„Perły Mazowsza dla ciebie” (Fragment)

„Przyszedł na świat Cyprian i okazało się, że w pewnym sensie jest ze wszystkich synów najbardziej do mnie podobny. Ja nie widzę, a byłem niedowidzący, a on od początku życia także jest niedowidzący. Ja mam talenty matematyczne, on też, zawsze lubiłem się uczyć innych przedmiotów, na przykład geografii, historii, języków obcych, polskiego itd., on też. Jest nadwrażliwy, chyba jak ja. Miałem w życiu zdrowotnego pecha, on też go ma. Poza tym mamy do wielu rzeczy szczęście – ja urodziłem się podobno w czepku, a on poza zdrowiem nie ma na co narzekać. Nie pozostaje nic innego, jak zadedykować tę mazowiecką opowieść właśnie jemu i przy okazji zwiedzania zabytków tego regionu, napisać opowieść o Cyprianie. Ma 11 lat i wcale nie podoba mu się ten zamysł. Nie wie, co go czeka, co w jego ramach będzie musiał zrobić. Jest stremowany, a może nawet zażenowany, ale wyjaśniam mu, że nie musi robić nic innego, niż to, co zazwyczaj. Tłumaczę, że opowieść ma być o nim, a nie o innym Cyprianie. Wystarczy byśmy robili to, co i tak robimy. Ja spiszę o tym opowieść, a kiedyś, gdy będzie dorosły, weźmie tę książkę i przypomni sobie, jak fajnie się nam zwiedzało Mazowsze i spędzało czas na początku XXI wieku, gdy mieliśmy dużą rodzinę, fajny dom, ciekawe przygody i dużo radości. Gdyby nie to wszystko, pewnie bym nie zdecydował się na opowiadanie o naszych wycieczkach. Tym razem chcę opowiedzieć o najbliższym nam Mazowszu. Gdy się ogląda telewizję, słyszy się o innych miejscach na Ziemi. Modne są inne kraje, a nawet kontynenty. Każdy „musi” pojechać do Grecji, Hiszpanii, Italii, Chorwacji albo Anglii. Jeśli brakuje środków i możliwości, trzeba wyjechać na wakacje nad morze lub w góry. Modne jest Trójmiasto z Gdańskiem, Gdynią i Sopotem, Łeba, Kołobrzeg albo Międzyzdroje, Zakopane, Krynica, Szczawnica albo Jelenia Góra i Karpacz. A co z Mazowszem?

Cyprian umiał liczyć, gdy miał 3 lata. Nie pamiętam kiedy to było, ale naprawdę wcześnie potrafił nie tylko dodawać, ale i mnożyć. Także nie pamiętam, kiedy wyjaśniłem mu, co to jest potęgowanie i trochę rozumiał. Nie to, by obliczał trzy drugie do potęgi czwartej, ale najprostsze działania wykonywał sprawnie. Potem, gdy zainteresował się czytaniem książek, matematyka odeszła nieco na bok i liczył nieco gorzej. Kilka lat temu zafascynowały go informacje o państwach, a najbardziej ich flagi. W krótkim czasie poznał wszystkie i to nie tylko państwowe, ale także flagi terytoriów zależnych. Jest ich pewnie ponad dwieście, a on rozpoznaje i potrafi narysować każdą. O ile zdolności matematyczne są nieco mniej widoczne, flag nie zapomina nigdy. Teraz radzi sobie z kolejnymi tematami. Komu więc miałem zaprezentować Mazowsze, jak nie jemu? Jestem przekonany, że to, czego się dowie, zapamięta na długo.

Pierwsze opowiadanie napisałem bodaj w roku 2002. Rok później wydało je wydawnictwo WSiP. Wszyscy nazywają je zieloną książką, gdyż ma po prostu zieloną okładkę. Tytuł tej książki to „Świat otwarty dla niewidomych – szanse i możliwości”. Już w tamtym opowiadaniu, przy okazji relacji jak radzą sobie niewidomi i niedowidzący, a także jak nas traktują inni, jakbym myślał o Cyprianie. Jest dobrym punktem odniesienia. Jak ma sobie radzić, jak będą go traktowali koledzy, sąsiedzi i współpracownicy? „Patrzyłem” na rzeczywistość nie tylko swoimi „oczami”, ale też jakby jego, ale przede wszystkim oczami najstarszego syna, który również słabo widzi – nie bez powodu. On też miał i ma rozmaite przygody. Kiedyś, gdy miał kilka lat, spotkała go duża przykrość. Wyszedł na podwórko, niedaleko przed naszą klatkę i usłyszał od innych dzieci, że jest Japończykiem. To chyba dlatego, że jak u wielu niedowidzących, jego oczy różnią się od innych. Jak to przeżył? Nie powiedział, ale łatwo to sobie wyobrazić. Spotkały mnie podobne przygody i aczkolwiek nie czyniły mi wiele złego, miło mi nie było. Miałem 9 lat, gdy byłem na koloniach. Jeszcze widziałem, chociaż słabiutko. Wracałem z boiska, gdzie graliśmy w piłkę (lubiłem grać na swoją zgubę). Przy wejściu do ośrodka spotkałem dwie rówieśniczki. „Zasadziły” się na mnie, by wykrzyczeć: „ślepy, ślepy!”. Nie przejąłem się zbytnio, ale głównie dlatego, że przecież widziałem i nie rozumiałem, o co chodzi. Niedowidzący nie myślą o sobie, że są niemal niewidomi, lecz przeciwnie – prawie normalnie widzą.

W zielonej książce fikcyjny bohater (Eryk), na początku historii też słabo widzi. Opowiadam o nim od momentu, gdy miał kilka lat, aż do dojrzałości. Gdy był mały marzył, by lepiej zobaczyć księżyc. W dążeniu do tego celu wymyślił, że pomoże mu w tym drzewo – jak najwyższe. Wejdzie na nie i zobaczy księżyc – przecież będzie bliżej! Wymyśliłem to całkowicie teoretycznie, chociaż byłem głęboko przekonany, że na pewno ktoś niedowidzący tak myśli. Chyba sam tak podświadomie uważałem. W końcu sam też trochę widziałem, gdy byłem mały. Niestety, scena ta nikogo nie zachwyciła, a szkoda. Wszyscy uważali, że jest nieprawdopodobna, sztuczna, nierealna. Jak każdy piszący, zmartwiłem się. Tekstu już nie zmienię i musi taki pozostać. I nagle zdarzył się „cud”.

Wszedłem do pokoju, gdzie nikogo nie było, ale za jakiś czas weszła do niego żona – wróciła z dworu. Była tam z Cyprianem i przeżyła coś wyjątkowego. Niby nic, a jednak! Cyprian miał wtedy ze cztery lata. Wyszli na balkon. Było ciemno i świecił księżyc. Nagle Cyprian powiedział żonie, że gdyby mógł wejść na drzewo, lepiej widziałby księżyc! W ten sposób uratował moją reputację. Żona zdumiała się bardzo, gdy to usłyszała, bo też nie wierzyła w mój literacki pomysł. Synek wpadł na to samo, co mi wcześniej przyszło do głowy. Może po prostu wielu niedowidzących chciałoby zobaczyć więcej biorąc przed oczy lupę albo powiększalnik, a może także włażąc na drzewo?

Trudno się dziwić, że chcę opowiedzieć o mazowieckich perłach tak, jakbym to opowiadał właśnie Cyprianowi. Zresztą i tak wiele mu opowiedziałem. Jeździliśmy z żoną i całą rodziną wiele razy i odwiedziliśmy chyba wszystkie ciekawe miejsca w naszym województwie. Po prostu to nas interesuje. Tak więc niniejsza fikcyjna opowieść jest oparta na faktach, tyle, że w rzeczywistości było trochę inaczej, czasem w innej kolejności, z innymi osobami, w innych okolicznościach. Nie ma co ukrywać, nie lubię składać prawdziwych relacji, lecz tworzyć fikcje używając prawdziwych faktów jak cegiełek, z których tworzy się całość.”

Komentarze

komentarze