Meandry zatrudnienia

Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, iż od najmłodszych lat byłam ambitna. Chętnie i szybko się uczyłam. Jak wynika z relacji moich rodziców, już w wieku 4-5 lat interesowały mnie literki i cyferki – chciałam nauczyć się czytać, pisać i liczyć. I to mi się udało. Kiedy dotarłam do tzw. „zerówki” płynnie czytałam i, trzeba przyznać, z tego powodu w szkole nieco mi się nudziło. Większość moich koleżanek i kolegów dopiero nabywało pierwsze szlify umiejętności pisania i czytania.

Cała szkoła podstawowa to czas solidnej, ciężkiej uczniowskiej pracy. Mój charakter powodował – i tak zresztą mi zostało do dziś – że nie wyobrażałam sobie, by pójść do szkoły nie będąc przygotowaną. Każdy sprawdzian, klasówka, dyktando, itp. okupione były wieloma godzinami nauki i przygotowań. Efekt? Jak najbardziej pozytywny. Świadectwa z wyróżnieniem, nagrody, satysfakcja, iż trud nie poszedł na marne. Dlaczego o tym wspominam? Bynajmniej nie z powodu samozachwytu, czy też wynoszenia się ponad innych. Po prostu jak każde dziecko, nastolatek, człowiek wchodzący w dorosłość marzyłam o tym, kim będę w przyszłości. Lista wymarzonych zawodów była długa i zróżnicowana. Zmieniała się zresztą – co również przecież typowe – wraz z wiekiem, rozwojem zainteresowań itd. Uważałam, że solidna nauka utoruje mi drogę do uzyskania zawodu, który pozwoli wykonywać pracę ciekawą, przynoszącą mi satysfakcję i umożliwiającą rozwój. Miałam przecież zdrowie, możliwości i chęci. Czego więcej wymagać? Wydawało się mi wówczas, że owszem, muszę dać sporo od siebie, ale „kariera zawodowa” stoi przede mną otworem. Mój plan – rzetelna nauka, studia, rynek pracy otwarty na wyciągnięcie ręki.

Jestem osobą wierzącą, więc powtórzę słowa porzekadła: Człowiek planuje, Pan Bóg krzyżuje. Nadeszły wakacje pomiędzy pierwszą i drugą klasą liceum ogólnokształcącego. Oglądając telewizję zauważyłam, że po z bliskiej odległości nie jestem w stanie odczytać napisów. Wszystko jakieś zamazane i niewyraźne. W tamtym momencie nie przeraziło mnie, że tak nagle i tak bardzo źle widzę. Dopiero później spanikowałam, bo przecież za kilka dni zaczynał się kolejny rok szkolny – jak będę się uczyć? A nadmienić trzeba, że było to sporo lat wstecz, kiedy sytuacja niewidomych i słabowidzących w temacie edukacji nie wyglądała ciekawie. Dziś tak wiele pozostaje do poprawy i zmiany, a wtedy, na przełomie lat 80. i 90., w naszym kraju udźwiękowione komputery i inny sprzęt tyfloinformatyczny stanowiły dopiero nowinki technologiczne. Aktualnie wiele szkół, uczelni dysponuje specjalistycznym sprzętem dla niewidomych uczniów i studentów, a w tamtych czasach ani placówki edukacyjne, ani prywatnie niewidomi nie posiadali takich możliwości. Jeżeli nawet były takie rozwiązania, to dla mnie, mieszkanki małej miejscowości, w której praktycznie nikt nie zetknął się z podobnymi problemami, tj. tak znaczącym uszkodzeniem wzroku, tego typu wiedza była naprawdę „tajemna”. Pamiętam z jakim trudem dążyłam do tego, aby ktoś podpowiedział mi cokolwiek, co pomogłoby mi odnaleźć się w nowej, tak trudnej sytuacji.

Szukałam pomocy przede wszystkim medycznej. Rodzice zapewnili mi dostęp do możliwie najlepszych specjalistów, ale z perspektywy wielu lat wiem, że niestety do właściwych okulistów nie trafiłam. Trudno w kilku zdaniach opisać jak wyglądała moja nauka w trakcie ostatnich trzech lat liceum. Nie widziałam, co jest napisane na tablicy. Nie potrafiłam odczytywać tekstu w książkach, z trudem robiłam notatki. Myślę, że to materiał na odrębny artykuł. Niemniej jestem winna podziękowanie przede wszystkim mojej Mamie, ale i wielu innym osobom, bo tylko dzięki ich wsparciu ukończyłam szkołę średnią i zdałam z powodzeniem egzaminy maturalne.

No i tutaj wreszcie newralgiczny moment w życiu każdego szczęśliwego maturzysty. Wybieramy upragniony kierunek studiów wyższych. Ja i moje grono wsparcia najlepiej wiedzieliśmy, ile wysiłku i zaangażowania wielu osób kosztowała mnie nauka w liceum. Marzyłam o studiach, ale… wiedziałam jak widzę, zdawałam sobie sprawę z faktu, iż stan mojego wzroku jest na tyle mizerny, iż może okazać się zbyt słaby, by dobrnąć do momentu uzyskania dyplomu. A przecież dążyłam do tego, by mieć ten dyplom po coś. By móc pracować na otwartym rynku pracy, samodzielnie się utrzymywać, a poza tym podnosić swoje kwalifikacje. W tamtym okresie zabrakło przy mnie osób, które nie tylko chciały, ale miały realne możliwości pokierować mną i przekonać, że mogę studiować. Obawy zwyciężyły i na otarcie łez (wtedy traktowałam to jako sposób na nie marnowanie czasu) zdecydowałam się na podjęcie nauki w pomaturalnym studium na kierunku pracownik socjalny. Studium owe ukończyłam i uzyskałam zawód. I teoretycznie mogłam ruszać… do pracy. Nie, żeby mnie to zaskoczyło, ale jak można się domyślać nie narzekałam na nadmiar ofert i propozycji zatrudnienia. Nastąpiła kilkuletnia przerwa w moim życiu, kiedy stopniowo, sukcesywnie traciłam poczucie, że kiedykolwiek znajdę jakąkolwiek pracę.

Zarejestrowałam się m.in. w urzędzie pracy. Już na wstępie mnie poinformowano, że bardzo sporadycznie pojawiają się oferty dla niedowidzących i niewidomych kandydatów. W rezultacie, w ciągu kilku lat otrzymałam może 2 czy 3 propozycje, których nie mogłam przyjąć. Pierwszą ofertą była praca w dziewiarstwie, innym razem moje obowiązki miałyby polegać na sprzątaniu wymagającym dźwigania ciężkich rzeczy, czego zabraniali okuliści. Zapewniam, że każda taka odmowa była dla mnie bardzo przykra. W tamtym czasie dałabym wiele za otrzymaną szansę, aby pokazać, że osoba z dysfunkcją wzroku może być pełnowartościowym pracownikiem. Prawdę mówiąc, po latach niepowodzeń sama jednak coraz mniej w to wierzyłam, więc jak mogłam przekonać o tym innych?

Podczas gdy moi znajomi zmieniali kolejne miejsca zatrudnienia, najbliżsi wychodzili do pracy i szkoły, ja kolejne tygodnie i miesiące spędzałam w domu. Słuchałam książek, muzyki, oglądałam telewizję, zrobiłam nawet dwa stopnie kursu masażu klasycznego, choć w ogóle nie czułam do tego powołania. I często rozpaczałam. Byłam coraz bardziej przekonana, że tak już będzie zawsze. Spotykałam się z opiniami typu: „Masz gdzie mieszkać, co na siebie włożyć, masz co jeść. Czego ci jeszcze trzeba?”. A ja chciałam robić coś pożytecznego. Wychodzić z domu. Chciałam poznawać ludzi i miejsca. Dziś trudno mi w to uwierzyć, ale tęskniłam za tym, by mieć nadmiar obowiązków! Zazdrościłam osobom, które miały po brzegi wypełnione kalendarze i terminarze. Oni mieli nadmiar obowiązków – ja czasu, co do którego czułam, że umyka mi między palcami. Wtedy wydarzyło się coś, co potwierdza powtarzaną często sentencję, że nigdy nie można tracić nadziei. Nastąpił splot wydarzeń, rozmów, spotkań, w wyniku których nareszcie DOSTAŁAM PRACĘ!

Los, a właściwie Ktoś, kto moim zdaniem tym moim losem kieruje, zetknął mnie – mogłoby się wydawać – w przypadkowej rozmowie telefonicznej z osobą, która zauważyła potencjał i uznała, że warto spróbować i dać szansę zatrudnienia niedowidzącej osobie, która do tej pory nie miała jeszcze okazji, by podjąć jakąkolwiek pracę. To wprawdzie bardzo duży skrót całej tej historii, ale omówienie jej w pełni stanowi raczej kolejny materiał na artykuł.

W ten sposób w 2004 roku rozpoczęłam swoją przygodę w charakterze pracownika Fundacji Szansa dla Niewidomych. Podejmowałam to wyzwanie z nieopisaną radością, ale i ogromną odpowiedzialnością. Oczekiwano ode mnie sporo nowych umiejętności, a ja byłam pełna lęku czy sobie poradzę. W międzyczasie podjęłam studia wyższe na kierunku praca socjalna i okazało się, że moje wcześniejsze studium i inne działania świetnie wpisują się w charakter pracy, jaką mi powierzono. Od tego momentu upłynęło niemal piętnaście lat. Nadal pracuję w Fundacji. Tak jak marzyłam – poznaję ludzi, miejsca, podejmuję kolejne wyzwania, które pozwalają mi się nadal rozwijać. No i… mam terminarz wypełniony po brzegi i marzę o tym, by z kimś podzielić się nadmiarem obowiązków. Wykonuję niesamowicie ciekawą pracę. Znam jej wartość, bo wiem, ile kosztowało jej zdobycie. Mogę pomagać innym, ale tym samym pomagam sobie samej. Oprócz tego chętnie angażuję się w różnego typu działalność społeczną.

Z całą stanowczością stwierdzam, że praca jest ważna z wielu powodów – jest źródłem utrzymania, daje poczucie własnej wartości, podnosi jakość życia. Smutne jest to, że tak niewielki procent osób z niepełnosprawnością, a jeszcze niższy w odniesieniu do niewidomych, może znaleźć i utrzymać zatrudnienie na otwartym rynku pracy. Wszyscy, którzy mogą wpłynąć na poprawę tego stanu rzeczy powinni zrobić wszystko co w ich mocy, by do tego doprowadzić. Wiem, bo sama przeszłam tę drogę. Wiem, że praca była i jest dla mnie najlepszą rehabilitacją.

Ilona Nawankiewicz za pracę na rzecz niewidomych i niedowidzących w październiku 2017 roku została uhonorowana Przez Prezydenta RP srebrnym krzyżem zasługi. W 2018 roku w imieniu Fundacji Szansa dla Niewidomych odebrała specjalną nagrodę „Super Opolską Niezapominajkę – edycja 2014-2016”. Dzięki jej wspaniałej pracy, Fundacja została laureatem konkursu Marszałka Województwa Opolskiego na najlepszą organizację pozarządową w tym województwie.

Komentarze

komentarze