W polskich szkołach brakuje podręczników dla uczniów niewidomych i słabowidzących – czy to normalne?

Ministerstwo Edukacji Narodowej gubi się w zeznaniach, gdy zapyta się o tę sprawę. Otóż, najprawdopodobniej chciałoby załatwić wszystko najlepiej, ale mu jakoś nie wychodzi. Przez wiele lat podręczniki dla uczniów niewidomych i słabowidzących drukowane były przez drukarnię Polskiego Związku Niewidomych. Wtedy, trzeba to uczciwie przyznać, były dostępne, choć okropnie drogie. Związek nieźle na nich zarabiał. Był monopolistą i narzucał ceny oderwane od kosztów. W pewnym momencie, jeszcze w czasach, gdy edukacją niewidomych i słabowidzących zajmowała się pani Wiesława Szczepaniak-Maleszka zdecydowano, że konieczne jest składanie zamówień u wszystkich producentów. Było ich w latach dziewięćdziesiątych trzech: ZWIN PZN, PRINT 6 PZN oraz ALTIX. Zamawiano jednak tylko u tych dwóch pierwszych. Już w nowym wieku nie dało się tego kontynuować, bo nie można faworyzować nikogo, gdy chodzi o wydatkowanie środków publicznych. MEN przystąpił do organizowania przetargowych konkursów. Najpierw, w okresie przejściowym, pewnie by nikogo nie obrazić, zapraszano do udziału w przetargach wybranych producentów, do których doszlusowała drukarnia z Lasek. Potem zaczęła się epoka sukcesów firmy IMPULS, która już mogła przystąpić do przetargu i zwyciężała. Wtedy wzięła się do pracy firma ALTIX, która wygrała za pierwszym razem duże zamówienie. Okazało się, że to był koniec względnie dobrego zaopatrywania szkół w książki brajlowskie i w druku powiększonym.

Koalicyjny rząd PO-PSL i jego reprezentant Minister Edukacji Narodowej – pani Katarzyna Hall, wraz ze swoim ministerialnym zespołem ulegli tendencjom, które są słuszne jedynie teoretycznie, a w praktyce sprowadzają się do tego, co boli dzisiaj wszystkich nauczycieli i dyrektorów z ośrodków szkolno-wychowawczych. Miało bowiem dojść do drukowania podręczników w taki sposób, by można było mieć specjalną wersję dowolnego tytułu, który wybrał nauczyciel. Chodziło o dostarczenie do szkół takich książek, które zostały wybrane do używania w klasach w szkołach masowych. Tam każdy nauczyciel może wybrać dowolny podręcznik dopuszczony do nauki. Gdyby w klasie szkoły masowej znalazł się niewidomy lub niedowidzący uczeń, należało dać mu ten sam podręcznik, z którym pracuje cała klasa, wydrukowany w przystosowanej dla niego wersji. Na pierwszy rzut oka idea ta wydaje się słuszna, ale nie pomyślano o konsekwencjach tego zamysłu. Aby tego rodzaju rozwiązanie zdało egzamin, potrzebne są o wiele większe fundusze, niż te, którymi dysponuje Ministerstwo. System zaopatrywania szkół w podręczniki, polegający na możliwości opracowania i wydrukowania dowolnego tytułu musi kosztować znacznie więcej, a nie mniej! Gdy wcześniej drukowano z góry określone książki, niewidomi nie mieli co prawda dostępnych wszystkich tytułów, ale mieli przynajmniej te książki, które wybrały szkoły specjalne. Teraz mogą mieć teoretycznie wszystkie, ale w praktyce nie mają nic!

Mówi się, że promotorem nowego, słusznego jedynie teoretycznie, rozwiązania jest pan Paweł Wdówik i jego współpracownicy. Zadbano, by niewidomi mogli używać książki takie, jakich używają w poszczególnych klasach i szkołach masowych widzący rówieśnicy. To bardzo szczytne zamierzenie, jednak problem polega na tym, że drukiem tych dowolnie wybranych tytułów miały zająć się same szkoły oraz właśnie one miały finansować te koszty! Co jednak wtedy, gdy nie ma dodatkowych pieniędzy, a tym bardziej na tak drogie epokowe rozwiązanie? Mało kto umie adaptować książki na potrzeby inwalidów wzroku, toteż koszty ich przygotowania nie są takie małe, jak sądziło Ministerstwo. Założono, że adaptacje najlepiej wykonają ludzie Uniwersytetu Warszawskiego, a drukiem zajmą się same szkoły! Ciekawe, skąd współpracownicy UW mieli umieć adaptować podręczniki, co nie jest proste, oraz w jakiż to sposób mogły zająć się drukowaniem szkoły, które, co by nie rzec, nie są drukarniami. Kto miał dać im fundusze na to zadanie? Ministerstwo miało na celu oszczędności w swoim budżecie, ale gdzie są oszczędności w samorządach, które są właścicielami szkół? Podręczniki dla uczniów ze szkół masowych mieli przygotować współpracownicy UW, a dla uczniów ze szkół specjalnych współpracownicy Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego (KUL). Nietrudno zgadnąć, że obie grupy nie mając kwalifikacji przystąpiły do pracy po amatorsku i zaczęły adaptować podręczniki po swojemu. Podręcznik wybrany przez jedną szkołę masową był opracowany w brajlu w inny sposób, niż podręcznik wybrany do nauki w jakiejś szkole specjalnej. Ciekawe, jak mieli się w tym połapać sami uczniowie?! Wystarczy, by uczeń przeszedł z jednej szkoły do drugiej, a już nie wiedział jak się uczyć. Bałagan stał się tak duży, że swój protest zgłosiły do MEN wspólnie wszystkie szkoły specjalne. One nie miały możliwości drukowania, więc zdecydowano, że i dla nich podręczniki będą drukowane przez KUL. Jest to wykonywane z bardzo dużym opóźnieniem, albo fatalnie. Szkoły te znają jakość podręczników sprzed lat i stoją na gruncie zasad adaptacyjnych opracowanych przez specjalistów w Polskim Związku Niewidomych.

Na czym polega problem? Ministerstwo nie może uzyskać zgody osób i środowisk biorących udział w nauczaniu inwalidów wzroku w kwestii, kto ma wykonywać poszczególne zadania oraz jakie należy narzucić zasady określające związane z tym obowiązki. Przedstawiciele UW i KUL, na podstawie zawartej z MEN umowy, opracowują adaptacje podręczników: współpracownicy UW opracowują podręczniki wybrane przez szkoły masowe, a KUL podręczniki wybrane przez szkoły specjalne. Nauczyciele z ośrodków nie zgadzają się na sposób adaptacji UW, choć sam druk jest wyższej jakości. Natomiast KUL, który przyjął zasady adaptacji tzw. “laskowskie”, robi mnóstwo błędów drukarskich i merytorycznych. Na UW stosuje się tzw. amerykański system adaptacji książek brajlowskich, podczas gdy w Polsce opierano się na rozwiązaniach europejskich. Współpracownicy UW porzucili ten ostatni i przygotowują adaptacje zupełnie inaczej. Przedstawiciele szkół są oburzeni i otwarcie zgłaszają swoje uwagi. Dla zrozumienia problemu, niech za przykład posłuży fakt częstego pomijania ilustracji bez ich odpowiedniego omówienia, niemodyfikowanie poleceń takich, jak np. „wskaż na rysunku obok”, chociaż wcale go tam nie zamieszczono i bezsensowne dopisywanie uwagi, że w wersji brajlowskiej rysunek znajduje się np. na innej stronie. Brak tam modyfikacji ćwiczeń np. „policz czerwone jabłka”, czego niewidomy nie zdoła wykonać, gdy można przecież zastąpić to innym poleceniem: „policz trójkąty”. Podobnie idiotycznie brzmi polecenie: „Podkreśl błędne wyrazy”, a można polecić: „Przepisz je do zeszytu i wskaż wybrane”. Chodzi o to, aby wykonana praca z tekstem była faktycznie adaptacją, czyli dostosowaniem do potrzeb niewidomych. Należy też przypomnieć, że w wielu książkach wykład merytoryczny jest oparty na ilustracjach.

W obu uczelniach nie stosuje się nowej notacji matematycznej prof. Helmuta Ephesera, która jest wspaniałym osiągnięciem. Można lubić lub nie jego opracowanie, ale wszyscy zgadzają się, że jest merytorycznie znakomite. UW chce rozwiązywać problem notacji specjalistycznych poprzez umieszczanie na początku każdego podręcznika lub nawet każdego z jego tomów, tabeli używanych brajlowskich symboli. Wynika to podobno z poglądu, że skoro w USA i Anglii istnieje wiele zapisów brajlowskich, to dlaczego w Polsce ma być tylko jeden? Można zadać pytanie, czy w podręcznikach czarnodrukowych stosuje się różne oznaczenia dla poszczególnych symboli? Czy widzący uczniowie poradziliby sobie z podręcznikami, gdyby w każdym dodawanie, odejmowanie, wektory, strzałki wyglądały inaczej? Nie mamy więc wspólnego systemu tworzenia książek z tekstami matematycznymi u nas oraz u naszych sąsiadów, a w przeszłości uzyskiwaliśmy z tego tytułu wiele korzyści. Pan Paweł Wdówik i jego otoczenie faworyzują amerykański model adaptowania podręczników i nie chcą przyjąć do wiadomości, że to tutaj, w Europie i w Polsce mieliśmy i mamy niewidomych naukowców, np. matematyków, a w Stanach jest w tej kwestii gorzej. Wszyscy polscy niewidomi matematycy stosowali notację Ephesera i osiągali dobre wyniki. Teraz panuje w tej dziedzinie bałagan i coraz więcej niewidomych, którzy mają zdolności matematyczne, tracą swoje szanse.

O rozwoju sytuacji będziemy informowali na bieżąco uznając, że dla młodych niewidomych sprawa ta ma decydujące znaczenie. Jeśli chcą zdobyć wykształcenie, a następnie pracę, muszą powalczyć o swoje prawa. Miło jest się nie uczyć, ale nie mieć pracy, dochodów, rodziny, widzących przyjaciół jest tragedią, do której lepiej nie dążyć. Dlaczego niektórzy nie rozumieją tego zagadnienia i forsują pomysły prowadzące na manowce? Pozostaje mieć nadzieję, że Ministerstwo zrozumie postulaty środowiska zakończy współpracę z osobami niewystarczająco kompetentnymi. A przecież można pozostać przy starym, sprawdzonym i mądrym systemie adaptacji. Można zorganizować konkurs na najlepszą ofertę na opracowanie i druk podręczników niezależnie od tego, czy chodzi o kilka, czy wiele tytułów, i nie ma to nic wspólnego z tym, o czym informują Ministerstwo osoby, którym ośrodki specjalne nie ufają i uważają ich koncepcje za szkodliwe.

Na koniec warto powiedzieć, że ośrodki specjalne w Polsce mają ogromne zasługi dla niewidomych i nie wolno ich niszczyć. To tam uczyły się tysiące inwalidów wzroku. To tam uczyli się ci, którzy potem zdołali pójść na studia i zdobyć tytuły. Co w zamian za to oferują nowi „adaptatorzy – wynalazcy”?

Komentarze

komentarze