Dobre, bo… zachodnie?!

Swego czasu dużą popularnością cieszyło się hasło „Dobre, bo polskie”. Certyfikatem tego prestiżowego godła firmowano wysokojakościowe polskie produkty spełniające oczekiwania najbardziej nawet wymagających odbiorców. Z czasem ów slogan obejmować zaczął coraz szerszy krąg znaczeń; powstał m.in. zatytułowany w ten sposób program telewizyjny, w którym prezentowano sylwetki polskich przedsiębiorców z powodzeniem prowadzących własny biznes tak w kraju, jak i za granicą. Wyrażenie na trwałe weszło również do języka ogólnego i potocznego dla oznaczenia tych obszarów i zagadnień rodzimego pochodzenia, które wskazywać miały na ugruntowaną pozycję naszego kraju również na arenie międzynarodowej. Piękna i szlachetna to inicjatywa, zwłaszcza, że jako kraj faktycznie mamy tak wiele do zaoferowania .

Niemniej jednak mam nieodparte wrażenie, iż zachodni styl życia i niejednokrotnie nachalne niemalże promowanie zachodnich wzorców i nurtów na stałe zadomowiło się w naszej codziennej przestrzeni. Pozorny w mojej ocenie powab zachodu przynosi nam niejednokrotnie więcej szkody niż pożytku. W porównaniu z obcymi „trendami” na wielu polach wciąż niepotrzebnie odczuwamy swoją niższą i wycofaną pozycję. Tytułem wyjaśnienia, rzecz bynajmniej nie w tym, aby przekonywać kogokolwiek, że polskie = dobre, zaś zachodnie = złe . Nie sposób przecież nie docenić dorobku innych cywilizacji i kultur w zakresie zdobyczy technologicznych, naukowych itp., z których korzystamy niemalże na każdym kroku. Rzecz raczej w tym, by nie umniejszać temu, co rodzime oraz wyzbyć się przesadnej i bezrefleksyjnej oceny zachodnich nurtów jako jedynie słusznych, jak również aby unikać przyjmowania z góry tego co obce jako lepsze i właściwe. Znam zbyt wiele osób, które taką właśnie postawę prezentują, nie przyjmując przy tym żadnych racjonalnych argumentów na obalenie swoich twierdzeń.

Wszechobecne uwielbienie zachodnich tendencji zauważam na wielu płaszczyznach, m.in. w obszarze językowym, modowym, sytuacyjnym itp. Przytoczę jedynie kilka przykładów. I tak wszelakie pojęcia typu event, dead line, stanowiska typu product manager itp. na stałe weszły do naszego języka wypierając z niego polskie określenia dla oznaczenia ich odpowiedników. Zastanawiające – czy anglojęzyczne nazewnictwo stanowiska pracy dodaje mu zatem splendoru? Moda z wybiegów i stale odbywających się gdzieś w „wielkim świecie” popularnych tygodni mody /fashion week/ wkracza na ulice miast i wiosek, do szkół (!), jak i w przestrzeń oficjalną, tj. urzędniczą – niezależnie od tego, iż obiektywnie rzecz ujmując niejednokrotnie przyprawia ona człowieka w zdumienie. Nowe zwyczaje typu baby shower, a więc imprezy dla znajomych organizowane pierwotnie przez hollywoodzkie gwiazdy tuż przed mającym nastąpić rozwiązaniem, też niepostrzeżenie zadomowiły się u nas na dobre. Nie sposób nie wspomnieć również o szeregu nowych i „postępowych” kierunków, m.in. w obszarze światopoglądowym. Nachalne promowanie przez niektóre środowiska postaw typu pro-gender chwilami wykracza już poza granice dobrego smaku, a na pewno zdrowego rozsądku, dlatego też wolę pozostawić ten temat bez dalszego komentarza. I wcale nie o brak tolerancji tutaj chodzi.

Zachłyśnięcie się zachodem obserwowane było już od dawna. O modzie rodem z Francji – i to bynajmniej nie tylko w aspekcie modnej odzieży – pisał już bowiem prześmiewczo Mickiewicz. Są takie fragmenty epopei narodowej, do których często się powraca. Inwokacja, koncert Jankiela, czy też gra Wojskiego na rogu – to tylko niektóre z fragmentów, które obowiązkowo recytowaliśmy w szkole. Jest natomiast w Panu Tadeusza przy okazji nauki Sędziego o grzeczności bodajże mniej znany i powtarzany urywek, tj. mowa Podkomorzego wspominającego czasy, kiedy to na Litwie nastała moda francuszczyzny. Wspomniany fragment, zamieszony dla przypomnienia w załączeniu, jest jednym z wielu przykładów komizmu w Panu Tadeuszu . Mickiewicz w opisie osoby Podczaszyca w mistrzowski i sarkastyczny sposób pokazuje jakże i współczesne nam nieraz zaślepienie zachodnimi trendami.

Wtem brząknął w tabakierkę złotą Podkomorzy

I rzekł (…)

Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny

Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny! (…)

Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecię,

Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powiecie

Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,

Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.

Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem,

Zazdroszczono domowi, przed którego progiem

Stanęła Podczaszyca dwukolna dryndulka,

Która się po francusku zwała karyjulka.

Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski,

A na kozłach niemczysko chude na kształt deski;

Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,

W pończochach, ze srebrnemi klamrami trzewiki,

Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu.

Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,

A chłopi żegnali się, mówiąc, że po świecie

Jeździ wenecki diabeł w niemieckiej karecie.

Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo;

Dosyć, że się nam zdawał małpą lub papugą,

W wielkiej peruce, którą do złotego runa

On lubił porównywać, a my do kołtuna.

Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie

Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie,

Milczał; boby krzyczała młodzież, że przeszkadza

Kulturze, że tamuje progresy, że zdradza!

Taka była przesądów owoczesnych władza!

“Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować,

Cywilizować będzie i konstytuować;

Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowni

Zrobili wynalazek, iż ludzie są rowni.

Choć o tym dawno w Pańskim pisano zakonie

I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.

Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!

Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,

Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,

Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie.

Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;

Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,

A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.

Jakoż, kiedy się moda odmieniła z laty,

Tenże sam markiż przybrał tytuł demokraty;

Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem,

Demokrata przyjechał z Paryża baronem;

Gdyby żył dłużej, może nową alternatą

Z barona przechrzciłby się kiedyś demokratą.

Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi,

A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.

Czy wiele zmieniło się zatem od czasów osławionych Sarmatów? Nie sposób zaprzeczyć, że najnowsze trendy i wzorce lubimy czerpać z zachodu. Być może podświadomie, jednak to co zachodnie przyjmujemy często niemalże bezwarunkowo jako lepsze, postępowe itp. Jednak czy tak jest w rzeczywistości? Przy głębszej analizie konkretnego zjawiska nader często okazuje się przecież, że „hurraoptymizm” w danym zakresie jest daleko przesadzony. Trudno jednak wyrazić odmienne zdanie, czy nawet wejść w polemikę, gdyż – i tu ponownie zacytuję – „boby krzyczała młodzież, że przeszkadza kulturze, że tamuje progresy, że zdradza”. Mickiewicz pod wieloma względami wyprzedził swoją epokę. Mistrzostwo Pana Tadeusza zawiera się zatem nie tylko w przepięknym języku tego arcydzieła, ale również w trafności spostrzeżeń właśnie. Na marginesie dodam jedynie, że kunszt epopei narodowej dostrzegłam dopiero po latach, tj. bynajmniej nie w toku szkolnej analizy tego utworu, natomiast poprzez wnikliwą lekturę tej pozycji już w wieku dojrzałym.

Jedna z baśni Hansa Christiana Andersena pt. „Nowe szaty króla” traktuje o tym, jak to do posiadłości cesarza przybywają oszuści udający tkaczy. Uknuta przez oszustów intryga sprowadza się do przekonania władcy, iż przybysze potrafią utkać z dostarczonych im drogocennych surowców najpiękniejszy materiał i szaty, które dodatkowo widoczne są tylko dla ludzi mądrych i nadających się do pełnienia swoich zaszczytnych funkcji. Król z radością przyjmuje gości i poleca podwładnym wykonywanie wszystkich poleceń gości, jak również dostarczenie im niezbędnych materiałów w postaci m.in. złota i srebra. Tkacze, rzecz jasna, pilnie pracują nad projektem szat, potajemnie wywożąc przy tym z królestwa przedkładane im bogactwa. Uroczysta końcowa parada nagiego cesarza w „nowych szatach” na oczach wszystkich podwładnych boleśnie obnaża całą prawdę o kondycji ludzkiej. Podwładni z obawy o utratę własnych stanowisk, bądź też z obawy o uznanie ich za głupich wychwalają wniebogłosy przecudne odzienie króla. Jedynie niewinne dziecko, nieskażone jeszcze żadną wątpliwą, a tutaj fałszywą wręcz poprawnością, jest w stanie wykrzyczeć na głos całą prawdę – „król jest nagi”. W przytoczonej baśni widzę analogię do zasygnalizowanego przeze mnie zjawiska. Jakże często bowiem wskazuje się nam odgórnie, nieraz szumnie i medialnie, ten czy owy kierunek, który powinniśmy wybrać. Nieraz z obawy o posądzenie nas o zaściankowość itp. mniej lub bardziej przymykamy oko na coraz to śmielsze wybryki i wymysły współczesnego, nie zawsze jedynie zachodniego świata.

Życzyłabym zatem wszystkim, sobie samej również, odwagi i samozaparcia, aby zachować własne zdanie i nie podążać ślepo za usilnie forsowanymi i napierającymi na nas zewsząd tendencjami. Zdroworozsądkowe podejście wydaje się – jak zawsze zresztą – najlepszą receptą na znalezienie złotego środka w otaczającym nas nieraz zagmatwaniu.

Jakże często przecież „król jest nagi”.

Języki (nie)obce na wakacyjnym szlaku

Lato – czas wakacyjnych wojaży. Doskonała okazja, by poznać bliżej nieodkryte dotąd zakamarki urokliwych polskich miast i wiosek. Jednakże celem letnich podróży coraz częściej stają się dla nas również dalekie, a nawet egzotyczne kraje. Szeroka oferta biur podróży, jeszcze do niedawno dostępna tylko nielicznym, obecnie stwarza już wiele możliwości, aby zrealizować wakacyjne eskapady pozostające dotąd jedynie w sferze odległych marzeń. Aby jednak zagraniczna ekspedycja dostarczyła nam wrażeń w pełnym tego słowa znaczeniu, doskonale byłoby w jej toku posługiwać się przynajmniej w stopniu komunikatywnym językiem obcym, który umożliwi nam komunikację z rdzenną społecznością. Kieszonkowe rozmówki to jedynie pomoc doraźna, choć absolutnie nie deprecjonuję ich wartości. Zawsze pozostaje nam również uniwersalny język gestów. Przyznają jednak Państwo, że to nie to samo co przyjemna konwersacja przy filiżance regionalnej kawy, czy też aromatycznego wina.

Sięgnijmy do statystyk. Według aktualnych wyliczeń istnieje około 7 tysięcy języków i narzeczy, jednak ażeby skutecznie porozumieć się prawie w każdym zakątku świata, wystarczy znać wyłącznie 12 spośród nich. Dziewięćdziesięcioma sześcioma procentami języków świata włada bowiem zaledwie trzy procent populacji. Pozostała część porozumiewa się wąską grupą z całej językowej rodziny. Przypomina mi to funkcjonującą głównie w dziedzinie ekonomii i zarządzania zasadę Pareto (80/20), którą odnieść można jednak do rozmaitych dziedzin i aktywności. Wprawdzie przytoczone proporcje (tj. 96/3) są tutaj inne, jednak rząd wielkości pozostaje porównywalny.

Krótki przegląd i ranking języków obcych: biorąc pod uwagę kryterium liczby ludności, która uznaje dany język za ojczysty, na trzech pierwszych pozycjach uplasują się: język chiński, hindi oraz język angielski. Natomiast uwzględniając języki, których uczy się największa społeczność na świecie, trzy pierwsze miejsca ukształtują się następująco: język angielski, francuski i chiński (w dalszej kolejności język hiszpański, niemiecki, włoski). Znajomość któregokolwiek z wymienionych języków w znaczącym stopniu poprawi nasze funkcjonowanie i komunikację na wakacyjnym szlaku.

Czy jednak uczenie się języka obcego przez osoby niewidome, słabowidzące, jak również osoby z innymi dysfunkcjami znacząco różni się od uczenia się języka przez osoby pełnosprawne? Czy winno odbywać się ono w szczególnych warunkach? Z pewnością specyfika niepełnosprawności determinuje indywidualne podejście nauczyciela i ukierunkowanie procesu nauczania na właściwe tory. I tak w przypadku osób z niepełnosprawnością wzrokową nauczanie opierać się będzie w znaczącym stopniu na metodach i technikach opartych na percepcji słuchowej. Na pomoc osobom z dysfunkcjami m.in. wzroku i słuchu wychodzą rozwijające się prężnie w ostatnich latach dziedziny nauki takie jak surdo- czy tyfloglottodydaktyka. Surdoglottodydaktyka to zatem dydaktyka nauczania języka obcego uczniów i słuchaczy z uszkodzeniami słuchu. Tyfloglottodydaktyka natomiast przedmiotem swojego zainteresowania obejmuje uczniów i słuchaczy z uszkodzeniem wzroku. Z dużym zainteresowaniem spoglądam na sporą liczbę badań naukowych i publikacji w tym zakresie (Krzeszowski T.P., Marek B., Świrko A., Wolanin M. itd.). Podkreślę natomiast, iż w przedmiotowym artykule nie podejmuję się metodycznych rozważań z zakresu rozwijającej się dziedziny jaką jest tyfloglottodydaktyka; kwestie badań naukowych nad procesem przyswajania języka obcego przez osoby niewidome oraz wprowadzanie udoskonaleń w tym zakresie pozostawiam specjalistom. Poniżej pragnę zaprezentować jedynie kilka wybranych narzędzi pomocnych w uczeniu się języka oraz wskazać na techniki pamięciowe usprawniające utrwalanie słownictwa i wyrażeń. Wskazane techniki w mojej ocenie, tj. w ocenie wieloletniego lektora języka obcego, mogą z powodzeniem zastosować w nauce zarówno osoby bez jakichkolwiek dysfunkcji, jak i czytelnicy z dysfunkcją wzroku. Przegląd technik i narzędzi pracy stanowi tu zatem swego rodzaju kompilację własnych doświadczeń, rozwiązań proponowanych w publikacjach metodycznych i tematycznych z zakresu uczenia się i nauczania języka obcego. Wiele zaprezentowanych poniżej technik, które można stosować w toku indywidualnej nauki języka, proponuje autorka Anna Szyszkowska-Butryn w swojej książce pt. „Jak szybko opanować język obcy”, do której to pozycji zachęcam.

Proponuję przyjąć kolejność prezentacji w myśl zasady – od ogółu do szczegółu, rozpoczynając od dostępnych narzędzi, na prostych technikach pamięciowych kończąc.

NARZĘDZIA PRACY

• Bezcenne massmedia. Zachęcam do korzystania z dobrodziejstw środków masowego przekazu. W dobie współczesnej technologii, telewizji satelitarnej itd. dostęp do radia czy telewizji w języku obcym nie stanowi już większego problemu. Wykorzystujmy te środki masowego przekazu, stanowiące dla nas wspaniałe źródło żywego języka! Co ważne, nie należy zniechęcać się być może początkowymi trudnościami w zrozumieniu np. usłyszanej sentencji. Początkowa faza osłuchania się z językiem obcym, akcentuacją, intonacją, ma niebagatelne znaczenie w procesie nabywania językowych umiejętności i kształtowania sprawności językowych.

• Dobrodziejstwo Internetu. Nie jestem wprawdzie tzw. hurraoptymistą jeśli chodzi o bogactwo i źródło wiedzy w sieci Internet, jednak nie mogę zaprzeczyć, że w perspektywie nauki języka obcego to Internet właśnie ma nam sporo do zaoferowania. Wspomniany wyżej dostęp do zagranicznej telewizji czy radia również możemy uzyskać za jego pośrednictwem. Ponadto wskazać należy m.in. na szereg dostępnych stron, na których po wprowadzeniu danego słowa w języku obcym możemy usłyszeć, w jaki sposób słowo dane należy wymawiać itp.

• Magazyny językowe. Czasopisma w językach obcych dostępne są obecnie prawie w każdym saloniku prasowym. I tak, niezwykle ciekawą ofertę proponuje uczącym się języków wydawnictwo Colorful Media, które wydaje 8 magazynów w 6 językach obcych, tj. angielskim, niemieckim, włoskim, hiszpańskim, francuskim i rosyjskim . Magazyny wydawane średnio co 2-3 miesiące dostępne są w salonikach prasowych Empik, Kolporter, Ruch i innych, zaś numery archiwalne można zamówić na stronie wydawnictwa. Na dedykowanej danemu czasopismu stronie internetowej mamy możliwość odsłuchania (po wprowadzeniu kodu zawartego na łamach czasopisma) wszystkich artykułów zawartych w danym numerze, które odczyta nam rodzimy użytkownik języka. Artykuły dotyczą bieżących wydarzeń i aktualnych tematów, prezentują zagadnienia stricte językowe, jak również dotyczące kultury, obyczajów, kinematografii, sportu, turystyki itp. Dodatkowo artykuły opatrzone są słowniczkami z najbardziej problematycznym słownictwem zawartym w danym artykule. Możliwe jest również pobranie aplikacji na urządzenia mobilne, które pozwolą na swobodne korzystanie ze wszystkich dostępnych w numerze materiałów.

• Urządzenia techniczne. Niezastąpione w opanowaniu języka obcego przez osoby z dysfunkcją wzroku są urządzenia typu dyktafony, odtwarzacze tekstów cyfrowych, komputery z oprogramowaniem udźwiękawiającym, linijki brajlowskie, a dla słabowidzących powiększalniki stacjonarne lub przenośne, programy powiększające, druk transparentny itp. Większość z tych urządzeń daje możliwość przechowywania i odsłuchiwania nagranych tekstów, rozmówek, ćwiczeń, a jednocześnie pozwala na zapisanie własnych wypowiedzi, odsłuchiwanie ich, obserwowanie postępów, niwelowanie błędów itp.

TECHNIKI PAMIĘCIOWE w utrwalaniu słownictwa i wyrażeń (na podstawie książki „Jak szybko opanować język obcy?”)

• Wąż literowy

Wypowiedz głośno słowo w języku obcym. Kolejne powinno zaczynać się na ostatnią literę poprzedniego słowa. Węża literowego można układać razem z inną osobą lub samodzielnie; w doborze słów można ograniczyć się do wybranej kategorii tematycznej.

• Rymowanie

Wybierz słowo, do którego będziesz poszukiwać rymów. Następnie dopowiedz kilka lub kilkanaście słów rymujących się z podanym słowem.

• Historyjka

Wybierz kilka słów, które zamierzasz wykorzystać, np. losując je ze słownika; w ten sposób wybierzesz słowa, z którymi mogłeś się dotąd nie zetknąć. Ułóż z nich sensowną i logiczną historyjkę. Im trudniejsze i mało powiązane ze sobą tematycznie słowa wybierzesz, tym bardziej kreatywną historię stworzysz, a tym samym utrwalisz kolejne słowa i zdania!

• Złote myśli

Wypisz lub nagraj na dyktafonie pięć ulubionych cytatów, powiedzeń, fragmentów książek. Połóż na biurku i często odczytuj na głos lub odsłuchuj na nagraniu. Naucz się ich na pamięć.

• Piosenki

Słuchając wybranej piosenki postaraj się wypisać lub nagrać na dyktafonie wszystkie słowa, które udało Ci się wyłowić z tekstu – odszukaj znaczenie nieznanych słów w słowniku.

• Słowa-klucze

Odsłuchaj fragment tekstu i streść w kilku zdaniach główną jego myśl; następnie używając 20 słów z tekstu opowiedz całą wysłuchaną historię; w kolejnym kroku skróć historię do 10 najistotniejszych słów.

• Fałszywi przyjaciele tłumacza

Utwórz na swoim dyktafonie odrębny plik, w którym będziesz zamieszczać słowa oznaczające coś innego, aniżeli wskazywało by na to podobieństwo fonetyczne z językiem polskim, np. w języku włoskim będzie to colazione, co oznacza śniadanie lub w języku angielskim słowo billion, które oznacza miliard.

• Własne esperanto

Zapisuj lub gromadź w jednym pliku nagrania słów podobnie brzmiących i oznaczających to samo w różnych językach, np. nuclear (ang.), nuclear (hiszp.), nucleare (wł.), tzn. nuklearny.

Podobnych technik usprawniających zapamiętywanie słów jest zdecydowanie więcej. Ważne, by każdy z nas indywidualnie wybrał dla siebie skuteczną technikę. Szeroki wachlarz możliwości odnajdziemy w przytoczonej wyżej pozycji książkowej. Nie pozostaje mi zatem nic innego jak życzyć wszystkim Czytelnikom udanych wakacyjnych podróży, jak również owocnych konwersacji na letnich bezdrożach! Oczywiście w języku obcym-nieobcym!

Granice mojego świata

Choć zabrzmi to mało odkrywczo, powtórzę za wieloma – uczmy się języków obcych! Zewsząd zasypują nas oferty szkół językowych: banery reklamowe, rozdawane na ulicach ulotki, fiszki, podarunkowe płyty z rozmówkami w czasopismach, sterty oflagowanych pudełek z kursami typu „Hiszpański w 3 miesiące” w każdej z odwiedzanych księgarni, czy też mój ulubiony kurs „Angielski dla wiecznie początkujących”. Są i takie. Trzeba przyznać, że oferta edukacyjna jest szeroka i praktycznie każdy z nas znajdzie w niej coś dla siebie. Doprawdy trudno znaleźć wymówkę albo argument, który świadczyłby przeciwko zagłębieniu się w fascynujący świat języków obcych. I rzeczywiście uważam, że język obcy może zafascynować. Ten ogromny system znaków to swoista konstrukcja, machina, żywy organizm podatny i otwarty na zmiany i nowości. Ogrom tego systemu równie dobrze co zafascynować, może nas również przerazić – w obliczu takiego kolosa możemy mieć bowiem uzasadnione wątpliwości co do naszych możliwości lingwistycznych.

Niejeden z nas zastanawia się, jak to możliwe, że historia zna ludzi, którzy z opanowaniem kilkudziesięciu nawet języków obcych nie mieli większego problemu. Można by oczywiście podjąć próbę wyjaśnienia tego fenomenu powołując się na naukowe badania o wspólnych korzeniach niektórych języków i to z wędrówką kontynentów w tle, na potwierdzone teorie o wielkich językowych rodzinach począwszy np. od „praprapradziadka” praindoeuropejskiego do współczesnych dialektów znanych niejednokrotnie jedynie maleńkiej społeczności. Niemniej jednak przytoczone poniżej dane liczbowe mogą wzbudzać podziw przeciętnego Kowalskiego.

Bodajże najsłynniejszy poliglota jakiego zrodziła planeta – Emil Krebs – do końca życia opanował biegle w mowie i piśmie aż 68 języków, w stopniu zaawansowanym posługiwał się zaś 111 językami i dialektami. Włoski duchowny Giuseppe Gasparo Mezzofanti znał ponad 38 języków i 50 dialektów. Włoski lingwista Carlo Tagliavini znał natomiast 120 języków, w tym 35 języków biegle. Wybitni poligloci niejednokrotnie stawali się obiektem zainteresowań neurologów i neurolingwistów. Mózg Krebsa po jego śmierci został zakonserwowany i poddany specjalistycznym badaniom, które pozwoliły na stwierdzenie, że obszary Broki i Wernickego, tj. ośrodki w mózgu człowieka odpowiedzialne za generowanie mowy, były u niego znacznie lepiej rozwinięte niż u reszty populacji. Biografie słynnych poliglotów również są inspirujące. Praktycznie każdy z nich stosował jakąś swoistą metodę, językową „sztuczkę”, dzięki której osiągał tak spektakularny sukces językowy. Sztuczki sztuczkami – mimo wszystko ilość opanowanych przez poliglotów języków obcych może wzbudzać w nas frustrację. Uważam jednak, że zupełnie niepotrzebnie.

Jak radzi polski poliglota, Zygmunt Broniarek, autor książki „Jak nauczyłem się ośmiu języków”, do nauczenia się języka obcego nie są wymagane specjalne zdolności, wystarczy przeciętna inteligencja. Autor wskazuje, że specjalne zdolności językowe są nam potrzebne do nauczenia się dobrego akcentu w obcym języku, nie zaś do płynnego opanowania języka. Jego zdaniem – trudno się z tym zresztą nie zgodzić – lepiej mówić płynnie obcym językiem z nienajlepszym akcentem, niż nie posługiwać się nim w ogóle.

Z metodycznego punktu widzenia zadanie postawione przed lektorem języka obcego jest jedno, współczesna glottodydaktyka już dawno bowiem określiła swoje priorytety – najistotniejsze w procesie posługiwania się językiem obcym jest realizowanie celu komunikacyjnego. Oczywiście nie wyklucza to zaznajamiania słuchaczy z warstwą gramatyczną językowego systemu, niewątpliwie jednak dzisiaj uczymy języków obcych tak, aby gramatyka była podporządkowana leksyce. Generalnie uczenie się i nauczanie języka obcego sprowadza się do kształtowania czterech sprawności językowych. Dwie z nich nazywane są sprawnościami produktywnymi, gdyż – najprościej rzecz ujmując – ukierunkowane są na tworzenie tekstu; będzie to umiejętność ustnego wypowiadania się i umiejętność wypowiadania się na piśmie, dwie pozostałe natomiast to sprawności receptywne (nastawione na odbiór) – umiejętność rozumienia ze słuchu i umiejętność rozumienia tekstu czytanego.

Teoria teorią, pytanie – jak się uczyć języka obcego, ażeby w rezultacie się go nauczyć? Wachlarz stosowanych przez szkoły językowe metod jest szeroki. Wystarczy wspomnieć osławioną już metodę Callana , czy też metodę TEFL . Jeśli dołączymy do tego szereg indywidualnych sposobów i metod wypracowanych, a następnie sprawdzonych przez nas samych, to okaże się, że mamy w ręku potężne narzędzie, które może nam ułatwić albo przyspieszyć realizację celu. Każda z metod ma oczywiście swoje plusy i minusy, nie każda metoda będzie odpowiednia dla mnie, dlatego też indywidualizacja procesu nauczania języka obcego ma tak istotne znaczenie. W kolejnym numerze zaproponuję zatem kilka metod, które moim zdaniem mogą się okazać przydatne w opanowaniu języka obcego, w szczególności zaś w uczeniu się języka przez osoby słabowidzące i niewidome.

Niewątpliwie idealnie będzie, gdy na uczenie się języka obcego spojrzymy nie jak na przykry obowiązek uwarunkowany aktualnymi wymogami rynku pracy itp., zaś jak na interesującą, wielowymiarową przygodę. Filozof Ludwig Wittgenstein powiedział kiedyś: „Granice mojego języka są granicami mojego świata” – trudno nie zgodzić się z powyższym stwierdzeniem. Ilekroć poznajemy bowiem nowy język obcy, wkraczamy niejako na nowe przestrzenie, przekraczamy granice i to bynajmniej nie te wyznaczone na mapie, ustalone w wyniku tej czy owej konferencji etc. Przekraczamy granice własnego świata, a więc opanowujemy przestrzenie znacznie szersze aniżeli te wyznaczone terytorialnymi podziałami. Chyba nikogo nie zdziwi jeśli napiszę, że czym innym będzie przeczytanie książki w oryginale (zwłaszcza literatury pięknej), czym innym zaś przeczytanie jej tłumaczenia, które może znacznie zniekształcić przekaz i intencje autora, czy też nie oddać wszystkich niuansów, które w zamyśle autora powstały. Dodać przy tym należy, że uczenie się języka obcego to przecież nie tylko poznawanie tego czy innego alfabetu, słownictwa, struktur gramatycznych itp., ale również nieodzowna przy tym „obudowa” cywilizacyjno-kulturowa, tj. poznanie tradycji i kultury innego regionu. W tym ujęciu znajomość i posługiwanie się językiem obcym nadaje naszemu życiu inną, nową jakość. Tutaj ponownie możemy posłużyć się cytatem: „Człowiek żyje tyle razy, ile zna języków obcych” (Goethe). I ta myśl wydaje się trafiona.

Gorąco zachęcam zatem do podjęcia językowego wysiłku. Wprawdzie to nie czas noworocznych postanowień, ale przecież każdy moment jest dobry, ażeby wprowadzić w naszą codzienność nową inicjatywę. Poza tym, uwzględniając okoliczność, iż z realizacją noworocznych postanowień bywa czasem ciężko, może warto umyślnie zamienić je na wiosenną tym razem inicjatywę. Uaktywnijmy ośrodki Broki i Wernickiego!

Oczko się odlepiło!

Komu? Wiadomo – temu misiu ! No więc właśnie, czy aby tak do końca wiadomo? Kto widział, ten wie, kto zna, ten zrozumie. Kultowa polska komedia Stanisława Barei pt. „Miś” wzbogaciła język polski i polską kulturę o mnóstwo niezastąpionych dotąd cytatów, które na stałe weszły do języka potocznego i z powodzeniem radzą sobie w nim również dzisiaj. Prawie codziennie któryś z osławionych już cytatów przychodzi mi do głowy niemalże automatycznie jako komentarz do codziennej, prozaicznej czynności czy sytuacji, której jestem świadkiem. A rzecz dzisiaj o cytatach właśnie. Tych wielkich i tych małych. Tych bardzo poważnych, górnolotnych i tych… z przymrużeniem oka, jak nasze tytułowe oczko, a raczej miś – jakże prześmiewczo i uroczo odmieniony. Zastanawiam się czasem, czy cytaty, których użycie było albo jest w pełni zrozumiałe dla mnie, dla ludzi w moim wieku i ode mnie starszych, są również zrozumiałe dla współczesnej młodzieży.

Niech nikogo nie rozochoci pozornie tylko żartobliwy charakter niniejszego artykułu, zmierzam w nim bowiem do dosyć ponurego wywodu.

Nie jestem jeszcze bardzo wiekową istotą, chociaż – jak niedawno mi uświadomiono – należę już do tajemniczego jak dotąd dla mnie pokolenia „X”, wg niektórych zwanego też pokoleniem PRL. Zważywszy, że obecnie kwiat polskiej młodzieży stanowi już pokolenie „Z”, uznaję, że z moim PESEL-em nie jest już tak kolorowo. Wszak gdzieś pomiędzy „X”-ami i „Z”-ami musiało przemknąć jeszcze całe pokolenie „Y”. A jak śpiewa i trąbi zespół Kombi, „każde pokolenie ma własny czas” . No cóż, tym sposobem moje pokolenie przeminęło – w znaczeniu zdezaktualizowało się – niejako w mgnieniu oka. A być może to tylko jakże prawdziwy, lecz smutny wywód egzystencjalny. Skądinąd to ciekawe, że współczesność przyniosła nam nie tylko gonitwę za własnym ogonem, ale również „skrócenie” doby, dekady, wieku itd. Wydaje mi się bowiem, że kiedyś mianem „pokolenie” określano przedział o większej rozpiętości czasowej, aniżeli jakaś tam nieco ponad dekada.

Kiedy chodziłam do szkoły średniej, wkuwanie na pamięć cytatów z tej czy owej lektury było na porządku dziennym. Jako uczniowie marudziliśmy przy tym trochę, ale z perspektywy czasu chyba wszystkim wyszło to na dobre, a już na pewno nie zaszkodziło to nikomu. Cóż możemy powiedzieć dzisiaj? Z czego możemy niejako rozliczyć dzisiejszych 20-latków? Z perspektywy niedoszłego wprawdzie nauczyciela języka polskiego, ale jednak osoby zaznajomionej z programami nauczania, podręcznikami i wymogami w zakresie nauczania przedmiotu język polski, ze smutkiem stwierdzam, że obecnie możemy zapomnieć o czasach, gdy wnikliwa analiza obowiązującej lektury miała prowadzić m.in. do zapamiętania kluczowych dla niej cytatów, fragmentów, chociażby w celu kontekstowego ujmowania rzeczywistości w okresie późniejszym. Owszem, kładzie się dzisiaj nacisk na konteksty kulturowe, chodzi jednak bardziej o konteksty odnajdywane w innych dziedzinach sztuki itp.

Co innego jednak rozważania metodyczne, programy nauczania itd., co innego codzienne życie i doświadczenia w rozmowach z otoczeniem. Otóż moje obawy wzbudza totalne zdziwienie młodszego ode mnie rozmówcy bądź rozmówczyni, niejednokrotnie napotkane w sytuacji użycia przeze mnie – jak powszechnie wydawać by się mogło – znanego cytatu z literatury, kinematografii itp. Owo zdziwienie na twarzy młodszych kolegów i koleżanek jest jak mniemam wyrazem ich zupełnego niezrozumienia sensu mojej wypowiedzi. Są to dla nich słowa, które równie dobrze wybrzmieć by mogły w niezrozumiałym dotąd dla nich języku. Pytanie, na ile taką reakcję wytłumaczyć można różnicą pokoleń, zmianą programu nauczania w szkole, a na ile totalną ignorancją. Nadal ufam, że przyczyna tkwi raczej w którymś z tych dwóch pierwszych powodów.

Przykład z życia wzięty. Poranek, przekraczam próg biura, żartobliwie witam się z kolegą z pracy, który właśnie czyta gazetę: „Cóż tam, panie, w polityce?”. Z drugiej strony pada natychmiastowa odpowiedź z delikatnym uśmiechem: „Chińcyki trzymają się mocno”. Nic w tym dziwnego, kolega należy do „mojego pokolenia” i wie, że właśnie z humorem, literacko rozpoczęliśmy dzień z Weselem Wyspiańskiego. Tymczasem w rogu pokoju pokolenie „Y” stroi miny, które wyrażają zupełne niezrozumienie naszego „bełkotu”. W ich myślach wyczytuję krótki komentarz sytuacji, wypisany również na ich twarzy – wyście chyba ludzie powariowali!

Czy możemy dzisiaj niejako rozliczyć dwudziestolatków ze znajomości cytatów z literatury pięknej, powszechnej? Mam nadzieję – nie graniczącą jednak z pewnością – że nadal jest to możliwe. Że polski system edukacji w zakresie nauczania języka polskiego nadal umożliwia albo wskazuje wnikliwemu, pilnemu uczniowi cytaty godne zapamiętania. Zaznaczam, że nie chcę przy tym generalizować, ale mimo wszystko ze smutkiem stwierdzam, że w kontekście cytatów, nazwijmy je znaczących, lwiej części współczesnej młodzieży bliżej do „górnolotnych” haseł promowanych przez polskie reklamy typu „Brawo JA!”, nie mówiąc już o kultowych – choć w innym niż moim rozumieniu – cytatów brylujących na ściankach celebrytów rodem z programów typu reality show. Zachwyt społeczeństwa, a więc nie tylko nastolatków budzi tu m.in. przekręcanie polskich wyrazów, nadawanie im obcych końcówek, czy obcego nacechowania. Przytoczyć wystarczy tylko sławetne już Me is Victoria Beckham, które, o zgrozo, zasili wkrótce szlachetną jak dla mnie dotąd grupę „skrzydlatych słów” . Nawiasem mówiąc, przytoczone wyrażenie określiłabym obrazowo mianem – ucz się angielskiego z perfekcyjną panią domu, a daleko zajdziesz. Skądinąd, Pani ta świetnie sobie radzi w świetle reflektorów. Jej kolejne błyskotliwe hasełka typu „nie zrobię czelendżu…, w d…pie mam czelendżu…” znalazły się właśnie w grupie najczęściej powtarzanych i przetwarzanych w Internecie, a co za tym idzie znalazły się również na koszulkach i innych gadżetach do jej nowego programu. Autorka kasuje znaczące sumy za promowanie tejże „nowomowy”, a właściwie – należałoby powiedzieć – językowego chłamu. Jakkolwiek nie mam nic przeciwko osobie, to jednak całość wypada przy tym dość ponuro.

Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że wulgarne, nie mające nic wspólnego z kulturą języka hasła nabierają wiatru w żagle i żyją swoim życiem, nierzadko znajdując swoich fanów wśród dzisiejszych nastolatków i nie tylko. Panuje swego rodzaju moda na lotne frazesy z ironicznym, a raczej lekceważącym podejściem do polszczyzny. Zgłaszam również zdecydowany sprzeciw wobec faktu, iż każdy nieprzychylny komentarz pod adresem propagujących tego typu „nowomowę” spotyka się z zarzutami typu braku dystansu czy śmiertelnej powagi itp. Często mówi się – „młodzież nie czyta”, albo usłyszeć można – „niech uczniowie czytają byle co, byleby tylko czytali”. Nie ma mojej zgody na takie podejście do nauczania. Już dziś widzę bowiem jego skutki i osobiście czuję się nimi dotknięta.

Moi drodzy, starajmy się, aby nasza polszczyzna była staranna, zaś gwarę młodzieżową i celebrycką pozostawmy jej samej, nie przenośmy jej jednak do języka ogólnego. To, co językowo żartobliwe, wesołe, ale nie mające nic wspólnego z poprawnością i językową ogładą użyjmy dla śmiechu raz czy dwa, ale nie włączajmy w nasz codzienny język, czyniąc z niego tym samym śmietnik dla byle jakich językowych dziwolągów. Wybaczcie przy tym drodzy Czytelnicy odrobinę ironii, szczyptę sarkazmu przelanego w potoku powyżej użytych słów. Wyjaśniam też od razu, że nie mam nic przeciwko sloganom reklamowym czy promowaniu się celebrytów w telewizjach śniadaniowych (prostuję, być może przy celebrytach drobny sprzeciw bym podniosła) – niechaj jednak będą to hasła i cytaty, których przekaz nie godzi w poszanowanie polskiego języka, kulturę językową, wreszcie niechaj będzie to przekaz uwzględniający pedagogiczny wymiar całego „przedsięwzięcia językowego”!

• Na zakończenie kilka myśli, które lotem błyskawicy wdarły się właśnie do głowy:

Po pierwsze – jakie pokolenie zastąpi pokolenie „Z”? Czy są już teorie na ten temat? Myślę, że historia zatoczy małe koło i w nazewnictwie pokoleń przejdziemy na „dwuznaki”, np. pokolenie „AA”, jakkolwiek ten skrót będzie rozumiany, czy też dorozumiany. Niczym w puchnących o nowe artykuły i paragrafy polskich ustawach, które – jak wiadomo – dostosować trzeba do puchnącego unijnego ustawodawstwa. A więc , skoro był już art. 15z, zrobimy teraz 15aa, 15ab itd.

Po drugie – wciąż wierzę w to, że daleko nam jeszcze do poważnych programów muzycznych, w których prowadzący będzie zadawał pytania rodem z disco polo, np. rozpoznaj piosenkę po zagadce – Gdzie ona jest i co robi?

Po trzecie – mój ulubiony cytat z Misia to „Słuszną linię ma nasza władza”. Dla przypomnienia – tymi słowami lekarz pediatra skwitował informację uzyskaną na lotnisku od obywatela Ryszarda Ochódzkiego, iż jego nowonarodzone dziecko ważyć miało – wedle jego oświadczenia – 12 kilogramów.

A Wy, drodzy czytelnicy, który cytat z „Misia” uważacie za ponadczasowy?

Dobra rada dla wszystkich – mówmy PO POLSKU!

Coraz częściej mam wrażenie, że poprawność językowa użytkowników naszego ojczystego języka pozostawia wiele do życzenia. Problem dotyczy zarówno przeciętnego Jana Kowalskiego, jak i wysoko postawionych dygnitarzy państwowych. Wydaje mi się, że nie doceniamy wartości naszego języka, którym posługujemy się niemalże od urodzenia. Jest dla nas narzędziem tak powszednim, że posługiwanie się nim traktujemy niemal tak automatycznie jak zwykłe, codzienne czynności. Nie zwracamy uwagi na to jak mówimy czy piszemy, mając świadomość, że i tak zostaniemy zrozumieni, że intencja naszej wypowiedzi zostanie odczytana. Można zresztą tę kwestię rozszerzyć i powiedzieć, że nie przywiązujemy uwagi do czegoś, co otrzymaliśmy niejako z natury, bez jakichkolwiek zabiegów i wysiłku z naszej strony. A przecież język jest naszym dobrem narodowym, elementem naszej narodowej tożsamości. Nie wszyscy wiedzą, że od 1999 r. język polski chroniony jest stosowną ustawą, która reguluje kwestie ochrony języka polskiego i używania go w realizacji zadań publicznych, służy promocji naszego języka w świecie itp. Historia uczy nas, że zaborcy, chcąc zawładnąć narodem polskim i wymazać Polskę z mapy Europy, uderzyli nie tylko w polską inteligencję, ale duży nacisk położyli również na walkę z polską mową. Stąd też brak jest przyzwolenia na wszelką językową niedbałość – brak odmiany polskich nazwisk w dokumentach i pismach urzędowych, przesadne stosowanie obcojęzycznych terminów typu deadline, event itp. w przypadku, gdy istnieją ich polskie odpowiedniki. I nie chodzi tu bynajmniej o puryzm językowy (przyp. aut. puryzm – postawa językowa, która charakteryzuje się rygorystyczną dbałością o poprawność i czystość języka).

Znaczenie języka uświadamiany sobie m.in. w momencie, kiedy chcemy nauczyć się nowego (obcego języka), gdy musimy poświęcić wiele czasu, uwagi i energii, by biegle posługiwać się nim w mowie i piśmie. Aktualnie rynek pracy stawia przed nami konieczność, by dobrze znać przynajmniej jeden język obcy, a najlepiej, abyśmy legitymowali się znajomością kilku, dlatego też chętnie uczymy się nowych języków, zaniedbując jednak przy tym nasz własny. Należałoby się zatem zastanowić, gdzie tkwi przyczyna takiego stanu rzeczy. Zapewne niebagatelną rolę odgrywa tu spadek czytelnictwa w społeczeństwie. Media donoszą, iż zaledwie 41 % Polaków przeczytało w ubiegłym roku więcej niż jedną książkę. Spore grono Polaków od kilku lat nie przeczytało żadnej książki, a 19 % polskiego społeczeństwa nie posada ani jednej pozycji książkowej w swoim domu. Ogólnodostępna technologia niejako przykuła nas do ekranów i monitorów. Nie piszemy już tradycyjnych listów, pamiętników itp., gdyż zastąpiły je wszechobecne maile, SMS-y, blogi. Piszemy dużo i szybko, nie zwracając uwagi na polskie znaki diakrytyczne. Ortografia, wybór „ ż” czy „rz”, „ó” czy „u” nie stanowi już dla nas problemu – przecież słownik w telefonie czy w programie tekstowym poprawi za nas błędy, stąd nie musimy już na nie zwracać uwagi. Wiele można by zresztą na ten temat napisać. Z pewnością problem po części dotyczy nas wszystkich. Uważam jednak, że wszyscy w jednakowym stopniu mamy obowiązek prawidłowego posługiwania się językiem polskim i dbania o piękną polszczyznę.

W tym miejscu chciałabym zwrócić uwagę na osoby niewidome i niedowidzące, dla których zwłaszcza polska ortografia może stanowić trudność i wyzwanie. Jako osoba widząca mogę jedynie przypuszczać, że osoby na co dzień korzystające ze wzroku mają w tym zakresie ułatwione zadanie. Nawet nie zwracając na to uwagi, podświadomie, czytając różnego rodzaju teksty, zaznajamiają się bowiem oni z prawidłową pisownią. Oczywiście wszyscy w szkole poznaliśmy szereg zasad ortograficznych typu „-uje się nie kreskuje”, czy też dotyczących wymiany „ó” do „o” itp. Inaczej jednak, kiedy mówiąc czy pisząc po polsku musimy nieustannie pamiętać o tego typu zasadach gramatycznych i ortograficznych, co innego „rzucić okiem” na tekst książki, artykułu itp., tym bardziej, że większość z nas to wzrokowcy, którzy uczą się i zapamiętują patrząc. Zapis fonetyczny może nas zaskoczyć i nierzadko wyprowadzić na manowce. Posłużę się tutaj nieco zabawnym, ale bardzo wymownym przykładem zaczerpniętym ze znanej nam wszystkim bajki o Kubusiu Puchatku. W jednym z wydań tej opowieści dla dzieci napotkałam ilustrację tytułowego bohatera, który w ręku trzymał beczułkę z ulubionym przysmakiem niedźwiadków. Beczułkę podpisał chyba sam miś słynący z bardzo małego rozumku, gdyż w czteroliterowym słowie „miód” popełnił aż trzy z możliwych trzech błędów ortograficznych. Napis na beczułce wyglądał bowiem tak – „MJUT” („M” jak Magdalena, „J” jak Justyna, „U” jak Urszula i „T” jak Tadeusz). Zasadniczo oba wyrazy fonetycznie brzmią bardzo podobnie, jednak wybór właściwego zapisu niesie za sobą konsekwencje w ich odmianie. Stosując zasady polskiej odmiany ten sam uroczy miś musiałby powiedzieć, że „marzy o mjucie”, czy też „nigdy nie rozstaję się ze swoim mjutem”. Zabawne, lecz prawdziwe. Zapewne każdy z nas choć raz w życiu zetknął się być może nie z tak rażącym, ale wywołującym zdumienie, a nierzadko zażenowanie błędem ortograficznym. Osoby niewidome często stosują zapis fonetyczny, co nierzadko zauważyć można w ich mailach czy innego rodzaju tekstach. W wyjątkowych przypadkach, kiedy taki zapis zawiera bardzo dużo błędów, trudno wręcz domyślić się intencji wypowiedzi piszącego. Dzięki rozwojowi technologii, szerszemu dostępowi niewidomych do urządzeń czytających książki cyfrowe, komputerów wyposażonych w pogramy czytające itp. czytelnictwo wśród osób z dysfunkcją wzroku rośnie. Dla wielu niewidomych jest to jedyna forma aktywności i spędzania wolnego czasu. Zjawisko to ma oczywiście swoje dobre strony, jednak słuchając książek niewidomi nie mają możliwości skupienia uwagi na prawidłowej pisowni. Inny jest bowiem wzrokowy, a inny słuchowy odbiór tekstu. Inaczej kwestia ta wygląda w przypadku niewidomych, którzy znają i posługują się brajlem. Czytając bowiem teksty, np. na monitorze brajlowskim czy też brajlowskie publikacje, tak jak widzący mogą kontrolować zasady polskiej gramatyki i ortografii. Aktualnie, kiedy niewidomi chcą być i coraz częściej są konkurencyjni na otwartym rynku pracy, wymaga się od nich – tak jak od wszystkich pozostałych – właściwego posługiwania się polszczyzną w mowie i piśmie. Dlatego też uznałam, iż należy zabrać głos również w tym temacie.

Niniejszy tekst zaledwie dotyka narastającego problemu i z pewnością niemożliwym jest, by zgłębić go w jednym krótkim artykule. O ile niniejszy artykuł poświęcony był w całości językowi polskiemu, tak w jednym z kolejnych numerów HELPA chciałabym zaprezentować m.in. osobom niewidomym i słabowidzącym kilka wskazówek przydatnych w nauce języków obcych.

Na zakończenie wszystkim zainteresowanym poruszoną kwestią oraz tym, dla których poprawność językowa jest istotna, polecam dwie pozycje. Pierwszą z nich będzie „Praktyczny poradnik językowy” profesora Andrzeja Markowskiego, wydany po raz pierwszy w 2004 r. przez wydawnictwo Wilga, który rozwieje wszystkie (bądź prawie wszystkie) nasze wątpliwości językowe. Druga pozycja to „Formy i normy, czyli poprawna polszczyzna w praktyce” wydawnictwa PWN, w której – w toku wykonywania serii ćwiczeń poświęconych najbardziej problematycznym aspektom języka polskiego – upewnimy się, że w odpowiedni sposób używamy rodzimego języka.