Wspomnienia z Wietnamu

Dominika jest młodą dziewczyną. Studiuje na wrocławskiej Akademii Sztuk Pięknych. Chce zajmować się grafiką komputerową i może uda się jej kiedyś stworzyć grafikę do jakiejś fajnej gry. Na razie okazało się, że jest związana z naszym środowiskiem. Jej babcia jest niewidoma. Właśnie to było powodem zabrania się do stworzenia specjalnej gry dla niewidomych. Widzieliśmy już ją. Każdy z dwóch graczy dostaje kwadratową planszę i dosyć liczny zbiór dwuwymiarowych figur geometrycznych: kwadraty i kwadraciki, prostokąty i prostokąciki, kółka, trójkąty itd. Należy je tak poukładać na planszy, by zapełniły ją całą. Wygrywa ten, któremu uda się to jako pierwszemu.

To prosta gra, ale bardzo fajna dla niewidomych dzieci. Także dla innych. Zapewne bawiła się w nią jej babcia, a teraz będziemy bawili się i my. Zaprosiliśmy Dominikę na konferencję REHA, gdzie będzie miała swoje stoisko. Już teraz zapraszamy do zabawy w jej grę.

Dominka ma jeszcze jedną specyficzną cechę – jej ojciec jest Wietnamczykiem. Ona sama nie mówi w jego języku. Mówi świetnie po polsku, jednak wygląd ma słowiańsko-azjatycki. Skoro odwiedziła swoją rodzinę w Wietnamie, poprosiliśmy, by choć troszkę o tym opowiedziała.

Okropne gorąco buchnęło mi w twarz, kiedy wysiadłam na zewnątrz. Po wyjściu z klimatyzowanego samolotu na ponad czterdziestostopniowy upał moje ciało przeszył dreszcz, ale cieszyłam się, że wreszcie podróż się skończyła. Rażące słońce nie pozwalało skupić wzroku, więc prawie na oślep podążyłam za tatą i resztą pasażerów. Na dole czekał na nas podstawiony autobus, który oczywiście był za mały, żeby spokojnie pomieścić wszystkie osoby z samolotu. No cóż, pojechaliśmy w końcu po kosztach w samolocie, który zmieściłby tira, ale dziś po raz pierwszy miałam zobaczyć swoją wietnamską rodzinę.

Najstarszy z wujków (a mam ich aż 8) podjechał po nas wynajętym samochodem wraz z kilkorgiem osób z rodziny, żeby mogli nas przywitać w odpowiednio dużym gronie. Przywitałam się grzecznie, chociaż zupełnie nie rozumiałam ich języka, po czym wsiadłam do samochodu. Lotnisko znajdowało się w stolicy – Hanoi, przez które tylko przejeżdżaliśmy. Głęboko żałuję, że nie zostaliśmy tam dłużej – przecież serce Wietnamu skrywa tak wiele cudów! Pamiętam jedynie, że przypominało mi bardzo Tokio, które znałam ze zdjęć. Uderzyła mnie kakofonia dźwięków i wszechobecne światła, docierające z mnóstwa kolorowych bilboardów i neonowych napisów. W tej części Hanoi nie zauważyłam żadnego starego budynku. Wszystko błyszczało nowością, a szklane wieżowce unosiły się prawie do nieba. Jest to miasto, które ma reprezentować Wietnam jako kraj niezacofany. Wciąż nie mogę się nadziwić jak szybko opuściliśmy jego granicę i nagle otworzyły się przed nami rozległe połacie pól uprawnych. Słońce zachodziło, a ziemia pod wpływem jego promieni przybierała szkarłatny odcień. To był pierwszy i nie ostatni widok, który na trwałe zapadł mi w pamięć. Patrzyłam z zachwytem na to przedstawienie, lecz w pewnym momencie coś innego przyciągnęło moją uwagę – niecodzienne wzniesienie na środku pola. Kiedy minęłam kilka takich, okazało się, że są to mogiły zmarłych, które w Wietnamie niekoniecznie muszą znajdować się na cmentarzu. Także tradycje pogrzebowe są bardziej skomplikowane i czasochłonne. Kiedy ktoś umiera, skrzykiwana jest cała rodzina i znajomi, a uroczystości pogrzebowe trwają trzy dni przy dźwiękach małej orkiestry i przeciągłego śpiewu. Ostatecznie zmarłego odsyła się na tamten świat wraz z osobistymi rzeczami oraz częściami garderoby. Między zęby wkłada się monetę lub kawałek złota, aby umożliwić mowę w niebie, a zdjęcie zmarłego ustawione jest na honorowym miejscu domowego ołtarzyka.

Jechaliśmy ponad godzinę, a podróż upłynęła miło i spokojnie. Za oknem ukazywały się małe miasteczka i wioski. Większość domów wybudowano tuż przy ulicy i ciężko było się dopatrzeć jakiegokolwiek chodnika, jedynie w większych miastach pojawiał się jakiś przed kilkupiętrowymi budowlami. Domy te prezentowały się skromnie, lecz od czasu do czasu moim oczom ukazywały się niezwykle kunsztowne i wspaniałe architektonicznie budowle.

Mimo, że wciąż słyszę opowieści o chaosie na wietnamskich dwupasmówkach, osobiście nie miałam powodów do narzekań. Moją podróż przebyłam z przyjemnością, a na drodze było niewiele pojazdów.

Z wygładzonego asfaltu wjechaliśmy w małą, spękaną uliczkę obrośniętą trawą, a po jej obu stronach rozciągały się niewielkie, betonowe domki. Wśród nich, tuż przy drodze, wznosił się imponujący dom najmłodszego z braci ojca. Zajmował całą udostępnioną powierzchnię. Zostawiono jedynie mały pasek zieleni na tyłach domu, na którym mogły się zmieścić co najwyżej dwa ogrodowe krzesełka. Przed domem, na miejscu gdzie powinien być podjazd, postawiono dziwną metalową konstrukcję zbudowaną z blach. Miała jakieś trzy metry wysokości i z dziesięć szerokości. Weszliśmy do środka, gdzie podłogę obsiewały drewniane stoliki, a przy nich stały białe, plastikowe krzesełka już trochę obdrapane od użytkowania. Cała przestrzeń przed domem została przekształcona w restaurację, zostawiono tylko skrawek ziemi na spokojne przejście do domu. Okazało się, że takie przydomowe jadłodajnie są bardzo popularne w Wietnamie. Tworzy się je głównie z myślą o turystach.

Powierzchnia kraju rozciągnięta jest wzdłuż granicy półwyspu, dzięki czemu można łatwo przemierzyć go na dwóch czy czterech kołach. Wielu turystów wybiera motorynkę (można taką łatwo wypożyczyć), żeby w ślimaczym tempie zgłębić wszystkie jego zakamarki. Czasem taka restauracja okazuje się zbawienna dla zagubionych zagranicznych podróżnych, którzy mogą zapłacić więcej, niż przeciętny obywatel. Dlatego praktycznie każda rodzina wietnamska, która może sobie na to pozwolić, prowadzi taką restaurację. To miejsce jest także bardzo odpowiednie do rodzinnych spotkań, krewni mogą tutaj przychodzić i rozmawiać ze sobą godzinami. Przechodząc za restaurację stanęłam naprzeciw domostwa wuja i zobaczyłam zupełnie oderwany od dotychczasowo znanej mi rzeczywistości budynek. Niezwykle wyskoki, z dwuspadowym dachem, ozdobionym na szczycie. Trzypiętrowy, przy czym każde z pięter było w zupełnie innym stylu architektonicznym. Mijaliśmy już po drodze okazałe i udziwnione budowle, ale ta okazała się wręcz kosmiczna! Nie tylko przystrojona w przeróżne wymyślne płaskorzeźby, ale także każde piętro było w zupełnie innym, intensywnym odcieniu. Pierwsze pomarańczowe, drugie jasno-niebieskie, może lekko wpadające w turkus, a trzecie żółtawe.

Sam dom był skromnie urządzony. Po wejściu zobaczyłam zwykły salon, bardzo podobny do naszego europejskiego, lecz nieco oszczędniejszy w umeblowaniu. Przy ścianie stał duży czarny telewizor i obowiązkowo pod nim zestaw karaoke (Wietnamczycy są ogromnymi fanami wieczorków karaoke). Na następnym piętrze przygotowano dla nas pokój. Latem panował ponad czterdziestostopniowy upał, więc na łóżkach nie było nawet materaców, tylko maty bambusowe i małe płaskie poduszeczki. Była tutaj także łazienka z prysznicem. Cała wyłożona kafelkami, a przy prysznicu nie było kabiny, tylko krzesełko, więc można było chlapać wodą gdzie popadnie (w wieku 12 lat bardzo mnie to ucieszyło).

Pierwszej nocy ciężko było zmrużyć oko. Upał był nieznośny, a dodatkowo doskwierała mi zmiana czasu.

Ostatnie piętro było moim bezapelacyjnym faworytem. Jego połowę zajmowało ogromne pomieszczenie przeznaczone na ołtarzyk dla przodków, czyli zdobioną komodę, na której ustawione były wizerunki zmarłych (w Wietnamie bardzo dużą wagę przywiązuje się do religii i tradycji). Zapalone kadziła przy fotografiach roznosiły po pokoju obezwładniający zapach, a przy nich postawiono różnorakie alkohole, w niektórych z nich znajdowały się zakonserwowane węże lub jaszczurki. Promienie słoneczne z ogromnego okna naprzeciw odbijały się od wypolerowanych butelek i wypełniały pokój błogim ciepłem, a wyglądając przez nie było się świadkiem pięknych widoków flory i fauny.

Dni mijały na wizytach u rodziny dalszej i bliższej. Obowiązkowo z całą rodziną spożywaliśmy obiadokolację. Wszyscy jedliśmy na ziemi, rozsiadając się wokół bawełnianego obrusa na małych, płaskich poduszeczkach. Na obrusie rozłożonych było mnóstwo dań, głównie mięsnych wariacji oraz trawy o nazwie, którą wciąż zapominam, a jest ona częstym gościem na wietnamskich ucztach. Każdy mógł nakładać sobie jedzenie według upodobań. Cały posiłek upływał na rozmowie. Najczęściej jedliśmy na podwórzu cioci, która mieszkała niedaleko wujka, żeby moja liczna rodzina mogła się spokojnie zmieścić. Był to jeden z mniejszych domków rozsianych na niewielkiej powierzchni. Domy były proste i niepomalowane, wyglądały jak małe, szarobure klocuszki poustawiane obok siebie i obrośnięte wokół dziką roślinnością. Niektóre miały jeszcze dobudowane piętro. W pomieszczeniach panowała skromność i prostota, największą ozdobą były piękne, zdobione drewniane meble. Rzadko pojawiały się tutaj materiałowe kanapy, dużo częściej ławy z ciemnego drewna, ustawione przy równie zdobionym stole. Religia zajmowała dużą część wietnamskiego życia, więc ołtarzyki ustawione były w centralnej części salonu na stylowych komodach tak, aby każdy odwiedzający mógł dokładnie im się przyjrzeć.

Pod koniec pobytu pojechaliśmy nad zatokę Ha Long, bez wątpienia najbardziej rozpoznawalnego miejsca w Wietnamie, z istnie bajkowym krajobrazem. Scenerię tworzą tutaj prawie dwa tysiące skalnych (wapiennych i łupkowych) wysp i wysepek o charakterystycznym kształcie, a w niektórych znajdują się spektakularne jaskinie, które można zwiedzić. Znajdziemy tu też lasy mangrowcowe oraz rafę koralową. Takie bogactwo przyrody sprawia, że co roku odwiedzają ją tysiące turystów. O zatoce tej krąży także wiele legend, a najpopularniejsza z nich traktuje o jej powstaniu:

„Dawno, dawno temu, gdy Wietnamczycy utworzyli swój kraj, musieli walczyć z wrogiem. Bogowie, chcąc pomóc Wietnamczykom, przysłali im smoki. Te wielkie stworzenia wypluwały ze swoich ust niezliczone ilości pereł, które zamieniały się w skały, blokując drogę przeciwnikom. Pędzące zbyt szybko statki roztrzaskiwały się na drobne kawałki. Po wygranej walce smoki postanowiły pozostać na miejscu bitwy. Podobno po dziś dzień zamieszkują Ha Long. Miejsce, w którym wylądowała matka-smoczyca, to właśnie dzisiejsza zatoka lądującego smoka.”

Podróżując statkiem można upoić się orzeźwiającym morskim powietrzem, chociaż zdarza się, że ciszę zastępuje gwar ludzkich głosów dobywających się z osad, ponieważ między skałami wciąż mieszkają ludzie w swoich pływających domach. Zajmują się rybołówstwem i czerpią profity z turystyki, oprócz tego uprawiają także morską florę i faunę. Gdy dobiliśmy brzegu, przyszła pora na trochę zabawy i mogłam skorzystać z uroków morza. Muszelki w przeróżnych kształtach i kolorach pokrywały całą plażę, więc wyzbierałam ich, ile tylko mogłam. Następnie poszłam się kąpać z moim kuzynami i kuzynkami. Zanurzyłam się w ciepłej, przejrzystej wodzie i zrelaksowałam. Dzień na Ha Long nie mógł skończyć się bez zakupu pamiątek, wybrałam tylko jedną rzecz: mini zestaw do parzenia herbaty. Zachwyciły mnie te filigranowe filiżaneczki i malutki czajniczek. Oczywiście, pomimo tyciuteńkich rozmiarów, zestaw mógł doskonale pełnić swoją funkcję.

Spędziłam tutaj wspaniałe chwile i któregoś dnia znów wrócę do Wietnamu, żeby poznać resztę jego tajemnic .Ten miesiąc zapewnił mi egzotyczne wrażenia, których nigdzie indziej nie doznam. Harmider na bazarach, specyficzny smak potraw, słońce, na początku nieznośne, później przyjemnie ciepłe. Wspaniali ludzie, którzy zawsze służyli pomocą, zaciekawieni i przyjaźnie nastawieni do każdego obcego.