Jestem… beneficjentem. Nie jesteś sam! REHA łączy ludzi

Czym tak naprawdę jest REHA? Postaram się odpowiedzieć na to pytanie rozmawiając z uczestnikami XIV edycji konferencji REHA, którzy opowiedzą o swoich odczuciach dotyczących tego wydarzenia.

REHA każdego roku jest inna i daje jej gościom inne emocje. Mogę sobie pozwolić na takie stwierdzenie, gdyż w kwietniu minie pięć lat odkąd pracuję w bydgoskim tyflopunkcie Fundacji Szansa dla Niewidomych, miejscu szczególnym, wręcz magicznym, w którym każdego dnia dzieją się cuda – mniejsze lub większe. Takich miejsc jest 16 na terenie całego kraju – po jednym w każdym województwie. Pracują tam ludzie, którzy niosą pomoc osobom niewidomym i słabowidzącym. Ta nasza, najszerzej rozumiana pomoc, przejawia się w realizacji innowacyjnych projektów, pomocy w doborze sprzętu specjalistycznego niwelującego skutki niepełnosprawności oraz codziennym wsparciu psychicznym i motywacyjnym tych osób.

Od stycznia słyszę „Pani Ewelino, kiedy będzie REHA? Proszę mnie zapisać na listę uczestników – tak bardzo chcę tam być.” Ja ostrożnie odpowiadam, że będzie jak zwykle pod koniec roku i wpisuję kolejne osoby na listę chętnych zaznaczając, że ostateczną rezerwację potwierdzę, gdy będzie jasne, że konferencja się odbędzie. Nigdy nie wiemy, jakimi funduszami będziemy dysponowali. Wszystko zależy od dofinansowania, jakie uda się nam uzyskać i ile wniosą do wspólnej puli sponsorzy. Wiem natomiast, że nasze kierownictwo zawsze walczy do końca, aby konferencja REHA się odbyła. Stawiamy to sobie za punkt honoru. Wiemy, że ludzie na to czekają, że to bardzo ważne i pożyteczne.

Czym więc jest ta nasza REHA FOR THE BLIND IN POLAND organizowana w Warszawie? Jak jest oceniana ta impreza, skupiająca środowisko osób niewidomych i słabowidzących? Czy to naprawdę interesująca wystawa sprzętu tyflorehabilitacyjnego połączona z ciekawymi wykładami merytorycznymi? Czy może bardziej towarzyska integracja osób z dysfunkcją wzroku z ludźmi widzącymi? Co ona wnosi do życia uczestników? A może jest jednak przereklamowana i pozostawia wiele do życzenia? Zadałam te pytania uczestnikom grudniowej REHY 2016, którzy pojechali na to wydarzenie razem ze mną z Bydgoszczy.

Jak mówi polskie przysłowie: „Jeszcze się taki nie urodził, żeby wszystkim dogodził”. I tak jest w przypadku opinii osób dotyczących konferencji REHA FOR THE BLIND IN POLAND. Pani Stanisława, energiczna słabowidząca beneficjentka bydgoskiego tyflopunktu, siedzi w pociągu w drodze powrotnej do domu zamyślona.

– Jak się udała konferencja Pani Stasiu? – pytam.

– Wspaniale, Pani Ewelino. Jestem w stu procentach zadowolona. Dowiedziałam się tylu ciekawych rzeczy, zobaczyłam i dotknęłam urządzeń, o których czytałam, a nigdy nie widziałam. Tyle wystawców, firm… Ale największą wartością dla mnie jest wymiana uwag i doświadczeń z innymi uczestnikami. Wiem, że inne osoby mają podobne problemy wzrokowe jak ja i świetnie sobie samodzielnie radzą. Dzięki nowoczesnym rozwiązaniom technologicznym mogą zniwelować skutki swojego inwalidztwa. Nie możemy się załamywać. Trzeba żyć dalej i się realizować. Teraz dopiero widzę jak Fundacja Szansa dla Niewidomych dużo robi. W każdym mieście inne projekty dające inspirację i chęć do działania. Zyskałam tu wielu znajomych, którzy uświadomili mi, że pogłębiająca się wada wzroku nie jest końcem mojego życia. Wręcz przeciwnie – stała się jego początkiem. Teraz na pewne rzeczy i sytuacje będę patrzyła po prostu inaczej – chyba uważniej. Takie spotkania uświadamiają, że jedyne granice jakie mamy, to te w naszych głowach. To bezcenne zyskać nadzieję…

Damian, jak zwykle uśmiechnięty w czasie podróży, również jest zadowolony, mimo wielkiego zmęczenia.

– Co się tak uśmiechasz Damian? – pytam.

– Przeglądam zdjęcia. Mam jedno z Panem Piotrem Adamczykiem, sławnym polskim aktorem, który też odwiedził naszą REHĘ. Cieszę się, że go spotkałem. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie prezentacje i pokazy dyscyplin sportowych, które można uprawiać z zamkniętymi oczami. Muszę wrócić do sportu. Moja wada wzroku nie może mnie pozbawić przyjemności wynikającej z rywalizacji sportowej, satysfakcji ze zwycięstwa i endorfin, które pojawiają się tuż po fizycznym wysiłku. Inni z tego nie zrezygnowali mimo przeszkód i barier. REHA mi to uświadomiła… Wracam do sportu i tyle.

Patrycja, Mirka i Natalia, czynne wolontariuszki bydgoskiego tyflopunktu Fundacji, jak zwykle rozbawione, rozmawiają w pociągu. Są to dziewczyny, na które zawsze można liczyć – zarówno ja, jak i beneficjenci bydgoskiego tyflopunktu.

– Jak tam dziewczyny? Zadowolone z REHY?

Mirka jakaś zamyślona spogląda na mnie i odpowiada:

– To moja pierwsza REHA, ale już wiem, że nie ostatnia. Tylko czynne pomaganie daje satysfakcję. Dzięki konferencji zobaczyłam ludzi, którzy pomimo swoich ograniczeń chcą normalnie żyć, rozwijać się i realizować. Są uśmiechnięci, pełni życia. Taka postawa sprawia, że mam wyrzuty sumienia, że sama się tak życiem nie cieszę jak oni. Takie spotkania dają perspektywę, punkt odniesienia, uświadamiają i uwrażliwiają. Żadne zajęcia teoretyczne na studiach tyle mi nie dały, co przyjazd tutaj. Utwierdziło mnie to w przekonaniu, że chcę pomagać.

Zmęczona, ale szczęśliwa spoglądam na ludzi w pociągu. Wracamy do Bydgoszczy, mamy opóźnienie – około dwóch godzin. Jakiś wypadek, musimy czekać. Patrzę na ludzi i widzę, że są szczęśliwi. Każdy z REHY wynosi coś osobistego, coś dla siebie samego. Każdy jest inny i czego innego poszukiwał. To jest bezcenne, lecz jak wiadomo, żeby taką konferencję zorganizować, potrzebne są pieniądze i ogromna pracowitość bardzo wielu ludzi.

Spotkałam też osoby, którym nadal czegoś brakuje w tej naszej konferencji. Nie wszyscy się tam odnajdują – mnóstwo ludzi, wręcz tłok, duży hałas, sport, który nie każdemu imponuje, wystawcy, wśród których zabrakło kolejnej ważnej firmy, referaty na inne tematy, niż te, które zdaniem tych osób są jeszcze ważniejsze itd.

Zawsze chciałoby się wszystkiego jeszcze więcej. Jednak widzę po swojej licznej grupie, że to odosobnione opinie, które nie zdobywają poparcia, lecz wywołują grymas na twarzach. Ktoś właśnie powiedział, że jeszcze się taki nie urodził, żeby wszystkim dogodził. Dla większości wyszukiwanie niedostatków w tak udanym wyjeździe to już przesada i przypomina jedynie o charakterystycznej dla osób niepełnosprawnych postawie roszczeniowej, w ramach której nawet gdy się coś docenia, to i tak się tego nie pochwali. I mimo tylu atrakcji i przeżyć wypowie się opinię, że obiad był za mały, wykład za krótki, kawa za gorąca! I zgoda – na pewno wszystko może być jeszcze lepsze, tyle że trudno to osiągnąć, gdy już zrobiło się tak wiele i osiągnęło tak wysoki poziom. Razem z moją grupą byliśmy w miejscu, gdzie na naszych oczach dzieje się coś niebywałego, wręcz magicznego… Niewidomi i niedowidzący w ciągu dwóch dni „wracają do życia”.

Pasja nie rodzi się z przypadku

Opowiem Państwu historię zwykłą, a może jednak niezwykłą, ponad trzydziestoletniego Sebastiana, beneficjenta bydgoskiego tyflopunktu Fundacji Szansa dla Niewidomych.

Ludzie pracujący w organizacji pozarządowej są szczególni. Wynika to z faktu, że praca, którą wykonują, jest niezwykła. Na co dzień, pracując w bydgoskim tyflopunkcie Fundacji Szansa dla Niewidomych spotykam ludzi, którzy mają problemy ze wzrokiem. Każdy to inna historia. Za każdą historią kryje się inny dramat. Strata wzroku jest szczególnie bolesna, ponieważ człowiek traci kontrolę nad wszystkim – nad swoim życiem, planami, pracą, marzeniami, wreszcie nad codziennością. Czynności, które kiedyś były wykonywane automatycznie, po pogorszeniu bądź utracie wzroku stają się dużym wyzwaniem. Ciemność ogarnia życie i myśli człowieka. Nie raz słyszałam pytania: Co dalej? Jak żyć? Jak przetrwać i nie zatracić się w tragedii?

Pisząc projekty dla swoich beneficjentów zastanawiam się aby wymyśleć coś, z czego beneficjenci wyniosą największą wartość. Staram się by zajęcia były ciekawe, pobudzające, intrygujące, przełamujące granice. Projekt realizowany w Fundacji Szansa dla Niewidomych nie może być nijaki! Ten fakt wnika z szacunku do naszych beneficjentów. Pewnego dnia, mając tzw. „wenę”, wymyśliłam tytuł dla kolejnego projektu „Niepełnosprawność to stan umysłu – skuteczne działanie aktywizujące kluczem do samodzielności”.

Pracując ponad cztery lata w fundacji widziałam różne postawy osób, które zaczynały mieć problemy ze wzrokiem, bądź go straciły. Nigdy nie oceniałam. Po prostu stałam, wspierałam i czekałam na człowieka w tyflopunkcie. Chciałam, aby beneficjent wiedział, że po prostu jestem i czekam. Czasami pyszna kawa wypita w milczeniu bardzo pomaga. Słowa są zbędne, natomiast liczy się obecność. Taka jest również filozofia i misja fundacji założonej przez Pana Marka Kalbarczyka: jesteśmy dla ludzi. Ludzi, którzy mają słaby wzrok, bądź go stracili. Jesteśmy w szesnastu tyflopunktach na terenie całego kraju. Czekamy na Państwa, służymy pomocą, wsparciem i radą.

Czekanie na ogłoszenie wyników konkursu jest zawsze najgorsze. Taka jest rzeczywistość. Jeżeli nie mamy środków, nie możemy realizować ciekawych zajęć z beneficjentami. Udało się! Mamy zielone światło. Projekt zostanie współfinansowany przez województwo kujawsko-pomorskie ze środków PFRON oraz ze środków własnych Fundacji Szansa dla Niewidomych. W projekcie znajdziemy: zajęcia ceramiczne, naukę gry na bębnach afrykańskich, zajęcia z muzykoterapii, zajęcia i konsultacje z psychologiem, pokaz sprzętu tyfloinformatycznego.

Marzyłam o tym, aby projektem ,,pobudzić” beneficjentów do działania, pomóc im. Chciałam, aby wyszli z domu, zapomnieli o codzienności, poszli w stronę światła, poczuli pasję, chęć spróbowania czegoś innego. Co robili może dawniej posiadając sprawny wzrok, a co dzisiaj ma inny ,,smak”.

Wśród beneficjentów był mężczyzna, który szczególnie zyskał. To Sebastian, który dzięki zajęciom z hipoterapii przypomniał sobie o koniach. Zajęcia były dla niego przyjemnością, odprężeniem, przełamaniem barier i lęków, a zarazem zaczątkiem pasji, którą kontynuuje do czasu obecnego. Przypomnijmy, że projekt realizowany był na przełomie czerwca i lipca 2015 roku. Dziś, kiedy rozmawiam z Sebastianem o jego pasji – koniach, widzę jak opowiadając o nich świecą mu się oczy, towarzyszy mu uśmiech i spełnienie. W stadninie jest trzy razy w tygodniu. Pracuje tam jako wolontariusz, dzięki czemu może po zajęciach, w ramach pracy, jaką wykonuje, pojeździć konno.

Pytając Sebastiana, co dał mu projekt i konie, odpowiada: ,,Droga Ewelino, zajęcia przypomniały mi, co daje mi kontakt z koniem. To wolność, swoboda, spełnienie i ,,wiatr we włosach”. To chwila, która sprawia, że zatracam się, nie myślę o codzienności, o tym, że mój wzrok ma ograniczenie, że czegoś po prostu nie mogę zrobić”. Sebastian posiada stopień znaczny z tytułu dysfunkcji wzrokowej. Jest osobą słabowidzącą.

„Dzięki Twojemu projektowi już wiem… Pasja nie rodzi się z przypadku – to byłoby takie banalne… Pasja rodzi się wtedy, kiedy zaryzykujemy, wyjdziemy z domu i otworzymy się na nowo na nowe. Dzięki projektowi i fundacji odzyskałem ,,coś”, co myślałem, że już straciłem, a to nie ma ceny. Dziękuję.”

Misja fundacji i pracownicy walczą o takie „cuda” każdego dnia. Bo jak wyjść, kiedy nie widzimy, bądź widzimy bardzo słabo? Jak wsiąść na konia? Jak pójść w nieznane, nie bać się upadku, kompromitacji?

Helen Adams Keller była amerykańską głuchoniewidomą pisarką, pedagogiem i działaczką społeczną, która w wieku dziewiętnastu miesięcy przeszła chorobę. Pozbawiła ją ona wzroku, słuchu i częściowo możności mówienia. Kiedyś powiedziała, że ,,życie jest przygodą dla odważnych, albo niczym”.

Zapraszam wszystkich z całego kraju do szesnastu tyflopunktów, w których zabieramy naszych ,,beneficjentów” w takie właśnie przygody i dzieją się tam prawdziwe ,,cuda”.

Jestem wolontariuszem. Prawdziwa pasja i wolontariat rodzą się z serca…

Zawsze uważałam, że życie to tak naprawdę spotkanie z drugim człowiekiem, dzięki czemu jesteśmy w stanie „widzieć i wiedzieć więcej”. Na studiach podyplomowych spotkałam zwyczajną-niezwyczajną Zofię, która swoją opowieścią zainspirowała mnie i jednocześnie utwierdziła w głębokim przekonaniu moją tezę, że jak się chce, można wszystko, a ograniczenia to tylko wymówka. Zapraszam na wywiad z kobietą, której pasja zrodziła się tak po prostu z potrzeby serca, a nie dlatego, aby coś udowodnić i komuś zaimponować. W kontakcie z Zofią odczuwa się spokój i dobrą energię, która wypełnia tę skromną dziewczynę od stóp do głów.

– Zofio, dlaczego zdecydowałaś się na wolontariat w Towarzystwie Opieki nad Ociemniałymi w Laskach?

– Dzielenie się tym, co się lubi robić, staje się często obustronną przyjemnością. Zawsze lubiłam uczyć matematyki i rozwiązywać łamigłówki logiczne. W wolnym czasie udzielałam korepetycji. Kiedy dowiedziałam się, że jest potrzeba, aby douczyć do matury z matematyki uczniów w Laskach, zgodziłam się pomóc. Dlaczego? Chyba z ciekawości. Ja myślę obrazami i widzę to tak, a oni – jak sobie to wyobrażają? Bardzo się cieszę, że zdecydowałam się na ten wolontariat. Pomagając poznałam osoby współpracujące od dawna z niewidomymi i niedowidzącymi, obserwowałam metody nauczania i pracy. Kilka momentów było dla mnie odkryciem, a każdy z nauczycieli wykazywał się nieprzeciętną kreatywnością! Praca z osobami doświadczonymi w dydaktyce jest lepsza niż 100 teoretycznych książek napisanych na ten temat. Uważam, że wolontariat nigdy nie jest tylko dawaniem!

– Jak to się stało, że pojechałaś do Afryki?

– Od dzieciństwa w żartach mówiłam, że pojadę na misje do Afryki. W 2013 roku, w dniu moich urodzin, kiedy zapytano czego sobie najbardziej życzę, odpowiedziałam, że chciałabym pojechać do Kibeho, do Rwandy. Równo 6 miesięcy później wylądowałam w Kigali – stolicy Rwandy. Splot szczęśliwych zbiegów okoliczności, pomoc zaprzyjaźnionych osób. 14 miesięcy na misjach – taki niespodziewany prezent dostałam od życia.

– Jak przygotowywałaś się do podróży?

– W Warszawie spotkałam się z siostrą Rafaelą – dyrektor szkoły w Kibeho. Siostra opowiedziała mi jak wygląda misja i w czym mogłabym pomóc. Ponieważ studiowałam matematykę, moim głównym zadaniem miało być podnoszenie poziomu matematyki wśród nauczycieli i wychowawców pracujących w ośrodku. Dorośli – sami mając problemy z matematyką – nie mogli dobrze uczyć dzieci. Oprócz doświadczeń zdobytych w Laskach i własnej kreatywności, wiedziałam, że będę mogła liczyć na pomoc siostry. Nie mogąc wyobrazić sobie afrykańskiej szkoły dla biednych dzieci niewidomych i niedowidzących zdecydowałam, że pojadę i zobaczę. Powtórzyłam angielski, dokończyłam studia – licencjat z rzeźby na ASP, spakowałam się na 3 miesiące i poleciałam.

Taka decyzja przerastała moje siły, ale dzięki życzliwości Sióstr Franciszkanek Służebnic Krzyża (których charyzmatem jest opieka nad niewidomymi i ociemniałymi) i pomocy zaprzyjaźnionych osób, wyjechałam, a potem zostałam nie 3, ale 14 miesięcy!

– Czy łatwo było Ci tam żyć?

– Meramutze! Muraho Inshuti! Komera, Amakuru? Murakoze, Muramuke. I tak w kółko. Począwszy od Mamy Cecylii, ogrodniczki, Jonego i innych ogrodników, kucharek, tych, którzy paśli krowy… dzieci, sąsiedzi, każdy pozdrawiał po rwandyjsku. Kiedy wreszcie Umuzungu (tłum. „Białas”) nauczy się odpowiadać po rwandyjsku na najprostsze pytania, prowadzić podstawowe rozmowy o pogodzie, o tym, że coś jest ładne albo smaczne, najprawdopodobniej wywoła serdeczny uśmiech i zjedna sobie zaskoczonych rwandyjczyków.

– Opisz mi proszę Rwandę. Chcę zamknąć oczy i przenieść się tam razem z Tobą.

– Rwanda jest małym krajem, mniej więcej wielkości województwa mazowieckiego, pełnym pagórków. Ponieważ leży na równiku, słońce przez cały rok wschodzi i zachodzi o tej samej porze. O 6 gwałtownie wschodzi, potem staje się ostre, palące, potem ciepłe, a wieczorem robi się bardzo czerwone i szybko znika, pozostawiając niesamowicie gwiaździste niebo. Przyroda ma intensywne kolory. W porze suchej jest gorąco, żółto i nie ma jedzenia, w porze wilgotnej deszcz leje jak z cebra, a przyroda dosłownie wybucha. Rośnie fasola, ryż, marchewka, zielone banany, słodkie ziemniaki, kasawa itp. W Rwandzie wciąż dużym problemem jest głód. Do ośrodka napływają dary od różnych dobrych ludzi. Dzieci nie chodzą głodne, mają trzy posiłki dziennie.

Uczniowie mieszkają w trzech internatach: internat chłopców, dziewczyn i najmłodszych dzieci. Na śniadanie, obiad i kolację Mamy (Panie gotujące i jeden tata, Pan) przynoszą na głowach wielkie miski i wiadra pełne gorącej kaszki, zupy, ryżu albo fasoli. Na śniadanie jest gorąca kaszka z bułką i herbata. Na obiad i kolację najczęściej jest ryż i fasola. Ponieważ w ośrodku są krowy, dzieci dostają mleko albo kefir, czasem masło, wyrobione przez siostry.

– Jak wygląda nauka dzieci niewidomych i słabowidzących?

– Młodsze dzieci uczą się metodą globalną. Metoda praktykowana w Laskach polega na wieloaspektowym poznawaniu tematu, np. gdyby tematem była krowa, klasa mogłaby pójść do obory, obejrzeć zwierzęta, dowiedzieć się czym się żywą, jak pachną. Mogłyby napić się mleka. Potem – kontynuując temat krowy – śpiewałyby piosenki, opowiadały historie i wierszyki, a na zakończenie mogłyby pójść do pracowni ceramicznej spróbować ulepić krowę z gliny.

Podstawówka uczy się według zwykłego rwandyjskiego systemu. Program nauczania adaptujemy dla osób niewidomych. W szkole jest drukarnia, a w niej jedna drukarka brajlowska. Służy do drukowania podręczników, pomocy naukowych, klasówek dla około 150 dzieci. Uczniowie robią własne notatki: mali na tabliczkach, starsi na maszynach. Czasem rysują. Wiele ciekawych modeli przysłali darczyńcy, np. rysownice, globusy, atlasy geograficzne, miniatury zwierząt, rozmontowywane formy biologiczne: komórki i ciało człowieka. Pomoce są, ale wciąż jest ich za mało. Często uczestniczyłam w przygotowywaniu dodatkowych pomocy biologicznych, chemicznych i fizycznych. Omawialiśmy z nauczycielami konspekty lekcji. Staraliśmy się rozwijać w nich kreatywność i wspomagać w przygotowaniu, a czasem też w prowadzeniu zajęć. Na dobrze przygotowanych zajęciach dzieciaki mogą z przyjemnością dużo się nauczyć. W wolnych chwilach i podczas wakacji przychodzili do mnie uczniowie, np. żeby dać im dodatkowe zadania z matematyki.

– A co robi się w ośrodku po lekcjach?

– Śpiewa się, słucha muzyki, tańczy, gra na bębnach, keybordzie, można też pograć w piłkę, poczytać książkę albo posłuchać radia. W weekendy czasem oglądaliśmy filmy.

– Jak spędzałaś tam wolny czas?

– Po pół roku postanowiłam, że wstanę wcześniej rano i pobiegam przed zajęciami. Powiedziałam, że jeśli ktoś ma ochotę to zapraszam. Ku mojemu zdziwieniu o 6 rano zebrało się około 40 niewidomych i niedowidzących dzieci. Wstały po to, żeby poćwiczyć. Z czasem rozgrzewki odbywały się w języku rwandyjskim, a dodatkowo dzieciaki nauczyły się: „przód, tył, prawo, lewo” i liczyć po polsku. Również w dzień mojego wyjazdu o 5.30 biegaliśmy. Jogging się przedłużył i umyłam się dopiero w Warszawie.

W weekendy chodziliśmy pograć w piłkę nożną. Nie tylko ważny był wynik czy dobre buty. Najważniejsza chyba była wspólna atmosfera zabawy i wspaniała wycieczka. Na piłkę chodziliśmy do zaprzyjaźnionych księży Marianów, u których było fajne boisko. Czasem braliśmy piłkę z dzwonkami (goalball), a czasem zwykłą. Zawodnicy informowali się krzycząc z pełnym zaangażowaniem skąd leci piłka i gdzie biec. Pamiętam, że kiedyś na bramce stało 7 bramkarzy. Chłopcy zajęli całą bramkę i jeden z nich, widzący, dowodził pozostałą szóstką. Nic nie przepuścili. W piłkę grali wszyscy, dziewczyny oczywiście też! I animatorzy.

– Co dał Ci wolontariat i wyprawa w nieznane?

– Zostałam w Rwandzie ponieważ okazało się, że mogę pomóc nie tylko nauczycielom i animatorom, których dokładnie przeegzaminowałam. Świetnie się bawiłam pracując i żyjąc z tymi dziećmi. Dlatego zostałam. Wolontariusze zmieniali się. Kiedy przyjechałam pracowała już Natalia, potem przyjechała Ania, Weronika, Kuba, Marcin. Każdy zostawał ile mógł dzieląc się swoimi umiejętnościami.

– Czy warto zostawić wszystko i pojechać, żeby służyć?

– Pytanie czy dzieci zyskują, czy my. Bo to ja zyskałam. Świetnie się bawiłam i cieszyłam kiedy mogłam dzielić się tym, co lubię robić. Wtedy można wstawać nawet o 5.30. Ciężko było zostawić misję i wrócić z kolorowej, gorącej Afryki do szarej, chłodnej, jesiennej Polski. Wracałam na ślub brata, nie mogłam czekać do wiosny.

– Czego brakuje dzieciom niewidomym i słabowidzącym w Afryce?

– Misja ma wiele potrzeb. Fizycznie rozbudowuje się, bo przychodzi coraz więcej dzieci niewidomych z biednych rodzin. Tworzone są miejsca do zabaw, specjalne pracownie. Ważne, żeby było też więcej pomocy dydaktycznych i maszyn. W Rwandzie nauka odbywa się po angielsku, dlatego potrzebne są audiobooki, książki, programy do nauki angielskiego. Choć oczywiście pierwszą potrzebą jest zaspokojenie głodu. Drugą zadbanie o to, żeby każdy miał bieliznę, skarpetki, mydło, pastę do zębów. W trzeciej kolejności myśli się o pomocach, a na koniec o dodatkowych przyjemnościach. Choć łatwo sprawić im radość. Od święta dzieci dostawały zwykłą landrynkę, albo lizaka i to był dla nich wspaniały prezent!

W Rwandzie inaczej liczy się czas. Na lekcji z matematyki odkryłam, że dla wielu dorosłych problemem jest, żeby policzyć ile czasu upłynie między 7.15 rano a 2 po południu.

– Dlaczego?

– Okazuje się, że 7 rano nazywa się z suahili pierwsza, 8 to druga i tak dalej. Dodatkowo Rwandyjczycy bardzo lubią rozmawiać i rzadko spieszą się. Najczęściej nie przychodzą na czas, a że ja też nie jestem zbyt punktualna, wcale mi to nie przeszkadzało. Po powrocie stamtąd ciągle tylko nie mogę się przyzwyczaić do napiętych kalendarzy i dokładnie zaplanowanych dni. W Afryce czas jest wolniejszy, po prostu płynie.

Po opowieści tej zwykłej-niezwykłej dziewczyny mogę powiedzieć: wolontariat to brzmi dumnie. Życzę sobie i wszystkim tyflopunktom Fundacji Szansa dla Niewidomych takich wolontariuszy. A z dumą mogę powiedzieć, że Zosia niebawem zacznie współpracę z punktem bydgoskim.

Jak żyć? – normalnie, dzień po dniu…

Dysfunkcja wzroku sprawia, że osoby niewidome stają przed wieloma barierami, które muszą pokonać. Dla nas czynność, która jest wręcz automatyczna, dla osoby niewidomej bądź niedowidzącej może stanowić nie lada wyzwanie. Prowadząc bydgoski tyflopunkt Fundacji Szansa dla Niewidomych i realizując projekty, które przede wszystkim mają za zadanie aktywizację osób dotkniętych dysfunkcją wzorku, spotykam się z różnymi postawami osób zmagających się z niepełnosprawnością. Wiem jedno – nasze projekty pomagają przełamać bariery, pokazują, że można pokonać swoje słabości, lęki i ograniczenia. Specjaliści prowadzący szkolenia bardzo często ukazują osobom niewidomym inny sposób ,,patrzenia’’ na otaczającą rzeczywistość. Projekty Fundacji niejednokrotnie prowokują beneficjentów do działania motywując do zmiany myślenia o sobie i o swoim życiu.

Dla mnie praca w Fundacji Szansa dla Niewidomych to przede wszystkim spotkanie z drugim człowiekiem, który przez swoją dysfunkcję wzroku „widzi więcej”. O takim bardzo poruszającym spotkaniu chciałabym Państwu opowiedzieć. Dlaczego? Dlatego, że daje moc. Słowa, które usłyszałam z ust kobiety, która korzysta z pomocy tyflopunktu Fundacji Szansa dla Niewidomych zapadły mi głęboko w pamięć i mam nadzieję, że długo w niej pozostaną. Kobieta ta zgodziła się na szczerą i niełatwą rozmowę ze mną, chcąc zachować anonimowość. Dlaczego niełatwą? Bo opowiadającą o swojej chorobie i niepełnosprawności, która stała się jej konsekwencją.

Poznając tę sympatyczną kobietę czuje się ciepło, które od niej bije. Pani Krystyna cierpi na stwardnienie rozsiane, które ujawniło się w klasie maturalnej. Konsekwencją była utrata wzroku. Świat ciemności całkowicie zaskoczył Panią Krystynę, jednak nie sprawił, że stała się zgorzkniała, zła na los, ludzi i otaczającą rzeczywistość – wręcz przeciwnie – pozostała „sobą” i – jak mówi – nie pozwoliła, żeby w chorobie zatracić siebie. Poniżej zamieszczam krótki wywiad z Panią Krystyną. Mam nadzieję, że oddaje on filozofię życia kobiety, która nie traktuje choroby jak wroga, lecz oswoiła ją i nauczyła się z nią żyć.

Ewelina Czerwińska: Jak sobie Pani radzi z chorobą, tak zwyczajnie dzień po dniu?

Pani Krystyna: Pani Ewelino, żyję normalnie dzień po dniu, to ja rządzę chorobą i nie pozwalam na to, żeby mi odebrała marzenia i wiarę w drugiego człowieka. Nie żyję dla choroby, choroba jest ubocznym produktem mojego życia. Przeszkody trzeba pokonywać. Moja choroba jest inteligentna, nie da się z nią nudzić. Nie daje o sobie zapomnieć, zaskakuje, uczy pokory, przypomina o sobie.

– Co daje Pani siłę w codziennym życiu, w walce?

– Jakiej walce? Życie traktuję jako zadanie, trzeba je jakoś rozwiązać. Natomiast gdy napotykam trudności, szukam sposobu ich rozwiązania.

– Pani Krystyno, sami wiemy, że ludzie są różni i w bardzo różny sposób reagują i traktują osoby niewidome: czasami się ich boją, bo nie wiedzą jak pomóc, zdarza się, że chcą wykorzystać.

– Wiem, spotkałam się z różnymi przypadkami, natomiast ja człowieka traktuję jako „zadanie’’.

– Kolejne zadanie…

– Tak, kolejne, ale jakie!

– Proszę rozwinąć tę myśl.

– Przede wszystkim nie należy oceniać. Każdy ma swoją historię, swoje odczucia i każdy z nas ma różną motywację do działania. A motywy Pani Ewelino trzeba zrozumieć, a nie oceniać.

Spotkanie z Panią Krystyną było dla mnie bardzo budujące. Kobieta, która przez większość swojego życia jest naznaczona piętnem choroby, niepełnosprawności, potrafi mieć w sobie tak wielką moc do działania, rozwijania się. Nie traci przy tym optymizmu. Pani Krystyna nie ukrywa, że bardzo pomogła jej wiara w Boga i drugiego człowieka. Ukończyła studium biblijne, co było jej marzeniem. Bardzo się cieszy, że dowiedziała się o Fundacji Szansa dla Niewidomych, która pomaga osobom z dysfunkcją wzroku w wielu obszarach ich funkcjonowania.

Mam nadzieję, że słowa tej kobiety będą natchnieniem i dadzą wiarę każdej osobie zmagającej się z niepełnosprawnością wzrokową i ruchową. Nasz bydgoski tyflopunkt Fundacji Szansa dla Niewidomych, ja oraz nasi wolontariusze pomożemy pani Krystynie jak tylko będziemy mogli. Spotkanie z tą osobą uświadomiło mi, że siła człowieka tkwi w myśleniu, które w konsekwencji przekłada się na działanie. Przeczytałam kiedyś, że w życiu najważniejsze jest nie bycie silnym, ale „poczucie bycia silnym”. Pani Krystyna z pewnością to poczucie ma i wiem, że dzięki niemu wygrała swoje życie w każdym znaczeniu tego słowa. Mimo braku wzroku nie czuje się gorsza od osób widzących, wręcz przeciwnie – twierdzi, że widząc oceniamy ludzi powierzchownie, porównujemy, analizujemy, kalkulujemy, oceniamy. Natomiast w życiu chodzi o coś więcej.

Zróbmy więc taki eksperyment. Zamknijmy oczy w czasie ważnej rozmowy, od której dużo zależy. Nie ma gry gestów, wygląd osoby mówiącej nie jest ważny. Liczą się tylko słowa. Czy wtedy rozmowa jest inna? Na to pytanie każdy z zainteresowanych odpowie sobie sam.

Obecnie Pani Krystyna, dzięki programowi „Okno na świat – czyli przeciwdziałanie wykluczeniu cyfrowemu”, otrzymała Internet oraz komputer z programem udźwiękawiającym JAWS. Trzymamy kciuki Pani Krystyno i życzymy odważnego przełamywania barier. Oby pogoda ducha, jaką Pani ma, nigdy Pani nie opuściła.

Podróżować i zamknąć oczy

Albert Einstein uważał, że „wyobraźnia jest wszystkim, pokazuje jakie atrakcje czekają nas w życiu”. Podpisuję się pod tym stwierdzeniem dwiema rękami. Po podjęciu decyzji odbycia jakiejkolwiek podróży wyobrażamy sobie jak tam będzie. Czy miejsce, do którego jadę nie rozczaruje mnie? Czy obrazy miejsc, które oglądam i za kilka dni odwiedzę będą równie piękne jak na zdjęciach, które widziałam? Czy to wszystko na co się nastawiam spełni moje oczekiwania? Te pytania nie były mi obce, kiedy wylatywałam na wyspę Rodos w Grecji. Nie mogłam doczekać się momentu, kiedy tam będę – to była moja pierwsza wyprawa w takie miejsce. Długo oczekiwany urlop zapowiadał się wspaniale. Kiedy znalazłam się w miejscu przeznaczenia zaczęła się moja tygodniowa przygoda, której każdego dnia odkrywałam nowe miejsca, smaki i zapachy.

Ponad roczna praca w Fundacji Szansa dla Niewidomych wywarła wielki wpływ na postrzeganie przeze mnie otaczającego świata. Pracuję w bydgoskim tyflopunkcie Fundacji od początku jego powstania, na co dzień poznaję ludzi z dysfunkcją wzroku, którzy inaczej ,,patrzą na otaczający ich świat”. Wsłuchuję się wnikliwe w ich obserwacje, analizuję poglądy i doświadczenia życiowe. Pewnego dnia naszła mnie pewna refleksja, która całkowicie zmieniła mój pogląd na spędzanie tegorocznych wakacji.

A co będzie jeżeli przez kilka minut zamknę oczy i zacznę ,,patrzeć inaczej” na otaczającą mnie wakacyjną rzeczywistość? Pytanie to kołatało się w moich myślach. Postanowiłam poznać na nie odpowiedź i podzielić się z Państwem moimi wrażeniami z pobytu na Wyspie Słońca. Chyba nie przesadzę pisząc, że na Rodos zawsze świeci słońce. Ponad 300 dni słonecznych w roku mówi samo za siebie. Przez siedem dni mojego pobytu na niebie nie było ani jednej chmury! Wygrzewając się w słońcu mogliśmy z przyjaciółmi obserwować jedynie pojedyncze obłoki pojawiające się nad Turcją. Natomiast tylko jednego dnia pojawiły się pasma chmur, jednak szybko wiejący wiatr w mig się z nimi rozprawił.

Pobyt na Rodos w czerwcu był magiczny pod względem unoszących się zapachów: kwitło wszystko, co tylko mogło – hibiskusy, pnącza, pelargonie i cała masa innych roślin, których identyfikacji nazw nie jestem w stanie się podjąć. No i te cykady wieczorami… po prostu niezwykły, prywatny, niekończący się koncert.Hotel ulokowany był bezpośrednio przy długiej, żwirowo-kamienistej plaży w północno-wschodniej części wyspy. Warto wiedzieć, że większość plaż na Rodos, jeśli nie wszystkie, to plaże publiczne i za znajdujące się na nich parasole i leżaki trzeba płacić. Na szczęście opłata jest pobierana jednorazowo.

Plaże i zatoki są piękne, każda jest naprawdę niepowtarzalna. Leżąc na plaży często zamykałam oczy i odcinałam się od problemów, trosk dnia codziennego. Czułam na skórze promienie słoneczne, przyjemną bryzę morza i muskający moją skórę watr… cisza, spokój potęgowały odprężenie i błogi stan jaki czułam. Przyjemna ochłoda w falującym morzu była przyjemnością, której nigdy nie miałam dosyć. Na wschodnim wybrzeżu wiatr nie wieje tak bardzo, fale są niewielkie, a morze jest przez długi czas płytkie.

Gwar ludzkich rozmów, smak greckich potraw, muzykę i śpiew odnalazłam w mieście Faliraki. Tam bowiem kwitnie życie towarzyskie, a imprezy trwają cały czas. Warto dodać, że życie turystyczne, poza nielicznymi wyjątkami, koncentruje się na północy wyspy (szczególnie jeśli chodzi o zachodnie wybrzeże) i w centrum.

Wyspa jest na tyle niewielka, że w 2-3 dni można zjeździć ją praktycznie całą. Nie zawiodą się miłośnicy starożytnych ruin, które można dotknąć dłońmi. Cieszyć się też będą chcący podziwiać widoki i przyrodę. Polecam wypożyczenie samochodu, jeżeli są Państwo większą grupą osób to świetna zabawa. Koszt jednodniowego wypożyczenia to ok. 25 euro. Mimo że po całej wyspie kursują autobusy, samochód to najwygodniejszy i najszybszy środek podróżowania, szczególnie jeśli chcemy zatrzymać się w różnych odludnych miejscach.

Oczywiście będąc na Rodos nie można pominąć stolicy wyspy. Jest naprawdę urocza! Wprost trzeba się zgubić w wąskich zaułkach Starego Miasta. Koniecznie trzeba zobaczyć mury obronne, bramy, ulicę Rycerską i Pałac Wielkich Mistrzów (wstęp płatny). Jeśli ktoś lubi zagłębiać się w historię, dowie się, że różnorodność zabudowy stolicy, jak i całej wyspy, związana jest z podbijaniem Rodos przez różne kraje. Widać tu elementy bizantyjskie, tureckie, greckie. Po zwiedzeniu Starego Miasta warto pospacerować ulicami Nowego Miasta. Znajdujący się tam port Mandraki z malowniczymi wiatrakami i fortem św. Mikołaja również wart jest zwiedzenia. W zwiedzaniu wyspy towarzyszyć będą Państwu licznie zgromadzone koty. Trzeba uważać, bo potrafią spać na maskach samochodów czy nawet pod autami.

Przy wiatrakach i forcie woda jest krystaliczna i przejrzysta, rybacy łowią ryby, a my nie mogliśmy się oprzeć, żeby chociaż na chwilę zanurzyć stopy w wodzie. Cudowne uczucie. Gwar miasta, rozmowy ludzi, zapachy smażonych ryb, greckich potraw nadają niepowtarzalny klimat temu miejscu. Ludzie też wydają się być tu bardziej szczęśliwi niż u nas. Często wtedy zamykałam oczy i chciałam innymi zmysłami chłonąć magię tego miejsca.

W okolicach stolicy warte obejrzenia jest Monte Smith. Na wzgórzu znajdują się nieliczne pozostałości po zabudowaniach antycznych – odnowiony stadion, amfiteatr z marmurowymi stopniami i ruiny świątyni Apolla. Część osób może być zawiedziona, że zostało tego tak mało, ale nawet w tym miejscu da się poczuć atmosferę starożytności. Wszystko jest otoczone drzewami oliwnymi. Wstęp jest bezpłatny. Niedaleko znajduje się miejsce, skąd widać zarówno Morze Egejskie, oblewające zachodni brzeg wyspy, jak i Morze Śródziemne, znajdujące się po wschodniej stronie.

Kolejnego dnia udaliśmy się na dłuższą wyprawę wzdłuż wschodniego wybrzeża wyspy, aż do jej południowego krańca, przylądka Prasonisi, który okresowo zimą staje się wyspą. Droga była cudowna. Widoki zapierały dech, ale to nic w porównaniu z tym, co czekało nas u celu. Przylądek zadziwia przede wszystkim ogromem. Woda w Morzu Śródziemnym była tak przejrzysta, że nie mogliśmy oprzeć się kąpieli. Wiejące tam silne wiatry sprzyjają uprawianiu sportów wodnych, szczególnie kite- i windsurfingu. To jest raj dla amatorów sportów wodnych. Z Prasonisi udaliśmy się w drogę powrotną na północ, przez Lindos i Kolimbię. Lindos to bez wątpienia jedno z najładniejszych miejsc na wyspie. Oprócz tradycyjnej białej greckiej wioski, mamy tutaj duży Akropol i przecudowny widok zarówno na morze, zatokę Lindos i Św. Pawła, jak i na wioskę. Obecnie cała miejscowość jest pod ochroną – ruch kołowy w wiosce jest zakazany. Warto zostawić samochód nieco dalej, by uniknąć opłaty za parking.

Przez dłuższą chwilę pozwoliliśmy sobie błądzić w bardzo ciasnych uliczkach wioski. Potem udaliśmy się na Akropol. Można się wspiąć pieszo lub wjechać inną drogą na osiołku. My wybraliśmy tę pierwszą możliwość. Po drodze miejscowe kobiety sprzedają przepiękne, ręcznie wykonane obrusy i serwety. Niestety, część ruin była w remoncie, ale i tak warto tu wejść. Przy wejściu koniecznie trzeba zobaczyć wykuty w skale statek!

Po wyjeździe z Lindos udaliśmy się na plażę w Kolimbii. To jedna z nielicznych piaszczystych plaż na Rodos. Malowniczo położona, w otoczeniu wzgórz, niezbyt zatłoczona w tamtym momencie. Niedaleko znajduje się plaża Tsambika z klasztorem na górze – wspaniałe miejsce.

Okazuje się, że podróżując i mając zamknięte oczy również można chłonąć piękno zwiedzanych miejsc w inny sposób. Było to dla mnie doświadczenie wyjątkowe. Ludzie, kiedy uświadomią sobie, że jeden ze zmysłów, które posiadają mogą utracić, zmienia się wiele. Brak wzroku nie jest żadną przeszkodą w podróżowaniu. Widzenie pozwala nam ciągle porównywać i oceniać. Wtedy jednak nie możemy dotknąć esencji tego, co nas otacza. Nie możemy widzieć sercem. Aby moje słowa miały poparcie w życiu podam przykład wspaniałej kobiety Sophie Massieu francuskiej dziennikarki-podróżniczki, która przemierza świat w towarzystwie swojego psa Pongo. Jest niewidoma, ale to nie przeszkadza jej odkrywać nowych miejsc. Jak sama przekonuje, świat jest piękny i chce go obejrzeć… oczami innych ludzi.

Sophie Massieu pochodzi z Normandii. W ciągu dziesięciu miesięcy dokonała nie lada wyczynu, odwiedzając dwadzieścia trzy kraje na pięciu kontynentach. Podróżowała od Brazylii po Jordanię, od Irlandii po Indie, od Kanady po Etiopię, od Madagaskaru po Chiny. Wszędzie towarzyszył jej wierny dalmatyńczyk Pongo. Relacje z niektórych tych fascynujących wypraw zostały zawarte w serii filmów dokumentalnych pt. „Świat w waszych oczach”.

Jazda skuterem po uliczkach Neapolu, miasta, w którym nawet hałas brzmi melodyjnie, a pizza pachnie jak nigdzie indziej, zgiełk Manhattanu i muzyka scen Broadwayu, smaki, dźwięki i zapachy portowego Hamburga, pełen historii Kraków i postindustrialna Nowa Huta… To tylko wybrane odcinki niniejszego cyklu. Massieu, choć niewidoma, stara się chłonąć nowe miejsca wszystkimi zmysłami. To pozwala jej zachwycić się magią Marrakeszu, zadumać nad zderzeniem tradycji z nowoczesnością w Jerozolimie i wczuć się w rytm życia Wenecji, odmierzany pluśnięciami fal. Udaje się też i do Etiopii, do wioski ludu Gurage, gdzie niewidomi skazani są na bezczynność.

Pisząc ten artykuł chciałam wszystkie osoby z dysfunkcją wzroku wprowadzić w stan podróży, aby nie ruszając się z fotela domowego zacisza poczuły magię wyspy Rodos. Mam nadzieję, że mi się to choć trochę udało. Warto żyć pełnią życia, podróżować, poznawać nowe miejsca bez względu na ograniczenia jakie mamy, bo nie robiąc tego możemy stracić tak wiele… jak mawiał Ryszard Kapuściński:

,,Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej…”

Z całego serca życzę Państwu takiej podróżniczej infekcji, bo naprawdę warto ją przeżyć.

Reha For The Blind® in Poland. Wrażenia beneficjentów bydgoskiego Tyflopunktu

,,Co to była za wyprawa Pani Ewelino, aż wracać się do domu nie chce!”. To chyba najlepsze zdanie jakie może usłyszeć organizator. Zadowolenie niepełnosprawnego beneficjenta potrafi wynagrodzić wszelkie trudy podróży.

X edycja Międzynarodowej Konferencji REHA FOR THE BLIND IN POLAND była wyjątkowym wydarzeniem. Beneficjenci bydgoskiego Tyflopunktu , którzy brali udział w projekcie ,,Tyflopunkty gwarancją kompleksowej samodzielności osób z dysfunkcją wzroku’’ udali się podróż, której hasłem przewodnim był ,,Świat dotyku i dźwięku’’. Nasza grupa liczyła 50 osób. Była zróżnicowana wiekowo. Najmłodszymi uczestnikami wyprawy była sześcioosobowa grupa ,,małych artystów’’ z Grudziądza, która specjalnie dla Pana Łukasza Nowickiego przygotowała występ artystyczny, gdzie przy akompaniamencie gitary i bębenków zaśpiewała kilka utworów. Pan Łukasz, który czytał najmłodszym bajki, nie krył swojego zachwytu dla uzdolnień i odwagi dzieci z dysfunkcją wzroku. Byli z nami także beneficjenci z Torunia, Golubia-Dobrzynia, Brodnicy, Nakła.

Każdy z uczestników miał swój indywidualny cel podróży. Konferencja zapewniała bardzo dużo atrakcji – począwszy od interesującej sesji merytorycznej, skończywszy na wspaniałym, wzruszającym i płynącym prosto z serca koncercie Mieczysława Szcześniaka. Nasi beneficjenci zagrali w golfa, niektórzy nawet złapali bakcyla tego ciekawego sportu. Inni wytrwale zwiedzali międzynarodową wystawę sprzętu rehabilitacyjnego i oprogramowania dla inwalidów wzroku.

Beneficjentki naszego projektu bardzo chętnie korzystały z bezpłatnych porad dotyczących kreowania wizerunku połączonych z nauką makijażu. Jakże ucieszył mnie telefon męża Pani Doroty, który z zachwytem opowiadał mi jak to pięknie wyglądała jego żona, kiedy wróciła po konferencji w profesjonalnym makijażu. „Pani Ewelino – powiedział – Dorota jest piękna wewnątrz, natomiast ten makijaż dopełnił całości. Żona jest bardzo zadowolona, dzięki cennym wskazówkom teraz wie jak podkreślać swoją urodę – dzięki temu czuje się lepiej, atrakcyjniej, co przekłada się też na nasze wzajemne relacje. Dziękuję.’’. Takie telefony działały jak balsam na moją duszę i uświadomiły mi jak ważne są konferencje, które organizujemy. Mimo trudu, nerwów, niedociągnięć, które przecież zawsze się zdarzają… WARTO! Duża część naszych beneficjentów odwiedzała gabinet dotyku i dźwięku oraz chętnie brała udział m.in. w turnieju strzelania bezwzrokowego.

To była moja pierwsza konferencja, w której brałam udział, gdyż jestem młodym pracownikiem Fundacji. Lecz wyryła się ona w mej pamięci jako bardzo ważne wydarzenie. Mimo, że trwa dwa dni, daje tak wiele. Wielowymiarowość tego wydarzenia sprawia, że jest ono naprawdę wyjątkowym spotkaniem, które skupia tak wielką liczbę osób. Jest to swoistego rodzaju spotkanie z drugim człowiekiem, innym spojrzeniem, spróbowanie czegoś, co było kiedyś nieosiągalne, a teraz jest na wyciągnięcie ręki…

Natomiast stwierdzenie – ,,Żal wracać’’ jest wymowne i mówi samo za siebie. Bowiem jak mawiał Marcel Proust ,,Prawdziwa podróż odkrywcza nie polega na szukaniu nowych lądów, lecz na nowym spojrzeniu’’, które z pewnością zapewnia organizowana przez naszą Fundację

konferencja.

Zdobywając szczyty, przesuwamy własne granice

„- Podejdźcie do krawędzi.

– Nie, spadniemy.

– Po­dejdźcie do krawędzi.

– Nie, spadniemy.

Podeszli do krawędzi. On ich popchnął, a oni pofrunęli.”

Guillaume Appolinaire

Każdy z nas z pewnością był w sytuacji, w której musiał pokonać swój strach, bądź zmierzyć się z własnym lękiem, sprawdzając jednocześnie granice swoich wytrzymałości. Beneficjenci bydgoskiego Tyflopunktu wspinając się na ściankę wspinaczkową udowodnili, że nie ma żadnych granic, a jeżeli są, to zawsze można je przesunąć. Byłam pełna podziwu jak nasi niewidomi przyjaciele pokonują trasę wspinaczki, która – przyznam – do najłatwiejszych nie należała. Centrum wspinaczkowe ,,Spider’’ mieszczące się na ulicy Świeckiej, to największy i najnowocześniejszy obiekt tego typu w Bydgoszczy. Jest on dostosowany dla każdej osoby bez względu na sprawność fizyczną. Liczy ponad 400 m2 powierzchni do wspinania i kilka tysięcy chwytów, znajdują się tam 22 stanowiska do asekuracji oraz ponad 100 niezależnych dróg.

Beneficjenci projektu ,,Tyflopunkty gwarancją kompleksowej samodzielności osób z dysfunkcją wzroku’’ na spotkaniach integracyjnych bawią się tam znakomicie. Oczywiście nad bezpieczeństwem podopiecznych projektu czuwa wykwalifikowana kadra instruktorów i operatorów ściany. Zawsze możemy na nich liczyć! Moim zdaniem bardzo ważny jest również psychologiczny aspekt wspinaczki. Daje on osobom z dysfunkcją wzroku bardzo dużą motywację do zdobywania kolejnych ,,szczytów’’. Umacnia ich także w przekonaniu, że tak naprawdę jedyne ograniczenia jakie sobie stawiają ludzie są tylko w ich głowach i wynikają ze sposobu myślenia. Bowiem nieważny jest rezultat wspinaczki, lecz droga oraz wysiłek jaki wkładamy w jej pokonanie.

Bydgoskie Tyflospecjalistki również wyśmienicie bawiły się podczas wspinaczki, która była dla nich wielką przygodą. Justyna Rogowska (Tyflospecjalistka), osoba z dysfunkcją wzroku, pokonała ją wzorowo i nie ukrywała swojej radości, gdy znalazła się na szczycie. Dla mnie również była to niesamowita lekcja sprawności oraz wytrzymałości. Chwile, które przeżyłyśmy wtedy z beneficjentami projektu, wolontariuszkami Andżeliką, Patrycją, Magdą i Wiolettą, były dla nas bezcenne. Widziałyśmy pot, radość, determinację, walkę ze swoim ciałem. Wszystkie te elementy tworzyły integralną całość dając naszym beneficjentom wiele radości.

Życie każdego z nas jest drogą, którą pokonuje się każdego dnia. Osoby z dysfunkcją wzroku każdego dnia i w różnych sytuacjach życiowych zwalczają swój strach, lęki oraz ograniczenia. Poprzez organizowane w ramach projektu imprezy sportowe w Bydgoszczy chcemy pokazać takim osobom, że aktywnie mogą uczestniczyć w wielu dziedzinach sportu. Dzięki temu mogą przenieść swoje sportowe doświadczenia do życia codziennego. Wystarczy się odważyć, chcieć i spróbować.

Osoby zainteresowane zapraszamy serdecznie do udziału w naszych spotkaniach integracyjnych. Nasz Tyflopunkt mieszczący się przy ulicy Ogińskiego 20 w Bydgoszczy otwarty jest w godzinach od 8:00 do 16:00. Istnieje również możliwość zgłaszania się drogą telefoniczną do Tyflospecjalistek pracujących w biurze pod numery telefonów 606-275-200, 52 321-47-83.

Obchody Międzynarodowego Dnia Białej Laski w Grudziądzu

Tyflospecjalistki z bydgoskiego Tyflopunktu: Ewelina Czerwińska, Justyna Rogowska oraz przedstawiciel firmy Altix Maciej Motyka mieli zaszczyt uczestniczyć dnia 17 października w obchodach Międzynarodowego Dnia Białej laski w Grudziądzu. Uroczystość tę zorganizował grudziądzki Zarząd Koła Powiatowego Polskiego Związku Niewidomych.

Uroczystości towarzyszył program artystyczny przygotowany przez osoby ze schorzeniami wzroku. Szczególne wrażenie wywarł na nas występ dzieci z dysfunkcjami wzroku, które śpiewały piosenki do własnych aranżacji. Nad wszystkim czuwał Pan Przemysław Cackowski oraz Pani Mariola Mazikowska. Sześcioosobowa ,,mała grupa wokalna’’ wyjeżdża z nami na X edycję Międzynarodowej Konferencji REHA FOR THE BLIND® IN POLAND, której hasłem przewodnim jest ,,Świat dotyku i dźwięku’’. Z pewnością weźmie ona udział w muzycznej atrakcji przygotowanej przez Fundację Szansa dla Niewidomych, tzw. pospolitym ruszeniu miłośników muzyki, o nazwie ,,Można nie widzieć, ale grać i śpiewać trzeba’’. Z niecierpliwością czekamy na występy wokalne dzieci w czasie Konferencji.

W obecności Prezesa Zarządu Okręgu Kujawsko-Pomorskiego PZN Zbigniewa Terpiłowskiego oraz pani Prezes Krystyny Kaczorowskiej, reprezentującej Koło Powiatowe, wręczono odznaki związkowe oraz odznaki „Przyjaciela niewidomego”. Tę ostatnią otrzymali m.in. Rafał Chylewski, dyrektor Szkoły Podstawowej nr 16 i Aleksandra Szymczyk, kierownik Filii nr 13 Biblioteki Miejskiej oraz wieloletni pracownik firmy Altix, czynny wolontariusz Fundacji Szansa dla Niewidomych Maciej Motyka, który pokazuje, że praca może stać się misją płynącą prosto z serca. Bycie przyjacielem niewidomych to wielki powód do dumy. Jak wiadomo ,,niewidomy przyjaciel’’ wspiera, wspomaga osoby niewidome w różnych aspektach życia.

W czasie uroczystości Justyna Rogowska, tyflospecjalistka z bydgoskiego punktu, przeprowadziła krótki pokaz ze swoim psem przewodnikiem Parysem. Podczas prezentacji zostały zademonstrowane umiejętności psa przewodnika w pracy z niewidomym. Pokazano w jaki sposób pies pomaga w trakcie przemieszczania się, omijania przeszkód i znajdywania podstawowych miejsc. Justyna Rogowska omówiła formy ubiegania się o psa przewodnika, a także codzienne wady i zalety współpracy z takim asystentem. Dzięki prezentacji zgromadzone osoby mogły pozyskać wiedzę o pracy takich psów, która w przyszłości może pomóc im w dokonaniu decyzji o jego posiadaniu. Obecność biszkoptowego labradora Parysa przyciągnęła zainteresowanie ze strony zaproszonych na uroczystość decydentów, członków koła PZN, a także lokalnych mediów.

Z całego serca dziękujemy za wspaniałe przyjęcie Pani Prezes Koła PZN Krystynie Kaczorowskiej na tak ważnej i wspaniałej uroczystości.

Inicjatywy sportowe w Bydgoszczy

Bydgoszcz jest miastem otwartym na aktywne osoby z dysfunkcją wzroku, które swój wolny czas chcą wykorzystać na uprawianie różnych dyscyplin sportu. Hołdując zasadzie ,,w zdrowym ciele zdrowy duch’’ osoby niewidome i słabowidzące korzystają z szerokiego wachlarza oferty sportowej miasta.

Fundacja Szansa dla Niewidomych wychodzi naprzeciw takim oczekiwaniom. Dzięki projektowi ,,Tyflopunkty gwarancją kompleksowej samodzielności osób z dysfunkcją wzroku” organizowane są spotkania integracyjne osób niepełnosprawnych w ramach grup wsparcia o charakterze sportowym. Bydgoski Tyflopunkt mieszczący się przy ulicy Ogińskiego 20 współpracuje ze Stowarzyszeniem Kultury Fizycznej Niewidomych i Słabowidzących ,,OCULUS’’ oraz z Pomorsko-Kujawskim Klubem Kultury Fizycznej Sportu i Turystyki Niewidomych i Słabowidzących „Łuczniczka”. Dzięki wymienionym organizacjom możliwe jest poznanie i uprawianie takich dyscyplin sportu jak: szachy, warcaby 100 polowe, brydż, nordic walking, narciarstwo, kręgle, taniec sportowy, pływanie, lekka atletyka – biegi, strzelectwo, piłka nożna, wioślarstwo oraz SHOWDOWN, czyli odmiana tenisa stołowego dla niewidomych.

Zajęcia prowadzone są systematycznie przez wyspecjalizowanych instruktorów sportowych. Finansowane są przez Ministerstwo Sportu i Turystyki za pośrednictwem Stowarzyszenia „Cross” w Warszawie i Urzędu Miasta Bydgoszcz. Beneficjent naszego projektu Robert Domagalski biorąc udział w Rajdzie Nordic Walking etap 1/3 w ramach cyklu imprez Nordic Walking ,,Integracyjny Marsz Po Zdrowie’’ zdobył pierwsze miejsce w kategorii niepełnosprawny mężczyzna. Natomiast Ewelina Czerwińska – tyflospecjalsta z bydgoskiego Tyflopunktu zdobyła również pierwsze miejsce w kategorii open. Dystans był równy dla wszystkich uczestników i obejmował trasę czterech kilometrów. Udało się nam! Uśmiech na twarzy Roberta był bezcenny. Zwycięstwo dało mu wiarę, nadzieję i wielką motywację do zdobywania kolejnych medali. Skorzystaliśmy także w ramach imprezy z nauki chodzenia z kijami nordic walking oraz uczestniczyliśmy w prezentacji specjalnej uprzęży do uprawiania tej dyscypliny sportu przez niewidomych.

Fundacja Szansa dla Niewidomych może zawsze liczyć na pomoc specjalistów pracujących w Klubie oraz Stowarzyszeniu i dzięki temu organizować spotkania integracyjne w duchu sportowym z pełnym zachowaniem zasad bezpieczeństwa.

Beneficjenci naszego projektu ,,Tyflopunkty gwarancją kompleksowej samodzielności osób z dysfunkcją wzroku’’ zaczynają już być uzależnieni od comiesięcznych spotkań z nami. W dniu 24 lipca odbyło się spotkanie integracyjne również organizowane w ,,duchu sportowym’’- nie ma z nami lekko! W Kręgielni ,,Broadway’’ przy ulicy Pułaskiego beneficjenci projektu, wolontariusze, tyflospecjalistki bawili się wyśmienicie. Gra w kręgle przyniosła nam radość, odprężenie i świetną zabawę. Na kolejnym spotkaniu planujemy ,,zdobywać szczyty’’ na ścianie wspinaczkowej. Wspinaczka to bowiem sport dla każdego bez względu na wiek i sprawność fizyczną. A kto jak niewidomi bądź niedowidzący najlepiej wie o wysiłku włożonym w zdobywanie szczytów każdego dnia? Dlatego pora na kolejne wyzwania! Zapraszamy do zdobywania szczytów z Fundacją Szansa dla Niewidomych, aby przekonać się o tym, że życie to piękna forma lotu i to od nas zależy na jaką wysokość się wzniesiemy.

Wszystkich chętnych zapraszamy do udziału w naszych spotkaniach integracyjnych. Nasz Tyflopunkt mieszczący się przy ulicy Ogińskiego 20 otwarty jest w godzinach od 8 do 16. Czekamy na Państwa! Można także zgłaszać się telefonicznie do Tyflospecjalistek pracujących w biurze pod numery telefonów 606-275-200, 52 321-47-83.