Felieton skrajnie subiektywny. Moje Boże Narodzenia

Święta Bożego Narodzenia i czas przygotowań do nich sprzyjają nostalgicznym wspomnieniom. Im jesteśmy starsi, tym bardziej są one nostalgiczne. Siłą rzeczy porównujemy swoje dziecięce odczucia związane z Wigilią, choinką, sianem pod obrusem, żłóbkiem, Pasterką, do tych dorosłych odczuć, poszukujących klimatu dzieciństwa i coraz częściej go nie znajdujących.

Dziś okres przedświąteczny rozpoczyna się niemal miesiąc przed Bożym Narodzeniem. Galerie handlowe rozbrzmiewają bożonarodzeniowymi evergreenami, sklepy błyszczą od choinek, uliczne kiermasze są pełne świątecznych ozdób. Zewsząd jesteśmy epatowani nastrojem Bożego Narodzenia w wersji komercyjnej. Nie można powiedzieć, by było to niemiłe, wszyscy mamy w sobie pewien pierwiastek dziecięcości i cieszy nas cały ten błyszczący blichtr i lukier. Zaliczam się do grona tych malkontentów, którzy uważają, że komercjalizacja Bożego Narodzenia odziera święta z tego co najważniejsze, przynajmniej dla wierzących – z mistycznej tajemnicy narodzin Boga Człowieka.

Z przyjemnością porzucam politykę na rzecz osobistych wspomnień. Moich Świąt Bożego Narodzenia było już bardzo wiele. Były one i różne, i w pewnym sensie podobne. Towarzyszył im zawsze nastrój tajemnicy i podniecającego oczekiwania, do pewnego czasu było to oczekiwanie odczuwane z wielką siłą, z biegiem lat ta siła nieco osłabła, bowiem czas dzieciństwa i młodości bezpowrotnie minął.

Spośród świątecznych dni Wigilia zawsze była dla mnie dniem szczególnym. Ta pierwsza, którą dobrze pamiętam, choć miałam wówczas niespełna cztery lata, to Wigilia spędzona z moją nowonarodzoną siostrą, w której błękitnych, zachwyconych oczach odbijały się choinkowe bombki i lampki. I Wigilia, kiedy pod choinkę dostałam ukochaną książkę dzieciństwa. Była to „Mała księżniczka”. Tę książkę czytałam z wypiekami na twarzy całą niemal noc wigilijną. Następna spośród zapamiętanych to Wigilia „wyjazdowa”, spędzana z rodziną z innego miasta. Nie przepadałam za świętowaniem poza domem i pewnie tamto Boże Narodzenie nie zostałoby w mojej pamięci, gdyby nie pewne wydarzenia. W wigilijny poranek wszyscy zgromadzili się wokół pięknej, pachnącej choinki, która stanęła na środku salonu, w mieszkaniu mojej ciotki. Ubieranie drzewka rozpoczęliśmy jak zwykle od mocowania lampek. Na choince stopniowo pojawiały się łańcuchy, bombki, słomiane ozdoby i włosy anielskie. Po włączeniu lampek wszyscy wykonali parę kroków w tył, by podziwiać wspólnie stworzone dzieło. Nagle rozległ się suchy trzask, światełka zgasły, pojawił się dym i drzewko dosłownie w okamgnieniu stanęło w płomieniach. Wuj pobiegł po jakieś naczynie z wodą, ale w panice nic nie znalazł. Ciotka rzuciła się na choinkę z kocem. Koc szybko zajął się ogniem, a ten zaczął się przenosić na zasłony. Niewiele myśląc podbiegłam do drzwi balkonowych, otworzyłam je szeroko, narzuciłam na siebie mokry ręcznik kąpielowy, chwyciłam choinkę od dołu, w miejscu gdzie nie sięgał ogień i szybkim ruchem wyrzuciłam ją przez balkon. Spadła w głęboki, świeży śnieg, języki ognia stopniowo przygasały, aż zgasły zupełnie. Gremialnie udaliśmy się na dół, by komisyjnie ocenić szkody. Okazało się, że nie były wcale takie wielkie, jak początkowo się wydawało. Odbierałam gratulacje od całej rodziny i nie ukrywam, że byłam bardzo dumna. Wszyscy podziwiali moją przytomność umysłu i podkreślali, że jest wyjątkowa, zważywszy na młody wiek, a miałam wówczas 12 lat.

Kolejna zapamiętana Wigilia to ta, której właściwie miało nie być – pierwsza Wigilia stanu wojennego. W sklepach pustki, choinki dowożone o bliżej nieokreślonych godzinach do nielicznych punktów w Warszawie, godzina milicyjna uniemożliwiająca wyjście do kościoła na Pasterkę i całe mnóstwo innych, uprzykrzających życie niedogodności. Rodzice perswadowali mi wyjazd po choinkę, ale uparłam się, bo świąt bez choinki nie mogłam sobie wyobrazić. W przeddzień Wigilii ruszyłam więc rankiem po drzewko. Dostawa miała być o 10:00. Ustawiłam się w gigantycznej kolejce i czekałam. Minęła 10:00, minęła 11:00. Wśród tłumu rozeszła się pogłoska, że transport choinek został zatrzymany przez wojsko na rogatkach stolicy. Stałam cierpliwie, choć minęła 12:00, potem 13:00. Marzłam, byłam głodna, zrezygnowana, ale wciąż stałam. Minęła 14:00, potem 15:00. Zrobiło się ciemno, nogi miałam zdrętwiałe z zimna, martwiłam się, że rodzice będą się niepokoić moim zniknięciem. Zadzwonić do domu nie mogłam – telefony przecież nie działały. O 16:00 przez tłum przepłynęła podawana z ust do ust wiadomość – są choinki, dojechały! W tym momencie tłum zafalował i rzucił się do przodu, porywając mnie swoją siłą. Czułam jak mnie za sobą unosi do góry, popycha do przodu, po czym nagle zaczyna przygniatać. Nogi ugięły się pode mną i z przerażeniem stwierdziłam, że leżę na ziemi, a nade mną kłębią się ciała rodaków. Poczułam, że duszę się z braku powietrza. Z całych sił zaczęłam odpychać od siebie leżące na mnie ciała, rozgarniać rękami przestrzeń wokół i jakimś cudem udało mi się wydostać spod żywego stosu. Zerwałam się i popędziłam w kierunku choinki, której prawie nie widziałam w ciemnościach. Chwyciłam ją z całych sił, ale chwyciły ją także dwie pary innych rąk. Przez chwilę szarpaliśmy nieszczęsne drzewko, obdzierając je z gałęzi. Zwyciężyłam! Udało mi się wyrwać choinkę z kleszczy. Odbiegłam na bok, przyjrzałam się zdobyczy i stwierdziłam, że w rękach trzymam praktycznie całkowicie ogołocony pień. Mimo wszystko zdecydowałam, że zapłacę za choinkę i zabiorę ją do domu. Sprzedawca machnął ręką i powiedział, że nic się nie należy. Kiedy stanęłam w progu mieszkania z nieszczęsnym drzewkiem, rozpłakałam się. Pocieszeniom nie było końca, rodzice byli szczęśliwi, że nic mi się nie stało. Siostra drutem dowiązała do ogołoconego pnia świerkowe gałązki i ów pień przeistoczył się w piękną choinkę, pod którą zasiadłam z rodziną do wigilijnej wieczerzy.

Kiedy siadam do świątecznego stołu, myślę o tym jak nie umiemy docenić dzisiejszego dobrobytu, sklepów pełnych smakowitości i łatwości, z jaką kupujemy prezenty dla najbliższych. Z pewnością warto o tym pomyśleć, choć raz w roku.

Felieton skrajnie subiektywny. Marsz nad marsze

Gdybym była sentymentalna powiedziałabym – serce rosło, kiedy patrzyło się na nieprzebrane tłumy Polaków z biało-czerwonymi flagami w dłoniach, na piękne, pogodne twarze rodaków, na dzieci radujące się ze Święta Niepodległości i dumnie kroczące ulicami Warszawy w 250-tysięcznym marszu 11 listopada. Nie jestem sentymentalna, ale i tak to powiem – czułam dumę i radość, że spora część z nas potrafi tak pięknie i zgodnie świętować.

Tej dumy i radości z obchodów 100. rocznicy odzyskania przez Polskę niepodległości nie była mi w stanie zepsuć totalna opozycja, śmieszne, choć w założeniu groźne słowa Donalda Tuska, zagrzewającego swoich akolitów do walki z dzisiejszymi bolszewikami (sic!), próba powstrzymania marszu przez niemądrze zacietrzewioną Hannę Gronkiewicz-Walz. To taka jednowarstwowa, płytka analiza, aczkolwiek mam pełną świadomość na co obliczona była decyzja prezydent stolicy, która była przekonana, że nadzwyczajna kasta prawników, do której sama przecież należy, podtrzyma jej decyzję, wprost łamiącą konstytucyjny zapis o wolności zgromadzeń. Decyzja ta, gdyby sąd jej nie oddalił, spowodowałaby z całą pewnością zamieszki na ulicach Warszawy, jako że organizatorzy Marszu Niepodległości zapowiedzieli, że do postanowienia pani prezydent się nie zastosują. Jakże pięknie brzmiący dla uszu opozycji przekaz poszedłby w świat – PiS-owskie państwo nie dało rady, faszyści wyszli na ulice, zobaczcie do czego doprowadziły te rządy. Zanim sąd pokrzyżował plany Hanny Gronkiewicz-Walz prawa strona sceny politycznej zwarła szeregi i zapadła decyzja o jednym, wielkim Marszu Niepodległości pod egidą prezydenta Andrzeja Dudy i premiera Mateusza Morawieckiego, marszu wpisującego się w państwowe obchody 100-lecia odzyskania przez nasz kraj niepodległości. Decyzja, która wytrąciła oręż z rąk totalnej opozycji i na dłuższy czas pozostawiła ją w stuporze. Nie udało się co prawda zgromadzić pod biało-czerwonymi sztandarami wszystkich rodaków – Obóz Narodowo-Radykalny i Młodzież Wszechpolska, organizatorzy dotychczasowych Marszów Niepodległości poszli jednak swoją drogą, w marszu poniekąd równoległym i odgrodzonym od marszu państwowego. Totalna opozycja natomiast gremialnie zbojkotowała marsz, niektórzy spośród totalsów nazwali go „marszem hańby”, a Grzegorz Schetyna powiedział – „Dzisiaj polskie ulice, Wrocławia, Warszawy będą zajęte przez tych, którzy odpychają europejską wspólnotę, żyją nienawiścią i niechęcią (…)”.

Obywatele RP świętowali po swojemu. Jeszcze w przeddzień święta szumnie zapowiadali blokadę Marszu Niepodległości, jednak kilkadziesiąt osób z transparentami „Konstytucja” nie miało najmniejszych szans na zablokowanie tej płynącej rzeki ludzi.

Przemarsz biało-czerwonego pochodu na błonia pod Stadionem Narodowym trwał 4 godziny. Nikt chyba nie spodziewał się takiej skali przedsięwzięcia. Szacowano, że w marszu może wziąć udział 100 tysięcy osób. Skala pochodu, 250 tysięcy, przeszła najśmielsze oczekiwania. Najśmielsze oczekiwania przeszedł też spokój i godne zachowanie uczestników. Interesujące było śledzenie reakcji dziennikarzy mediów głównego nurtu, którzy z bardzo słabo ukrywanym rozczarowaniem mówili „marsz jest bardzo spokojny”, „nie ma żadnych zamieszek”. Z aptekarską precyzją wyławiane i punktowane było wszystko, czym można byłoby podważyć jego pozytywny wydźwięk. Równie interesujące było śledzenie nagłówków niektórych zachodnich portali internetowych i nieprzyjaznych rządowi Zjednoczonej Prawicy zagranicznych mediów. Część z nich upierała się przy narracji wprowadzonej w ubiegłym roku przez Guy Verhofstadta – Marsz Niepodległości to w istocie pochód faszystów. Część z nich opatrzyła swoje materiały zdjęciami z innych pochodów, nie znajdując w tegorocznym marszu żadnych drastycznych scen. Zachodni dziennikarze główkowali jakby tu zrobić faszystów z 250 tysięcy Polaków. Zadanie iście karkołomne. Tomasz Wróblewski, polski dziennikarz, tak napisał na Twitterze (pisownia oryginalna): „PiS powinien dziś podziękować AP, Reutersowi, Politico, Washington Post, za opisy faszystowskiego marszu w Polsce. Nie prędko Polacy uwierzą w kolejny krytyczny tekst w zachodnich mediach o polskim rządzie.” Trudno o lepsze podsumowanie.

Felieton skrajnie subiektywny. Powyborcze refleksje

Bez pomysłu, bez programu, mocno zużyte twarze, cynizm ośmioletniego rządzenia, które polegało na nic nierobieniu i spijaniu śmietanki z szemranych interesów, a wciąż z poparciem znaczącej części Polaków. Powie ktoś – na demokratyczne werdykty nie można się obrażać. Ba, żeby te demokratyczne werdykty bazowały na wiedzy i obiektywnych przesłankach, którymi powinni kierować się wyborcy, sprawa byłaby jasna. One jednak często opierają się na kłamstwach, uprzedzeniach, na owczym pędzie, na niewiedzy. Jak niedojrzała jest nasza demokracja widać już dzień po wyborach samorządowych.

Wystarczy krzyknąć – uwaga PiS! i spora część polskiego społeczeństwa zagłosuje na złość mamie, zrobi wysoką frekwencję, choć na ogół na wybory nie chodzi. Zagłosuje na polityków skompromitowanych aferami, nieróbstwem, zamiłowaniem do hedonizmu, na partie, które oscylują od ściany do ściany i zawiązują egzotyczne sojusze, by realizować doraźne cele. Byle tylko nie głosować na Prawo i Sprawiedliwość. Nie to jest jednak najgorsze. Wyborcy głosują na przestępców – wójt Daszyna, który wyłudzał unijne dopłaty i działał w grupie przestępczej, prowadził kampanię z aresztu, najprawdopodobniej ma w kieszeni reelekcję. Zapytana w sondzie ulicznej mieszkanka Daszyna stwierdziła, że daszynianie nie chcą innego wójta, bo ten wójt jest najlepszy (!). Polacy głosują na osoby poświadczające nieprawdę – Hanna Zdanowska, prezydent Łodzi, która uzyskała niebotyczny wynik 70 % głosów, skłamała, by zapewnić przyjacielowi uzyskanie kredytu. Głosują na ugrupowanie, którego prominentni przedstawiciele cynicznie kpili z Polski i Polaków w restauracji „U Sowy”, załatwiali mętne interesy przy suto zastawionych stołach, dopuszczali do wyciekania z kraju ogromnych sum pieniędzy, sprzyjali dzikiej reprywatyzacji, wyprzedawali majątek państwowy. Czy wyborcy głosujący na takie osoby nie mają świadomości, że mijają się one z prawem? Zadziwiająca i niezrozumiała niewiedza i skrajna nieodpowiedzialność, zważywszy, że spora część tych wyborców to „młodzi, wykształceni, z wielkich miast”. Od takiego wyborcy oczekiwałabym skłonności do poszukiwania informacji z różnych źródeł, a nie wyłącznie z mainstreamowych mediów, które niejednokrotnie reprezentują interesy sprzeczne z polskimi. Reprezentują te interesy, które zostały naruszone przez obecny rząd. Interesy wielkich korporacji i krajów, których przedstawiciele uważają, że zadaniem Polski jest siedzieć cicho. Polska ma być rynkiem zbytu, dostarczycielem taniej siły roboczej, zaś polskie firmy co najwyżej podwykonawcami dla wielkich, zachodnich koncernów.

Kolejna refleksja dzień po wyborach samorządowych. Okazuje się, że wszyscy są wygrani. Wszyscy poza PiS. Wygrała Platforma Obywatelska, choć pospołu z .Nowoczesną uzyskała niemal identyczny wynik, jaki w wyborach samorządowych 2014 do sejmików wojewódzkich uzyskała samotnie. Wygrało Polskie Stronnictwo Ludowe, choć w tegorocznych wyborach do sejmików wojewódzkich uzyskało 10 % głosów mniej niż w wyborach samorządowych 2014. Przegrało Prawo i Sprawiedliwość, choć zyskało 7 % głosów. Zaiste karkołomna kalkulacja. A nawet jeśli tak trochę wygrało, to my już się postaramy żeby nie wygrało. Zawiążemy w sejmikach wojewódzkich sojusze od lewej do prawej, bez żadnej platformy programowej. Sojusze, których jedynym celem będzie torpedowanie wszelkich rozwiązań proponowanych przez PiS, a jak się da – całkowite odsunięcie tej partii od realnego wpływu na decyzje.

Kiedy piszę te słowa, krajobraz po wyborach samorządowych jest zaledwie lekko zarysowany. Najbliższe dni i tygodnie pokażą, co z tego szkicu powstanie. Raczej nie mam złudzeń, że będzie to całościowy i komplementarny obraz nowej Polski samorządowej, takiej dla ludzi, bliskiej i otwartej na ich potrzeby. Do tego niezbędna jest mądra opozycja, która potrafi wesprzeć sensowne rozwiązania rządzących, dyskutować nad konkretnymi rozwiązaniami, proponować zmiany. Jak dotąd mamy opozycję, której działanie opiera się na zasadzie „nie, bo nie”. Smutne. Marzy mi się dobra współpraca rządzących z opozycją, spór na programy, praca dla dobra kraju, spokój. Marzy mi się dojrzała demokracja na wszystkich szczeblach władzy.

Felieton skrajnie subiektywny. Polskie miasta państwa

Tydzień przed defiladą wojskową zaplanowaną na dzień Święta Wojska Polskiego 15 sierpnia, stołeczny ratusz rozesłał komunikat pod bulwersującym tytułem „Pokaz siły na głównej arterii miasta”. Tak władze Warszawy widzą upamiętnienie jednej z bardziej spektakularnych bitew polskiego oręża, Bitwy Warszawskiej 1920, tzw. Cudu nad Wisłą, w setną rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości.

Portal warszawa.wyborcza.pl sympatyzujący z obecnymi władzami Warszawy, traktującymi nasze miasto jak swoją własność, w istocie tworzącymi z niego miasto państwo, pochylał się z troską nad wyłączeniem z ruchu jednej z większych arterii stolicy, Wisłostrady, na czas przygotowań do defilady i na czas samego pokazu. Renata Kaznowska, wiceprezydent Warszawy, skarżyła się, że organizatorzy defilady nie reagowali na argumenty władz miasta próbujące wykazać bezsens organizowania defilady na Wisłostradzie. Portal warszawa.wyborcza.pl dowodził natomiast, że mieszkańcy stolicy ucierpią nieprawdopodobnie i nocą podczas prób do defilady, i za dnia, kiedy ta ruszy Wisłostradą. Bo to wszak blisko tysiąc żołnierzy, podobna ilość uczestników grup rekonstrukcyjnych, blisko dwieście ciężkich pojazdów bojowych, niszczących nawierzchnię i kopcących spalinami, bardzo głośne przeloty myśliwców i innych samolotów bojowych w łącznej liczbie około stu. Istny Armagedon, który – straszne – spowodować miał także odwołanie planowanego na 15 sierpnia, dodatkowego pokazu fontann. Czarnowidztwo władz stolicy okazało się mocno na wyrost. Na trasie defilady pojawiło się blisko 150 tys. widzów z całej Polski. Nikt nie narzekał na korki, na kiepski dojazd, na utrudnienia. Wszyscy sprawiali wrażenie zadowolonych i dumnych.

Wiceprezydent Renata Kaznowska przed obchodami podsycała ogień świętego oburzenia komentując: „Niejednokrotnie słyszałam opinie niektórych polityków, którzy podnosili problem kilkugodzinnych wyłączeń ulic na potrzeby rozgrywania wielotysięcznych zmagań sportowych. Dziś te same osoby dowodzą potrzeby wyłączenia głównej arterii stolicy na niemal dwa dni, by odpowiednio godnie uczcić Święto Wojska Polskiego i przeprowadzić defiladę. Utrudnienia dotkną warszawiaków, ale też wszystkich gości, którzy przyjadą do stolicy, by podziwiać to wydarzenie. Znaczne ograniczenia w ruchu i parkowaniu, które wymusiły wojskowe obostrzenia, nie tylko zakorkują dojazdy na uroczystość, ale też znacząco skomplikują możliwość sprawnego dotarcia na paradę. (…)”. Zaiste wielką troską o los zwykłych obywateli wykazały się władze miasta państwa Warszawa w kontekście święta 15 sierpnia. Szkoda, że taką troską nie wykazują się zezwalając na protesty i marsze KOD-u, Obywateli RP i ich akolitów, którzy zakłócają spokój warszawiaków, utrudniają pracę posłom i senatorom oraz dziennikarzom. Szkoda, że równą troską nie wykazywały się zezwalając na przejazdy Masy Krytycznej przez ścisłe centrum Warszawy w godzinach piątkowych szczytów komunikacyjnych, czy też organizując maratony i półmaratony blokujące ruch. Wszakże władzom miasta państwa Warszawa wolno więcej. Mogą dłońmi i ustami milicjantki z czasów PRL z wydumanego na siłę powodu rozwiązać marsz, którego uczestnicy pragnęli uczcić powstańców warszawskich. Mogą, bo trzymają się mocno od lat, niczym najtrwalsza dynastia, oplatając mocną pajęczyną urząd miasta, urzędy dzielnic i spółki samorządowe.

Równie mocno trzyma się od wielu lat na swoim stolcu prezydent miasta państwa Gdańsk. Butnie pokazuje kto miastem rządzi i nie ukrywa swoich ciągot do reaktywacji wolnego miasta. W 2016 roku rondo u zbiegu ulic Kartuskiej, Lubczykowej i Otomińskiej otrzymało nazwę Rondo Graniczne Wolne Miasto Gdańsk – Rzeczpospolita Polska (1920-1939). Argumenty, że historycznie był to sztuczny twór administracyjny, który sprawił, że Gdańsk został oderwany od Polski, a Polacy byli poddawani prześladowaniom i zupełnie nie ma czego upamiętniać, nie trafiał do prezydenta Pawła Adamowicza. Równie dziwnym podejściem do historii zaskoczył przywracając Stoczni Gdańskiej jej nazwę z czasów PRL – Stocznia Gdańska im. Lenina. Prezydent Adamowicz zasłynął jednak przede wszystkim próbą zawłaszczenia państwowych uroczystości na Westerplatte w dniu 1 września tego roku, niezaproszeniem na nie wojska polskiego i autorytarną decyzją, że Apel Pamięci zostanie odczytany przez harcerzy, nie zaś przez oficerów. Wcześniej zasłynął także niechęcią do rewitalizacji Westerplatte. Lata rządzenia miastem państwem Gdańsk zrobiły swoje. Włodarz tego miasta żyje w swoim własnym świecie, a w słuszności jego decyzji utwierdza go świta urzędników.

Na zakończenie miasto państwo Poznań i dość nowatorska, nowoczesna i poprawnościowa decyzja prezydenta Jacka Jaśkowiaka. Na poznańskich tramwajach pojawiły się chorągiewki LGBT. To kolejny pomysł władz stolicy Wielkopolski na świętowanie 15. Marszu Równości. Nie flagi Polski, nie flagi Poznania, a tęczowe chorągiewki. Może i byłoby poprawnościowo, nowocześnie i fajnie, gdyby nie protesty pasażerów tramwajów, mieszkańców Poznania i motorniczych. Jeden z motorniczych odmówił nawet prowadzenia pojazdu ozdobionego chorągiewką LGBT. Chorągiewki miały powiewać na tramwajach dwa dni, ostały się jeden dzień. MPK Poznań Sp. z o.o. wydało następujący komunikat: „Tęczowe chorągiewki, które pojawiły się dzisiaj na poznańskich tramwajach wywołały wiele kontrowersji i burzliwych emocji. Przeważały wśród nich głosy negatywne. Te krytyczne opinie docierały do nas ze strony pasażerów, których zdanie najbardziej dla nas się liczy, bo komunikacja jest dla ludzi i jesteśmy szeroko otwarci na ich potrzeby i oceny. Szanujemy również opinie naszych motorniczych, którzy wyrazili swoją dezaprobatę wobec takiego przedsięwzięcia biznesowego. Dlatego podjęliśmy decyzję o zdjęciu tęczowych chorągiewek. Jutro na tramwajach ich już nie zobaczymy.”

Czas obalania dynastii przed nami. Wraz z nimi niech znikną miasta państwa.

Odpowiedź Elżbiety Gutowskiej na polemikę Marii Marchwickiej

Jako dyplomowany dziennikarz z wieloletnim doświadczeniem na początek gładko przełykam złośliwość Czytelniczki w postaci słowa „felietonik” w odniesieniu do mojego tekstu.

Teraz kontrowersyjny mistrz Jan Długosz. Choć nie jestem historykiem mam prawo – opierając się na historykach, którzy są dla mnie autorytetami – negować niektóre z zapisów kronik Długosza.

Kolejna konstatacja Czytelniczki, iż określenie „czarna, odrapana twarz” w felietonie, który cytuję, w odniesieniu do obrazu Matki Bożej Jasnogórskiej nie jest niczym nagannym. Dla mnie jest i wiem o czym mówię kiedy to piszę. Założeniem autora tego tekstu było negatywne nacechowanie. W sposób negatywny nacechowuje on wszelkie przejawy życia religijnego, z pełną świadomością obrażając uczucia religijne chrześcijan. Trzeba znać całokształt twórczości owego felietonisty, którego każdy tekst rozpoczyna się od obsesyjnego, nienawistnego stosunku do chrześcijaństwa. W innym felietonie rozpływa się nad czystym, dziewiczym i wspaniałym kultem Ledy w kontrze stawiając przemocowy charakter chrześcijaństwa i kultu Maryi. Takie podejście prosi się o kozetkę psychoterapeuty.

Kto powiedział, że muszę opierać cały felieton na jednym fragmencie tekstu innego felietonisty? Fragment zacytowany przeze mnie posłużył wyłącznie jako punkt wyjściowy do przejścia od szczegółu do ogółu. Felieton z natury rzeczy jest subiektywny, oparty na emocjach, co nie oznacza, że ma w nim brakować argumentów, co zarzuca mi Czytelniczka. Mam wrażenie, że przytoczyłam mnóstwo argumentów. Felieton bywa też skrótowy i z pewnością nie jest rozprawą naukową. Nie mam obowiązku dowodzenia skąd czerpała jeszcze – poza chrześcijaństwem – kultura europejska, skoro piszę o chrześcijaństwie właśnie i na nim się koncentruję. Odpowiadam za każde słowo tego tekstu, każdą kropkę stawiam z namysłem i całość sygnuję swoim własnym nazwiskiem.

Nie neguję kultów przedchrześcijańskich, mam świadomość wkładu owych kultów w rozwój cywilizacji i kultury Europy i świata, jednak nie mogę uznać wyższości prymitywnych wierzeń nad holistyczną i kompletną doktryną chrześcijańską. Mam takie prawo.

Konkludując, bardzo się cieszę, że mój „felietonik” wywołał polemikę. Dla dziennikarza nie ma nic gorszego niż obojętność w stosunku do jego tekstów. Gładko przełykam kolejną złośliwość Czytelniczki, która jeden z fragmentów mojego tekstu nazywa „czystej wody filipiką”, ba, cieszy mnie to określenie, bowiem oznacza, że czerpię – w sposób niedoskonały – ze starożytnych mistrzów słowa. Z Demostenesa i Cycerona.

Felieton skrajnie subiektywny. Złamana laska Eskulapa

Zadałam sobie trud wykonania mini sondy wśród przyjaciół i znajomych, w których rodzinach są osoby niepełnosprawne. Sonda dotyczyła ustawy z dnia 9 maja 2018 r. o szczególnych rozwiązaniach wspierających osoby o znacznym stopniu niepełnosprawności (Dz.U. 2018 poz. 932). Ustawa weszła w życie 1 lipca i jest konsekwencją kwietniowo-majowego protestu osób niepełnosprawnych i ich opiekunów w sejmie. Z perspektywy kilkunastu dni można pokusić się o wstępną ocenę realizacji w praktyce tej części jej zapisów, które dotyczą usług medycznych.

Niewielka gmina, niepubliczna przychodnia z podpisaną umową z NFZ na świadczenie usług z zakresu podstawowej opieki zdrowotnej i kilku specjalności, m.in. urologii, laryngologii, ginekologii, diabetologii, neurologii i psychiatrii. Próba szybkiego zarejestrowania do neurologa kończy się fiaskiem. Matka osoby niepełnosprawnej w stopniu znacznym słyszy w odpowiedzi, że bez kolejki można się zapisać jedynie do lekarza pierwszego kontaktu. Lekarze specjaliści przyjmują w tej przychodni na ogół raz, dwa razy w miesiącu, wobec czego nie ma szans na przeskoczenie kolejki. Czas oczekiwania na wizytę wynosi minimum dwa miesiące. W tej samej przychodni na pytanie matki, czy może wejść z niepełnosprawnym, dorosłym dzieckiem bez kolejki do gabinetu zabiegowego pada cicha odpowiedź recepcjonistki – „Proszę zapytać pacjentów stojących w kolejce”. Pacjenci są na tyle mili, że godzą się na to bez szemrania, zaś pani w rejestracji jest na tyle miła, że po fakcie pyta matkę osoby niepełnosprawnej czy udało się wejść bez kolejki.

Wojskowa przychodnia w mieście powiatowym, umowa podpisana z NFZ. Osoba niepełnosprawna rejestruje się do laryngologa bez żadnego problemu – termin wizyty za sześć dni. Jedynym wymogiem jest dostarczenie orzeczenia o stopniu niepełnosprawności. Pacjent reaguje miłym zaskoczeniem, rejestratorka z satysfakcją deklaruje, że placówka jedynie wywiązuje się z zapisów ustawy.

Warszawski szpital. Niepełnosprawna pacjentka telefonicznie rejestruje się na badanie endoskopowe. Rejestratorka prosi o dane osobowe i o numer telefonu, obiecując, że po ustaleniu terminu zadzwoni z informacją. Czas oczekiwania na badanie endoskopowe w tym szpitalu dla pacjentów pełnosprawnych wynosi dwa lata i osiem miesięcy! Mijają dni, zniecierpliwiona niepełnosprawna pacjentka postanawia zadzwonić, przypuszczając, że o niej zapomniano. Wykonuje wiele telefonów zanim trafia na osobę, która wpisuje pacjentów do kolejki. Słyszy od owej osoby, że ta następnego dnia przystąpi do sporządzania listy na badania endoskopowe. Mijają kolejne dni, nikt nie dzwoni. Pacjentka rezygnuje i zapisuje się do placówki niepublicznej, gdzie termin badania zostaje wyznaczony za tydzień. „Dobrze, że mogę zapłacić to badanie. A kosztuje słono. Mam wrażenie, że o to właśnie chodziło tej pani, bym się zniechęciła i spróbowała gdzie indziej” – mówi rozgoryczona.

Niepełnosprawny młody chłopak na wózku inwalidzkim. Wskazaniem dla niego jest częsta rehabilitacja, służąca m.in. wyeliminowaniu spastyczności mięśni. Zgłasza się ze skierowaniem do jednej z warszawskich przychodni rehabilitacyjnych. Rejestratorka bardzo stara się pomóc – „Widać było, że jest jej bardzo przykro, iż musi mi zakomunikować, że w ciągu najbliższych miesięcy nie jest w stanie wcisnąć mnie na listę. Na dowód pokazała mi szczelnie zapełniony zeszyt. Udało się wpisać mnie na listopad, w zasadzie jedynie dlatego, że ktoś zrezygnował. Nie pozostaje mi nic innego, jak zakupienie serii zabiegów w przychodni prywatnej. Nie mogę mieć tak długich przerw w zabiegach. Znów rodzice będą musieli płacić”.

I jeszcze jedna sytuacja, mająca miejsce w noc przed wejściem ustawy w życie. Do jednego z warszawskich szpitali przyjeżdża z żoną niepełnosprawny mężczyzna w stanie zagrażającym życiu. O czwartej nad ranem w okienku SOR siedzi młoda, wytatuowana, bezczelna i bezduszna lekarka. Kiedy słyszy od żony, że pacjent jest niepełnosprawny, nieprzyjemnym tonem pyta – „Dlaczego akurat tu Państwo przyjechali, przecież wszędzie by was przyjęli”. Żona pacjenta myśli, że skoro wszędzie, to chyba w tym szpitalu też, ale nie mówi tego głośno, by nie zaszkodzić mężowi. Lekarka komunikuje, że teraz to ona ma zajęty gabinet, więc trzeba czekać. Po piętnastu minutach oczekiwania, widząc że mąż bardzo cierpi pyta lekarkę kiedy można oczekiwać pomocy. Słyszy kategoryczne i niegrzeczne „Trzeba czekać”. Tymczasem lekarka zaprasza osoby, które pojawiły się później niż niepełnosprawny pacjent. Po kolejnych piętnastu minutach żona znów grzecznie pyta kiedy mąż otrzyma pomoc, na co lekarka odpowiada – „Przecież nie położę pani męża na innym pacjencie”. Jednym z pacjentów jest młody, pijany osiłek z podbitym okiem, wyglądający na gościa weselnego, a może nawet na samego pana młodego. Lekarka z pietyzmem i nieukrywaną przyjemnością bierze go pod ramię i delikatnie do niego przemawiając wprowadza za metalowe drzwi. Po pięćdziesięciu minutach oczekiwania żona niepełnosprawnego pacjenta po raz kolejny upomina się o pomoc dla męża i po raz kolejny słyszy, że niepotrzebnie przyjechała do tego szpitala. Ze łzami w oczach pyta, czy wobec tego ma jechać do innego szpitala. Lekarka jakby trochę mięknie i po pięciu minutach niechętnie zaprasza małżeństwo do środka. Na szczęście niepełnosprawnym pacjentem zajmuje się inna lekarka. Okazuje znacznie więcej empatii.

Wszystkie osoby, z którymi rozmawiałam, prosiły mnie o niepodawanie żadnych szczegółów, które mogłyby pomóc w zidentyfikowaniu pacjentów, którzy opowiadali mi o swoich doświadczeniach z ochroną zdrowia po wejściu w życie ustawy. Znamienne.

Wyremontowane szpitale wyposażone w sprzęt, często już na europejskim poziomie, nie rozwiążą problemu. Potrzebni są ludzie. Wypoczęci, empatyczni, grzeczni i dobrze opłacani lekarze, kompetentna i uprzejma obsługa administracyjna. Niezbędna jest dobra organizacja pracy, a tymczasem pacjenci odwiedzający publiczne szpitale i przychodnie mają nierzadko poczucie panującego w tych placówkach wszechobecnego chaosu.

Żadna ustawa nie zaradzi oczywistym, negatywnym faktom. W Polsce mamy ponad dwukrotnie mniej lekarzy na tysiąc pacjentów niż zachodnie kraje Unii Europejskiej. Średnia europejska wynosi 4, średnia polska – 2,2 lekarza. Od czasu wejścia naszego kraju do UE notowany jest stały odpływ polskich lekarzy na zachód. Według szacunków Naczelnej Izby Lekarskiej od 2004 roku z naszego kraju wyjechało 10,5 tysiąca lekarzy, 2 tysiące stomatologów i 17 tysięcy pielęgniarek! Są to jednak tylko szacunki, więc liczby te mogą być znacznie większe. Anestezjolodzy i chirurdzy to największy odsetek polskich lekarzy, którzy znaleźli pracę za granicą – 18% w przypadku obu specjalności. 13% to odsetek patomorfologów, lekarzy niezbędnych w procesie leczenia nowotworów, którzy opuścili Polskę w poszukiwaniu lepszych warunków pracy i znacznie wyższej płacy. Podobny odsetek wśród polskich lekarzy emigrantów stanowią m.in. interniści, pediatrzy i psychiatrzy. Polskich lekarzy można także spotkać poza Europą – w USA, w Kanadzie, w Australii, Nowej Zelandii, w Arabii Saudyjskiej czy w Emiratach Arabskich.

Wobec tych wszystkich oczywistych faktów i sytuacji, o których mówili mi pacjenci, można mieć poważne obawy o realizację w praktyce bardzo słusznych i niezbędnych zapisów ustawy o szczególnych rozwiązaniach wspierających osoby o znacznym stopniu niepełnosprawności. Bardzo chciałabym mylić się w tej kwestii.

Felieton skrajnie subiektywny. Temida kontra dekomunizacja

Kto wybierze się w czasie wakacji zwiedzać Warszawę, być może będzie miał ostatnią, niepowtarzalną okazję przespacerowania się aleją Lecha Kaczyńskiego, ulicami Zbigniewa Romaszewskiego, Grzegorza Przemyka czy Stanisława Pyjasa.

Nadzwyczajna kasta sędziowska znów zadziałała. Na wniosek władz Warszawy Wojewódzki Sąd Administracyjny unieważnił w końcu maja zmianę nazw dwunastu warszawskich ulic, uchylając zarządzenie zastępcze wojewody mazowieckiego. Gwoli sprawiedliwości należy nadmienić, że jeden z sędziów złożył zdanie odrębne.

Warto przypomnieć, że zgodnie z tzw. ustawą dekomunizacyjną samorządy miały obowiązek zmiany nazw ulic propagujących komunizm do 2 września 2017. Pod koniec sierpnia zeszłego roku na sesji Rady Warszawy, z inicjatywy Platformy Obywatelskiej zdecydowano o zmianie patronów zaledwie sześciu ulic. W listopadzie 2017, w związku z niewykonaniem obowiązku przez władze Warszawy, wojewoda mazowiecki wydał zarządzenia zastępcze dotyczące zmiany nazw 47 ulic. Na tę decyzję zareagowała na listopadowej sesji Rada Warszawy, decydując głosami radnych Platformy Obywatelskiej o zaskarżeniu do sądu administracyjnego zmiany nazw ulic dokonanych przez wojewodę mazowieckiego. Można się więc domyślać, że spektakl będzie trwał. Do odrzucenia nazw pozostało jeszcze kilkadziesiąt ulic. Władze Warszawy triumfują i już przymierzają się do demontowania tabliczek z nowymi nazwami i przywracania tabliczek ze starymi. Na razie jednak muszą wziąć na wstrzymanie, bowiem Zdzisław Sipiera, wojewoda mazowiecki, zapowiedział złożenie skargi kasacyjnej do Naczelnego Sądu Administracyjnego.

Na szali Temidy położono m.in. aleję Lecha Kaczyńskiego – dawną aleję Armii Ludowej, ulice Zbigniewa Romaszewskiego – dawniej Teodora Duracza, Grzegorza Przemyka – dawniej Sylwestra Bartosika i Stanisława Pyjasa – dawniej Franciszka Bartoszka. Posługując się w uzasadnieniu błahym pretekstem, nadzwyczajna kasta pokazała jak głęboko tkwi korzeniami w minionym ustroju. W uzasadnieniu wyroku napisano, że wojewoda mazowiecki nie wywiązał się prawidłowo z ciążącego na nim obowiązku i dopuścił się istotnego naruszenia przepisów (sic!) nie wykazując jednoznacznie, w jaki sposób dawni patroni ulic propagowali komunizm. Niewiarygodne, sąd nie rozumie w jaki sposób propagowała komunizm Armia Ludowa, kontynuacja Gwardii Ludowej, powstała na mocy dekretu Krajowej Rady Narodowej, formacja wojskowa podlegająca de facto ZSRR? To jest wiedza na poziomie szkoły podstawowej. Kolejny komunistyczny patron dzisiejszej ulicy Zbigniewa Romaszewskiego – Teodor Duracz, członek Komunistycznej Partii Polski i radziecki agent. Ten patron w żaden sposób nie propaguje komunizmu, no skąd. Sylwester Bartosik, poprzedni patron ulicy Grzegorza Przemyka, działacz Komunistycznej Partii Polski. W jego mieszkaniu, w konspiracji, spotykali się m.in. Hanka Sawicka, Marceli Nowotko i Paweł Finder. Kanon historyczny w komunistycznej szkole podstawowej.

Obawiam się, że uzasadnienie wyroku WSA to jedynie pretekst, by dać prztyczka w nos rządowi Prawa i Sprawiedliwości, Jarosławowi Kaczyńskiemu osobiście, a także nie dopuścić, by patronem jednej z ważniejszych, śródmiejskich arterii był znienawidzony Lech Kaczyński. Przy okazji, rykoszetem dostaje się też Zbigniewowi Romaszewskiemu, Stanisławowi Pyjasowi i Grzegorzowi Przemykowi.

Warto więc w czasie wakacyjnych podróży wpaść do Warszawy i chłonąć historię bez komunistycznych naleciałości. Dopóki to możliwe.

Felieton skrajnie subiektywny. Polski równoległe

Od dłuższego czasu, jak pewnie wielu Polaków, mam wrażenie pozostawania w rozdwojeniu, w swoistej schizofrenii lub jak kto woli w Matrixie. Czuję, że niektórzy spośród moich interlokutorów funkcjonują w świecie równoległym do mojego świata, choć znajdujemy się w tym samym miejscu na ziemi.

Cezurą – nie odkrywam tu Ameryki – jest katastrofa smoleńska. To wówczas, po narodowej traumie, ujawniło się pęknięcie, które pewnie było i wcześniej, ale pozostawało niemal bezobjawowe. Tak narodziły się Polski równoległe. Rozmawiając z obywatelami tej drugiej Polski mam nieustannie wrażenie bezproduktywnego walenia głową w mur. Polska równoległa ma swoje gazety, swoje telewizje, swoje autorytety i swoich celebrytów, swoich nieudacznych posłów bez kompetencji. Polska równoległa organizuje marsze i protesty z byle powodu, czym doprowadziła do całkowitej dewaluacji pojęcia protest, strajk i manifestacja. Stwierdzenie, że obywatele Polski równoległej zajmują się manipulowaniem faktami, byłoby eufemizmem. Oni po prostu wywracają te fakty „na nice”, co tu kryć, po prostu faktom tym zaprzeczają. Od wygranej Prawa i Sprawiedliwości rozziew światopoglądowy dotyczy działań tego rządu w obydwu mutacjach – z premier Szydło i z premierem Morawieckim. Dotyczy zarówno ilości działań, jak też ich jakości. Jedna Polska mówi – robią mnóstwo i nawet jeśli czasem się mylą, to robią. Druga Polska mówi – nic nie robią, a jak już coś czasem zrobią, to zrobią źle. Przykłady? Służę.

Rozmawiam z dziennikarką z kilkudziesięcioletnim stażem i dzielę się entuzjazmem z powodu planowanego przekopu Mierzei Wiślanej. Po drugiej stronie słyszę – „Przecież to kompletnie bez sensu”. Na chwilę mnie zatyka. Szybko wychodzę z osłupienia i kontratakuję. Że to ważny strategicznie projekt, że to uproszczenie morskiego szlaku na Bałtyk, że znajdzie się w obrębie wód terytorialnych Polski, że połączy drogą morską Zalew Wiślany z Zatoką Gdańską, że nie będzie już dochodziło do perturbacji na linii Polska – Rosja i zamykania Cieśniny Pilawskiej dla naszych statków, że wzmocni znacząco pozycję portu w Elblągu, że skorzystają na tym także kraje nadbałtyckie, że Polska na tym zarobi. Po drugiej stronie słyszę wzgardliwe prychnięcie i argumenty, że za drogo, że zniszczy się przyrodę Zalewu Wiślanego. Polska równoległa.

Na rodzinnym przyjęciu rozmawiam z kuzynką, wydawałoby się osobą inteligentną, na temat wojsk obrony terytorialnej, których powstaniu od początku przyglądam się z sympatią. Po drugiej stronie słyszę – „Macierewicz zrobił sobie swoje wojsko”. Popadam w stupor, ale szybko się otrząsam i dowodzę, że to niezbędne, zważywszy na nasze położenie geopolityczne, że to wojsko wartościowe, bo idą do tych oddziałów osoby autentycznie zaangażowane, że patriotyczne, że charakteryzuje się wysokim potencjałem obronnym przy stosunkowo niskich kosztach utrzymania, że jest doceniane w wielu krajach, że można je wykorzystywać do działań humanitarnych i w sytuacjach kryzysowych czy podczas klęsk żywiołowych. Sypię przykładami. Swoich terytorialsów mają Stany Zjednoczone. To Amerykańska Gwardia Narodowa licząca 350 tys. żołnierzy, w tym 50 tys. w służbie czynnej, dysponująca nawet własnym lotnictwem. Brytyjska Teritorial Army licząca 32 tys. żołnierzy, dysponująca jednostkami lądowymi, morskimi i powietrznymi. Szwedzka Hemvarnet, licząca 30 tys. żołnierzy, odgrywająca niezwykle istotną rolę dla obronności Szwecji, jako że kurczy się potencjał sił konwencjonalnych królestwa. I kraje bałtyckie sukcesywnie zwiększające nakłady na jednostki obrony terytorialnej ze względu na zagrożenie ze strony Rosji. Estońska Liga Obrony licząca ok. 13 tys. żołnierzy, łotewska Zemessardze ok. 10,5 tys. żołnierzy, litewski KASP ponad 14 tys. Kuzynka robi wielkie oczy, ale dalej upiera się przy swoim – „Nic nie zmieni tego, że to jest wojsko Macierewicza”. Polska równoległa.

Koledze w pracy mówię z satysfakcją, licząc że będzie w równym stopniu usatysfakcjonowany – „Popatrz, latami nie dało się kupić samolotu dla VIP-ów, a teraz się dało. Fajne te Boeingi”. Odburkuje ponuro – „Zbędny wydatek”. Tłumaczę, że właśnie niezbędny – względy bezpieczeństwa, prestiż, w ogólnym rozrachunku mniejsze koszty niż dotychczasowy leasing Embraerów. Wzruszenie ramion. Polska równoległa.

Przykłady można byłoby mnożyć praktycznie w nieskończoność. 500+ – bez sensu, nie będzie na to pieniędzy. Kiedy okazuje się, że pieniądze są – dać także na pierwsze dziecko. Górnictwo jest nieopłacalne. Kiedy staje się opłacalne – jest niebezpieczne, zbyt dużo wypadków. Odbudowa przemysłu stoczniowego – absurd, na tym nie da się już zarabiać. Kiedy przemysł stoczniowy powoli staje na nogi, przedstawiciele Polski równoległej mówią – rząd nic nie robi dla polskich stoczni. Protest osób niepełnosprawnych – po latach zaniedbań rząd oferuje i wprowadza w życie konkretne rozwiązania. Przedstawiciele Polski równoległej mówią – rząd niczego nie proponuje. Polemizowanie z tego typu zmanipulowaną dialektyką jako żywo przypomina walenie głową w mur. Nie przepadam za tym, ale dla sprawy będę walić dalej.

Felieton skrajnie subiektywny. Europa na laickim zakręcie

Za każdym razem kiedy czytam te teksty, czuję zalewającą mnie falę złości i odczuwam potrzebę natychmiastowej riposty. Jak zareagować na tekst, w którego tytule w odniesieniu do obrazu Maryi Jasnogórskiej pojawia się sformułowanie „czarna, odrapana twarz”, tekst, którego autor próbuje wykazać wyższość bogini Lady (Łady, Leili), słowiańskiego odpowiednika egipskiej Izis, nad Maryją, matką Zbawiciela? Oto znamienny fragment: „(…) Uważane za symbol macierzyństwa i płodności, za matki wielu bóstw. Jak Izis, Lada miała nasze słowiańskie świątynie w różnych miejscach mocy. Miała klasztor, szkołę duchową i westalki, dziewice zwane Ladacznicami. Jednym z tych miejsc jest Częstochowa, a dokładnie wzgórze zwane jasnym, czyli Jasna Góra. Lada jako miejscowa gospodyni Mazowsza, w tym Jasnej Góry, była solą w oku krwawo wprowadzanemu kultowi Maryi, pochodzącej z Afryki, dokładniej z Palestyny, dokładniej z Judei, dokładniej z Betlejem”. Być może te brednie zasługują jedynie na uśmiech politowania, bowiem świadczą o kompletnym niezrozumieniu planu zbawienia i roli w tym planie Maryi, co w przypadku osoby niewierzącej jest w pewnym sensie zrozumiałe. To w warstwie religijnej. W warstwie faktograficznej kult Ledy nie został potwierdzony, podobnie jak rzekome miejsce kultu – Jasna Góra. Autor felietonu wywodzi swoje mądrości wprost z kronik Jana Długosza, których rzetelność, szczególnie we fragmentach dotyczących pradziejów Lechii, starożytnej Polski, podważa większość uznanych historyków. W warstwie kulturowej te brednie świadczą o niezrozumieniu roli chrześcijaństwa w rozwoju cywilizacji i kultury europejskiej. Architektura naszego kontynentu, malarstwo, rzeźba, muzyka, a nawet moda, rozwijały się przez wiele wieków w oparciu o chrześcijaństwo. W szerszym wymiarze wspomniany przeze mnie tekst jest egzemplifikacją bezpardonowego ataku na religię, z której wyrosła Europa. Ataku, który doprowadził do dechrystianizacji dużej części naszego kontynentu i postępującego procesu utraty tożsamości jego obywateli. Ataku, polegającego m.in. na obrażaniu uczuć religijnych chrześcijan, na który wojujący ateiści nie odważyliby się w odniesieniu do judaizmu czy islamu.

Dziś o poprawności politycznej, o europejskości i o światłym umyśle decyduje odcięcie się od katolicyzmu, który stał się synonimem ciemnogrodu. Jednocześnie niepoprawne politycznie jest krytykowanie judaizmu czy islamu. Trudno nie zauważyć w tym niekonsekwencji europejskich, laickich elit intelektualnych.

Kościoły katolickie w wielu państwach Europy Zachodniej świecą pustkami. Bywa, że zamieniane są na ekskluzywne domy mieszkalne, np. kościół w Northumberland w Wielkiej Brytanii, sklepy – kościół w Maastricht w Holandii zamieniony w księgarnię Salexyz, puby – kościół St. Mary’s w Dublinie w Irlandii. Tymczasem obok europejskich kościołów wyrastają meczety. Na ulicach europejskich miast w porze modłów klękają miliony muzułmanów. Według ostrożnych szacunków na naszym kontynencie jest już ponad 25 mln wyznawców islamu. Dokąd zmierza Europa pozbawiona chrześcijańskich korzeni i zalewana falami obcych kulturowo uchodźców i emigrantów?

Wydaje się, że na tym tle Polska jest ostoją chrześcijaństwa, ale nie dajmy się zwieść pozorom. Coraz bardziej powszechna i modna staje się laickość, na czasie jest antyklerykalizm. Zapatrzeni bezkrytycznie w starą Europę rychło możemy pójść w jej ślady. Na razie mamy do czynienia z pojedynczymi incydentami podobnymi do tych, które rozgrywały się na Krakowskim Przedmieściu po katastrofie smoleńskiej – wyśmiewanie modlących się, bezczeszczenie krzyża, kpiny z męki Chrystusa. Skoro jednak raz przełamana została niepisana zasada szacunku do wyznania, już tylko krok dzieli nas od pójścia w ślady laickiej Europy.

Felieton skrajnie subiektywny. Dyktatura krzyku

Mam w gronie przyjaciół rodziców wychowujących niepełnosprawne, dorosłe dziecko. Rozmawialiśmy o kwietniowym proteście rodziców i opiekunów dorosłych niepełnosprawnych w sejmie.

Moi przyjaciele kategorycznie stwierdzili, że nigdy nie zabraliby swojego dziecka na protest trwający kilkanaście dni. Nie pozwoliłoby im na to sumienie i uczucia. Na osoby niepełnosprawne gwar, stres, krzyki, obecność obcych, niepokój, nienaturalne warunki, zaniedbania higieniczne, działają bardzo niekorzystnie. Skutki narażenia takich osób na tego typu trudności wymagają następnie długotrwałego procesu ich niwelowania. Powrót do równowagi jest trudny, znacznie trudniejszy niż w przypadku osób pełnosprawnych. Moi przyjaciele stwierdzili, że nigdy, dla żadnej sprawy, choćby najbardziej słusznej, nie naraziliby swojego syna na takie niedogodności. Z założenia traktują protest jako rozwiązanie mało cywilizowane, gdyby jednak byli zmuszeni protestować, protestowaliby sami, zmieniając się, a syna zostawiliby w domu.

Jeden z moich ulubionych felietonistów, komentując sejmowy protest, przypomniał biblijną przypowieść o królu Salomonie i jego słynnym wyroku. Po rozstrzygnięcie sporu przyszły do króla dwie kobiety. Spór dotyczył niemowlęcia. Każda z kobiet twierdziła, że dziecko jest jej. Salomon zdecydował, że dziecko zostanie rozcięte na pół i każda z nich otrzyma swoją połowę. Jedna z kobiet przystała na takie rozwiązanie, druga gorąco zaprotestowała i poprosiła, by dziecko w całości oddać rywalce. Król Salomon w ten sposób dowiedział się, która z kobiet jest prawdziwą matką dziecka i jej oddał niemowlę. Mój ulubiony felietonista nazwał protest w sejmie „rozcinaniem niepełnosprawnych dzieci”, ja dodam od siebie, że jest to rozcinanie w świetle kamer i fleszy, i jest czymś wyjątkowo odstręczającym. Młode, niepełnosprawne osoby z nerwowymi wypiekami na twarzach, czasem przeklinające, czasem płaczące. I kręcący się wokół politycy i dziennikarze, asystująca protestującym z wyuczoną serdecznością posłanka Nowoczesnej, która wcześniej pojawiała się na marszach za liberalizacją aborcji i za aborcją eugeniczną, i głosowała przeciw rządowemu projektowi ustawy o wsparciu kobiet w ciąży i ich rodzin „Za życiem”, m.in. przyznającemu rodzicom nowonarodzonego dziecka niepełnosprawnego jednorazowy zasiłek w kwocie 4 tys. zł. Bardzo oczywista i przejrzysta sytuacja, hipokryzja w czystej postaci. Wykorzystywanie realnych problemów tej grupy osób do politycznej gry, a mówiąc bardziej dosadnie – do politycznej hucpy.

Nikt nie neguje faktu, że pieniądze z pewnością są tej grupie osób niezbędne i każda kwota może być zagospodarowana, ale też negocjacje polegają na tym, by iść na pewne kompromisy, czego rodzice niepełnosprawnych dorosłych nie chcieli. Udało się im ściągnąć do sejmu wszystkie ważne osoby – prezydenta RP i jego małżonkę, premiera i ministrów. Rząd położył na negocjacyjnym stole podwyżkę renty socjalnej do poziomu najniższej renty dla osób trwale niezdolnych do pracy wraz z zapowiedzią szybkiej ścieżki legislacyjnej, rodzice protestujący w sejmie przyjęli do wiadomości, ale nie ustąpili ani na jotę z drugiego postulatu – 500 zł na rehabilitację swoich dzieci, zmieniając w międzyczasie nazewnictwo owego dodatku z rehabilitacyjnego na dodatek na życie. Przedstawicielki rządu przyniosły do sejmu kolejną propozycję – pakiet świadczeń rzeczowych i usługowych o wartości 520 zł, na który składają się: zaopatrzenie w środki i akcesoria niezbędne osobom niepełnosprawnym, a także usługi rehabilitacyjne w nieograniczonym zakresie i wizyty u lekarzy specjalistów poza kolejnością i bez skierowania od lekarza pierwszego kontaktu. Rodzice zachwycili się pomysłem, ale… zażądali żywej gotówki w kwocie 500 zł, która mogłaby być przeznaczona także na inne cele, jak powiedzieli, np. na kino dla osoby niepełnosprawnej. Nie posłuchali głosów licznych organizacji działających na rzecz osób niepełnosprawnych, które apelowały o zakończenie protestu i przyjęcie dobrych – ich zdaniem – rozwiązań zaproponowanych przez rząd. Czy na tym polega kompromis? Z pewnością nie.

W trakcie trwania protestu w sejmie, w Centrum Partnerstwa Społecznego „Dialog” przewodniczący i prezesi organizacji i fundacji działających na rzecz osób niepełnosprawnych wspólnie z przedstawicielami rządu, w ramach Krajowej Rady Konsultacyjnej ds. Osób Niepełnosprawnych, wypracowywali rozwiązania służące wszystkim, również protestującym w sejmie, którzy nie przyjęli zaproszenia do Centrum „Dialog”. Jednego dnia podpisano porozumienie z przedstawicielami rządu, skądinąd bardzo słuszne porozumienie, zakładające wspomnianą już podwyżkę renty socjalnej do poziomu najniższej renty dla osób trwale niezdolnych do pracy, przeznaczoną dla całego środowiska dorosłych niepełnosprawnych, którzy nie są w stanie pracować. Następnego dnia, część z przedstawicieli organizacji działających na rzecz osób niepełnosprawnych, przestraszona krzykami garstki rodziców protestujących w sejmie i wrzaskami grupy rozjuszonych, etatowych protestujących przed sejmem, z podkulonymi ogonami ugięła się pod presją pokrzykujących i odcięła się de facto od porozumienia, twierdząc, że wykorzystuje się ich do politycznych rozgrywek. Na niewiele się zdało pokajanie przedstawicielki jednego z NGO-sów przed niewielkim tłumem pod sejmem, bowiem ten zakrzyczał ją wrzeszcząc, swoim zwyczajem, wprost do jej uszu – „Hańba, hańba, hańba…”.

Niepełnosprawność dzieci nie może zamykać ust komentującym protest i nie może oznaczać, że rodzice tych dzieci są nietykalni. Część z nich mija się z prawdą komunikując społeczeństwu rzekomą biedę w ich rodzinach. Ich krzyk i niegodzenie się na żadne warunki, niechęć do kompromisów, pohukiwanie na premiera, wymachiwanie rękami przed nosem ministra i popychanie rzecznika rządu – to są metody niedopuszczalne i nic ich nie tłumaczy. To jest dyktatura krzyku.