Paranoja

Często w rozmowach pada pod moim adresem pytanie: „Czy pańska żona też nie widzi?” Odpowiadam, że widzi, po czym w głosie mojego rozmówcy słyszę coś pomiędzy zdziwieniem a zachwytem, z domieszką niedowierzania. Wyjaśniam, że jest wiele małżeństw, w których jedno nie widzi, a drugie jest osobą widzącą. Najczęściej słyszę wtedy: „Myślałem, że małżeństwa niewidomych są szczęśliwe i zgodne, oboje mają ten sam problem i na pewno potrafią się wspaniale rozumieć.” Takie przekonanie bywa powszechne.

Nie przyjdzie nikomu do głowy, że jeśli dwoje ludzi żyje pod jednym dachem i oboje nie widzą, to jest im przede wszystkim bardzo ciężko. Niejednokrotnie słyszę, że niewidomi powinni trzymać się razem, wspierać się wzajemnie, podtrzymywać na duchu. Moim zdaniem wada wzroku, czy jej brak, nie może być kryterium doboru ludzi, z którymi się spotykam.

Wiele lat temu, bodajże w Olsztynie, władze miasta wpadły na genialny pomysł. Postanowiły do nowo zbudowanego bloku „zapakować” samych inwalidów. Nie mam pojęcia, na ile ten projekt został zrealizowany, ale sama myśl była rodem z wyjątkowo upiornego horroru. Naprawdę, nie potrzeba wiele fantazji, żeby wyobrazić sobie w takim bloku pożar, albo inną katastrofę.

Kiedy opowiedziałem o tym niewidomemu koledze, wyjaśnił mi co na ten temat myśli i było to więcej niż ciekawe.

– To jest paranoja, stary – zaczął podniesionym głosem – chorzy na przerost prostaty też powinni się wspierać? Albo grubi, względnie łysi? To nie ma nic do rzeczy. Ludzie tak tylko mówią, żeby mówić – skwitował.

Na co dzień poruszam się w środowisku osób widzących, chociaż nie stronię od niewidomych. Tylko czasem wstrzymuję oddech, kiedy słyszę sakramentalne: „A pana żona jest też niewidoma?”

Komentarze

komentarze