Jestem niewidomym muzykiem. Nie można sobie odpuszczać! Wywiad z Katarzyną Nowak

Wokalistka, instrumentalistka, laureatka wielu ogólnopolskich festiwali, bohaterka i współautorka książki pod tytułem „12 kropel życia”. Absolwentka studiów wyższych na kierunkach kulturoznawstwo i polonistyka, a także szkoły muzycznej I i II stopnia. Na co dzień pracownik naukowy Uniwersytetu Wrocławskiego! Szczupła, ciemnowłosa i delikatna, o pięknej barwie głosu. Kobieta niezwykła, niewidoma od urodzenia.

EŚ: Jest pani wokalistką i gitarzystką występującą z sukcesem na festiwalach i koncertach, m.in. na Festiwalu Zaczarowanej Piosenki im. Marka Grechuty w Krakowie. Spotykamy się w momencie, w którym żyje pani na bardzo wysokich obrotach. Proszę mi opowiedzieć jak do tego doszło, jak wyglądała droga do punktu, w którym znajduje się pani teraz?

KN: Oprócz mojej pracowitości niezwykle ważne było wsparcie bliskich. To jest właściwie punkt wyjścia naszej rozmowy, ponieważ uważam, że bez wychowania i właściwej rehabilitacji dziecka niewidomego nie ma mowy o osiągnięciach, o prawidłowym rozwoju psychicznym. Dziecko wychowane bez stabilizacji, w poczuciu, że skoro ma dysfunkcję, to do niczego się nie nadaje, nie odniesie sukcesu. Nie każdy rodzic sobie z tym radzi. Trzeba przełamać i w sobie, i w dziecku myślenie, że nie ma sensu próbować, że nie ma sensu wychodzić do ludzi, bo od tego się wszystko zaczyna. Rodzice zawsze we mnie wierzyli. Mówili, że sobie poradzę.

EŚ: Jak wyglądało wsparcie rodziców w pani przypadku?

KN: Rodzice byli w stosunku do mnie normalnie wymagający. Jeżeli zwyczajnie nie miałam chęci podejścia do jakiegoś obowiązku to wiedziałam, że poniosę konsekwencje, na przykład dostanę gorszą ocenę, jeśli ze swojej winy się nie nauczę. Nie było taryfy ulgowej dlatego, że jestem niewidoma. Byłam wychowywana jak zdrowe dziecko. Jeżeli mogłam coś zrobić, to miałam takie same obowiązki jakie mają wszyscy. Jestem niezwykle wdzięczna swoim rodzicom, że podołali i cały czas są dla mnie przepięknym wsparciem. To w domu nauczyłam się podstaw funkcjonowania, odróżniania przedmiotów. Mama i tato podczas spacerów uczyli mnie dźwięków – że to szumią liście, że obok przejechał samochód. Bo ja słyszałam różne dźwięki, ale nie miałam pojęcia co słyszę! Jest spora tendencja rodziców, żeby nie pokazać dziecku niewidzącemu np. pokrzywy, bo się poparzy. A moi wychodzili z założenia, że muszą mi pokazać tę pokrzywę, bo ja się w inny sposób nie dowiem tego, że ona parzy. Na podstawie takich lekcji mogłam też wywnioskować, że życie jest różne. Czasami parzące jak pokrzywa, a czasami przyjemne i miękkie jak trawa.

EŚ: Czy wobec tego miała pani w ogóle poczucie, że różni się od rówieśników?

KN: Rzeczywiście, kiedy się jest dzieckiem, nie bardzo się to rozumie. Pamiętam, jak rodzice i siostra często podczas wieczorynki sadzali mnie sobie na kolanach i opowiadali mi to, co się dzieje na ekranie. Nie wychodzili z założenia, że skoro nie widzę, to mogę po prostu sama słuchać bajek na kasecie magnetofonowej. Mówili do mnie „obejrzymy wieczorynkę!”. I ja myślałam, że każdemu małemu dziecku się tak opowiada. Dopiero kiedy się zorientowałam, że moje koleżanki robią to same, dało mi to troszeczkę do zastanowienia.

Natomiast dość drastycznie zdałam sobie sprawę z tego, że nie widzę, w momencie kiedy trafiłam do ośrodka szkolno-wychowawczego we Wrocławiu. Na drzwiach wisiała wywieszka, którą mama głośno przeczytała: „Zakład szkolno-wychowawczy”. Ja się przeraziłam i powiedziałam mamie, że miałam nadzieję, że trafię do szkoły, a nie do zakładu. Wtedy tak na dobre uświadomiłam sobie inność, że nie posługuję się tak jak dzieci w „Plastusiowym pamiętniku” kredką i ołówkiem, tylko tabliczką brajlowską i rysikiem. Żebym mogła uczęszczać do tej szkoły, rodzice przeprowadzili się specjalnie ze Świnoujścia do Wrocławia.

EŚ: Jak wyglądała pani dalsza edukacja?

KN: Po siódmej klasie przeniosłam się do liceum integracyjnego, a rok później zdałam egzamin do VIII liceum ogólnokształcącego we Wrocławiu. To dość znane w mieście liceum, podobno ukończyła je Anna German. Chciałam spróbować integracji z rówieśnikami. Pani dyrektor była bardzo dobrze nastawiona do mojego pomysłu, grono pedagogiczne również, mimo, że zadawali sobie mnóstwo pytań, nie wiedzieli czego mogą się spodziewać. Sprawdziany zaliczałam ustnie, prace pisemne przygotowywałam w domu i odczytywałam je później nauczycielowi. Kiedy nastała era mówiących komputerów, przynosiłam prace już wydrukowane. Nauczyciele poza godzinami lekcyjnymi przynosili specjalnie skonstruowane pomoce naukowe. Pamiętam, jak pani z biologii skonstruowała z zapałek i skakanki model tasiemca, żeby pokazać mi o czym się teraz uczymy.

EŚ: Po liceum zdecydowała się pani na studia wyższe. Czy wybór kierunków był czymś podyktowany?

KN: Po szkole średniej zdecydowałam się zdawać na kulturoznawstwo, dzięki swojemu koledze ze szkoły muzycznej, który już ten kierunek studiował. Zachęcił mnie, mówiąc że studia są ciekawe, poszerzają horyzonty. I – co najważniejsze – nie będzie problemu z dostępnością podręczników. Wcześniej marzyłam o anglistyce i muzykologii, ale nie było dostępnej literatury angielskiej i innych materiałów, a ja nie chciałam przechodzić studiów po łebkach. Takie studiowanie jest bez sensu. Skoro mam otrzymać dyplom wyższej uczelni, powinnam na niego zapracować tak, żeby był dla mnie satysfakcjonujący.

EŚ: Jak odbyła się rekrutacja na studia?

KN: Egzamin wstępny zdawałam ustnie. Dyktowałam odpowiedzi oraz wypracowanie, a osoba widząca pisała to, co dyktuję. Drugi etap był ustny dla wszystkich. Nie było żadnych specjalnych ułatwień, aczkolwiek potraktowano mnie życzliwie. Dostałam się i kierunek ukończyłam. Drugi fakultet – filologia polska – stanowiła uzupełnienie wiedzy ogólnej. Już wtedy wiedziałam, że z kierunkowym wykształceniem łatwiej dostać dobrą pracę.

EŚ: Niewidomy włoski artysta Andrea Bocelli w jednym z wywiadów przyznał, że pierwszym człowiekiem, który otworzył mu w latach dziecięcych magiczny świat muzyki, był prosty rosyjski robotnik. Jak było w pani przypadku?

KN: Mój dom był zawsze pełen muzyki, rodzice dużo grali i śpiewali. W dalszej rodzinie jest też sporo profesjonalnych muzyków. Nawet mój dziadek grał na trąbce.

Muzyka od dziecka potrafiła mnie bardzo wzruszać. Osobą, która odkryła mój słuch muzyczny była siostra. Przygotowując się do swojego egzaminu w szkole muzycznej grała mi interwały i okazało się, że bezbłędnie zgadywałam czy tercja jest wielka czy mała, czy interwał brzmi wesoło czy smutno. Okazało się też, że mam poczucie rytmu.

EŚ: Ukończyła pani szkołę muzyczną w klasie gitary. Co przesądziło o wyborze instrumentu?

KN: W szkole muzycznej odradzono mi skrzypce, zgłosiło się dwóch nauczycieli: jeden od instrumentów perkusyjnych, drugi od gitary klasycznej. W ostateczności wybraliśmy gitarę. Zresztą nie widziałabym się na perkusji, a gitara jest takim instrumentem, który można wszędzie ze sobą zabrać i pięknie brzmi. Wolę gitarę od fortepianu. Warto wspomnieć, że nie uczyłam się utworów ze słuchu. Specjalnie dla mnie przygotowywano komplety nut w notacji brajlowskiej.

EŚ: A jak zaczęła się pani przygoda ze sceną?

KN: Wszystko zaczęło się od śpiewu przy akompaniamencie gitary klasycznej, na festiwalach szkolnych. Wiadomo było, że talent posiadam, ale trzeba go było oszlifować. Po ukończeniu szkoły muzycznej moja mama znalazła fantastycznego nauczyciela emisji głosu – Romana Romańczuka. Zaczęłam się również uczyć interpretacji. Moja droga zaczęła się profesjonalnie kształtować dzięki Festiwalowi Piosenki Zaczarowanej. Po moim występie, do współpracy zaprosiła mnie pani Irena Santor na swój jubileusz do Sali Kongresowej, pani Anna Dymna i pan Michał Bajor. Występowałam obok gwiazd polskiej sceny muzycznej.

EŚ: Jak się pani przygotowuje do każdego występu?

KN: Opracowuję piosenki z instruktorem i ćwiczę w domu. Niezwykle ważne są lekcje emisji głosu. Unikam napojów gazowanych i nie stosuję używek.

EŚ: Śpiewa pani nie tylko po polsku, ale także w języku francuskim, niemieckim, angielskim i rosyjskim. Który jest pani ulubionym językiem do wyrażania emocji śpiewem?

KN: Mimo, że jest moda by mieć w repertuarze piosenki angielskie, wolę śpiewać po polsku. Jest to mój język ojczysty. Lubię też śpiewać po francusku, bo jest piękny, śpiewny i melodyjny. Jednak piosenki angielskie przydały się w Reykjaviku.

EŚ: Właśnie o Islandię, gdzie koncertowała pani z recitalem pod tytułem „Oczyma duszy mojej” i o inne pani podróże zagraniczne chciałam teraz zapytać. Jakie ma pani wrażenia na temat krajów i ich dostępności?

KN: Często podróżuję. Zwiedziłam miedzy innymi Czechy, Austrię, Słowację, Gibraltar, Portugalię, Egipt, Jordanię, Turcję i północną część Maroka.

Europa Zachodnia jest w miarę przystosowana do osób niewidzących. Podróżuję głównie z rodziną, więc zawsze mogę liczyć na pomoc. Ale przewodnicy, widząc, że w grupie zwiedzających jestem ja, bardziej się starają, ciekawiej opowiadają. W Hiszpanii zetknęłam się z nawet wypukłymi mapami.

Grecja jest odrobinę mniej dostosowana, ale Grecy nadrabiają swoim podejściem i życzliwością. Wykazują wielką otwartość i zainteresowanie.

Niestety, kultura muzułmańska nie jest przychylna osobom niepełnosprawnym, jest to dla nich temat tabu. W Hurghadzie przewodnik podając mi rękę przy wysiadaniu z autobusu, na moje próby pokazania mu, jak właściwie ma mi pomagać, powiedział tylko „never say that you are blind” – czyli „nigdy nie mów, że jesteś niewidoma”.

Bardzo chciałabym wrócić do Ziemi Świętej, to jest dla mnie miejsce magiczne. Oprócz wspomnień przywiozłam stamtąd piękne przyjaźnie.

EŚ: Proszę powiedzieć, czym się pani zajmuje poza muzyką?

KN: Muzyka jest niezwykle ważną częścią mojego życia, ale to nie jest wyłączna jego część. Od tego roku prowadzę zajęcia ze studentami pedagogiki na Uniwersytecie Wrocławskim. Jest to przedmiot fakultatywny o nazwie „Audiobaśń i słuchowisko wobec odbiorcy dziecięcego”. Zajmujemy się ze studentami wpływem psychologicznym i wychowawczym baśni słuchowiskowej na dziecko. Jest to mój kolejny sukces.

EŚ: Do listy sukcesów możemy dopisać również rolę honorowego ambasadora audiodeskrypcji, którą pełni pani razem z reżyser Agnieszką Holland. Jak ocenia Pani działania na rzecz udostępniania kultury osobom z niepełnosprawnością wzroku poprzez audiodeskrypcję?

KN: Audiodeskrypcja jest niezwykle ważna, pozwala śledzić niewidomemu to, co się dzieje na ekranie. Są filmy zawierające ścieżkę muzyczną prawie bez dialogów i do pełnego zrozumienia to nie wystarczy. Audiodeskrypcja pozwala w pełni uczestniczyć niewidomymi i niedowidzącym w kulturze.

EŚ: Zapytam teraz o drugą pani pasję – pisanie. Stosunkowo niedawno ukazała się pani książka pod tytułem „12 kropel życia”. Wybór tak niezwykłego tytułu na pewno nie jest przypadkowy, co się za nim kryje?

KN: Każda kropla życia, to poszczególny rozdział. A liczba 12 jest symboliczna. Mamy 12 miesięcy i 12 apostołów. Pomysłodawcą tytułu był współautor książki pan Roman Kawecki. Książkę zapoczątkował właściwie godzinny recital w Schronie Kultury Europa w Poznaniu przeplatany rozmową ze mną, dotyczącą pasji, funkcjonowania w życiu. Ludzie byli zasłuchani i zaciekawieni. Uznaliśmy więc, że środowisko powinno wiedzieć odrobinę więcej o codzienności niewidomych. Nie chcieliśmy publikacji sensacyjnej. Czytelnicy twierdzą, że książka niesie radość. Nie jest lekcją, ale otuchą dla kogoś, komu brakuje wsparcia i motywacji. To książka dla wszystkich. Otworzyła mi też drogę do kolejnych sukcesów. Promując książkę w instytucie pedagogiki poproszono mnie o poprowadzenie seminarium dla studentów. W efekcie zaproszono mnie na rozmowę o pracę. Dzięki książce – dostałam pracę.

EŚ: Czy ma pani jakieś rady dla poczatkujących pisarzy i piosenkarzy?

KN: Trudno jest mi udzielać jakiejś uniwersalnej rady, bo każdy ma inny grunt do startu. Ale życzę wsparcia, bez ulgowego wychowania. Nie można się sugerować tym, że się nie widzi i można sobie odpuścić, nie pójść na lekcje, bo publiczność wybaczy. Scena nie powinna być litością.

EŚ: Na koniec zapytam panią o wrażenia z Konferencji REHA FOR THE BLIND® IN POLAND.

KN: Dwukrotnie miałam przyjemność występować z recitalem poezji śpiewanej na REHA. Z racji swoich występów i innych obowiązków zawodowych nie mogłam niestety dokładnie pozwiedzać. Ale uważam, że taka konferencja, wielkie spotkanie środowiska, jest bardzo potrzebne. Sprzyja również integracji – na konferencję może przyjść każdy zainteresowany. Można też obejrzeć różnoraki sprzęt na wielkiej wystawie, są dość ważne panele dyskusyjne, które dotyczą różnych problemów. Dzięki temu można się dowiedzieć jak to wygląda na świecie. Będę szukała okazji, żeby odwiedzić REHĘ i w przyszłym roku.

EŚ: Dziękuję za rozmowę.

Komentarze

komentarze