Podróżować i zamknąć oczy

Albert Einstein uważał, że „wyobraźnia jest wszystkim, pokazuje jakie atrakcje czekają nas w życiu”. Podpisuję się pod tym stwierdzeniem dwiema rękami. Po podjęciu decyzji odbycia jakiejkolwiek podróży wyobrażamy sobie jak tam będzie. Czy miejsce, do którego jadę nie rozczaruje mnie? Czy obrazy miejsc, które oglądam i za kilka dni odwiedzę będą równie piękne jak na zdjęciach, które widziałam? Czy to wszystko na co się nastawiam spełni moje oczekiwania? Te pytania nie były mi obce, kiedy wylatywałam na wyspę Rodos w Grecji. Nie mogłam doczekać się momentu, kiedy tam będę – to była moja pierwsza wyprawa w takie miejsce. Długo oczekiwany urlop zapowiadał się wspaniale. Kiedy znalazłam się w miejscu przeznaczenia zaczęła się moja tygodniowa przygoda, której każdego dnia odkrywałam nowe miejsca, smaki i zapachy.

Ponad roczna praca w Fundacji Szansa dla Niewidomych wywarła wielki wpływ na postrzeganie przeze mnie otaczającego świata. Pracuję w bydgoskim tyflopunkcie Fundacji od początku jego powstania, na co dzień poznaję ludzi z dysfunkcją wzroku, którzy inaczej ,,patrzą na otaczający ich świat”. Wsłuchuję się wnikliwe w ich obserwacje, analizuję poglądy i doświadczenia życiowe. Pewnego dnia naszła mnie pewna refleksja, która całkowicie zmieniła mój pogląd na spędzanie tegorocznych wakacji.

A co będzie jeżeli przez kilka minut zamknę oczy i zacznę ,,patrzeć inaczej” na otaczającą mnie wakacyjną rzeczywistość? Pytanie to kołatało się w moich myślach. Postanowiłam poznać na nie odpowiedź i podzielić się z Państwem moimi wrażeniami z pobytu na Wyspie Słońca. Chyba nie przesadzę pisząc, że na Rodos zawsze świeci słońce. Ponad 300 dni słonecznych w roku mówi samo za siebie. Przez siedem dni mojego pobytu na niebie nie było ani jednej chmury! Wygrzewając się w słońcu mogliśmy z przyjaciółmi obserwować jedynie pojedyncze obłoki pojawiające się nad Turcją. Natomiast tylko jednego dnia pojawiły się pasma chmur, jednak szybko wiejący wiatr w mig się z nimi rozprawił.

Pobyt na Rodos w czerwcu był magiczny pod względem unoszących się zapachów: kwitło wszystko, co tylko mogło – hibiskusy, pnącza, pelargonie i cała masa innych roślin, których identyfikacji nazw nie jestem w stanie się podjąć. No i te cykady wieczorami… po prostu niezwykły, prywatny, niekończący się koncert.Hotel ulokowany był bezpośrednio przy długiej, żwirowo-kamienistej plaży w północno-wschodniej części wyspy. Warto wiedzieć, że większość plaż na Rodos, jeśli nie wszystkie, to plaże publiczne i za znajdujące się na nich parasole i leżaki trzeba płacić. Na szczęście opłata jest pobierana jednorazowo.

Plaże i zatoki są piękne, każda jest naprawdę niepowtarzalna. Leżąc na plaży często zamykałam oczy i odcinałam się od problemów, trosk dnia codziennego. Czułam na skórze promienie słoneczne, przyjemną bryzę morza i muskający moją skórę watr… cisza, spokój potęgowały odprężenie i błogi stan jaki czułam. Przyjemna ochłoda w falującym morzu była przyjemnością, której nigdy nie miałam dosyć. Na wschodnim wybrzeżu wiatr nie wieje tak bardzo, fale są niewielkie, a morze jest przez długi czas płytkie.

Gwar ludzkich rozmów, smak greckich potraw, muzykę i śpiew odnalazłam w mieście Faliraki. Tam bowiem kwitnie życie towarzyskie, a imprezy trwają cały czas. Warto dodać, że życie turystyczne, poza nielicznymi wyjątkami, koncentruje się na północy wyspy (szczególnie jeśli chodzi o zachodnie wybrzeże) i w centrum.

Wyspa jest na tyle niewielka, że w 2-3 dni można zjeździć ją praktycznie całą. Nie zawiodą się miłośnicy starożytnych ruin, które można dotknąć dłońmi. Cieszyć się też będą chcący podziwiać widoki i przyrodę. Polecam wypożyczenie samochodu, jeżeli są Państwo większą grupą osób to świetna zabawa. Koszt jednodniowego wypożyczenia to ok. 25 euro. Mimo że po całej wyspie kursują autobusy, samochód to najwygodniejszy i najszybszy środek podróżowania, szczególnie jeśli chcemy zatrzymać się w różnych odludnych miejscach.

Oczywiście będąc na Rodos nie można pominąć stolicy wyspy. Jest naprawdę urocza! Wprost trzeba się zgubić w wąskich zaułkach Starego Miasta. Koniecznie trzeba zobaczyć mury obronne, bramy, ulicę Rycerską i Pałac Wielkich Mistrzów (wstęp płatny). Jeśli ktoś lubi zagłębiać się w historię, dowie się, że różnorodność zabudowy stolicy, jak i całej wyspy, związana jest z podbijaniem Rodos przez różne kraje. Widać tu elementy bizantyjskie, tureckie, greckie. Po zwiedzeniu Starego Miasta warto pospacerować ulicami Nowego Miasta. Znajdujący się tam port Mandraki z malowniczymi wiatrakami i fortem św. Mikołaja również wart jest zwiedzenia. W zwiedzaniu wyspy towarzyszyć będą Państwu licznie zgromadzone koty. Trzeba uważać, bo potrafią spać na maskach samochodów czy nawet pod autami.

Przy wiatrakach i forcie woda jest krystaliczna i przejrzysta, rybacy łowią ryby, a my nie mogliśmy się oprzeć, żeby chociaż na chwilę zanurzyć stopy w wodzie. Cudowne uczucie. Gwar miasta, rozmowy ludzi, zapachy smażonych ryb, greckich potraw nadają niepowtarzalny klimat temu miejscu. Ludzie też wydają się być tu bardziej szczęśliwi niż u nas. Często wtedy zamykałam oczy i chciałam innymi zmysłami chłonąć magię tego miejsca.

W okolicach stolicy warte obejrzenia jest Monte Smith. Na wzgórzu znajdują się nieliczne pozostałości po zabudowaniach antycznych – odnowiony stadion, amfiteatr z marmurowymi stopniami i ruiny świątyni Apolla. Część osób może być zawiedziona, że zostało tego tak mało, ale nawet w tym miejscu da się poczuć atmosferę starożytności. Wszystko jest otoczone drzewami oliwnymi. Wstęp jest bezpłatny. Niedaleko znajduje się miejsce, skąd widać zarówno Morze Egejskie, oblewające zachodni brzeg wyspy, jak i Morze Śródziemne, znajdujące się po wschodniej stronie.

Kolejnego dnia udaliśmy się na dłuższą wyprawę wzdłuż wschodniego wybrzeża wyspy, aż do jej południowego krańca, przylądka Prasonisi, który okresowo zimą staje się wyspą. Droga była cudowna. Widoki zapierały dech, ale to nic w porównaniu z tym, co czekało nas u celu. Przylądek zadziwia przede wszystkim ogromem. Woda w Morzu Śródziemnym była tak przejrzysta, że nie mogliśmy oprzeć się kąpieli. Wiejące tam silne wiatry sprzyjają uprawianiu sportów wodnych, szczególnie kite- i windsurfingu. To jest raj dla amatorów sportów wodnych. Z Prasonisi udaliśmy się w drogę powrotną na północ, przez Lindos i Kolimbię. Lindos to bez wątpienia jedno z najładniejszych miejsc na wyspie. Oprócz tradycyjnej białej greckiej wioski, mamy tutaj duży Akropol i przecudowny widok zarówno na morze, zatokę Lindos i Św. Pawła, jak i na wioskę. Obecnie cała miejscowość jest pod ochroną – ruch kołowy w wiosce jest zakazany. Warto zostawić samochód nieco dalej, by uniknąć opłaty za parking.

Przez dłuższą chwilę pozwoliliśmy sobie błądzić w bardzo ciasnych uliczkach wioski. Potem udaliśmy się na Akropol. Można się wspiąć pieszo lub wjechać inną drogą na osiołku. My wybraliśmy tę pierwszą możliwość. Po drodze miejscowe kobiety sprzedają przepiękne, ręcznie wykonane obrusy i serwety. Niestety, część ruin była w remoncie, ale i tak warto tu wejść. Przy wejściu koniecznie trzeba zobaczyć wykuty w skale statek!

Po wyjeździe z Lindos udaliśmy się na plażę w Kolimbii. To jedna z nielicznych piaszczystych plaż na Rodos. Malowniczo położona, w otoczeniu wzgórz, niezbyt zatłoczona w tamtym momencie. Niedaleko znajduje się plaża Tsambika z klasztorem na górze – wspaniałe miejsce.

Okazuje się, że podróżując i mając zamknięte oczy również można chłonąć piękno zwiedzanych miejsc w inny sposób. Było to dla mnie doświadczenie wyjątkowe. Ludzie, kiedy uświadomią sobie, że jeden ze zmysłów, które posiadają mogą utracić, zmienia się wiele. Brak wzroku nie jest żadną przeszkodą w podróżowaniu. Widzenie pozwala nam ciągle porównywać i oceniać. Wtedy jednak nie możemy dotknąć esencji tego, co nas otacza. Nie możemy widzieć sercem. Aby moje słowa miały poparcie w życiu podam przykład wspaniałej kobiety Sophie Massieu francuskiej dziennikarki-podróżniczki, która przemierza świat w towarzystwie swojego psa Pongo. Jest niewidoma, ale to nie przeszkadza jej odkrywać nowych miejsc. Jak sama przekonuje, świat jest piękny i chce go obejrzeć… oczami innych ludzi.

Sophie Massieu pochodzi z Normandii. W ciągu dziesięciu miesięcy dokonała nie lada wyczynu, odwiedzając dwadzieścia trzy kraje na pięciu kontynentach. Podróżowała od Brazylii po Jordanię, od Irlandii po Indie, od Kanady po Etiopię, od Madagaskaru po Chiny. Wszędzie towarzyszył jej wierny dalmatyńczyk Pongo. Relacje z niektórych tych fascynujących wypraw zostały zawarte w serii filmów dokumentalnych pt. „Świat w waszych oczach”.

Jazda skuterem po uliczkach Neapolu, miasta, w którym nawet hałas brzmi melodyjnie, a pizza pachnie jak nigdzie indziej, zgiełk Manhattanu i muzyka scen Broadwayu, smaki, dźwięki i zapachy portowego Hamburga, pełen historii Kraków i postindustrialna Nowa Huta… To tylko wybrane odcinki niniejszego cyklu. Massieu, choć niewidoma, stara się chłonąć nowe miejsca wszystkimi zmysłami. To pozwala jej zachwycić się magią Marrakeszu, zadumać nad zderzeniem tradycji z nowoczesnością w Jerozolimie i wczuć się w rytm życia Wenecji, odmierzany pluśnięciami fal. Udaje się też i do Etiopii, do wioski ludu Gurage, gdzie niewidomi skazani są na bezczynność.

Pisząc ten artykuł chciałam wszystkie osoby z dysfunkcją wzroku wprowadzić w stan podróży, aby nie ruszając się z fotela domowego zacisza poczuły magię wyspy Rodos. Mam nadzieję, że mi się to choć trochę udało. Warto żyć pełnią życia, podróżować, poznawać nowe miejsca bez względu na ograniczenia jakie mamy, bo nie robiąc tego możemy stracić tak wiele… jak mawiał Ryszard Kapuściński:

,,Podróż przecież nie zaczyna się w momencie, kiedy ruszamy w drogę i nie kończy, kiedy dotarliśmy do mety. W rzeczywistości zaczyna się dużo wcześniej i praktycznie nie kończy się nigdy, bo taśma pamięci kręci się w nas dalej, mimo że fizycznie dawno już nie ruszamy się z miejsca. Wszak istnieje coś takiego jak zarażenie podróżą i jest to rodzaj choroby w gruncie rzeczy nieuleczalnej…”

Z całego serca życzę Państwu takiej podróżniczej infekcji, bo naprawdę warto ją przeżyć.

Komentarze

komentarze