Jestem urzędnikiem Gargule, pioruny i inne osobliwości – niewidomy w zetknięciu z urzędnikiem i odwrotnie…

Wizyta w urzędzie większości z nas kojarzy się z nieprzyjemną koniecznością, czymś, co staramy się jak najbardziej przekładać, odsuwać w czasie. Jeżeli tylko możemy takiej wizyty uniknąć, robimy to z przyjemnością. Statystyczny petent już na progu urzędu ma wyrobione zdanie dotyczące pracy urzędnika. W społeczeństwie panuje przekonanie, że pracownik urzędu większość swego czasu pracy spędza na piciu kawy lub herbaty, plotkowaniu ze współpracownikami, bezcelowym przemieszczaniu się z jednego biura do drugiego i traktowaniu petenta jako zło konieczne. Sytuacja taka dotyczy zarówno osób sprawnych, zdrowych, jak i tych, którzy borykają się z niepełnosprawnością. Tak negatywny obraz pracy urzędniczej powoduje, że często urzędnik chcąc ze zrozumieniem przyjąć petenta, właściwie z góry jest na straconej pozycji. Jednak na każdą kwestię należy spojrzeć z dwóch stron. My, petenci, również nie pozostajemy dłużni. Wielokrotnie potrafimy skutecznie zaskoczyć panią Basię czy pana Tomka siedzących po drugiej stronie biurka. Z perspektywy 10-letniej pracy w organizacji pozarządowej miałam okazję wysłuchać wielu interesujących, bulwersujących, a czasem zabawnych historii dotyczących zarówno urzędników, jak i petentów.

Wyobraźmy sobie, że do urzędu zajmującego się realizacją dofinansowań do zakupu sprzętu rehabilitacyjnego trafia niewidomy, który w sposób niezwykle roszczeniowy i nieznoszący sprzeciwu domaga się zrealizowania jego wniosku, tj. umożliwienia mu zakupu komputera zwanego przez niego nie inaczej jak „laptok”, „laptor” bądź „taka walizka”. Inny niewidomy, który otrzymał w pełni wyposażone stanowisko komputerowe ze specjalistycznym oprogramowaniem dzwoni i przez kilkanaście lub kilkadziesiąt minut z ogromnym zaangażowaniem i irytacją pyta, jak ma zorganizować sobie szkolenie z obsługi sprzętu tyfloinformatycznego skoro firma, która dostarczyła mu zakupiony sprzęt, sprzedała mu Internet bez komputera i mimo podejmowanych prób nijak urzędnik nie jest w stanie niczego mu wytłumaczyć i udowodnić swoich racji, bo niewidomy ma jedyną słuszną koncepcję.

W innej sytuacji do serwisanta trafia pokrzywdzona niewidoma z pretensjami, zniszczonym komputerem i obszernym pismem zawierającym informację, że tenże niedawno nabyty sprzęt traktowany z niebywałą dbałością nagle odmówił posłuszeństwa w taki sposób, że nagle pojawił się dym, coś w rodzaju iskier oraz – tu nieznane dotąd w branży elektronicznej pojęcie – „gargule”. Mimo usilnych starań nie ma szans uzyskania konkretnych danych co stało się z komputerem i czym były owe „gargule”, choć wygląd komputera ewidentnie wskazuje na niewłaściwe użytkowanie sprzętu przez osobę zgłaszającą roszczenie.

Teraz spójrzmy na takie sytuacje z drugiej strony. Do podobnego jak wyżej urzędu trafia niewidomy z wnioskiem o dofinansowanie zakupu niezbędnych do codziennego funkcjonowania i pracy urządzeń. W rozmowie z panią zajmującą się kompletowaniem stosownych dokumentów ten niewidomy słyszy zadziwiająco nieprofesjonalne pytanie – a właściwie po co osobie niewidomej komputer? Niby jak chce z tego komputera korzystać będąc pozbawiony wzroku? Nasz niewidomy przygotowany na tego typu sytuacje przyszedł do urzędu wyposażony np. w pożyczony od znajomego komputer z programem udźwiękawiającym, telefon z programem mówiącym czy też dobrej jakości udźwiękowionym dyktafonem. I tu zdziwienie urzędników – to tak można? Przyciskając każdy klawisz można spowodować, że urządzenie może to odczytać? Warto zaznaczyć, że różnego typu organizacje i instytucje dają szereg możliwości zetknięcia się z tego typu rozwiązaniami, dają szansę praktycznego poznania sprzętu, które znacząco poszerzają możliwości niepełnosprawnych. Odzew na organizowane dla nich konferencje, warsztaty itp. jest różny, w większości obojętny. Poszerza się jednak grono osób, które z zainteresowaniem dążą do pogłębienia wiedzy.

Zupełnie niedawno wysłuchałam opowieści o wizycie niewidomego w urzędzie i o rozmowie dotyczącej uzasadnionej konieczności zakupu wybranego przez mojego rozmówcę sprzętu. Pani przyjmująca dokumenty, widząc, że niewidomy petent ubiega się o notebooka z 15-calowym ekranem, w sposób niezwykle ekspresyjny wyraziła swoje zdziwienie: „dlaczego pan wybrał notebooka, przecież tam jest taki niewielki ekran”. W domyśle miało to oznaczać, że jeżeli nasz niewidomy wybierze monitor 20-30-calowy, to będzie na nim zdecydowanie lepiej widział.

Codziennością są sytuacje kiedy urzędnik w banku, na poczcie lub w przychodni odmawia pomocy niewidomemu, np. ponieważ nie może wypisać druku listu poleconego, albo przelewu, zasłaniając się ochroną danych osobowych. Nie można kwestionować faktu, że pewne wytyczne i procedury zabraniają pewnych działań, których urzędnik po prostu wykonać nie może, nawet chcąc pomóc. Wielokrotnie zdarzają się sytuacje kiedy te względy proceduralne są nieco wykorzystywane. Kiedyś jedna z pań pracujących w biurze, rozmawiając w pociągu ze znajomą tłumaczyła, że przekraczając próg swojego gabinetu w godzinach urzędowania jednostki musi wręcz zapomnieć o tym, że jest człowiekiem, bo wtedy staje się urzędnikiem. Czasem wydaje się, że jej przekonanie dotyczy nie tylko niej samej, ale że myśli tak zdecydowana większość. Oczywiste jest, że aby dobrze wykonywać pracę w urzędzie albo realizować sprawy petentów, nie trzeba wyłączać swojego człowieczeństwa, a jedynie będąc człowiekiem, właściwie wykonując ze zrozumieniem swoją pracę w oparciu o prawo i przepisy, skutecznie realizować sprawy interesantów. Jak już wspomniałam, wzrasta grono osób pracujących w instytucjach państwowych, jednostkach kultury, placówkach oświatowych, które wręcz domagają się w szkoleniach i sympozjach, które pozwalają poznać specyfikę zagadnień, którymi zajmują się na co dzień np. kwestie związane z niepełnosprawnością itp. Daje to nadzieję że w najbliższej przyszłości relacje urzędnik-petent i petent-urzędnik nadal nie będą idealne, ale za to i jedni i drudzy będą współdziałać ze sobą z większym zrozumieniem i efektywnością.

Komentarze

komentarze