PATRZEĆ A WIDZIEĆ, czyli o tym, co zrobić, aby niewidomi i widzący zobaczyli siebie nawzajem

„Tacy sami, a ściana między nami” [Lady Pank]

Gdy byłam dzieckiem tłumaczono mi, że rówieśnicy źle robią dokuczając mi i śmiejąc się ze mnie, bo jestem taka sama jak inne (normalnie widzące dzieci). To, że postępowanie widzących rówieśników nie było na miejscu, było oczywiste. Mniej jasne były odpowiedzi na pytania, dlaczego czuję się wśród nich tak obco; niezrozumiana i nieakceptowana, dlaczego oni mnie unikają lub są wobec mnie agresywni, skoro niczym się od siebie nie różnimy.

Kiedy prowadzę warsztaty dla rodzin osób z dysfunkcją wzroku lub ich pracodawców i nauczycieli jestem zasypywana pytaniami, które można sprowadzić do wspólnego mianownika – „Dlaczego jesteście tacy dziwni?” albo: „Jak mam się zachowywać wobec osoby z dysfunkcją wzroku, bo co nie zrobię, to albo się obraża, albo złości?”.

Dlaczego dzieli nas tyle obaw, niezrozumienia i nieufności? Przecież chcemy być zaakceptowani przez innych ludzi. Poczucie więzi jest fundamentalną potrzebą człowieka, a wiedza innych jest dla nas bezcennym źródłem informacji o świecie. Lubimy też czuć się potrzebni. Osoby normalnie widzące chętnie by nam więc towarzyszyły w zmaganiach z codziennością. Skoro obie strony chcą, dlaczego tak często nie wychodzi?

Jeżeli kiedykolwiek Drogi Czytelniku zadałeś sobie którekolwiek z powyższych pytań, niniejszy artykuł dedykowany jest właśnie Tobie.

Swoi i Inni

Po dramacie II wojny światowej elity polityczne, naukowe i kulturalne włożyły wielki wysiłek w walkę z dyskryminacją i uprzedzeniami. Rozwój demokracji w naszej części Europy umożliwił pełną swobodę w tym zakresie. W dążeniu do demokratycznej równości popełnia się jednak coraz częściej błąd przynoszący odwrotne do zamierzonego skutki.

W naukach społecznych często odnosimy się do prawa matematyki mówiącego, że jeżeli jakieś rzeczy mają być równe, muszą być takie same. Jeżeli dwa parametry (liczby, wielkości) nie są takie same, to któryś jest większy albo mniejszy. Skoro tak, różnice (a więc „nierówności”) między ludźmi są prostą drogą do ich „większości” lub „mniejszości”, a więc dyskryminacji.

Dlatego współcześnie dąży się do ujednolicenia ludzi. Postuluje się, że kobiety i mężczyźni, widzący i niewidomi, Chińczycy i Polacy są równi, a więc nie różnią się i należy ich tak samo traktować.

Tymczasem jeśli mówimy o niejednoznacznych obiektach pojęcia równości i tożsamości, wcale nie oznaczają tego samego. Marchewka i seler są zupełnie inne. Które z nich jest bardziej warzywem? Teraz Drogi Czytelniku zastanów się proszę, co Twoim zdaniem znaczy, że ludzie są równi.

Zapewne przyszło Ci do głowy, że:

  • są w równym stopniu ludźmi
  • mają takie samo prawo do życia i, zgodnych z dobrem społecznym, szczęścia i samorealizacji
  • ich zachowanie i postawy powinny być oceniane tak samo sprawiedliwie.

A kiedy ktoś będzie taki sam jak Ty? Zapewne jeśli będzie:

  • bardzo podobnie postrzegał, analizował i wartościował otaczający go świat
  • w standardowych sytuacjach zachowywał się w bardzo podobny do Ciebie sposób
  • miał podobne preferencje, zbliżoną wiedzę, możliwości i umiejętności

Łatwo zauważyć, że oba pojęcia nie mówią o tym samym. Jak postaram się Tobie dalej pokazać, czasem bywa wręcz tak, że jeśli dwoje ludzi uznamy za takich samych, nie będziemy traktować ich równo.

Ten akapit nie jest zajmującą miejsce dygresją filozoficzną. Decyzja o tym, czy jesteśmy „tacy sami” czy „inni”, jest pierwszym i najważniejszym działaniem w kontakcie z drugim człowiekiem mającym wpływ na przebieg całej relacji. Kiedyś ta decyzja była fundamentalna dla naszego przetrwania. Nasi przodkowie, podobnie jak teraz saperzy, często mylili się w tym zakresie tylko raz. Dlatego uznania kogoś za „swojego” lub „innego” dokonujemy błyskawicznie, a nasz wybór uruchamia ciąg automatycznych, nieświadomych zachowań, które chcemy podtrzymać, bo myśl o pomyłce budzi silny lęk.

Jeżeli kogoś uznamy za takiego samego, nie omawiamy z nim jego sposobu odbierania świata (przecież jest taki jak nasz), ani sposobów zachowania się w określonych sytuacjach (przecież jest identyczny). Zasady współdziałania obie strony uznają za oczywiste, dlatego niezgodność naszego postępowania z nimi jest rażącym nietaktem. Bardziej więc lubimy ludzi takich samych jak my i bardziej im ufamy (co bardzo chętnie wykorzystują osoby zamierzające wywrzeć na nas wpływ – to jednak historia na odrębny artykuł), ale jednocześnie rozczarowanie ich postępowaniem jest dużo bardziej dotkliwe niż zachowanie osób uznanych za odmienne od nas.

Kiedy nasze pierwsze wrażenie podpowiada nam, że ktoś jest inny niż my, w kontakcie z nim jesteśmy dużo bardziej ostrożni (często odczuwamy zakłopotanie, lęk lub wrogość), staramy się jak najszybciej zorientować w zamiarach partnera i odkryć jak bezpiecznie z nim postępować (ludzie postrzegani jako odmienni, choć trochę nas niepokoją, budzą naszą ciekawość i fascynację). Jeżeli nie możemy zdobyć takiej wiedzy, posługujemy się informacjami powszechnie dostępnymi (stereotypami).

Jaki jest zatem typ relacji patrzących standardowo z tymi, którzy widzą głównie umysłem?

Inni, czy tacy sami?

Instynktownie dążymy do bycia postrzeganymi jako „tacy sami” (kto chciałby budzić nieufność i niechęć, która w czasach kiedy kształtowały się nasze odruchy psychiczne mogła skończyć się bezpośrednim atakiem?). Wrodzone schematy zachowań są jednak jak programy komputerowe – działają sprawniej, kiedy są aktualizowane. W przypadku instynktów taka aktualizacja jest możliwa, kiedy uświadomimy je sobie i zastanowimy się, czy i kiedy w XXI wieku mają one sens.

Wiemy już, że współcześnie dąży się do nie bycia Innym. Choć nie o końca, bo jednocześnie powinniśmy być ciekawi i mieć w sobie „coś”. Sytuacja osób z dysfunkcją wzroku jest jeszcze bardziej skomplikowana. Osoby ociemniałe dobitnie odczuwają, że na zmianie postrzegania świata wiele straciły, a zanim odkryją co mogą zyskać, minie wiele czasu. Słabowidzący i niewidomi w życiu codziennym szybko odkrywają, że widzący standardowo mają łatwiej. Bycie więc takim samym jak oni, poza uchronieniem się przed zagrożeniami inności, daje nadzieję na „normalność”.

Specjaliści przekonują obie strony, że są takie same (równe). Większość osób z dysfunkcją wzroku chowa więc białego „wykrywacza inności” głęboko do szafy, ze sposobu swojego widzenia świata robi tabu i wyrusza w świat. Jeśli są dobrze zrehabilitowane i znajdą się na znanym sobie terenie, patrzący standardowo mogą nie zauważyć różnic. Czy jest więc sens o nich mówić?

Jest, bo pamiętamy, że od takich samych osób oczekujemy podobieństwa w sposobie odbierania świata, preferencjach, umiejętnościach i sposobach zachowania. Jeżeli nasze oczekiwania się nie sprawdzają, czujemy się oszukani i zagrożeni. Przyjrzyjmy się więc ogólnym charakterystykom ludzi patrzących standardowo i widzących głównie umysłem i sprawdźmy, czy rzeczywiście jesteśmy tacy sami:

Na pierwszy rzut oka widać, że obie grupy znacząco się różnią. To, jak znacząco, doskonale ilustrują bardzo częste nieporozumienia wynikające z założenia, że działamy tak samo. Ot, na przykład: osoba z dysfunkcją wzroku pyta o drogę i otrzymuje odpowiedź „tam”, której towarzyszy gest w nieokreślonym dla pytającego kierunku, albo: „w pokoju 305” lub coś równie nieprzydatnego. Dla osoby widzącej taka odpowiedź jest jak najbardziej czytelna – odwołuje się do preferowanego przez nią, obrazowego odbioru informacji. Dlatego zastanawia się nad poziomem sprawności intelektualnej pytającego, tudzież jego głuchotą widząc, że pomimo otrzymania informacji stoi bezradnie albo pyta kogoś innego. Tymczasem nasz, usiłujący gdzieś dotrzeć bohater, z goryczą dochodzi do wniosku, że trafił na drwiącego z niego ignoranta. Bo czy tak trudno jest powiedzieć: „przejdź 300 metrów, jak dojdziesz do windy skręć w prawo, trzecie drzwi po lewej i jesteś na miejscu”? Inne klasyczne nieporozumienie to witanie się z sąsiadami. Zgodnie z przyjętą konwencją osoby normalnie widzące witają się ze znanymi sobie osobami według ściśle określonej kolejności (mężczyzna wita kobietę, młodszy starszego, niższy rangą wyższego). Nasi patrzący standardowo sąsiedzi uważają nas często za zarozumiałych gburów, kiedy nie mówimy im „Dzień dobry” pierwsi, ponieważ jako tacy sami powinniśmy zachowywać się zgodnie ze wspólnymi standardami. Tymczasem standardy nie są wspólne, bo osoba z dysfunkcją wzroku często, dopóki spotkany człowiek się nie odezwie, nie wie z kim się wita, dlatego albo pozdrawia każdą napotkaną osobę, albo oczekuje aż znajomy pozwoli jej się rozpoznać odzywając się pierwszy i, jeszcze lepiej, podając rękę.

Osoby normalnie widzące lubią symetrię (estetykę) w swoim otoczeniu. Lubią też często w nim coś zmieniać, żeby nie było nudno. Zakładają, że mamy podobne preferencje, więc uważają nas za roszczeniowych bałaganiarzy, kiedy wyrzucamy wszystko na środek poszukując posprzątanych rzeczy albo urządzamy awanturę, kiedy byli tak mili i schowali do szafki nasz stojący bezczelnie na środku stołu kubek. No, ale jak tu nie urządzić awantury, kiedy ktoś skazuje nas na „przemacywanie” 60 metrów kwadratowych w poszukiwaniu ważnych dokumentów, a my mamy 20 minut do wyjścia?

Jeżeli już pracodawca przełamie się i zatrudni osobę z dysfunkcją wzroku, szybko się nią rozczarowuje, bo bardzo wolno wykonuje swoją pracę i ciągle o coś pyta. Musi być leniwa albo przygłupia skoro ma takie słabe umiejętności. Gdyby dał swojemu, świeżo upieczonemu pracownikowi jeszcze miesiąc czasu, odkryłby z zadowoleniem, że ma rewelacyjną pamięć, z ogromną precyzją, odpowiedzialnością i zaangażowaniem wykonuje powierzone zadania, szybko buduje i dobrze wykorzystuje wiedzę ze swojej branży.

Przykładów podobnych sytuacji można by mnożyć, aż powstałby z nich nie artykuł, a opasłe tomiszcze.

Sposoby funkcjonowania osób z dysfunkcją wzroku i widzących normalnie znacząco się różnią. Tak samo jak sposoby funkcjonowania kobiet i mężczyzn, ludzi z odmiennych kultur, czy dzieci i dorosłych. Zakładanie, że tak nie jest i traktowanie różnych grup tak samo uniemożliwia którejś z nich lub obu pełną realizację swoich potrzeb, możliwości i potencjału, a więc sprawia, że nie mają równych szans. Odmienność może być okazją do naprawdę skutecznej, wzajemnej współpracy i wsparcia. Różniący się ludzie lub ich grupy mogą się wzajemnie uzupełniać, wiele się od siebie nauczyć i być dla siebie fascynującymi partnerami. By tak się mogło stać, obie grupy muszą się jednak zmierzyć z instynktowną niechęcią i stereotypami charakteryzującymi relacje z Innym.

Inny oswojony

Dawno temu, gdy kształtował się nasz umysł, spotkanie z kimś obcym było doświadczeniem niebezpiecznym. Istniało duże prawdopodobieństwo, że jest on członkiem grupy, która zamierza wybić naszą, żeby mieć monopol na żywność i schronienie. Nawet jeśli zamiary przybysza były pokojowe, sama jego obecność oznaczała konieczność dzielenia się naprawdę skąpymi wówczas możliwościami zdobycia żywności. Dlatego nasz mózg wykształcił niezbędny dla przeżycia, bardzo silny odruch unikania spotkań z obcymi, a jeśli już do nich dojdzie, daleko posuniętej ostrożności i przygotowania się na konfrontację z niebezpieczeństwem. Odruch ten działa nawet dziś, kiedy osoby, które naprawdę chcą zrobić nam krzywdę, starają się maksymalnie do nas upodobnić, żeby wzbudzić nasze zaufanie, a w sklepach są zapasy żywności wystarczające dla wszystkich. Czy jesteśmy więc skazani na wzajemną podejrzliwość? Nie. Większość z nas nie zdaje sobie sprawy z odruchowości naszej reakcji i winę za swoje zakłopotanie lub niechęć przypisuje partnerowi. Myśli sobie np. „nie lubię niewidomych, ciągle czegoś chcą i są roszczeniowi”, a osoby z dysfunkcją wzroku nie wyjdą z domu z białą laską, bo wszyscy będą się nad nimi litować i ich wyśmiewać. W momencie kiedy zdamy sobie sprawę, że nikt tu nie jest winny, tylko obie strony instynktownie obawiają się spotkania z kimś odmiennym, możemy wykorzystać wrodzoną ostrożność do budowania bezpiecznej relacji z poszanowaniem wspólnych granic, a nie wzajemnej niechęci.

Drugą, bardzo ważną sprawą kiedy spotykamy kogoś obcego, jest ustalenie kto to jest i jak z nim postępować. Naszym przodkom taka wiedza była niezbędna, bo czasu na prawidłową reakcję było naprawdę mało. Nam również wiedza o tym, jacy są inni jest niezbędna, ale musimy pamiętać, że na jej zdobycie mamy więcej czasu. Najlepszym źródłem trafnej wiedzy o innych jest wzajemny kontakt. Jeżeli nie mieliśmy możliwości spotkania kogoś z interesującej nas grupy, ani osoby, która dobrze ją zna, posługujemy się uproszczonymi, powszechnie dostępnymi schematami – stereotypami. Stereotypy bywają bardzo przydatne, dają nam poczucie, że wiemy jak się zachować i nie jesteśmy bezradni. Szkopuł w tym, że zawierają wiele informacji negatywnych, są bardzo pobieżne, a sztywne postrzeganie spotkanej osoby przez ich pryzmat uniemożliwia nam rzeczywiste poznanie jej, adekwatne zachowanie i prowadzą do wielu nieporozumień i zjawiska samopotwierdzania stereotypu (jeżeli spotykamy Szkota i zakładamy, że jest skąpy, nie dajemy mu okazji, żeby mógł się z nami czymś podzielić, a skoro się nie dzieli, to myślimy, że jest skąpy). Jakie stereotypy funkcjonują o osobach z dysfunkcją wzroku i o osobach normalnie widzących?

W teście skojarzeń ludzie widzący, którzy nie mieli kontaktu z osobami z dysfunkcją wzroku opisują je jako: chodzące z białą laską, świetnych muzyków i masażystów, bezradnych, niedosłyszących, nie do końca sprawnych intelektualnie, „biednych”, których trzeba wyręczać i roszczeniowych. Taki obraz naszej grupy w miażdżącej większości przypadków nie odpowiada rzeczywistości i bierze się z pobieżnych wniosków. Przykładowo większość osób z dysfunkcją wzroku, z którymi ludzie widzący na co dzień mają kontakt, to seniorzy, którzy z racji wieku również słyszą słabiej – stąd wniosek, że niedosłyszymy. Fakt, że dzieci z dysfunkcją wzroku kształcą się czasem w odrębnych ośrodkach, nasuwa naszym standardowo widzącym kolegom skojarzenia ze szkołą specjalną. Jeżeli dołożymy do tego gorsze wyniki dzieci z dysfunkcją wzroku spowodowane brakiem niezbędnej wiedzy o ich potrzebach edukacyjnych i zwracające uwagę osoby niepełnosprawne intelektualnie ze względu na problemy neurologiczne, którym dodatkowo towarzyszy dysfunkcja wzroku, wiemy dlaczego myślą, że jesteśmy nie do końca sprawni poznawczo. Jeśli z góry zakładają, że funkcjonowanie bez wzroku jest niemożliwe, wyręczają nas we wszystkim, wszędzie prowadzą, potwierdzając tym samym nasz obraz jako osób bezradnych i „biednych”.

Z kolei osoby z dysfunkcją wzroku, które utrzymują słaby kontakt z osobami widzącymi, opisują je jako: nieczułe, agresywne, zabiegane, bezmyślne, ironiczne i bezwzględne. Najlepszą obroną przed kimś takim jest atak lub unikanie kontaktu za wszelką cenę, co, jak łatwo się domyślić, tylko utrwala stereotyp.

Czy jesteśmy skazani na stereotypy? Tak, bo pełnią ważną funkcję i są bardzo przydatne. Pod warunkiem, że są budowane o rzetelną, osadzoną w kontekście wiedzę i nie są wyrocznią, ale przydatnymi wskazówkami modyfikowanymi w oparciu o bieżącą sytuację. To, jak ważna jest wzajemna otwartość i wiedza, dobitnie pokazuje fakt, że osoby widzące, mające częsty kontakt z ludźmi z dysfunkcją wzroku lub biorące udział w warsztatach pozwalających im poznać i zrozumieć zachowanie tych ludzi w teście skojarzeń, opisują je jako: wrażliwe, bardzo inteligentne, samodzielne, miłe, empatyczne i wytrwałe. Analogicznie ludzie niepełnosprawni wzrokowo mający częsty kontakt z osobami widzącymi lub biorące udział w dobrze przeprowadzonych zajęciach integracyjnych, w teście skojarzeń charakteryzują je jako: czasem zagubione lub nadopiekuńcze, ale chętne do pomocy, zaangażowane, miłe, będące źródłem ważnej wiedzy.

Podsumowanie

Różnice pomiędzy ludźmi standardowo widzącymi i ludźmi z dysfunkcją wzroku, które do tej pory były źródłem nieporozumień i niechęci, mogą być początkiem wspaniałej, wiele dającej obu stronom współpracy. Wystarczy, że odrzucimy mit o tożsamości obu grup, zrozumiemy, że lęk i niechęć przed wzajemnym kontaktem jest instynktownym odruchem, a nie dowodem realnego zagrożenia, a nasze relacje będziemy budowali na rzetelnej wiedzy. Dlatego w następnych artykułach przyjrzymy się dokładnie życiu i rozwojowi osób z dysfunkcją wzroku.

INFORMACJA O AUTORCE:

ALEKSANDRA BUSSE-BRANDYK (ur. 27 VI 1982) – szczątkowo widząca doktorantka psychologii na Uniwersytecie Wrocławskim. Od trzech lat aktywnie współpracuje z Wrocławskim Tyflopunktem Fundacji „Szansa dla Niewidomych” i Dolnośląskim Okręgiem Polskiego Związku Niewidomych prowadząc poradnictwo psychologiczne dla osób niewidomych i słabowidzących oraz ich najbliższych. Przed rozpoczęciem studiów była wolontariuszką w Gliwickim Kole Polskiego Związku Niewidomych, Centrum Integracji Społecznej oraz Fundacji Społecznych Kuratorów Sądowych „Dajmy Szansę”. W ramach swoich zainteresowań naukowych współprowadzi Naukowe Koło Analizy Jungowskiej przy Instytucie Psychologii Uniwersytetu Wrocławskiego, zajmuje się psychologią analityczną badającą nieświadomość, psychologią rozwoju człowieka oraz tyflopsychologią – psychologią osób z dysfunkcją wzroku. W życiu codziennym jest pasjonatką fantastyki i narracyjnych gier fabularnych. Za swoje największe osiągnięcia uważa skuteczną pomoc w osiąganiu szczęścia i samodzielności przez osoby, z którymi współpracowała, stypendia naukowe Prezesa Rady Ministrów i Uniwersytetu Wrocławskiego oraz wyróżnienia za zaangażowanie w działalność naukowo-dydaktyczną przyznane przez macierzysty Instytut.