Perły Mazowsza dla ciebie

Jedną z aktywności Fundacji Szansa dla Niewidomych, podejmowanych na rzecz środowiska, jest działalność wydawnicza. Do tej pory powołaliśmy do życia kilkadziesiąt różnych książek, broszur, biuletynów czy magazynów. Zawsze poruszają ważne kwestie, choć nie zawsze są to stricte poradniki, a informacje w nich zawarte niekoniecznie są podawane w sposób poważny. Są więc takie, które swoją formą bardziej przypominają vademecum, ale też takie, które mają formę lżejszą i bardziej wysublimowaną. Okazuje się, że chętnie sięgamy po jedne i drugie. Czasem mamy chęć na krótsze formy, a czasem zagłębiamy się w lekturze z czystej potrzeby czerpania przyjemności z czytania, dowiadywania się o różnych rzeczach, miejscach, zdarzeniach i ludziach. Jako fundacja – wydawca tych tytułów – z jednych i drugich jesteśmy najczęściej zadowoleni, bo realizujemy w ten sposób swoją misję, a niejednokrotnie, po ich opublikowaniu, docierają do nas sygnały, że komuś pomogły albo otworzyły oczy na inny punkt widzenia. W zasadzie to w ogóle zachęcamy wszystkich do czytania wszelkich książek, nie tylko tych wydanych przez fundację, bo dzięki temu lepiej rozumiemy innych, uczymy się pełniej wyrażać myśli i pobudzamy naszą kreatywność.

Polecamy naszą najnowszą książkę „Perły Mazowsza dla ciebie”, napisaną przez Marka Kalbarczyka, o Mazowszu właśnie – o miastach i miasteczkach, wsiach i ich malowniczych okolicach – jednym słowem o miejscach, które warto odwiedzić, poznać, może nawet się w nich zakochać. Nie jest to po prostu przewodnik turystyczny, a opowieść o regionie, którą snuje autor-ojciec przed swoim synem, z którym razem wybrali się w drogę. Opowiada więc o burzliwej historii tej ziemi, o groźnych i bohaterskich postaciach, jakie pojawiały się w różnych okresach, w końcu o zabytkach, ciekawostkach i… szachach!

Czy grają Państwo w szachy? Powiedzą może Państwo, że niewidomi nie grają w tę królewską grę? Że to zbyt trudne ogarnąć całą planszę ze wszystkimi bierkami i wszelkie możliwości, jakie stoją za ich specyficznym ustawieniem – bezwzrokowo? Otóż nasze publikacje stawiają sobie za cel rozprawianie się z takimi stereotypami. Często piszemy o różnych aktywnościach niewidomych, także w takich sprawach jak sport, rozrywka, rekreacja, turystyka itp. właśnie po to, aby obalać mity, aby osoby widzące, którym również je dedykujemy, zrozumiały, że niewidomy potrafi o wiele więcej, niż wydawałoby się na pierwszy rzut oka, że z powodzeniem daje radę przy grze rodzinnej i w szkole, na studiach i w pracy, również w codziennym życiu. Także mniej wierzącym we własne siły niewidomym dodajemy otuchy i motywujemy – naprawdę możesz, tak jak inni, wystarczy się przełamać. Nasze publikacje mają więc za zadanie przekazywać wiedzę merytoryczną, jak również działać na rzecz bardziej prawdziwego postrzegania niewidomych w społeczeństwie, lepszego ich zrozumienia i zintegrowania.

Wracając do naszych „Pereł” – sprawa jest więc też o szachach. Niewidomy ojciec postanawia, przy okazji zwiedzania województwa, nauczyć swojego niedowidzącego synka grać. Ponieważ jednak tak się składa, że partia, jaką rozgrywają, jest silnie umieszczona w kontekście ich wędrówki, to szachowe figury otrzymują historyczne nazwiska. I tak np. białym królem zostaje Zygmunt Stary, a królową – Bona Sforza, czarnymi dowodzi król Fryderyk II wraz z Carycą Katarzyną Wielką, do tego dochodzą inne, nie mniej sławne postacie – między innymi: Józef Piłsudski, Stefan Czarniecki, Janusz Radziwiłł, Otto von Bismarck itd. Kto chce poznać je wszystkie i przekonać się, co z tego wszystkiego wynikło na planszy, powinien sięgnąć po tę oryginalną książkę.

Warto wziąć do rąk tę książkę również dlatego, że jest to wydawnictwo zawierające praktyczne informacje na temat wybranych miejsc. Praktyczne, bo pochodzące od kogoś, kto sam nie widzi i podróżowanie oraz zwiedzanie przeżywa „po niewidomemu”. Zwraca więc uwagę na te elementy i te aspekty, które odbiera się bardziej innymi zmysłami.

Zazwyczaj jest tak, że najmniej znamy własne okolice. Warszawiacy nie znają najlepiej Warszawy, Mazowszanie – Mazowsza, Polacy częściej wolą spędzać wakacje za granicą – bo to bardziej egzotyczne i odległe od domu – nie znają więc najczęściej, naprawdę pięknych, polskich zakątków. A jest ich wiele. Może zamiast hołdować powiedzeniu: „cudze chwalicie, swego nie znacie”, warto pojechać do Łowicza, Nieborowa, Malużyna, czy Czarnolasu, poznać historię tych miejsc, usiąść na ławeczce i wsłuchać się w szelest liści, gwar ulicy, zadumać się i uśmiechnąć do własnych myśli? Serdecznie do tego zachęcamy. Gdy jednak ktoś ma naturę bardziej domatora niż eksplorera, na pewno znajdzie wiele przyjemności w podróżowaniu po Mazowszu razem z bohaterami opowieści oraz ze śledzenia przebiegu wojny białych i czarnych na szachownicy.

Już od jakiegoś czasu planowaliśmy „Perły Mazowsza dla ciebie”. Gdy jest już pomysł i potrzeba, fundacja stara się pozyskać sponsora. Zazwyczaj odbywa się to w ten sposób, że startuje w rozmaitych konkursach, pisze wnioski i trzyma kciuki. Gdy projekt się spodoba i w gestii instytucji, która wniosek rozpatrywała znajdują się środki do dyspozycji, przystępujemy do kolejnych kroków. Nie obędzie się bez dobrej organizacji, planu i zgodnego z nim działania. Oczywiście przyda się też kilka osób, które w realizację włożą swoją wiedzę, dobre chęci i szczyptę krytycyzmu. A potem już pozostaje satysfakcja z dobrze wykonanego zadania i kolejna mała rzecz, która powstała – tym razem książka, innym razem – dostępne dla niewidomych muzeum, czy inna – poprawiająca sytuację środowiska w Polsce, bo o to w tym wszystkim chodzi.

Tym razem projekt został zrealizowany z pewnych środków własnych fundacji i dość solidnego dofinansowania Województwa Mazowieckiego, którego zarząd – poprzez działania Mazowieckiego Centrum Polityki Społecznej – nie po raz pierwszy pokazał, że wspieranie inicjatyw koncentrujących się wokół spraw ważnych dla osób niepełnosprawnych jest istotne dla całego społeczeństwa. Publikacja powstała w czarnym druku i brajlu, a cały dotychczasowy nakład został udostępniony bezpłatnie.

Na kolejnych stronach zamieszczamy fragment tej książki.

Czym w PRL-u różnił się niewidomy od garbatego, czyli wspomnienia dr Jana Omiecińskiego (cz. 2)

W poprzednim numerze dr Jan Omieciński przybliżył nam czasy swojej edukacji w szkole podstawowej i średniej. Okres, w PRL-owskiej Polsce, w którym niewidomym nie wolno było iść na studia, a ich przyszłość została precyzyjnie przez ówczesne władze zaprojektowana w Spółdzielniach Niewidomych. Czy było w nich źle? Nie, choć była to forma wyłączenia z życia społecznego. Czy mimo wszystko można było wyłamać się poza ten schemat? Kontynuujemy tę historię, w której okaże się, jak potoczyły się dalsze losy naszego bohatera.

Andrzej Zaremba: Czy z dostaniem się na studia też miał pan jakieś przygody?

Jan Omieciński: Z formalnościami żadnych, ale na egzaminie… Po sprawdzeniu tożsamości wszedłem na salę i zająłem wskazane mi miejsce. Wyjąłem maszynę i zacząłem rozwiązywać zadania. Na sali zaczęło się jakieś poruszenie, ale nie zwracałem uwagi. Po chwili ktoś podszedł do mnie i poprosił, żebym wziął maszynę, notatki i poszedł z nim do innej sali, w której do końca egzaminu byłem sam. Początkowo było to trochę stresujące. Po egzaminie przedyktowałem to, co napisałem i obie wersje zostały zabezpieczone przez komisję. Później dowiedziałem się, że stukot mojej maszyny wywołał popłoch, bo rozpraszał zdających. Asystenci zaczęli wybiegać do szefa komisji egzaminacyjnej i pytać, co mają robić, bo jest tam taki jeden, co stuka, puka i nie można się skupić. Na szczęście odpowiedział – „To co, nie macie więcej sal?”. Na ustnym – za to – zrobiło się zbiegowisko, bo wszyscy chcieli zobaczyć, jak niewidomy zdaje! Gdy już studiowałem, to opiekun roku kiedyś pokazał mi dokument, w którym były wytyczne takie, że nie wolno przyjmować na matematykę niewidomych, a na Akademię Sztuk Pięknych – garbatych!

AZ: I znowu poszedł pan pod prąd!

JO: Rzeczywiście, ale naprawdę było takie zarządzenie Ministerstwa.

AZ: Czyli, zgodnie z nim, nie mógł pan studiować tego, co pan studiował?

JO: Nie wiem, na ile pan pamięta PRL?

AZ: Trochę pamiętam.

JO: To wie pan, że to był taki dziwny ustrój. Mówię o Polsce. Zarządzenia były swoją drogą, a rzeczywistość swoją. Wtedy się nikt, o ile nie miał z tego korzyści, tymi zarządzeniami nie przejmował. Napisali, to napisali, ale jak ja nie będę miał z tego powodu żadnych konsekwencji, to co mnie to wszystko obchodzi. Dzięki temu niektóre rzeczy dawało się omijać.

AZ: Dziś mamy Internet, pocztę elektroniczną, listy dyskusyjne itd. Czy kiedyś, gdy tego nie było, niewidomi pisali listy?

JO: Pisali, oczywiście. Albo w czarnym druku, tyle że nie było możliwości sprawdzenia potem poczty zwrotnej, bo nie zawsze miało się ochotę, żeby ktoś czytał naszą korespondencję, albo w brajlu – w tym wypadku były specjalne sposoby składania kartki, aby powstała elegancka koperta. Później czasem używało się też wiadomości na kasetach magnetofonowych.

AZ: Jak niewidomi szukali pracy? Czy były jakieś inne możliwości niż popularny „masażysta”?

JO: Wyboru nie było. Głównie spółdzielnie – robienie szczotek, wyplatanie trzepaczek, inne typowo fizyczne zajęcia. Potem była wielka rewelacja, gdy można było robić wiązki elektryczne do samochodu. Normalnie to każdy się cieszył, jak w spółdzielni dostał pracę, przy niej był internat, nie trzeba było się o nic troszczyć i tak sobie powoli żyć wiele lat.

AZ: Pan wybrał inną drogę. To nie był chyba łatwy kierunek?

JO: Rzeczywiście, wybrałem inną drogę, ale nie uważam, żeby była ona trudna. Jakoś tak wszystko układało się bezproblemowo. Jednak gdybym widział, to wcale nie poszedłbym na matematykę. Raczej wybrałbym wydział mechaniczny, czy elektryczny. Bardzo mnie to fascynuje do dziś. W domu, czy na działce, sporo majsterkuję. Jak żona nie widzi, to lubię użyć nawet piły łańcuchowej…

AZ: A gdy widzi?

JO: Wtedy to nie, bo się o mnie boi.

AZ: Kiedy w pana życiu pojawił się komputer?

JO: Już długo potem, jak pracowałem. Na uczelni pojawiły się komputery i stwierdziłem, że przydałoby się z tego skorzystać.

AZ: Jakie to były komputery?

JO: To były pecety, ale na DOS-ie 3.01 – bardzo przyjemnym systemie operacyjnym dla niewidomego – wszystko w liniach, jedno pod drugim. Gdy do tego dołożyć ReadBoarda, który stworzył Altix w 1989, to praca była świetna. Pierwszy domowy komputer za jakieś straszne pieniądze kupiłem na raty w maju 1993 i do dziś jeszcze mam nawet, ze względów sentymentalnych, dyskietki z tym ReadBoardem – te duże 5,25 cala, na których mieściło się 360 kilobajtów danych. To w ogóle była rewelacja! Nigdy nie miałem talentu literackiego, więc nie lubiłem pisać. W brajlu praktycznie nie ma żadnych możliwości poprawek poza skreśleniami. Udźwiękowiony komputer wraz z fantastycznie udźwiękowionym edytorem tekstu QR-Text sprawił, że przeżyłem szok. Wszystko można było poprawiać i poprawiać. Po niespełna dwóch latach miałem także skaner z Recognitą – programem OCR, a to umożliwiało także dostęp do książek w czarnym druku. Samodzielne zeskanowanie i następnie przeczytanie książki było takim postępem, że nie da się tego opisać. Przeczytanie, a nie tylko wysłuchanie, bo w tym samym czasie zacząłem używać monitora brajlowskiego, który uczelnia kupiła dla mnie za pieniądze PFRON.

AZ: Pewnie użytkowników takich urządzeń można było wtedy policzyć na palcach?

JO: Prawdopodobnie tak. Zaczynałem może nie jako pierwszy, bo w 1993 roku, ale od razu w dużym tempie to poszło. Tak kompleksowo wyposażone stanowisko zapewniało komfort pracy, który wcześniej był nieosiągalny.

AZ: Czy indywidualnie można było dostać dofinansowanie na sprzęt brajlowski?

JO: Nie. Pierwszy taki program PFRON ruszył w 1999 roku i nazywał się „Komputer dla Homera”.

AZ: Jak teraz wygląda sytuacja studentów niewidomych? Czy mają jakieś szczególne problemy?

JO: To wszystko zależy. Gdy mówimy o naukach ścisłych, to problemy są duże, bo jednak tekstu matematycznego wciąż zeskanować porządnie się nie da. Żaden program komputerowy tego nie obsługuje bez zastrzeżeń. Na kierunkach humanistycznych nie ma już tej bariery. Student ma wszystkie materiały dostępne.

AZ: Jak pan uważa, czy polscy niewidomi są teraz dobrze zaopatrzeni w takie wsparcie technologiczne, specjalistyczne urządzenia i programy?

JO: Wydaje mi się, że chyba tak, chociaż było o wiele lepiej, gdy istniał program pefronowski „Komputer dla Homera”. Z różnymi modyfikacjami trwał od 1999, chyba do roku 2010. Do niewidomych wówczas trafiło dużo i to dobrego sprzętu. Teraz jest program „Aktywny Samorząd” i tu rzeczywiście jest już dużo gorzej ze względu na mniejsze środki i wielkie ich rozproszenie. Teraz często dany MOPS, czy PCPR ma tyle pieniędzy na cały program, ile wcześniej PFRON mógł dać dofinansowania na jeden wniosek niewidomego. Zdarza się, że dla całej gminy jest, powiedzmy, 60 tysięcy, a to są żadne pieniądze, gdy weźmiemy pod uwagę ilość osób, którym trzeba pomóc i ceny urządzeń, np. monitora brajlowskiego.

AZ: Wyobraża pan sobie czasem, jakie jeszcze rozwiązania pomagające niewidomym mogą się pojawić w przyszłości?

JO: Ważnym problemem jest udostępnienie w pełni grafiki cyfrowej. Gdybyśmy mieli dostęp do grafiki zarówno rastrowej, jak i wektorowej, to wszystko byłoby w zasięgu, nawet matematyka, bo przecież jest ona zapisana graficznie.

Technika się tak szybko rozwija, że pewnie doczekamy jeszcze niejednego, w końcu odkąd chodził pan do podstawówki w Owińskach, tyle się zmieniło. Dobrych zmian na przyszłość życzę i panu i sobie i wszystkim czytelnikom. Bardzo dziękuję za rozmowę.

Czym w PRL-u różnił się niewidomy od garbatego, czyli wspomnienia dr Jana Omiecińskiego (cz. 1)

Andrzej Zaremba: Jest pan doktorem matematyki, pracownikiem naukowym Politechniki Łódzkiej, wcześniej przez wiele lat Uniwersytetu Łódzkiego. Można by śmiało o panu powiedzieć, że brak wzroku nie przeszkodził panu w realizacji planów. Dorastał pan w czasach, w których nie było chyba tak łatwo jak dziś z dostępnością do informacji i wiedzy, zwłaszcza dla niewidomego. Z okazji 25-lecia firmy Altix, 25-ciu lat wolnej Polski oraz – tak można chyba powiedzieć – 25-ciu lat informatyzacji niewidomych w Polsce, chcielibyśmy wybrać się w podróż sentymentalną w przeszłość. Ponieważ najlepiej w taką drogę wybrać się z kimś, kto miał okazję obserwować świat w czasach sprzed ery komputerów i potem, kiedy zaczęła się rewolucja informatyczna, sprawił mi pan wielką radość godząc się na tę rozmowę.

Jan Omieciński: Bardzo mi przyjemnie.

AZ: Panie Janie, jak wyglądała polska rzeczywistość dla niewidomego chłopaka w czasach, gdy chodził pan do szkoły?

JO: Wtedy nikt się nie zastanawiał. Była tylko jedna droga: szkoła dla niewidomych, potem jakaś zawodówka – przy każdej szkole zawsze jakaś była, następnie praca w spółdzielni. Ja zacząłem od szkoły w Owińskach k. Poznania, gdzie mieszkałem w internacie. W pierwszej klasie bardzo nudziłem się i przeszkadzałem, bo wszystkie zadania wykonywałem bardzo szybko i domagałem się nowych, więc po dwóch tygodniach przeniesiono mnie do klasy drugiej, dzięki czemu nadrobiłem rok opóźnienia. W szkole podstawowej dla niewidomych dostęp do wiedzy był taki sam, a może i lepszy, jak w przeciętnej szkole masowej. Były wszystkie podręczniki w brajlu, wiele plastycznych map, w gabinecie biologicznym mnóstwo wypchanych ptaków i zwierząt. Na początku pisaliśmy używając tabliczek i dłutek, rysików – różnie się to nazywa, ale w połowie edukacji dostaliśmy maszyny brajlowskie i to już był skok technologiczny. Można było już pisać szybciej i bez wyjmowania kartki kontrolować, co się napisało. To była rewelacja!

AZ: A jak pisało się klasówki? Na takiej maszynie właśnie?

JO: Rzecz była prosta, bo wówczas wszyscy nauczyciele w szkołach dla niewidomych musieli znać brajla, więc pisało się na maszynie, dawało nauczycielowi, który w domu sprawdzał i oceniał. W szkole podstawowej nie było z tym kłopotów.

AZ: Czy w kolejnej szkole było trudniej? Jaka to była szkoła? Integracyjna czy dla niewidomych?

JO: Wtedy nie było szkół integracyjnych, ani specjalnych średnich szkół dla niewidomych. Po zdobyciu zawodu pracowali oni w Spółdzielniach Niewidomych, których było dużo, przy wielu były internaty. Jednak mnie ta perspektywa nie pociągała. Już w szóstej klasie wiedziałem, że to nie dla mnie, że muszę się wyrwać gdzieś w wielki świat. Już wtedy pomyślałem, że muszę iść na studia matematyczne. Może to dziwnie zabrzmi, ale ja naprawdę już w szkole podstawowej to wiedziałem. Jest w tym wielki udział niewidomej nauczycielki matematyki – pani Eleonory Szczepańskiej – wówczas Kuberskiej. Poszedłem do średniej szkoły masowej, do której wcale nie było się tak prosto dostać. Zdecydowałem się na LO w Łasku, bo mieściło się zaledwie 18 km od miejscowości, w której mieszkali moi rodzice, a bardzo chciałem być wreszcie blisko domu, za którym bardzo tęskniłem. I był internat. Uważałem – i jak się okazało miałem rację – że łatwiej w internacie o wspólną naukę, pomoc w czytaniu. Niestety, mimo samych piątek na świadectwie z podstawówki (szóstek wówczas nie było), co zwykle zwalniało z egzaminów do szkół średnich, postawiono warunek, że muszę zdawać egzamin – i co najgorsze – pisać go na maszynie czarnodrukowej. Maszynę miałem opanowaną bardzo dobrze, ale co innego napisać list, co innego egzamin. Pisać mogę, ale jak kontrolować, co napisałem wcześniej? Musiałem więc zrezygnować z tej szkoły. Ostatecznie poszedłem do liceum w Rogoźnie Wielkopolskim. Tam też trzeba było zdawać egzamin, ale co gorsze, kuratorium poznańskie zabraniało wtedy przyjmowania niewidomych do masowych LO! Na szczęście dyrektor zgodził się, żebyśmy zdawali egzamin, ale pod warunkiem, że po ukończeniu szkoły nie będziemy zdawali na studia. Stosowny cyrograf w naszym imieniu – niepełnoletnich niewidomych – podpisał kierownik szkoły w Owińskach, pan Abramowicz.

AZ: Naprawdę tak było? Aż trudno uwierzyć?!

JO: Tak, w PRL-u było wiele kuriozalnych rozporządzeń, całe szczęście, że nie wszyscy się nimi przejmowali. Zarówno wydający, jak i ci, którzy powinni je egzekwować. Przed egzaminem Pan Abramowicz wziął nas na bok i powiedział, że musiał takie oświadczenie podpisać, ale żebyśmy się nie przejmowali, bo jak już będziemy mieli świadectwa w kieszeni, to zrobimy, co zechcemy.

AZ: Jak tam się pan odnajdywał?

JO: Muszę panu powiedzieć, że okazało się, że jesteśmy przygotowani świetnie. Tylko z WF-u byliśmy zwolnieni i z PO (przyp. autora: przysposobienie obronne), a poza tym radziliśmy sobie doskonale. Nawet z geografii. Używam liczby mnogiej, bo oprócz mnie do liceum im. Przemysława dostali się jeszcze kolega i koleżanka z Owińsk. Szkołę w Owińskach wspominam miło, między innymi dlatego, że uczyli tam dobrzy nauczyciele i mieliśmy różne pomoce, jak na przykład wypukłe mapy zrobione przez nauczycieli. Taka manufaktura, ale porządna. W liceum odpytywano nas ze znajomości mapy w następujący sposób: gdy jakaś uczennica, na przykład, źle pokazywała na mapie, to nauczycielka mówiła – „Jasiu popraw” i dalej to było to na tej zasadzie, że określała, co zostało pokazane faktycznie, a ja mówiłem, czy skorygować w górę, czy w dół, czy po skosie itd. Tak samo dobrze radziliśmy sobie z rysunkami, czy wykresami. I znowu muszę wspomnieć świetną nauczycielkę matematyki z Owińsk, która nas strasznie „męczyła”, bo musieliśmy robić różnego rodzaju rysunki i rzuty i to w dodatku popołudniami, po lekcjach, co nam się oczywiście średnio podobało. Przydało się jednak bardzo i w liceum wręcz błogosławiliśmy ją za to, że mamy to tak świetnie opanowane. Nawet później już, gdy moje dzieci chodziły do szkoły, potrafiłem wytłumaczyć im, jak używać przyrządów podczas konstrukcji figur geometrycznych.

AZ: A jak w tym liceum wyglądała codzienna nauka? Czy miał pan jakąś maszynę brajlowską do pisania?

JO: Maszynę miałem i wszystko pisałem na niej. Z tym, że już począwszy od liceum, nie miałem żadnego podręcznika w brajlu. Wszystko polegało na tysiącach stron notatek i pomocy innych. Ja sam produkowałem kilkadziesiąt kilogramów rocznie!

AZ: Nauczyciele oczywiście nie znali brajla?

JO: Nie znali.

AZ: A więc jak wyglądało sprawdzanie klasówek?

JO: To wyglądało tak, że gdy nauczyciel zbierał prace, od razu brał nas na bok i musieliśmy czytać, co napisaliśmy brajlem.

Nie było prób naciągania treści w ostatniej chwili?

JO: Zdarzały się próby, ale bardzo rzadko – można było jednak wpaść. Mieliśmy taką sytuację z nauczycielką języka francuskiego – zrobiła notatkę z tego, co uczeń jej przeczytał, a potem poprosiła o ponowne odczytanie kogoś innego…

AZ: I wszystko się wydało!

JO: Właśnie! Bo nas było w tym liceum troje niewidomych, więc mogła tak nas sprawdzić. Z jednej strony można było coś tam naciągnąć, z drugiej – to było duże ryzyko. Widzący koledzy też potrafili czytać prace, a nawet wypracowania z czystych stron i czasami się udawało.

AZ: Pozostawmy już szkołę, bo jestem niezmiernie ciekawy, jak w ogóle się żyło w tamtych czasach? Czy widzący byli bardziej, czy mniej życzliwi dla niewidomych?

JO: W życiu codziennym było dużo gorzej, ludzie unikali kontaktu z niepełnosprawnością. Na przykład taka sytuacja – stoję na przystanku i wiem, że ktoś obok jest. Pytam o numer tramwaju i czuję, że ten ktoś powoli zaczyna się delikatnie oddalać – boczkiem, chyłkiem. Interakcja z niewidomym była stresująca. Z drugiej strony środowisko było bardziej zintegrowane. Nie było przecież możliwości odszukania czegoś w Internecie, koledzy sobie chętnie pomagali, nie było kłopotu ze wspólną nauką. Nawet jak się przyszło do Okręgu do Związku, to atmosfera była bardziej swojska. Nie przychodziło się jak do instytucji, tylko jak do klubu.

AZ: A jak było, jeśli chodzi o jakieś udogodnienia, na przykład na mieście? Teraz mamy komunikaty głosowe w komunikacji miejskiej, specjalne wypustki przy peronie, żeby można było wyczuć pod stopami, coraz częściej tabliczki z brajlem, plany wypukłe. Czy wtedy coś było?

JO: Nie było żadnych takich rzeczy, wszystko trzeba było sobie zorganizować samemu. Teraz jest naprawdę dużo łatwiej.

Ciąg dalszy rozmowy, w którym dr Jan Omieciński wspomina swoje studia i kolejne dziwne rozporządzenia PRL-owskich władz, a także początek komputeryzacji niewidomych w Polsce w następnym numerze.