Nasze przygody w Wietnamie cz. 2

Jaskinie Ninh Binh

Po przespaniu nocy wygodnym hotelu ponownie wypożyczyliśmy skuter i pojechaliśmy na wycieczkę do Trang An Cave. Ninh Binh nie przyciąga wielu turystów. Samo miasto jest raczej pozbawione ciekawych obiektów i traktowane głównie jako baza wypadowa do położonych w pobliżu atrakcji przyrodniczych: wapiennych skał wyrastających wysoko ponad płaskie tereny wioski Tam Coc oraz parku narodowego Cuc Phuong, właśnie tam można popływać łódkami. Obie trasy – Tam Coc i Trang An są podobne, więc pojawiło się odwieczne pytanie: które wybrać? My wybraliśmy Trang An, bo jest dłuższa i ma więcej jaskiń, a przeciskanie się łódką przez jaskinie wydało nam się interesujące. Eksploracja jaskiń znajdujących się na terenie Trang An wykazała ślady ludzkiej aktywności na tym terenie od 30 tysięcy lat! Oprócz skał i jaskiń znajdują się tu również małe wioski, świątynie oraz pola ryżowe. Po dojechaniu na miejsce naszym oczom ukazał się piękny krajobraz – już wtedy wiedzieliśmy, że będzie to jedno z najładniejszych miejsc, jakie zobaczymy w Wietnamie. Pływaliśmy ok. 3 h. Łódki sterowane są przez kobiety, to taki spływ po rzece jak w Polsce z flisakami, tylko z niesamowitymi widokami i jaskiniami. Nie bez przyczyny miejsce to nazywane jest Ha Long na lądzie. Bajka! Co ciekawe, Tarang An zwiedza wielu Wietnamczyków, na naszej łódce i na łódce obok byliśmy jedynymi Europejczykami, co bardzo nam się podobało, ponieważ znowu mogliśmy bliżej poznać tę kulturę, oprócz wspólnego wiosłowania udało nam się nawet pośpiewać.

Cesarskie Miasto Hue

Jeszcze tego samego dnia opuściliśmy hotel i wybraliśmy się na stację kolejową, tam czekała na nas luksusowa kuszetka do Hue. Wreszcie miejsca na nogi było pod dostatkiem. Wyspani, rano wyruszyliśmy na pieszą wycieczkę do cytadeli (duży teren), można ją zwiedzać samemu lub z przewodnikiem. My, jak nie musimy brać przewodnika, sami odkrywamy takie miejsca.

Cesarska Cytadela

Historia miasta związana jest ściśle z dynastią Nguyen. To właśnie założycielom tego miasta udało się zjednoczyć cały Wietnam. Byli również jedyną wietnamską dynastią, której władcy zaczęli nazywać się cesarzami.

Cesarska cytadela była dawną siedzibą władców Hue. Składa się na nią kompleks budynków, który już w 1993 roku został wpisany na listę Światowego Dziedzictwa Kulturowego UNESCO. Należała ona do najwspanialszych dworów cesarskich Azji, o powierzchni ponad pięciu kilometrów kwadratowych. Już z zewnątrz budowla robi wrażenie. By dostać się do środka trzeba pokonać wysokie na 6 metrów, a dodatkowo szerokie mury. Sercem cytadeli jest cesarskie miasto, które również jest otoczone murami oraz dodatkowo fosą. Do środka prowadzą cztery bramy. Weszliśmy przez najważniejszą: Bramę Południową, zwaną bramą Ngo Mon. To właśnie na obszernym placu zlokalizowanym przed wejściem, odbywały się parady i procesje, które z balkonu obserwował cesarz. Z tego balkonu również ostatni cesarz ogłosił swoją abdykację. Następnie przeszliśmy przez Most Złotej Wody, otoczony z obu stron przez stawy, w których pływają złote rybki i weszliśmy na Dziedziniec Ceremonii. Zlokalizowany jest na nim powstały w 1805 roku Pałac Niebiańskiej Harmonii (Thai Hoa). W dawnych czasach miały w nim miejsce najważniejsze ceremonie i uroczystości, a obecnie można zobaczyć m.in. salę tronową oraz film ukazujący jak cesarskie miasto wyglądało w przeszłości.

Zakazane Purpurowe Miasto i polski ślad

Po drugiej stronie pałacu jest wyjście na dziedziniec, gdzie znajdowały się Złote Wrota, kiedyś prowadzące do Zakazanego Purpurowego Miasta, do którego dostęp miał tylko cesarz, jego rodzina i wybrani służący. Niestety, wszystko to zostało zniszczone podczas pierwszej wojny indochińskiej w roku 1947. Hue zostało również bardzo zniszczone w roku 1968, kiedy stało się miejscem walk oraz masakry dokonanej przez wojska Północnego Wietnamu. Po dwóch stronach dziedzińca zlokalizowane są Hale Mandarynów. Z ponad 40 budynków jakie powstały w Zakazanym Mieście w chwili obecnej można zobaczyć tylko kilka. Po większości pozostały jedynie fundamenty. Jednak kto wie, może za kilka lat te budynki zostaną odbudowane, gdyż na terenie cytadeli wciąż prowadzone są takie działania. Szczególnie spodobały nam się zlokalizowane po dwóch stronach serca cesarskiego miasta pięknie zdobione i wyglądające jakby dopiero co zostały wykonane, drewniane, czerwone Pawilony Czytelnicze. W południowo-zachodnim narożniku miasta położona jest świątynia The Mieu, zwana również Świątynią Pokoleń. Wewnątrz umieszczono ołtarze poświęcone poszczególnym władcom dynastii. Obok lewego wejścia znajdujemy polski ślad. Zostały tu umieszczone tablice upamiętniające pomoc Polski w odbudowie tej świątyni oraz informacje o Kazimierzu Kwiatkowskim, polskim konserwatorze zabytków. W Polsce „Kazik”, jak do niego mówili Wietnamczycy, nie jest znany. Dla Wietnamu była to jednak osoba bardzo zasłużona. Przez 16 lat swojej pracy w Wietnamie nadzorował prace konserwatorskie i renowacyjne w Hue, My Son i Hoi an. To właśnie dzięki niemu teraz te miejsca przyciągają turystów z całego świata.

Cesarskie grobowce

Następnego dnia wybraliśmy całodzienną wycieczkę do cesarskich grobowców. Wycieczkę wykupiliśmy w hotelu.

W dynastii Nguyen było 13 cesarzy, ale tylko 7 zmarło śmiercią naturalną i to właśnie ich grobowce można obecnie oglądać. Wszystkie są położone wśród wzgórz, na południe od Hue, po obu stronach rzeki Perfumowej. Nguyenowie, uważali się za Synów Niebios. Wierzyli, że ich życie nie kończyło się na ziemi. Aby w zaświatach wiodło im się równie wspaniale, wzorem cesarzy z chińskiej dynastii Ming, budowali niesamowite, przypominające pałace grobowce.

Zachwycający grobowiec Khai Dinha

Zanim dotrzemy do głównych budynków, musimy przejść po monumentalnych schodach na kolejne dziedzińce, schody wyglądają jak z filmu. Na ostatnim jest ustawiona niewielka armia kamiennych żołnierzy – nie tak imponująca jak terakotowa w Chinach.

Przepięknie wygląda szczególnie główna sala pałacu, na którego terenie znajduje się grobowiec – cała ozdobiona szklanymi mozaikami, w centralnym miejscu jest pomnik cesarza siedzącego na tronie.

Co ciekawe, budowę grobowca rozpoczęto jeszcze za panowania Khai Dinha, w roku 1920. Ukończono go 11 lat później, w roku 1931. Warto zwrócić uwagę na nietypową architekturę budynku, będącą połączeniem stylu europejskiego oraz orientalnego. Khai Dinh nie był popularny wśród swoich poddanych, między innymi ze względu na decyzję o podniesieniu podatków o 30%. Uzyskane w ten sposób pieniądze zostały przekazane na… budowę mauzoleum władcy.

Najokazalszy z grobowców – grobowiec cesarza Tu Duca

Ogrom tego grobowca zupełnie nas zaskoczył. Tu Duc zbudował letni pałac, z pawilonami dla nałożnic, pawilonem herbacianym oraz parkiem, w którym polował, a wszystko to w pięknym, bogatym stylu.

Tu Duc był ciekawym władcą. Przy wzroście 152 cm, nawet jak na jego czasy uchodził za niskiego, za to jego kompleksy najwyraźniej były olbrzymie. Posiadał 142 żony, z którymi siadał w pawilonie herbacianym i czytał im poezję. Mimo tylu żon nie doczekał się potomka i w końcu adoptował syna. Budowa kompleksu pałacowego, który nazwał swoim grobowcem, pochłaniała mnóstwo pieniędzy, wywołując niezadowolenie i spisek, aby Tu Duca zamordować. Spisek wykryto i Tu Duc mógł w spokoju dokończyć swoje dzieło. Jednak po śmierci, w obawie przed rabusiami, Tu Duca pochowano w zupełnie innym miejscu! Do tego wszystkim dwustu sługom pomagających w pochówku ścięto głowy, aby nie mogli wyjawić miejsca faktycznego pochówku. Tu Duc był ostatnim suwerennym władcą Wietnamu. W 1883 roku, na kilka miesięcy przed śmiercią cesarza, Francuzi opanowali całkowicie władzę w kraju i utworzyli na jego terenie protektorat.

Plażowanie w H?i An

Uff! W końcu czas na odpoczynek! Wybraliśmy hotel z basenem oddalony około 10 km od centrum miasta, blisko rewelacyjnej plaży. Przez cały jeden dzień nie robiliśmy nic! No, prawie nic – wieczorem wybraliśmy się do niesamowitego centrum miasta zlokalizowanego nad jeziorem. W nocy oświetlone kolorowymi lampionami wygląda jak z bajki! Warto zobaczyć stare miasto, które jest plątaniną uliczek z mnóstwem pięknej, chińskiej architektury. Na każdym rogu można tu znaleźć małe restauracje, herbaciarnie, świątynie, galerie, warsztaty rzemieślnicze, pracownie artystów, a także sklepy dla turystów.

H?i An – miasto w środkowym Wietnamie, w prowincji Qu?ng Nam, dawny portugalski port morski i faktoria handlowa Faifo, położony ok. 30 km na południe od Đ? N?ng. W 2009 roku liczyło 69 222 mieszkańców. W 1999 roku miasto zostało wpisane do rejestru zabytków światowego dziedzictwa UNESCO. Hoi An słynie z salonów krawieckich i szewskich, można za rozsądne pieniądze uszyć na zamówienie m.in. sukienkę, garnitur, płaszcz, buty. Trzeba tylko zaraz po przyjeździe udać się do salonu, ustalić co będzie szyte, zdjąć miarę i za ok. 3 dni zamówione ubranie jest do odbioru.

M? S?n – wietnamskie Angkor Wat

Do My Son wykupiliśmy całodzienną wycieczkę z przewodnikiem, który sam w sobie był atrakcją. Zabawny, inteligentny, ze świetnym angielskim, co nie jest częste. Wycieczka występuje w różnych opcjach, my wybraliśmy opcję w jedna stronę busem i powrót łódką z lunchem.

My Son to ruiny wspaniałego niegdyś świętego miasta z czasów dynastii Czam (IV-XII wiek). Na skutek upływu czasu oraz amerykańskich bombardowań niestety, niewiele pozostało dziś z kilkudziesięciu hinduistycznych świątyń oraz budynków mieszkalnych. Miejsce jest dość malowniczo położone, w dolinie, wśród porośniętych dżunglą wzgórz. Podobnie jak Angkor w Kambodży, My Son na kilkaset lat został opanowany przez dżunglę i zapomniany przez ludzi. Odkryty dopiero pod koniec XIX wieku stał się wielką atrakcją archeologiczną.

My Son (wymawia się „mej son”) oznacza „piękną górę”, stanowi pozostałość po hinduistycznym sanktuarium religijnym ku czci Śiwy, narodu, który nazywa się Czamowie. Zamieszkiwali oni środkowy Wietnam w państwie Czampa, w okresie od II do XIX wieku. Pierwsze budowle w My Son powstały w IV wieku, a używane były do XV wieku. Później, podobnie jak Angkor, popadły w zapomnienie i w posiadanie przejęła je dżungla. Powodem upadku sanktuarium był wzrost liczby ludności wyznającej buddyzm i przejęcie władzy na tym terenie przez Wietnamczyków. Budynki zostały ponownie odkryte przez Francuzów pod koniec XIX wieku. Na nas zrobiło ogromne wrażenie, czuliśmy się jak bohaterowie filmu z Indiana Jonesem lub Larą Croft, szczególnie, że tego dnia było około 40 stopni w cieniu!

Sajgon, czyli Ho Chi Minh

Z Hoi An polecieliśmy do Sajgonu, naszego pierwszego i zarazem ostatniego punktu w Wietnamie. Miasto nosiło nazwę Sajgon do 1975 roku. Obecną dostało, gdy upadł Wietnam Południowy. Nazwa Ho Chi Minh upamiętnia przywódcę północno-wietnamskich komunistów. W Sajgonie dobra dzielnica do zamieszkania to dystrykt pierwszy, czyli stara dzielnica Sajgonu. Jest to drugie miasto, które moglibyśmy zaliczyć do przyjaznych dla niewidomych, ale jak widać – bez przewodnika ani rusz! Pierwszego dnia zdecydowaliśmy się na wycieczkę pieszą.

W Ho Chi Minh istnieją dwa miejsca, które aż nadto pokazują, jak tragiczny los spotkał Wietnamczyków w XX wieku. Pierwsze z nich to Muzeum Pozostałości Wojennych (War Remnants Museum), które znajdziemy w trzecim dystrykcie. Muzeum to poświęcone jest II wojnie indochińskiej przeciwko Stanom Zjednoczonym, ale opowiada również o pierwszej wojnie indochińskiej przeciwko Francuzom, mającej miejsce kilka lat wcześniej. Drugie miejsce, oddalone nieco od miasta, to Tunele Cu Chi. Tutaj można na własne oczy zobaczyć i zrozumieć jak Wietkong walczył przeciwko Amerykanom.

Muzeum Pozostałości Wojennych

Obecna nazwa muzeum używana jest od 1995 roku, po tym, jak stosunki między Wietnamem i USA zostały unormowane. Poprzednią nazwę przetłumaczyć można jako Muzeum Amerykańskich Zbrodni Wojennych (Exhibition House for Crimes of War and Agression).

Przy wejściu do muzeum zobaczymy różne pojazdy używane przez armię amerykańską podczas wojny, które zostały w Wietnamie porzucone. Kilka czołgów, samolotów, armat, helikopterów… A pojazdów tych wysłano do Wietnamu tysiące, by walczyć z komunistami z północy.

Główny budynek podzielony jest na kilka pokoi. Zwiedzanie trwa około dwóch godzin. Pokój, który zrobił na nas największe wrażenie, pełen był zdjęć ofiar broni chemicznych, takich jak Napalm czy Agent Orange (mieszanka pomarańczowa). Do dziś dzieci rodzą się z problemami zdrowotnymi spowodowanymi faktem, że ich rodzice przebywali w zanieczyszczonym otoczeniu. Cytując moją żonę: „Okropność”. Niektórzy twierdzą, że w muzeum sporo materiałów jest propagandowych. Możliwe, ale prawda jest jedna — nie wyjdziecie stąd obojętni.

Wojna, która zmieniła nas wszystkich

Wojna wietnamska (zwana też drugą wojną indochińską) – działania militarne na Półwyspie Indochińskim w latach 1957–1975. W konflikt zaangażowane były z jednej strony komunistyczna Demokratyczna Republika Wietnamu (Wietnam Północny, wspierany przez inne kraje socjalistyczne, gł. Związek Radziecki oraz Chiny, ale też w mniejszym stopniu przez niektóre kraje niesocjalistyczne (np. Szwecję) i kontrolowane przez to państwo organizacje komunistyczne w Wietnamie Południowym, Laosie i Kambodży, a z drugiej strony Republika Wietnamu wraz z międzynarodową koalicją obejmującą Stany Zjednoczone i ich sojuszników – Koreę Południową, Tajlandię, Australię, Nową Zelandię i Filipiny. Wbrew woli, stronami konfliktu były również Kambodża i Laos.

Straty zaangażowanych w konflikt stron były ogromne, źródła podają ponad 3 mln ludzi, w tym:

Wietnam Północny i Wietkong – 900 tysięcy żołnierzy zostało zabitych, a spośród ludności cywilnej zginęło 65 tysięcy osób, 250 tysięcy zostało rannych,

Wietnam Południowy – 196 863 zabitych i 502 tysiące rannych,

Stany Zjednoczone – 58 325 zabitych, 313 tysięcy rannych (w tym 153 311 z trwałymi uszkodzeniami ciała) i 2413 zaginionych,

Korea Południowa, Filipiny, Australia, Nowa Zelandia i Tajlandia łącznie – 5225 zabitych i około 12 tysięcy rannych,

Straty ludności cywilnej sięgnęły 2 milionów zabitych.

Wojna w Wietnamie poważnie zachwiała w społeczeństwie amerykańskim pewność siebie i wiarę we własne możliwości. Przez następne 20 lat w amerykańskiej polityce istniał „syndrom Wietnamu”, czyli niechęć do angażowania sił amerykańskich w jakiekolwiek długotrwałe działania zbrojne w krajach Trzeciego Świata.

W Stanach Zjednoczonych wojna wywoływała ostre konflikty społeczne. Działania w Wietnamie wymagały powiększenia wielkości armii o dodatkowy milion żołnierzy. Powiększenie zakresu poboru i rosnące straty w Wietnamie prowadziły do masowego uchylania się od obowiązkowej służby wojskowej (ucieczki do Kanady i Meksyku, a nawet potajemnie na Kubę). 20 tysięcy osób znalazło się w sytuacji ukrywających się dezerterów, a około 1000 osadzono w więzieniach.

Chwila spokoju po rozmyślaniu o wojnie

Emperor Jade Pagoda w Ho Chi Minh City jest znana jako jedna z najbardziej tajemniczych i klimatycznych pagód w Wietnamie. Główny ołtarz składa się z 4-metrowych posągów bóstw, wyglądających bardzo groźne w stalowych zbrojach. Tutaj spotykamy wiernych wyznawców taoizmu, którzy składają kwiaty i kadzidła pod ołtarzem i modlą się o powodzenie i bogactwo dla siebie i rodziny. W kolejnym pokoju znajduje się posąg Thanh Hoang – władcy piekieł – z jego czerwonym koniem i towarzystwem innych bóstw, które każą ludzi za złe uczynki. Ostatni pokój wypełniony jest małymi rzeźbami dwunastu kobiet, które reprezentują ludzkie cechy: dobre i złe. Główne miejsce zajmuje posąg Hoa Thanh Mau – władczyni kobiet.

Katedra Notre Dam

Z muzeum całkiem niedaleko do Katedry Notre Dame. Katedra powstała w latach 1863-1880, gdy w Wietnamie rządzili francuscy kolonizatorzy. Co ciekawe, materiały budowlane sprowadzono niemal w całości z Francji. Obecnie katedra interesująco komponuje się z wszechobecnymi skuterami i z kobietami sprzedającymi przed starym budynkiem kiście małych bananów lub inne street foodowe przysmaki.

Budynek poczty

Wybudowany w XIX wieku budynek głównego urzędu pocztowego H? Chí Minh jest jednym z najstarszych budynków w mieście. Starannie odrestaurowana Poczta Główna stanowi znaczącą osobliwość miasta. Koniecznie należy zwiedzić wnętrze gmachu, gdzie gigantyczna hala z okienkami przypomina stare czasy, a ogromny portret „Wujka Ho” (Nguy?n Sinh Cunga znany także jako H? Chí Minh) – późniejsze dzieje miasta. Stalową konstrukcję hali zaprojektował sam Gustave Eiffel w czasach, gdy Wietnam był kolonią i częścią tzw. Indochin Francuskich. Budowa poczty rozpoczęła się w 1886 roku i trwała 5 lat. Budynek łączy w sobie cechy typowe dla architektury gotyckiej, renesansowej oraz francuskiej architektury kolonialnej.

Pałac Zjednoczenia

Pałac Zjednoczenia nazywany był kiedyś Pałacem Niepodległości. Jego budowę ukończono w 1966 roku, a autorem awangardowego projektu był wykształcony w Paryżu wietnamski architekt, Ngo Viet Thu. W pałacowym ogrodzie stoją dwa czołgi – te same, które 30 kwietnia 1975 roku obaliły żeliwną bramę pałacu, rozpoczynając ostateczny szturm na siedzibę rządu Wietnamu Południowego. Kapitulacja Sajgonu i aresztowanie ostatniego przywódcy Wietnamu Południowego, generała D??ng Văn Minha oznaczała ostateczne zwycięstwo komunistycznego Północnego Wietnamu i zjednoczenie kraju. Pod pałacem, o ile pałacem można nazwać wielki, betonowy klocek, można zwiedzić rozległe podziemne bunkry, w których mieściło się zaplecze centrum dowodzenia podczas wojny. Wystrój i wyposażenie pałacu nie zmieniły się od kapitulacji Południa.

Ulica jak z Blade Runnera

Pewnie pamiętacie te sceny z Blade Runnera, gdy porucznik Deckard zamawia jedzenie u Chińczyka? Właśnie tak wygląda ulica Pham Ngu Lao. Jest kolorowo, turystycznie, tłoczno, głośno, z obu stron dużo ludzi i klubów. Po tak mocnym dniu chętnie posłuchaliśmy muzyki i wypiliśmy po lekkim azjatyckim piwie.

Gry uliczne

W Wietnamie nie ma czasu na asymilację. Turysta od razu wpada w objęcia, nie tylko nieprawdopodobnych zasad ruchu drogowego, ale i odmiennych zwyczajów oraz totalnie innego myślenia. W Ho Chi Minh City mieszka 8,5 miliona ludzi, z których większość spędza dzień na ulicy. Upał sprawia, że domy i mieszkania służą jedynie do snu; handel, usługi i spotkania towarzyskie odbywają się głównie pod gołym niebem. Fryzjer? Proszę bardzo, możemy ostrzyc na trawniku. Pedicure? Dlaczego nie robić tego koło poczty? Chodniki są zajęte przez dziesiątki tysięcy (dosłownie) kramików, przydrożnych barów, punktów sprzedaży i naprawy wszystkiego, co tylko może być potrzebne. W księgarni natykamy się na dwie dziewczyny (sprzedawczynie, klientki?), które jak gdyby nigdy nic śpią na ziemi pomiędzy regałami z książkami na twarzach.

Niektóre sklepy i restauracje są również miejscem zabawy, odpoczynku i snu dzieci, których rodzice pracują do później nocy. Na chodnikach urządza się towarzyskie imprezy, a ich uczestnicy siedząc w kucki do późna w nocy, bawią się, jedzą i piją. Nikomu też nie przychodzi do głowy, by widzieć w tym cokolwiek niestosownego. Tak po prostu jest i już. Największa aglomeracja Wietnamu bez przerwy tętni życiem i, mimo że dawno minęły czasy podziału państwa, nadal wyczuwa się tu pozostałości dekadenckiej atmosfery minionej epoki. Dostojne, secesyjne budowle nadają miastu jednoznaczny styl dawnej, kolonialnej metropolii.

W labiryncie elektrycznych spraw

To można zobaczyć tylko w Wietnamie. Wzdłuż ulic ciągną się linie elektrycznych w dość oryginalnych konfiguracjach. Wyglądają jak koszmarny sen szalonego elektryka. Liczące czasem po kilkaset przewodów wiązki zwieszają się z słupów niczym rozczochrane brody, tworząc ponad ulicami gigantyczną pajęczynę drutów. Sami Wietnamczycy zdają sobie zresztą sprawę z osobliwości tego rozwiązania i sprzedają nawet koszulki z obrazkami skłębionych kabli. Jeśli nie można czegoś zmienić, trzeba to zaakceptować, albo uczynić z tego dodatkowy walor.

Jest jeszcze jedna ikona dużych miast w tej części świata. To domy tunelowe. Niewiarygodnie wąskie i głębokie domy, kamienice wyglądające jak pudełka czekoladek ustawione pionowo. To z oszczędności. Najdroższa jest ziemia przy ulicy, więc od frontu trzeba wykorzystać jak najmniej miejsca. Centrum Ho Chi Minh City pomału jednak upodabnia się do wielkich miast azjatyckich, a stara architektura ustępuje stopniowo miejsca nowoczesnym biurowcom. Ponad miastem góruje ukończony w 2010 roku wieżowiec Bitexco Financial Tower, drugi dziś co do wysokości budynek w Wietnamie. Wzbija się w niebo na wysokość 258 m.

Spełniamy marzenia – wycieczka do delty Mekongu

Zawsze marzyłem, żeby spłynąć deltą Mekongu! Główną atrakcją jest rzeka Mekong, tysiące kanałów i małych rzeczek odpływających od niego i rozlewających się w wielką deltę, tworząc wiele wysepek. Dla tych kanałów w środku dżungli, po których pływa się małymi, tradycyjnymi łodziami zwanymi sampang, tysiące turystów przyjeżdżają co roku do delty. Są tu wioski na wodzie i floating markets – „centra handlowe” na małych łódkach, których właściciele oferują wszelkie niezbędne artykuły. Ciekawostką jest, że delta Mekongu, mimo sporej liczby turystów, nie jest bardzo skomercjalizowana. Pływające rynki są nastawione na lokalnych odbiorców, nie na turystów, a jeśli ktoś się zagłębi w małe uliczki nadrzecznych miejscowości, to odkryje zupełnie inny od naszego świat. My zwiedziliśmy świątynię buddyjską, pływaliśmy w kanałach, odwiedziliśmy miodową pasiekę i zjedliśmy węża!

Tunele Cu Chi

Ostatniego dnia czekała nas wycieczka wykupiona w hotelu do Cu Chi tunnels, powrót po południu, zakup pamiątek w Ben Thanh market, wieczorem Uber na lotnisko i – do domu.

Około 50 kilometrów poza miastem znajdują się tunele Cu Chi. Cu Chi było bazą wojskową Wietkongu. System tuneli, który oglądać możemy na terenie muzeum, stanowi jedynie niewielką część ogromnej struktury tuneli o łącznej długości ponad 130 kilometrów. Z Cu Chi można było niezauważenie dostać się pod ziemią aż do Ho Chi Minh. Życie w tunelach było ciężkie ze względu na brak powietrza, jedzenia, wody i ciągłej obecności trujących pająków, mrówek i innych robaków. Choroby były codziennością. Szacuje się, że podczas wojny przynajmniej połowa wojska zarażona była malarią. Dzięki systemowi tuneli, wojska Wietkongu ciężkie były do zlokalizowania. Gdy żołnierze byli gonieni przez wroga, mogli praktycznie w każdej chwili „zapaść się pod ziemię”, a następnie wyjść kilkanaście metrów za plecami wroga, by go zaskoczyć. Ponadto Wietkong stosował niezliczoną liczbę pułapek. Były to głównie zakamuflowane dziury w ziemi wypełnione zaostrzonymi bambusowymi patykami i innymi śmiercionośnymi gadżetami. Gdy armia amerykańska odnajdywała tajemne wejście do tunelu, nie była w stanie zniszczyć całego systemu. Do środka nie odważyli się wejść, bo tunele były śmiertelnie niebezpieczne i… ciasne. Zwiedzający Cu Chi mają okazję przejść przez jeden z tuneli mający prawie 100 metrów długości. Tunel ten jednak został powiększony, tak aby turyści byli w stanie się w nim zmieścić. Jest to klaustrofobiczne, ale jednocześnie ciekawe przeżycie.

W 1966 roku Amerykanie zrzucili na Cu Chi 30 ton bomb, próbując zlikwidować tunele. Nie udało im się. Żołnierze Wietkongu, choć mieli tylko prowizoryczną broń i buty zrobione ze starych opon, byli w stanie odeprzeć największą na świecie armię na tyle długo, by Amerykanie w końcu się poddali i opuścili Wietnam. Co ciekawe, nasz przewodnik był weteranem, który walczył po stronie amerykańskiej. Opowiedział nam wiele historii i pokazał jak różne mogą być spojrzenia na jeden temat. Z pewnością nie ma jednej historii, a prawda nie jest oczywista. Do dziś zdania na temat wojny na północy i na południu kraju są podzielone, jednak oficjalnie rację ma północ i głośno nie wolno mówić inaczej.

Na terenie muzeum można strzelić z kilku różnych karabinów maszynowych. Ja już strzelałem z takich karabinów, więc odpuściłem, ale żona próbowała i szybko przekonała się ile one robią hałasu.

Wietnamczycy żyją teraz w pokoju, jednak przeszli przez naprawdę trudne czasy. Miejmy nadzieję, że pokój ten się utrzyma.

Czy Wietnam jest dostępny?

Na pewno zwiedzenie go samodzielnie przez osobę niewidomą byłoby wyczynem, jednakże gdyby wybrać się z osobą widzącą, jest w pełni dosiężny – bardziej niż dla osoby na wózku. Naszą największą pomocą był telefon komórkowy, który przecież teraz jest udźwiękowiony. Zwiedzenie tego kraju przez osobę z dysfunkcją wzroku mogłoby jej przynieść ogromną satysfakcję i zmienić podejście do wielu spraw. Jego mieszkańcy zawsze pomagają turystom, są bardzo mili, otwarci i bezpośredni – chętnie poklepują po plecach i szeroko się uśmiechają. Myślę, że mogą wiele nas nauczyć. Przeszli piekło, a w przyszłość patrzą z podniesioną głową.

Nasze przygody w Wietnamie cz. 1

Nie samą pracą człowiek żyje. Czasem warto zrobić sobie urlop. Najlepiej jak najdalej od codziennego otoczenia, poznać i zatopić się w inną kulturę. Jednym z najciekawszych, a dostępnych cenowo kierunków jest Azja. My wybraliśmy Wietnam, który jest bardziej dziki od Malezji, a mniej komercyjny od znanej wszystkim Tajlandii. Podczas wycieczki zastanawialiśmy się czy niewidomy ma jakiekolwiek szanse w takim kraju? Czy jest w stanie samodzielnie się przemieszczać? Na te i kilka innych pytań postaramy się odpowiedzieć opisując nasze przygody w Wietnamie.

Jedno jest pewne – podróże kształcą i rehabilitują. Będąc w podróży uczymy się samodyscypliny, zaradności i pokonywania przeciwności. Poznając nową kulturę stajemy się bardziej tolerancyjni i otwarci na inność. Podróże, choć fascynujące, nie zawsze są łatwe. Ale właśnie dzięki temu mogą nauczyć nowych umiejętności. Najlepiej bowiem uczymy się wtedy, kiedy nie mamy wyboru, lecz po prostu musimy działać. Przez ten czas jesteśmy Panami swojego losu i decydujemy o swoim życiu w każdym jego aspekcie. Czy można sobie wyobrazić lepszą formę rehabilitacji?

Viet Nam

Wietnam, Socjalistyczna Republika Wietnamu ? państwo w Azji Południowo-Wschodniej, położone na Półwyspie Indochińskim, graniczące z Chińską Republiką Ludową, Laosem i Kambodżą. Posiadając liczbę ludności ponad 90 mln jest piętnastym co do wielkości populacji państwem świata.

Powierzchnia Wietnamu wynosi około 331 210 km?. Długość granic kraju to 4639 km. Najwyższą górą jest Phan Xi Păng 3143 m n.p.m., najdłuższa rzeka to Rzeka Czerwona (450 km na terytorium Wietnamu).

Podróż krok po kroku

Mieliśmy dwa tygodnie na zwiedzenie Wietnamu – to mało i dużo. Każdemu polecam się zastanowić czy zwiedziłby dostatecznie dobrze Polskę w dwa tygodnie, mniejszy kraj, który znamy jak własną kieszeń i mówimy w tym samym języku, a następnie dopiero usiąść do planowania. Optymalnie jest mieć 3 tygodnie, ale w 2 tygodnie, jak zaraz to opiszemy, też się da, trzeba jednak więcej samozaparcia.

Wizy

Wizę do Wietnamu można dostać na dwa sposoby:

  • składając wniosek o jej wydanie w konsulacie Wietnamu w Warszawie
  • działając przez pośrednika, załatwić promesę wizową.

Pierwsza opcja jest dobra dla mieszkańców stolicy, gdyż w konsulacie trzeba pokazać paszport. Znajoma taki wniosek złożyła na odległość, wysyłając paszporty pocztą.

Koszty: 8$ – promesa, 47 PLN – honorarium pośrednika, 25$ – wiza (płatne na lotnisku w Wietnamie). Prościzna.

Szczepienia

Lecąc do egzotycznych krajów warto się zaszczepić. My ostatecznie zdecydowaliśmy się na podstawowy zestaw, w którym były szczepionki m.in. przeciwko żółtaczce typu A i B oraz dur brzuszny. Oczywiście czytając o chorobach w Azji można się było przerazić. Dur brzuszny, denga, japońskie zapalenie mózgu, malaria. Na niektóre nie było szczepionek. Na inne były, ale efekty uboczne potrafiły być gorsze od samej choroby. Jednak warto się zaszczepić, gdy człowiek jest rozsądny nie powinno mu się nic stać.

Jak się spakować?

Jeżeli planujecie samodzielnie zwiedzić jakiś kraj pociągami i samolotami, zapomnijcie o walizkach na kółkach. To dobre rozwiązanie, gdy wybieramy się na wakacje w jedno miejsce. Gdy zmieniamy miejsce co 2-3 dni tak jak my, najlepiej zmieścić się w plecak 40-50 litrowy. Ubrania po tygodniu można wyprać za kilkanaście złotych i zawsze można coś dokupić. Ja doszedłem do opcji: apteczka, podróżna kurtka przeciwdeszczowa, kocyk do przykrycia, polar, spodnie z odpinanymi nogawkami, krótkie spodenki sportowe, 7 koszulek, 7 par majtek, kilka skarpetek, sandałki i japonki. Resztę zajmuje sprzęt foto, który też ograniczam do minimum (dwa obiektywy). Z żoną jest trochę gorzej, ale mieści się w te 50 litrów… Warto mieć drugi plecak szkolny na codzienne wojaże, można go zabrać jako bagaż podręczny, ale lepiej zmieścić do plecaka, żeby nie nosić go podczas przemieszczania po kraju docelowym.

Wylot z Warszawy do Sajgonu

Lot trwa około 14 h z przesiadką w Doha. Bilety warto kupić wcześniej i zaczaić się na okazję, zazwyczaj udaje się kupić bilet w cenie ok. 2000 zł. Można zrobić to jeszcze taniej lecąc z innego kraju, ale dodając koszty dojazdu i stratę cennych dni, nie zawsze jest to optymalne rozwiązanie.

Lotnisko w Sajgonie

Pierwsza rzecz to wymiana pieniędzy na Dongi, ale uwaga! Nie wymieniajcie wszystkich, na początek wystarczy 100 dolarów. Kurs Donga do Dolara to 22 803, więc otrzymuje się miliony, jak w latach 90 w Polsce. W Wietnamie jest dosyć bezpiecznie, ale warto przeliczyć czy dobrze wydają nam pieniądze i trzymać je rozdzielone w różnych miejscach – nieważne w jakim jesteś kraju. Z międzynarodowego lotniska w Sajgonie od razu zdecydowaliśmy się lecieć na północ kraju do Hanoi i zjeżdżać w dół kraju. Poszliśmy więc na terminal lokalny. Warto wcześniej się zorientować w Internecie, jakie są opcje. Samoloty latają mniej więcej co 1-2 h, a ceny wahają się od bardzo tanich do bardzo wysokich: od ok. 200 zł za bilet do nawet 900 zł. Lot do Hanoi zajmuje około 1 godzinę.

Przylot do Hanoi

Po przylocie jedziemy od razu do hotelu. To jedyny hotel, który zarezerwowaliśmy wcześniej. W naszych podróżach chcemy być jak najbardziej elastyczni i następne hotele wyszukujemy poprzez portal Booking.com – jest ich pod dostatkiem. Jednak ten pierwszy hotel po kilkunastu godzinach lotu warto już mieć. Na pierwszą noc wybieramy lepsze hotele, bo po prostu szybko trzeba się zregenerować. Drogę z lotniska do hotelu najlepiej pokonać busem (ok. 10 zł od osoby), taksówki to ostateczność w każdej podróży, niestety, szczególnie na lotniskach jest drogo, a kierowcy lubią oszukiwać, więc warto ustalić na początku cenę. My, jeśli musieliśmy, korzystaliśmy z Ubera.

Jet Lag

Wylecieliśmy ok. 18 z Polski, a w Hotelu Hanoi byliśmy ok. godziny 18 następnego dnia (trzeba doliczyć 7 godzin do przodu). Po krótkiej drzemce w hotelu kusi człowieka, żeby wyjść na miasto, ale zrobiliśmy to tylko po to, aby coś zjeść. Jak najszybciej trzeba przestawić się na czas lokalny, więc gdy przyjeżdżamy rano nie pozwalamy sobie na długi sen, by w nocy usnąć o godzinie lokalnej, tak jak w domu. Gdy zaniedba się przestawienie, można dochodzić do siebie kilka dni, a na to po prostu nie ma czasu. Najlepsza dzielnica do mieszkania to Hoan Kiem, blisko do głównego deptaka i najważniejszych atrakcji.

Pierwsze wrażenie

Najbardziej lubię ten moment, gdy wychodzimy z lotniska i odczuwamy inny klimat kraju, w którym jesteśmy. Pierwsze co do mnie dociera, to oczywiście temperatura i inna wilgotność powietrza. Azja jest wilgotna i parna, potrzeba kilku sekund, żeby złapać oddech. Następnie widzę te kompletnie inne twarze i inny sposób bycia ludzi – to oczywiście pozory, bo głęboko wierzę, że środku wszyscy jesteśmy tacy sami. W Wietnamie przez wojnę sporo osób zna angielski, więc z dogadaniem się nie ma problemu, choć swojskie migi są zawsze pomocne. Ludzie zachowują się jak stereotypowi Azjaci, są uprzejmi i gdy nawet nie wiedzą co powiedzieć, to uprzejmość nie pozwala im nie odpowiedzieć, więc trzeba uważać, bo potrafią pokierować w kompletnie złą stronę.

Hanoi

Pierwsze nasze spotkanie z wietnamską ulicą. Tysiące straganików, restauracji i setki skuterków. Można było poczuć klimat i historię tego miejsca. Mieliśmy wrażenie, że coś podobnego widzieliśmy w popularnych filmach o Wietnamie. Najlepsze i najbardziej satysfakcjonujące jest jedzenie. Zazwyczaj to uliczne biznesy jednoosobowe. Pani kucharka ma duży garnek zupy Pho lub innej, jakieś mięso na grillu i masę warzyw. Dla gości jest dostępny malutki dziecięcy stoliczek i równie małe stołeczki do siedzenia w kucki – zgodnie możemy powiedzieć, że takiego jedzenia nie zjecie w najlepszej Azjatyckiej restauracji w Polsce, a posiłki kosztują od 5 do 10 zł! Polecamy zupę o nazwie Bún ch?. To jedno z naszych ulubionych dań – proste, ale wymaga kolektywnej pracy wielu osób. Bún ch? grillowana i jedzona w samotności po prostu nie smakuje! Jej sekretem jest ekstremalnie świeże mięso – w Wietnamie ze względu na klimat nie ma mowy o długim przechowywaniu nieprzetworzonych składników. Być może w następnych numerach damy przepis na tę zupę – jeśli chcecie, napiszcie do redakcji Helpa!

Hanoi – stolica i największe obok Ho Chi Minh miasto Wietnamu, usytuowane w Delcie Rzeki Czerwonej, w Tonkinie. Mimo wielokrotnych zniszczeń w Hanoi wciąż istnieje wiele zabytków starej architektury, szczególnie na Starym Mieście (dzielnica Ho?n Ki?m). Jest tu wciąż praktykowanych wiele tradycyjnych rzemiosł, jak formowanie brązu, produkcja wyrobów z laki, grawerstwo czy haft.

Hanoi jako jedno z niewielu miast w Wietnamu jest dosyć dostępne dla niewidomych, na chodnikach są ścieżki naprowadzające. Niestety, ogromny ruch, tłok i szalone przejścia dla pieszych są przerażające dla widzących, a co dopiero dla niewidomych. Oczywiście lokalni niewidomi poruszają się po mieście, ale jest to widok bardzo rzadki.

Szok co krok

Dla Europejczyka wielkie miasta Wietnamu są prawdziwym wyzwaniem. Szokiem natomiast jest organizacja ruchu ulicznego. Na pierwszy rzut oka setki tysięcy pojazdów, od rowerów przez wszechobecne skutery najróżniejszych marek po luksusowe suwy i ciężarówki, niczym lawa, bez żadnego porządku, przelewają się przez ulice miasta. Nikt nie respektuje tu sygnalizacji świetlnej, obowiązującego kierunku ruchu, czy nawet przejść dla pieszych. Powody są dwa.

Po pierwsze, każdy Wietnamczyk od dziecka słyszy, że kolor czerwony to kolor socjalizmu, zwycięstwa i partii, a te nie zatrzymują się przed przeciwnościami losu, lecz pokonują przebojem wszelkie pojawiające się na ich drodze przeszkody. Nikt więc nie respektuje takiej błahostki jak czerwone światło na przejściu. Po drugie, Wietnamczycy nie znają poczucia strachu – wierzą, że skoro nie pokonali ich Mongołowie, Chińczycy, Francuzi ani nawet Amerykanie, nie pokona ich nikt, cóż znaczy więc jadący w ich stronę samochód. Wydawać się może, że na ulicy obowiązuje prawo silniejszego, ale to tylko nasza, europejska logika.

Kiedy chce się przejść przez ulicę, po której płynie nieprzerwana rzeka pojazdów, wystarczy zapomnieć o strachu, zamknąć oczy i przejść nie zatrzymując się pod żadnym pozorem. Pędzące pojazdy jakimś niezrozumiałym cudem potrafią ominąć piechura. I tu dają znać o sobie zakorzenione w wietnamskim prawie zwyczaje. To niesamowite, ale dzieci ze szkoły wracają w ten sposób do domu i nie słychać o wypadkach.

Zdecydowanie warto spędzić w Hanoi przynajmniej 2 dni. My zwiedzaliśmy je przez jeden dzień, następnie służyło nam 3 dni jako punkt wypadowy.

Widzieliśmy:

Hoan Kiem Lake i świątynia Jadeitowa

Oznacza dosłownie w języku polskim jezioro zwróconego miecza. Nazwa ściśle wiąże się z legendą, o której za chwilę. Jezioro jest częścią szerokiej Rzeki Czerwonej. Jednakże w wyniku zmian geologicznych i krajobrazowych odsunęło się od niej i obecnie zlokalizowane jest około dwa kilometry od niej. Bardzo znana legenda głosi, że w XV wieku jeden z ubogich rybaków, którego nazywano Le Loi, został obdarowany wyjątkowym mieczem przez żółwia żyjącego w jeziorze. Były to czasy okupacji chińskiej i walk z wrogiem. Miecz miał nadzwyczajną moc. Rybak użył go podczas walki z Chińczykami. Dzięki niesamowitym właściwościom, jakie posiadał magiczny miecz, pokonał on dynastię Ming, kończąc jej panowanie w dawnym Wietnamie. Za ten niezwykły czyn uhonorowano go i ogłoszono królem. Po koronacji nowy władca udał się nad jezioro chcąc podziękować bogom za ocalenie kraju. Wówczas wydarzyła się historia niezwykła. Z jeziora wynurzył się żółw, a miecz samoistnie wrócił do niego. Ponoć zamienił się on w smoka, uniósł do góry, a następnie zniknął w głębinach jeziora. Król z wdzięczności nakazał zmianę nazwy jeziora na Hoan Kiem. Wybudowano także wieżę, która miała upamiętniać żółwia, który czuwał nad krajem. Od tej pory żółwie stały się symbolem pokoju. Obecnie Hoan Kiem Lake jest miejscem, które bardzo chętnie odwiedzają turyści i mieszkańcy Hanoi. Toń jego wody ma zielony kolor, a głębokość wynosi maksymalnie dwa metry. Dookoła porastają je drzewa, których rozłożystość sprawia, że dają cień i schronienie podczas upalnych dni.

W północnej części jeziora znajduje się Den Ngoc Son, czyli Świątynia Jadeitowa. Została zbudowana na cześć konfucjanisty, taoisty i filozofa oraz bohatera narodowego Tran Hung Dao. W roku 1865 rozbudowano ją i w takim kształcie można ją podziwiać do dziś. Prowadzi do niej czerwony mostek Cau The Huc, czyli Most Witający Słońce. Wewnątrz świątyni wyróżnia się obiekty Thap But, Dac Nguyet i Dinh Tran Ba oraz płytę Dai Nghien, mające znaczenie symboliczne dla Wietnamczyków.

Muzeum Kobiet

Vietnamese Women’s Museum zostało założone przez Związek Kobiet Wietnamskich. Otwarto je w 1995 roku. W latach 2006 i 2010 zostało odnowione. Zlokalizowane jest w centrum Hanoi, zaledwie 500 metrów od jeziora Hoan Kiem. Zadedykowano je w całości mieszkankom Wietnamu, ich roli w historii kraju i obecnie. Misją muzeum jest podniesienie poziomu wiedzy społeczeństwa i zrozumienie historii oraz dziedzictwa kulturowego wietnamskich kobiet, a także przyczynienie się do promowania równości płci. Muzeum Kobiet jest miejscem, w którym zgromadzono wszelkie wyniki badań nad życiem kobiet i kolekcje różnorodnych zbiorów. Łącznie zebrano około 28000 artefaktów, które można podziwiać na dość dużej powierzchni. Są one podzielone na zbiory specjalne, takie jak tekstylia, metale, drewno, papier, ceramikę, wyroby ze skóry, rogu, gleby i szkła. Wystawa stała została podzielona na trzy części: Kobiety w Rodzinie, Kobiety w Historii i Kobiety w Modzie. Dotyczą one bardzo złożonego życia wietnamskich kobiet i ich roli w życiu kraju.

Świątynia literatury

Bez wątpienia jedną z największych atrakcji stolicy Wietnamu jest Świątynia Literatury. Spośród prawie 200 świątyń w Hanoi ta jest prawdopodobnie najwspanialsza. Została wybudowana w 1070 roku przez króla Lý Thánh Tông ku czci chińskiego filozofa Konfucjusza. Na początku pełniła rolę religijną, natomiast po kilku latach zaczęła być miejscem edukacyjnym, powstał tu pierwszy Narodowy Uniwersytet. Świątynia Literatury położona jest na południe od Mauzoleum Ho Chi Minha i Pagody na Jednej Kolumnie w ruchliwym centrum miasta. Otoczona jest wysokim murem, co sprawia, że wchodzimy do oazy spokoju.

Świątynia Literatury składa się z pięciu dziedzińców (ustawione jeden za drugim) symbolizujących pięć elementów natury: wodę, ogień metal, drewno i ziemię. Środkiem prowadzi droga, która przeznaczona była dla króla, natomiast bocznymi ścieżkami wchodzili urzędnicy, wojskowi, uczniowie, nauczyciele…

Mauzoleum Ho Chí Minha

Lăng Ch? t?ch H? Chí Minh – monumentalna budowla ulokowana na placu Ba Đ?nh w Hanoi, w której spoczywa wietnamski przywódca H? Chí Minh, twórca Demokratycznej Republiki Wietnamu. Ho Chi Minh pozostawił niezatarty ślad w historii Wietnamu. W Hanoi nadal uznawany jest za największego lidera kraju. Czczą go niemal wszyscy i potocznie nazywają „wujkiem Ho”.

Prace nad mauzoleum rozpoczęły się 2 września 1973 r. jednak jego budowa formalnie została zainaugurowana 29 sierpnia 1975 r. Za inspirację posłużyło Mauzoleum Lenina w Moskwie, ale do budowli dodano też wiele elementów z typowo wietnamskiej architektury, jak chociażby pochyły dach. Fasadę wyłożono szarym granitem, a wnętrze szarymi, czarnymi i czerwonymi, gładkimi kamieniami. Na portyku mauzoleum umieszczono napis „Ch? t?ch H? Chí Minh” (Przewodniczący H? Chí Minh). Zabalsamowane ciało przywódcy spoczywa w centralnej sali budynku, przy którym wartę pełni straż honorowa. Ciało leży w szklanym sarkofagu z przyćmionymi światłami.

Budowla mierzy 21,6 m wysokości i 41,2 m szerokości. Otaczają ją dwie schodkowe platformy widokowe. Plac przed mauzoleum składa się z 240 zielonych kwadratów podzielonych ścieżkami. W ogrodach otaczających budynek rośnie prawie 250 gatunków roślin i kwiatów, które pochodzą z różnych regionów Wietnamu.

Park Lenina

To park, w którym bawi się masa dzieci i można poobserwować lokalną społeczność. Ciekawostką jest pomnik Lenina, który jest czczony w Wietnamie podobnie jak w Rosji.

Water Puppet Show

Jest takie miejsce w Hanoi, do którego warto zajrzeć i zostać choć na chwilkę. Nie opera to, nie kino, nie teatr w dosłownym tego słowa znaczeniu. Można tutaj być widzem spektaklu i to całkiem niebanalnego. Musimy się przyznać, że zmęczeni po pierwszym dniu prawie odpuściliśmy to show – byłby to wielki błąd! Teatr Kukiełek w Hanoi powstał w XX wieku i odniósł niemały sukces. Jednak jego korzenie sięgają do XI wieku, bowiem tradycja marionetek na wodzie zrodziła się wówczas we wsiach delty Rzeki Czerwonej i należy do najważniejszych wydarzeń kulturalnych w północnych prowincjach Wietnamu. Stąd uważa się tę część kraju za kolebkę lalek na wodzie. Scenę, stanowiącą tło, tworzy jezioro, czyli rodzaj zbiornika przypominającego basen. Z kolei bohaterowie odgrywający główne role to drewniane lalki wystrugane z niezwykłą precyzją i polakierowane. Wsparte są na prętach bambusowych i sterowane przez ludzi. Obok wyjątkowej sceny i marionetek główną rolę odgrywa muzyka grana na instrumentach ludowych: bębny, drewniane dzwonki i dzwoneczki, bambusowe flety, rogi i cymbały. Muzyka przejmująca, żywa i związana z tradycjami wietnamskimi. Jej dźwięki stanowią doskonałe połączenie z akcją, która ma miejsce na scenie. Grane utwory opowiadają wietnamskie historie. Są to zarówno opowieści ludowe, jak i legendy.

Te punkty zaliczyliśmy jednego dnia, na piechotę (bez zwiedzania mauzoleum Ho Chi Minha od środka) jest to plan dość wymagający.

Wycieczka na Ha Long Bay – widoki jak z pocztówki

Jedno z najbardziej znanych i popularnych miejsc w Wietnamie, które trzeba odwiedzić. Widoki są niesamowite, spełniają oczekiwania o egzotycznym kraju widzianym w telewizji, zresztą jak cały Wietnam!

V?nh H? Long – zatoka w północnej części Wietnamu, odnoga Zatoki Tonkińskiej, leżąca w pobliżu miasta H? Long (ok. 164 km na południowy wschód od Hanoi). Zajmuje powierzchnię 1500 km?, na której rozsianych jest ok. 1900 skalistych wysp i wysepek. Większość wysp ma formę wapiennych słupów wyłaniających się wysoko ponad powierzchnię wody. Wapienne podłoże sprzyja powstawaniu licznych jaskiń i grot. W rosnących tu lasach deszczowych występuje duża różnorodność świata zwierzęcego i roślinnego. W 1962 wietnamskie Ministerstwo Kultury, Sportu i Turystyki ustanowiło zatokę „pomnikiem krajobrazowym”. W 1994 UNESCO umieściło ją na swojej Liście Światowego Dziedzictwa.

Wycieczkę warto wykupić w hotelu lub w biurze wycieczek, których jest pełno na każdym kroku (ceny są porównywalne, a firmy współpracują ze sobą) można wybrać wycieczkę jedno– lub dwudniową z noclegiem na statku. My zdecydowaliśmy się na jednodniową. Wcześnie rano wyjazd spod hotelu busikiem, trasa ok. 4h do przystani Ha Long Bay. Na miejscu przesiadka na prom. W cenie wycieczki może być lunch na statku (napoje dodatkowo płatne). Rejs po zatoce, zwiedzanie dwóch wysp, wejście do jaskiń, postój na samodzielne pływanie po zatoce. Do wyboru kajaki lub tzw. bamboo boat kilkuosobowe z wioślarzem, jeśli zdrowie pozwala, polecam kajaki!

Sleeping Bus

Tego samego dnia po powrocie z Ha Long Bay wybraliśmy nocny autobus (sleeping bus) do Sa Pa. To typowy środek transportu w Azji. Wygodny, z łóżkami na dwóch piętrach do spania, dla Europejczyka nawet niewysokiego tak jak ja (1,75 m) łóżka są trochę za krótkie, ale jedzie się przyjemnie, a noc mija szybko, można przykryć się użyczanym bezpłatnie kocem. W autobusach można nawiązać nowe znajomości i wymienić się wrażeniami z innymi podróżnymi, zazwyczaj 80% to turyści.

Homstay w Sa Pa – bliskie spotkanie z Wietnamską rodziną

Do Sa Pa dotarliśmy z samego rana, bo od godziny 4.00 do 7.00 rano pozwolili nam spać w autokarze. Gdy wychodzi się z autobusu, natychmiast pojawiają się kobiety w tradycyjnych kolorowych strojach, proponując nocleg. Można zostać na nocleg w Sa Pa w hotelu, ale lepszym rozwiązaniem jest popularny homestay. Lokalsi wiedzą kiedy przyjeżdża autobus z Hanoi i czekają na turystów na przystanku, oferują homestay w pobliskich wioskach. Można wybrać opcję z dowozem lub samemu dojechać skuterem. My wybraliśmy tę drugą opcję, a tak naprawdę nie mieliśmy wyboru, bo namiary na Homestay mieliśmy już wcześniej od znajomych. Trochę baliśmy się u kogoś zamieszkać bez wcześniejszego polecenia. Te obawy były bezpodstawne, ale o tym później. Mając adres w ręku: wioska Ta Phin, Mrs. May, poszliśmy wypożyczyć skuter. Po krótkich negocjacjach udało się wziąć najmocniejszą maszynę, jaka była dostępna. Jechaliśmy jednym skuterem we dwójkę w górzystym terenie, więc warto było mieć te kilka koni więcej. Zaczęło padać. Poprosiliśmy o mapę i wskazówki dojazdu i sami dojechaliśmy do wioski (ok. 12 km). To było dosyć długie 12 kilometrów: najpierw miasto, w którym przepisy drogowe są traktowane dosyć luźno, następnie podróż po górskich kamiennych ścieżkach w deszczu. Gdy już mokrzy, ale szczęśliwi dojechaliśmy do Ta Phin, zapytaliśmy o panią May, oczywiście okazało się, że wszyscy tu nazywają się May. Na szczęście mieliśmy telefon i właściwa pani May się odnalazła.

Sa Pa to nieduże miasteczko z chłodniejszym klimatem w północnym Wietnamie w prowincji L?o Cai. Zostało założone przez Francuzów w czasach kolonialnych. Położone wysoko w górach, leży na wysokości ok. 1600 m n.p.m., na wzgórzach oddzielonych głęboką doliną od masywu Phan Xi Păng (3143 m n.p.m.), zwanego „Dachem Indochin”. Jest zasłużenie popularne wśród turystów ze względu na wspaniałe górskie widoki, piękną scenerię, tarasy ryżowe, przyjemny klimat oraz sielską atmosferę. W okolicach Sapy żyje kilka różnych mniejszości etnicznych – plemion górskich. Powstająca infrastruktura turystyczna zmieniła całkowicie gospodarczy charakter rejonu. Rolnicza dotychczas ludność przestawiła się na produkcję wyrobów rękodzielniczych i usługi turystyczne.

Atrakcje:

  • pobliskie wioski, piękne widoki na tarasy ryżowe
  • wodospady Love i Silver Waterfall (wycieczka na 1 dzień)
  • kąpiele w baliach z ziołami (świetne po górskich spacerach).

Wietnamskie góry mają do zaoferowania o wiele więcej niż tylko piękne widoki czy możliwość zrobienia wspaniałych zdjęć. To, co urzeka większość przyjezdnych, także i nas, to możliwość spotkania przedstawicieli różnych mniejszości etnicznych. Kwieciści H’mongowie w wielokolorowych pasiastych spódnicach, Dzao z ogromnymi turbanami czy też skromni Czarni i Biali H’mongowie dziarsko przemierzają górskie tereny, pracują w polu, na plecach noszą swoje pociechy, wyszywają kolorowe chusty, dbają o dom i rodzinę. Jak już pisaliśmy, wybraliśmy Homstay (zakwaterowanie u rodziny) w wiosce Ta Phin. Przez 2 dni mieszkaliśmy, jedliśmy i żyliśmy razem z wietnamską rodziną. Poznaliśmy kulturę plemiona Dzao, z którego pochodzi Pani May, dowiedzieliśmy się, że to kobiety w Sa Pa odgrywają główną rolę. Chętnie uczą się angielskiego i chodzą na uniwersytety, są też główną siłą roboczą: to kobiety można spotkać na straganach i polach – jest to bardzo ciężka praca. Zrozumieliśmy też, jak inaczej społecznie zorganizowany jest ten kraj. Jednak mimo wszystko potwierdziliśmy to, co podróże pokazują nam od dawna – ta rodzina nie różniła się bardzo od takiej z Polski. Przy kolacji było dużo śmiechu, cała rodzina, a szczególnie dzieci, były ciekawe nas i Polski. A tata mimo, że nie znał angielskiego, chętnie z nami siedział i dzielił się winem ryżowym. Bardzo trudno było nam się rozstać, ale musieliśmy ruszać dalej.

Szalony powrót

Powrót z Ta Phin był wzywaniem. Najpierw rano pojechaliśmy na skuterze do Sa Pa, oddaliśmy go do wypożyczalni, wsiedliśmy w autobus do Hanoi (ok. 8 h) i wróciliśmy do hotelu – naszej „bazy wypadowej”, gdzie zostawiliśmy bagaże – do Sa Pa chcieliśmy zabrać jak najmniej, żeby na skuterach nie przeszkadzały nam plecaki. Tego samego dnia udaliśmy się na wieczorny pociąg do Ninh Binh.