Niewidomi budzą skrajne emocje

Z Adamem Ziajskim rozmawia Radosław Nowicki

„Spójrz na mnie” nie jest uśrednionym wyobrażeniem środowiska, ale głosem Aliny, Ani, Mietka, Mikołaja i Grzesia. Postanowiłem ująć się za słabszymi, a tych jest znacznie więcej. Teatr nie powinien zaklinać rzeczywistości na wzór oper mydlanych. W przeciwnym wypadku nie warto się nim zajmować. Chcę poruszać głębokie struny naszych emocji, empatii i wyobraźni, bo w rzeczywistości widzę ich nieustający deficyt – powiedział Adam Ziajski, reżyser reportażu teatralnego „Spójrz na mnie”.

Adam Ziajski to aktor, reżyser teatralny, założyciel Teatru Strefa Ciszy, pomysłodawca, a jednocześnie szef Centrum Rezydencji Teatralnej „Scena Robocza” w Poznaniu. W ostatnim czasie zrobiło się o nim głośno, bowiem zdecydował się na współpracę z osobami niesłyszącymi oraz niewidomymi, tworząc dyptyk „Nie mów nikomu” i „Spójrz na mnie”. Dlaczego zdecydował się na współpracę z niepełnosprawnymi? Jaki był jego cel? Co go najbardziej zaskoczyło? Jaki temat podejmie w kolejnym spektaklu? O tym i o wielu innych, ciekawych kwestiach można przeczytać w poniższej rozmowie.

Radosław Nowicki: Tworząc reportaż teatralny „Spójrz na mnie” już po raz drugi zdecydował się pan na podjęcie współpracy z osobami niepełnosprawnymi. Tym razem padło na osoby mające problem ze wzrokiem. Skąd pomysł, aby zaprosić je do współpracy?

Adam Ziajski: Powodów było kilka. Jednym z najbardziej istotnych była wewnętrzna potrzeba dotykania w teatrze tego, co nieznane, odrzucane czy choćby społecznie wyparte. W moim przekonaniu teatr powinien być przestrzenią, która daje „głos” innym. Za pomocą obu spektakli starałem się zarówno usłyszeć, jak i zobaczyć tych, których traktujemy jak nieobecnych. Pierwsza część, czyli „Nie mów nikomu” powstała z przejęcia i zawstydzenia tym, co stało się z naszą językową wspólnotą. Nie mogę nie wspomnieć, że rozmawiamy tuż po dramatycznym wydarzeniu z Gdańska, gdzie językowa przemoc i wzajemne wykluczenie przeistoczyły się w barbarzyński mord. Wstrząśnięci tym faktem zaczynamy dostrzegać, że waga języka jakim się posługujemy, jest fundamentalna również dla naszego bezpieczeństwa. Do zajęcia się tematem języka, a było to w roku 2016, postanowiłem zaprosić tych, którzy głosu nie mają – niesłyszących. „Spójrz na mnie” zadedykowałem niewidomym. To próba zderzenia społecznych wyobrażeń z realiami. Niewidomi w moim przekonaniu budzą skrajne emocje. Pierwszą jest podziw, kiedy spotykamy ich na ulicy gdy samodzielnie poruszają się, a drugą – lęk, że może zdarzyć się coś nieprzewidzianego i nie będziemy wiedzieli jak zareagować. W obu przypadkach to właśnie nasza niewiedza rodzi lęki i uprzedzenia, a w konsekwencji wykluczenie.

R.N.: Czyli nie miał pan wcześniej doświadczenia w kontakcie z osobami niepełnosprawnymi?

A.Z.: Kiedyś Leszczyński powiedział, że filmy należy robić w taki sposób jak się robi obiad, czyli najlepiej jak się umie. Potem dzielimy się nim z innymi, dzieląc się też swoim wyobrażeniem na temat danego smaku. Wcześniej nie pracowałem z osobami głuchymi czy niewidomymi, ale nie w tym rzecz. Za każdym razem podejmuję jakieś wyzwanie i to jest istotne.

R.N.: A jak przebiegało poszukiwanie bohaterów do tego spektaklu?

A.Z.: Spędziłem pół roku na poszukiwaniu interesujących historii. To było wyzwanie, które w pewnym sensie mnie przerosło. Nie spodziewałem się, że będzie to tak trudne i żmudne zadanie. Przeprowadziłem około 20 rozmów. Byłem po nich zdruzgotany tym jak bardzo osoby niewidome są zepchnięte poza nawias społeczny, a z drugiej strony głęboko poruszony ich otwartością, potrzebą opowiadania i bycia słuchanym. Ostatecznie zdecydowałem się na współpracę z pięcioma osobami, które teraz współtworzą nasz spektakl, stając się nie tyle aktorami, co bohaterami teatralnego reportażu.

R.N.: Jaki obraz wyłonił się z opowieści, które przedstawiali panu ci ludzie?

A.Z.: Byłem bardzo zaskoczony ilością osobistych dramatów, trudności i ogólnym poczuciem odrzucenia. Wcześniej wiedziałem, że głusi to najbardziej wykluczona grupa społeczna z uwagi na brak zdolności komunikowania się z otoczeniem. Natomiast niewidomi są bardziej straumatyzowani. Życie w stanie bezustannego zagrożenia powoduje, że ich ciała są oporne, sztywne, zamknięte. Doświadczyłem tego w trakcie pierwszych prób, próbując zbadać ich motorykę.

R.N.: A były osoby, które pokazywały jaśniejszą stronę bycia niewidomym, to, że sobie radzą na studiach, w pracy, w życiu osobistym?

A.Z.: W każdej z opowiadanych historii jest jakaś jaśniejsza strona. Myślę, że dla równowagi każdego z nas wręcz musimy umieć ją dostrzec. To kwestia osobistej perspektywy. Tak też jest w historiach opowiadanych w spektaklu. Moi bohaterowie to ludzie z krwi i kości, za nimi stoją konkretne historie, ich historie. Mimo to kilka razy niewidomi widzowie zarzucali mi, że pokazuję niewidomych wyłącznie w negatywnym świetle. „Spójrz na mnie” nie jest uśrednionym wyobrażeniem środowiska, ale głosem Aliny, Ani, Mietka, Mikołaja i Grzesia. W moich spektaklach postanowiłem ująć się za słabszymi, a tych jest znacznie więcej. Teatr nie powinien zaklinać rzeczywistości na wzór oper mydlanych. W przeciwnym wypadku nie warto się nim zajmować. Chcę poruszać głębokie struny naszych emocji, empatii i wyobraźni, bo w rzeczywistości widzę ich nieustający deficyt.

R.N.: A dla pana ważniejsze było, żeby wyciągnąć niewidomych z domu czy przybliżyć ich świat osobom pełnosprawnym?

A.Z.: Na szczęście nie musiałem ich wyciągać z domu. Są bardzo dzielni. Żyją, pracują, choć niektórzy mają problemy z samodzielnym poruszaniem się. Mimo to, codziennie podejmują walkę z trudnościami, z którymi widzący walczyć w ogóle nie muszą. Dzięki pracy na scenie każdy z nich wzmocnił własną samoocenę. Przekroczyli swoje słabości i za moment zagrają trzydziesty spektakl. Można powiedzieć, że są już pół profesjonalistami. Kluczowe jednak było to, abyśmy wspólnie przybliżyli ich doświadczenie osobom widzącym.

R.N.: A jak pan wsłuchuje się w głosy po spektaklu, to można odnieść wrażenie, że ten przekaz dociera do odbiorców?

A.Z.: Jak najbardziej. W wymiarze zawartych historii spektakl oddziałuje bardzo silnie na emocje. Niemniej istotny jest on w wymiarze wizualnym. Przez znaczną część spektaklu moi bohaterowie są wyłącznie abstrakcyjnym i anonimowym kształtem wyrysowanym na scenie. W trakcie pojawiają się metaforyczne skojarzenia dotyczące ciemności i bycia niewidzialnym. Ten spektakl nie pozostawia ludzi obojętnych, wywołuje w nich poruszenie, a nawet łzy.

R.N.: Ma pan swoją jakąś ulubioną scenę?

A.Z.: Mam ich wiele. Każda z nich ma dla mnie ogromną wagę. Z każdej jestem dumny. Szczególną wartość dla mnie ma scena pustki, która odbywa się w zupełnej ciemności. Słychać wówczas głos audiodeskryptorki, która w metafizyczny sposób opowiada o swojej obecności w teatrze i o tym, czym jest ciemność. Ta scena buduje bardzo silne napięcie, a głos staje się jednym z bohaterów. Są inne sceny, które nawet mnie podczas grania spektaklu przyprawiają o dreszcze. Dzieje się tak, kiedy słyszę historie, które brzmią niesamowicie wiarygodnie, pięknie, a jednocześnie przejmująco, np. scena Grzegorza o dotyku albo scena Aliny o białej lasce.

R.N.: Jeden z bohaterów stwierdził, że wyjście na scenę jest dla niego terapią. Widzi pan, że ci ludzie się jeszcze bardziej otworzyli, że przez grę w tym spektaklu zostali dowartościowani?

A.Z.: Każdego z nich to wzmocniło. Moi bohaterowie doświadczyli władzy jaką się zdobywa nad cudzymi uczuciami. W ten sposób poznają również samych siebie. Praca w teatrze to bycie w zaczarowanej przestrzeni, w której nie musimy poddawać się dyktatowi świata, w którym ktoś narzuca nam, co mamy myśleć i jak reagować. Tu jesteśmy niezależni i wolni.

R.N.: A ma pan takie odczucie, że ludzie wychodząc z teatru po tym spektaklu będą baczniej rozglądać się wokół siebie w poszukiwaniu osób niewidomych?

A.Z.: Teatr nie jest lekarstwem. Jest tylko i aż realnym narzędziem małych zmian. Jeśli choć jedna osoba zatrudni niewidomego z powodu obejrzanego spektaklu, wesprze ją w tramwaju albo spontanicznie dotrzyma towarzystwa na ławce w parku, to będzie znaczyć, że warto było. W swojej pracy wielokrotnie doświadczałem zbawiennego wpływu teatru. Moi bohaterowie również doświadczają podobnych gestów. Fundamentalnym problemem w relacjach z osobami niepełnosprawnymi jest to, że tak naprawdę to nasze relacje z nimi są niepełnosprawne.

R.N.: Duże zainteresowanie spektaklem skłoniło pana do tego, aby dalej podążać w kierunku osób niepełnosprawnych?

A.Z.: Obie części dyptyku były poświęcone osobom wykluczonym i mam poczucie, że ten temat już wyczerpałem. Teraz czas na kolejne wyzwanie. Następny spektakl chciałbym zadedykować zaginionym. Jego premiera odbędzie się we wrześniu.

Komentarze

komentarze