Indie. Pamiętnik z podróży

Wraz z wejściem na pokład samolotu lecącego z Kuonmingu do Kalkuty moja przygoda z Chinami dobiegła końca. Dwa tygodnie, które tam spędziłam, to zdecydowanie zbyt krótko, aby poznać Państwo Środka, niemniej jednak ten wyjazd był bardzo intensywny i na długo pozostanie żywy w mojej pamięci. Lecąc samolotem nie miałam jednak żalu, że opuszczam Chiny, gdyż kolejna przygoda czekała na mnie – Indie.

Muszę przyznać, że mój wyjazd na półroczne studia do Indii był wyjątkowo przypadkowy. Marzeniem mojego partnera było odwiedzenie tego kraju. Gdy się dowiedziałam, że dostał się tam na studia i pół roku spędzimy w rozłące, to nie zastanawiałam się długo, tylko pojechałam z nim. Nigdy wcześniej nie interesowałam się tym krajem ani jego kulturą. Po przyjeździe do Kalkuty zostaliśmy odebrani z lotniska i odstawieni do naszych mieszkań przez pracowników University of Calcutta. Przejeżdżając w nocy przez miasto, muszę przyznać, że nie zrobiło ono na mnie pozytywnego wrażenia. Chciałam jednak wstrzymać się z oceną Kalkuty na później, gdy już lepiej poznam miasto.

Wartym osobnego opisu jest miejsce, w którym przyszło mi mieszkać przez pół roku. Salt Lake – jedna z dzielnic Kalkuty, ma renomę zadbanego i eleganckiego miejsca. Faktycznie, muszę przyznać, że po jakimś czasie doszłam do wniosku, że w porównaniu do reszty miasta Salt Lake pozytywnie się wyróżnia, ale w żadnym wypadku nie odniosłam takiego wrażenia na samym początku. Wtedy widziałam jedynie brudne, nieoświetlone uliczki, ludzi śpiących na chodnikach i poboczach, mnóstwo bezdomnych psów szwendających się bez celu, (których podczas samej drogi z lotniska do mieszkania naliczyłam trzydzieści jeden).

Mieszkanie pasowało do otoczenia – brudne, źle zaprojektowane, pełne sprzecznych i pozbawionych sensu rozwiązań. Ciężko jest mi sobie wyobrazić, aby osoba niewidoma mogła normalnie w nim funkcjonować. Przykładem jest dwoje drzwi wejściowych, z których jedno pozbawione jest klamki, albo skomplikowany system rur i pokręteł w łazience, z czego i tak z jednej tylko rury leciała woda i to zimna, niezależnie od tego jak bym kręciła wszystkimi czterema pokrętłami. Najbardziej irytowały mnie jednak przełączniki. W każdym pokoju było ich co najmniej dwanaście, z których kilka było do żarówek, kilka do włączenia kontaktów, jedno do wiatraka, a pozostała większość była pozbawiona celu. Przez cały mój pobyt nie udało mi się zapamiętać, który był do czego. Tak samo irytujący był brak klamek w naszym tego słowa rozumieniu. W całych Indiach oraz w moim mieszkaniu popularne były zasuwy w pokojach – mogłam zamknąć się w swoim pokoju i jednocześnie być zamknięta od zewnątrz. Jeśli chciałam być pewna, że nikt nie wejdzie do pokoju, to na zasuwę musiałam założyć kłódkę.

Do mieszkania został przydzielony służący – młody, ok. 19-letni Hindus, który znał jedynie kilka podstawowych zwrotów po angielsku. Z początku chcieliśmy zrezygnować z niego tłumacząc, że nie przywykliśmy do takich fanaberii jak posiadanie służącego. Gdy jednak stało się jasne, że jeśli z niego zrezygnujemy to zostanie on najzwyczajniej w świecie zwolniony i wróci na ulicę, to porzuciliśmy ten pomysł. Gdy dowiedzieliśmy się, że Subu – takie miał imię – jest analfabetą, to za punkt honoru obraliśmy sobie nauczyć go czytać.

Następnego dnia po przyjeździe miałam okazję wyjść i poznać bliżej Kalkutę. W sierpniu pogoda w tym miejscu była dla mnie nie do zniesienia. Lejący się z nieba żar nie dawał mi wytchnienia. Najgorsza jednak nie była temperatura, ale wilgotność wynosząca około 90%. Naszym pierwszym celem był ambitnie Burrabazar – mieszczący się w samym centrum Kalkuty bazar będący jednym z największych w całych Indiach. Sama podróż do niego była dla mnie niezwykłym doświadczeniem. Jechałam odrapanym autobusem w nieznośnym upale, pośród Hindusów, z których praktycznie każdy zerkał dyskretnie lub też ostentacyjnie gapił się przez całą podróż na mnie i na moich towarzyszy. Europejczyk w Kalkucie – jak się później boleśnie przekonałam – to niezwykle rzadki widok budzący sensację na skalę lokalną. Szczególnie tacy jak my – studenci, podróżujący najtańszymi środkami lokomocji zarezerwowanymi praktycznie dla najuboższych.

Po dojechaniu na bazar to, co zobaczyłam można określić jako kwintesencję Indii. Nieprzebrana masa ludzi, poruszająca się z jednej strony jak rój mrówek – zwarta i jednolita, ale z drugiej strony każdy mijany człowiek wygląda inaczej. Kobiety ubrane są przeważnie w sari – długie pasy materiału, których się nie zszywa, a jedynie w skomplikowany sposób owija wokół ciała, z końcem zwisającym zazwyczaj przez ramię. Sari, które widzieliśmy, miały chyba wszystkie możliwe kolory, dominującymi jednak są kolory jasne – żółte, pomarańczowe, czerwone, różowe. Mężczyźni ubrani są zazwyczaj w jasne koszule, długie spodnie i sandały. W Indiach, w o wiele większym stopniu niż w Europie, ubiór świadczy o osobie. Po tym w co ktoś jest ubrany można łatwo wywnioskować, czy jest majętny, jaką religię wyznaje, do jakiej kasty przynależy oraz czy kobieta jest zamężna. Najsmutniejszy widok przedstawiają sobą jednak najubożsi i żebracy, odziani w szmaty bądź też same biodrówki, bardzo często makabrycznie okaleczeni i zdeformowani, często celowo – budzą oni większą litość i mają większe szanse uzyskania jałmużny.

Przechodzący ludzie przez panujący ścisk co chwila się dotykają i przekrzykują. Naszym pierwszym celem był zakup pościeli. Sprzedawcy widząc Twoje zainteresowanie oferowanym przez nich towarem toczą istną walkę by zatrzymać Cię jak najdłużej. Na samym początku zostaliśmy zaproszeni do środka sklepu, gdzie poczęstowano nas czajem – indyjską herbatą z dodatkiem masali i mleka. Sama byłam zaskoczona jak bardzo mi ten napój smakował – w Polsce nie jestem w stanie wypić herbaty z mlekiem. Po początkowej, czysto grzecznościowej rozmowie, następuje pora na interesy. Sprzedawca dowiedziawszy się, że chcemy kupić pościel, zaczął bombardować nas luksusowymi materiałami, których cena była dla nas astronomiczna. Gdy dowiedział się, że wolimy towar ze zdecydowanie niższej półki, zawód na jego twarzy był oczywisty. Targowanie się z nim na temat ceny zostawiłam partnerowi, któremu udało się wynegocjować zejście z 800 do 300 rupii (ok 16 zł). Wtedy wydawało nam się, że dokonaliśmy udanego zakupu, aby dopiero później dojść do wniosku, że i tak przepłaciliśmy prawie podwójnie.

Indyjski bazar jest ucztą dla oczu, ale również festiwalem doznań dla pozostałych zmysłów. O ile nie potrafię sobie wyobrazić osoby niewidomej poruszającej się w takim miejscu, to nie wątpię, że pozostałoby to na długo w jej pamięci. Wszędzie daje się wyczuć zapach najróżniejszych przypraw z dominacją masali i curry, a także zapach owoców, warzyw i niestety moczu. Intensywny jest również zapach przygotowywanego jedzenia – najczęściej są to popularne samosy, czyli trójkątne pierożki, smażone na głębokim oleju z nadzieniem z ostro przyprawionych warzyw oraz biryani – smażonego bądź gotowanego ryżu z dodatkiem przypraw i jajkiem w wersji wegetariańskiej lub różnego rodzaju mięs. Idąc wąskimi uliczkami bazaru, czując te wszystkie zapachy i dźwięki, odczuwałam całą sobą, że jestem w zupełnie innym świecie, tak bardzo dla mnie orientalnym.

Komentarze

komentarze