Igor Busłowicz

IGOR BUSŁOWICZ – prawie niewidomy informatyk. Absolwent wydziału Matematyki, Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego. Od roku 1987 zaangażowany w tworzenie specjalistycznego oprogramowania dla niewidomych. Współzałożyciel firmy Altix. Na co dzień można go spotkać w siedzibie firmy przy ul. Konwiktorskiej 9 w Warszawie.

„Przez dwa pierwsze dni życia byłem zupełnie zdrowy. Najprawdopodobniej, gdyby to było możliwe, przekonałbym się, że całkowicie dobrze widzę. Niestety, takie małe dzieci niezależnie od okoliczności i tak jeszcze nie widzą. Trzeciego dnia mama dowiedziała się od lekarzy, że dostałem wylewu krwi do mózgu i nie dożyję do wieczora. Pewnie tak by się stało, gdyby nie pewna położna, która zrobiła wszystko, by mnie uratować. Jakoś jej się to cudem udało. Lekarze wyrokowali, że nie będę widział ani słyszał, a co gorsza będę sparaliżowany. Żyłem nadal, a oni przedłużali mi życie i przekładali terminy ewentualnego końca. Trwało to zdecydowanie długo, bo ostatni wyrok usłyszałem, gdy miałem aż dwanaście lat. Rzeczywiście byłem niewidomy i prawostronnie sparaliżowany do dziesiątego miesiąca życia, ale po trepanacji czaszki zacząłem trochę widzieć, a paraliż cofnął się w dużym stopniu. W związku z tym, że musiałem uczęszczać do szkoły dla niewidomych, rodzice przeprowadzili się do Warszawy. Chodziłem do szkoły w Laskac h, a potem do masowego liceum imienia „Lotnictwa Polskiego.” (cyt. „Świat otwarty dla niewidomych. Szanse i możliwości”. Marek Kalbarczyk, WSiP 2004r.)

Tak zaczyna się historia opowiedziana przez jednego z najlepszych dziś specjalistów w dziedzinie informatyki dla niewidomych.

Redakcja: Urodziłeś się zdrowy. Wylew w kilkadziesiąt godzin po urodzeniu sprawił, że jesteś niepełnosprawny. Dzięki determinacji położnej, lekarzy, a przede wszystkim rodziców możesz normalnie funkcjonować. Dzięki swojej ciężkiej pracy jesteś wybitnym informatykiem. Czym jest dla Ciebie niepełnosprawność?

IB: Tak, jestem bardzo wdzięczny przede wszystkim rodzicom, ale i wielu innym osobom za pomoc, jaką od nich otrzymałem. Bez niej nie byłbym w życiu w tym miejscu, w którym jestem. W tym co napiszę, proszę nie doszukiwać się narzekania, ale niepełnosprawność jest dużym utrudnieniem. Tak, ludzie pomagają i technologie też, jednakże cały czas są różne sfery życia, w których doświadczam trudności. Wspomnę tu o kilku.

Po pierwsze robienie zakupów. Nie ma problemu w sklepikach osiedlowych, w których sprzedawcy chętnie powiedzą, co akurat jest na półkach. Pamiętam, jak niedługo po tym, jak rozpocząłem samodzielnie mieszkać, zaprzyjaźniłem się z jednym sklepikarzem. Któregoś dnia po godzinach pracy sklepu zamknęliśmy się w środku i pan Krzysztof zrobił mi prezentację tego, co można u niego kupić. Od tej pory dużo bardziej świadomie robię u niego różnorodne zakupy. Trudniej bywa w sklepach samoobsługowych. Stoję na przykład przy stoisku z pieczywem, bo tam jest i kasa i ktoś z obsługi i proszę o podanie czegoś z nabiału. Pewnie pod presją kolejki usłyszałem kiedyś, że to sklep samoobsługowy i towar wybiera się z półki samemu. Nie zraziłem się tą odpowiedzią, wytłumaczyłem, że mało widzę i dostałem to, co chciałem. Najtrudniej jest w supermarketach.

Tu, w dżungli ogromnej ilości produktów niewidomy, czy resztkowiec jak ja, zupełnie nie ma szans na samodzielne dokonanie wyboru. Do marketu wybieram się najczęściej wtedy, gdy konkretnie wiem, co chcę kupić. Zgłaszam się do kasy lub stanowiska obsługi klienta i otrzymuję do pomocy kogoś, z kim mogę zrobić zakupy. Jeśli chcę trochę bardziej powybierać wśród produktów, umawiam się z kimś z rodziny lub znajomych. Ostatnio byłem z tatą w Tesco i dowiedziałem się od niego, że jest coś takiego jak kefir truskawkowy. Sam, czy w asyście pracownika sklepu prawdopodobnie nie wypatrzyłbym tego kefiru, bo trudno wymagać od tej osoby, by szczegółowo opowiadała mi co znajduje się właśnie przed nami na regale.

Nie ma niestety jeszcze technologii informacyjnej, która dawałaby niewidomym dostatecznie szybki dostęp do informacji w sytuacjach opisanych powyżej. Wydaje mi się jednak, że w tych sytuacjach rozwiązaniem jest jedynie przywracanie wzroku.

Wielu czytelników tego wywiadu zapewne doświadcza trudności podobnych do tych, które opisałem. By uzupełnić obraz zasygnalizuję jeszcze, jakie trudności mogą wynikać z niedowładu prawej dłoni, na który cierpię. Kiedyś na komisji wojskowej lekarz chciał, żebym ścisnął jego dłoń. Zrobiłem to, ale uświadomiłem mu, że to nie tu leży problem. Gdy byłem małym dzieckiem, nie potrafiłem na przykład rozpinać, ani zapinać guzików na lewym mankiecie koszuli. Drogą żmudnych ćwiczeń nauczyłem się jednak jakoś to robić. Jednakże nawet jeszcze dzisiaj z tym bywa różnie. Czasami wszystko idzie gładko. Innym razem wszystko jest już zapięte i został tylko guzik na lewym mankiecie, a tu właśnie palce prawej dłoni zacięły się. Czytelnicy domyślają się zapewne, że nie ma mowy o takich czynnościach jak przyszywanie guzików, czy ogólnie posługiwanie się igłą i nitką. Na szczęście zawsze znajdzie się ktoś pomocny.

Redakcja: W czasach, gdy chodziłeś do liceum ze swoimi widzącymi rówieśnikami nie było jeszcze prawie w ogóle sprzętu i pomocy naukowych/ tyfloinformatycznych dla niewidomych. Mimo to Twoja średnia na maturze to prawie 5, a na studiach 4,57 – jedna z najwyższych do dziś dnia na wydziale Matematyki i Informatyki Uniwersytetu Warszawskiego. Czemu zawdzięczasz swój sukces, naturalnie oprócz ciężkiej pracy? A może to ona i determinacja sprawiają, że jest się tak dobrym uczniem?

IB: Wytężona praca i determinacja są niezbędne, ale kluczowe w osiągnięciu tych sukcesów okazało się to, że moja praca i determinacja znów spotkały się z pomocą kolegów. Pamiętam, jak w liceum organizowali się, by odciążyć moich rodziców i czytali mi podręczniki do przedmiotów humanistycznych. Ja natomiast pomagałem im w matematyce i językach obcych, bo w tym byłem dobry.

Przy nauce przedmiotów ścisłych i języków obcych bardzo pomocny był mi dość toporny rosyjski powiększalnik optyczny. Zdobyła go dla mnie pewna niewidoma Rosjanka, którą wcześniej, zupełnie przypadkowo rodzice poznali w Warszawie i której również pomogli. Opiszę go pokrótce. Wyobraźcie sobie deskę przykrytą przezroczystym giętkim plastikiem. Pod ten plastik wkładało się książkę lub inny tekst do czytania. Wzdłuż lewej krawędzi deski była pionowa metalowa prowadnica, na której była zamontowana plastikowa gałka. Od gałki odchodziła pozioma metalowa prowadnica, na którą nakładało się główną część aparatu w postaci solidnej wieży, na szczycie której znajdowała się matowa szybka. Na niej pojawiał się powiększony obraz. Przesuwając tę „wieżę” wzdłuż poziomej prowadnicy, można było czytać wybraną linijkę, a pokręcając gałką na pionowej prowadnicy, zmieniać linijki. Gdy nabrałem wprawy, nie korzystałem już z deski z prowadnicami. „Wieżę” stawiałem bezpośrednio na tekście i przesuwałem ją po nim umiejętnie. Dzięki takiemu aparatowi mogłem na przykład w II klasie uczyć się angielskiego, bo akurat nie było podręcznika w brajlu. Mogłem też czytać różne zaawansowane podręczniki do matematyki i realizować program indywidualny. Ten aparat do czytania przydał się również na studiach. Na pierwszych dwóch latach pisaliśmy programy na kartach dziurkowanych, po czym otrzymywaliśmy wydruki. Mieliśmy duży przedpokój, więc na podłodze rozkładałem wydruk, stawiałem na nim aparat i na kolanach analizowałem, dlaczego program działa błędnie. Gdy Promień, bo taka jest nazwa aparatu, zakończył służbę, oddałem go do Muzeum Techniki (przyp. red., Muzeum Techniki w Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, pl. Defilad 1). Być może można go jeszcze tam zobaczyć.

Myślę, że sukces na studiach zaczął się od tego, że na początku podchodziłem do jeszcze nieznanych sobie studentów i prosiłem, by siedząc obok mnie, mówili, co dzieje się na tablicy, gdy wykładowca nic nie mówi. Stworzyliśmy grupę, która chodziła na te same ćwiczenia i wspólnie odrabialiśmy zadania. Czasami spotykaliśmy się u mnie na Chomiczówce na północy Warszawy, a innym razem jeszcze gdzieś indziej na Żoliborzu. Były również dalekie podróże na Sadybę na Dolny Mokotów, a nawet do Konstancina. Nie tylko ja korzystałem na tej współpracy. Ponieważ byłem dobry w dziedzinie informatyki i matematyki, też mogłem wnieść coś cennego do naszych spotkań, więc wszyscy chcieliśmy się razem uczyć.

Redakcja: Co powiedziałbyś rodzicom dziecka, którzy właśnie dowiedzieli się o jego ciężkiej niepełnosprawności? Co byś doradził?

IB: To najtrudniejsze pytanie w tym wywiadzie, wymagające ode mnie szczególnej odpowiedzialności przy udzielaniu odpowiedzi, bo to przecież nie tak miało być. Rodzice planowali mieć dziecko i oczywiście myśleli, że będzie zdrowe, a tu jak grom z jasnego nieba spada na nich wieść o jego niepełnosprawności. Po pierwsze, chcę z całą mocą zaznaczyć rzecz najważniejszą: chociaż z jakichś powodów Bóg dopuszcza takie tragedie w życiu rodzin, to nie jest ich inicjatorem, czy sprawcą. Nie mam odpowiedzi na pytanie, dlaczego tak się czasami dzieje. Nie wszystkie rzeczy są dla nas jawne. Odnosząc tę myśl do mojego przypadku, mam głębokie przekonanie, że to, co się ze mną stało, nie było Bożą wolą. To nie On przyłożył swojej wszechmogącej ręki do tego, żebym miał pod wieloma względami trudniej w porównaniu z innymi. Owszem stało się, ale i tak wiem, że On cały czas prowadzi mnie przez życie trudną, ale ciekawą drogą i sam jestem ciekaw, co będzie dalej.

Tu chcę napisać o czymś ciekawym, co mi się przydarzyło w pewnym momencie życia. Do tego momentu w żaden sposób nie potrafiłem rozpoznać, jaki autobus, czy tramwaj przyjechał właśnie na przystanek. Zawsze musiałem kogoś zapytać. Ten moment życia, który mam na myśli, to pewna ewangelizacja, podczas której modlono się również o mój wzrok. Wracając z ewangelizacji, stałem na przystanku i po raz pierwszy w życiu przeżyłem coś radośnie zaskakującego. Podjechał tramwaj, czy autobus (już nie pamiętam, co to było), do którego wsiadłem „o własnych oczach”. Zatrzymał się i po raz pierwszy sam mogłem się przekonać, jaki to numer autobusu! Co więcej: odkryłem, że gdy przyjrzę się z bliska tekstowi wyświetlonemu nawet na 14-calowym monitorze, mogę go przeczytać! Od tej pory, gdy ktoś z pracowników PZN-u na Konwiktorskiej prosił mnie o pomoc przy komputerze, nie musiałem brać ze sobą lupy!

Piszę o tym po to, by dać rodzicom niepełnosprawnych dzieci pewną nadzieję i wiarę. Oczywiście, nie można zagwarantować, że każdy człowiek niepełnosprawny doświadczy całkowitego, czy choćby częściowego cofnięcia się niepełnosprawności. Wiem, że to może być trudne, ale w takiej sytuacji najlepsze, co mogą zrobić zarówno rodzice, jak i niepełnosprawne dziecko, to nie załamywać się, lecz każdego dnia brać od Boga siły na przechodzenie przez życie. Z drugiej strony mój przykład jest dowodem na to, że niepełnosprawność to nie wyrok na całe życie. Gdy medycyna bezradnie załamuje ręce, Bóg może zesłać swoją łaskę i w nadprzyrodzony sposób spowodować poprawę stanu zdrowia. Dlaczego? Bo jak głosi List do Hebrajczyków, Jezus jest dzisiaj taki sam, jaki był, gdy chodził po Ziemi.

Najważniejsze jest to, by rodzice w tej bardzo trudnej sytuacji nie panikowali, a właśnie zaufali Bogu. Z doświadczenia moich rodziców wiem też, że warto konsultować się nie tylko z jednym, lecz z kilkoma lekarzami. Od jednych lekarzy moi rodzice słyszeli, że nie dożyję takiego, albo innego momentu, a przed trepanacją czaszki, że w oku mam coś białego i na pewno nie będę widział. Potem zajął się mną pewien profesor okulista, który powiedział, że „to” nie jest białe, tylko białawe i że jestem na razie brzydkim kaczątkiem, które przemieni się w pięknego łabędzia. A w ogóle nazywał mnie królem! Rodzice słyszeli więc dwie sprzeczne diagnozy. Dobrze jest wiedzieć, która jest prawdziwa, a która fałszywa, i pójść za prawdziwą, ale ważna jest też wiara i zaufanie. Bo wiara czyni cuda. Mój tata uwierzył w opinię profesora okulisty i przełamywał mój opór, na siłę otwierając mi buzię, by mnie nakarmić. Na pewno również dzięki tak wyrażającej się jego wierze przeżyłem i mogłem osiągnąć taki sukces w życiu.

Redakcja: Po ukończeniu studiów podjąłeś pracę w Polskim Związku Niewidomych, gdzie z ojcem polskiej tyfloinformatyki dr Stanisławem Jakubowskim komputeryzowałeś drukarnię brajlowską PZN. Były to jeszcze lata 80-te. W latach 90-tych komputeryzowałeś Bibliotekę Centralną PZN i tworzyłeś oprogramowanie umożliwiające obsługę czytelniczą przez niewidomych bibliotekarzy. Oba rozwiązania funkcjonują do dziś dnia. Oba były nowatorskie i stanowiły ogromne wyzwanie. Czy nie bałeś się takich wyzwań? Opowiedz nam o tej pracy. Co w niej było najciekawsze, a co najtrudniejsze?

IB: Obaw było sporo. Przecież komputeryzacja drukarni brajlowskiej była moim pierwszym zadaniem zawodowym i od razu tak poważnym. Od tego jak je wykonam, zależała jakość książek brajlowskich drukowanych w Polsce. Poza tym, na samym początku do drukarki brajlowskiej podchodziłem trochę jak przysłowiowy „pies do jeża”. Bałem się, że jest to jakieś niestandardowe urządzenie peryferyjne, dla którego będzie trzeba pisać DOS-owe sterowniki. Odetchnąłem z ulgą, gdy okazało się, że z programistycznego punktu widzenia działa ono tak samo jak drukarka czarnodrukowa. Mogłem więc skoncentrować się po prostu na składaniu algorytmu programu i zapisywaniu go w Pascalu.

Komputeryzacja biblioteki była jeszcze trudniejszym zadaniem, bo dużo bardziej złożonym. Trzeba było bardzo dobrze poznać skomplikowany sposób działania Biblioteki. W Bibliotece wiele czynności związanych z tymi samymi obiektami dzieje się równolegle i procedury programów pakietu bibliotecznego musiały to uwzględniać. Kluczowe w realizacji tego zadania było to, że udało się znaleźć na rynku pakiet programistyczny służący do tworzenia i dostępu do baz danych. Bez tego pakietu trzeba byłoby wszystkie operacje związane z dostępem do danych, siecią Novell i równoległością działań programować samemu, co oznaczałoby niewyobrażalne trudności w komputeryzacji Biblioteki.

Trudne, a zarazem ciekawe było samo wdrożenie systemu informatycznego w Bibliotece. Udało się mianowicie znaleźć taki sposób wdrażania systemu, przy którym nie trzeba było zatrzymywać pracy Biblioteki, by przejść na system komputerowy. Po prostu, z każdym wypożyczeniem i zwrotem dokonanym komputerowo coraz więcej danych przechodziło z kart na serwer systemu komputerowego.

Bardzo cieszę się, że oba zadania zostały zakończone sukcesem, który funkcjonuje do dzisiaj. Dzięki nim pewna liczba niewidomych zyskała znacznie zmodernizowane stanowiska pracy. Widzę w tym coś jeszcze ważniejszego. Dzięki mojej pracy otworzyły się przed nimi drzwi do krainy technologii informacyjnych.

Redakcja: Miałeś swój wkład w tworzenie pierwszego polskiego syntezatora mowy o nazwie Readboard. Jak ważny był to produkt na przełomie lat 80-tych i 90-tych dla polskich niewidomych?

IB: Głównym autorem Readboarda jest oczywiście mój szef, Marek Kalbarczyk. On wymyślił algorytm mowy i funkcjonalność tzw. trybu czytania. Ja natomiast dbałem o dobrą współpracę programu z systemem operacyjnym, czyli przede wszystkim tzw. rezydencję pod DOS-em i nakładki. Uważam, że Readboard był nie tyle ważny, co wręcz przełomowy dla środowiska polskich niewidomych. Chcąc odnieść się porównania: drzwi do krainy technologii informacyjnych, Readboard to znacznie szerzej otwarte drzwi niż moje prace, o których wspomniałem wcześniej. Dzięki moim pracom pewna nieduża grupa niewidomych mogła posmakować tych technologii. Natomiast dzięki Readboardowi bardzo wielu niewidomych zasiadło przed komputerem i rzeczywiście mogło na nim pracować. Co więcej, nie byłoby dostępnej dla niewidomych komputeryzacji Biblioteki, gdyby wcześniej nie pojawił się Readboard. Mowa w nim zastosowana była bowiem użyta do udźwiękowienia programów pakietu bibliotecznego.

Redakcja: Tworzyłeś też oprogramowanie dla niewidomych matematyków. Opowiedz o tym.

IB: Tak, to największe, najtrudniejsze i najbardziej złożone przedsięwzięcie programistyczne, w jakim uczestniczyłem do tej pory. Program, jaki stworzyłem dla drukarni brajlowskiej, sprawdził się przy redagowaniu i drukowaniu zwykłych tekstów. Później zostałem zaproszony do współpracy w ramach grantów przyznawanych przez Komitet Badań Naukowych oraz Ministerstwo Nauki i Informatyzacji. Właśnie w ich ramach tworzyłem oprogramowanie, które umożliwiło niewidomym zrobienie następnego ważnego kroku w dziedzinie wymiany informacji. Pakiet Euler, o który tu chodzi, a na który składają się dwa programy: Translator i Homer, daje dwie znakomite możliwości. W programie Translator osoba widząca może napisać i przetłumaczyć na postać brajlowską tekst zawierający nawet złożoną matematykę. I przekazać go niewidomemu. Taki tekst można przetłumaczyć również na tak zwaną postać lektorską. Gdy na tak przygotowanym tekście uruchomimy komendę ciągłego czytania, usłyszymy, jak syntezator mowy odczytuje nam wzory matematyczne, zupełnie jak gdyby robił to człowiek znający się na matematyce. Z kolei program Homer pozwoli niewidomemu napisać tekst zawierający matematykę. Można go przełożyć na postać czarnodrukową i wyświetlić na ekranie lub wydrukować na drukarce. Ta para programów bardzo dobrze nadaje się do zastosowań w szkole lub na uczelni.

Redakcja: Nad jakim oprogramowaniem lub nad spolszczeniem jakich produktów jeszcze pracowałeś?

IB: Pracowałem również nad oprogramowaniem powiększającym tekst na ekranie. Po wciśnięciu gorącego klawisza program wyświetlał w pięciokrotnym albo ośmiokrotnym powiększeniu tekst na ekranie. Później ktoś inny rozwinął go do pełnej funkcjonalności, gdzie powiększenie było uzyskiwane również w pracy „na żywo”.

Stworzyłem też przeglądarkę plików tekstowych w różnych formatach, która wyświetlała pewien fragment tekstu w powiększeniu.

Jeśli chodzi o sprzęt, to chyba powszechnie wiadomo, że najbardziej sobie cenię ten z firmy Freedom Scientific, a w szczególności znakomity notatnik PAC Mate. Pamiętam, jak nagle pojawiła się okazja ekspresowego wprowadzenia go do sprzedaży. By zainicjować proces spolszczenia umówiłem się na rozmowę telefoniczną z dyrektorem do spraw lokalizacji we Freedomie. Zadzwonił do mnie dokładnie w moje urodziny i to w porze, gdy miała rozpocząć się rodzinna uroczystość. Rodzinę przeprosiłem za wystawienie na wielką próbę cierpliwości, bo rozmowa z tłumaczeniem wszystkich spraw trwała półtorej godziny. Wszystko skończyło się bardzo dobrze, bo i uroczystość urodzinowa była miła i wkrótce pojawiła się pierwsza wersja spolszczenia PAC Mate. Jestem uczestnikiem list dyskusyjnych beta testerów różnych produktów Freedomu, staram się śledzić ich rozwój i próbuję forsować potrzebne poprawki. Inną dziedziną moich zainteresowań sprzętowych są drukarki brajlowskie.

Dziękuję za rozmowę. M.C.

Kontakt z Igorem Busłowiczem:

e-mail: igor.buslowicz@altix.pl

Skype: igorbus63

Na drugą część wywiadu zapraszamy do kolejnego numeru biuletynu „Help – Wiedzieć Więcej”. Dowiedzą się Państwo z niego o kolejnych osiągnięciach Igora Busłowicza, jego planach zawodowych, nowych projektach, a także o marzeniach – również tych całkiem prywatnych.

Zapraszamy do lektury!

Komentarze

komentarze