Ślepy los na wesoło

Kiedy brak wzroku przestał być powodem do dyskryminacji, a jest jedynie (albo aż) znaczącym utrudnieniem, niewidomi nie rozpaczają, lecz walczą o swoje prawa. Różnicę pomiędzy powodem do dyskryminowania a uznaniem braku wzroku za utrudnienie, stanowi fakt dysponowania sprzętem rehabilitacyjnym niwelującym skutki inwalidztwa wzroku lub jego brak. Tak więc niewidomy dobrze oprzyrządowany czuje się jak widzący i może wiele zdziałać, a nieoprzyrządowany nie może nic i czuje się jak niewidomi z XIX wieku żebrzący pod kościołem. Skoro ogromna ich większość ma sprzęt i oprogramowanie, radzi sobie w życiu, można już ze ślepoty i konsekwencji z nią związanych żartować. W końcu z innych „bidulków” żartuje się od dawna. Ofiarami żartów padli kiedyś milicjanci – nie mylić z policjantami, o których dowcipów jeszcze nie słyszałem, blondynki, jakby były gorsze od brunetek, księża, jakby nie zasługiwali na więcej powagi i szacunku, Żydzi, jakby faktycznie byli tacy, jak w dowcipach, a ostatnio nawet osoby o słabszym od innych intelekcie, jakby w ogóle to wypadało czynić. Czas na dowcipkowanie z niewidomymi w roli głównej. A co tam! Może robienie sobie z kogoś żartów nie jest dla niego przede wszystkim przykrością, lecz przeciwnie – dowodem, że nie jest tak źle.

Zamierzam poopowiadać o śmiesznych sytuacjach z niewidomymi na pierwszym planie. Mogą to być zarówno prawdziwe historyjki, jak i zasłyszane dowcipy. Bardzo proszę czytelników, by przysyłali mi swoje opowieści. Umieszczę je w tym cyklu. Mało tego, Fundacja będzie nagradzała za fajne teksty. Już na początku roku ogłosimy stosowny konkurs na Facebooku. Zachęcamy do współpracy. Tak więc ja opowiem to, co już wiem, a czytelnicy dodadzą kolejne historyjki. Mam nadzieję, że nikt się nie obrazi, lecz przeciwnie – zrozumie, że brak wzroku można traktować niepoważnie, bez rozpaczy w oczach i żalu w sercu. Zrehabilitowani niewidomi nie mają czasu i ochoty na płacz. O wiele lepiej się pośmiać. W końcu kiedyś wszyscy nie będą widzieli, bo po śmierci dusze oczu nie mają wcale.

Czmych

Wysiedliśmy z tramwaju, odwróciliśmy się jak zawsze na tym przystanku w prawo i przeszliśmy około 15 metrów do przejścia dla pieszych. Mieliśmy przejść na drugą stronę torów, którymi tu przyjechaliśmy. Układ otoczenia był taki: dwukierunkowa ulica, a obok szyny tramwajowe. Za nimi upragniony chodnik, prowadzący do w kawiarni z cudownymi rurkami z kremem. No nic, żeby dostać się do kremu, trzeba było przejść te idiotyczne tory, znaleźć się na chodniku, dojść do ulicy prostopadłej do szyn, przejść też przez nią, skręcić w prawo i – jesteśmy przed drzwiami kawiarni. Wszystko razem nie udźwiękowione i nieubrajlowione – a co tam, w końcu kraj jest biedny i na takie fanaberie pieniążków mu brak.

Stanęliśmy przed torami i czekaliśmy na zielone światło. Byłem tam z moim przyjacielem. Obaj widzieliśmy tyle co nic – ja dokładnie nic, a on czasem widział światło, a czasem tylko miał taką nadzieję. W tym dniu polegał na nadziei, bo oko jeszcze mu się nie rozbudziło.

Czekaliśmy tyle, co zwykle. Wreszcie światło się zmieniło i znikły samochody, które wcześniej, jak ciarki, przejeżdżały nam po plecach, znaczy jechały za nami równolegle do szyn. Ruszyły samochody na ulicy prostopadłej, co nieuchronnie nakazywało nam przejść przez tory. Jak na rozkaz wysunęliśmy po jednej nodze do przodu, on jednak ciutkę wcześniej. Jeszcze nie wysunąłem swojej nogi zbyt daleko, gdy usłyszałem nieprzyjemny dźwięk. Cofnąłem nogę, stanąłem jak wryty i nasłuchiwałem. Mój przyjaciel najwidoczniej zrobił krok w stronę chodnika i miał pecha. Zamiast stąpnąć na twardy grunt, spotkał się z pustą przestrzenią remontowanych szyn i spadł w dół. Właśnie ten odgłos uratował mnie. Było to okropne. Usłyszałem nieprzyjemne stuknięcie kolan o metal, potem inny dźwięk, jakby metal uderzył w drugi metal i cisza. Wołam go raz i drugi, a on nic. Powoli zamierałem z wrażenia, a on nadal nic. Wreszcie, gdy zapytałem rozpaczliwie, co on tam robi i czy nie zamierza uciekać spod kół tramwaju, on rzekł: „Zaraz, zaraz, gdzieś mi czmychnęła laseczka”.

Całe szczęście, żaden tramwaj akurat nie jechał w naszą stronę, to dało przyjacielowi czas na znalezienie „czmychniętej” białej laski. Znalazł ją, wstał, przeszliśmy na drugą stronę, na chodnik, przeszliśmy drugą ulicę i wpadliśmy w krem, znaczy do kawiarni, gdzie zamówiliśmy rurki z kremem i zapomnieliśmy o szynach.

Ślepy tandem

Zrobiło się nudno na tym wakacyjnym wyjeździe. Pogoda była kiepska, jedzenie też. Nie było co robić. Były za to wolne tandemy do wypożyczenia – i to za darmo! Wpadliśmy na pomysł, że weźmiemy rower i będziemy jeździli po obozie. Odbyło się losowanie kto ma jechać jako pierwszy, czyli jako kierowca, a kto drugi, jako balast. Zostałem balastem, co uznałem za honor i dar od Boga. On musiał więc być kierowcą, chociaż widział jedynie światło, to znaczy odróżniał czy dookoła jest widno, czy ciemno.

Wsiedliśmy na rower – on z przodu, ja z tyłu – i ruszyliśmy. Miło było tylko przez chwilę, gdy nagle nasze eksperymenty się skończyły. Mój kierowca przejechał zaledwie kilkadziesiąt metrów i wjechał prosto w przechodzącą dziewczynę. Może właśnie o to mu chodziło…. W każdym razie trudno się dziwić, gdy niewidomy kieruje rowerem, a drugi robi jedynie za balast i nie pomoże w omijaniu przeszkód. Wjechał więc na dziewczynę, przednie koło naszego roweru wylądowało między jej kolanami. Kolega się obraził i zbulwersował. Ona wściekła zapytała co on wyrabia, a on zapomniał przeprosić i oburzony powiedział: „Z jakiej racji pani nie uważa na ulicy i wpada pod koła?”.

Mimo tej kolizji nasz pomysł się tak spodobał, że jeździli na tandemie następni śmiałkowie, tak samo niewidomi jak my. „Balastowie” brali na przejażdżkę białą laskę, aby w razie kolizji było usprawiedliwienie.

Ciąg dalszy nastąpi w następnym numerze HELPA. Czekam na Wasze historyjki i dowcipy. Mam nadzieję, że moje dwie spodobały się. Jeśli nie, przyjmuję zażalenia. Obiecuję, że nie zareaguję tak, jak wypada. Raczej skupię się na pisaniu kolejnej historyjki lub dowcipu.

Komentarze

komentarze