Helpowe refleksje. Niewidomi chcą się uczyć

Trudno się dziwić, że nasz wrześniowy Help omawia przede wszystkim edukację niewidomych i słabowidzących. Jak co miesiąc, nasi autorzy poruszają również inne tematy, ale ten jest najważniejszy. W związku z tym, że i dla mnie jest on taki ważny, poświęcę mu te refleksje w całości.

Jaka jest edukacyjna sytuacja naszego środowiska? Jakie życiowe szanse stwarzają nam polskie szkoły i uczelnie? Czy uczęszczanie do nich daje gwarancję życiowych sukcesów? Jak się okazuje, odpowiedzi na te pytania nie są łatwe. Kwestia jest tak złożona, że można to oceniać różnie. Gdy jesteśmy pozytywnie nastawieni do życia i dotrą do nas dobre wieści, mamy poczucie, że jest nieźle, a co więcej – idzie ku lepszemu. Gdy jednak mamy zły nastrój i dowiemy się o jakichś idiotycznych problemach, tracimy to przekonanie i mamy jedynie najgorsze przypuszczenia. Czy da się to jakoś zobiektywizować? Zapewne tak, ale nie mam takiej ambicji. Podzielę się jedynie pewną liczbą spostrzeżeń i refleksji. Nie posunę się do ostatecznych konkluzji chociażby dlatego, że przy tak złożonym temacie zawsze mogę spotkać kogoś o innym doświadczeniu, życiowym nastawieniu, kto dowiedział się o przypadku pozytywnym, albo negatywnym, akurat odwrotnie do tego, co ja ostatnio spotkałem.

Sam uczęszczałem najpierw do szkoły dla uczniów słabowidzących, która mieści się w Warszawie na ulicy Koźmińskiej. Za moich czasów miała inny adres i mimo, że nie została nigdzie przeniesiona, była na ulicy Górnośląskiej. Tak się składa, że znajdowała się wtedy i znajduje teraz na rogu tych dwóch ulic. Potem uczyłem się w szkole podstawowej dla niewidomych w Laskach, a następnie chodziłem do warszawskiego liceum, co w dzisiejszym języku można określić jako edukację włączającą. Na koniec studiowałem na Uniwersytecie Warszawskim. Dzięki tej różnorodności oraz faktowi, że mam czterech synów w wieku od 16 do 34 lat, a oni uczęszczali do różnych szkół, mogę w jakimś stopniu porównać edukację wtedy i teraz.

W moich czasach szkoły specjalne, które lubię nazywać specjalistycznymi, a niestety takie ich określenie nie zostało do tej pory usankcjonowane i zastosowane w praktyce, były placówkami bardzo wyjątkowymi. Dotyczy to przede wszystkim szkoły w Laskach, ale także innych. To były szkoły, w których nie tylko uczono dzieci od pierwszej klasy podstawowej do ósmej, następnie zawodu, a kilka lat potem również przygotowywano do matury w tamtejszych liceach, albo do wybranych zawodów w dodatkowych szkołach, chociażby masażu, ale także prowadzono rozliczne działania pozaszkolne i to na naprawdę wysokim poziomie. Przykłady? Proszę bardzo. W Laskach pani Stefania prowadziła pozalekcyjne zajęcia z muzyką poważną oraz całkiem dobry chór. Było to na tak wysokim poziomie, że wielu ówczesnych uczniów korzystało z pozyskanej wtedy wiedzy przez dziesiątki następnych lat. Jestem żywym tego dowodem. Podobnie świetne były zajęcia rehabilitacyjne, sportowe, kulinarne, literackie. W Laskach nauczyliśmy się tyle, że w następnych latach już w liceum mogliśmy nieco odpoczywać. Wiedzieliśmy po prostu więcej niż nasi koledzy z klasy. I dotyczyło to nie tylko mnie, lecz innych absolwentów Lasek z tamtych lat. Z tego co wiem od przyjaciół z innych szkół specjalnych, tam było podobnie.

Czy teraz też tak jest? Otóż mam poważne wątpliwości. Obserwujemy, że edukacja w całym kraju to nie to samo, co wtedy. W szkołach dla niewidomych i słabowidzących również to zauważamy, ale dochodzą do tego także inne problemy. Koncepcja edukacji włączającej dokucza tym placówkom. Wszyscy chyba rozumieją potrzebę integracji, ale edukacja włączająca może być dobrze oceniona, gdy będzie dobrze zaprojektowana i dofinansowana. Z tego co wiem, nawet sama koncepcja nie jest dopracowana, a o finansach lepiej nawet nie mówić. Jest ona głównie modą – ma być nowocześnie, tak jak na Zachodzie, integracyjnie i z pełnymi możliwościami uczniów niepełnosprawnych jak w przypadku sprawnych. To jednak tylko marzenia. Nikt bowiem nie może dać gwarancji, że uczniowie w konkretnej szkole i klasie będą wyrozumiali, empatyczni i pomocni. Często nie są, a nawet przeciwnie – potrafią dokuczać. Wystarczy kilkoro uczniów ze złymi charakterami, by włączanie było trudne.

Załóżmy jednak, że uczniowie są na wysokim poziomie kultury osobistej i chcą uczyć się razem z niepełnosprawnymi kolegami i koleżankami. Wtedy pojawia się kolejny problem. Niewidomi i słabowidzący wymagają oprzyrządowania niwelującego skutki ich niepełnosprawności, często dodatkowej pomocy ze strony asysty w szkole oraz podręczników. W teorii miało być cudownie, a w praktyce? Subwencje przeznaczone na edukację tych uczniów gdzieś znikają po drodze biurokratycznych decyzji. W szkołach brakuje wiedzy, o jakie przyrządy chodzi, jakie podręczniki zapewnić, jaka asysta pomogłaby w kształceniu. Często dochodzi o wypytywania rodziców, jak to zorganizować. Pyta się również samych uczniów. Skąd jednak gwarancja, że oni potrafią odpowiedzieć na te pytania? Fakt, że jest się rodzicem niewidomego dziecka nie musi oznaczać, że się wie. To przecież jest zupełnie osobna, skomplikowana i rozległa wiedza. Spotkałem się z sytuacjami, że rodzice i sami uczniowie odpowiadają na takie pytania, że niczego nie wymagają. Lepiej by było, gdyby powiedzieli, że po prostu nie wiedzą. To spowodowałoby szukanie wiedzy gdzie indziej, na przykład w naszej fundacji, a tak dyrekcja szkoły i nauczyciele są zadowoleni, że zrobili wszystko, co niezbędne i poprzestają na tym.

Jak w takich warunkach wygląda edukacja włączająca? Okazuje się, że dzieci są tak źle kształcone, że dochodzi w pewnym momencie do decyzji, by dziecko oddać do szkoły specjalnej, czego wcześniej chciano uniknąć. Kto jednak zrekompensuje straty poniesione w ciągu kilku lat? Po udaniu się do szkoły specjalnej, dzieci czy młodzież pokazuje prawdziwą twarz edukacji włączającej – nie znają brajla, nie odbyli zajęć rehabilitacyjnych, nie są oczytani, kiepsko radzą sobie z przedmiotami ścisłymi. Zostają najgorszymi uczniami w nowej klasie i muszą nadrabiać zaległości. Czy jednak o to chodziło twórcom tej idei? Miało przecież być inaczej!

Do szkół, do których uczęszczają uczniowie niepełnosprawni miały trafić dodatkowe, znaczące środki finansowe. Nauczyciele mieli być dodatkowo przeszkoleni. Dzięki środkom finansowym szkoły te miały dysponować nieodzownym sprzętem, na przykład w odniesieniu do uczniów niewidomych – brajlowskimi monitorami, notatnikami, dyktafonami, komputerami, brajlowskimi podręcznikami, a uczniów słabowidzących – powiększalnikami obrazu, zarówno kieszonkowymi do używania przenośnego, jak i stacjonarnymi, nie mówiąc o całej gamie innych rozwiązań. Zazwyczaj w szkołach takiego sprzętu nie widać. Co z asystą, dodatkowymi zajęciami itd.? Gdzie się więc podziewają te subwencje???

Gdyby władzom udało się przejść od naiwnej teorii do zaprojektowania kompleksowego rozwiązania włączającego, niemal wszyscy rodzice popieraliby nowy system. Oby to się udało pani minister Zalewskiej. Na razie jednak mamy jedynie złudne nadzieje i frazesy ze strony tych, którzy lubią o tym opowiadać, ale nie potrafią tej narracji wzbogacić o konkrety.

Dlaczego dzielę się tymi obawami i krytyką w kontekście omawiania sytuacji w szkołach specjalnych? Nie bez przyczyny. Wraz z amokiem na temat włączania niepełnosprawnych uczniów w nurt edukacji masowej, szkoły te są w dużym stopniu zaniedbywane – w zasadzie być może ktoś wpadł na pomysł stopniowego ich wygaszania! Na szczęście pojawiła się już refleksja, że tylko tam jest know how, jak kształcić tę młodzież. Gdzie jednak istotne i niezbędne wsparcie dla nich? Jako placówki specjalne, winny być traktowane specjalnie. Powinien dotrzeć do nich nowoczesny sprzęt, wielu bardzo wykwalifikowanych specjalistów, którzy byliby w stanie uczyć młodzież tak, jak było w moich czasach. Tylko takie podejście na aktualnym etapie daje szanse w dorosłym życiu: jak najwięcej nauki, wiele umiejętności, zapas wiedzy, znajomość języków obcych, poświęcenie specjalnej uwagi na przedmioty, w których uczeń ma większe zdolności, kontakty z inną młodzieżą, czyli przemyślana integracja, a nie sztampowa, na wzór nieudanych eksperymentów itd. Zamiast tego przez ostatnie lata plączemy się pomiędzy koncepcjami i żałujemy środków. Prawda jest prosta: wszystko, co wiąże się ze zdrowiem i sprawnością w przypadku ludzi słabszych, chorych, niepełnosprawnych, kosztuje dużo. Nie da się zrobić tego tanim kosztem.

Tańsza jest namiastka edukacji, tak samo jak namiastka rehabilitacji. Na czym z kolei ona polega? Na braku sprzętu i wymagań. Nie ma urządzeń brajlowskich, lektorskich, powiększających obraz, podręczników i książek, brajlowskich słowników, dobrego dostępu do Internetu, udźwiękowienia i ubrajlowienia otoczenia, ścieżek naprowadzających, dźwiękowych informatorów itd.

Czy zatem niewidomi chcą się uczyć? Ambitni niewidomi chcą. Inni nie wiedzą, jakie to ważne, bo ulegają pokusie i negatywnej reklamie. Panoszy się model życia łatwego, w ramach którego wysiłek edukacyjny nie jest konieczny. Gdy jednak tym samym osobom wyjaśni się, jakie wymagania stawia życie razem z innymi, porównywalne do życia osób pełnosprawnych, zaczynają rozumieć swój błąd i także oni chcą być dobrze kształceni.

Gdyby ktoś jeszcze nie rozumiał naszej promocji aktywności, zapraszamy do nas, do punktów doradczych Fundacji Szansa dla Niewidomych, a jeszcze mocniej do samokształcenia i pokazania innym, że jesteśmy od nich lepsi w naszej specjalności.

Komentarze

komentarze