Gałczyńskiego 7 odnawia wspomnienia

Dariusz Linde opowiada o renowacji starego motoroweru

– Był początek lat dziewięćdziesiątych, kilka dni przed wakacjami. Miałem wtedy nieco więcej niż 10 lat. Z pewnością było to jedno z rodzinnych spotkań, które odbywały się u moich dziadków. To wtedy wujek przekazał mi tę świetną dla mnie wiadomość, na którą czekałem od dawna. Powiedział, że w garażu ma dla mnie niespodziankę. Najprawdziwszy motorower, który po drobnych naprawach będzie mi służył na letnie wypady nad jezioro albo grzyby. Wtedy dla dzieciaka w moim wieku była to prawdziwa bomba, którą dzisiejsza młodzież pewnie mogłaby porównać jedynie z nowym smartfonem, tabletem czy innym dronem. My wtedy mieliśmy inne „zabawki”. W ten oto sposób stałem się szczęśliwym posiadaczem własnego pojazdu mechanicznego. Był to już kilkuletni Romet Ogar, który od dłuższego czasu nie był na chodzie – opowiada Dariusz Linde zapytany o pasje, towarzyszące mu do dnia dzisiejszego. „Romecik” z racji swojej bardzo prostej konstrukcji i – jak się później okazało – delikatnej, miał taką przypadłość, iż w rękach młodego człowieka częściej był zepsuty niż sprawny. Taki stan rzeczy sprawił, że bardzo szybko poznałem jego budowę właściwie od pierwszej do ostatniej śrubki. Śmiało można powiedzieć, iż wówczas potrafiłem go naprawiać z zamkniętymi oczami. Od tamtego momentu minęło prawie ćwierć wieku. W międzyczasie ukończyłem technikum samochodowe, studiowałem na Politechnice, a od ponad 10 lat pracuję z ludźmi, którzy mają problemy ze wzrokiem. Lubię swoją pracę w Fundacji Szansa dla Niewidomych i chyba całkiem nieźle się w niej odnajduję, ale bakcyl motoryzacji, jaki zaszczepiono mi w dzieciństwie, został mi do dziś. Dlatego podczas jakiegoś luźniejszego spotkania z naszymi beneficjentami, a właściwie głównie kolegami czy nawet przyjaciółmi doszliśmy do wniosku, że można by było zrobić coś innego niż szkolenia zawodowe albo kurs obsługi komputera. I tak, od słowa do słowa, narodził się pomysł, aby nasz salon szkoleniowy stał się na pewien czas warsztatem, w którym odbudujemy dokładnie taki sam motorower, o jakim wspominałem wcześniej.

– Będziecie naprawiali twój motorower?

– Tak, ale nie jest to ten sprzed lat. Z czasem został zamieniony na coś szybszego, a jeszcze trochę później po prostu na samochód. Co ciekawe, w szukaniu i zakupie kandydata do odbudowy pomógł ten sam wujek, który znalazł dla mnie mój pierwszy motorower. Można powiedzieć, że historia zatoczyła koło. Tym razem nie skończyło się jednak na jednej sztuce, bo jako bonus dostaliśmy jeszcze drugi w częściach.

– Czyli będzie wam łatwiej przeprowadzić proces odbudowy?

– W pewnym sensie tak, gdyż do odbudowy będziemy mogli wybrać elementy najmniej zużyte i zniszczone. Należy jednak pamiętać, że rozmawiamy o produkcie PRL-u, który ma ponad 30 lat. W tamtych czasach jakość produkcji delikatnie mówiąc nie stała na najwyższym poziomie. Dlatego też wiele części będziemy musieli odnowić lub po prostu kupić nowe. Celowo wybraliśmy taki projekt, który nie będzie za trudny i nie pokona nas finansowo.

– Co już zostało zrobione i jakie macie plany na najbliższe działania?

– Obecnie nasz kandydat na zabytek został zupełnie i całkowicie rozłożony na części. Wszystkie elementy blacharskie, czyli błotniki, zbiornik, rama oraz przedni widelec, trafiły do lakiernika. Tej operacji sami nie jesteśmy w stanie wykonać, ale i ludzie widzący też tego sami nie robią – lakierowanie zlecają specjalistycznym warsztatom. Przed lakierowaniem wszystkie elementy trzeba oczyścić. Dlatego na początek poddaje się je procesowi zwanemu piaskowaniem. Ma on na celu usunięcie starej warstwy lakieru oraz wszystkich ognisk korozji. Tak przygotowana blacha jest malowana lakierem podkładowym. Jeśli element ma uszkodzenia, wypełniane są one szpachlą, następnie szlifowane, aż uzyskają idealny kształt. Na tak przygotowaną powierzchnię nakładana jest dopiero ostatnia warstwa lakieru. W naszym przypadku wybraliśmy piękny soczysty czerwony kolor z palety Mazdy. W tej chwili czekamy na polakierowane elementy. Nie czekamy jednak bezczynnie, gdyż równolegle kompletujemy potrzebne podzespoły. Jako cel założyliśmy, że Romet po odbudowie będzie wyglądał co najmniej tak dobrze jak w dniu, w którym opuścił fabrykę, albo nawet lepiej. Dlatego konieczne jest odnowienie wszystkich powłok chromowanych. To jest, obok lakierowania, jedna z najdroższych operacji i tego też nikt nie zrobi sam w domu. Na szczęście nie wszystko trzeba odnawiać, a niektóre części takie jak kierownica, klamki czyli dźwignię sprzęgła i hamulca ręcznego lub dźwignię zmiany biegów można kupić już odnowione na allegro oraz innych portalach aukcyjnych. Tak jest po prostu taniej. Dla przykładu powiem, że cena chromowania zderzaka do samochodu sprzed kilkudziesięciu lat może wynosić ponad 3000 zł. To obrazuje, że zadanie, jakie sobie wyznaczyliśmy i dla nas jest pewnym wyzwaniem finansowym. Jeśli nasz pojazd ma być taki super, to nie może tylko pięknie wyglądać, ale musi też sprawnie się poruszać. Dlatego też czeka nas generalny remont silnika. Będzie to czas, abym mógł się podzielić swoją wiedzą na temat budowy pojazdów. Bazując na takim prostym silniku moi niewidomi i słabowidzący koledzy będą mogli zrozumieć jak to się dzieje, że spalanie benzyny generuje moment obrotowy na kołach, jak zbudowany jest gaźnik, prosty układ zapłonowy oraz dwubiegowa skrzynia biegów. Myślę, że w obecnych czasach mało kto zastanawia się nad zasadą działania takich elementów mechanicznych. Jak coś się zepsuje, po prostu jedziemy do serwisu i zlecamy naprawę, albo kupujemy nowe urządzenie. Dlatego sądzę, że nasze działanie ma w tym względzie sporą wartość edukacyjną, w szczególności dla ludzi, którzy nie mieli wcześniej do czynienia z nawet tak prostą mechaniką. To nie wszystko. Na ten moment jeszcze nie zajęliśmy się kołami. Prawdopodobnie trzeba będzie wymienić wszystkie szprychy, a następnie odpowiednio je naciągnąć tak, aby obręcze miały idealnie okrągły kształt. Wymienimy również całą instalację elektryczną oraz najprawdopodobniej obicie siedziska. Na koniec czeka nas montaż lamp, przełącznika świateł oraz klaksonu. Jeśli się to wszystko podsumuje, wyjdzie nam całkiem sporo godzin wspólnej pracy oraz – mam nadzieję – dobrej zabawy.

– A jak już skończycie swoją pracę?

– Wtedy oczywiście pochwalimy się naszym dziełem i z pewnością znajdziemy takie miejsce, pewnie tor wyścigowy lub zamknięte lotnisko, na którym sami będziemy mogli poczuć moc tych niemal 2 KM, powąchać zapachu spalonej mieszanki benzyny z olejem, no i ten słynny ? wiatr we włosach. Jestem przekonany, że tak właśnie zrobimy, bo skoro niewidomi mogą skakać na spadochronie, jeździć samochodem, to dlaczego mieliby nie móc przejechać się małym motorkiem? Chciałbym, żeby wszystko to, co zrobimy, miało jakiś cel, żeby ten pojazd potem jeszcze komuś służył, choćby do zabawy.

– Dziękuję za rozmowę.

Darek pracuje w warszawskim oddziale Fundacji Szansa dla Niewidomych przy ul. Gałczyńskiego 7. Pełni tam funkcję kierownika oddziału, jest koordynatorem i pomysłodawcą wielu działań, jakie mają tam miejsce. Przede wszystkim jednak jest człowiekiem z ogromną pasją, którą potrafi zarażać innych. Czekamy na kolejne ciekawe projekty. Zachęcamy również do odwiedzania salonu prezentacyjnego Fundacji. Z pewnością warto!