Praca jako filozofia życia

Pracowaliśmy we dwójkę. Potrząsałem plastikowym prostokątnym sitem do przesiewania ziemi tak, aby przefiltrowana ziemia leciała do wiadra, a kamienie, patyczki, liście i inne zbędne rzeczy pozostawały na sicie. Często musiałem rozbijać stwardniałe bryłki ziemi małym metalowym prętem, który pełnił funkcje brony, kilofa albo glebogryzarki. Mój kuzyn, jak koparka łopatą, oddzielał urobek od gruntu i przenosił go na sito. Kiedy wiadro się napełniało, przesypywałem skarb do wielkiego wora. Każdy łakomy wór połykał 4-5 wiader i ważył 40 kilogramów. Jak załatwialiśmy jeden wór, ładowałem go na grzbiet i tarabaniłem się do garażu, z którego potem nasz pracodawca wywoził tę ziemię, pakował do mniejszych worków i szczęśliwie nie tanio sprzedawał. Tak władczy kapitalista uzyskuje i powiększa zysk, a obezwładniona klasa robotnicza jest eksploatowana i wyzyskiwana – czarny obraz rzeczywistości wg teorii Marksa. Po takie zabiegi umysłowe wtedy nie sięgałem i bardzo się cieszyłem, że znaleźliśmy pracę dorywczą, że jestem w stanie harować jak wół i mogę zarabiać. Miałem 16 lat, chodziłem do szkoły i uczęszczałem na zajęcia w szkole muzycznej II stopnia.

Na rozwój dziecka wpływa wiele czynników. Wśród psychologów, socjologów i nawet politologów toczą się zacięte spory o to, co ma przeważające znaczenie – środowisko, uwarunkowanie genetyczne, psychiczne, somatyczne. Trudno stwierdzić, co przy podejmowaniu decyzji życiowych i zarządzaniu własnym życiem ma większy ciężar determinujący – struktura (otoczenie, okoliczności, różne konteksty) bądź podmiotowość (własne wewnętrzne dążenie do czegoś, świadomość swych celów i gotowość do działania na rzecz ich osiągnięcia). Miałem szczęście wychowywać się w bardzo pracowitej rodzinie. Moi rodzice urodzili się na wsi, samodzielnie przeprowadzili się do miasta, ukończyli studia wyższe, trudzili się w różnych zakładach, spółkach prywatnych, na stanowiskach w instytucjach samorządu terytorialnego. Będąc dzieckiem to wszystko nieświadomie pochłaniałem, jak gąbka absorbuje wodę, a mózg te wrażenia przetwarzał, analizował i wyciągał wnioski.

Moi rodzice nie mają wykształcenia w zakresie tyflopedagogiki i psychologii. Po szoku, którego doznają rodzice, kiedy ich w pełni zdrowe dziecko nagle traci wzrok, jak opadły emocje, a ból został trochę wyciszony, postanowili, że muszą przyłożyć wszystkich starań, aby ich syn mógł w przyszłości usamodzielnić się i zarabiać na życie. Nie znali się na różnych teoriach, w których praca jest traktowana jak forma rehabilitacji albo jak sposób uspołecznienia niewidomego, włączenia go w społeczeństwo. Przy wychowaniu niewidomego dziecka kierowali się pragmatyzmem i praktycznym punktem widzenia na sprawy życiowe. W wieku wczesnoszkolnym w miarę moich ówczesnych możliwości intelektualnych pojmowałem, że jak wszyscy ludzie będę musiał pracować, ale gdzie i jak – tego jeszcze nie wiedziałem.

Przed laty można było przez całe życie pracować w jednym zakładzie i w tym samym zawodzie. Trudno oceniać, czy to dobrze czy źle, ale cechą dzisiejszych czasów niewątpliwie jest dynamiczność. To, co kiedyś wydawało się na zawsze utrwalone i solidnie zamontowane, zmienia się, przekształca i nabywa innych właściwości. W czasach dzisiejszych nie wystarcza mieć tylko jednego zawodu w rękach. Człowiek, który kiedyś nabył umiejętność wykonywania konkretnych zadań, po upływie jakiegoś czasu może zacząć odczuwać, że te umiejętności już nie są potrzebne na rynku pracy, albo należy je udoskonalić. Koncepcja uczenia się przez całe życie pewnym krokiem weszła w naszą codzienność i pod jej dyktando musimy się ciągle kształcić, poznawać nowe rzeczy i analizować to, co już mamy jako nasze doświadczenie życiowe. Aby nie zostać bezradnie na brzegu burzliwej rzeki życia społecznego i ekonomicznego, osoba z niepełnosprawnością wzrokową powinna przyjąć tę koncepcję do świadomości i inwestować zarówno zasoby czasowe, jak i finansowe we własny rozwój zawodowy i osobisty.

W wieku wczesnej adolescencji, chyba jak każdy dorastający człowiek miałem do czynienia z mnóstwem konfliktów wewnętrznych. Moja niepełnosprawność była bogatym źródłem dodatkowych, potwornie skomplikowanych pytań i niszczących psychikę zmartwień. Gubiłem się w poszukiwaniu mojej tożsamości. Ciężko było wyznaczać cele. Koła auta mojej egzystencji utykały w trującym i śmierdzącym błocie ponurej rzeczywistości, którą sobie wykreował mózg zdesperowanego nastolatka. Zdecydowanie nie chciałem chodzić do szkoły muzycznej, rozwaliłem skrzypce, waliłem pięściami w bezwinne pianino. Rodzicom w takiej sytuacji jednak udało się przekonać mnie do kontynuacji zajęć. I za to jestem im wdzięczny. To jest mój pierwszy zawód. To są moje umiejętności i w razie potrzeby zawsze będę mógł je wykorzystać komercyjnie, albo w celu zaspokojenia potrzeb o innym charakterze. Pracowałem jako nauczyciel, grałem w restauracjach, nagraliśmy płytę z kolegami. Po przeprowadzce do Polski biorę udział w różnych koncertach. Muzykowanie i improwizowanie są dla mnie sposobem wyciszenia emocji, ich przekazywania, sposobem rozumienia siebie i świata.

Decyzję o studiach wyższych podjąłem świadomie. Wybór kierunku studiów, a to oznacza przyszłego zawodu, jest zadaniem żmudnym. Osoba niewidoma ma do wyboru sporo kierunków, na których sobie poradzi. Jednak trzeba się zastanowić, czy w przyszłości nabyte umiejętności będą gwarancją znalezienia pracy. Studia wyższe to wielki wysiłek fizyczny i intelektualny. Jak inwestujemy w takie przedsięwzięcie naszą energię życiową, środki finansowe i czas (wielka wartość dla każdego śmiertelnika), to należy inwestować w rzeczy pożyteczne. Wybrałem języki obce, ponieważ mam do nich wielką pasję. Również doszedłem do wniosku, że znajomość języków obcych zawsze się przyda. Po ukończeniu studiów w zakresie filologii języka angielskiego i niemieckiego pracowałem jako tłumacz (pisemny i ustny) i nauczyciel. Udzielam korepetycji i piszę teksty na zamówienie. Zaletą znajomości języków obcych jest to, że jest możliwość poznawania innych kultur, krajów, ludzi i można to robić bezpośrednio, czyli bez tłumaczeń.

Dla osoby niewidomej znalezienie pracy zawsze jest wyzwaniem. Nie stanowię wyjątku. Oto moja lista najważniejszych rzeczy, która może pomóc polującemu na rynku pracy.

Im więcej umiejętności, tym lepiej.

Różnorodność umiejętności pozwala pracować w różnych zawodach i na różnych stanowiskach.

Umiejętności komunikacyjne i samoreprezentacji.

Gotowość do dostosowania się do nowych warunków jest nader ważna. Na początku zakres obowiązków i zadania do wykonania mogą przerażać. Może się wydawać, że praca nie pasuje do umiejętności i ambicji. Trzeba rozważnie wszystko w głowie poukładać. Każda praca się opłaca.

Gotowość do podjęcia pracy niezarobkowej. Trzeba zacząć działać. Na początku może bezinteresownie. Jak będzie już wykreowany wizerunek odpowiedzialnego, pracowitego fachowca, magnes ten przyciągnie pieniądze.

Gotowość do pracy, która jest mniej atrakcyjna i nie za bardzo rozwojowa. Czasem trzeba zdjąć koronę z głowy i zabrać się do roboty. Lepiej mieć mniej pieniędzy, ale już zarabiać, niż czekać na wymarzoną pracę nie mając żadnych źródeł dochodu.

Higiena pracy. Aby być efektywnym w pracy, trzeba planować swoje działania. Wydajność zależy od planowania. Im lepiej działania są zaplanowane, tym większa efektywność. Wypoczynek też gra ważną rolę. Empirycznie trzeba ustalić ilość godzin snu, która gwarantuje sukces w pracy, dopasować do potrzeb własnego organizmu jadłospis i znaleźć sposoby na odprężenie i stres. Moje propozycje to ćwiczenia na siłowni, pływanie, bieganie, spacery, spokojna rozmowa, słuchanie muzyki, gotowanie, czytanie.

Na zakończenie chciałbym powiedzieć, że praca to niezbędny element naszego życia. To źródło dochodu, satysfakcji, sposób na uczestnictwo w życiu społecznym, gospodarczym i politycznym. Jak pisała w opracowaniu „Historia polskich niewidomych w zarysie” doktor Ewa Grodecka, kiedyś uczono niewidomych szczotkarstwa, koszykarstwa, torebkarstwa, dziergania, koronkarstwa, muzyki, strojenia fortepianów. Dzisiejsze czasy, jak dowcipnie zauważa niewidoma amerykańska badaczka niepełnosprawności Georgina Kleege, są dobre dla tych, którzy zamierzają stracić wzrok, ponieważ są inne rozwiązania techniczne i instytucjonalne. Do naszego użytku są organizacje pozarządowe i instytucje państwowe oferujące pomoc oraz nowoczesne dostępne informacyjno-komunikacyjne technologie. Nowe warunki powodują, że mamy pluralizm przy wyborze zawodu i na rynku pracy. Ale, trzeba podkreślić, te wszystkie nowe, sprzyjające rozwojowi warunki, mogą zejść na psy, jeżeli sama osoba niewidoma będzie bierna, ciągle oczekująca na pomoc i narzekająca na ciężkie życie.

W poszukiwaniu mojego Bożego Narodzenia

Czarnoskóry kelner, posługujący się tak zwanym „czarnym” angielskim, prawie rapując postawił na drewnianym stole wodę z bąbelkami i michę ze słonymi orzeszkami. Siedziałem na krześle z wyprostowanymi nogami i rozcierałem kolana. Podróż samochodem zawsze mnie męczy. Za mało przestrzeni. Nie można wstać, pochodzić, porozciągać się. Zrobiłem wielki łyk i bąbelki zaczęły łechtać moje kubki smakowe.

Nawet w tej małej i pustej kawiarence egzystującej gdzieś w stanie Illinois wszystko wskazywało na to, że to już jest początek grudnia, że nastrój świąteczny przychodzi do każdego domu chrześcijańskiego świata, że wkrótce miliony rodzin usiądą przy obfitych w różnorodność potraw stołach. Leciała tradycyjna popularna bożenarodzeniowa muzyka, a kelner nie mając nic do roboty zatrzymał się i zaczął dyskutować na temat czynów Jezusa i w jakich okolicznościach on się urodził. Ten przyjacielski filozof i teolog przez 62 lata co rok bierze sobie do serca Boże Narodzenie i w taki sposób tworzy wielką wspólnotę ludzi na całym globie. Zamówiłem kawę po irlandzku, żeby się rozgrzać i jeszcze poteoretyzować z kelnerem. Ja dopiero odkrywałem dla siebie Boże Narodzenie. Ten kelner pospolitej kawiarni w zapomnianej przez Boga i ludzi miejscowości stanu Illinois odsłaniał dla mnie rąbek tajemnicy.

Urodziłem się w niezwykle ciekawym kraju. Kiedyś w tym kraju Boże Narodzenie było wielkim świętem, które wesoło i radośnie się obchodziło na każdej wsi i w każdym mieście. W 1917 roku zbrojny przewrót bolszewicki zmienił bieg historii i zakrwawione ciężkie buty socjalizmu radzieckiego potratowały tradycje prawosławne. Władza totalitarna dąży do przekształcenia człowieka, aby na skutek działalności władzy pojawiła się nowa jednostka ludzka o nadanych przez nią właściwościach. Ofiarami karczowania świadomości ludzkiej pod uprawę nowej ideologii padły miliony. Podczas II wojny światowej, która w Rosji nazywa się Wielką Wojną Ojczyźnianą, zbrodniarz i terrorysta Stalin skumał, że można wykorzystać religię i kościół, cerkiew prawosławną, jako narzędzie do zjednoczenia i do uzyskiwania poparcia. Po rozpadzie imperium radzieckiego okazało się, że tradycja już się zakorzeniła. Na łamach gazet rosyjskich często można zobaczyć na jednym zdjęciu twarze wodza państwa i zwierzchnika Rosyjskiej Cerkwi Prawosławnej Moskiewskiego Patriarchatu. Podczas Bożego Narodzenia i Wielkanocy w telewizji są emitowane msze, pokazujące modlących się razem prezydenta, ministrów i głowę cerkwi.

Tradycja Bożego Narodzenia, zwłaszcza na wsi, pozostała, ale została upolityczniona i mocno zalkoholizowana. Szkoda.

Kiedy byłem dzieckiem, Boże Narodzenie było przeze mnie postrzegane jak jeszcze jeden dzień zabaw i pysznych dań, spotkań i słodyczy. W Rosji większy akcent kładzie się na huczne świętowanie Nowego Roku. Boże Narodzenie w Rosji obchodzone jest 7 stycznia, zgodnie z kalendarzem juliańskim, według którego żyje Rosyjski Kościół Prawosławny. Dlatego to święto jest jednym, i to nie kluczowym, elementem w całym łańcuchu świątecznym. Jest elementem drugorzędnym i najczęściej pozbawionym głębszego filozoficzno-religijnego sensu. Rosjanie mają wolne dni od pracy od 30 grudnia do 9 stycznia. Więc kiedy przychodzi Boże Narodzenie trudno już się połapać w tym, co się świętuje. Należy podkreślić, że są ludzie głęboko wierzący, dla których Nowy Rok jako święto nie ma znaczenia, a Boże Narodzenie jest wielką radością, nadzieją i źródłem energii życia duchowego. Nocą z szóstego na siódmego stycznia do cerkwi wpadają przedstawiciele pierwszej i drugiej grupy. Sam byłem świadkiem, jak zatraceni w świątecznym wichrze faceci częstowali się wódką i kanapkami w cerkwi. Kiedy spadła im flaszka, to oburzony naród prawosławny w końcu wyrzucił ich z Domu Boga.

Będąc nastolatkiem, z ciekawości zacząłem czytać o chrześcijaństwie, o znaczeniu obrządków i świąt, oczywiście. Posiadanie wiedzy w głowie nie zmieniło jednak za bardzo mojego stosunku do święta Bożego Narodzenia. To święto pozostało drugorzędnym, bo świętuje się po Sylwestrze.

Po raz pierwszy świętowałem Boże Narodzenie według kalendarza Gregoriańskiego w Stanach Zjednoczonych. Trudno się nauczyć języka obcego, kiedy nie masz bezpośredniego kontaktu z rodzimymi użytkownikami tego języka, kiedy nie żyjesz w kraju, w którym język ten jest powszechnie używany. Tak samo trudno zrozumieć i wziąć do serca święto, które w twoim kraju jest traktowane inaczej niż w innych.

24 grudnia wracaliśmy samochodem z Nowego Jorku do miasta East Lansing w stanie Michigan, w którym studiowałem i pracowałem na uniwersytecie Michigan State University, w ramach programu wymiany Fulbrighta. Pękła nam opona na autostradzie. Chciałem zabić i pokroić na plasterki kolegę, który prowadził auto, bo nie miał ani koła zapasowego, ani lewarka, ani klucza. Wybrał się w taką podróż całkowicie na wariata. Na szczęście święci Mikołaje z warsztatu samochodowego szybko przyjechali na reniferach i naprawili nasze autko. Jak dotarliśmy do akademika, już było za późno wyciągać naczynia w małej kuchni studenckiej i cokolwiek gotować. Odroczyliśmy świętowanie na następny dzień.

Zakupy były zrobione wcześniej. Przygotowaliśmy różne smakołyki i usiedliśmy przy skromnym studenckim stole. Zebranie stanowiło jaskrawy przykład pluralizmu etnicznego, kulturowego i religijnego. Przy naszym stole siedzieli przedstawiciele Indonezji, Pakistanu, Tadżykistanu, Indii, Meksyku, Stanów Zjednoczonych i Rosji. John, ten niezdyscyplinowany kierowca i jedyny Amerykanin wśród nas, wydobył z kieszeni komórkę i przeczytał fragment Ewangelii. Zanim rozpoczęliśmy ucztę, on również pomodlił się, wprowadzając wszystkich w trochę inny stan duchowy.

Po powrocie do Rosji kilka razy zapraszałem przyjaciół do mnie i świętowaliśmy Boże Narodzenie po amerykańsku. A w 2014 roku świętowałem Boże Narodzenie z moją żoną po polsku. W tym roku spędziliśmy dwa letnie miesiące w Krakowie i Wrocławiu, ponieważ byłem uczestnikiem intensywnych kursów języka polskiego dla cudzoziemców. Sporo godzin spędziłem czytając o tradycjach bożenarodzeniowych. Tak nas to zainspirowało, że przyrządziliśmy w Archangielsku dokładnie 12 różnych tradycyjnych dań wigilijnych. Śledź pod pierzynką, sałatka jarzynowa, barszcz z uszkami, kapusta kiszona, pierogi z kapustą i grzybami, pierogi ruskie. Już nie przypomnę całej listy. Zaproszeni na obiad byli bardzo zadowoleni.

W 2015 roku przeprowadziliśmy się do Polski w celu osiedlenia się na stałe. Mój pradziadek był Polakiem. Mam udokumentowane polskie pochodzenie. Natomiast nie mam dokumentów potwierdzających, że pradziadek świętował Boże Narodzenie. Jednak, na pewno się nie pomylę, jak stwierdzę, że świętował. Obchodził Boże Narodzenie, dopóki władza radziecka nie wyrzuciła go z kraju ojczystego i nie zesłała do zabójczych łagrów pod Archangielskiem.

Teraz świętuję Boże Narodzenie według kalendarza gregoriańskiego, czyli ze wszystkimi moimi polskimi rodakami. Biorę udział w spotkaniach świątecznych, gram na skrzypcach, albo śpiewam kolędy. Bardzo porusza mnie tradycja dzielenia się opłatkiem. To ma głębokie symboliczne znaczenie i łączy ludzi duchowo. Tak, chrzcili mnie w Rosji zgodnie z prawosławnymi zasadami. Ale ja jestem po prostu chrześcijaninem. Jestem człowiekiem, dla którego Boże Narodzenie jest powodem, aby zastanowić się nad własnymi czynami, celami życiowymi i pomysłami na przyszłość. To jest świetna okazja, żeby obdarować uwagą, troską i radością bliskie osoby.

Trzeba być uodpornionym na chwyty marketingowe, które doprowadziły do komercjalizacji wszystkiego. Bądźcie niezależni w swym myśleniu i zachowaniach świątecznych. Często osoba potrzebuje tylko rozmowy i uwagi. Setki prezentów, które Amerykanie żartobliwie nazywają zbieraczami kurzu, są tylko powłoką. Warto sięgać po głębsze doznania, symbole i znaczenia.

Z całego serca życzę wszystkim Czytelnikom wesołych, spokojnych, radosnych i uzmysłowionych świąt.

Dostępność. Ten, kto idzie, pokona drogę

Rok 2012 stał się kamieniem milowym w polskim antydyskryminacyjnym ustawodawstwie. Rzeczpospolita Polska ratyfikowała Konwencję Organizacji Narodów Zjednoczonych o Prawach Osób Niepełnosprawnych. We wrześniu polska delegacja rządowa złożyła dokumenty ratyfikacyjne w głównej siedzibie Organizacji Narodów Zjednoczonych w Nowym Jorku. Kluczowym postulatem Konwencji jest tworzenie warunków dla samodzielnego życia osób z niepełnosprawnością. W tym długotrwałym i skomplikowanym procesie ważną rolę odgrywa przystosowanie otoczenia do różnorodnych potrzeb człowieka z niepełnosprawnością. Co tak naprawdę oznacza magiczne słówko „dostępność” dla osoby z niepełnosprawnością wzrokową? Czy dostępność jest mierzalna? Czy kiedyś świat będzie w pełni przystosowany dla osób niewidomych i słabowidzących?

W 2004 r. miałem 18 lat i uczęszczałem do szkoły muzycznej drugiego stopnia w Archangielsku (Rosja). Miejska biblioteka realizowała projekt skierowany do osób niewidomych i słabowidzących, które chciały korzystać z komputera i udźwiękawiającego oprogramowania. W celu przeprowadzenia warsztatów zaproszono wspaniałego gościa z Władywostoku. Po ośmiogodzinnej podróży statkiem powietrznym dotarł on do Archangielska, by wytrącić mnie z torów rutynowego myślenia i codziennego funkcjonowania. Do tej pory chodziłem wyłącznie z osobą towarzyszącą (z członkami rodziny). Wstydziłem się białej laski i nie rozumiałem jej znaczenia, ponieważ byłem głęboko przekonany, że osoba o wielkim ubytku wzroku nie jest w stanie poruszać się samodzielnie. Chociaż byłem świadomy tego, że całkowicie niewidomi chodzą sami, ale to było poza zasięgiem mojej wyobraźni i pojmowania. Ten niewidomy facet z Władywostoku wystrzelił w mój mózg słowami: jeżeli chcesz być pełnoprawnym człowiekiem i samodzielnym chłopakiem osiągającym sukces, weź białą laskę i nigdy jej nie odpuszczaj. Skumałem i od tego samego dnia laska to moja wierna towarzyszka.

4 lata później, pukając laską w schodnię, wchodziłem na pokład samolotu Moscow – Chicago. Tak rozpoczęła się moja pierwsza samodzielna podróż. To była dziesięciomiesięczna wyprawa w ramach programu wymiany Fulbright do kraju, w którym tworzenie dostępności jest jednym z celów polityki społecznej wobec osób z niepełnosprawnością, a na realizację uniwersalnego projektowania przydzielane są znaczne środki finansowe. Na uniwersytecie w miasteczku East Lansing studentów i pracowników z niepełnosprawnością wspiera specjalny zespół o rozmaitych kompetencjach. Instruktor orientacji przestrzennej poprowadził pierwsze w moim życiu zajęcia. W całym Archangielskim obwodzie nie było ani jednego instruktora. Po miesiącu zajęć byłem w stanie łazić po rozległym kampusie i nawet podpowiadać świeżo upieczonym studentom, jak szybciej dostać się do biblioteki i innych budynków.

Często dostępność jest rozumiana jako konstelacja obiektów architektonicznych, jezdni i chodników, środków komunikacji, innych elementów infrastruktury oraz urządzeń technicznych, które zostały zaprojektowane albo przebudowane w taki sposób, by wszyscy członkowie społeczeństwa mogli korzystać z nich maksymalnie samodzielnie. Moje doświadczenie zwraca mi uwagę na zasadniczy błąd, który wkradł się w taką definicję. Dostępność to dynamiczny, trwający w nieskończoność proces, który wymaga odpowiedniego poziomu przystosowania otoczenia, ale również aktywnego angażowania się użytkownika. Ten proces trwa w nieskończoność, ponieważ świat rozwija się błyskawicznie, a nowe architektoniczne i techniczne pomysły jednocześnie tworzą nowe bariery. Dlatego jest tak ważne brać pod uwagę zasady uniwersalnego projektowania na początku pracy nad innowacyjnymi rozwiązaniami. Najważniejsze, że nawet „najwyższy” poziom dostępności nie będzie warunkiem samodzielnego życia osoby z niepełnosprawnością, dopóki ta osoba nie będzie z niej aktywnie korzystała i nawet przekształcała według własnych potrzeb. Równiutki chodnik, światła z sygnalizacją, autobus z informacją dźwiękową oraz budynek z mapą i tabliczkami brajlowskimi – to wszystko będzie niedostępne, dopóki użytkownik nie będzie miał wymaganych umiejętności. Chodzi o umiejętności samodzielnego i bezpiecznego poruszania się z białą laską, z psem przewodnikiem, albo za pomocą urządzeń technicznych. Chodzi o umiejętności korzystania z brajla, o umiejętności komunikacyjne, bo często naszym źródłem informacji stają się widzący użytkownicy infrastruktury. Ważną rolę odgrywają wszystkie psychiczne procesy poznawcze, do których zalicza się wrażenie, spostrzeżenie, pamięć, wyobrażenie, uwaga, myślenie i mowa.

Jestem muzykiem i zawodowo zajmuję się językami. Nigdy nie można powiedzieć do siebie, że świetnie grasz, bo to by oznaczało koniec rozwoju. Nigdy nie można powiedzieć, że doskonale mówisz w obcym języku. Człowiek uczy się języka przez całe życie. Ta zasada również dotyczy umiejętności poruszania się i korzystania z urządzeń. Samorehabilitacja i samodoskonalenie trwa przez całe życie. Państwo składające się z instytucji rządowych oraz społeczeństwo ma za zadanie dostosowanie otoczenia do wszystkich obywateli. Jednak działania te nierzadko podejmują i realizują się w tempie adagio albo andante. Więc musimy dostosowywać się do niedostosowanego otoczenia poprzez nabywanie i doskonalenie własnych umiejętności.

Moje umiejętności i chęć do poznawania świata umożliwiły podróże do ponad 20 krajów. Zawsze zwracam uwagę na dostępność, która, jak można sobie łatwo wyobrazić, różni się drastycznie w zależności od kraju. Niewidomy Norweg nie potrafiłby pokonać trasy w Tadżykistanie, ale niewidomy Tadżyk łatwo by się odnalazł w Norwegii. Samotna eskapada na Ukrainę przysparzałaby wielu kłopotów niewidomej Dunce, ale Ukrainka z białą laską szybko by się zorientowała w Danii. Przez takie porównania pragnę pokazać, że dostępność można zmierzyć biorąc pod uwagę nie tylko odpowiednie przepisy prawne i ich realizacje (czyli zastany stan fizycznego przystosowania), ale również tak zwane independent living skills – umiejętności samodzielnego życia. Badanie poziomu dostępności jest rzeczą subiektywną, która postrzega się przez własne i unikatowe doświadczenie.

W grudniu ubiegłego roku, podczas międzynarodowej konferencji „Europejski Dzień Osób z Niepełnosprawnością”, która odbyła się w Brukseli, ogłoszono wyniki Konkursu „Access City Award”. Specjalną nagrodę otrzymało duńskie miasto Viborg. Luksemburg znalazł się na trzecim miejscu. W Lubljanie lepiej dbają o dostępność, dlatego stolica Słowenii otrzymała srebro. Wieńcem laurowym ozdobiono dumne głowy mieszkańców francuskiego miasta Lyon. Na mojej liście dostępnych miast znajdują się: Chicago, Londyn, Oslo, Sztokholm, Kopenhaga. Jako doświadczony włóczykij mogę orzec, że polskie miasta, przede wszystkim Wrocław, w którym zadomowiłem się, również umieszczam na tej liście. Przystosowanie wymaga wielkich inwestycji w projektowanie i przebudowywanie, a również w kursy mające na celu rozwinięcie umiejętności niewidomych i słabowidzących Polek i Polaków. Stabilny rozwój gospodarczy oraz aktywne działania osób z niepełnosprawnością dają nadzieję, że sytuacja będzie się tylko polepszała.

Przykro, ale musimy stwierdzić, że w pełni przystosowane środowisko może istnieć tylko w książce, której jeszcze nie napisano. To nie oznacza, że należy odstąpić i zamknąć się w czterech ścianach. Według rosyjskiego powiedzenia: „Drogę pokona ten, kto idzie”.

Muzea to nie flaki z olejem

Kiedy byłem dzieckiem, wyjścia na koncerty miały dla mnie niezwykle ważne znaczenie. Cudowny świat dźwięków muzycznych nadal mnie fascynuje. Inaczej sytuacja wyglądała, kiedy miałem powłóczyć się do muzeum. Jak to pisał klasyk – głucho wszędzie, ciemno wszędzie. Muzea milczały, a ja męczyłem się niczym ryba na piachu, próżnie usiłując zrozumieć, dlaczego wszyscy są tak urzeczeni jakimś pięknem. Podczas zwiedzania muzeum zorganizowanego przez szkołę siedziałem jak na tureckim kazaniu, nie mogąc doczekać się na koniec opowiadania przewodnika. Później pojmowanie przestrzeni muzealnej również przysparzało mi kłopotów i zgadzałem się na wyprawę do muzeum tylko wtedy, kiedy to było koniecznie pod względem podtrzymywania więzi społecznych. Przyjaciółki i przyjaciele dokładali wszelkich starań opisując mi obrazy i różne eksponaty znajdujące się w słynnych muzeach: w moskiewskiej Galerii Tretiakowskiej, w Instytucie Sztuki w Chicago, w Centrum Pompidou w Paryżu, w Narodowej Galerii w Londynie. Doceniałem ten wysiłek i byłem wdzięczny. Jednakże muzeum nadal pozostawało dla mnie bezdźwięczną trumną z nieboszczykami świata sztuki i historii, których nie można dotknąć albo posłuchać, czyli nie da się zrozumieć.

Kilka lat temu moje trudne relacje obciążone ujemnym ładunkiem emocjonalnym radykalnie się zmieniły. Od tamtej pory zaliczam wycieczkę do muzeum do jednego z najciekawszych i przyjemniejszych sposobów spędzania czasu. Ale pod warunkiem – w muzeum musi być audiodeskrypcja oraz interaktywne ekspozycje dostępne dla odwiedzających z niepełnosprawnością wzroku.

Barbara Szymańska, jedna z założycieli i Wiceprezes Zarządu Fundacji „Audiodeskrypcja”, wierzy, że audiodeskrypcja pojawiła się wtedy, kiedy osoba widząca zaczęła opisywać otoczenie, ponieważ osoba z dysfunkcją narządu wzroku nie była w stanie tego zaobserwować. Fundacja „Audiodeskrypcja” 9 marca 2009 r. jako pierwsza organizacja pozarządowa w Polsce rozpoczęła działania na rzecz udostępniania kultury i sztuki wizualnej osobom niewidomym i słabowidzącym za pomocą audiodeskrypcji. Artykuł New York Times (17 lipca 1996 r.) informuje, że Amerykanin Gregory T. Frazier wpadł na rewelacyjny pomysł, na początku lat 70., kiedy odpowiadając na prośbę niewidomego kolegi zaczął opisywać sceny filmu. Audiodeskrypcja stała się tematem jego pracy magisterskiej. Później jako profesor zajmował się propagowaniem tej idei. Po raz pierwszy niewidomi i słabowidzący mogli skorzystać z audiodeskrypcji w 1981 r. w Waszyngtonie, w teatrze Arena Stage. Przyczyniła się do tego doktor Margaret Pfanstiehl, która będąc już niewidomą w 1974 r., założyła fundację Metropolitan Washington Ear. Nowa technologia pokonała ocean i puściła korzenie w Europie. W Wielkiej Brytanii po raz pierwszy użyto słuchawek i radioodbiorników, które zazwyczaj mają do dyspozycji uczestnicy wielojęzycznych konferencji, na których wykonuje się tłumaczenie symultaniczne. Pierwszy pokaz filmu z audiodeskrypcją w Polsce odbył się 27 listopada 2007 r.

W lutym 2017 r. wsiadłem do komfortowego pociągu Pendolino z wyśmienitymi daniami w wagonie restauracyjnym i poniekąd „poleciałem” do Warszawy. Wyznaczonym celem wyprawy było napisanie artykułu naukowego dla rosyjskojęzycznego czasopisma o audiodeskrypcji w polskich muzeach.

Pierwsi goście odwiedzili Muzeum Powstania Warszawskiego 31 lipca 2004 r. Muzeum jest poświęcone walce Polaków o wolność i niezależność podczas II wojny światowej. Powstanie Warszawskie, które rozpoczęło się 1 sierpnia 1944 r. i które trwało 2 miesiące, jest jednym z jaskrawych przykładów bohaterskiej walki z faszystowskim krwiożerczym systemem totalitarnym, który miał się rozprzestrzenić na cały świat. Ekspozycja przedstawia walkę i codzienność powstania, złożoną sytuację międzynarodową, powojenny terror komunistyczny i losy powstańców w PRL.

Osoba z niepełnosprawnością może skorzystać z ulgi przy zakupie biletu, a osoba towarzysząca nie płaci. Z biletem w ręku wchodzimy do budynku. Oprócz różnych języków turystów słyszymy jakieś dźwięki o niskiej częstotliwości, który budzi trwogę. Przy kontuarze odbieramy audioprzewodnik ze słuchawkami, a także instrukcję, niestety, nie dostosowaną do użytkowników brajla. Pracownik uprzedził, że audiodeskrypcja w chwili obecnej jest testowana. Tak, potrzebowałem pomocy, ponieważ urządzenie nie mogło odnaleźć się automatycznie w różnych miejscach muzeum i zacząć opowiadać. Trzeba było naciskać odpowiednie numery.

Otwieramy zwaliste drzwi i pochłania nas ocean fal dźwiękowych. W samym środku ekspozycji wyrasta dwunastometrowa bryła – monument. Z odlanego ze staliwa korpusu dobiega miarowe dudnienie o niskiej częstotliwości, przypominające bicie serca. Słyszymy audycje radiowe po polsku i niemiecku. Gdzieś nad głową leci myśliwiec i sieje śmierć – zrzuca bomby. Rozdzierają powietrze serie karabinów maszynowych i wybuchy. Po lewej stronie za pomocą audiodeskrypcji widzimy na monitorze Jana Nowaka-Jeziorańskiego. Po prawej stronie na biurku są stacjonarne telefony z tarczami kręconymi. Podnosząc słuchawkę można posłuchać wspomnień ludzi, którzy przeżyli powstanie i wojnę. Audiodeskrypcja klarownie opisuje zdjęcia, kolory, kształty elementów architektonicznych, bo tu wszystko odgrywa ważną rolę. Audiodeskrypcja również podpowiada, w którym kierunku iść. Dochodzimy do ściany z otworami. Zbliżając ucho do każdej z nich po kolei, można dostrzec dźwięki wojny: wybuchy, bomba przewala budynek, budynek stoi w ogniu, smutna pieśń.

Przestrzeń muzealna zorganizowana jest w taki sposób, żeby odwiedzający mógł odbyć podróż w przerażającą przeszłość. Eksponaty, kolory, kształty ścian i sufitu, monitory, głośniki, inne urządzenia medialne robią wrażenie, że jesteśmy uczestnikami tych tragicznych wydarzeń. Podobnie nowoczesne wyposażenie muzeum uwzględniające zasady uniwersalnego projektowania pozytywnie wpływa na odbiór ekspozycji przez osobę z niepełnosprawnością wzroku. Niektórych przedmiotów można dotykać. Nawet elementy architektoniczne przekazują informację. Podłoga wyłożona kostką kamienną oznacza, że jesteśmy na ulicy, a wąskie korytarze o niskich sufitach to kanały podziemne. Audiodeskrypcja (łącznie długość wszystkich plików to 5 godzin) dobitnie opisuje otoczenie oraz podaje informacje o charakterze historycznym. Na sali poświęconej dzieciom można zdjąć słuchawki i założyć inne z ekspozycji. Mały chłopiec maluje słowami – przed nami obrazy zniszczonej Warszawy. Cała rodzina jest zmuszona mieszkać w piwnicy. Pewnego dnia Niemcy dowiadują się o tym. Tak się kończy historia tej polskiej rodziny. Machina wojenna Trzeciej Rzeszy niszczyła życie cywilów i wojskowych.

Podczas pobytu w Warszawie odwiedziłem także unikatowe Muzeum Historii Żydów Polskich. „Polin” na zawsze zapada w pamięci, tak samo jak United States Holocaust Memorial Museum w Waszyngtonie. Może kiedyś uda się trafić do trzeciej ważnej placówki – Jad Waszem, Instytut Pamięci Męczenników i Bohaterów Holocaustu w Jerozolimie.

Również cieszyłem się muzyczną atmosferą Muzeum Fryderyka Chopina w Warszawie. Kilka razy byłem gościem Muzeum Pana Tadeusza we Wrocławiu.

Wszystkie wspomniane polskie muzea są dostępne dla osób z niepełnosprawnością wzroku – można w nich korzystać z audiodeskrypcji. Moim zdaniem to rzecz niesamowita. Pozwala ona poszerzać wiedzę, rozwijać się, spędzić czas z rodziną albo z kolegami. Wszystkich Czytelników gorąco zapraszam do muzeów Polski oraz innych krajów. Podróże i muzea kształcą.

Wolny czas na siłowni

We wrześniu 2012 r. prezydent Archangielska, przedstawiciele administracji rządowej, dziennikarze i osoby z niepełnosprawnością zgromadzili się na ruchliwej ulicy przed drzwiami z tabliczką „Centrum Adaptacyjnych Technologii Regionalnej Organizacji Pozarządowej Osób z Niepełnosprawnością Nadieżda”. To było uroczyste, oficjalne i długo wyczekiwane otwarcie unikatowej i jedynej takiej placówki w obwodzie Archangielskim. Prezes organizacji, Nadieżda Czurakowa, osoba słabowidząca, która po wielu latach pracy w Rosyjskim Związku Niewidomych założyła własną organizację w 2005 r., wygłosiła przemówienie i zaprosiła gości do środka.

Archangielsk to miasto położone na północy Europejskiej części Federacji Rosyjskiej. Wystarczy dwie lub trzy godziny, by samolotem dostać się do Finlandii, Szwecji bądź Norwegii. Biorąc pod uwagę aspekty geopolityczne i gospodarcze, kraje skandynawskie aktywnie rozwijają współpracę transgraniczną. Również nie zapominają o wspieraniu trzeciego sektora. W ramach międzynarodowego projektu sfinansowanego przez te kraje w 2011 r., grupa pracowników organizacji Nadieżda odwiedziła Norwegię i Szwecję. Głównym celem wyprawy było nawiązywanie nowych kontaktów dla przyszłej współpracy oraz podniesienie umiejętności zarządzania organizacją non profit. Kiedy wracaliśmy, zająłem miejsce w samolocie obok prezesa. Podsumowując wycieczkę, ona podzieliła się ze mną swoimi marzeniami. „Chciałabym, żeby w Archangielsku powstało takie centrum rehabilitacji, jakie zobaczyliśmy w Szwecji. Chciałabym, żeby niewidomi i słabowidzący mieli możliwość rozwoju wszechstronnego, żeby było u nas takie miejsce, gdzie oni by pragnęli przychodzić i wspólnie moglibyśmy rozwiązywać problemy, przeżywać porażki i świętować sukcesy.”

Nasi szwedzcy koledzy pomogli nam złożyć dokumenty w celu uczestnictwa w konkursie grantowym Kolarctic CBC. Przeważnie dofinansowanie w ramach tego programu dostają projekty nastawione na rozwój infrastruktury transportowej i samorządu oraz współpracy akademickiej. Chociaż regulamin przewiduje, że organizacje non profit mogą aplikować, ale do tej pory żadna z takich instytucji nie była głównym realizatorem projektu. Trzeba wyjaśnić, że już na etapie składania papierów każdy projekt musi obejmować instytucje z kilku państw północnych, z których jedna pełni obowiązki głównego realizatora, a pozostałe są partnerami. Organizacja Nadieżda została wpisana w historię jako pierwsza organizacja pozarządowa, która otrzymała grant jako lider transgranicznego zespołu. Otrzymane środki umożliwiły otwarcie Centrum Adaptacyjnych Technologii.

Centrum składa się z kilku pokojów. Oprócz gabinetu tyfloinformatyki i kuchni, gdzie zawsze można napić się pachnącej kawy i odpocząć, w centrum znajduje się siłownia, przebieralnia i prysznic. Sala gimnastyczna została wyposażona w stacjonarny sprzęt treningowy: bieżnia elektryczna, rower stacjonarny, schody treningowe, trenażer narciarski, trenażer mięśni rąk i nóg. Również tu można znaleźć hula hopy, piłki, karimaty, hantle i sztangi.

Osoby z wadami wzroku często nie mają możliwości uprawiania sportu rekreacyjnego, ponieważ obiekty sportowe nie są dostosowane do ich potrzeb. Jak uważają brytyjscy autorzy książki „Niepełnosprawność” Barnes i Mercer, nieprzystosowane otoczenie działa jak efekt domina, wpływa na wiele dziedzin życia, determinując czas i miejsce pracy, typ i położenie domu czy możliwość wypoczynku. Dodają, że osoby z niepełnosprawnością, zmagając się z codziennymi trudnościami, nie mają zasobów czasowych i finansowych na odpoczynek i rozrywkę. Zamiast korzystania z siłowni albo wyjścia na basen, preferują spędzanie wolnego czasu w domu. Bierny albo mało aktywny styl życia, ograniczone samodzielne poruszanie się, brak możliwości dotarcia do placówek medycznych, rehabilitacyjnych i sportowych prowadzą do chorób i złego samopoczucia. Brak aktywności fizycznej pogarsza stan zdrowia tyleż fizycznego, co psychicznego. Przecież zdrowie to nie tylko brak choroby czy ułomności, ale dobrostan fizyczny, psychiczny i społeczny. Osoby z dysfunkcją wzroku mogą mieć dodatkowe dolegliwości: otyłość, sztywność mięśni, choroby układu krążenia.

W ciągu pierwszych dwóch miesięcy nasza siłownia była prawie pusta, a trenażery stały smutne, czekając na użytkowników. Mimo, że wszystko zrobiliśmy, by rozpowszechnić informację, za mało osób się zgłaszało. „Nie mam czasu”, „nie mam, jak się dostać”, „nie chcę”, „po co mi to”. To były odpowiedzi, które słyszeliśmy. Znaleziono wolontariuszy w celu pomocy w dotarciu. I powoli się ruszyło. Po kilku miesiącach tak się rozkręciło, że chętni musieli czekać na zapisy do grup.

Zajęcia odbywały się codziennie od poniedziałku do piątku, od godziny 10 do 16. Kurs trwał 3 miesiące. Każda grupa liczyła do 8 osób, które odwiedzały Centrum 2 razy w tygodniu (poniedziałek i czwartek albo wtorek i piątek). W środy osoby chętne mogły przychodzić na siłownię dodatkowo, nie w ramach zajęć. Zajęcia trwały półtorej godziny, więc w trzymiesięcznym kursie brały udział 3 grupy (łącznie 24 osoby). Stanowisko instruktora objęła osoba słabowidząca, która przez wiele lat była zatrudniona w placówce medycznej jako ortopeda i fizjoterapeuta. Opracowywała ona programy zajęć dla różnych grup, uwzględniając ich indywidualne możliwości.

Z własnego doświadczenia wiem, że uprawianie sportu gra niezwykle ważną rolę w życiu osoby niewidomej. Codzienne wykonywanie ćwiczeń fizycznych stało się nieodłączną częścią mojego harmonogramu. Wszystko zaczęło się 8 lat temu. Wtedy powróciłem ze Stanów Zjednoczonych, gdzie przebywałem przez rok w ramach programu wymiany. Pobyt w Stanach miał tylko same korzyści dla mojego rozwoju. Jednak była jedna wada. To nadwaga. Frytki, burgery i piwo zrobiły swoje. Postanowiłem, że trzeba schudnąć. Kiedy osiągnąłem cel, ćwiczenia już weszły w nawyk. Zawsze odrzucałem ideę, że na siłowni człowiek może wyrzeźbić ciało efektywniej i szybciej niż w domu. Kiedy spróbowałem poćwiczyć w sali gimnastycznej naszego centrum, zmieniłem zdanie. Trenażery pozwalają trenować wszystkie grupy mięśni. W domu miałem tylko hantle i nawet to w połączeniu z ćwiczeniami (czasami wykonywałem do 1000 pompek dziennie) umożliwiło zrzucenie 14 kilogramów. Oprócz większej efektywności, siłownia to miejsce, gdzie można spotkać się z koleżankami i kolegami, pożartować, podzielić się doświadczeniami.

Wyniki funkcjonowania naszej sali gimnastycznej były zaskakujące. Niewidomi, którzy wcześniej stanowczo odrzucali zaproszenia na siłownię, zaczęli uczyć się sztuki posługiwania się białą laską, by tylko przychodzić do centrum. Kobiety chwaliły się, że odzyskały kształty, których już nie było od wielu lat. Z kolei mężczyźni popisywali się mięśniami. Znaczną grupę korzystających z siłowni stanowiły osoby w wieku podeszłym. Odnotowano u nich poprawienie stanu zdrowia. Wyniki zostały docenione nawet przez placówki medyczne. Do Centrum zwróciła się osoba z chorobą Parkinsona. Mężczyzna, mając 75 lat, postanowił walczyć z chorobą i brał udział nie tylko w zajęciach prowadzonych w sali gimnastycznej, ale również w warsztatach tańca. Po kilku miesiącach do prezesa stowarzyszenia zadzwonił lekarz tego uczestnika zajęć z pytaniem, jaką metodę leczenia stosuje się w Centrum, ponieważ pacjent czuje się o wiele lepiej.

Uprawianie sportu rekreacyjnego zwiększyło aktywność społeczną ludzi. Oni inicjowali nowe projekty w organizacji, zaczęli udzielać się społecznie i pomagać innym, niektórzy założyli swoje stowarzyszenia.

Spędzanie wolnego czasu na siłowni, albo w basenie, to znakomity pomysł. Jeżeli nie ma z kim się wybrać, można znaleźć ośrodek sportowy, w którym zaznajomią z przestrzenią i pomogą w innych czynnościach. Jędrna sylwetka, dobrze wyćwiczone mięśnie, wspaniałe samopoczucie, pewność siebie, wytrzymałość fizyczna i psychiczna, radość i większa efektywność w pracy oraz w innych codziennych zadaniach to korzyści płynące z uprawiania sportu rekreacyjnego. Nasze ciało i umysł to my. Więc dbajmy o rozwój zarówno intelektualny, jak i fizyczny.

Brajl to atlant

Siedząc na podłodze, mocno trzymałem w prawym ręku prostokątną plastikową tabliczkę z magicznymi wypukłymi symbolami, których dotykałem palcami lewej ręki. Cały układ słoneczny, uwielbione cukierki czekoladowe oraz żarliwie chroniony przed wszystkimi zagrożeniami zbiór samochodzików nagle przestały istnieć. Chciałem czytać. Miałem 7 lat i robiłem pierwsze niezręczne kroczki na wyboistej i zakręconej ścieżce edukacyjnej. Instruktor pisma punktowego odwiedzała mnie raz w tygodniu. Po pierwszym spotkaniu zaleciła, bym zapamiętał trzy literki. Kiedy przyszła po raz drugi, znałem 10. Przed rozpoczęciem zajęć byłem w stanie powiedzieć cały alfabet nieomal na jednym wydechu. Teraz wyzwaniem było dostosowanie wypukłych symboli do znanych dźwięków. Pragnąłem czytać jak mój starszy brat, czyli nie słuchać książek mówionych, a czytać. 6 miesięcy później bardzo powoli sylabami czytałem moją pierwszą książkę o zwierzętach. Byłem bardzo dumny z siebie. Pamiętam, jak mój ojciec dźwigał ciężkie, opasłe tomy brajlowskie, bo trzeba było urządzać wyprawy do specjalnej biblioteki. Rodzina wszechstronnie mnie wspierała – wszystko jej zawdzięczam.

We Francji opracowano pierwszy system pozwalający niewidomym odbierać informacje przedstawione w postaci tekstu. Twórcą tego systemu był Valentin Haüy, który wpadł na rewolucyjny pomysł, zauważywszy, że niewidomy chłopak potrafił odróżnić dotykiem monety. Uczniowie pierwszej szkoły dla niewidomych czytali książki dotykając palcami uwypuklonych symboli. Produkowanie takich książek wymagało wysokich nakładów finansowych, a proces czytania sprawiał trudności. Rozpoznawanie symbolu trwało kilka sekund. „Widząc” niezręczność tego rozwiązania, niewidomy Louis Braille (1809-1852) zaproponował nowy system i wpisał się do historii jako wynalazca punktowego pisma. System Braille’a jest uniwersalny i godny podziwu. Umożliwia on zapisywanie różnych danych. Polska adaptacja systemu opracowana przez Elżbietę Różę Czacką i Teresę Landy została oficjalnie przyjęta dekretem Ministerstwa Wyznań Religijnych i Oświecenia Publicznego z dnia 25.05.1934 r. System Braille’a przetrwał 200 lat i mimo gwałtownego rozwoju myśli naukowej i technologii nie stworzono systemu, który mógłby go zastąpić.

Już słyszę głosy radykalnych czytelników, że brajl odszedł do lamusa, że znalazł się na śmietniku historii, a książki tłoczone pismem punktowym można wywieźć do muzeów wielkimi ciężarówkami. Nie należy podejmować pochopnych decyzji, gdy chodzi o takie poważne sprawy. Proszę zostawić książki brajlowskie „w spokoju”, a więc na swoim biurku, by je czytać i posłuchać mojej historii.

Urodziłem się w mieście średniej wielkości, który jest położony na północy europejskiej części Rosji. Białe Morze tam służy jako grzejnik naturalny, a od października do kwietnia pada gęsty śnieg i słupek rtęciowy uporczywie trzyma się na dole. W 1992 r. nadeszła pora, by spakować plecak do szkoły, ale nie było w całym obwodzie szkoły specjalnej, a o zabiegach integracyjno-edukacyjnych w świeżo upieczonym państwie nikt nie wiedział. Urzędnicy oznajmili, że będę uczyć się w domu. Mieliśmy z bratem do dyspozycji cały pokój i połowę przestrzeni tego pokoju bezczelnie zajmowały moje książki. Nie było ich w Archangielsku, więc przesyłano podręczniki z Moskwy i Petersburga. Mama też nauczyła się brajla, by pomagać mi przekładać nuty – uczęszczałem na zajęcia w szkole muzycznej.

W piątej klasie zadzwoniła do drzwi naszego mieszkania kulturalna i energiczna pani – nauczycielka języka angielskiego. Pewnie rozłożyła materiały dydaktyczne i wymierzonym zdecydowanym kopnięciem wypchnęła mnie z łódki rzeczywistości językowej, do której się przyzwyczaiłem, do wirującego oceanu angielszczyzny. Nurkowanie zaowocowało studiami na wydziale języków obcych. Ukończywszy szkołę z wyróżnieniem (sam dyrektor wręczył mi srebrny medal), zostałem przyjęty na studia magisterskie. Język angielski i niemiecki otworzyły mi świat, inne kraje, pluralizm poglądów, nieznane kultury i rozliczne możliwości.

Jest przykre, ale też powszechne, że każdego niewidomego absolwenta spotyka taki sam los. Koniecznym warunkiem uzyskania niezależności ekonomicznej i samodzielnego utrzymania się jest znalezienie pracy i rozwój zawodowy. Zamiast polowania na stałe zatrudnienie, złożyłem dokumenty na amerykańskie stypendium im. Fulbrighta. W trudnej i zaciętej rywalizacji wygrałem bardzo prestiżowy konkurs i przeniosłem się na inny kontynent. Rok później powróciłem i zacząłem orać zarośnięte chwastami pole praw osób z niepełnosprawnością – pracować w organizacjach pozarządowych, implementować lokalne i międzynarodowe projekty, walczyć o podniesienie jakości życia naszego środowiska.

W 2014 r. nastąpiły pewne zmiany, które dla mnie są nie do zaakceptowania. Zmieniły się warunki funkcjonowania organizacji pozarządowych. Nowe ustawy utrudniły, może wręcz uniemożliwiły współpracę z innymi państwami oraz wywieranie wpływu na władze. Zimą 1940 r. całą rodzinę mojego pradziadka wysłano z Polski na śmierć do łagrów radzieckich. 75 lat później, w 2015 r. przeprowadziłem się do kraju mojego pochodzenia i osiedliłem się na terytorium RP na stałe. Jestem dumnym obywatelem Polski.

Kiedy przelewam myśli na papier, brzmi to ładnie. Ale tak różowo nie było i nie jest. W moim przeciwstawieniu się rzeczywistości zawsze wspiera mnie brajl. Jak? Dzięki niemu nauczyłem się czterech języków, muzyki, nabyłem istotne umiejętności, odwiedziłem ponad 20 krajów, mam różnorodne doświadczenia, spotkałem piękną dziewczynę, z którą się ożeniłem.

Sklepienie nieba mojego świata trzyma trzech atlantów – brajl, biała laska i nowoczesne technologie. Za pomocą programów komputerowych można szybko i sprawnie odczytać tekst. Ale prędkość nie zawsze jest najważniejszym kryterium. By zrozumieć słowo pisane, trzeba je odczuć. By się nauczyć mówić dobitnym i elokwentnym językiem, trzeba wnikliwie czytać. Właśnie to umożliwia brajl. Brajl nie stał się przeżytkiem historii. To integralna część nowoczesnych urządzeń. Nie wyobrażam sobie, jak studiować i pracować bez monitora brajlowskiego. Uwielbiam posmakować piękny tekst wyświetlony za pomocą piezoelektrycznych bolców. Często mogę zrozumieć skomplikowany tekst wyłącznie czytając go na linijce. Na wykładach i w domu robię notatki w brajlu. Wygłaszając referaty na konferencjach, korzystam z brajla. Zamawiam i czytam książki brajlowskie w języku polskim, niemieckim i angielskim.

Kadencją tego utworu posłuży kilka anegdot życiowych.

Kiedy jednocześnie studiowałem na uniwersytecie i w szkole muzycznej II stopnia, na nudnych wykładach uniwersyteckich trzymałem pod stołem nuty brajlowskie, których uczyłem się na pamięć. Pewnego dnia prowadzący zapytał mnie o coś, ja odruchowo zacząłem śpiewać główny temat skrzypcowego koncertu Mendelssohna.

Kiedyś koleżanka w pracy zapytała mnie, jak to jest, że zawsze wiem, która godzina. Wytłumaczyłem, że mam taką zdolność, która pojawiła się po licznych operacjach. Kiedy uwierzyła, wyciągnąłem z kieszeni zegarek brajlowski.

Język to narzędzie, za pomocą którego budujemy obraz świata w świadomości. By opanować język, niezbędne jest wnikliwe i krytyczne czytanie. Brajl to znakomite rozwiązanie. Brajl to część mojej tożsamości i poczucie własnej sprawności, bo mogę czytać jak miliony ludzi.