Jak na ślubie

Nie wiem, ilu ludzi tam się zgromadziło i pomagało. Nie było komu tego liczyć, a też nie miałoby to sensu. Pozostało jedynie wrażenie – był to niezły tłum. Wszyscy pomagali w milczeniu, a ich twarze nie wyglądały na wesołe. Były raczej zażenowane, posępne, zaskoczone. Tak, jak pojawili się niespodziewanie, chcieliby chyba jak najszybciej się zmyć. Trudno się dziwić, pewnie mieli swoje zajęcia, gdzieś się spieszyli, a tu taka heca! W każdym razie ja pamiętam to zdarzenie wyłącznie śmiesznie, chociaż nie dziwię się też im. Co się stało?

„Lecieliśmy” z przyjacielem w centrum Warszawy Świętokrzyską w stronę Nowego Świata, by dostać się na Krakowskie Przedmieście. On po lewej stronie, ja obok – po jego prawej. Na prawo ode mnie były budynki, a na lewo od niego ulica. Chodnik był, i zapewne nadal jest, szeroki, toteż aby trzymać się kierunku równoległego do niej, wybraliśmy ścieżkę po prawej stronie – może metr od ścian. Gdy niewidomi idą szeroką aleją, chodnikiem, ulicą, polem, po boisku, może to wyglądać dziwnie. Idzie się wtedy sinusoidą – raz w lewo, potem trochę w prawo, rzadko prosto. Dla widzących to niezrozumiałe, chyba że zasłonią sobie oczy i przekonają, jaki mają zmysł równowagi, gdy nie pomagają sobie wzrokiem. Jak wiadomo, patrzenie jest pomocne w utrzymaniu równowagi. Każdy koreluje obraz, tzn. jego ustalone punkty i linie z napięciem i ruchem mięśni. Niewidomi mogą mieć z tym kłopoty: gdzie jest krawężnik chodnika, jak utrzymać równoległy do niego tor ruchu?

Szliśmy naprawdę szybko, bo tak lubiliśmy. Dlaczego? Byliśmy młodzi, żwawi i dobrze zrehabilitowani. Trudno chodzić powoli, gdy ma się ostry charakter, a tylko z tej przyczyny, że się nie widzi. Przyjaciel zresztą troszeczkę widział. To „troszeczkę” to w zasadzie poczucie światła i widzenie dużych konturów. O literach w książce czy rozpoznawaniu twarzy nie było w jego przypadku mowy.

Obaj mieliśmy białe laski w rękach i machaliśmy nimi jak wycieraczkami do szyb w samochodzie i to nastawionymi na największy bieg: w lewo, w prawo, znowu w lewo itd. Sądzę, że dla widzących przechodniów widok był wyjątkowy. Oto dwóch niewidomych facetów „leci” na „zbity pysk”. Mogli nas podziwiać za sprawność, ale mam też pewną obawę, że nasze zachowanie uznali za ryzykanckie. I mieli rację.

Nagle moja laska zawisła w powietrzu. Krok, który już wykonywałem nie skończył się kolejnym odbiciem od chodnika, stopa spadła niżej i miałem się wywalić. Nie! Udało się. Stanąłem na schodku poniżej, zaraz wykonałem kolejny krok drugą nogą, którą ustawiłem na kolejnym niższym schodku, zatrzymałem ciało, mimo że chciało kontynuować ruch do przodu i sapałem z przejęcia. Od początku czułem, że wszystko mam pod kontrolą, a strach, że coś się stanie trwał chyba jedynie dziesiątą cześć sekundy.

Mój przyjaciel przeżył jednak co innego. Pewnie działo się z nim mniej więcej to samo co ze mną, tyle że miał pecha. Może robił większe kroki, może schodki wypadły w innym położeniu jego ciała, w każdym razie nie zatrzymał się na schodku, lecz jedna noga zsunęła mu się niżej, a kolano drugiej uderzyło w murek, który ograniczał te schodki po prawej stronie i nie utrzymał pionu i wywalił się na niego. Uderzyłby twarzą w ten murek, gdyby nie to, że pomógł sobie „łapkami”, by całkiem się nie położyć. Potem wstawał i się wyprostował. Z jego kieszeni wypadło wszystko co tam miał. I ten moment przypomniał mi śluby, na których byłem. Na schodki wypadło mnóstwo monet. Boże, jaki to był hałas. Monety wypadały szybko, a ja odebrałem to, jakby trwało to długo. I dzwoniły na tych schodach. Nie to, żeby spadły na pierwszy schodek, albo na drugi. Nie, one spadały gdzie chciały, a potem toczyły się niżej i niżej. Wiecie jak mogło to brzmieć i wyglądać, bo wielu z was zapewne zna ten zwyczaj ze ślubów bliskich.

Hałas zainteresował przechodniów, którzy rzucili się najpierw by nam pomagać, a gdy okazało się, że nic na szczęście się nie stało, zaczęli zbierać te monety i oddawać przyjacielowi. On najpierw był obolały, potem zażenowany, wreszcie dołączył do mnie. Śmialiśmy się jak głupi. Moim zdaniem było z czego. Kto się nie śmiał? Ci, którzy nie rozumieją naszego inwalidztwa i uważają, że to tragedia. My uważamy, że to tylko utrudnienie, a takie przygody traktujemy tak samo, jak rozliczne wpadki ludzi widzących. Przecież oni też się wywalają. Ileż to razy słyszę, jak ktoś opowiada, że potknął się o własne stopy i leżał na chodniku. A ile razy słyszę, że widzący mający wszystko pod wzrokową kontrolą robi sobie guza na zakręcie korytarza, który dokładnie widział. Potem tak samo jak ja opowiadają o swojej niczym nie wytłumaczonej przygodzie: jak to możliwe, że widziałem ten róg ściany, a tak mocno się uderzyłem. Albo, jak to możliwe potknąć się o własną stopę na równym asfalcie?

Komentarze

komentarze