Tożsamość i pamięć

Twojej pamięci

Przełom roku dla wielu z nas stanowi okres wytężonego wysiłku. Przygotowania do świąt, sylwestrowej zabawy pochłaniają sporo czasu, wymagają dobrej organizacji, a nieraz wręcz logistyki. Ale przełom roku to niewątpliwie również czas pogłębionej refleksji i zadumy nad tym wszystkim, co w symbolicznym przesunięciu się wskazówki zegara w jednej niemalże chwili odchodzi i zamyka się niczym księga lub jakiś kolejny rozdział życia. Zagadnienie czasu samo w sobie jest na tyle interesujące, iż mogłoby stanowić przyczynek do odrębnego artykułu zgłębiającego wyłącznie to pojęcie w rozmaitych kontekstach i korelacjach. Nie o tym jednak rzecz dzisiaj. Niemniej jednak przyznać muszę, że kategoria czasu ściśle wyznacza zakres tematyczny moich dzisiejszych rozważań.

Ostatnia książka Papieża Jana Pawła II pt. Pamięć i tożsamość wydana została w 2005 r., na krótko przed jego śmiercią. Być może uznacie Państwo, że to bardzo zuchwałe z mojej strony, aby odnosić się, czy też nawiązywać w tytule własnego artykułu do pozycji, której nigdy nie miało się w ręku… Tak, to prawda. Nigdy nie przeczytałam tej książki Papieża, ale od zawsze intryguje mnie jej tytuł. Jest w samym jego brzmieniu głęboka treść, która powoduje, iż podświadomie niejako odczuwam, że jest to pozycja niezwykle cenna, choć – jak wiadomo – trudno uznać, że którakolwiek z książek, encyklik Ojca Świętego miałaby taką nie być. To mój błąd, że do tej pory nie przeczytałam tej książki. Na pytanie, dlaczego dotąd tego nie zrobiłam, nie znam odpowiedzi. Może niejako z obawy przed geniuszem autora, tj. przed możliwością niezrozumienia przekazu itp. Być może to jednak jedynie próba usprawiedliwienia się przed samą sobą. Rozpoczynam od tej właśnie pozycji, gdyż oto na przełomie roku właśnie sama zaczęłam się zastanawiać, czym jest dla mnie owa pamięć i tożsamość, jednakże w prostym, nie encyklopedycznym ani książkowym, tj. „wysokim” rozumieniu. I na to pytanie spróbuję dać tutaj odpowiedź. Nie uprzedzając całości poniżej zawartych rozważań napiszę jednak już teraz – dla mnie pamięć i tożsamość sprowadza się do prostych gestów i obrazów, które zachowuję i których głęboko strzegę, a które to gesty, obrazy i sytuacje ukształtowały mnie jako jednostkę; dotyczą zaś one najbliższych mi osób, w tym – a może nawet w szczególności – również tych, którzy już odeszli.

Dzisiejszy świat wydaje się być zaprogramowanym na opcję „ja, mnie, moje”. Stale słyszę to wokół siebie, m.in. mowy motywacyjne „trenerów” typu: „Ja w centrum”, „to Ty jesteś najważniejszy”! „Pamiętaj o sobie”! „Koncentruj się wyłącznie na tu i teraz”. Cała filozofia i medytacja „mindfullness”, tj. medytacja uważności wskazuje na skupianie się na „tu i teraz”, bez zbędnego zagłębienia się w przeszłość i przyszłość. I generalnie rzecz ujmując nie ma się tu do czego przyczepić. Jako jednostka jestem ważna, muszę myśleć o sobie; podobnie – nie mogę żyć przeszłością ani przyszłością, gdyż jestem osadzona w rzeczywistości „tu i teraz”, i tylko na nią mam realny wpływ. To co było nie powróci, to co prognozuję, że dopiero przede mną, może się nigdy nie wydarzyć. Jak to zwykle bywa, dobrze byłoby jednak zachować przy tym wszystkim równowagę i nie przeinterpretowywać pierwotnie właściwych i pożądanych założeń. Wydaje się bowiem, że niektórzy przynajmniej skupiają się na nowych popularnych ideach zbyt dosłownie, czyniąc „ja, mnie, moje” oraz „tu i teraz” jedynym właściwym szlakiem na życiowej drodze. Pytanie „skąd przychodzimy, dokąd zmierzamy”, przybierając czy to bardzo wzniosły, metafizyczny wymiar, czy też ujęte w sposób dosłowny poprzez zestawienie naszej przeszłości i przyszłości właśnie – to natomiast odwieczne pytanie człowieka, z którego nie sposób zrezygnować i o którym nie sposób nie myśleć. Odwieczne pytania, tj. tematy od zawsze i na zawsze aktualne, były i są obecne w prozie najwybitniejszych pisarzy, filozofów, myślicieli. Ale nie trzeba być przecież jednostką wybitną, by samemu sobie takie pytania postawić i spróbować na nie odpowiedzieć.

Pozwólcie Państwo zatem, że – wciąż jeszcze tytułem wstępu niejako – przytoczę dwa literackie nawiązania, tj. jedno z kręgu litertury powszechnej, drugie – rodzimej, polskiej.

Są książki, które pozostawiają w nas ślad na zawsze, książki, do których wraca się po latach, które czyta się wielokrotnie, za każdym razem odnajdując w nich nowe treści. Gdybym miała wskazać książkę, która jest taką pozycją dla mnie, to powiedziałabym, że jedną z nich jest niewątpliwie Nagi sad Wiesława Myśliwskiego. Zawarta w tej pozycji historia ojca i syna w swej prostocie i szczerości ma czytelnikom tak wiele do zaoferowania, że nie chciałabym doprawdy zdradzać, czy też szeroko komentować jej zawartości. Nadmienię jedynie, że historia ojcowskiej i synowskiej miłości obojga bohaterów głęboko mnie wzruszyła, a fragment utworu dotyczący poszukiwania syna przez ojca w nagim, jesiennym sadzie wywołał u mnie nagły, zupełnie nieoczekiwany wybuch emocji, porażający wręcz stan, który utrzymywał się jeszcze przez kilka następnych godzin po odczytaniu przedmiotowego fragmentu. Być może dlatego, że w tych kilku prostych zdaniach znalazłam tu niespodziewanie odzwierciedlenie czystej, pięknej miłości jaką przez całe swe życie darzyli mnie moi rodzice. Miłości, o której nie mówi się głośno, ale którą „czyta się” jak książkę, która emanuje z najprostszych, codziennych czynności. Tę pozycję polecam każdemu, dla kogo prostota i piękno przekazu jest cenniejsze od przepychu i beztroski, jaką oferuje nieraz współczesna nam literatura. Nie znajdziemy tu nagłych zwrotów akcji, wielu wątków, czy treści wyrażonej wątpliwej „jakości” słownictwem; znajdziemy nostalgię, głębokie studium relacji dwojga ludzi związanych więzami krwi. Studium miłości prostej, lecz niezmiernie czystej, wyrażonej w gestach i codziennych, prozaicznych czynnościach. Miłości pięknej i prawdziwej, wreszcie miłości, przy której sam fakt „bycia obok” staje się największą wartością w życiu. Oto mistrzostwo przekazu Myśliwskiego.

Marcel Proust to natomiast autor wybitnego dzieła pt. „W poszukiwaniu straconego czasu” – siedmiu opasłych tomów nastręczających wiele trudności studentom studiów filologicznych, na których pozycja ta widnieje w grupie obowiązkowych na liście przedmiotu literatura powszechna. Książka napisana jest językiem, a raczej stylem trudnym i nużącym. We fragmentach utworu zastosowano bowiem technikę „strumienia świadomości”2, która w najprostszym tłumaczeniu sprowadza się do zapisu ciągu myśli człowieka w taki sposób, w jaki układają się one w głowie. W mojej głowie np. stale panuje chaos, myśli gonią jedne za drugimi, nie układają się w logiczne zdania czy wyrażenia. Jedna myśl dosłownie przegania lub napiera na drugą. Są tu urwane słowa i półsłówka, westchnięcia, współczucie, nieraz „prychanie”, kpina i ironia – słowem, mieszanka wybuchowa. I zapisz to teraz człowieku! Dokonaj w sposób wierny i chronologiczny transkrypcji własnych myśli, a następnie je odczytaj! Przyznacie Państwo, że będzie to ciężki kawał literatury. Pozostawmy jednak strumień świadomości jedynie jako ciekawostkę literacką, o której warto wiedzieć.

Czas stracony, w znaczeniu bezpowrotnie utracony – bo o takim Proust pisze – to czas, którego i ja nieraz usilnie poszukuję. Z biegiem lat szukam go chyba coraz częściej. Być może zatem się starzeję, albo staję się po prostu coraz bardziej sentymentalna. Jest w powieści Prousta, w pierwszym jej tomie pt. „W stronę Swanna” motyw, do którego niejako sprowadziłabym całość tego utworu. Jest to motyw magdalenki – ciastka rozpuszczonego w herbacie, którego smak przywołuje w dorosłym już bohaterze czas utracony właśnie. Niczym wehikuł czasu smak zanurzonego w herbacie ciastka powoduje przeniesienie bohatera w inny wymiar – powrót do czasu utraconego, tj. do chwil i sytuacji, które przechowuje w pamięci i których udziałem chciałby stać się ponownie. Zanurzenie ciastka w herbacie wyzwala w narratorze falę wspomnień, zapoczątkowuje podróż „w głąb czasu”. Wspaniałym wyrazem owego wrażenia połączenia dwóch światów, teraźniejszości i przeszłości, jest obszerny fragment utworu, jaki pozwalam sobie przytoczyć, aby właściwie wyrazić to, o czym wspomniałam wyżej.

„I nagle wspomnienie zjawiło mi się. Ten smak to była magdalenka cioci Leonii. W niedzielę rano w Combray (ponieważ tego dnia nie wychodziłem przed godziną mszy), kiedy szedłem do pokoju cioci Leonii powiedzieć jej dzień dobry, dawała mi kawałek ciasta, umoczywszy je w herbacie lub w naparze kwiatu lipowego. Widok magdalenki nie przypomniał mi nic, nim ją skosztowałem; może dlatego, że widywałem je od tego czasu często – mimo, że ich nie jadłem – na ladzie cukierni; obraz ich opuścił owe dni Combray, aby się skojarzyć z innymi świeższymi; może dlatego, że z owych wspomnień, tak długo zostawionych poza pamięcią, nic nie przetrwało, wszystko rozpyliło się; kształty – także kształt tej małej muszelki z ciasta, tak pulchnej i zmysłowej pod swoim surowym i nabożnym rurkowaniem – znikły lub też uśpione, straciły energię, która by im pozwoliła połączyć się ze świadomością. Ale kiedy po śmierci osób, po zniszczeniu rzeczy, z dawnej przeszłości nic nie istnieje, wówczas jedynie zapach i smak, wątlejsze ale żywsze, bardziej niematerialne, trwalsze, wierniejsze, długo jeszcze, jak dusze, przypominają sobie, czekają, spodziewają się – na ruinie wszystkiego – i dźwigają niestrudzenie na swojej znikomej kropelce olbrzymią budowlę wspomnienia. I z chwilą gdy poznałem smak zmoczonej w kwiecie lipowym magdalenki, którą mi dawała ciotka (mimo że jeszcze nie wiedziałem i aż znacznie później miałem odkryć, czemu to wspomnienie czyniło mnie tak szczęśliwym), natychmiast stary, szary dom od ulicy, gdzie był jej pokój, przystawił się niby dekoracja teatralna do wychodzącej na ogród oficynki […] I jak w owej zabawie, w której Japończycy zanurzają w porcelanowym naczyniu pełnym wody kawałeczki papieru z pozoru byle jakie, które, ledwo się zanurzywszy, wydłużają się, skręcają, barwią, różniczkują się, zmieniając się w kwiat, w domy, w wyraźne osoby, tak samo teraz, wszystkie kwiaty z naszego ogrodu i z parku pana Swanna, i lilie wodne z Vivonne, i prości ludzie ze wsi, i ich domki, i kościół, i całe Combray, i jego okolice, wszystko to, przybrawszy kształt i trwałość, wyszło – miasto i ogrody – z mojej filiżanki herbaty”.

M. Proust, W stronę Swanna, przeł. T. Żeleński( Boy)

Myślę, że każdy z nas śladem proustowskiej magdalenki może lub mógłby wymienić takie „kotwice” we własnym życiu. Dla jednego będzie to smak jakiegoś dania, które właśnie w taki, a nie inny sposób przygotowywała mama lub babcia. Dla kogoś innego będzie to jakiś przedmiot lub sekwencja zdarzeń, niczym déja vu. Tak jak dla bohatera Prousta jedynie określony rodzaj skojarzeń zdołał na nowo odtworzyć utracone już na zawsze chwile. Punktem wyjścia dla podróży w głąb czasu może być dźwięk, zapach, smak, przedmiot itp. Osobiście wiele takich właśnie „kotwic” mogłabym zapewne wymienić, na myśl przychodzą mi jednak głównie następujące sytuacje:

ƒƒOd najmłodszych lat pamiętam wieczór wigilijny spędzany w szerokim gronie najbliższych. W domu rodzinnym zamieszkiwaliśmy razem z dziadkami, rodzicami mamy. Na tę jedyną w roku kolację do babci i dziadka przychodzili również moi wujkowie i ciocie z kuzynostwem. Dom wypełniał się gwarą i wesołymi twarzami. Kulminacją wieczoru była chwila, gdy dziadek zapalał wiszący na stałe na ścianie obraz święty przedstawiający Jezusa Chrystusa i Jego Matkę. Pod każdą z postaci umieszczonych w dwóch skrzydłach obrazu zamieszczona była czerwona podłużna żarówka, świecące były również aureole. Ten obraz „płonął” w pokoju dziadków ten jeden jedyny raz w roku. Nie przypominam sobie bynajmniej, bym widziała go oświetlonego kiedykolwiek indziej. W tym tkwiła podniosłość tego momentu i uczczenie postaci na nim przedstawionych. Pamiętam oczekiwanie w ciszy i napięciu na ten właśnie moment, gdy postaci rozbłysną światłem żarówek. Pamiętam niepokój o dziadka, który zapalał obraz poprzez umieszczenie w kontakcie prowizorycznej „wtyczki”, a ściślej rzecz ujmując dwóch oddzielnych drucików, co było rzecz jasna mało odpowiedzialne, ale rokrocznie powtarzalne. Trwaj chwilo! Jesteś tak piękna!3 ƒƒWiosną i latem w słoneczne niedzielne popołudnia wielokrotnie mogłam być świadkiem uroczej sceny. Mój tata stawał przed mamą z maleńkim bukiecikiem stokrotek zerwanych w przydomowym ogródku. Mama wkładała bukiecik do kieliszka, gdyż w małym kieliszku prezentował się on najlepiej – stokrotki pozostawały wówczas „zbite” w jedną całość, a struktura bukietu nie ulegała naruszeniu. Z czasem, gdy w domu pojawił się maleńki, porcelanowy błękitny wazonik z trzema płatkami w kolorze białym, granatowym i zielonym, zastąpił on ów zwykły, szklany kieliszek. Samo przekazanie bukietu nie odbywało się w sposób spektakularny – często bez słów, jedynie z szerokim uśmiechem. Tych kilka prostych obrazów widziałam kilka razy w życiu. To było tak urocze w swojej prostocie i szczerości zarazem; tak krótkie i ulotne, a jakże głębokie i przesycone najgłębszą z możliwych treścią. Trwaj chwilo! Jesteś tak piękna! ƒƒNa ceglanej ścianie budynku gospodarczego usytuowanego obok mojego rodzinnego domu widnieją dwa napisy. Koślawe wielkie litery wskazują, iż autorem zamieszczonych tam słów „MAMA” i „TATA” było dziecko. Słowa zapisano kredą lub wydrapano podwórkowym kamieniem, dziś trudno to ocenić. Słowa są już może mało wyraźne, jednakże wciąż widoczne, zauważalne. Dziś jestem już dorosła, a jednak z rozrzewnieniem patrzę na tę kruchą cegłę i napis, który sama niegdyś tam zamieściłam. Nie mogłam być dużą dziewczynką, skoro napis widnieje na niedużej wysokości. Nie wiem, kiedy ten napis konkretnie powstał, tj. ile mogłam mieć wtedy lat, ale wiem na pewno, że to ja go tam zamieściłam. Uczyniłam to w jakimś momencie życia, a dokładniej mówiąc beztroskiego dzieciństwa, gdy wszystko było jeszcze proste, dziecinnie łatwe, gdy słowo „problemy” nie istniało w głowie małej dziewczynki. Trwaj chwilo! Jesteś tak piękna!

Obraz nadal wisi na ścianie pustego dziś pokoju zajmowanego niegdyś przez babcię i dziadka. Pokoju, w którym kilkanaście lat temu tętniło jeszcze życie, w którym dziadek śpiewając kolędy stroił choinkę i wieszał na niej ulubione, wieloletnie już długie cukierki opakowane w kolorowe, świecące papierki. I nieraz chciałabym znów go zaświecić, przywołując na chwilę – chociaż pozornie – tamten moment, gdy przy wspólnym stole zasiadało co najmniej o sześć lub siedem osób więcej, niż mogłoby usiąść przy nim dzisiaj; jednocześnie boję się tego uczynić mając świadomość, że to czas w pełni już utracony. Dzbanuszek nadal stoi na półce przy zdjęciu ukochanej Mamy. Zimą pusty, latem wkładam do niego kwiaty, najlepiej stokrotki. I jest dla mnie w tym maleńkim, niepozornym flakoniku zawarta i pamięć i tożsamość, a więc o wiele więcej niżby pomieścić mógł największy nawet dzban do czerpania wody ze studni. Napisy wydłubane na murze starego, zniszczonego zębem czasu domu rodzinnego nadal da się odczytać. Te przedmioty nadal istnieją, ale są tylko świadectwem jakiegoś „kiedyś”. Brak ludzi, które moja pamięć związała z tymi przedmiotami na zawsze. Dla mnie tych kilka obrazów stanowi właśnie pamięć. Obrazu taty przynoszącego mamie stokrotki zachowuję w pamięci i strzegę niczym mitologiczny Cerber, bo ten prosty gest taty zawsze był dla mnie na równi z czynem bohaterskim. Dziś to już tylko i aż pamięć, bo z przyczyn obiektywnych ten obraz i gest nie może zostać powtórzony w tej samej sekwencji i z udziałem tych samych kochanych osób, których obrazek ten dotyczył. Dla mnie to tożsamość, bo z takiego domu wychodzę, z domu, w którym nie było może wielkich i naukowych teorii, nie było zajmujących wysokie pozycje, gruntowanie wykształconych rodziców. Ale był to dom, w którym był szacunek dla ludzi, otoczenia i siebie nawzajem. Była prosta codzienność nie opatrzona wzniosłymi hasłami i zbędnym dobrobytem, przepychem. Była pokora przed tym co Boże; w tym domu przekazano mi wiarę, która z czasem stała się własnym, świadomym już wyborem.

Dla mnie to jest właśnie pamięć. Dla mnie to jest właśnie tożsamość. To wszystko, co ukształtowało mnie i kształtuje nadal jako człowieka, którym jestem na co dzień. To pragnę pielęgnować i zachowywać. Tego strzegę niczym przysłowiowego skarbu, którego przecież i tak nikt ani nic nie może mi teoretycznie odebrać. Teoretycznie, bo w pędzącym świecie, w którym można zatracić siebie, nie wszystko jest jednak tak oczywiste. Wiem jednak jedno – jeśli zatracę własną tożsamość, tj. siebie – utracę wszystko4.

Na zakończenie krótki akcent liryczny. W roku 2016 zmieniłam na pewien czas swoją stałą pracę, rozpoczynając przygodę w zupełnie innym miejscu i w innym niż dotychczas charakterze. Poznałam wówczas wielu interesujących ludzi, przekonałam się, że zmiany w życiu są potrzebne. Kolega z pracy ofiarował mi wówczas tomik swojej poezji wydany kilka lat temu w bardzo niewielkim nakładzie. Moją uwagę niemalże natychmiast zwrócił jeden z wierszy, którego początkowo – nie wiadomo dlaczego – nie połączyłam z bliskim sercu obrazem. Podświadomie jednak często do wiersza tego wracałam i powtarzałam go w myślach. Za wiedzą i zgodą jego autora, przytaczam poniżej treść wiersza.

Marcin Mario Weiss, z tomiku Hobby życiem zwane

ŻYJ NIE TAK

Żyj nie tak jak …

lecz jak chciałbyś żyć.

Jeszcze będzie pięknie, jeszcze sobie stokrotki pozrywasz

pośród łąki czterolistnych koniczyn;

żyj tak jak chciałbyś żyć naprawdę,

bądź z siebie dumny i nie przejmuj się niczym.

I miej zawsze choćby najmniejszy flakonik

gotowy na kwiatki.

Opole, 1997.11.09

Wszystkie fotografie zawarte w artykule – archiwum prywatne.

1 Tytuł artykułu nawiązuje do ostatniej książki Jana Pawła II, pt. Pamięć i tożsamość; tytuł został świadomie przeze mnie sparafrazowany po to, aby odróżnić go od oryginalnego brzmienia tytułu książki Papieża, pozostając jednocześnie w pewnej z nim łączności.

2 Najwybitniejszą powieścią strumienia świadomości jest Ulisses Jamesa Joyce’a.

3 cyt. Johann Wolfgang von Goethe, Faust

4 Podobnie śpiewa w swojej lirycznej balladzie Runnin’ (Lose it All) amerykańska piosenkarka muzyki pop, Beyonce Knowless /If I lose myself, I lose it all/

Bóg się rodzi, moc truchleje!

Bóg się rodzi, moc truchleje,

Pan niebiosów obnażony;

Ogień krzepnie, blask ciemnieje,

Ma granice nieskończony.

Wzgardzony okryty chwałą,

Śmiertelny Król nad wiekami;

A Słowo Ciałem się stało

i mieszkało między nami.

Cóż masz niebo nad ziemiany?

Bóg porzucił szczęście twoje

Wszedł między lud ukochany,

Dzieląc z nim trudy i znoje;

Nie mało cierpiał, nie mało,

Żeśmy byli winni sami,

A Słowo Ciałem się stało

I mieszkało między nami.

W nędznej szopie urodzony,

Żłób mu za kolebkę dano.

Cóż jest, czem był otoczony?

Bydło, pasterze i siano.

Ubodzy, was to spotkało

Witać Go przed bogaczami,

A Słowo Ciałem się stało

i mieszkało między nami.

Potem i Króle widziani

Cisną się między prostotą,

Niosąc dary Panu w dani:

Mirrę, kadzidło i złoto;

Bóstwo to razem zmieszało

Z wieśniaczymi ofiarami;

A Słowo Ciałem się stało

i mieszkało między nami.

Podnieś rękę, Boże Dziecię!

Błogosław Ojczyznę miłą,

W dobrych radach, w dobrym bycie

Wspieraj jej siłę swą siłą.

Dom nasz i majętność całą,

I wszystkie wioski z miastami!

A Słowo Ciałem się stało

i mieszkało między nami.

Niemalże cały listopad i grudzień w naszym codziennym otoczeniu, a już w szczególności w centrach handlowych i rozgłośniach radiowych trwa „bożonarodzeniowy karnawał”. Wszechobecne reniferki i bałwanki, migocące lampki, coraz wyższe choinki, miasta świata prześcigające się w ilości zamontowanych na drzewkach i dekoracjach światełek, prezenty dla każdego w wyjątkowych, promocyjnych cenach… A w tle przedświątecznego zgiełku rozlegające się z głośników popularne amerykańskie hity „Last Christmas”, „Jingle Bells” itd. Trudno w całym tym chaosie odnaleźć prawdziwie bożonarodzeniowego ducha i właściwie przygotować się do przeżycia Świąt, tj. pamiętając o tym, czym jest poprzedzający Święto Adwent i wyczekiwanie na narodziny Boga. Czyż nie do tego właśnie sprowadzają się Święta Bożego Narodzenia. Mimo tego, że komercja robi wszystko, aby przyciągnąć uwagę i portfele potencjalnych klientów, są ludzie, którzy z nachalnie promowanej magicznej świątecznej atmosfery potrafią wydobyć to, co istotne i ważne. I Wam Drodzy Czytelnicy życzę, aby w tym przedświątecznym zabieganiu nikomu nie umknęła istota Świąt Bożego Narodzenia. Owszem, pamiętajmy o zakupach, porządkach, piernikach, prezentach dla bliskich – na wszystko to znajdzie się przecież czas. Ale nie zapominajmy przy tym o adwentowym wieńcu symbolizującym radosne oczekiwanie na narodziny Dzieciątka, o Pasterce i pięknych polskich kolędach, które przepełnione są tak bogatą treścią.

Gdy ktoś pyta mnie o ulubioną kolędę zawsze z marszu odpowiadam, że jest nią kolęda Bóg się rodzi. Moi bliscy opowiadali mi, że już od najmłodszych lat wykazywałam „szczególne zainteresowanie” tą pieśnią. Ilekroć w domu, w telewizji czy w kościele w mojej obecności śpiewano tę kolędę, tylekroć reagować miałam gromkim płaczem. Już pierwsze jej akordy wywoływały we mnie tak silną emocjonalną reakcję. Inne kolędy nie powodowały już tak spektakularnych efektów. Czy małe dziecko nie rozumiejąc jeszcze znaczenia słów kolędy i istoty Bożego Narodzenia może docenić ich wartość? Wydaje się to mało prawdopodobne. Trudno to wyjaśnić, jednakże z perspektywy lat tłumaczę to sobie szczególnym charakterem tego utworu i jego wyjątkową melodią. Do dziś istnieje we mnie szczególnego rodzaju przywiązanie, zachwyt i wzruszenie, które zawsze towarzyszą mi w sytuacji, gdy słyszę lub śpiewam tę kolędę.

Trzeba przyznać, że kolęda Bóg się rodzi zdecydowanie wyróżnia się na tle wszystkich pozostałych polskich kolęd. Nieprzypadkowo już dawno zyskała miano ich królowej. Tekst Pieśni o Narodzeniu Pańskim – bo tak brzmiała pełna, pierwotna nazwa utworu Franciszka Karpińskiego – został napisany na zamówienie księżnej Izabeli z Czartoryskich Lubomirskiej. Kolęda została opublikowana w 1792 r. w obszernym zbiorze pt. Pieśni nabożne liczącym dwadzieścia dziewięć utworów1; po raz pierwszy zabrzmiała natomiast w tym samym roku w Starym Kościele Farnym w Białymstoku. Wkrótce po opublikowaniu tekst kolędy zaczął być również wyśpiewywany, choć początkowo melodia utworu nie była jednoznacznie jej przypisana. Nie określono również precyzyjnie, kto jest autorem współcześnie obowiązującej melodii kolędy. Niektóre źródła podają, iż może mieć ona ludowe pochodzenie; wg innych źródeł utrzymana w rytmie poloneza melodia przypisywana jest Karolowi Kurpińskiemu. Jeszcze inne dane wskazują zaś, iż melodię utworu stanowi polonez koronacyjny królów polskich z czasów Stefana Batorego2.

Dla nauczyciela-polonisty kolęda Bóg się rodzi będzie zawsze przedmiotem szczególnego zainteresowania i punktem odniesienia podczas lekcji dotyczącej analizy środków stylistycznych, konkretnie zaś jako bogate źródło oksymoronów3. Cała pierwsza strofa utworu przepełniona jest bowiem przykładami tzw. epitetów sprzecznych. Ogień krzepnie, blask ciemnieje, ma granice nieskończony itd. – skumulowanie tak wielu zaprzeczeń w jednej strofie w zamyśle twórcy utworu miało odzwierciedlić wszechmoc, potęgę i tajemnicę Boga jednocześnie. Treść utworu wydaje się być niezwykle podniosła i patetyczna i tak jest w istocie, jednakże warto zauważyć, że Karpiński opisując sprawy niezwykłe nie posługuje się wcale skomplikowanym, wyszukanym słownictwem. Używa prostych, zrozumiałych przez wszystkich wyrazów, których umiejętne zestawienie tworzy dopiero niepowtarzalny charakter tego utworu. Niewątpliwie atmosfery podniosłości i powagi dodaje również zastosowanie w każdej strofie biblijnego cytatu: A Słowo Ciałem się stało i mieszkało między nami4. Ostatnia strofa kolędy stanowi natomiast rodzaj błogosławieństwa Ojczyzny i jej mieszkańców przez nowonarodzone Boże Dziecię.

Doceniam wartość wszystkich polskich kolęd i chętnie je wyśpiewuję, jednakże kolęda Bóg się rodzi na zawsze pozostanie dla mnie wyjątkową i najpiękniejszą spośród nich. Wydaje mi się zresztą, że niebywałą wartość i wyjątkowość tego utworu doceniają generalnie wszyscy – to ta właśnie kolęda wykonywana jest zazwyczaj jako finał największych koncertów kolęd; podczas Mszy św. również ma swoje wyjątkowe miejsce. Przy świątecznym stole mamy zawsze okazję do rodzinnego spotkania, spędzenia wspólnie wyjątkowego czasu. Dobrym zwyczajem jest również wspólne śpiewanie kolęd. Mamy dziś wprawdzie szereg możliwości w postaci płyt z kolędami, koncertów kolęd w stacjach radiowych, telewizji itp., jednakże osobiście polecam Państwu samodzielne śpiewanie kolęd w gronie rodzinnym. Dobrym rozwiązaniem są również płyty z zapisem jedynie linii melodycznej. Przy świątecznym stole proszę pamiętać w szczególności o Pieśni o Narodzeniu Pańskim.

Niech słowa załączonej do niniejszego artykułu kolędy będą dopełnieniem moich serdecznych świątecznych życzeń, jakie do Państwa kieruję.

Wolni czy ograniczeni?

Uwielbiam piosenkę Chłopców z Placu Broni pod tytułem Kocham wolność. Świetna muzyka, dobry tekst – „tak niewiele” słów, a jednak w zupełności wystarczająco2. To wspaniałe, że mimo upływu lat można jej wciąż posłuchać w tak wielu rozgłośniach radiowych. Dlaczego ta piosenka jest dla mnie szczególna? Odpowiedź będzie banalna – ponieważ też kocham wolność.

WOLNI

Pojęcie wolność w ostatnich latach, zwłaszcza zaś w roku bieżącym, tj. w kontekście tegorocznego święta 100-lecia odzyskania przez Polskę niepodległości, odmieniono już niemalże przez wszystkie przypadki. Niewątpliwie godne uznania jest, że przeżywanie okrągłej rocznicy odzyskania niepodległości nie sprowadza się w Polsce tylko i wyłącznie do organizacji uroczystości państwowych w tym jednym, szczególnym dniu 11 listopada 2018 r. Praktycznie od początku roku o polskiej wolności i niepodległości mówiono i mówi się nadal wiele, tj. tak bezpośrednio, w toku merytorycznych, historycznych debat z udziałem specjalistów i znawców tematu, warsztatów przeprowadzanych w szkołach dla dzieci i młodzieży itp., jak i pośrednio poprzez produkcję i transmisję historycznych filmów i seriali, organizację koncertów pieśni patriotycznych itd. Odwzorowany z rękopisu Józefa Piłsudskiego napis „niepodległa” w kolorze czerwonym stał się logotypem 100-letniej rocznicy odzyskania niepodległości, symbolem firmującym wszystkie wydarzenia wpisujące się w założenia obchodów naszego narodowego święta, a tych – jak sami jesteśmy świadkami – przygotowano naprawdę wiele. To wspaniałe, że wedle wszystkich wskazujących na to prognoz tak donośne wydarzenie zostanie przez Polaków w kraju i za granicą uczczone w dniu 11 listopada w patetyczny i podniosły sposób. Zewsząd docierają bowiem do nas sygnały o podejmowanych przez włodarzy miast i gmin szeregach inicjatyw, mających na celu uświetnienie przeżywania przez nas, Polaków, tego jakże radosnego święta. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że świętowanie nie zostanie zakłócone – w szczególności w stolicy naszego kraju – przez żadne środowiska, które już w latach ubiegłych pokazały, w jaki sposób „świętować” raczej nie należy.

Wolność narodu – upragniona, pożądana, bezcenna. Okupiona cierpieniem, wyrzeczeniem i trudem wielu bezimiennych przodków. Odzyskana, wywalczona, lecz – cytując wyłącznie ku przestrodze – nie dana raz na zawsze3. Tym bardziej należy ją pielęgnować, zachowywać w pamięci wydarzenia minione i doceniać wszystko to, czego udziałem jesteśmy dzisiaj. Pozostaje również mieć nadzieję, że każdy lub przynajmniej większość z nas w pełnej zgodzie z samym sobą mógłby ze wzruszeniem i prawdziwą radością zanucić dziś słowa jeszcze jednej, jakże pięknej pieśni, cyt. „ja to mam szczęście, że w tym momencie, żyć mi przyszło w kraju nad Wisłą, ja to mam szczęście”4.

Cóż to jest… Wolność?

Wolność to jednak nie tylko niepodległość. Kiedy wypowiadam słowo wolność, na myśl przychodzi mi obraz znacznie szerszy aniżeli wyłącznie dosłowny – w tym jak i wyżej omówiony, patriotyczny – wymiar tego słowa. Myślę tu raczej o wolności rozumianej w sposób globalny i uniwersalny, tj. dotyczący każdego człowieka, jednostki, niezależnie od narodowości czy koloru skóry. Myślę o wolności niczym o jednym z zagadnień stanowiących odwieczne niejako pytania człowieka: o sens, byt, istnienie, wolność, śmierć itp. Bo przecież choć wydaje się, że o wolności powiedziano już wszystko, to parafrazując biblijne pytanie „Cóż to jest Prawda?” można by również zapytać Cóż to jest Wolność? Prawdziwa Wolność?

Nie wiem, czy potrafię nawet stworzyć taką definicję, dać precyzyjną odpowiedź. Są takie pytania, na które odpowiada się łatwiej poprzez omówienie zaprzeczenia, tj. udzielając odpowiedzi na pytanie, czym dane zjawisko raczej nie jest. I tak, można być przecież człowiekiem wolnym (w znaczeniu człowieka niezależnego, żyjącego w niepodległym, suwerennym kraju), będąc przy tym jednocześnie tak mocno zniewolonym i ograniczonym poprzez okoliczności życia, konwenanse, poprawność, narzucone odgórnie ramy itd. Nie jest to wolność prawdziwa, o jakiej myślę i do jakiej dążę. Jest w niej bowiem jakaś sprzeczność, której zresztą dzisiejszy świat jest pełen. To tak jak – porównując – można w dzisiejszym świecie, mając do dyspozycji wszelkie z możliwych najnowszych urządzeń nawigacyjnych, dosłownie „zgubić się” (w znaczeniu „zagubić się”) na krótkim, znanym sobie doskonale odcinku; w przenośni – zagubić się na jakimś odcinku własnego życia, mając do dyspozycji wszelkie udogodnienia i wygody, jakie oferuje nam dzisiaj świat.

Nie wszystko da się precyzyjnie zdefiniować. Zwłaszcza w odniesieniu do pojęć abstrakcyjnych, których całe bogactwo zawartych w nich treści uniemożliwia zamknięcie opisu w kilkunastu nawet zdaniach. Z wolnością też jest trudno. Tym bardziej, że jak sama zauważam po sobie, najprawdopodobniej w każdym człowieku istnieje jakaś niewymowna tęsknota za wolnością prawdziwą, niezdefiniowaną właśnie, tj. taką, którą choć chciałabym, to nie potrafię ująć w żadne sensowne słowa. Dla mnie, jako dla osoby wierzącej, jest to wewnętrzna tęsknota za wolnością, której udziałem staniemy się dopiero kiedyś, tj. w przyszłym życiu, zjednoczeni z Bogiem. Każdemu pozostawiam jednak jego własną interpretację, zgodną również z indywidualnymi przekonaniami.

OGRANICZENI

Choć spotykam się często z krytyką w obszarze mojego podejścia do nowinek technicznych, to przyznaję, że mam spory dystans do wszechobecnych elektronicznych gadżetów. Na wielu polach dają i dały nam one wprawdzie wspaniałe możliwości, jednakże w ostatecznym rozrachunku zauważam w nich więcej szkody niż pożytku. Ktoś powie – skąd wzięły się tutaj nagle technologiczne nowinki! Jaki związek mają z tematem wolności?

Mam nieraz wrażenie, że urządzenia i rozwiązania, które w dobrym pierwotnie założeniu miały się stać pomocne człowiekowi, w którymś momencie przejęły kontrolę nad nim samym. Młode pokolenie zachwycone jest wręcz możliwościami jakie dają niezliczone kolorowe, wciąż uświetniane dotykowe wyświetlacze. Aplikacje. Gry. Komunikatory. Media społecznościowe. Zdjęcia – selfie. Rozmowy sprowadzone do klikania. Przesyłane hurtem śmieszne – lub mniej – filmiki i memy. Internetowe „wyzwania” lub gry rodem z piekła, stanowiące realne zagrożenie życia i zdrowia dla nieświadomych ogromnego niebezpieczeństwa dzieci i młodzieży. Nie sposób wymienić wszystkich dziwactw jakże otwartego na nowości Internetu. O ironio, im więcej nowoczesnych, „wspaniałych”, otwartych i kuszących świeżością rozwiązań, jakie podsuwają nam internauci, producenci supersprzętów itd., tym bardziej czuję się ograniczona. Dosłownie i w przenośni.

Znamienny obraz dzisiejszego świata uwieczniono na szczególnej fotografii, która obiegła niedawno cały świat. Papieża Franciszka podczas wizyty w USA witały tłumy. Większość przybyłych przejeżdżającego tuż obok nich Papieża ujrzała jednak wyłącznie na… ekranie smartfona, tj. robiąc mu zdjęcie lub nagrywając filmik. Tylko jedna starsza kobieta wyraźnie wyróżnia się na zdjęciu – oparta o barierkę z uśmiechem i refleksją spogląda w stronę szczególnego gościa. Fotografia wiele mówi o kondycji współczesnego świata.

Zostawmy na chwilę techniczne cudeńka i w poszukiwaniu wolności bez granic pójdźmy dalej. Zaszczytnie promowane są dzisiaj hasła typu „bronimy każdej inności, idei, myśli etc.”! I choć w zupełności tego faktu nie neguję, ani też nikomu nie śmiem odbierać prawa do własnych poglądów, to zauważam, że pod sztandarem forsowanej zaszczytnym hasłem, fałszywie zawoalowanej jednak jakże często wolności, środowiska tak szumnie występujące w obronie takiej czy innej idei są w stanie jednocześnie zupełnie stłamsić i w okrutny sposób zdyskredytować każdą inną jednostkę, grupę, formację, która ośmieli się próbować wejść z nimi w konstruktywny dialog, czy też co gorsze wystąpić ze zdaniem odmiennym. I taka to często w praktyce możliwość dialogu, szukania porozumienia i głoszonej głośno tolerancji. A jeśli do czegoś tylko „wtrąci” się nie daj Boże kościół katolicki, to już tym bardziej szumnie i medialnie podniesione zostanie, że dokonano właśnie zamachu na szeroko rozumianą wolność człowieka – nie zastanawiając się nawet przy tym, że być może – o ironio – to właśnie w obronie ludzkiej wolności i godności swoje zdanie kościół wyraził.

Sporo pułapek i sprzeczności w tym współcześnie nieograniczonym świecie. Zachłyśnięci wolnością, nieograniczonością – czy to w Internecie, w rzeczywistym świecie, czy w jakiejkolwiek dziedzinie życia – w rzeczywistości budujemy sobie coś w rodzaju złotych klatek5, z których ciężko się wydostać na powietrze. A stamtąd do prawdziwej wolności już daleko.

Refleksyjnie

100-lecie odzyskania niepodległości niech stanie się okazją do refleksji nad istotą Wolności – w szerokim tego słowa znaczeniu. Moja muzyczna propozycja dla Państwa na ciche listopadowe wieczory – z racji wzniosłego tematu przewodniego – oprócz dwóch wymienionych już w treści artykułu piosenek obejmuje także „Nie pytaj o Polskę” Obywatela G.C.

Nie zapominajmy również w szczególności o bogatej liście patetycznych, wzruszających pieśni patriotycznych, które zawsze – nie tylko przy okazji świąt narodowych – są okazją do pogłębionej refleksji o tym co było, jest i będzie.

Naturooporni

Wróćmy na jeziora,

Na wędrowny rejs;

Znajdziesz tam cel swojej drogi

Wśród szumiących drzew!

„Ostatnie dziecko lasu”

Specjaliści biją na alarm. Pojawiła się nowa jednostka chorobowa określana mianem syndromu deficytu natury. Wprawdzie nie opisano jej jeszcze w uznawanej na całym świecie klasyfikacji ICD-101, ale być może to jedynie kwestia czasu, gdyż problem sukcesywnie narasta, obejmując coraz to szersze grono zwłaszcza dzieci i młodzieży. Najogólniej rzecz ujmując, wspomniany syndrom oznacza zespół zachowań wynikających z braku, albo też z ograniczonego do minimum kontaktu z naturą. To zaś zdaniem uczonych prowadzi często do rozwoju zaburzeń typu ADHD, alergii i innych.

Burzliwe dyskusje wśród pedagogów, psychologów, lekarzy rozmaitych specjalności wywołała przetłumaczona na kilkanaście języków książka Richarda Louv’a pt. „Ostatnie dziecko lasu”, w której autor szukając odpowiedzi na pytanie, co właściwie doprowadziło do takiego stanu rzeczy, wskazuje na diametralną różnicę przeżywania okresu dzieciństwa kiedyś i dziś. Czy to stwierdzenie powinno nas dziwić?

Wspomnienie moich dziecięcych zabaw automatycznie wiąże się z przydomowym podwórkiem. Domowe albumy wypełnione są zdjęciami, na których pozuję z kotem, psem, czasem z kurą czy nawet krową. Posiadam i inne – przy gotowaniu zupy z ogrodowych kwiatów i badyli, albo na których pozuję z umorusaną buźką czy też w ubłoconych kaloszach po „wytaplaniu” się w poburzowej kałuży. Jeszcze weselsze dziecinne zabawy na łonie natury znam z opowiadań rodziców o ich młodzieńczych latach. Niewiele było im trzeba, wystarczył rower, drzewo, polana, jakiś kij i sznurek – żadne tam wymyślne, kolorowe, a już na pewno nie elektroniczne zabawki. Ot i recepta na przednią zabawę, najlepszą oczywiście na świeżym powietrzu.

Dziś wygląda to nieraz zgoła odmiennie. Słyszę często jak znajomi-rodzice opowiadają, że z trudem przychodzi im zachęcenie dzieci do wyjścia na podwórko. Zabawa po szkole sprowadza się raczej do komputerowej gry lub obejrzenia filmu lub bajki we własnym telefonie. Na każdym kroku spotykamy zresztą zapatrzonych w świecące ekrany nastolatków. I nie tylko nastolatków. Dziś nawet „rozmowa” w gronie rówieśników, czy to na polu zawodowym, może sprowadzać się do klikania do siebie nawzajem, pozostając przy tym w swoim bezpośrednim towarzystwie, w odległości 1-2 metrów od siebie. Pewnie nie mogłabym w to uwierzyć, gdybym sama nie była świadkiem takich „konwersacji”.

Naturalne ≠ sztuczne

Zostawmy na chwilę kontakt z naturą, pozostając jednak przy pokrewnej naturze naturalności. A ściślej rzecz ujmując – przy jej przeciwności. Spoglądając bowiem szerzej stwierdzam, że wokół nas zapanował istny przesyt tego, co sztuczne. Od niewinnych, nawilżających kropli do oczu, zwanych potocznie „sztucznymi łzami” zaczynając (od nadmiaru elektronicznych cudeniek, w które wpatrują się codziennie nasze oczy, zaburzone zostało u wielu z nas wytwarzanie naturalnego filmu łzowego), zahaczając o modyfikowaną genetycznie żywność, aż na ofiarach współczesnej mody na operacje plastyczne kończąc. Nawiasem mówiąc, przesadnie nabotoksowane twarze z wypełnionymi do granic możliwości kwasem hialuronowym ustami nie budzą mojego zaufania, mało tego – burzą pojęcie estetyki. Spośród całej listy „sztuczności”, którą można byłoby przecież mnożyć w nieskończoność, obronić mogę sztuczne futra i sztuczne szczęki. Bo sztuczna szczęka to przy tym wszystkim przysłowiowy pikuś.

Jakby tego było mało, w jednym z artykułów prezentujących nowoczesne przedsiębiorstwo przeczytałam, jak to przedstawiciel firmy produkującej roboty humanoidalne tłumaczy, że w Japonii jest dziś przecież rzeczą zupełnie normalną, iż roboty traktowane są jak członkowie rodziny, w tym, że zasiadają z rodziną do posiłków. Choć w mojej ocenie przytoczona wyżej sparafrazowana wypowiedź poza milczeniem nie wymaga żadnego innego komentarza, to jednak siłą rzeczy ciśnie mi się na usta: Człowieku, nie neguję Twoich upodobań, ale mimo wszystko mam nadzieję, że oprócz aluminiowego przyjaciela masz jeszcze z kim zjeść śniadanie! Gepetto też wystrugał sobie z drewna kukiełkę, którą nazwał Pinokiem. I nawet z nim jadał. Pinokio ostatecznie wprawdzie ożył, tyle tylko, że to była bajka, a nie prawdziwe życie!

Przepowiednia Einsteina głosi: „Kiedy wyginie pszczoła, rodzajowi ludzkiemu pozostaną już tylko cztery lata”. Zadam zatem zasadne pytanie: czy wymyślono już sztuczną pszczołę na wypadek gdyby te naturalne…? Raczej nie. Wymyślono za to mnóstwo powodów (m.in. nawozy i wszelakie ulepszacze), dla których pszczoły, a idąc tokiem myślenia Einsteina również my, możemy wkrótce wyginąć.

Qvo vadis?

Zabrzmi to pewnie górnolotnie, ale dokąd zatem zmierzamy? Do czego to wszystko, o czym wspomniałam wyżej, prowadzi? Einstein był mądrym człowiekiem – z tym nikt polemizować raczej nie będzie – dlatego też zacytuję go ponownie. Ów mąż miał wypowiedzieć swego czasu bardzo ponure i budzące grozę słowa: „Nie wiem jaka broń będzie użyta w trzeciej wojnie światowej, ale czwarta będzie na kije i kamienie”. Czy tak potoczą się losy świata? Z pewnością lepiej byłoby dla nas, gdybyśmy nie musieli się o tym przekonywać na własnej skórze. Zdaje się zresztą, że nie potrzeba kolejnej wojny światowej, tej jak możemy jedynie przypuszczać nuklearnej, chwilowej, gdyż swoim zachowaniem i postawą sami – mówiąc globalnie o mieszkańcach Ziemi – zmierzamy ku zagładzie. Wycinki lasów, ingerencja w naturalne środowisko itd., itp. Przyroda coraz częściej i głośniej ostrzega nas i daje nam znać, że znów przekroczono jakąś granicę. Czy nie jesteśmy już jednak na takim etapie, że względna „normalność” i całkowita naturalność powrócić mogłyby już tylko wtedy, gdyby znów przyszło nam krzesać ogień i wymyślać koło? Mam nadzieję, że wciąż nie jest za późno. Byleby obudzić się wreszcie z letargu. I choć nie było moim celem wprowadzenie kogokolwiek w ponury nastrój, to jednak najwyraźniej jesienna aura udziela się również mojej pisarskiej manierze. A może chodzi raczej o to, że czasem jedynie dosadne i drastyczne wręcz argumenty mogą skłonić nas do głębszej refleksji.

Dla przeciwwagi podam jeszcze kilka napawających optymizmem przykładów. Nie sposób bowiem nie dostrzec również pozytywnych inicjatyw podejmowanych przez rozmaite środowiska. I tak przez ponad rok miałam okazję uczestniczyć w realizacji projektu edukacyjnego, w ramach którego uczniowie szkół podstawowych wzięli udział w szeregu zajęć przeprowadzonych poza szkolnymi murami. Jako że pobudzanie ciekawości, rozwijanie, a następnie właściwe ukierunkowanie zainteresowań i pasji dzieci i młodzieży odgrywa niebagatelną rolę zwłaszcza na początkowym etapie procesu edukacji, najmłodszych badaczy tajników przyrody zaproszono do udziału w zajęciach przeprowadzanych m.in. w gospodarstwach edukacyjnych i w Nadleśnictwie Państwowym. Starannie przygotowane i przemyślane zajęcia stanowiące alternatywę dla standardowych, codziennych lekcji w szkole stały się dla uczestniczących w nich dzieci źródłem zarówno wiedzy, jak i wielu niezapomnianych wrażeń. Wspólne przygotowanie soku, wypiekanie chleba, budowa ula, wytyczanie grządek i rabat, poznanie zwierząt gospodarskich – to tylko kilka wybranych inicjatyw, których udziałem stały się dzieci uczestniczące w projekcie. Klasyczne połączenie przyjemnego z pożytecznym, duża doza przydatnej wiedzy „przemycona” niejako w toku wesołej zabawy.

W krajach skandynawskich, ale również w Niemczech, Austrii, Japonii, USA, a ostatnimi czasy również w Polsce coraz większą popularnością cieszą się natomiast tzw. leśne przedszkola. To, co wyróżnia przedszkola tego typu, to z jednej strony ich usytuowanie (na łące, w lesie lub na plaży), proporcja czasu spędzanego pod gołym niebem względem czasu spędzonego w pomieszczeniach „przedszkolnych” (np. w pobliskiej leśniczówce, glinianej chacie), która wynosi około 80% do 20%, ale również fakt, iż przewodnikami dzieci w odkrywaniu tajników przyrody są tam prawdziwi jej miłośnicy – ludzie z charyzmą, którzy w namacalny sposób pozwalają dzieciom zgłębić tajniki otaczającej nas przyrody. Jest oczywiście jeszcze sporo innych przykładów „in plus”, które można byłoby przytoczyć. To wspaniałe, że znajdują się ludzie, którzy świadomi czyhającego na nas niebezpieczeństwa podejmują zasługujące na duże uznanie przedsięwzięcia.

Kończąc – ostatnie słoneczne i w miarę ciepłe dni roku proponuję spędzić na świeżym powietrzu. Park, las, a może po prostu zacisze ogrodu? Pamiętajmy o ogrodach, przecież stamtąd wyszliśmy!

Pamiętajcie o ogrodach –

Przecież stamtąd przyszliście

W żar epoki użyczą wam chłodu

Tylko drzewa, tylko liście!

Specjalista od wszystkiego

Zawsze byłam ambitną uczennicą. Lubiłam się uczyć, czerwony pasek na świadectwie nie stanowił dla mnie większego problemu. Dziś, z perspektywy trzydziestoparolatki wiem, że niestety nie ma on większego znaczenia, a już na pewno nie zadecyduje o tym, w którym miejscu znajdziemy się kilkanaście lat później. Pytanie, czy gdybym wówczas, tj. w czasach szkolnych, była bogatsza o dzisiejsze życiowe doświadczenie, uczyłabym się inaczej? Raczej nie. Mniejsza o to. Rodzice i dziadkowie widząc moje zaangażowanie w naukę na każdym polu, tj. w ramach każdego przedmiotu, dążenie do bycia dobrym, czy nawet najlepszym powtarzali, że nie można być dobrym we wszystkim. Coś w rodzaju powtarzanego często potocznie – jeśli ktoś zna się na wszystkim, to znaczy, że nie zna się na niczym, w znaczeniu – nie zna się na niczym dobrze.

Rokrocznie w okresie wakacji i we wrześniu spoglądam na oferty edukacyjne lokalnych uczelni. Z dużą uwagą śledzę zazwyczaj bogatą ofertę studiów podyplomowych. Chęć uczenia się, studiowania, pogłębiania wiedzy żyje we mnie bowiem nadal. Przy okazji z ciekawością spoglądam zawsze na ofertę mojej Alma Mater, w szczególności na kierunki proponowane obecnie studentom przez Instytut, który sama ukończyłam. Jak się okazuje, w okresie kilkunastu lat wiele się zmieniło. Wielu kierunków i specjalności sprzed blisko piętnastu lat – jak dla mnie w pewnym sensie podstawowych i oczywistych, stanowiących trzon w instytutach, które je prowadziły – już dzisiaj nie ma. Są nowe, współczesne. Ich nazwy brzmią intrygująco, przyciągają uwagę i zainteresowanie potencjalnych studentów.

I wydawać by się mogło, że nie ma w tym nic dziwnego. Oferta edukacyjna musi być elastyczna – dostosowuje się przecież stale do zmieniających się potrzeb „tu i teraz”. Zmieniają się czasy, a co za tym idzie, oczekiwania i wymagania względem przyszłych absolwentów. Inną sprawą jest, że w ostatnich latach znacząco zwiększyła się liczba szkół wyższych, zwłaszcza zaś tych oferujących kształcenie na kierunkach humanistycznych . Wspomnieć przy tym należy, iż proporcjonalnie wzrasta również liczba absolwentów uczelni wyższych. Dawniej dyplomem ukończenia studiów wyższych pochwalić się mogli nieliczni; dziś dyplom pozostaje na wyciągnięcie ręki dosłownie każdego, kto legitymuje się świadectwem dojrzałości. Dane statystyczne bezpośrednio wskazują, iż wśród dzisiejszych trzydziestolatków wyższe wykształcenie posiada co trzecia osoba, zaś wśród pięćdziesięciolatków – jedynie co dziesiąta. Dlatego też to niejako zrozumiałe, że trwa zacięta walka o każdego studenta, która na sile przybiera szczególnie w okresie rekrutacyjnym. Niemniej jednak trudno jest mi zrozumieć fakt, iż uczelnie prześcigają się w otwieraniu wciąż nowych i bardziej wymyślnych kierunków, poniekąd w myśl zasady – im ciekawsza nazwa, tym większa szansa na „zdobycie” studenta. Ot i marketing edukacyjny w czystej postaci.

Pojawiają się kierunki łączące w swej nazwie kilka stanowiących jak dotąd odrębne dziedziny nauczania fakultetów. Są to swoiste hybrydy, które rodzą w zapoznających się z ofertą pytanie – jakie będą uprawnienia kończących dany kierunek absolwentów, czy też po prostu – kim w rzeczy samej będą ich absolwenci? Prawnikami? Filologami-poliglotami? Czy ekonomistami? A może raczej trzy w jednym. Oczywiście jest to jedynie ponury żart. Nie przypuszczam bowiem, by cokolwiek zmieniło się w ostatnim czasie, jak również w przyszłości i aby prokuratorem lub adwokatem mógł zostać absolwent jakiegokolwiek innego – jak zwał tak zwał – kierunku, aniżeli najczystsze w swej postaci Prawo.

Myślę jednak, że każdy, kto studiował na uczelni wyższej, zetknął się w toku studiów nie tylko z kierunkowymi przedmiotami, ale z całą gamą przedmiotów im towarzyszących. Na studiach filologicznych oprócz stanowiących trzon wybranych przeze mnie kierunków, tj. kanonu literatury rosyjskiej i polskiej, miałam sporo przedmiotów z dziedziny prawa, filozofii, logiki itp. Nikomu jednak nie przyszło wówczas do głowy, by nazwać kierunek „filologia (…) i prawo”, czy też „filologia z filozofią”. Dziś tego rodzaju zestawienia – jak się przekonałam w toku wyrywkowej analizy ofert edukacyjnych – wcale nie są wykluczone .

„Wygibasy” szkół wyższych przestają zadziwiać, budzą raczej zdumienie. Kilka lat temu jeden z polskich kabaretów przedstawił skecz, w którym prześmiewczo pokazano jak rektor uczelni pokornie zabiega o studentów przyjmując dosłownie każdego chętnego, który się zgłosi, byleby ostatecznie zgadzała się liczba studentów, a w przypadku studiów zaocznych suma na koncie jednostki. W edukacyjnych wyścigach coraz częściej chodzi o ilość, jakość staje się sprawą drugorzędną. To przykre, zwłaszcza dla absolwentów, którzy oceniani są później globalnie przez pryzmat obniżonego poziomu nauczania. Wabi się studentów coraz to wymyślniejszymi hasłami, nazwami kierunków i specjalności coraz częściej tak szerokich, że w ocenie wybierających automatycznie rodzi się myśl: wybiorę ten kierunek, gdyż da mi tak wiele możliwości. I chciałoby się dodać do tej myśli – zostanę specjalistą od… no właśnie – specjalistą od wszystkiego?!

Patrząc z drugiej strony, podejście do nauczania, tak na poziomie szkolnym jak i akademickim, ma dziś szeroki, holistyczny charakter również w innym znaczeniu – czego wcale nie neguję. Od wielu lat zauważalna jest tendencja do uposażania osób uczących się zarówno w konkretną wiedzę, jak i kształtowania w nich wielu przydatnych umiejętności, w tym umiejętności samodzielnego poszukiwania i pogłębiania wiedzy, znajdowania odpowiedzi na nurtujące pytania, tj. studiowania tematu w szerszym aniżeli dosłowne tego słowa znaczeniu. Niewątpliwie tego typu umiejętności znacząco przydadzą się następnie w dalszej zawodowej – ale i nie tylko – drodze.

Jeśli jednak do całego procesu edukacyjnego dodamy na koniec wszechobecny dziś aspekt psychologiczny, tj. usilnie promowane w młodych ludziach postawy bazujące na budowaniu własnej samooceny, kształtowaniu poczucia własnej wartości, służące temu m.in. inspirujące mowy motywacyjne zachęcające słuchaczy do działania (moim zdaniem przybierające często rodzaj niezdrowej manipulacji) – wyłoni nam się obraz współczesnego adepta stawiającego pierwsze, bardzo śmiałe kroki na drodze zawodowej. Pewność siebie czy też świadomość własnej wartości nie jest oczywiście cechą złą, pod warunkiem, że nie wbija człowieka w samouwielbienie i nie pozbawia go pokornej i obiektywnej oceny własnych możliwości i umiejętności. Jak zawsze zresztą – przesada nie prowadzi do niczego dobrego. Daleka jestem od siana defetyzmu, jednakże pośrednio, czy też bezpośrednio, mam styczność z młodymi absolwentami uczelni wyższych – spotykam ich tu i ówdzie, słyszę stąd i owąd o rozpoczynających kariery zawodowe świeżo upieczonych adeptach szkół wyższych, będących przekonanymi o własnej świetności i niezawodności, stawiających już u progu pracodawcy śmiałe wymagania w postaci kwot oczekiwanego wynagrodzenia netto, niejednokrotnie zwalając przy tym z nóg wieloletnich pracowników firm. Liczba „specjalistów od wszystkiego” rośnie, choć – jak zawsze powtórzyć trzeba – nie mogę i nie śmiem przy tym generalizować.

To tyle moich październikowych refleksji. Dosłownie przed chwilą rozpoczął się kolejny rok akademicki. Po raz kolejny wybrzmiał Gaudeamus igitur. Pozostaje jedynie mieć nadzieję, że świeżo upieczeni studenci dokonali świadomego i racjonalnego wyboru, nie wpadając przy tym w marketingowe pułapki uczelnianych władz. Wszak 3- lub 5-letnia przygoda winna stać się dla nich początkiem obiecującej kariery zawodowej, okresem wytężonego wysiłku umysłowego, ale również dobrej, studenckiej zabawy obfitującej w niezapomniane wrażenia.

Wszystkim studentom – „starym”, „nowym”, „wiecznym” – życzę powodzenia!

Dobre, bo… zachodnie?!

Swego czasu dużą popularnością cieszyło się hasło „Dobre, bo polskie”. Certyfikatem tego prestiżowego godła firmowano wysokojakościowe polskie produkty spełniające oczekiwania najbardziej nawet wymagających odbiorców. Z czasem ów slogan obejmować zaczął coraz szerszy krąg znaczeń; powstał m.in. zatytułowany w ten sposób program telewizyjny, w którym prezentowano sylwetki polskich przedsiębiorców z powodzeniem prowadzących własny biznes tak w kraju, jak i za granicą. Wyrażenie na trwałe weszło również do języka ogólnego i potocznego dla oznaczenia tych obszarów i zagadnień rodzimego pochodzenia, które wskazywać miały na ugruntowaną pozycję naszego kraju również na arenie międzynarodowej. Piękna i szlachetna to inicjatywa, zwłaszcza, że jako kraj faktycznie mamy tak wiele do zaoferowania .

Niemniej jednak mam nieodparte wrażenie, iż zachodni styl życia i niejednokrotnie nachalne niemalże promowanie zachodnich wzorców i nurtów na stałe zadomowiło się w naszej codziennej przestrzeni. Pozorny w mojej ocenie powab zachodu przynosi nam niejednokrotnie więcej szkody niż pożytku. W porównaniu z obcymi „trendami” na wielu polach wciąż niepotrzebnie odczuwamy swoją niższą i wycofaną pozycję. Tytułem wyjaśnienia, rzecz bynajmniej nie w tym, aby przekonywać kogokolwiek, że polskie = dobre, zaś zachodnie = złe . Nie sposób przecież nie docenić dorobku innych cywilizacji i kultur w zakresie zdobyczy technologicznych, naukowych itp., z których korzystamy niemalże na każdym kroku. Rzecz raczej w tym, by nie umniejszać temu, co rodzime oraz wyzbyć się przesadnej i bezrefleksyjnej oceny zachodnich nurtów jako jedynie słusznych, jak również aby unikać przyjmowania z góry tego co obce jako lepsze i właściwe. Znam zbyt wiele osób, które taką właśnie postawę prezentują, nie przyjmując przy tym żadnych racjonalnych argumentów na obalenie swoich twierdzeń.

Wszechobecne uwielbienie zachodnich tendencji zauważam na wielu płaszczyznach, m.in. w obszarze językowym, modowym, sytuacyjnym itp. Przytoczę jedynie kilka przykładów. I tak wszelakie pojęcia typu event, dead line, stanowiska typu product manager itp. na stałe weszły do naszego języka wypierając z niego polskie określenia dla oznaczenia ich odpowiedników. Zastanawiające – czy anglojęzyczne nazewnictwo stanowiska pracy dodaje mu zatem splendoru? Moda z wybiegów i stale odbywających się gdzieś w „wielkim świecie” popularnych tygodni mody /fashion week/ wkracza na ulice miast i wiosek, do szkół (!), jak i w przestrzeń oficjalną, tj. urzędniczą – niezależnie od tego, iż obiektywnie rzecz ujmując niejednokrotnie przyprawia ona człowieka w zdumienie. Nowe zwyczaje typu baby shower, a więc imprezy dla znajomych organizowane pierwotnie przez hollywoodzkie gwiazdy tuż przed mającym nastąpić rozwiązaniem, też niepostrzeżenie zadomowiły się u nas na dobre. Nie sposób nie wspomnieć również o szeregu nowych i „postępowych” kierunków, m.in. w obszarze światopoglądowym. Nachalne promowanie przez niektóre środowiska postaw typu pro-gender chwilami wykracza już poza granice dobrego smaku, a na pewno zdrowego rozsądku, dlatego też wolę pozostawić ten temat bez dalszego komentarza. I wcale nie o brak tolerancji tutaj chodzi.

Zachłyśnięcie się zachodem obserwowane było już od dawna. O modzie rodem z Francji – i to bynajmniej nie tylko w aspekcie modnej odzieży – pisał już bowiem prześmiewczo Mickiewicz. Są takie fragmenty epopei narodowej, do których często się powraca. Inwokacja, koncert Jankiela, czy też gra Wojskiego na rogu – to tylko niektóre z fragmentów, które obowiązkowo recytowaliśmy w szkole. Jest natomiast w Panu Tadeusza przy okazji nauki Sędziego o grzeczności bodajże mniej znany i powtarzany urywek, tj. mowa Podkomorzego wspominającego czasy, kiedy to na Litwie nastała moda francuszczyzny. Wspomniany fragment, zamieszony dla przypomnienia w załączeniu, jest jednym z wielu przykładów komizmu w Panu Tadeuszu . Mickiewicz w opisie osoby Podczaszyca w mistrzowski i sarkastyczny sposób pokazuje jakże i współczesne nam nieraz zaślepienie zachodnimi trendami.

Wtem brząknął w tabakierkę złotą Podkomorzy

I rzekł (…)

Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny

Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny! (…)

Pamiętam, chociaż byłem wtenczas małe dziecię,

Kiedy do ojca mego w oszmiańskim powiecie

Przyjechał pan Podczaszyc na francuskim wózku,

Pierwszy człowiek, co w Litwie chodził po francusku.

Biegali wszyscy za nim jakby za rarogiem,

Zazdroszczono domowi, przed którego progiem

Stanęła Podczaszyca dwukolna dryndulka,

Która się po francusku zwała karyjulka.

Zamiast lokajów w kielni siedziały dwa pieski,

A na kozłach niemczysko chude na kształt deski;

Nogi miał długie, cienkie, jak od chmielu tyki,

W pończochach, ze srebrnemi klamrami trzewiki,

Peruka z harbajtelem zawiązanym w miechu.

Starzy na on ekwipaż parskali ze śmiechu,

A chłopi żegnali się, mówiąc, że po świecie

Jeździ wenecki diabeł w niemieckiej karecie.

Sam Podczaszyc jaki był, opisywać długo;

Dosyć, że się nam zdawał małpą lub papugą,

W wielkiej peruce, którą do złotego runa

On lubił porównywać, a my do kołtuna.

Jeśli kto i czuł wtenczas, że polskie ubranie

Piękniejsze jest niż obcej mody małpowanie,

Milczał; boby krzyczała młodzież, że przeszkadza

Kulturze, że tamuje progresy, że zdradza!

Taka była przesądów owoczesnych władza!

“Podczaszyc zapowiedział, że nas reformować,

Cywilizować będzie i konstytuować;

Ogłosił nam, że jacyś Francuzi wymowni

Zrobili wynalazek, iż ludzie są rowni.

Choć o tym dawno w Pańskim pisano zakonie

I każdy ksiądz toż samo gada na ambonie.

Nauka dawną była, szło o jej pełnienie!

Lecz wtenczas panowało takie oślepienie,

Że nie wierzono rzeczom najdawniejszym w świecie,

Jeśli ich nie czytano w francuskiej gazecie.

Podczaszyc, mimo równość, wziął tytuł markiża;

Wiadomo, że tytuły przychodzą z Paryża,

A natenczas tam w modzie był tytuł markiża.

Jakoż, kiedy się moda odmieniła z laty,

Tenże sam markiż przybrał tytuł demokraty;

Wreszcie z odmienną modą, pod Napoleonem,

Demokrata przyjechał z Paryża baronem;

Gdyby żył dłużej, może nową alternatą

Z barona przechrzciłby się kiedyś demokratą.

Bo Paryż częstą mody odmianą się chlubi,

A co Francuz wymyśli, to Polak polubi.

Czy wiele zmieniło się zatem od czasów osławionych Sarmatów? Nie sposób zaprzeczyć, że najnowsze trendy i wzorce lubimy czerpać z zachodu. Być może podświadomie, jednak to co zachodnie przyjmujemy często niemalże bezwarunkowo jako lepsze, postępowe itp. Jednak czy tak jest w rzeczywistości? Przy głębszej analizie konkretnego zjawiska nader często okazuje się przecież, że „hurraoptymizm” w danym zakresie jest daleko przesadzony. Trudno jednak wyrazić odmienne zdanie, czy nawet wejść w polemikę, gdyż – i tu ponownie zacytuję – „boby krzyczała młodzież, że przeszkadza kulturze, że tamuje progresy, że zdradza”. Mickiewicz pod wieloma względami wyprzedził swoją epokę. Mistrzostwo Pana Tadeusza zawiera się zatem nie tylko w przepięknym języku tego arcydzieła, ale również w trafności spostrzeżeń właśnie. Na marginesie dodam jedynie, że kunszt epopei narodowej dostrzegłam dopiero po latach, tj. bynajmniej nie w toku szkolnej analizy tego utworu, natomiast poprzez wnikliwą lekturę tej pozycji już w wieku dojrzałym.

Jedna z baśni Hansa Christiana Andersena pt. „Nowe szaty króla” traktuje o tym, jak to do posiadłości cesarza przybywają oszuści udający tkaczy. Uknuta przez oszustów intryga sprowadza się do przekonania władcy, iż przybysze potrafią utkać z dostarczonych im drogocennych surowców najpiękniejszy materiał i szaty, które dodatkowo widoczne są tylko dla ludzi mądrych i nadających się do pełnienia swoich zaszczytnych funkcji. Król z radością przyjmuje gości i poleca podwładnym wykonywanie wszystkich poleceń gości, jak również dostarczenie im niezbędnych materiałów w postaci m.in. złota i srebra. Tkacze, rzecz jasna, pilnie pracują nad projektem szat, potajemnie wywożąc przy tym z królestwa przedkładane im bogactwa. Uroczysta końcowa parada nagiego cesarza w „nowych szatach” na oczach wszystkich podwładnych boleśnie obnaża całą prawdę o kondycji ludzkiej. Podwładni z obawy o utratę własnych stanowisk, bądź też z obawy o uznanie ich za głupich wychwalają wniebogłosy przecudne odzienie króla. Jedynie niewinne dziecko, nieskażone jeszcze żadną wątpliwą, a tutaj fałszywą wręcz poprawnością, jest w stanie wykrzyczeć na głos całą prawdę – „król jest nagi”. W przytoczonej baśni widzę analogię do zasygnalizowanego przeze mnie zjawiska. Jakże często bowiem wskazuje się nam odgórnie, nieraz szumnie i medialnie, ten czy owy kierunek, który powinniśmy wybrać. Nieraz z obawy o posądzenie nas o zaściankowość itp. mniej lub bardziej przymykamy oko na coraz to śmielsze wybryki i wymysły współczesnego, nie zawsze jedynie zachodniego świata.

Życzyłabym zatem wszystkim, sobie samej również, odwagi i samozaparcia, aby zachować własne zdanie i nie podążać ślepo za usilnie forsowanymi i napierającymi na nas zewsząd tendencjami. Zdroworozsądkowe podejście wydaje się – jak zawsze zresztą – najlepszą receptą na znalezienie złotego środka w otaczającym nas nieraz zagmatwaniu.

Jakże często przecież „król jest nagi”.

Języki (nie)obce na wakacyjnym szlaku

Lato – czas wakacyjnych wojaży. Doskonała okazja, by poznać bliżej nieodkryte dotąd zakamarki urokliwych polskich miast i wiosek. Jednakże celem letnich podróży coraz częściej stają się dla nas również dalekie, a nawet egzotyczne kraje. Szeroka oferta biur podróży, jeszcze do niedawno dostępna tylko nielicznym, obecnie stwarza już wiele możliwości, aby zrealizować wakacyjne eskapady pozostające dotąd jedynie w sferze odległych marzeń. Aby jednak zagraniczna ekspedycja dostarczyła nam wrażeń w pełnym tego słowa znaczeniu, doskonale byłoby w jej toku posługiwać się przynajmniej w stopniu komunikatywnym językiem obcym, który umożliwi nam komunikację z rdzenną społecznością. Kieszonkowe rozmówki to jedynie pomoc doraźna, choć absolutnie nie deprecjonuję ich wartości. Zawsze pozostaje nam również uniwersalny język gestów. Przyznają jednak Państwo, że to nie to samo co przyjemna konwersacja przy filiżance regionalnej kawy, czy też aromatycznego wina.

Sięgnijmy do statystyk. Według aktualnych wyliczeń istnieje około 7 tysięcy języków i narzeczy, jednak ażeby skutecznie porozumieć się prawie w każdym zakątku świata, wystarczy znać wyłącznie 12 spośród nich. Dziewięćdziesięcioma sześcioma procentami języków świata włada bowiem zaledwie trzy procent populacji. Pozostała część porozumiewa się wąską grupą z całej językowej rodziny. Przypomina mi to funkcjonującą głównie w dziedzinie ekonomii i zarządzania zasadę Pareto (80/20), którą odnieść można jednak do rozmaitych dziedzin i aktywności. Wprawdzie przytoczone proporcje (tj. 96/3) są tutaj inne, jednak rząd wielkości pozostaje porównywalny.

Krótki przegląd i ranking języków obcych: biorąc pod uwagę kryterium liczby ludności, która uznaje dany język za ojczysty, na trzech pierwszych pozycjach uplasują się: język chiński, hindi oraz język angielski. Natomiast uwzględniając języki, których uczy się największa społeczność na świecie, trzy pierwsze miejsca ukształtują się następująco: język angielski, francuski i chiński (w dalszej kolejności język hiszpański, niemiecki, włoski). Znajomość któregokolwiek z wymienionych języków w znaczącym stopniu poprawi nasze funkcjonowanie i komunikację na wakacyjnym szlaku.

Czy jednak uczenie się języka obcego przez osoby niewidome, słabowidzące, jak również osoby z innymi dysfunkcjami znacząco różni się od uczenia się języka przez osoby pełnosprawne? Czy winno odbywać się ono w szczególnych warunkach? Z pewnością specyfika niepełnosprawności determinuje indywidualne podejście nauczyciela i ukierunkowanie procesu nauczania na właściwe tory. I tak w przypadku osób z niepełnosprawnością wzrokową nauczanie opierać się będzie w znaczącym stopniu na metodach i technikach opartych na percepcji słuchowej. Na pomoc osobom z dysfunkcjami m.in. wzroku i słuchu wychodzą rozwijające się prężnie w ostatnich latach dziedziny nauki takie jak surdo- czy tyfloglottodydaktyka. Surdoglottodydaktyka to zatem dydaktyka nauczania języka obcego uczniów i słuchaczy z uszkodzeniami słuchu. Tyfloglottodydaktyka natomiast przedmiotem swojego zainteresowania obejmuje uczniów i słuchaczy z uszkodzeniem wzroku. Z dużym zainteresowaniem spoglądam na sporą liczbę badań naukowych i publikacji w tym zakresie (Krzeszowski T.P., Marek B., Świrko A., Wolanin M. itd.). Podkreślę natomiast, iż w przedmiotowym artykule nie podejmuję się metodycznych rozważań z zakresu rozwijającej się dziedziny jaką jest tyfloglottodydaktyka; kwestie badań naukowych nad procesem przyswajania języka obcego przez osoby niewidome oraz wprowadzanie udoskonaleń w tym zakresie pozostawiam specjalistom. Poniżej pragnę zaprezentować jedynie kilka wybranych narzędzi pomocnych w uczeniu się języka oraz wskazać na techniki pamięciowe usprawniające utrwalanie słownictwa i wyrażeń. Wskazane techniki w mojej ocenie, tj. w ocenie wieloletniego lektora języka obcego, mogą z powodzeniem zastosować w nauce zarówno osoby bez jakichkolwiek dysfunkcji, jak i czytelnicy z dysfunkcją wzroku. Przegląd technik i narzędzi pracy stanowi tu zatem swego rodzaju kompilację własnych doświadczeń, rozwiązań proponowanych w publikacjach metodycznych i tematycznych z zakresu uczenia się i nauczania języka obcego. Wiele zaprezentowanych poniżej technik, które można stosować w toku indywidualnej nauki języka, proponuje autorka Anna Szyszkowska-Butryn w swojej książce pt. „Jak szybko opanować język obcy”, do której to pozycji zachęcam.

Proponuję przyjąć kolejność prezentacji w myśl zasady – od ogółu do szczegółu, rozpoczynając od dostępnych narzędzi, na prostych technikach pamięciowych kończąc.

NARZĘDZIA PRACY

• Bezcenne massmedia. Zachęcam do korzystania z dobrodziejstw środków masowego przekazu. W dobie współczesnej technologii, telewizji satelitarnej itd. dostęp do radia czy telewizji w języku obcym nie stanowi już większego problemu. Wykorzystujmy te środki masowego przekazu, stanowiące dla nas wspaniałe źródło żywego języka! Co ważne, nie należy zniechęcać się być może początkowymi trudnościami w zrozumieniu np. usłyszanej sentencji. Początkowa faza osłuchania się z językiem obcym, akcentuacją, intonacją, ma niebagatelne znaczenie w procesie nabywania językowych umiejętności i kształtowania sprawności językowych.

• Dobrodziejstwo Internetu. Nie jestem wprawdzie tzw. hurraoptymistą jeśli chodzi o bogactwo i źródło wiedzy w sieci Internet, jednak nie mogę zaprzeczyć, że w perspektywie nauki języka obcego to Internet właśnie ma nam sporo do zaoferowania. Wspomniany wyżej dostęp do zagranicznej telewizji czy radia również możemy uzyskać za jego pośrednictwem. Ponadto wskazać należy m.in. na szereg dostępnych stron, na których po wprowadzeniu danego słowa w języku obcym możemy usłyszeć, w jaki sposób słowo dane należy wymawiać itp.

• Magazyny językowe. Czasopisma w językach obcych dostępne są obecnie prawie w każdym saloniku prasowym. I tak, niezwykle ciekawą ofertę proponuje uczącym się języków wydawnictwo Colorful Media, które wydaje 8 magazynów w 6 językach obcych, tj. angielskim, niemieckim, włoskim, hiszpańskim, francuskim i rosyjskim . Magazyny wydawane średnio co 2-3 miesiące dostępne są w salonikach prasowych Empik, Kolporter, Ruch i innych, zaś numery archiwalne można zamówić na stronie wydawnictwa. Na dedykowanej danemu czasopismu stronie internetowej mamy możliwość odsłuchania (po wprowadzeniu kodu zawartego na łamach czasopisma) wszystkich artykułów zawartych w danym numerze, które odczyta nam rodzimy użytkownik języka. Artykuły dotyczą bieżących wydarzeń i aktualnych tematów, prezentują zagadnienia stricte językowe, jak również dotyczące kultury, obyczajów, kinematografii, sportu, turystyki itp. Dodatkowo artykuły opatrzone są słowniczkami z najbardziej problematycznym słownictwem zawartym w danym artykule. Możliwe jest również pobranie aplikacji na urządzenia mobilne, które pozwolą na swobodne korzystanie ze wszystkich dostępnych w numerze materiałów.

• Urządzenia techniczne. Niezastąpione w opanowaniu języka obcego przez osoby z dysfunkcją wzroku są urządzenia typu dyktafony, odtwarzacze tekstów cyfrowych, komputery z oprogramowaniem udźwiękawiającym, linijki brajlowskie, a dla słabowidzących powiększalniki stacjonarne lub przenośne, programy powiększające, druk transparentny itp. Większość z tych urządzeń daje możliwość przechowywania i odsłuchiwania nagranych tekstów, rozmówek, ćwiczeń, a jednocześnie pozwala na zapisanie własnych wypowiedzi, odsłuchiwanie ich, obserwowanie postępów, niwelowanie błędów itp.

TECHNIKI PAMIĘCIOWE w utrwalaniu słownictwa i wyrażeń (na podstawie książki „Jak szybko opanować język obcy?”)

• Wąż literowy

Wypowiedz głośno słowo w języku obcym. Kolejne powinno zaczynać się na ostatnią literę poprzedniego słowa. Węża literowego można układać razem z inną osobą lub samodzielnie; w doborze słów można ograniczyć się do wybranej kategorii tematycznej.

• Rymowanie

Wybierz słowo, do którego będziesz poszukiwać rymów. Następnie dopowiedz kilka lub kilkanaście słów rymujących się z podanym słowem.

• Historyjka

Wybierz kilka słów, które zamierzasz wykorzystać, np. losując je ze słownika; w ten sposób wybierzesz słowa, z którymi mogłeś się dotąd nie zetknąć. Ułóż z nich sensowną i logiczną historyjkę. Im trudniejsze i mało powiązane ze sobą tematycznie słowa wybierzesz, tym bardziej kreatywną historię stworzysz, a tym samym utrwalisz kolejne słowa i zdania!

• Złote myśli

Wypisz lub nagraj na dyktafonie pięć ulubionych cytatów, powiedzeń, fragmentów książek. Połóż na biurku i często odczytuj na głos lub odsłuchuj na nagraniu. Naucz się ich na pamięć.

• Piosenki

Słuchając wybranej piosenki postaraj się wypisać lub nagrać na dyktafonie wszystkie słowa, które udało Ci się wyłowić z tekstu – odszukaj znaczenie nieznanych słów w słowniku.

• Słowa-klucze

Odsłuchaj fragment tekstu i streść w kilku zdaniach główną jego myśl; następnie używając 20 słów z tekstu opowiedz całą wysłuchaną historię; w kolejnym kroku skróć historię do 10 najistotniejszych słów.

• Fałszywi przyjaciele tłumacza

Utwórz na swoim dyktafonie odrębny plik, w którym będziesz zamieszczać słowa oznaczające coś innego, aniżeli wskazywało by na to podobieństwo fonetyczne z językiem polskim, np. w języku włoskim będzie to colazione, co oznacza śniadanie lub w języku angielskim słowo billion, które oznacza miliard.

• Własne esperanto

Zapisuj lub gromadź w jednym pliku nagrania słów podobnie brzmiących i oznaczających to samo w różnych językach, np. nuclear (ang.), nuclear (hiszp.), nucleare (wł.), tzn. nuklearny.

Podobnych technik usprawniających zapamiętywanie słów jest zdecydowanie więcej. Ważne, by każdy z nas indywidualnie wybrał dla siebie skuteczną technikę. Szeroki wachlarz możliwości odnajdziemy w przytoczonej wyżej pozycji książkowej. Nie pozostaje mi zatem nic innego jak życzyć wszystkim Czytelnikom udanych wakacyjnych podróży, jak również owocnych konwersacji na letnich bezdrożach! Oczywiście w języku obcym-nieobcym!

Granice mojego świata

Choć zabrzmi to mało odkrywczo, powtórzę za wieloma – uczmy się języków obcych! Zewsząd zasypują nas oferty szkół językowych: banery reklamowe, rozdawane na ulicach ulotki, fiszki, podarunkowe płyty z rozmówkami w czasopismach, sterty oflagowanych pudełek z kursami typu „Hiszpański w 3 miesiące” w każdej z odwiedzanych księgarni, czy też mój ulubiony kurs „Angielski dla wiecznie początkujących”. Są i takie. Trzeba przyznać, że oferta edukacyjna jest szeroka i praktycznie każdy z nas znajdzie w niej coś dla siebie. Doprawdy trudno znaleźć wymówkę albo argument, który świadczyłby przeciwko zagłębieniu się w fascynujący świat języków obcych. I rzeczywiście uważam, że język obcy może zafascynować. Ten ogromny system znaków to swoista konstrukcja, machina, żywy organizm podatny i otwarty na zmiany i nowości. Ogrom tego systemu równie dobrze co zafascynować, może nas również przerazić – w obliczu takiego kolosa możemy mieć bowiem uzasadnione wątpliwości co do naszych możliwości lingwistycznych.

Niejeden z nas zastanawia się, jak to możliwe, że historia zna ludzi, którzy z opanowaniem kilkudziesięciu nawet języków obcych nie mieli większego problemu. Można by oczywiście podjąć próbę wyjaśnienia tego fenomenu powołując się na naukowe badania o wspólnych korzeniach niektórych języków i to z wędrówką kontynentów w tle, na potwierdzone teorie o wielkich językowych rodzinach począwszy np. od „praprapradziadka” praindoeuropejskiego do współczesnych dialektów znanych niejednokrotnie jedynie maleńkiej społeczności. Niemniej jednak przytoczone poniżej dane liczbowe mogą wzbudzać podziw przeciętnego Kowalskiego.

Bodajże najsłynniejszy poliglota jakiego zrodziła planeta – Emil Krebs – do końca życia opanował biegle w mowie i piśmie aż 68 języków, w stopniu zaawansowanym posługiwał się zaś 111 językami i dialektami. Włoski duchowny Giuseppe Gasparo Mezzofanti znał ponad 38 języków i 50 dialektów. Włoski lingwista Carlo Tagliavini znał natomiast 120 języków, w tym 35 języków biegle. Wybitni poligloci niejednokrotnie stawali się obiektem zainteresowań neurologów i neurolingwistów. Mózg Krebsa po jego śmierci został zakonserwowany i poddany specjalistycznym badaniom, które pozwoliły na stwierdzenie, że obszary Broki i Wernickego, tj. ośrodki w mózgu człowieka odpowiedzialne za generowanie mowy, były u niego znacznie lepiej rozwinięte niż u reszty populacji. Biografie słynnych poliglotów również są inspirujące. Praktycznie każdy z nich stosował jakąś swoistą metodę, językową „sztuczkę”, dzięki której osiągał tak spektakularny sukces językowy. Sztuczki sztuczkami – mimo wszystko ilość opanowanych przez poliglotów języków obcych może wzbudzać w nas frustrację. Uważam jednak, że zupełnie niepotrzebnie.

Jak radzi polski poliglota, Zygmunt Broniarek, autor książki „Jak nauczyłem się ośmiu języków”, do nauczenia się języka obcego nie są wymagane specjalne zdolności, wystarczy przeciętna inteligencja. Autor wskazuje, że specjalne zdolności językowe są nam potrzebne do nauczenia się dobrego akcentu w obcym języku, nie zaś do płynnego opanowania języka. Jego zdaniem – trudno się z tym zresztą nie zgodzić – lepiej mówić płynnie obcym językiem z nienajlepszym akcentem, niż nie posługiwać się nim w ogóle.

Z metodycznego punktu widzenia zadanie postawione przed lektorem języka obcego jest jedno, współczesna glottodydaktyka już dawno bowiem określiła swoje priorytety – najistotniejsze w procesie posługiwania się językiem obcym jest realizowanie celu komunikacyjnego. Oczywiście nie wyklucza to zaznajamiania słuchaczy z warstwą gramatyczną językowego systemu, niewątpliwie jednak dzisiaj uczymy języków obcych tak, aby gramatyka była podporządkowana leksyce. Generalnie uczenie się i nauczanie języka obcego sprowadza się do kształtowania czterech sprawności językowych. Dwie z nich nazywane są sprawnościami produktywnymi, gdyż – najprościej rzecz ujmując – ukierunkowane są na tworzenie tekstu; będzie to umiejętność ustnego wypowiadania się i umiejętność wypowiadania się na piśmie, dwie pozostałe natomiast to sprawności receptywne (nastawione na odbiór) – umiejętność rozumienia ze słuchu i umiejętność rozumienia tekstu czytanego.

Teoria teorią, pytanie – jak się uczyć języka obcego, ażeby w rezultacie się go nauczyć? Wachlarz stosowanych przez szkoły językowe metod jest szeroki. Wystarczy wspomnieć osławioną już metodę Callana , czy też metodę TEFL . Jeśli dołączymy do tego szereg indywidualnych sposobów i metod wypracowanych, a następnie sprawdzonych przez nas samych, to okaże się, że mamy w ręku potężne narzędzie, które może nam ułatwić albo przyspieszyć realizację celu. Każda z metod ma oczywiście swoje plusy i minusy, nie każda metoda będzie odpowiednia dla mnie, dlatego też indywidualizacja procesu nauczania języka obcego ma tak istotne znaczenie. W kolejnym numerze zaproponuję zatem kilka metod, które moim zdaniem mogą się okazać przydatne w opanowaniu języka obcego, w szczególności zaś w uczeniu się języka przez osoby słabowidzące i niewidome.

Niewątpliwie idealnie będzie, gdy na uczenie się języka obcego spojrzymy nie jak na przykry obowiązek uwarunkowany aktualnymi wymogami rynku pracy itp., zaś jak na interesującą, wielowymiarową przygodę. Filozof Ludwig Wittgenstein powiedział kiedyś: „Granice mojego języka są granicami mojego świata” – trudno nie zgodzić się z powyższym stwierdzeniem. Ilekroć poznajemy bowiem nowy język obcy, wkraczamy niejako na nowe przestrzenie, przekraczamy granice i to bynajmniej nie te wyznaczone na mapie, ustalone w wyniku tej czy owej konferencji etc. Przekraczamy granice własnego świata, a więc opanowujemy przestrzenie znacznie szersze aniżeli te wyznaczone terytorialnymi podziałami. Chyba nikogo nie zdziwi jeśli napiszę, że czym innym będzie przeczytanie książki w oryginale (zwłaszcza literatury pięknej), czym innym zaś przeczytanie jej tłumaczenia, które może znacznie zniekształcić przekaz i intencje autora, czy też nie oddać wszystkich niuansów, które w zamyśle autora powstały. Dodać przy tym należy, że uczenie się języka obcego to przecież nie tylko poznawanie tego czy innego alfabetu, słownictwa, struktur gramatycznych itp., ale również nieodzowna przy tym „obudowa” cywilizacyjno-kulturowa, tj. poznanie tradycji i kultury innego regionu. W tym ujęciu znajomość i posługiwanie się językiem obcym nadaje naszemu życiu inną, nową jakość. Tutaj ponownie możemy posłużyć się cytatem: „Człowiek żyje tyle razy, ile zna języków obcych” (Goethe). I ta myśl wydaje się trafiona.

Gorąco zachęcam zatem do podjęcia językowego wysiłku. Wprawdzie to nie czas noworocznych postanowień, ale przecież każdy moment jest dobry, ażeby wprowadzić w naszą codzienność nową inicjatywę. Poza tym, uwzględniając okoliczność, iż z realizacją noworocznych postanowień bywa czasem ciężko, może warto umyślnie zamienić je na wiosenną tym razem inicjatywę. Uaktywnijmy ośrodki Broki i Wernickiego!

Oczko się odlepiło!

Komu? Wiadomo – temu misiu ! No więc właśnie, czy aby tak do końca wiadomo? Kto widział, ten wie, kto zna, ten zrozumie. Kultowa polska komedia Stanisława Barei pt. „Miś” wzbogaciła język polski i polską kulturę o mnóstwo niezastąpionych dotąd cytatów, które na stałe weszły do języka potocznego i z powodzeniem radzą sobie w nim również dzisiaj. Prawie codziennie któryś z osławionych już cytatów przychodzi mi do głowy niemalże automatycznie jako komentarz do codziennej, prozaicznej czynności czy sytuacji, której jestem świadkiem. A rzecz dzisiaj o cytatach właśnie. Tych wielkich i tych małych. Tych bardzo poważnych, górnolotnych i tych… z przymrużeniem oka, jak nasze tytułowe oczko, a raczej miś – jakże prześmiewczo i uroczo odmieniony. Zastanawiam się czasem, czy cytaty, których użycie było albo jest w pełni zrozumiałe dla mnie, dla ludzi w moim wieku i ode mnie starszych, są również zrozumiałe dla współczesnej młodzieży.

Niech nikogo nie rozochoci pozornie tylko żartobliwy charakter niniejszego artykułu, zmierzam w nim bowiem do dosyć ponurego wywodu.

Nie jestem jeszcze bardzo wiekową istotą, chociaż – jak niedawno mi uświadomiono – należę już do tajemniczego jak dotąd dla mnie pokolenia „X”, wg niektórych zwanego też pokoleniem PRL. Zważywszy, że obecnie kwiat polskiej młodzieży stanowi już pokolenie „Z”, uznaję, że z moim PESEL-em nie jest już tak kolorowo. Wszak gdzieś pomiędzy „X”-ami i „Z”-ami musiało przemknąć jeszcze całe pokolenie „Y”. A jak śpiewa i trąbi zespół Kombi, „każde pokolenie ma własny czas” . No cóż, tym sposobem moje pokolenie przeminęło – w znaczeniu zdezaktualizowało się – niejako w mgnieniu oka. A być może to tylko jakże prawdziwy, lecz smutny wywód egzystencjalny. Skądinąd to ciekawe, że współczesność przyniosła nam nie tylko gonitwę za własnym ogonem, ale również „skrócenie” doby, dekady, wieku itd. Wydaje mi się bowiem, że kiedyś mianem „pokolenie” określano przedział o większej rozpiętości czasowej, aniżeli jakaś tam nieco ponad dekada.

Kiedy chodziłam do szkoły średniej, wkuwanie na pamięć cytatów z tej czy owej lektury było na porządku dziennym. Jako uczniowie marudziliśmy przy tym trochę, ale z perspektywy czasu chyba wszystkim wyszło to na dobre, a już na pewno nie zaszkodziło to nikomu. Cóż możemy powiedzieć dzisiaj? Z czego możemy niejako rozliczyć dzisiejszych 20-latków? Z perspektywy niedoszłego wprawdzie nauczyciela języka polskiego, ale jednak osoby zaznajomionej z programami nauczania, podręcznikami i wymogami w zakresie nauczania przedmiotu język polski, ze smutkiem stwierdzam, że obecnie możemy zapomnieć o czasach, gdy wnikliwa analiza obowiązującej lektury miała prowadzić m.in. do zapamiętania kluczowych dla niej cytatów, fragmentów, chociażby w celu kontekstowego ujmowania rzeczywistości w okresie późniejszym. Owszem, kładzie się dzisiaj nacisk na konteksty kulturowe, chodzi jednak bardziej o konteksty odnajdywane w innych dziedzinach sztuki itp.

Co innego jednak rozważania metodyczne, programy nauczania itd., co innego codzienne życie i doświadczenia w rozmowach z otoczeniem. Otóż moje obawy wzbudza totalne zdziwienie młodszego ode mnie rozmówcy bądź rozmówczyni, niejednokrotnie napotkane w sytuacji użycia przeze mnie – jak powszechnie wydawać by się mogło – znanego cytatu z literatury, kinematografii itp. Owo zdziwienie na twarzy młodszych kolegów i koleżanek jest jak mniemam wyrazem ich zupełnego niezrozumienia sensu mojej wypowiedzi. Są to dla nich słowa, które równie dobrze wybrzmieć by mogły w niezrozumiałym dotąd dla nich języku. Pytanie, na ile taką reakcję wytłumaczyć można różnicą pokoleń, zmianą programu nauczania w szkole, a na ile totalną ignorancją. Nadal ufam, że przyczyna tkwi raczej w którymś z tych dwóch pierwszych powodów.

Przykład z życia wzięty. Poranek, przekraczam próg biura, żartobliwie witam się z kolegą z pracy, który właśnie czyta gazetę: „Cóż tam, panie, w polityce?”. Z drugiej strony pada natychmiastowa odpowiedź z delikatnym uśmiechem: „Chińcyki trzymają się mocno”. Nic w tym dziwnego, kolega należy do „mojego pokolenia” i wie, że właśnie z humorem, literacko rozpoczęliśmy dzień z Weselem Wyspiańskiego. Tymczasem w rogu pokoju pokolenie „Y” stroi miny, które wyrażają zupełne niezrozumienie naszego „bełkotu”. W ich myślach wyczytuję krótki komentarz sytuacji, wypisany również na ich twarzy – wyście chyba ludzie powariowali!

Czy możemy dzisiaj niejako rozliczyć dwudziestolatków ze znajomości cytatów z literatury pięknej, powszechnej? Mam nadzieję – nie graniczącą jednak z pewnością – że nadal jest to możliwe. Że polski system edukacji w zakresie nauczania języka polskiego nadal umożliwia albo wskazuje wnikliwemu, pilnemu uczniowi cytaty godne zapamiętania. Zaznaczam, że nie chcę przy tym generalizować, ale mimo wszystko ze smutkiem stwierdzam, że w kontekście cytatów, nazwijmy je znaczących, lwiej części współczesnej młodzieży bliżej do „górnolotnych” haseł promowanych przez polskie reklamy typu „Brawo JA!”, nie mówiąc już o kultowych – choć w innym niż moim rozumieniu – cytatów brylujących na ściankach celebrytów rodem z programów typu reality show. Zachwyt społeczeństwa, a więc nie tylko nastolatków budzi tu m.in. przekręcanie polskich wyrazów, nadawanie im obcych końcówek, czy obcego nacechowania. Przytoczyć wystarczy tylko sławetne już Me is Victoria Beckham, które, o zgrozo, zasili wkrótce szlachetną jak dla mnie dotąd grupę „skrzydlatych słów” . Nawiasem mówiąc, przytoczone wyrażenie określiłabym obrazowo mianem – ucz się angielskiego z perfekcyjną panią domu, a daleko zajdziesz. Skądinąd, Pani ta świetnie sobie radzi w świetle reflektorów. Jej kolejne błyskotliwe hasełka typu „nie zrobię czelendżu…, w d…pie mam czelendżu…” znalazły się właśnie w grupie najczęściej powtarzanych i przetwarzanych w Internecie, a co za tym idzie znalazły się również na koszulkach i innych gadżetach do jej nowego programu. Autorka kasuje znaczące sumy za promowanie tejże „nowomowy”, a właściwie – należałoby powiedzieć – językowego chłamu. Jakkolwiek nie mam nic przeciwko osobie, to jednak całość wypada przy tym dość ponuro.

Wciąż nie mogę wyjść z podziwu, że wulgarne, nie mające nic wspólnego z kulturą języka hasła nabierają wiatru w żagle i żyją swoim życiem, nierzadko znajdując swoich fanów wśród dzisiejszych nastolatków i nie tylko. Panuje swego rodzaju moda na lotne frazesy z ironicznym, a raczej lekceważącym podejściem do polszczyzny. Zgłaszam również zdecydowany sprzeciw wobec faktu, iż każdy nieprzychylny komentarz pod adresem propagujących tego typu „nowomowę” spotyka się z zarzutami typu braku dystansu czy śmiertelnej powagi itp. Często mówi się – „młodzież nie czyta”, albo usłyszeć można – „niech uczniowie czytają byle co, byleby tylko czytali”. Nie ma mojej zgody na takie podejście do nauczania. Już dziś widzę bowiem jego skutki i osobiście czuję się nimi dotknięta.

Moi drodzy, starajmy się, aby nasza polszczyzna była staranna, zaś gwarę młodzieżową i celebrycką pozostawmy jej samej, nie przenośmy jej jednak do języka ogólnego. To, co językowo żartobliwe, wesołe, ale nie mające nic wspólnego z poprawnością i językową ogładą użyjmy dla śmiechu raz czy dwa, ale nie włączajmy w nasz codzienny język, czyniąc z niego tym samym śmietnik dla byle jakich językowych dziwolągów. Wybaczcie przy tym drodzy Czytelnicy odrobinę ironii, szczyptę sarkazmu przelanego w potoku powyżej użytych słów. Wyjaśniam też od razu, że nie mam nic przeciwko sloganom reklamowym czy promowaniu się celebrytów w telewizjach śniadaniowych (prostuję, być może przy celebrytach drobny sprzeciw bym podniosła) – niechaj jednak będą to hasła i cytaty, których przekaz nie godzi w poszanowanie polskiego języka, kulturę językową, wreszcie niechaj będzie to przekaz uwzględniający pedagogiczny wymiar całego „przedsięwzięcia językowego”!

• Na zakończenie kilka myśli, które lotem błyskawicy wdarły się właśnie do głowy:

Po pierwsze – jakie pokolenie zastąpi pokolenie „Z”? Czy są już teorie na ten temat? Myślę, że historia zatoczy małe koło i w nazewnictwie pokoleń przejdziemy na „dwuznaki”, np. pokolenie „AA”, jakkolwiek ten skrót będzie rozumiany, czy też dorozumiany. Niczym w puchnących o nowe artykuły i paragrafy polskich ustawach, które – jak wiadomo – dostosować trzeba do puchnącego unijnego ustawodawstwa. A więc , skoro był już art. 15z, zrobimy teraz 15aa, 15ab itd.

Po drugie – wciąż wierzę w to, że daleko nam jeszcze do poważnych programów muzycznych, w których prowadzący będzie zadawał pytania rodem z disco polo, np. rozpoznaj piosenkę po zagadce – Gdzie ona jest i co robi?

Po trzecie – mój ulubiony cytat z Misia to „Słuszną linię ma nasza władza”. Dla przypomnienia – tymi słowami lekarz pediatra skwitował informację uzyskaną na lotnisku od obywatela Ryszarda Ochódzkiego, iż jego nowonarodzone dziecko ważyć miało – wedle jego oświadczenia – 12 kilogramów.

A Wy, drodzy czytelnicy, który cytat z „Misia” uważacie za ponadczasowy?

Dobra rada dla wszystkich – mówmy PO POLSKU!

Coraz częściej mam wrażenie, że poprawność językowa użytkowników naszego ojczystego języka pozostawia wiele do życzenia. Problem dotyczy zarówno przeciętnego Jana Kowalskiego, jak i wysoko postawionych dygnitarzy państwowych. Wydaje mi się, że nie doceniamy wartości naszego języka, którym posługujemy się niemalże od urodzenia. Jest dla nas narzędziem tak powszednim, że posługiwanie się nim traktujemy niemal tak automatycznie jak zwykłe, codzienne czynności. Nie zwracamy uwagi na to jak mówimy czy piszemy, mając świadomość, że i tak zostaniemy zrozumieni, że intencja naszej wypowiedzi zostanie odczytana. Można zresztą tę kwestię rozszerzyć i powiedzieć, że nie przywiązujemy uwagi do czegoś, co otrzymaliśmy niejako z natury, bez jakichkolwiek zabiegów i wysiłku z naszej strony. A przecież język jest naszym dobrem narodowym, elementem naszej narodowej tożsamości. Nie wszyscy wiedzą, że od 1999 r. język polski chroniony jest stosowną ustawą, która reguluje kwestie ochrony języka polskiego i używania go w realizacji zadań publicznych, służy promocji naszego języka w świecie itp. Historia uczy nas, że zaborcy, chcąc zawładnąć narodem polskim i wymazać Polskę z mapy Europy, uderzyli nie tylko w polską inteligencję, ale duży nacisk położyli również na walkę z polską mową. Stąd też brak jest przyzwolenia na wszelką językową niedbałość – brak odmiany polskich nazwisk w dokumentach i pismach urzędowych, przesadne stosowanie obcojęzycznych terminów typu deadline, event itp. w przypadku, gdy istnieją ich polskie odpowiedniki. I nie chodzi tu bynajmniej o puryzm językowy (przyp. aut. puryzm – postawa językowa, która charakteryzuje się rygorystyczną dbałością o poprawność i czystość języka).

Znaczenie języka uświadamiany sobie m.in. w momencie, kiedy chcemy nauczyć się nowego (obcego języka), gdy musimy poświęcić wiele czasu, uwagi i energii, by biegle posługiwać się nim w mowie i piśmie. Aktualnie rynek pracy stawia przed nami konieczność, by dobrze znać przynajmniej jeden język obcy, a najlepiej, abyśmy legitymowali się znajomością kilku, dlatego też chętnie uczymy się nowych języków, zaniedbując jednak przy tym nasz własny. Należałoby się zatem zastanowić, gdzie tkwi przyczyna takiego stanu rzeczy. Zapewne niebagatelną rolę odgrywa tu spadek czytelnictwa w społeczeństwie. Media donoszą, iż zaledwie 41 % Polaków przeczytało w ubiegłym roku więcej niż jedną książkę. Spore grono Polaków od kilku lat nie przeczytało żadnej książki, a 19 % polskiego społeczeństwa nie posada ani jednej pozycji książkowej w swoim domu. Ogólnodostępna technologia niejako przykuła nas do ekranów i monitorów. Nie piszemy już tradycyjnych listów, pamiętników itp., gdyż zastąpiły je wszechobecne maile, SMS-y, blogi. Piszemy dużo i szybko, nie zwracając uwagi na polskie znaki diakrytyczne. Ortografia, wybór „ ż” czy „rz”, „ó” czy „u” nie stanowi już dla nas problemu – przecież słownik w telefonie czy w programie tekstowym poprawi za nas błędy, stąd nie musimy już na nie zwracać uwagi. Wiele można by zresztą na ten temat napisać. Z pewnością problem po części dotyczy nas wszystkich. Uważam jednak, że wszyscy w jednakowym stopniu mamy obowiązek prawidłowego posługiwania się językiem polskim i dbania o piękną polszczyznę.

W tym miejscu chciałabym zwrócić uwagę na osoby niewidome i niedowidzące, dla których zwłaszcza polska ortografia może stanowić trudność i wyzwanie. Jako osoba widząca mogę jedynie przypuszczać, że osoby na co dzień korzystające ze wzroku mają w tym zakresie ułatwione zadanie. Nawet nie zwracając na to uwagi, podświadomie, czytając różnego rodzaju teksty, zaznajamiają się bowiem oni z prawidłową pisownią. Oczywiście wszyscy w szkole poznaliśmy szereg zasad ortograficznych typu „-uje się nie kreskuje”, czy też dotyczących wymiany „ó” do „o” itp. Inaczej jednak, kiedy mówiąc czy pisząc po polsku musimy nieustannie pamiętać o tego typu zasadach gramatycznych i ortograficznych, co innego „rzucić okiem” na tekst książki, artykułu itp., tym bardziej, że większość z nas to wzrokowcy, którzy uczą się i zapamiętują patrząc. Zapis fonetyczny może nas zaskoczyć i nierzadko wyprowadzić na manowce. Posłużę się tutaj nieco zabawnym, ale bardzo wymownym przykładem zaczerpniętym ze znanej nam wszystkim bajki o Kubusiu Puchatku. W jednym z wydań tej opowieści dla dzieci napotkałam ilustrację tytułowego bohatera, który w ręku trzymał beczułkę z ulubionym przysmakiem niedźwiadków. Beczułkę podpisał chyba sam miś słynący z bardzo małego rozumku, gdyż w czteroliterowym słowie „miód” popełnił aż trzy z możliwych trzech błędów ortograficznych. Napis na beczułce wyglądał bowiem tak – „MJUT” („M” jak Magdalena, „J” jak Justyna, „U” jak Urszula i „T” jak Tadeusz). Zasadniczo oba wyrazy fonetycznie brzmią bardzo podobnie, jednak wybór właściwego zapisu niesie za sobą konsekwencje w ich odmianie. Stosując zasady polskiej odmiany ten sam uroczy miś musiałby powiedzieć, że „marzy o mjucie”, czy też „nigdy nie rozstaję się ze swoim mjutem”. Zabawne, lecz prawdziwe. Zapewne każdy z nas choć raz w życiu zetknął się być może nie z tak rażącym, ale wywołującym zdumienie, a nierzadko zażenowanie błędem ortograficznym. Osoby niewidome często stosują zapis fonetyczny, co nierzadko zauważyć można w ich mailach czy innego rodzaju tekstach. W wyjątkowych przypadkach, kiedy taki zapis zawiera bardzo dużo błędów, trudno wręcz domyślić się intencji wypowiedzi piszącego. Dzięki rozwojowi technologii, szerszemu dostępowi niewidomych do urządzeń czytających książki cyfrowe, komputerów wyposażonych w pogramy czytające itp. czytelnictwo wśród osób z dysfunkcją wzroku rośnie. Dla wielu niewidomych jest to jedyna forma aktywności i spędzania wolnego czasu. Zjawisko to ma oczywiście swoje dobre strony, jednak słuchając książek niewidomi nie mają możliwości skupienia uwagi na prawidłowej pisowni. Inny jest bowiem wzrokowy, a inny słuchowy odbiór tekstu. Inaczej kwestia ta wygląda w przypadku niewidomych, którzy znają i posługują się brajlem. Czytając bowiem teksty, np. na monitorze brajlowskim czy też brajlowskie publikacje, tak jak widzący mogą kontrolować zasady polskiej gramatyki i ortografii. Aktualnie, kiedy niewidomi chcą być i coraz częściej są konkurencyjni na otwartym rynku pracy, wymaga się od nich – tak jak od wszystkich pozostałych – właściwego posługiwania się polszczyzną w mowie i piśmie. Dlatego też uznałam, iż należy zabrać głos również w tym temacie.

Niniejszy tekst zaledwie dotyka narastającego problemu i z pewnością niemożliwym jest, by zgłębić go w jednym krótkim artykule. O ile niniejszy artykuł poświęcony był w całości językowi polskiemu, tak w jednym z kolejnych numerów HELPA chciałabym zaprezentować m.in. osobom niewidomym i słabowidzącym kilka wskazówek przydatnych w nauce języków obcych.

Na zakończenie wszystkim zainteresowanym poruszoną kwestią oraz tym, dla których poprawność językowa jest istotna, polecam dwie pozycje. Pierwszą z nich będzie „Praktyczny poradnik językowy” profesora Andrzeja Markowskiego, wydany po raz pierwszy w 2004 r. przez wydawnictwo Wilga, który rozwieje wszystkie (bądź prawie wszystkie) nasze wątpliwości językowe. Druga pozycja to „Formy i normy, czyli poprawna polszczyzna w praktyce” wydawnictwa PWN, w której – w toku wykonywania serii ćwiczeń poświęconych najbardziej problematycznym aspektom języka polskiego – upewnimy się, że w odpowiedni sposób używamy rodzimego języka.