Indie. Pamiętnik z podróży (cz.2)

W grudniu moja przygoda z Indiami zaczęła zbliżać się ku końcowi. Wszystkie egzaminy na Uniwersytecie zdane, a sama Kalkuta poznana niemalże w każdym centymetrze. Mimo, że święta Bożego Narodzenia nie są w Indiach obchodzone, to świąteczna atmosfera wewnątrz mnie sięgała zenitu. Może to była tęsknota za rodziną czy też polskim jedzeniem, nie wiem. Wiedziałam jednak, że na sam koniec mojego pobytu została mi przysłowiowa wisienka na torcie – New Delhi, Agra ze słynnym Taj Mahalem oraz Rajasthan. Zostawiłam sobie to na koniec, bo lot powrotny do Polski miałam z New Delhi, a że podróż z Kalkuty do stolicy nie należy do najkrótszych, to chciałam połączyć zwiedzanie tych rejonów z moim powrotem.

W podróż udałam się wraz ze swoim chłopakiem Kubą oraz przyjaciółką Mariolą. Ze stacji kolejowej w New Delhi zostaliśmy odebrani przez naszych przyjaciół – Sagara oraz Anuraga, których poznaliśmy trzy miesiące wcześniej podczas naszego pobytu na Goa. Zadbali oni, aby niczego nam nie zabrakło oraz uczynili nasz pobyt w tym mieście o wiele przyjemniejszym. New Delhi jest olbrzymim miastem tętniącym życiem, jednak nie miałam wystarczająco dużo czasu aby poznać je do końca. Miejsca, które dane mi było ujrzeć, były dlatego starannie wybrane. Zobaczyłam m.in. Grobowiec Humajana, wzniosły minaret Qutub Minar oraz Bramę Indii, zbudowaną na cześć poległych żołnierzy indyjskich w I wojnie światowej. Jednak największe wrażenie w samym New Delhi wywarł na mnie Red Fort – olbrzymia forteca wykonana w całości z czerwono–pomarańczowego kamienia. Położona na wzniesieniu, idealnie symetryczna, z majestatycznie powiewającą na wietrze pomarańczowo–biało–zieloną flagą.

Na osobną uwagę zasługuje również Lotos Temple – miejsce o unikatowym charakterze, którego wygląd idealnie opisuje sama nazwa. Imponujących rozmiarów świątynia, kształtem przypominająca rozkwitający biały kwiat lotosu, otoczona lazurowymi basenami. Zarówno w środku jak i na zewnątrz w oczy uderzał brak jakichkolwiek symboli religijnych – to miejsce poświęcone zostało wszystkim, bez żadnych wyjątków, religiom świata. Każdy człowiek może przyjść tutaj, aby oddać cześć swojemu Bogu lub bogom.

Choć czułam, że nie nasyciłam się New Delhi, nasz napięty harmonogram nie znał litości – musieliśmy udać się w dalszą podróż. Na dworcu kolejowym spotkaliśmy się z niemiłym doświadczeniem – spiesząc się późnym wieczorem na pociąg zostaliśmy zatrzymani przez Hindusa, który podając się za pracownika kolei, poprosił nas o okazanie biletów, oznajmiając następnie, że nasz pociąg został niestety odwołany z powodu wypadku. Widząc nasze rozgoryczenie, przekonująco okazał empatię i zaproponował zorganizowanie transportu zastępczego za rzekomo niewielką opłatą. Na szczęście ponad czteromiesięczne doświadczenie zobligowało nas, aby uważać w takich sytuacjach – woleliśmy na wszelki wypadek poczekać na peronie na nasz pociąg, który przyjechał na czas. Leżąc już na swoim łóżku w pociągu zastanawiałam się ilu turystów jest oszukiwanych codziennie przez takich ludzi. Niestety, osoba niewidoma, która natrafiłaby na podobną sytuację, nie byłaby w stanie sprawdzić wiarygodności tej informacji i na pewno zostałaby oszukana.

Stacja kolejowa Agra Fort, na której mieliśmy wysiąść, również była ciekawym doświadczeniem – przespawszy postój, zostaliśmy obudzeni przez Hindusa, który chciał usiąść na swoim miejscu – w przerażeniu wyskakiwaliśmy z nabierającego prędkości pociągu. Jednak główny cel naszego przyjazdu był tego wart. Taj Mahal – najtłumniej odwiedzane przez turystów miejsce w całych Indiach. Stojąca na kwadratowym piedestale, idealnie symetryczna Świątynia Miłości, wykonana z białego marmuru, uwieńczona ogromną kopułą, która kształtem przypomina mi serce. W każdym rogu piedestału znajdują się wysokie i smukłe wieżyczki. Bardzo długo czekałam na moment, w którym go zobaczę i muszę przyznać – nie zawiodłam się. Po przejściu zewnętrznej bramy, w końcu ukazał się moim oczom: stojący w oddali, subtelny, biały, bajeczny. Smukła kopuła zalana zachodzącym już słońcem. Z oddali ma się mylne wrażenie jakoby zewnętrzne wieże były większe od wewnętrznych, ale to jedynie efekt perspektywy – wszystkie są identyczne. Ścieżka prowadząca do niego ciągnie się wzdłuż długiego basenu z fontannami i przyciętymi drzewami. Z bliska widać, że budynek jest pokryty misternymi rzeźbami pnączy kwiatów, które przeplatają się ze sobą. Taj Mahal jest niezwykle pięknym i romantycznym monumentem, ale tym bardziej wzruszająca jest jego historia. Zbudowany został na początku XVII wieku przez władcę, który chciał upamiętnić swoją ukochaną małżonkę – Mahal. Zmarła ona próbując przynieść na świat jego dziecko.

Z Agry udaliśmy się prosto do Jaipuru – różowego miasta. Zwane tak, bo – jak łatwo się domyślić – zabytkowe centrum miasta zbudowane jest niemalże wyłącznie z różowego kamienia. Targując się na dworcu z kierowcami riksz o cenę dojazdu do hotelu, zostaliśmy otoczeni przez żebrzące dzieci. Taki widok był już nam doskonale znany i spotykany zarówno w Kalkucie jak i Mumbaju czy Chennai, jednak tutaj dzieci były wyjątkowo napastliwe i nie dające się przegonić. Przedstawiały sobą żałosny i wzruszający widok – brudne, w większości bose, odziane jedynie w pozostałości ubrań. Najstarsze miały może 12 lat, najmniejsze – aż bałam się myśleć. Z determinacją w głosie musieliśmy krzyczeć „nie” i uwalniać się z uścisku małych rączek, chwytających za ubranie. Choć robiłam to z kamiennym wyrazem twarzy, w głębi serca nienawidziłam się za to, że odmawiam im pomocy. Nikt w mojej opinii nie zasługuje bardziej na pomoc jak właśnie te dzieci, jednak danie im pieniędzy nie rozwiąże ich problemu – i tak trafią one najprawdopodobniej do rąk ich dorosłych opiekunów, którzy zdają sobie sprawę, że dzieci są bardziej skuteczne w żebraniu niż dorośli i dopuszczają się nawet okaleczania ich, aby zbudzały większy żal i tym samym więcej zbierały pieniędzy z jałmużny.

Negocjując cenę z taksówkarzami w Indiach trzeba uważać na jedną rzecz: gdy zgadza się zabrać pasażerów za niższą cenę niż oferują konkurenci – to najprawdopodobniej będzie próbował zabrać Cię po drodze do konkretnego sklepu, z którego otrzymuje prowizję za każdego klienta, którego przywiezie. Może to się okazać przykrym doświadczeniem, bo z reguły właściciele takich sklepów są bardzo zdeterminowani, aby sprzedać Ci swoje towary, rzadko się poddają i źle przyjmują odmowę. Jednak nauczeni już podstaw asertywności często zgadzaliśmy się na takie warunki przejazdu – płaciliśmy mniej za przejazd, a koniec końców nie jesteśmy zobligowani do kupowania czegokolwiek. Dlatego zgodziliśmy się na taką wycieczkę również w Jaipurze. Jednak ku naszemu zdziwieniu sklep z tekstyliami, do którego zostaliśmy zawiezieni przez rikszę, okazał się dla nas bardzo ciekawym punktem naszej wycieczki. Mieliśmy okazję zobaczyć jak wygląda proces barwienia materiałów i nadawania im najprzeróżniejszych wzorów. Osobiście przykładałam do tkaniny stempel z wyciosanym obrysem słonia, który był zanurzony w czerwonym barwniku. Właściciel szybko przekonał się, że jesteśmy studentami, którym nie uda się niczego sprzedać, jednak cały czas był do końca uprzejmy, a zabarwione przez nas kawałki tkanin pozwolił zabrać ze sobą, co teraz stanowi dla mnie miłą pamiątkę.

Ostatnimi punktami naszej podróży był Pushkar oraz Udaipur – stosunkowo małe miasteczka położone w Rajasthanie. Pushkar urzekł nas swoją niebieską zabudową i malowniczym położeniem na brzegu jeziora. Mogliśmy podziwiać dużą liczbę ghatów – świętych dla Hindusów szerokich schodów prowadzących do tafli wody, na których stopniach dokonują często różnego rodzaju ceremonii religijnych. W Pushkarze również wybraliśmy się na kilkugodzinną przejażdżkę na wielbłądach po pustyni Thar. Jadąc na wysokim, o wiele wyższym od końskiego, grzbiecie Rambo – tak nazywał się mój wielbłąd, mogłam podziwiać surowe piękno pustynnego krajobrazu. Udaipur natomiast jest słynny z pięknego pałacu, położonego na wyspie pośrodku jeziora, który pełni obecnie funkcję hotelu. Był on miejscem akcji jednego z filmów ze słynnym Jamesem Bondem, nakręconej w 1983 roku – „Ośmiorniczki”.

Po powrocie do New Delhi nie miałam już czasu na zwiedzanie – pozostało mi jedynie kilka godzin na pakowanie się i pożegnania. Podsumowując moje półroczne studia – Indie są ciężkie do opisania. Jeszcze nigdy nie zetknęłam się z tak wieloma na pozór sprzecznymi doznaniami jednocześnie jak właśnie w Indiach – piękno i nieskazitelność miesza się tu z brudem i przerażającym ubóstwem. Festiwal kolorów tworzonych przez warzywa, owoce i szaty na bazarach przeplata się z przytłaczającym widokiem brudnych i zaniedbanych żebraków. Wdychając pełną piersią zapach orientalnych przypraw można często poczuć zapach potu lub moczu. Patrząc, wdychając, a także słuchając czuje się, że jest to miejsce zupełnie odmienne od tego, w którym się wychowałam, ale z drugiej strony praktycznie z każdym można porozumieć się po angielsku. Czerpiąc inspirację z akcji reklamowej rządu indyjskiego – mogę z całą mocą powiedzieć, że Indie są incredible.

Komentarze

komentarze