. Toczy się piłkę pod górkę, a ona po chwili stacza się z powrotem. Takich piłek mamy pięć. Wytaczając je w górę i wyłapując, kiedy spadają, uczymy się w zasadzie tego samego, co osoba, która podrzuca piłki. Ktoś, kto nie widzi ma o tyle trudniej, że musi przewidzieć i pamiętać, w jakiej kolejności piłki zostały wyrzucone, ale z drugiej strony ma łatwiej, niż osoba, która widzi i uczy się łapać piłki, patrząc. Obie te techniki są moim zdaniem atrakcyjne scenicznie, przy czym klasyczna żonglerka, czyli rzucanie przedmiotami to dziedzina, która ma przynajmniej 3-4 tysiące lat. Natomiast juggle board został wymyślony może 5 lat temu i cały czas się rozwija. Tak naprawdę nikt nie ma pojęcia, jak będą wyglądały pokazy z użyciem tego rekwizytu, ale jestem pewien, że będą w pewnym momencie wykonywane przez osoby niewidome.

Czy to oznacza, że dla Pana praca z osobami o różnych niepełnosprawnościach jest w jakiś sposób inspirująca?

Tak, ponieważ sam z różnych względów jestem osobą niepełnosprawną, więc czuję sytuację osób, które mają problemy w normalnym życiu. Wiem, jaką mi sprawia radość robienie rzeczy tego typu. Jeżeli mogę komuś pokazać, że brak czegoś nie jest dla niego ograniczeniem w czymś, co dla niego (teoretycznie) nie powinno być nigdy dostępne, to jest dla mnie inspirujące. Widzę, że ludzie wchodzą w kontakt z czymś zupełnie nowym, same zaczynają rosnąć w oczach.

Czy istnieją ćwiczenia kuglarskie, które w jakiś sposób mogą rozwinąć inne strefy życia osoby niepełnosprawnej czy niewidomej? Czy jest przełożenie tego, co artystyczne, na codzienne życie?

Trochę wchodzimy w naukę, nie wiem, czy zostały kiedyś przeprowadzone systematyczne badania na temat wpływu aktywności cyrkowych na osoby niepełnosprawne. Jednak nauka żonglerki wpływa pozytywnie na możliwość uczenia się między innymi języków obcych i matematyki, i to jest spory wpływ. Oczywiste jest, że taka osoba się nie nudzi, ma lepsze samopoczucie, jest mniej podatna na depresję, rusza się, poprawia postawę – lepiej pracuje kręgosłup. Myślę, że samo działanie terapeutyczne, zarówno dla psychiki człowieka, jak i dla jego ciała, jest wystarczającym powodem, żeby się tym bawić. A wszystkie dodatkowe korzyści, jak poszerzenie możliwości umysłowych, podzielności uwagi, też są bonusami, które się przydają, ale moim zdaniem są znacznie mniej ważne niż to, że ma się po prostu frajdę i zaczyna czuć radość oraz sens w życiu.

Dotknąć teatru

Poznański tyflopunkt Fundacji Szansa dla Niewidomych otrzymał zaproszenie na warsztat teatralny dla osób niewidomych i niedowidzących pt. „Dotknąć teatru”. Wydarzenie odbyło się w ramach II Dni Antydyskryminacji. Organizowały je: Koło Naukowe Prawa Międzynarodowego i Dyplomacji „Inter Gentes” i Sekcja Praw Człowieka Koła Naukowego Prawa Konstytucyjnego „Pro publico bono” Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Uniwersytet zaproponował szkolenia, warsztaty, wykłady oraz projekcje filmowe. Wszystko to dotyczyło szeroko rozumianej dyskryminacji i antydyskryminacji. Program był o tyle ciekawy, iż dotykał różnych ich aspektów – prawnych, czy na przykład dotyczących języka inkluzywnego.

Warsztat teatralny, w którym wzięli udział nasi beneficjenci, odbył się w Teatrze Polskim. Poprowadziły go Paulina Skorupska i Zuzanna Głowacka. Metoda, którą zaproponowały była improwizacja kolektywna – skupiona na historiach opowiedzianych przez uczestników, ale też ich wyobraźni (osobistej i zbiorowej). Warsztat doprowadzić miał do stworzenia etiudy teatralnej – krótkiego fragmentu czy zaczynu spektaklu. Uczestnicy poprzez wypowiedziane historie zaprezentowali siebie, swoje zainteresowania oraz oczekiwania wobec warsztatu. Płynnie przeszli do wykorzystania w opowieściach dźwięku. Prowadzące skłoniły uczestników do wyrażenia nastroju, charakteru postaci czy elementów opowieści za pomocą instrumentów muzycznych. To zadanie wydawało się kluczem do pobudzenia wyobraźni, odnalezienia niecodziennych, nowych środków wyrazu, a także zawiązania współpracy pomiędzy uczestnikami. Musieli oni bardzo uważnie słuchać reszty i postarać się włączyć w rytm i charakter całości.

Dzięki historiom opowiedzianym na początku, udało się wyłonić bohaterów i odpowiadające im dźwięki. Wydobywały się one nie tylko z instrumentów – do dyspozycji aktorów było też słowo mówione i wszelakie odgłosy. W ciągu pracy jeden z nich stał się narratorem. Wprowadzał kolejne postaci i elementy, pozwalając wykazać się i wybrzmieć bohaterom, w wyniku czego powstały dwie etiudy. Pierwsza odsłona była dynamiczna, pełna zwrotów akcji. Druga natomiast brzmiała jak baśń, czy wręcz opowieść na dobranoc. Pokazało to uczestnikom, że aktor, choćby niewidomy, ma ogromne pole do popisu. Improwizacja kolektywna natomiast jest ciekawą formą pracy, pozwalającą na dokładnie słuchanie i obserwowanie partnerów scenicznych. Zaskakujące wydaje się również, iż w pełni sprawny zmysł wzroku nie był potrzebny do stworzenia ról i dwóch etiud.

Zuzanna Maria Głowacka – producentka, animatorka kultury, reżyserka, kuratorka. Ukończyła wydział wokalno-aktorski w Akademii Muzycznej im. I. J. Paderewskiego w Poznaniu, studiowała media interaktywne i widowiska na wydziale Filologii Polskiej i Klasycznej Uniwersytetu A. Mickiewicza w Poznaniu (2012-2015). Jest wiceprezeską Stowarzyszenia Młodych Animatorów Kultury (SMAK). Współpracuje z Centrum Kultury Zamek w Poznaniu, biorąc udział w programowaniu i produkcji wydarzeń społeczno-artystycznych. Od czterech lat jest kuratorką i producentką wielkopolskiego projektu edukacyjnego 5 zmysłów dedykowanego osobom z niepełnosprawnością. W latach 2014-2015 pełniła funkcję dyrektor artystycznej festiwalu Opera Know-how, który obecnie przekształcił się w projekt Off Opera (kuratorka i producentka edycji 2017 i 2018). Hobbystycznie zajmuje się reżyserią. Zrealizowała m.in. spektakle: Próba wg B. Schaeffera (2013), Pieśń o nocy (2014), Antreprener w kłopotach (2015) wystawiony w Teatrze Polskim w Poznaniu, Traviata: pogłosy (2017). Pracowała jako asystentka reżysera Keitha Warnera w Teatrze Wielkim w Warszawie (2014) oraz Aline Negra Silva w Teatrze im. A. Fredry w Gnieźnie. Od 2016 roku pracuje w Teatrze Polskim w Poznaniu jako specjalistka ds. artystycznych. Jako producentka współpracowała z takimi reżyserami jak: Maja Kleczewska, Monika Strzępka, Grzegorz Laszuk.

Paulina Skorupska – teatrolożka, absolwentka wiedzy o teatrze oraz kulturoznawstwa na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza. Ukończyła także studia podyplomowe Psychologia społeczna w praktyce na Uniwersytecie SWPS i szkolenie Arteterapia i twórczy rozwój na Uniwersytecie SWPS.

W latach 2008-2015 związana z Teatrem Ósmego Dnia jako kuratorka i producentka wielu projektów społeczno-artystycznych oraz współautorka scenariuszy przedstawień dokumentalnych (m.in. „Osadzeni. Młyńska 1” z udziałem więźniów).

Od 2016 roku konsultantka programowa Teatru Polskiego w Poznaniu pod dyrekcją artystyczną Macieja Nowaka. W TP m.in. współpracowała dramaturgicznie z Grażyną Kanią przy spektaklu „Sceny myśliwskie z Dolnej Bawarii” Martina Sperra (2016) oraz Mają Kleczewską i Łukaszem Chotkowskim przy spektaklu „Malowany ptak” wg Jerzego Kosińskiego (2017).

Kuratorka (wspólnie z Agatą Podemską) realizowanego od 2014 roku projektu społeczno-artystycznego „Performanse wspólne” angażującego osoby zagrożone wykluczeniem społecznym. W latach 2016 i 2017 współpracowała z Projektem 5 Zmysłów – jako kuratorka wystawy finałowej (wspólnie z Zuzanną Głowacką) oraz dramaturżka spektaklu muzycznego „Piękne spojrzenie” w reżyserii Katarzyny Stoparczyk z udziałem dzieci ze Specjalnego Ośrodka Szkolno-Wychowaczego dla Dzieci Niewidomych w Owińskach.

Współpracuje z Instytutem Teatru i Sztuki Mediów Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza, gdzie prowadzi zajęcia z zakresu teatru społeczności lokalnych.

Teatr nie tylko do oglądania

Centrum Kultury Zamek w Poznaniu stworzyło cykl „Teatr Powszechny“. Polega on na prezentacjach spektakli, w większości premier, które zaangażowały artystów pracujących w sposób terapeutyczny za pomocą teatru.

Spektakl „Spójrz na mnie” Teatru Śląskiego im. Stanisława Wyspiańskiego w Katowicach w reżyserii Adama Ziajskiego miał swoją poznańską premierę 9 marca 2018 w ramach Teatru Powszechnego. Jako osoba zainteresowana światem niewidomych i niedowidzących byłam bardzo ciekawa tej prezentacji. Zresztą nie tylko ja – na widowni zasiadły osoby z dysfunkcjami wzroku, które wydawały się podobnie zaintrygowane spektaklem. Nowym doświadczeniem była dla mnie obserwacja, jak odebrały one to, co działo się na scenie – był to przecież spektakl bezpośrednio ich dotyczący.

Wchodząc na widownię widz otrzymał słuchawki i instrukcję ich używania oraz wiedział, że w spektaklu zagrają osoby niewidome. Czego ów widz mógł się spodziewać? Pewnie tego, że będzie miał możliwość odebrania sytuacji poprzez skoncentrowanie się na jednym zmyśle, jakim jest słuch. Czy rzeczywiście było to możliwe?

Stałam się widzem nie w momencie zajęcia swojego miejsca, a wtedy, gdy usłyszałam dźwięk na jednym z trzech kanałów. Każdy widz miał do wyboru trzy kanały: realny dźwięk dochodzący ze sceny, audiodeskrypcję i… ciszę. Zatem aktorzy Ziajskiego nie mieli żadnego wpływu na to, kiedy będą słyszani i czy w ogóle. Jednocześnie, gdy pierwszy z nich, oświetlony silnym światłem, wstał z krzesła na widowni, jego głos stał się dla mnie bardzo silnym bodźcem. Widz miał możliwość przeżycia tego spotkania z osobami niewidzącymi w bardzo intymny sposób – głos napływał wprost do jego uszu i mogło się wydawać, że tylko do jego, jednak nie powstała interakcja – a wręcz wyobcowanie. W pewnym momencie zamknęłam oczy i poczułam, jak bardzo poddajemy się przebodźcowaniu w naszym codziennym życiu. Może dzięki audiodeskrypcji jeszcze trudniej byłoby się skupić osobie widzącej? Może zawężenie kanałów odbioru rzeczywistości to swego rodzaju eksperyment – zarówno dla widzących, jak i niewidomych?

Pierwsze wypowiedzi wprowadziły widza w realne problemy czy bariery, jakie napotykają osoby niewidome. Zatem aktorzy stali się ekspertami w tej dziedzinie – to oni ze swojej perspektywy potrafili wyłonić elementy świata, które są naprawdę problematyczne, czy wręcz nieakceptowalne. Jednym z nich była skala oszustw przy zatrudnianiu osób niewidomych, która zdaje się być absurdalna. Jednak odczułam to nie tylko jako żerowanie na niepełnosprawności jako interesie, ale także jako krytykę pewnego systemu, który na to zezwala, albo go nie wychwytuje. Drugą ważną kwestią stały się dotacje, sprzęt i oprogramowanie dla osób niewidomych i słabowidzących. Wśród widowni przemykał szmer, czasem dyskretny śmiech. Jednak nie ten element spektaklu został przez Ziajskiego poprowadzony dalej.

W kolejnej odsłonie widz mógł zobaczyć postaci w uniformach, które poruszały się na zbudowanej projekcjami multimedialnymi scenie. Uniformy skojarzyły mi się z rolą eksperta, o której wspomniałam wcześniej i która zaistniała w spektaklach teatru Rimini Protokoll (aktorzy – amatorzy byli specjalistami w swoich dziedzinach i to stawało się ich rolą). Co do scenografii – była ona konsekwentna. Projekcje operowały tylko dwoma kolorami – czernią i bielą. Ich kontrast i drobny, poruszający się wzór sprawiał, że trudno było utrzymać swój wzrok na jednej postaci czy elemencie. Wydaje mi się, że Ziajski chciał stworzyć wrażenie zmęczenia czy przesycenia naszego wzroku. Powstające kropki kojarzyły się oczywiście z alfabetem Braille’a. Proste, aczkolwiek bardzo sugestywne.

Narracja spektaklu była prowadzona chronologicznie – postaci opowiadały o swoich doświadczeniach – utracie wzroku, pierwszych samodzielnych podróżach, psie przewodniku. Były to historie osobiste, czasem wzruszające, czasem widzowi udzielał się smutek czy raczej wrażenie jeszcze większego wyobcowania niż na początku spektaklu. W bardzo przemyślany sposób pojawiły się cytaty z Biblii, czytane głosem syntezatora mowy – Ewy. Imię oczywiście nieprzypadkowe. Te fragmenty odegrały bardzo ważną rolę w budowaniu świata przedstawionego. Czasem zdania zlewały się, głos nie oddawał żadnych emocji. I tu znów skojarzenie – jeden z najważniejszych tekstów ludzkości jako coś przetworzonego, zautomatyzowanego. I istotne odwrócenie – teksty opowiadały o stworzeniu świata, natomiast opowieści postaci o tego świata utracie. A z drugiej strony wspomniane biblijne oddzielenie światła od ciemności jako moment przełomowy.

Czy zatem można przyporządkować spektakl „Spójrz na mnie” do kategorii teatru dokumentalnego? Byłabym ostrożna. Nie wiem, na ile Ziajski i jego aktorzy przepracowali historie, na kanwie których powstał spektakl. Każdy z aktorów miał swój czas na ich opowiedzenie, a widz na wyłuskanie z nich spojrzenia na utratę czy brak wzroku. A właściwie konsekwencji tej sytuacji. Konsekwencji, które ponosi nie tylko osoba tracąca wzrok, ale też osoby wokół, dla których staje się niewidoczna. Od razu nasuwa się pytanie: czy to, że ktoś przestaje widzieć, czyni go niewidzialnym? Czy czapki – niewidki na twarzach aktorów to znak właśnie tej sytuacji?

Zastanawiający jest finał spektaklu – dłonie aktorów, które poszukują kształtu, może obecności, po drugiej stronie białej materii zawieszonej na scenie. Dotyk, który jest zmysłem, ale także bliskością, czułością. No i dźwięk urządzeń powtarzających „Spójrz na mnie”.