Jestem… niewidomym sportowcem. Bieg po marzenia – paraolimpijskie refleksje

Mam 22 lata. W dzieciństwie zdiagnozowano u mnie zwyrodnienie barwnikowe siatkówki i dzisiaj pozostały mi tylko resztki widzenia. Jestem niewidzącym biegaczem, który w tym roku miał zaszczyt reprezentować Polskę na Igrzyskach Paraolimpijskich w Rio de Janeiro.

Moja przygoda z Rio zaczęła się dużo, dużo wcześniej – od przygotowań, a konkretnie od morderczych treningów, ogromnego stresu przed każdym meetingiem i zawodami. Moje życie podporządkowane jest bieganiu: rano odbywam trening, później chodzę na zajęcia na uczelni, znowu wracam na trening… i tak każdego dnia. Mówiąc szczerze, nawet nie mam czasu na życie osobiste i z tego powodu nie chcę obarczać żadnej kobiety ciągłym przebywaniem w samotności. Albo trening, albo nauka, albo zgrupowania i zawody. Tak wygląda mój kalendarz odkąd zacząłem trenować lekkoatletykę. Nie ukrywam, że pierwsze sukcesy, które odniosłem, były dla mnie ogromnym motywatorem, dlatego właśnie poświęciłem swój czas i energię bieganiu.

Bardzo ważnym dla mnie człowiekiem jest trener Jacek Szczygieł. Jest moim mentorem. Dzięki niemu osiągnąłem wiele i myślę, że osiągnę jeszcze więcej. Bardzo zależy mi na tym, żeby go nie zawieść i by był ze mnie dumny. Zaufał mi, więc muszę stanąć na wysokości zadania.

Ogromnym wsparciem są dla mnie Rodzice – Ewa i Bolek. Mama pracuje w Gimnazjum Integracyjnym w Kielcach m.in. z niewidomymi i słabowidzącymi, ucząc tam języka polskiego. Mama zawsze dbała, abym nie zaniedbywał nauki, podobnie tata, który też jest nauczycielem i instruktorem karate. Zawsze hołdował maksymie: ”Pierwsi w walce, pierwsi w nauce” i przekazał to mnie. Trenuje razem ze mną, gdy biegam na długie dystanse. Jest obok mnie – jedzie na rowerze. Rodzice nieustannie mnie motywują do pracy, zawsze pozytywnie – nawet wtedy, gdy jestem wściekły, gdy coś mi nie wychodzi, albo jestem tak zmęczony, że mam ochotę to wszystko rzucić.

Kolejnym ważnym momentem w moim życiu było poznanie Sylwka Lepiarza, mojego przewodnika. Biegaliśmy razem 2 lata, odnosząc sukcesy, ale i ponosząc porażki. Do historii przejdzie mój bieg w Grosseto, gdzie odbywały się Mistrzostwa Europy Niepełnosprawnych w Lekkiej Atletyce. Już po 120 metrach zostałem „zdeptany” przez jednego z przewodników i but zsunął mi się ze stopy. Chciałem przerwać bieg, ale mój przewodnik stanowczo zabronił. Przez pierwsze 600 metrów nie odczuwałem dużego dyskomfortu, to chyba zasługa adrenaliny, ale ostatnie 900 m do mety biegłem już raczej siłą woli. Moja stopa była w opłakanym stanie, ale taka jest cena medalu, który zdobyłem. Te mistrzostwa były dla mnie ostatnią szansą na zdobycie przepustki do Rio. Zdobyłem ją! Od tego momentu zaczęły się intensywne przygotowania do Igrzysk, okupione hektolitrami potu.

Wreszcie wylot do Rio i jestem w miejscu, o którym marzyłem przez ostatnie lata, o którym marzy każdy sportowiec. Jestem uczestnikiem Igrzysk Paraolimpijskich! Wioska olimpijska zrobiła na mnie duże wrażenie – wielka przestrzeń, właściwie miasto, wieżowce, na których były wywieszone kolorowe banery różnych państw. Dookoła wszechobecna zieleń, fontanny i tłum ludzi mówiących językami z całego świata. Wszyscy uśmiechnięci, a w powietrzu czuć radość i nadzieję – nadzieję na osiągnięcie sukcesu.

Igrzyska to wielkie święto sportu, czas, w którym ludzie, zwłaszcza niepełnosprawni, czują moc, są pewni swoich możliwości, stają się odważniejsi i potrzebni.

Zakwaterowano nas w przestronnych pokojach z wielkimi tarasami, z których rozciągał się zapierający dech w piersiach widok. Dla mnie i moich kolegów zupełna nowość, egzotyka, coś, co mogłem zobaczyć jedynie w kolorowych folderach reklamowych. Mówiono, że wioska nie była doskonale przygotowana na przyjęcie sportowców, być może tak było. Pewnie ci, którzy uczestniczyli w igrzyskach w ubiegłych latach, nie byli do końca zachwyceni, ale dla mnie nie miało to wielkiego znaczenia, najważniejsze, że mogłem tu być. Na początku trudno mi było przystosować się do zmiany czasu, ale wkrótce i to minęło. Zacząłem realizować ustalony harmonogram: rano śniadanie, trening, obiad, odpoczynek, kolacja i kontakt z bliskimi. Właśnie – te rozmowy z Rodzicami, bratem i przyjaciółmi znaczyły dla mnie bardzo wiele, bo z dnia na dzień, mimo tylu atrakcji, nowych doznań zaczynałem już czuć niepokój. Widok mamy i spokój taty dodawał mi otuchy, a brat i przyjaciele nie pozwalali na strach. Każdy mi powtarzał, że jest dumny ze mnie, że będzie dobrze, że i tak osiągnąłem wielki sukces będąc tu, w Brazylii. Zresztą każdy z nas, kadrowiczów, wspierał się wzajemnie i podtrzymywał na duchu. Byliśmy razem fizycznie i psychicznie. Cieszyliśmy się z sukcesów, medali już zdobytych, wspieraliśmy tych, którym się nie powiodło. A ja przed moim startem jak mantrę powtarzałem sobie: muszę być pewny siebie, mam być opanowany i skoncentrowany, jestem wojownikiem, dam z siebie wszystko! Byłem mocno zmotywowany i dobrze przygotowany.

Bieg na dystansie 1500 m w kategorii T11, a więc dla niewidomych, poprzedzał start kwalifikacyjny. W takich warunkach – 35 stopni gorąca, duża wilgotność – to morderczy bieg dla Europejczyka. Ogromny stres, psychiczna presja, żeby nie zawieść siebie i innych z jednej strony, z drugiej ogromna koncentracja i nadzieja, że dam radę, że się nie poddam, że przyjechałem tu po to, żeby zwyciężyć. I być może tak by się stało, gdyby mój przewodnik Sylwek nie przekroczył pierwszy linii mety. Jest to niedopuszczalne w biegach niewidomych, tuż przed linią mety przewodnik ma obowiązek odpiąć smycz, łączącą jego rękę z ręką biegacza, umożliwiając temu ostatniemu samodzielne przekroczenie mety. Niestety, nie mogłem już pobiec w finale. Co czułem? Najpierw niedowierzanie, później rozpacz i złość, a jeszcze później pomyślałem sobie, że to się stało i nic już nie poradzę. Pozostało do powrotu do Polski kilka dni. Nie ukrywam, że już chciałem wracać. Ten wolny czas poświęciłem na oglądanie cudów Rio, ale już bez radości. Brazylia to piękny kraj, Brazylijczycy to ciepli i radośni ludzie i taki obraz pozostanie w mojej pamięci.

To doświadczenie uświadomiło mi, jak wielu ludzi jest mi życzliwych. Natychmiast po moim biegu odezwali się różni ludzie, którzy pisali o mnie i do mnie same dobre rzeczy. Oczywiście moja Rodzina – Rodzice, Brat i jego dziewczyna, ciocie, wujkowie, ukochani moi dziadkowie, przyjaciele moi i rodziców, nawet uczniowie Gimnazjum Integracyjnego nr 4 w Kielcach, których przecież nie znam, nauczyciele, którzy kiedyś mnie uczyli i wiele innych osób. Było to dla mnie ważne i bardzo motywujące.

Nie poddam się. Nadal walczę, konsekwentnie wypełniam zadania, które stawia przede mną mój trener. Przede mną Mistrzostwa Świata w Londynie, a później Igrzyska w Tokio, w których mam nadzieję uczestniczyć. Jestem bogatszy o nowe doświadczenia, bardzo mocno zmotywowany, biegam z innym przewodnikiem i myślę, że uda mi się zdobyć medal olimpijski.

Jakie jest życie w mroku? Wbrew pozorom nie jest tak źle. Jestem nieustannym optymistą, nie roztkliwiam się nad sobą. Każda niepełnosprawność utrudnia normalną egzystencję, ale ważne jest, żeby nauczyć się z nią żyć, zaakceptować ją w końcu, chociaż to piekielnie trudne. Nie ukrywam, było mi bardzo ciężko, kiedy z dnia na dzień traciłem wzrok i wokół mnie robiło się ciemno. Z wielu rzeczy musiałem zrezygnować, wiele musiałem się nauczyć, chociażby nalewania do szklanki wody, chodzenia z laską, słuchania. Wydawałoby się zwyczajne czynności, ale dla mnie stanowiły problem. Jestem wdzięczny moim Rodzicom, że nie rozkładali nade mną ochronnego parasola, że dużo ode mnie i mojego brata, który też nie widzi, wymagali, że nauczyli nas samodzielności i otwartości na ludzi i świat. Dużo też zawdzięczam nauczycielom, którzy pracowali ze mną w gimnazjum i w szkole średniej, motywowali i wierzyli we mnie. Zresztą tak jest do dziś, bo na Uniwersytecie Jana Kochanowskiego w Kielcach, gdzie studiuję, także wszyscy traktują mnie z życzliwością, umożliwiając mi realizowanie mojej pasji, jaką jest bieganie.

Nazywam się Aleksander Kossakowski, jestem niewidomym biegaczem, który może dzisiaj nazwać się olimpijczykiem!