Świat otwarty dla niewidomych – Rozmowa z Markiem Kalbarczykiem, menadżerem naszej firmy i społecznym prezesem Fundacji Szansa dla Niewidomych.

Pytamy naszego szefa, jak sobie radzi, a on wydaje się nie wiedzieć. Jak niewidomy może być szefem firmy i fundacji? Jak do tego wszystkiego umie jeszcze znaleźć czas na pisanie książek? Udało się nam namówić go na dłuższą rozmowę i zadać kilkanaście pytań. Odpowiedzi pokazują na czym polega jego działalność i sposób na osiąganie wyznaczonych celów. Nasze pytania są oczywiste i łatwe do rozszyfrowania na podstawie zamieszczonych tu odpowiedzi, toteż pomijamy je bez obaw, że czytelnicy coś stracą.

Jak więc żyć, by inwalidztwo wzroku nie przeszkadzało? Odpowiedź na to i inne pytania znajdujemy nie tylko w tej rozmowie, ale i w książkach, które napisał nasz rozmówca. Prezes nazywa je „nieporadnymi” poradnikami. Dlaczego „nieporadnymi”? Dla autora to proste – poradniki mają swoją specyfikę, wiemy jak są skonstruowane, jakie są w powszechnym mniemaniu. Niełatwo jest przekazać trudną wiedzę w taki sposób, by zawarta tam treść dotarła do czytelnika, a jej odczytanie było przyjemnością. Właśnie dlatego jego poradniki są inne – Pan Marek nie lubi sztampy. Skoro jego i naszym zdaniem poradniki zwyczajne nie dają się czytać, odczuł, że musiał wymyślić inną, przystępną formułę. Tę inność nazwał nieporadną, bo podkreśla, że w tej dziedzinie, a być może i we wszystkich dziedzinach, w których działa, jest amatorem. Jako amator nie spodziewa się więc braw od innych autorów. On chce opowiadać o świecie niewidomych w taki sposób, by móc wpłynąć na wyobrażenie o nim osób widzących, które go nie znają. Gdyby były to poradniki „konwencjonalne”, być może wielu ludzi nie sięgnęłoby po nie wcale. Nadal zastanawialiby się, czy można niewidomych pytać: „Czy oglądałeś wczoraj mecz?”. Można, bo niewidomi też oglądają, chociażby tzw. „trzecim okiem”, albo po prostu słuchając i wyobrażając sobie co się dzieje na boisku. Żeby to wiedzieć trzeba się z nimi spotkać, albo o nich poczytać. Na początek można spotkać się z naszym szefem, na przykład w niniejszym wywiadzie. Najpierw krótka notka biograficzna Pana Marka, a potem jego wypowiedzi o świecie otwartym dla niewidomych. Chodzi zapewne o świat otwarty dla wszystkich, bo czym w tej kwestii się różnimy?

Marek Kalbarczyk – niewidomy założyciel Fundacji Unia Pomocy Niepełnosprawnym – Szansa, aktualnie społeczny prezes Fundacji Szansa dla Niewidomych. Prezes firmy tyfloinformatycznej Altix, którą wraz ze współpracownikami stworzył od podstaw. Poprzez kontakty z zagranicznymi producentami, jako pierwszy wprowadził sprzęt tyfloinformatyczny na polski rynek. Współtwórca pierwszego polskiego syntezatora mowy. Autor podręczników do nauki matematyki, w tym najnowszej, rozszerzonej brajlowskiej notacji matematycznej, książki „Świat otwarty dla niewidomych” oraz wielu poradników dla tych osób, m.in. „Czas na własną firmę. Poradnik dla niewidomych i słabowidzących”, czy pierwszej w Europie książki kucharskiej dla niewidomych „Smak na koniuszkach palców”. Twórca przewodników turystycznych po Polsce, napisanych specjalnie dla tego środowiska. Absolwent Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Na co dzień pracuje nad wykorzystaniem informatyki dla rehabilitacji niewidomych i słabowidzących.

W 2010 roku otrzymał tytuł „Człowieka bez barier” oraz „Superlodołamacza”, a w 2012 roku został uhonorowany przez ministra Jarosława Dudę odznaczeniem specjalnym za 20 lat szerzenia idei pomocy niepełnosprawnym. Swoim życiem wytycza nowe szlaki w rehabilitacji inwalidów wzroku i inspiruje do działania na rzecz tego środowiska. Za swoją działalność został wybrany Dobroczyńcą roku 2010, Prezesem Wolontariuszem, wreszcie odznaczono go Krzyżem Kawalerskim Orderu Odrodzenia Polski. Przez wiele lat działał bez rozgłosu, a w latach ostatnich wyróżnienia pojawiły się jak grzyby po deszczu.

– Trudno się dziwić, że gdy sam dostałem tak wiele prezentów, lubię dawać je innym. Największym prezentem może być przekazanie innym swojego doświadczenia. Prezenty materialne są przemijające i zawsze bardzo ograniczone. Wiedza i doświadczenie ułatwiają życie dzień po dniu, a rady o ogólnej naturze nie dezaktualizują się przez wiele lat. Czasem dobra rada decyduje o całym życiu. Ludzie nie mają innego sposobu na naukę, jak posłuchać rad innych i skorzystać z tej pomocy. W jaki sposób młody człowiek ma wiedzieć jak uniknąć niebezpiecznego miejsca na szosie, gdy nigdy tam nie był, a inni stracili tam życie? Może się o tym dowiedzieć z relacji świadków. Dojeżdżając do tego miejsca jest ostrożny i hamuje. Nie wypada z trasy i nie jest ranny. Kto inny, gdy niczego się nie dowiedział, pędzi fajniutko i nie wyrabia się na zakręcie. Potem cierpi. Ile jest więc warta relacja o wypadkach w tym miejscu? Nie da się jej przecenić. Tak samo ze wszystkimi innymi radami. One budują nasz świat. Organizujemy sobie procedury postępowania i zauważamy, że idzie nam coraz lepiej. W ten sposób uczymy się jak się uczyć łatwiej i przyjemniej, jak sprytnie i mądrze zdawać egzaminy, kierować samochodem, wreszcie jak niwelować skutki inwalidztwa, na przykład wzroku. Mądre rady są więc znakomitymi prezentami.

Owszem, nie wszyscy lubią doradzać. Pewna grupa ludzi sądzi, że to wyłącznie ich know how. Wolą się nią nie dzielić. Są zazdrośni i boją się, że ktoś ich wyprzedzi, będzie lepszy. Ja tak nie sądzę. Każdy jest lepszy od innych na tyle, że wystarczy. Każdy jest bowiem lepszy w tym, na czym mu zależy. A wcale nie musimy być lepsi we wszystkim. Zdobywcy złotych medali na olimpiadzie nie martwią się, że na przykład nie potrafią szyć, budować domów, albo pisać programów komputerowych. Każdy jest inny i przez to ciekawy. Dzielenie się wiedzą i doświadczeniem w niczym więc nie przeszkadza. Przeciwnie, dzieląc się z innymi dbamy też o siebie, bo wtedy i oni się dzielą. W ten sposób radzimy my, a następnie dostajemy rady od nich. To taka normalna wymiana prezentów, jak na imieninach albo na gwiazdkę – przynosimy my i oni! Nasze otoczenie rośnie w wiedzę i doświadczenie. Wszyscy z tego korzystamy i zauważamy, że jest lepiej.

– Co ja radzę innym niewidomym? Otworzyć się i korzystać z tego, co się ma. Niewidomi dobrze słyszą, mają znakomite inne zmysły i rozmaite zdolności. Wystarczy tego na ważne dla nas okazje. To prawda, nie będziemy mieli radości z oglądania krajobrazów, obrazu twarzy swoich bliskich, estetycznych przeżyć przed obrazami wybitnych malarzy, ale nie musi to nas martwić. Możemy nauczyć się słyszeć więcej od innych ludzi. Okaże się, że w muzyce jest tak wiele barw, że do końca życia ich nie wysłuchamy. Nagle gitara brzmi inaczej, niż odbieraliśmy wcześniej, a co dopiero fortepian i saksofon? Potem nauczymy się rozumieć tony innych ludzi i okaże się, że mówią do nas dwoma językami. Jeden to zwykły język mowy, a drugi to język brzmień, modulacji, gry tonów itd. W tym drugim nie ma treści werbalnej, ale jest ogromna wiedza psychologiczna. Dowiadujemy się na przykład z kim mamy do czynienia, czy relacjonując swoje przeżycia jest wystraszony, czy jest dzielny albo raczej udaje bohatera. Nie czas wymienić tu wszystko, jasne jest chyba, że niewidomi mają co robić i czym żyć.

– A co bym radził osobom widzącym? Otworzyć się na innych. Często im tego brakuje. Są zamknięci tak bardzo, że zapędzają się w tzw. kozi róg. Nie wiedzą co robić, nie znajdują sensu życia i marnieją z dnia na dzień. Tymczasem gdyby chcieli, widzieliby wokół siebie tyle ciekawego i fajnego świata, że nie dopadałaby ich depresja i nuda.

– W swoich książkach opowiadam o różnych rzeczach, ale wszystkie mają kilka wspólnych mianowników. Jednym z nich jest jak najsilniejsze namawianie do otwarcia się na innych. Świat ma być otwarty dla niewidomych, bo bez tego nikt tutaj nie może czuć się dobrze. Kiedyś właśnie niewidomi byli wyrzutem świata. Skazano ich na żebranie pod kościołami i nikt nie mógł mieć humoru, gdy to widział. Potem dano niewidomym nowe szanse, ale jednak w daleko posuniętej izolacji: hej niewidomi, weźcie swoje szanse, żyjcie sobie fajniej, ale w izolacji i nam się nie pokazujcie. Wreszcie przyszły zmiany związane z koniecznością zrekompensowania nieszczęść niewidomym ofiarom wojny i rozwojem technologii. Teraz niewidomi mogą żyć i pracować razem z ludźmi widzącymi. Chodzi więc już tylko o to, by ci drudzy chcieli ich do siebie przyjąć.

Moje „nieporadne” poradniki są opracowane tak, by chciało się je czytać. Czy mi się to udało? Żaden autor nie wie tego do końca, ale chyba tak. Ja w każdym razie jestem zadowolony, tym bardziej, gdy podchodzą do mnie różni ludzie i proszą o egzemplarze, a też o autograf.

– Owszem, piszę zwykłym drukiem. Biorę do ręki długopis i piszę jakbym widział. Bardzo to lubię. To takie pocieszne, gdy niewidomy pisze długopisem. Gdybym miał więcej czasu, bawiłbym się tym do wyczerpania pomysłów.

– Bez przesady, to nic trudnego. Kiedyś widziałem i pisałem zwyczajnie – linijka po linijce. Utrzymanie poziomu, czyli nie zjeżdżanie drastycznie w dół lub wjeżdżanie w górę może być kontrolowane dzięki sprawdzaniu równoległości zapisywanych słów do krawędzi kartki. Nie umiem pisać idealnie poziomo, ale jest to widocznie do przyjęcia. Kształty liter nie sprawiają mi trudności, bo kiedyś je poznałem i pamiętam do tej pory. Gdybym zapomniał, włączyłbym genialne urządzenie Optacon, dzięki któremu mogę czytać zwykłe książki. Ma dwa niesamowite elementy: kamerkę i ekran dotykowy (dektail). Ekran jest zbudowany w taki sposób, że ma 6 kolumn bardzo niewielkich otworków, a w każdej kolumnie po 24 dziurki. Przy wyłączonym urządzeniu ekran wygląda jak nieco łódkowata i gładka powierzchnia. Gdy ma się coś na niej pojawić, przez te drobniutkie otworki wychylają się do góry małe szpileczki. Drżą i drażnią opuszek wskazującego palca, który należy ułożyć płasko na ekranie. Nie wszystkie szpileczki „rosną” i drżą, tylko te, które odpowiadają światłoczułym detektorom w kamerce, które rejestrują ciemniejsze punkty na papierze. Gdy więc kamerka odczytuje literki, jedne punkty pozostają w spoczynku, inne ”rosną” i drgają. Pod palcem pojawia się uwypuklony i wibrujący kształt grafiki. W ten sposób niewidomy ogląda literki, czyta kolejne słowa i zdania. Trudno więc zapomnieć jak wygląda „t” albo „g”.

– Na czym polega inność moich poradników? Wymyśliłem, że aby chciało się je czytać, należy zawrzeć w nich treść rehabilitacyjną, na której mi zależy, w jakimś beletrystycznym opowiadaniu. Czasem jest to fikcja, kiedy indziej opowiadam o sobie i mojej rodzinie. Wszystko razem jest autentyczne. Są to, jak ja to określam, uczciwe relacje. Opowiadam na przykład o moich podróżach. W ten sposób pouczam, co jest dla nas (niewidomych) ciekawe, czego nam brakuje, jak powinny być przystosowane do naszych potrzeb obiekty, miejsca, otaczająca je przestrzeń. Staram się nie przesadzać i nie piszę o wszystkim. Byłoby tego za dużo, a przecież zależy mi, by moje „książeczki” dawały się czytać. Nie są to przecież podręczniki czy kompendia wiedzy.

– Pierwsza książka miała właśnie taki tytuł – „Świat otwarty dla niewidomych” i tak to zostało. Ten tytuł stał się główną ideą przedstawianą w tych poradnikach. Niewidomi mogą umieć wszystko, a i tak ich życie się nie zmieni bez pomocy innych. Potrzebne jest zrozumienie i akceptacja dla braku wzroku oraz konsekwencji z tym związanych. Rehabilitacja nie polega tu jedynie na wyćwiczeniu pewnych podstawowych umiejętności. Teraz niezbędne są skomplikowane szkolenia oraz urządzenia. Bez tego niewidomi nadal żyliby jak w XIX wieku. Czym bowiem różnimy się od tamtych ludzi? Tym, że możemy czytać książki czarnodrukowe, czyli zwykłe. Mamy do dyspozycji brajlowskie urządzenia elektroniczne i syntezatory mowy. Sami zmieniliśmy się nieznacznie, natomiast nasze oprzyrządowanie jest rewelacyjne. Problem polega jednak na tym, by to oprzyrządowanie mieć. Jest drogie i wymaga szkoleń. Potrzebne są na nie pieniądze, a to zależy od zrozumienia i poparcia. Niestety, w Polsce nie jest z tym najlepiej. Programy dofinansowań są w naszym kraju dziwaczne. Nagle się okazuje, że niewidomy musi zapłacić ileś tam procent ceny urządzenia lektorskiego, by móc czytać jak widzący. Nie bardzo rozumiem na jakiej zasadzie jest to skonstruowane. Wygląda to na jakiś podatek od nieszczęścia. Jak niewidomy student ma zapłacić na przykład 10% ceny brajlowskiego monitora, który potrafi kosztować kilkanaście tysięcy złotych? Poza tym, dlaczego w ogóle ma płacić? Czy to jego wina, że nie widzi? A więc moje namawianie do otwarcia się na niewidomych polega też na wyjaśnianiu o co tu chodzi. Sprawę rehabilitacji niewidomych poprzez ich oprzyrządowanie oraz ułatwień w dostępie do obiektów, na przykład użyteczności publicznej, stawiam w moich poradnikach na równi. Są to oczywiście różne kwestie, ale dla niewidomych mają tak samo wielkie znaczenie. Nie możemy decydować, że niewidomy ma co prawda uczęszczać do szkoły, zdawać egzaminy, być dzielny i pracowity, a nie może pojechać do Gdańska i zwiedzać tamtejszych zabytków. Piszę o tym w swoim ostatnim przewodniku turystycznym. Staram się korzystać z każdej nadarzającej się okazji, by zwiedzać, poznawać, dowiadywać się. Chcę być doinformowany i móc opowiadać o czymś ciekawym.

– Jestem jakoś tam zrehabilitowany, ale przede wszystkim mam możliwość wyjazdu, uczenia się, poznawania, czytania i pisania. To wszystko jest możliwe, bo jestem dobrze oprzyrządowany oraz mam wielu bliskich i przyjaciół. Dzięki temu moje życie jako niewidomego nie jest ograniczone. Gdybym jednak nie miał brajlowskiego monitora tekstowego i graficznego, syntezatora mowy, dyktafonu, odtwarzacza książek, fajnej białej laski sygnalizacyjnej i innej – solidnej – do codziennego używania, samochodu do dyspozycji i pomocy żony, synów, czy przyjaciół, to musiałbym żyć jak niewidomi w poprzednich wiekach.

– Chciałbym zakończyć cykl przewodników po kraju i to nie w tym sensie, by mieć już je z głowy, lecz by napisać o wszystkich regionach Polski. Chciałbym też napisać coś większego o naszym losie w ujęciu jak najogólniejszym. Niewidomi stanowią ciekawy przykład dla wszystkich. Mamy tu do czynienia z bolączkami i osiągnięciami naszej cywilizacji. Na przykładzie niewidomych łatwiej jest pokazać co to jest prawdziwa miłość, przyjaźń, zrozumienie, tolerancja, jak łatwo jest spaść na dno albo wybić się ponad przeciętność. Jak łatwo jest przejść od jednej skrajności do drugiej, albo przyzwyczaić się do życia na huśtawce, gdzie raz się jest na wozie, a kiedy indziej pod.

Redakcja pragnie podziękować

Panu Markowi Kalbarczykowi za rozmowę.

Komentarze

komentarze