Indie – czy jest to dobre miejsce dla niewidomych

Jakiś czas temu miałam przyjemność relacjonować Państwu swoje przygody podróżnicze. Wtedy byłam jeszcze studentką. Pierwszą moją dużą wyprawą był wyjazd do Chin, a następnie miałam okazję przez pół roku studiować w Indiach w ramach wymiany studenckiej. Niedługo po powrocie do Polski czekała mnie kolejna wymiana studencka – tym razem do Turcji. Jak mogą Państwo zauważyć, podróżowanie do nowych, dalekich krajów jest moją pasją. Dlatego też od zawsze wiedziałam, że chciałabym związać z tym moją przyszłość. I tak się właśnie stało. Broniąc pracy magisterskiej w lipcu 2015 roku wiedziałam, że już za miesiąc wyjadę do pracy do… Indii! Tak, polubiłam ten kraj podczas pierwszego mojego pobytu – pomimo faktu, że jest bardzo, ale to bardzo specyficzny. Bardzo się ucieszyłam, kiedy dostałam propozycję pracy dla polskiej firmy w Indiach.

Kiedy byłam tu na wymianie studenckiej, mieszkałam w 5-milionowym mieście Kolkata lub Kalkuta. Wiele miast indyjskich ma dwie nazwy. Są to jedne z wielu pozostałości po kolonii brytyjskiej. Kalkuta jest miastem położonym na wschodzie kraju, nad słynną i świętą dla wyznawców hinduizmu rzeką Ganges. Ze względu właśnie na jej świętość, aktualne jest wrzucanie prochów zmarłych do tej rzeki. Jest to dużym problemem dla kraju z ekologicznego punktu widzenia. Obecnie mieszkam w 9-milionowym mieście Bangalore, położonym na południu kraju i uważanym za Dolinę Krzemową Indii.

Doskonale pamiętam moje pierwsze wrażenia z Indii. Upiorne gorąco, dające się we znaki tak silnie przez niemalże 80% wilgotność powietrza i przytłaczający ogrom pojazdów. Gdziekolwiek nie spojrzeć nieprzebrana masa ludzi zajętych własnymi sprawami. Miałam uczucie, że trafiłam do jednego wielkiego mrowiska! Pierwszym problemem, z którym się wtedy spotkałam, ale który mam do tej pory, była tak prosta na pierwszy rzut oka czynność, jak przejście przez ulicę. Wyobraźcie sobie drogę, która nie ma żadnych pasów ruchu i innych regulacji drogowych, na której jakimś cudem mieszczą się pojazdy różnej wielkości i konfiguracji. Najniżej w „drogowym układzie pokarmowym” stoją kierowcy rowerów. Ale to nie są takie rowery, do których jesteśmy przyzwyczajeni w Polsce. Na tych indyjskich mieści się czasami cały majątek i dobytek kierowcy. Rower przerobiony jest więc na sklepik, w którym można kupić rzeczy typu papierosy lub przekąski. Innymi uczestnikami ruchu drogowego w Indiach są skutery, motocykle, autobusy, ciężarówki i oczywiście samochody, których zdecydowana większość nie ma lusterek, bo, jak później się dowiedziałam, zostały pourywane przez inne pojazdy w trakcie większego ruchu. Na szczególną uwagę zasługuje środek transportu, który można spotkać jedynie w Azji. Mam na myśli riksze. To coś pomiędzy motocyklem a samochodem. Przypominają malutki domek na kółkach, w którym jest tylko dach i tylna ściana. Z przodu siedzi kierowca, a z tyłu jest siedzenie dla pasażerów – teoretycznie tylko trzech, ale praktycznie jedzie tam o wiele więcej osób. Kiedyś widziałam aż 9 osób w jednej rikszy. Czasami riksze są napędzane nie przez motor, lecz przez siłę mięśni nóg kierowcy. W czasie, kiedy mieszkałam w Kalkucie, były również dostępne ręczne riksze. Kierowca musiał ręcznie ciągnąć siedzenie, w którym siedzieli pasażerowie. Obecnie taki rodzaj transportu jest zakazany.

Najgorsze w tym wszystkim jest jednak dobiegająca z ruchu ulicznego i niedająca się opisać kakofonia klaksonów, trąbek i dzwonków. Mieszkańcy Indii mają zupełnie inne niż Polacy wyobrażenia, do czego służą sygnały dźwiękowe na drodze. Używają ich dosłownie do wszystkiego – wyrażenia złości, aby kogoś pośpieszyć, ostrzec, pozdrowić, pożegnać i wiele innych powodów. Niestety, nie potrafię sobie wyobrazić w tej sytuacji osób niewidomych, które, z tego, co wiem, posiadają zazwyczaj wyjątkowo wyostrzony zmysł słuchu.

Kolejnym problemem jest to, że absolutna większość kierowców porusza się chaotycznie, nie przestrzegając żadnych zasad drogowych, w tym zasad pierwszeństwa. Bardzo trudno jest przewidzieć możliwe zachowania kierowców, żeby móc odpowiednio na nie zareagować. Ogromnym utrudnieniem jest też to, że w zasadzie nie ma tam oznaczonych przejść dla pieszych. Podobnie z sygnalizacją świetlną, której, gdy jest, prawie nigdy się nie przestrzega. Szokuje fakt, że dla zdecydowanej większości kierowców pieszy jest najniżej spośród wszystkich uczestników ruchu, a to znaczy, że pieszych się nie przepuszcza. Muszę przyznać, że w sumie mieszkam w Indiach prawie półtora roku, ale chyba nigdy mi się nie zdarzyło, żeby kierowca ustąpił mi drogi. Pierwszeństwo należy po prostu wymusić. Zazwyczaj ma to miejsce gdziekolwiek, a więc gdzie pieszy sobie zażyczy. Hindusi wyciągają rękę do przodu i takim oto gestem próbują wymusić na kierowcach zatrzymanie się. Bardzo trudno jest przejść przez całą ulicę za jednym razem. Zwykle idzie się do połowy drogi i czeka się tam na odpowiedni moment, by przekroczyć drugą połowę. Powiem szczerze, że ja cały czas boję się przechodzić przez te ruchliwe ulice, szczególnie w ciemniejszej porze dnia. Wielu kierowców nie włącza, albo nawet po prostu nie ma świateł. Moją taktyką jest schowanie się za hindusem i przejście z nim w odpowiednim momencie. Niestety, dla osoby niewidomej niemożliwe jest samodzielne przejście przez ruchliwą ulicę w Indiach. Przypuszczam, że równie ciężko zrobić to z opiekunem. Indie, a przynajmniej te miejsca, które odwiedziłam, po prostu nie są przystosowane do potrzeb osób niewidomych. Podobnie z inwalidami ruchu. Nigdy nie spotkałam się z windą w środkach transportu. Nawet gdy są dostępne w instytucjach rządowych, nie ma jak do nich podjechać. Dostać się do autobusu jest również trudno. Nigdy nie widziałam tam niskopodłogowych autobusów czy innych środków transportu. Te autobusy, które miałam okazję przetestować, mają pierwszy schodek mniej więcej na wysokości kolana. Dodatkowym problemem jest to, że w Indiach nie ma specjalnych zatoczek autobusowych, a przystanki są rozlokowane bardzo rzadko, co powoduje, że kierowcy zatrzymują się tam, gdzie uważają za stosowne. Zazwyczaj są to bardzo, ale to bardzo krótkie postoje, niekiedy pasażerowie muszą wyskakiwać z autobusu w biegu. Przyznam, że ja nie jeżdżę środkami komunikacji miejskiej między innymi dlatego, że dla osoby zza granicy jest bardzo trudne zorientować się, jaką trasę mają poszczególne autobusy. Wszystkie informacje są napisane w lokalnym języku. Autobusy podzielone są według kolorów, a każdy kolor ma określoną trasę. Osobiście poruszam się wyłącznie taksówkami bądź wspomnianymi rikszami. Na szczęście jest to w Indiach bardzo tanie.

Myślę, że gdyby osoba niewidoma chciała odwiedzić Indie, w grę wchodziłoby jedynie poruszanie się specjalnie arendowanym autobusem bądź samochodem od miejsca do miejsca. Problemem jest też totalny brak chodników. Trudno jest zorganizować trasę tak, żeby móc się poruszać chodnikiem. Albo nie ma ich wcale, albo są zajęte przez handlarzy. Często są tak zniszczone, że wygodniej jest iść skrajem drogi.

Prawdopodobnie, czytając to, zastanawiają się Państwo, jak niewidomi radzą sobie w Indiach. Powiem szczerze – nie wiem. Przez cały czas pobytu w Indiach nie widziałam na ulicy osoby z białą laską. Jako, że pracuję w sferze związanej z opieką m.in. nad osobami starszymi, mogę podzielić się z Państwem opowieściami, które słyszałam od innych opiekunek. Otóż poziom życia osób niewidomych zależy od stanu finansowego rodziny. Mogą Państwo pomyśleć, że tak jest wszędzie, ale jednak w Indiach jest inaczej. Prawie nie ma tu klasy średniej. Ludzie są albo bardzo bogaci, albo biedni. Ci pierwsi mieszkają we własnych domach i mają cały sztab obsługi, która m.in. opiekuje się też osobą niewidomą. Często zatrudniają specjalną pielęgniarkę do takich celów. Gdy muszą wyjechać poza rezydencję, przemieszczają się własnym pojazdem wraz z obsługą. Biedni mają niestety o wiele gorzej. Zazwyczaj są skazani na pomoc różnego rodzaju organizacji dobroczynnych i charytatywnych. Państwowa opieka zdrowotna prawie nie funkcjonuje, aczkolwiek nowy premier kraju zapowiada zmianę tego stanu rzeczy.

Pisząc ten artykuł chciałam jedynie nieco przybliżyć Państwu sytuację osób niewidomych w Indiach. W żadnym stopniu nie miałam zamiaru zniechęcać do odwiedzenia tego kraju. Jest bardzo ciekawy. Na pewno podróż do Indii byłaby jedną z największych przygód w Waszym życiu!

Ukraińskie kłopoty

Pomimo, że nie jestem niewidoma, potrafię sobie wyobrazić, jak ciężko musi być takim osobom w życiu codziennym. Kiedy ich spotykam, czy to w autobusie, czy na ulicy, zastanawiam się, jak to jest możliwe, że nie błądzą, zazwyczaj nie robią sobie krzywdy. W Polsce, a szczególności w Warszawie, coraz częściej widzimy udogodnienia stworzone z myślą właśnie dla takich ludzi. Przykładów można wymieniać wiele – sygnalizacja świetlna emitująca dźwięki, niskopodłogowe autobusy, komunikaty głosowe w środkach transportu, czy też specjalne podłoża na stacjach metra i chodnikach, informujące o niebezpieczeństwie. Niemniej jednak wszystko to stanowi jedynie kroplę w morzu potrzeb osób niewidomych, aby przestrzeń publiczna stała się dla nich dostępna. Pomimo wszystkich niedoskonałości polskiego systemu, chciałabym dla kontrastu przybliżyć sytuację osób niewidomych w innym państwie, znajdującym się w znacznie gorszym położeniu. I nie chodzi o jakiś kraj trzeciego świata, ale o bezpośredniego polskiego sąsiada – Ukrainę, z której pochodzę.

Znana jest obecna sytuacja ekonomiczna i polityczna Ukrainy. Moja ojczyzna znajduje się w głębokim kryzysie, wywołanym zeszłorocznymi protestami społecznymi i działaniami Rosji. Zwykłym obywatelom jest ciężko powiązać koniec z końcem – nastąpił znaczący wzrost cen towarów oraz spadek wartości pieniądza, bezrobocie poszybowało w górę, a w niektórych regionach państwo nie jest w stanie skutecznie pilnować porządku. Następuje znaczący wzrost przestępczości oraz anarchizacji państwa. Państwo niebędące w stanie wykonywać swoich podstawowych zobowiązań m.in. w sferze socjalnej czy edukacyjnej, musi dodatkowo zwiększać wydatki ponoszone na obronność, w związku z sytuacją na wschodzie Ukrainy. Ukraińcy, przytłoczeni koniecznością wyżywienia siebie i rodziny, masowo emigrują za granicę, głównie do Polski, Kanady i Chin. Daje to bardzo negatywny efekt w i tak tragicznej sytuacji demograficznej mojego kraju.

Biorąc pod uwagę fakt, że na Ukrainie całemu społeczeństwu jest ciężko normalnie funkcjonować, to tym bardziej należałoby zastanowić się, jak ciężka musi być ta nowa sytuacja dla osób niepełnosprawnych, w tym niewidomych. Należy pamiętać, że lwia część problemów, z którymi borykają się osoby niepełnosprawne na Ukrainie, istniała jeszcze przed nastaniem kryzysu. Problemy te mają swój początek u samego źródła, gdyż społeczeństwo nie jest dostatecznie poinformowane co robić w sytuacji, w której w rodzinie rodzi się osoba niewidoma – do jakiej instytucji lub urzędu należałoby się zwrócić, aby otrzymać pomoc. Co więcej, takich instytucji jest na Ukrainie zdecydowanie za mało, a te już istniejące nie są w stanie wydolnie funkcjonować z uwagi na bardzo okrojony budżet pomocowy. Osobom, którym udaje się przebrnąć przez skomplikowany biurokratyczny system i zakwalifikować się do pomocy socjalnej, mogą liczyć na rentę w wysokości maksymalnie 400 hrywien, co przy obecnym kursie wynosi około 70 zł miesięcznie.

Ewidentne braki istnieją również w ukraińskim systemie edukacji. W szkołach praktycznie nie ma profesjonalnej i indywidualnej pomocy dla niewidzących dzieci. Formalnie istnieje osiem szkół z internatem stworzonych dla osób niewidomych, w których pobiera naukę około ośmiuset dzieci. Jednak są one rażąco niedofinansowane, a osoby tam pracujące zarabiają najniższą krajową pensję, przez co praktycznie nikt nie chce tam pracować. Przecież każdy z nich bierze pod uwagę większy wysiłek wymagany przy pracy z taką młodzieżą. Ponadto, na Ukrainie istnieje tylko jedna państwowa uczelnia przygotowująca specjalistów do pracy z osobami niewidomymi. Jeszcze większym problemem pozostaje brak specjalistycznego sprzętu i dostępu do nowych technologii. Dzieci niewidome nie mają podczas zajęć styczności z komputerami i innymi urządzeniami, tak bardzo rozpowszechnionymi w Polsce, które ułatwiają codzienne czynności i naukę. Zazwyczaj uczniowie korzystają z przestarzałego, nierzadko postradzieckiego sprzętu.

W większości państw rozwiniętych już dawno zostały dostrzeżone pozytywne skutki, jakie przynosi integracyjny model edukacyjny osób niepełnosprawnych. Niestety, na Ukrainie nie został on zaimplementowany. Osoby niepełnosprawne nauczane są zazwyczaj w osobnych placówkach, co często nie pozwala na skuteczne przygotowanie ich do funkcjonowania w społeczeństwie. Tak samo ono – społeczeństwo ukraińskie – nie jest przygotowane do przyjęcia do siebie tych osób. Mało kto wie jak należy odnosić się do osób niewidomych. Często takie osoby spotykają się z dyskryminacją i agresją, a w najlepszym przypadku mogą liczyć jedynie na obojętność czy litość.

Problem ten dotyczy również uczelni wyższych, które w zdecydowanej większości nie są przystosowane, by osoby niepełnosprawne brały udział w zajęciach. Na Uniwersytecie Warszawskim, na którym studiuję, widziałam, że osoby potrzebujące mogą liczyć na bezpłatny dowóz uniwersyteckimi busami, zaś na każde piętro budynku można dostać się za pomocą windy. Na Ukrainie próżno szukać takich udogodnień. Prowadzone zajęcia są przystosowane wyłącznie dla osób widzących, tak więc postęp w nauce osób niewidomych zależy w głównej mierze od wyrozumiałości prowadzącego oraz pomocy innych studentów.

Osobom niewidomym, które były i są wystarczająco zdeterminowane, i tak jest trudno znaleźć jakąkolwiek pracę. W Polsce pomimo istnienia szeregu udogodnień, bodźców i dopłat dla przedsiębiorców zatrudniających osoby niepełnosprawne, i tak istnieje problem zatrudnienia na otwartym rynku pracy. Na Ukrainie nie ma jakiejkolwiek zachęty dla pracodawców, aby zatrudniali osoby niewidome. Traktują takich kandydatów do pracy jako potencjalnie nieefektywnych pracowników, wobec których musiałaby być stosowana specjalna taryfa ulgowa. Trzeba by było poświęcać im więcej uwagi i środków. Należałoby dostosować do ich potrzeb miejsce pracy i to na własny koszt. W skrócie, taki pracownik stanowiłby dla pracodawcy jedynie ciężar, bez jakichkolwiek rekompensat. Towarzyszy temu brak przeciwwskazań dla zatrudniania na tym miejscu pełnosprawnego pracownika. W obecnym kryzysie na Ukrainie, rynek jest jeszcze trudniejszy. Miejsc pracy jest mniej, przez co osób chętnych do pracy nie brakuje. Niewidomi nie mają więc szans się doczekać rehabilitacji i pracy.

O ile edukacja i praca stanowią dla osób niewidomych na Ukrainie bardzo duże wyzwanie, to i tak największą barierą pozostaną codzienne, przyziemne czynności. Weźmy na przykład transport. Podstawowym środkiem transportu publicznego są tzw. marszrutki – małe busy, kursujące na określonych trasach. Na próżno doszukiwać się wśród nich jakichkolwiek udogodnień stworzonych dla osób niepełnosprawnych. Nie funkcjonują one według jakiegokolwiek rozkładu jazdy, tak więc nie sposób przewidzieć godziny przyjazdu określonego busa. Zatrzymują się jedynie na żądanie. Samotny niewidomy oczekujący na przystanku skazany jest na pytanie nieznajomych o każdą przejeżdżającą marszrutkę, czy jest odpowiednia dla niego i w razie potrzeby prosić o jej zatrzymanie. Nie istnieją bilety okresowe. Za każdą przejażdżkę należy zapłacić u kierowcy określoną kwotę, przy czym nie ma mowy o jakiejkolwiek płatności bezgotówkowej. Większość stacji metra w Kijowie jest pozbawiona wind. Brak podstawowych oznaczeń na chodnikach czy też sygnalizacji dźwiękowych, tak bardzo ułatwiających życie osobom niewidomym. Na Ukrainie kierowcy nie grzeszą kulturą i nie zważają na osoby niewidome. Nie szanują i innych przechodniów – na przykład parkują busy czy samochody na chodnikach w taki sposób, że blokują przejście. To okropne dla wszystkich, a cóż dopiero dla niewidomych!

Pomimo, że została przyjęta ustawa mówiąca o tym, że produkty lecznicze powinny być oznaczone w sposób umożliwiający ich odczytanie przez osoby niewidzące, w praktyce wciąż brak tych rozwiązań. I znowu niewidomi są skazani na pomoc osób trzecich. Tak bardzo rozpowszechnione w Europie urządzenia stworzone specjalnie z myślą o niewidomych, jak: specjalistyczne brajlowskie notatniki i drukarki, mówiące komputery czy zegarki są na Ukrainie w zasadzie niedostępne. Powodów takiego stanu rzeczy jest wiele. Po pierwsze są produkowane głównie za granicą, przez co ich sprowadzenie do kraju wiąże się z ponoszeniem wysokich kosztów ceł importowych. Po drugie, w związku ze spadkiem wartości hrywny, koszt takich urządzeń, wcześniej bardzo wysoki, teraz jest niebotyczny. Po trzecie, istnieje bardzo niewiele podmiotów odpowiedzialnych za ściąganie takowych urządzeń do kraju, przez co nie działają na zasadzie czystej konkurencji. Osoby niewidome i ich bliscy nie mają alternatywnego źródła zaopatrzenia. Importowane urządzenia są więc zazwyczaj najgorszej jakości. Ostatnią barierą, niemniej ważną, jest to, że osoby niewidome na Ukrainie są często nieświadome istnienia tych różnych rozwiązań, które mogłyby tak bardzo ułatwić im życie.

Z powyższych powodów osoby niewidome znajdują się na marginesie ukraińskiego społeczeństwa. W obliczu ostatnich wydarzeń, ich sytuacja zmienia się ze złej na po prostu tragiczną. Nie mając możliwości podjęcia pracy, są uzależnieni od pomocy państwa i rodziny, przy czym należy pamiętać, że renty mają jedynie charakter symboliczny, a dla samych rodzin utrzymanie osób niewidomych może być zbyt dużym problemem.

Polska jest bardzo zaangażowana w kwestii pomocy dla Ukrainy. Na co dzień odczuwam, że rozwój wydarzeń na Ukrainie interesuje wszystkich moich znajomych, z którymi tutaj się spotykam. Nawet wtedy jednak, w ogromie potrzeb narodu ukraińskiego, nie jest możliwa tak duża pomoc, która poprawi sytuację większej liczby osób w moim kraju. Należy pomagać wszystkim, ale najbardziej tym, którzy niemal wcale nie dają o sobie znać. W imieniu właśnie takich, chciałabym bardzo serdecznie podziękować Fundacji Szansa dla Niewidomych za wszelką okazaną pomoc niewidomym na Ukrainie.

Indie. Pamiętnik z podróży (cz.2)

W grudniu moja przygoda z Indiami zaczęła zbliżać się ku końcowi. Wszystkie egzaminy na Uniwersytecie zdane, a sama Kalkuta poznana niemalże w każdym centymetrze. Mimo, że święta Bożego Narodzenia nie są w Indiach obchodzone, to świąteczna atmosfera wewnątrz mnie sięgała zenitu. Może to była tęsknota za rodziną czy też polskim jedzeniem, nie wiem. Wiedziałam jednak, że na sam koniec mojego pobytu została mi przysłowiowa wisienka na torcie – New Delhi, Agra ze słynnym Taj Mahalem oraz Rajasthan. Zostawiłam sobie to na koniec, bo lot powrotny do Polski miałam z New Delhi, a że podróż z Kalkuty do stolicy nie należy do najkrótszych, to chciałam połączyć zwiedzanie tych rejonów z moim powrotem.

W podróż udałam się wraz ze swoim chłopakiem Kubą oraz przyjaciółką Mariolą. Ze stacji kolejowej w New Delhi zostaliśmy odebrani przez naszych przyjaciół – Sagara oraz Anuraga, których poznaliśmy trzy miesiące wcześniej podczas naszego pobytu na Goa. Zadbali oni, aby niczego nam nie zabrakło oraz uczynili nasz pobyt w tym mieście o wiele przyjemniejszym. New Delhi jest olbrzymim miastem tętniącym życiem, jednak nie miałam wystarczająco dużo czasu aby poznać je do końca. Miejsca, które dane mi było ujrzeć, były dlatego starannie wybrane. Zobaczyłam m.in. Grobowiec Humajana, wzniosły minaret Qutub Minar oraz Bramę Indii, zbudowaną na cześć poległych żołnierzy indyjskich w I wojnie światowej. Jednak największe wrażenie w samym New Delhi wywarł na mnie Red Fort – olbrzymia forteca wykonana w całości z czerwono–pomarańczowego kamienia. Położona na wzniesieniu, idealnie symetryczna, z majestatycznie powiewającą na wietrze pomarańczowo–biało–zieloną flagą.

Na osobną uwagę zasługuje również Lotos Temple – miejsce o unikatowym charakterze, którego wygląd idealnie opisuje sama nazwa. Imponujących rozmiarów świątynia, kształtem przypominająca rozkwitający biały kwiat lotosu, otoczona lazurowymi basenami. Zarówno w środku jak i na zewnątrz w oczy uderzał brak jakichkolwiek symboli religijnych – to miejsce poświęcone zostało wszystkim, bez żadnych wyjątków, religiom świata. Każdy człowiek może przyjść tutaj, aby oddać cześć swojemu Bogu lub bogom.

Choć czułam, że nie nasyciłam się New Delhi, nasz napięty harmonogram nie znał litości – musieliśmy udać się w dalszą podróż. Na dworcu kolejowym spotkaliśmy się z niemiłym doświadczeniem – spiesząc się późnym wieczorem na pociąg zostaliśmy zatrzymani przez Hindusa, który podając się za pracownika kolei, poprosił nas o okazanie biletów, oznajmiając następnie, że nasz pociąg został niestety odwołany z powodu wypadku. Widząc nasze rozgoryczenie, przekonująco okazał empatię i zaproponował zorganizowanie transportu zastępczego za rzekomo niewielką opłatą. Na szczęście ponad czteromiesięczne doświadczenie zobligowało nas, aby uważać w takich sytuacjach – woleliśmy na wszelki wypadek poczekać na peronie na nasz pociąg, który przyjechał na czas. Leżąc już na swoim łóżku w pociągu zastanawiałam się ilu turystów jest oszukiwanych codziennie przez takich ludzi. Niestety, osoba niewidoma, która natrafiłaby na podobną sytuację, nie byłaby w stanie sprawdzić wiarygodności tej informacji i na pewno zostałaby oszukana.

Stacja kolejowa Agra Fort, na której mieliśmy wysiąść, również była ciekawym doświadczeniem – przespawszy postój, zostaliśmy obudzeni przez Hindusa, który chciał usiąść na swoim miejscu – w przerażeniu wyskakiwaliśmy z nabierającego prędkości pociągu. Jednak główny cel naszego przyjazdu był tego wart. Taj Mahal – najtłumniej odwiedzane przez turystów miejsce w całych Indiach. Stojąca na kwadratowym piedestale, idealnie symetryczna Świątynia Miłości, wykonana z białego marmuru, uwieńczona ogromną kopułą, która kształtem przypomina mi serce. W każdym rogu piedestału znajdują się wysokie i smukłe wieżyczki. Bardzo długo czekałam na moment, w którym go zobaczę i muszę przyznać – nie zawiodłam się. Po przejściu zewnętrznej bramy, w końcu ukazał się moim oczom: stojący w oddali, subtelny, biały, bajeczny. Smukła kopuła zalana zachodzącym już słońcem. Z oddali ma się mylne wrażenie jakoby zewnętrzne wieże były większe od wewnętrznych, ale to jedynie efekt perspektywy – wszystkie są identyczne. Ścieżka prowadząca do niego ciągnie się wzdłuż długiego basenu z fontannami i przyciętymi drzewami. Z bliska widać, że budynek jest pokryty misternymi rzeźbami pnączy kwiatów, które przeplatają się ze sobą. Taj Mahal jest niezwykle pięknym i romantycznym monumentem, ale tym bardziej wzruszająca jest jego historia. Zbudowany został na początku XVII wieku przez władcę, który chciał upamiętnić swoją ukochaną małżonkę – Mahal. Zmarła ona próbując przynieść na świat jego dziecko.

Z Agry udaliśmy się prosto do Jaipuru – różowego miasta. Zwane tak, bo – jak łatwo się domyślić – zabytkowe centrum miasta zbudowane jest niemalże wyłącznie z różowego kamienia. Targując się na dworcu z kierowcami riksz o cenę dojazdu do hotelu, zostaliśmy otoczeni przez żebrzące dzieci. Taki widok był już nam doskonale znany i spotykany zarówno w Kalkucie jak i Mumbaju czy Chennai, jednak tutaj dzieci były wyjątkowo napastliwe i nie dające się przegonić. Przedstawiały sobą żałosny i wzruszający widok – brudne, w większości bose, odziane jedynie w pozostałości ubrań. Najstarsze miały może 12 lat, najmniejsze – aż bałam się myśleć. Z determinacją w głosie musieliśmy krzyczeć „nie” i uwalniać się z uścisku małych rączek, chwytających za ubranie. Choć robiłam to z kamiennym wyrazem twarzy, w głębi serca nienawidziłam się za to, że odmawiam im pomocy. Nikt w mojej opinii nie zasługuje bardziej na pomoc jak właśnie te dzieci, jednak danie im pieniędzy nie rozwiąże ich problemu – i tak trafią one najprawdopodobniej do rąk ich dorosłych opiekunów, którzy zdają sobie sprawę, że dzieci są bardziej skuteczne w żebraniu niż dorośli i dopuszczają się nawet okaleczania ich, aby zbudzały większy żal i tym samym więcej zbierały pieniędzy z jałmużny.

Negocjując cenę z taksówkarzami w Indiach trzeba uważać na jedną rzecz: gdy zgadza się zabrać pasażerów za niższą cenę niż oferują konkurenci – to najprawdopodobniej będzie próbował zabrać Cię po drodze do konkretnego sklepu, z którego otrzymuje prowizję za każdego klienta, którego przywiezie. Może to się okazać przykrym doświadczeniem, bo z reguły właściciele takich sklepów są bardzo zdeterminowani, aby sprzedać Ci swoje towary, rzadko się poddają i źle przyjmują odmowę. Jednak nauczeni już podstaw asertywności często zgadzaliśmy się na takie warunki przejazdu – płaciliśmy mniej za przejazd, a koniec końców nie jesteśmy zobligowani do kupowania czegokolwiek. Dlatego zgodziliśmy się na taką wycieczkę również w Jaipurze. Jednak ku naszemu zdziwieniu sklep z tekstyliami, do którego zostaliśmy zawiezieni przez rikszę, okazał się dla nas bardzo ciekawym punktem naszej wycieczki. Mieliśmy okazję zobaczyć jak wygląda proces barwienia materiałów i nadawania im najprzeróżniejszych wzorów. Osobiście przykładałam do tkaniny stempel z wyciosanym obrysem słonia, który był zanurzony w czerwonym barwniku. Właściciel szybko przekonał się, że jesteśmy studentami, którym nie uda się niczego sprzedać, jednak cały czas był do końca uprzejmy, a zabarwione przez nas kawałki tkanin pozwolił zabrać ze sobą, co teraz stanowi dla mnie miłą pamiątkę.

Ostatnimi punktami naszej podróży był Pushkar oraz Udaipur – stosunkowo małe miasteczka położone w Rajasthanie. Pushkar urzekł nas swoją niebieską zabudową i malowniczym położeniem na brzegu jeziora. Mogliśmy podziwiać dużą liczbę ghatów – świętych dla Hindusów szerokich schodów prowadzących do tafli wody, na których stopniach dokonują często różnego rodzaju ceremonii religijnych. W Pushkarze również wybraliśmy się na kilkugodzinną przejażdżkę na wielbłądach po pustyni Thar. Jadąc na wysokim, o wiele wyższym od końskiego, grzbiecie Rambo – tak nazywał się mój wielbłąd, mogłam podziwiać surowe piękno pustynnego krajobrazu. Udaipur natomiast jest słynny z pięknego pałacu, położonego na wyspie pośrodku jeziora, który pełni obecnie funkcję hotelu. Był on miejscem akcji jednego z filmów ze słynnym Jamesem Bondem, nakręconej w 1983 roku – „Ośmiorniczki”.

Po powrocie do New Delhi nie miałam już czasu na zwiedzanie – pozostało mi jedynie kilka godzin na pakowanie się i pożegnania. Podsumowując moje półroczne studia – Indie są ciężkie do opisania. Jeszcze nigdy nie zetknęłam się z tak wieloma na pozór sprzecznymi doznaniami jednocześnie jak właśnie w Indiach – piękno i nieskazitelność miesza się tu z brudem i przerażającym ubóstwem. Festiwal kolorów tworzonych przez warzywa, owoce i szaty na bazarach przeplata się z przytłaczającym widokiem brudnych i zaniedbanych żebraków. Wdychając pełną piersią zapach orientalnych przypraw można często poczuć zapach potu lub moczu. Patrząc, wdychając, a także słuchając czuje się, że jest to miejsce zupełnie odmienne od tego, w którym się wychowałam, ale z drugiej strony praktycznie z każdym można porozumieć się po angielsku. Czerpiąc inspirację z akcji reklamowej rządu indyjskiego – mogę z całą mocą powiedzieć, że Indie są incredible.

Indie. Pamiętnik z podróży

Wraz z wejściem na pokład samolotu lecącego z Kuonmingu do Kalkuty moja przygoda z Chinami dobiegła końca. Dwa tygodnie, które tam spędziłam, to zdecydowanie zbyt krótko, aby poznać Państwo Środka, niemniej jednak ten wyjazd był bardzo intensywny i na długo pozostanie żywy w mojej pamięci. Lecąc samolotem nie miałam jednak żalu, że opuszczam Chiny, gdyż kolejna przygoda czekała na mnie – Indie.

Muszę przyznać, że mój wyjazd na półroczne studia do Indii był wyjątkowo przypadkowy. Marzeniem mojego partnera było odwiedzenie tego kraju. Gdy się dowiedziałam, że dostał się tam na studia i pół roku spędzimy w rozłące, to nie zastanawiałam się długo, tylko pojechałam z nim. Nigdy wcześniej nie interesowałam się tym krajem ani jego kulturą. Po przyjeździe do Kalkuty zostaliśmy odebrani z lotniska i odstawieni do naszych mieszkań przez pracowników University of Calcutta. Przejeżdżając w nocy przez miasto, muszę przyznać, że nie zrobiło ono na mnie pozytywnego wrażenia. Chciałam jednak wstrzymać się z oceną Kalkuty na później, gdy już lepiej poznam miasto.

Wartym osobnego opisu jest miejsce, w którym przyszło mi mieszkać przez pół roku. Salt Lake – jedna z dzielnic Kalkuty, ma renomę zadbanego i eleganckiego miejsca. Faktycznie, muszę przyznać, że po jakimś czasie doszłam do wniosku, że w porównaniu do reszty miasta Salt Lake pozytywnie się wyróżnia, ale w żadnym wypadku nie odniosłam takiego wrażenia na samym początku. Wtedy widziałam jedynie brudne, nieoświetlone uliczki, ludzi śpiących na chodnikach i poboczach, mnóstwo bezdomnych psów szwendających się bez celu, (których podczas samej drogi z lotniska do mieszkania naliczyłam trzydzieści jeden).

Mieszkanie pasowało do otoczenia – brudne, źle zaprojektowane, pełne sprzecznych i pozbawionych sensu rozwiązań. Ciężko jest mi sobie wyobrazić, aby osoba niewidoma mogła normalnie w nim funkcjonować. Przykładem jest dwoje drzwi wejściowych, z których jedno pozbawione jest klamki, albo skomplikowany system rur i pokręteł w łazience, z czego i tak z jednej tylko rury leciała woda i to zimna, niezależnie od tego jak bym kręciła wszystkimi czterema pokrętłami. Najbardziej irytowały mnie jednak przełączniki. W każdym pokoju było ich co najmniej dwanaście, z których kilka było do żarówek, kilka do włączenia kontaktów, jedno do wiatraka, a pozostała większość była pozbawiona celu. Przez cały mój pobyt nie udało mi się zapamiętać, który był do czego. Tak samo irytujący był brak klamek w naszym tego słowa rozumieniu. W całych Indiach oraz w moim mieszkaniu popularne były zasuwy w pokojach – mogłam zamknąć się w swoim pokoju i jednocześnie być zamknięta od zewnątrz. Jeśli chciałam być pewna, że nikt nie wejdzie do pokoju, to na zasuwę musiałam założyć kłódkę.

Do mieszkania został przydzielony służący – młody, ok. 19-letni Hindus, który znał jedynie kilka podstawowych zwrotów po angielsku. Z początku chcieliśmy zrezygnować z niego tłumacząc, że nie przywykliśmy do takich fanaberii jak posiadanie służącego. Gdy jednak stało się jasne, że jeśli z niego zrezygnujemy to zostanie on najzwyczajniej w świecie zwolniony i wróci na ulicę, to porzuciliśmy ten pomysł. Gdy dowiedzieliśmy się, że Subu – takie miał imię – jest analfabetą, to za punkt honoru obraliśmy sobie nauczyć go czytać.

Następnego dnia po przyjeździe miałam okazję wyjść i poznać bliżej Kalkutę. W sierpniu pogoda w tym miejscu była dla mnie nie do zniesienia. Lejący się z nieba żar nie dawał mi wytchnienia. Najgorsza jednak nie była temperatura, ale wilgotność wynosząca około 90%. Naszym pierwszym celem był ambitnie Burrabazar – mieszczący się w samym centrum Kalkuty bazar będący jednym z największych w całych Indiach. Sama podróż do niego była dla mnie niezwykłym doświadczeniem. Jechałam odrapanym autobusem w nieznośnym upale, pośród Hindusów, z których praktycznie każdy zerkał dyskretnie lub też ostentacyjnie gapił się przez całą podróż na mnie i na moich towarzyszy. Europejczyk w Kalkucie – jak się później boleśnie przekonałam – to niezwykle rzadki widok budzący sensację na skalę lokalną. Szczególnie tacy jak my – studenci, podróżujący najtańszymi środkami lokomocji zarezerwowanymi praktycznie dla najuboższych.

Po dojechaniu na bazar to, co zobaczyłam można określić jako kwintesencję Indii. Nieprzebrana masa ludzi, poruszająca się z jednej strony jak rój mrówek – zwarta i jednolita, ale z drugiej strony każdy mijany człowiek wygląda inaczej. Kobiety ubrane są przeważnie w sari – długie pasy materiału, których się nie zszywa, a jedynie w skomplikowany sposób owija wokół ciała, z końcem zwisającym zazwyczaj przez ramię. Sari, które widzieliśmy, miały chyba wszystkie możliwe kolory, dominującymi jednak są kolory jasne – żółte, pomarańczowe, czerwone, różowe. Mężczyźni ubrani są zazwyczaj w jasne koszule, długie spodnie i sandały. W Indiach, w o wiele większym stopniu niż w Europie, ubiór świadczy o osobie. Po tym w co ktoś jest ubrany można łatwo wywnioskować, czy jest majętny, jaką religię wyznaje, do jakiej kasty przynależy oraz czy kobieta jest zamężna. Najsmutniejszy widok przedstawiają sobą jednak najubożsi i żebracy, odziani w szmaty bądź też same biodrówki, bardzo często makabrycznie okaleczeni i zdeformowani, często celowo – budzą oni większą litość i mają większe szanse uzyskania jałmużny.

Przechodzący ludzie przez panujący ścisk co chwila się dotykają i przekrzykują. Naszym pierwszym celem był zakup pościeli. Sprzedawcy widząc Twoje zainteresowanie oferowanym przez nich towarem toczą istną walkę by zatrzymać Cię jak najdłużej. Na samym początku zostaliśmy zaproszeni do środka sklepu, gdzie poczęstowano nas czajem – indyjską herbatą z dodatkiem masali i mleka. Sama byłam zaskoczona jak bardzo mi ten napój smakował – w Polsce nie jestem w stanie wypić herbaty z mlekiem. Po początkowej, czysto grzecznościowej rozmowie, następuje pora na interesy. Sprzedawca dowiedziawszy się, że chcemy kupić pościel, zaczął bombardować nas luksusowymi materiałami, których cena była dla nas astronomiczna. Gdy dowiedział się, że wolimy towar ze zdecydowanie niższej półki, zawód na jego twarzy był oczywisty. Targowanie się z nim na temat ceny zostawiłam partnerowi, któremu udało się wynegocjować zejście z 800 do 300 rupii (ok 16 zł). Wtedy wydawało nam się, że dokonaliśmy udanego zakupu, aby dopiero później dojść do wniosku, że i tak przepłaciliśmy prawie podwójnie.

Indyjski bazar jest ucztą dla oczu, ale również festiwalem doznań dla pozostałych zmysłów. O ile nie potrafię sobie wyobrazić osoby niewidomej poruszającej się w takim miejscu, to nie wątpię, że pozostałoby to na długo w jej pamięci. Wszędzie daje się wyczuć zapach najróżniejszych przypraw z dominacją masali i curry, a także zapach owoców, warzyw i niestety moczu. Intensywny jest również zapach przygotowywanego jedzenia – najczęściej są to popularne samosy, czyli trójkątne pierożki, smażone na głębokim oleju z nadzieniem z ostro przyprawionych warzyw oraz biryani – smażonego bądź gotowanego ryżu z dodatkiem przypraw i jajkiem w wersji wegetariańskiej lub różnego rodzaju mięs. Idąc wąskimi uliczkami bazaru, czując te wszystkie zapachy i dźwięki, odczuwałam całą sobą, że jestem w zupełnie innym świecie, tak bardzo dla mnie orientalnym.

Chiny. Pamiętnik z podróży (cz. 2)

W poprzednim artykule napisałam o naszym przyjeździe do Chin – Państwa Środka, o pierwszych wrażeniach, reakcji na odmienność kultury i kuchni, a również o Suzhou i Tongli. W połowie podróży trafiła nam się niemiła niespodzianka – nasze plany wyjazdu do Hangzhou pokrzyżował tajfun. Nie myślałam przed wyjazdem, że będę miała możliwość podziwiać jego żywiołową siłę z tak bliska. Kiedy przyjechaliśmy na dworzec Szanghaj Hongqiao, okazało się, że nasz pociąg został odwołany. Przez wiele godzin czekaliśmy na dworcu z nadzieją, że tajfun straci na sile. W tym czasie rozważaliśmy mnóstwo możliwości, gdzie możemy się udać, a wszystkie były uwarunkowane tym, na co w tej sytuacji możemy dostać bilet. Byliśmy nawet o włos od zakupu biletów do odległego Pekinu, co równałoby się z porzuceniem harmonogramu i wszystkich wcześniejszych planów związanych z miejscami do zwiedzenia. Jednak, na szczęście, po blisko dwunastogodzinnej wegetacji z tysiącami Chińczyków na olbrzymim dworcu, tajfun przemieścił się i umożliwił wznowienie wszystkich połączeń. Z dużym opóźnieniem dotarliśmy więc do Hangzhou.

Miasto zrobiło na nas duże wrażenie. Nie tylko z powodu blisko dziesięciomilionowej populacji, ale w szczególności z powodu swojej lokalizacji. Położone na brzegu malowniczego jeziora, zwanego West Lake, stanowiącego zarazem główną atrakcję miasta. Jak się dowiedzieliśmy na miejscu, piękno jeziora i otaczających go z trzech stron gór, które odbijały się w tafli wody, od IX wieku inspirowało chińskich poetów i artystów. Przepięknie komponujące się świątynie, wysokie pagody ze złotymi szpikulcami, błyszczącymi w promieniach słońca, zielone ogrody, a nawet sztuczne wyspy dopełniają sielski obraz. Płynąc łodzią na wyspę i wchłaniając otaczające mnie piękno, zrozumiałam natychmiast decyzję władz UNESCO, które w 2011 roku opisały West Lake i otaczające go góry jako „idealną fuzję człowieka z naturą” i wpisały je na listę światowego dziedzictwa ludzkości.

Większość miasta poznaliśmy poprzez wycieczkę rowerową. Na początku naszej przygody ogarnęło nas przerażenie, wynikające z rozpaczliwych prób dostosowania się do zasad ruchu drogowego. Później jednak czerpaliśmy czystą przyjemność z jazdy wzdłuż brzegu jeziora, pokrytego w dużej mierze wielkimi zielonymi liśćmi lotosu, z których to wychylały się ku słońcu różowe kwiaty. Nieopodal kwiatów lotosu znaleźliśmy wpół zanurzonego w wodzie złotego byka, który według legendy chronić miał miasto przed zatonięciem. Udaliśmy się również do świątyni Konfucjusza, a następnie na kolację, gdzie główną atrakcją był jedzący nieopodal nas Chińczyk, który do złudzenia przypominał Baracka Obamę.

Na przedmieściach Hangzhou, jak wyczytaliśmy, można znaleźć imponujące plantacje herbaty. Po przyjeździe na miejsce z początku nie byliśmy zbyt zachwyceni – niewiele można było zobaczyć przez padający deszcz. Przemoknięci (pomimo płaszczów przeciwdeszczowych), staraliśmy się wdrapać na górę dla uzyskania lepszego widoku. Na nasze szczęście, zanim znaleźliśmy się na szczycie, deszcz ustąpił, a naszym oczom ukazał się wspaniały widok. Wszędzie dokoła nas znajdowały się wynurzające się zza mgły zbocza plantacji herbacianych. Idealnie równe, gęste pasy krzaczków herbaty, których liście, wciąż mokre, błyszczały w blasku wydzierającego się za chmur słońca. Po uzyskaniu zgody właściciela plantacji, zebraliśmy na pamiątkę liście herbaty z pobliskich krzaków.

Po Hangzhou wybraliśmy się na zwiedzanie małych wiosek, które stanowiły jakoby przystanki ku głównemu celu naszej podróży – gór Huangshan, co dosłownie znaczy „Żółte Góry”. Wpierw udaliśmy się do wioski Xidi, która swoje współczesne kształty zawdzięcza wpływowej rodzinie kupieckiej Hu. Malutkie miasteczko zrobiło na nas nie mniejsze wrażenie niż Hangzhou. Wyspa małych białych domków o poczerniałych ze starości dachówkach. Miasteczko zdawało się być całe otoczone przez jezioro. Przechadzaliśmy się po ciasnych alejkach wioski, wzdłuż których płynęła wąskimi rynnami bystra woda. W większości domów, wzniesionych jeszcze za dynastii Ming, mieszkały całe rodziny, których dzieci z ciekawością spoglądały na nas i częściowo za nami podążały. Centralnym punktem wioski było jezioro – w tafli wody odbijały się ściany i dachy otaczających go domów, i pływały białe kaczki.

Po wiosce Xidi odwiedziliśmy miasteczko Hongcun. Przechadzając się uliczkami wioski, zostaliśmy zagadnięci przez bardzo sędziwą staruszkę, która siedziała na progu swojego domostwa i strugała zabawkę z łodygi bambusa. Po krótkiej rozmowie, która ograniczyła się głównie do pochrząkiwania i gestykulacji, zostaliśmy zaproszeni do środka – oczywiście zostawiwszy uprzednio buty przed progiem. Nie rozumiejąc z początku zbytnio intencji gospodyni, poszliśmy z nią po schodach na piętro. Okazało się, że z dachu domu rozpościerał się piękny widok na całą wioskę. Byliśmy w stanie zobaczyć charakterystyczne dla Chin stare dachy, których rogi zakrzywiają się do góry, podobne do tych, które widzieliśmy w Xidi, lepiej jednak widoczne z góry, skąpane w blasku zachodzącego już słońca. Gdy zapadał już zmierzch, wsiedliśmy w autobus, który zabrał nas do miasteczka Tong kou, które miało posłużyć nam za bazę wypadową do gór Huangshan.

Wstając o godzinie 5.00 rano wyruszyliśmy do stacji kolejki linowej, która miała przybliżyć nas do szczytu gór. Idąc ulicami Tong kou, widzieliśmy jak miasto budzi się do życia – ludzi wsiadających na skutery i jadących do pracy, sprzedawców, rozkładających swoje uliczne stragany i przygotowujących na nich jedzenie. Przeważnie baozi, czyli pierogi gotowane na parze, wypełnione mięsem lub warzywami, oraz chaye dan – jajka gotowane w zupie herbacianej. Szybko zmieszaliśmy się z rosnącym strumieniem chińskich turystów, których plecaki, odzież i laski w dłoniach świadczyły, że mają takie same intencje co my. Gondola zabrała nas wysoko w góry – momentalnie można było poczuć różnicę ciśnień przez zatykające się uszy. Wszystkie trudy wyprawy, a mianowicie ponad dwadzieścia kilometrów schodami, które stromo wspinały się po zboczach gór i łączyły różne szczyty, zostały zrekompensowane przez widoki, które było dane nam zobaczyć, a zapierały dech w piersi. Olbrzymie, granitowe szczyty, niemalże pionowo wyrastające z ziemi – wyglądały jakby nie były tworem natury, lecz dziełem mitologicznych tytanów. Spoglądając na nie nasunęły mi skojarzenia z greckimi Meteorami – idealnie pionowymi masami skalnymi, na szczycie których leżą klasztory. Z tym wyjątkiem, że tutaj nie było klasztorów, tylko sosny i ostro zakończone skały. Stojąc na szczycie skał spoglądałam w dół i widziałam je – skalne olbrzymy, skąpane w zieleni drzew i mchu, mistycznie osnute mgłą, stromo biegnące ku niebu. Stojąc tam, delektowałam się rozpościerającym się przede mną widokiem i wiatrem – silnym i rześkim, który odczuwałam na swojej skórze niczym balsam po tygodniach gorąca i wilgoci. Najchętniej zostałabym tam przez wiele godzin, jednak powoli rosnący strumień turystów narzucał na nas dość szybkie tępo – chcieliśmy uniknąć chodzenia po górach z tłumem ludzi, którzy oprócz tego, że zachowują się głośno, to robią zdjęcia nie tylko piękna otaczającego ich świata, ale również nam.

Ceną za możliwość podziwiania gór Huangshan była nie tylko opłata pobierana przy wejściu, ale również pot i znój tej wyprawy. Ponad 20 kilometrów szlaku i tak okrojonego dzięki dobrodziejstwu kolejki górskiej. Zdecydowana większość trasy składała się z niezliczonej ilości schodów – w górę, w dół, w górę, w dół – wydawać się mogło, że nigdy nie uda nam się osiągnąć celu podróży, pozostawał jedynie marsz i marsz. Jednak co było dla nas miłym zaskoczeniem – góry Huangshan są przystosowane do tego aby osoby niepełnosprawne również mogły je podziwiać. Oprócz dwóch kolejek linowych, za pomocą których można zarówno wjechać jak i zjechać, pomiędzy poszczególnymi punktami widokowym kursowali najemni tragarze, którzy na krzesłach na drewnianych drągach, przenosili osoby starsze lub niepełnosprawne, jednak koszty takiego transportu są wysokie.

Po pięknym Huangshan, nadszedł czas powrotu do olbrzymiego i głośnego Szanghaju, którego zwiedzanie pozostawiliśmy na koniec. Sama droga powrotna z Haungshan była ciekawym doświadczeniem, bowiem autobus, którym jechaliśmy, zepsuł się w pośrodku drogi. Czekaliśmy na pustkowiu na przyjazd pojazdu zastępczego, a dobrodziejstwo klimatyzacji stało się szybko ulatniającym wspomnieniem. Jednak widok dwóch tuzinów chińczyków próbujących naprawić nasz autobus był bezcenny. Z bardzo dużym opóźnieniem dojechaliśmy do Szanghaju, o którym jednak opowiem przy następnej okazji.

Chiny. Pamiętnik z podróży cz.1

Autorka artykułu jest ukraińską studentką uczącą się na Uniwersytecie Warszawskim. W listopadzie usłyszała o konferencji Reha For The Blind® in Poland oraz o spotkaniu Wschód-Zachód, organizowanym w jej ramach. Zgłosiła się jako tłumaczka języka rosyjskiego, ale zna również angielski. Łatwo się domyślić, że także ukraiński i polski. Była z nami podczas obrad i pomagała naszym gościom. Jest przemiłą, młodą dziewczyną, która – jako osoba widząca – polubiła świat dotyku i dźwięku, czyli niewidomych i niedowidzących. Lubi podróżować, więc – wobec tego, że poznała nasz świat – potrafi opowiadać dla nas interesująco: jak wyglądają miasta i życie daleko stąd. Zamieszczamy tutaj jej krótki artykuł, a gdy się spodoba, zamieścimy w kolejnych numerach cały cykl o jej przygodach. Zapraszamy!

Przed kilkoma miesiącami miałam przyjemność poznać działaczy Fundacji Szansa dla Niewidomych wraz z ich szefem Markiem Kalbarczykiem. Właśnie on, usłyszawszy o mojej podróży po Chinach oraz wyjeździe do Indii na półroczne stypendium, zaproponował opisanie moich wojaży, tak, aby osoby niewidome mogły w wyobraźni odtworzyć tę podróż. Przyjęłam propozycję, gdyż jest to świetna szansa na uwiecznienie swoich przeżyć, wspomnień. To fajna okazja do przybliżenia osobom niewidomym piękna świata, które nie jest im znane.

Rano, 5 sierpnia wylądowałam na płycie lotniska Pudong w Szanghaju – moja zaplanowana na niemal rok przygoda z podróżami właśnie się zaczęła. Zostałam odebrana przez mojego chłopaka – Kubę, jego brata – Piotrka wraz z jego chińską koleżanką, którą z powodu trudności językowych nazywaliśmy Robin.

Mój pierwszy kontakt z Chińską Republiką Ludową nie należał do najprzyjemniejszych. Upiorne gorąco, tak silnie dające się we znaki przez niemalże 90 % wilgotności powietrza i przytłaczający ogrom budynków oraz – gdziekolwiek nie spojrzeć – nieprzebrana masa ludzi zajętych własnymi sprawami. Poznawanie Szanghaju zdecydowaliśmy się zostawić na koniec naszego pobytu w Chinach. Zostawiliśmy walizki w hotelu i wsiedliśmy w pociąg do Suzhou – miasta kanałów, zwanego również „Wenecją Wschodu”. Zanim jednak byliśmy w stanie nacieszyć się pięknem tego miasta, musieliśmy przywyknąć do niewyobrażalnego dla zachodniego turysty chaosu, panującego na chińskich drogach. Masa samochodów, rowerów i skuterów mieszająca się ze sobą niezależnie od kierunku, świateł czy zasady pierwszeństwa. Najgorsza dla nas była jednak dobiegająca z tej masy nie dająca się opisać kakofonia klaksonów, trąbek i dzwonków. Chińczycy mają zupełnie inne niż Polacy wyobrażenie do czego służą na drodze sygnały dźwiękowe. Używają ich dosłownie do wszystkiego – wyrażenia złości, aby kogoś pospieszyć, ostrzec, pozdrowić, pożegnać i wiele, wiele innych. Nie potrafię sobie wyobrazić w tej sytuacji osoby niewidomej, mającej wyostrzony słuch. Najgorsze dla nas były wszechobecne elektryczne skutery, które bezgłośnie sunęły po wąskich uliczkach Suzhou, aby kilka metrów za naszymi plecami zmrozić krew w żyłach swoim przeraźliwym jazgotem klaksonów.

Abstrahując jednak od ruchu ulicznego, miasto zasługiwało na swój przydomek. Piękno krzyżujących się kanałów, przepływających po nich łódek, kamienne mosty – wszystko to nasuwało nam naturalne skojarzenia z włoską Wenecją. Będąc w Suzhou nie mogliśmy pominąć ich słynnego ogrodu. Pokrywał się on w zupełności z naszymi wyobrażeniami dotyczącymi chińskich ogrodów – finezyjne połączenie wysublimowanej zieleni z licznymi stawami pełnymi ryb i żółwi. A nad tym wszystkim dominujące chińskie altanki, połączone ze sobą gwałtownie skręcającymi ścieżkami. Piotrek widząc nasz pytający wzrok, wytłumaczył, że system skręcających niemalże o 90 stopni ścieżek wynika z miejscowych wierzeń i przesądów. Chińczycy wierzą, że duchy chodzą jedynie prosto, więc nagle skręcające drogi uniemożliwiają im dostanie się do ogrodów. Zwrócił przy tym naszą uwagę na wyjątkowo wysokie progi w drzwiach wejściowych domostw i niektórych sklepów, które, jak się okazało, mają takie same przeznaczenie.

Napięty harmonogram podróży uniemożliwił nam nacieszenie się pięknem miasta Suzhou w pełni. Kolejne miasto, które odwiedziliśmy, nazywało się Tongli, i ono również słynęło z imponującej sieci kanałów. Sam wjazd do miasta był płatny, co – jak się później okazało – było dość powszechnie panującym w Chinach systemem pobierania opłat od turystów. Centralnym punktem miasta jest skrzyżowanie trzech kanałów. Według lokalnych wierzeń, przejście się po kamiennych mostach, łączących te kanały, miało zapewnić szczęście i dostatek. Samo miasto w ciągu dnia nie zrobiło na nas imponującego wrażenia – zbyt bardzo kojarzyło się z Suzhou, które było zdecydowanie większe. Jednak, jak tylko zapadł zmrok, naszym oczom ukazał się niesamowity widok. Drzewa wzdłuż kanałów, podświetlone delikatną, zieloną poświatą. Poniżej złote światło padające na kamienne ściany kanału i odbijające się w oknach budynków – a wszystko to miało swoje lustrzane odbicie w wodzie znajdującej się pod nami. Stojąc tak na jednym z mostków, podziwiając rozpościerający się przede mną widok, wdychałam ciepłe, niemalże tropikalne powietrze, na szczęście nie tak już ciężkie jak za dnia, zaś w moich uszach brzmiały chińskie chrabąszcze, znacznie głośniejsze od swoich polskich odpowiedników. Te kilka godzin wieczornej przechadzki po Tongli zrekompensowało nam długą podróż i początkowe rozczarowanie tym miastem.

Zupełnie innym aspektem naszej podróży, która zasługuje na obszerny opis, jest niesamowita kuchnia chińska, którą stopniowo odkrywaliśmy przez całą podróż. Pierwszym kontaktem z nią był zakup w Suzhou nieznanych nam wcześniej owoców – m.in. kwiatu lotosu. Mechanizm jej jedzenia podobny jest do naszego słonecznika – z zielonej okrągłej rośliny wydłubuje się małe kuleczki, które zjada się po nadgryzieniu i pozbyciu się osłonki. Smakuje jak połączenie orzecha włoskiego z ziarnami słonecznika. Innym ciekawym doświadczeniem były pomarańczowe owoce, nieznane nam niestety z nazwy, które zawierały intensywnie czerwony miąższ, momentalnie nasuwający nam skojarzenia z krwią. Były bardzo słodkie, a jedzenie ich przypominało konsumowanie granatów.

Kolacja była dla mnie dużym zaskoczeniem, choć chyba spodziewałam się czegoś podobnego. Po zajęciu stolików kelner pospieszył, aby nas obsłużyć. Od pierwszego dnia pobytu w Chinach zauważyłam zalety bycia Europejką – byliśmy zdecydowanie szybciej obsługiwani niż pozostali klienci, a kucharze przykładali wyjątkową staranność do naszych zamówień. Kelner uśmiechając się od ucha do ucha i chyląc w ukłonach, ku naszemu zdziwieniu położył jedno menu naprzeciw Piotra. W Chinach daje się po prostu tylko jedno menu, gdyż to gospodarz podejmuje decyzję co zamówić, tak samo jak tylko on płaci za cały posiłek. Z uwagi na to, że menu było jedynie w języku chińskim i nie zawierało zdjęć, i tak nie byłabym w stanie sama zdecydować co zjeść. Po wysłuchaniu zamówienia, kelner przynosi pojedyncze dania, które jedzą wszystkie osoby przy stole i robią to przy pomocy pałeczek. Dania nie są przypisane do poszczególnych osób, lecz dla całej grupy. W pierwszej kolejności przyniesiono nam korzeń lotosu. Był różowego koloru z dziurami, które były zapełnione nadzieniem ryżowym. Był pokrojony w grube pasy i serwowany na zimno w słodkim sosie. Następnie przyniesiono nam suszone figi i ziemniaki. Jednak zupełnie inaczej wyobrażałam sobie ziemniaki, gdy prosiłam Piotrka aby je dla mnie zamówił. Niedogotowane, pocięte w cieniutkie paseczki, podobne do słomek, serwowane z papryką i ostrym sosem. Zdecydowanie wolę polski sposób ich przygotowywania. Moją uwagę zwróciła jeszcze kapusta z mięsem, podana na podgrzewanym półmisku. Byłam zdziwiona jak bardzo mi ta gorąca kapusta smakowała. Choć przekonaliśmy się do jedzenia za pomocą pałeczek, Chińczycy bowiem tak przygotowują dania, że jedzenie sztućcami byłoby nie lada wyczynem, jednak skonsumowanie ryby sprawiło nam sporo problemów. Smażona i podana razem z głową, była bardzo smaczna, jednak pozbycie się ości za pomocą pałeczek było pewnego rodzaju ekwilibrystyką. Tak więc jedzenie bardzo mi smakowało, ale, do czego wciąż nie jestem w stanie przywyknąć, to forma podawania dań – pojedynczo, nie zwracając uwagi na kolejność. Dla przykładu, lody zamówione na deser, zostały podane w połowie posiłku, kelner nie potrafił zrozumieć, dlaczego chcemy, aby przyniósł je później.

Początek mojej podróży do Chin przyniósł mi wiele nowych doświadczeń. Ogromna odmienność kultury, architektury czy kuchni sprawiły, że po trzech dniach pobytu tutaj czułam się jakbym ujrzała o wiele więcej niż podczas wielu ze swoich podróży po Europie. Siedząc w pociągu do Hongzhou, wiedziałam, że jeszcze wiele przede mną, ale wrażeniami podzielę się z wami później.